Rzeki wschód, rzeki zachód - Aube Rey Lescure

Kup ebooka

58.99 zł
48.96 zł (58,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Matkę ukradł Alvie mężczyzna nazwiskiem Lu Fang. Miało to miejsce w Wielkiej Sali Balowej B szanghajskiego Hotelu Imperial. Obiad weselny, który kosztował osiemdziesiąt osiem tysięcy osiemset osiemdziesiąt osiem juanów, składał się z pięciu przystawek na zimno, dwóch zup, czterech dań mięsnych, trzech dań z owocami morza, do tego steków z czarnym pieprzem w stylu zachodnim i tortu śmietanowego. Wszystko zdobiły sztuczne kwiaty. Takie drogie, a jakie bezguście, pomyślała Alva, obejmując spojrzeniem pozbawione okien pomieszczenie, brudną czerwono-złotą wykładzinę i sztuczne płatki kwiatów rozsypane po wszystkich stołach bankietowych. Nic tu nie kojarzyło się z weselną bielą i pastelami z amerykańskich filmów, ze świecami i altankami, druhnami w powiewnych sukniach. No, ale z drugiej strony jej matka nie należała do tego typu oblubienic.

Alva nie znała żadnego z gości - wszyscy byli znajomymi Lu Fanga. Matka zażyczyła sobie wielkiego przyjęcia, więc zapełnił salę bankietową swoimi kontaktami od interesów. Alva siedziała przy stole dla VIP-ów wraz z grupką jego starych klientów oraz ich towarzyszkami - niektóre z nich były tak ostentacyjnie młode, że od razu można było się zorientować: to kochanki, nie żony. Razem z nimi nie mogło zabraknąć blichtru torebek od Chanel i Louisa Vuittona - wisiały na krzesłach niby niedbale, ale tak, żeby dało się zobaczyć logo.

- Podobno panna młoda ma świetne kontakty w Ameryce - rzuciła jedna z kobiet, nachylając się w stronę sąsiadki.

- A ja słyszałam, że była kiedyś aktorką filmową - odparła ta druga, z wytatuowanymi brwiami, typowa żona biznesmena.

- Znaną?

- W życiu jej w niczym nie widziałam.

- No, ale jednak. Ten Lu Fang to dopiero ma fart. Amerykańska aktorka... Tylko co ona robi z nim?

Lu Fang stanął na podium pod łukiem z różowych balonów. Trzyczęściowy garnitur opinał go ciasno jak jelito kiełbasę. Nos świecił mu się tłusto w blasku reflektora.

- A gdzie ona się podziewa? - szepnął jeden z gości przy stole Alvy.

Dania na stole zaczynały już stygnąć. Kilku mężczyzn w garniturach odpaliło papierosy; ktoś inny ukradkiem włożył sobie do ust kawałek wieprzowiny.

Każe wam czekać, bo chce się napawać swoim wielkim wejściem, pomyślała Alva. Nawet jeśli to ma znaczyć, że wkroczy do zadymionej sali pełnej obcych ludzi gapiących się na Chińczyka, który musi czekać na swą zagraniczną żonę.

Alva nie potrafiła zrozumieć, dlaczego spośród wszystkich mężczyzn, z którymi Sloan spotykała się przez te lata, ostatecznie padło właśnie na Lu Fanga. Był już dobrze po pięćdziesiątce, jadł z otwartymi ustami i nosił garnitury o tanim satynowym połysku. Lubił cytować poezje, ale robił to z ciężkim dongbejskim akcentem. Alva, z pełną dystansu wyższością nastolatki, zwróciła na to wszystko uwagę, gdy Lu Fang zaglądał do ich mieszkania na regularne kontrole. Tak zasadniczo był ich gospodarzem - nie tylko przedsiębiorcą, ale też właścicielem mieszkania pod wynajem na Pudongu. Przez te dwa lata, od kiedy tam zamieszkały, Alva widziała go góra pięć, sześć razy. W przypadku jej matki sprawa ewidentnie przedstawiała się inaczej.

Żona biznesmena mówiła dalej:

- Słyszałam, że ta laowajka nie jest już pierwszej świeżości. I że ma dziecko.

- Tak, to jej córka - uciszyła ją ta druga kobieta, kiwając brodą na Alvę.

- Ta mieszana? A ona rozumie po chińsku?

Alva z obojętnym uporem wpatrywała się w podium i chodzącego dokoła Lu Fanga wodzireja, który szczerzył się z wyćwiczoną jowialnością i powtarzał do mikrofonu:

- Panna młoda zjawi się już lada chwila, lada chwila!

- Ona chyba jednak nie rozumie - stwierdziła ta druga kobieta.

- Ale z wyglądu bardziej przypomina Chinkę - oświadczyła żona biznesmena, przechodząc z mandaryńskiego na szanghajski. - Niektóre mieszane to mają szczęście: takie ogromne oczy i białą cerę.

- Faktycznie szkoda - zgodziła się ta druga.

Alva pociągnęła z puszki łyk Wangzaia. W dzieciństwie uwielbiała ten mleczny napój. Ale dzisiaj smakował jak syrop, mdlił ją - ni to mleko, ni śmietana. Pół na pół, zupełnie jak ona. Miała ochotę odpalić tym babsztylom, że urodziła się i wychowała w Chinach, i doskonale rozumie po szanghajsku. Miały jednak rację, że nie dopisało jej szczęście: Alva rzeczywiście była mieszanego pochodzenia, półbiała, pół-Chinka, lecz trafił jej się niewłaściwy rozkład cech: miała czarne włosy, azjatyckie powieki bez fałdy i karnację o oliwkowym odcieniu. Po dziś dzień w niczym nie przypominała swojej matki.

- Smutne, że nie ma tu nikogo z ich strony. Liczyłam na to, że będzie więcej Amerykanów. No i gdzie się podziewa rodzina Lu Fanga? - ciągnęła żona biznesmena.

Ta druga wzruszyła ramionami.

- On podobno pochodzi z jakiegoś małego miasteczka pod granicą z Koreą Północną. Może nie chciał spraszać tu ubogich krewnych.

- Myślisz, że jego rodzina tego nie pochwala?

- Tej laowajki? Na jego miejscu wcale bym się tym nie przejęła. On przecież eksportuje do Stanów elementy domów z prefabrykatów.

- W takim razie taka żona przyda mu się w interesach.

Roześmiały się bez skrępowania, sądząc, że chroni je bariera językowa. Alva tymczasem darła sztuczne płatki kwiatów na strzępy i wpijała paznokcie w wykonane z kleju kropelki sztucznej rosy. Dla tych bab to wszystko był jeden wielki żart, transakcja biznesowa, głupie plotki, ale tu przecież chodziło o życie Alvy. O jej matkę.

Muzyka urwała się nagle i zmieniła na coś orkiestrowego.

- A oto amerykańska panna młoda! - zakrzyknął wodzirej.

Wreszcie pojawiła się Sloan. Miała czterdzieści sześć lat i po raz pierwszy wychodziła za mąż. Sunęła po czerwonym dywanie w jedwabnym qipao z akcentami z koronki. Wodzirej zachęcił wszystkich do rytmicznego klaskania, które ucichło, gdy Sloan dotarła do podium, gdzie czekał promieniejący szczęściem pan młody. Jej popielate blond włosy opadały na plecy prosto jak od linijki, a kości policzkowe mieniły się od lśniącego pudru, przypominającego iskierki na białym marmurze. Jaka ona piękna, pomyślała Alva.

- Ale obcisła ta kiecka, nie? Zachodnie kobiety nie boją się epatować figurą - szepnęła żona biznesmena.

Sloan powoli odwróciła się twarzą do gości. Rozejrzała się po stolikach, jakby kogoś szukała. Alva uniosła rękę i pomachała lekko do matki, sygnalizując, że jeszcze mogą uciec. Tam są drzwi! Jednak spojrzenie Sloan prześlizgnęło się po niej i po rzędach znajomych od interesów, po czym zatrzymało się gdzieś w tylnym kącie sali. Stał tam kamerzysta ze statywem. Pokazał jej uniesiony kciuk. Sloan potrząsnęła blond grzywą i posłała zebranym swój najpiękniejszy hollywoodzki uśmiech.

Po wymianie obrączek nastąpiła runda oklasków. Matka powtórzyła za wodzirejem "tak" (???, wo yuanyi, czyli bardziej coś w stylu "jestem chętna"). Związek został oficjalnie zawarty. Alva zawsze myślała, że kiedyś wreszcie wyjadą razem z Chin, że pewnego dnia zdoła ją przebłagać.

- Pojechałybyśmy do Los Angeles - namawiała. - I wynajęły malutkie mieszkanko na osiedlu z basenem. I chodziłybyśmy w ciągu dnia do kina, i jeździłybyśmy nad Pacyfik, tak jak ty kiedyś.

- No może, może - odpowiadała matka.

Rozbłysła seria fleszów. Sloan stała się teraz prawdziwą chińską taitai, uwiązaną do męża i mieszkania. Gdy pozowali do zdjęć, otoczyła ramionami Lu Fanga, tak że jej ręce wycelowały w plamę pleśni na suficie. On też ścisnął ją w talii, spuchnięty, czerwony na twarzy, wyraźnie przytłoczony.

- Wznieśmy toast za nowożeńców i za nową epokę przyjaźni chińsko-amerykańskiej! - oświadczył wodzirej.

Wszyscy powstali z miejsc i wznieśli porcelanowe czarki z wódką.

- Obyście żyli w szczęściu, aż posiwiejecie! Niech wasza miłość będzie głębsza niż ocean! - zaszemrali.

Wodzirej dał znak, że można rozpocząć posiłek. Zasłona papierosowego dymu jeszcze zgęstniała. Obsługa rozlewała i dostawiała nowe butelki wódki Maotai i Wielki Mur. Alva sięgnęła po kurczęce udko, po czym zaczęła je zawzięcie przeżuwać. W zgiełku sali weselnej, pośród beknięć, toastów i okrzyków, plotkowanie tych dwóch żon biznesmenów coraz bardziej ją raziło.

- Podobno ta laowajka w pojedynkę wychowała dziecko w Szanghaju.

- Nie mówiłaś, że miała jakieś rodzinne pieniądze?

- Nie wiem. Ale na pewno tak. - Pierwsza kobieta zniżyła głos. - W tym wieku z wyglądu by się przecież nie utrzymała, jeśli rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć.

Lu Fang i Sloan powoli zmierzali w stronę stolika Alvy, przystając co chwilę, żeby przywitać się z dyrektorem Iks czy żoną pana Igrek. Alva jeszcze nigdy nie widziała swojej matki w takim wydaniu: Sloan odbębniała kolejne toasty, tak jakby przez całe życie nic innego nie robiła, tylko chodziła na takie bankiety. A przecież ta Sloan, którą znała Alva, nazwałaby tę imprezę Zlotem Rekinów Biznesu i Naciągaczek i po każdym kiczowatym żarciku wodzireja udawałaby, że przystawia sobie do głowy pistolet. Ale nie dziś. Dziś była stuprocentowo pochłonięta swoją rolą, jej występ nie miał w sobie ani odrobiny ironii. Otaczała ją kilkusetosobowa publiczność, do tego miała wizażystkę i kamerzystę. I wszystko to dał jej Lu Fang, tak jak obiecał. Sloan była gwiazdą wieczoru i doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

Alva odłożyła kurczęce kości, po czym odchrząknęła, żeby skupić na sobie uwagę całego stolika.

- A ja słyszałam... - powiedziała głośno po szanghajsku.

Tamte kobiety zesztywniały, ich porozumiewawcze miny nagle zastąpił wyraz czujności.

- A ja słyszałam, że ona za niego wychodzi dla pieniędzy - dokończyła Alva.

Żony biznesmenów wytrzeszczyły oczy, a jeden z mężczyzn w garniturach odkaszlnął niezręcznie.

- Zabawne dziecko... - zaczęła któraś z kobiet, po czym urwała. Lu Fang i Sloan właśnie dotarli do ich stolika i przysunęli sobie krzesła obok Alvy.

- Kiedy to prawda - mruknęła Alva po szanghajsku.

- Moja partnerka! - krzyknęła Sloan, obejmując ją ramieniem. - Dobrze się bawisz?

- Właśnie się zapoznaliśmy... z córką twojej żony - odezwała się tamta kobieta do Lu Fanga spiętym tonem.

Lu Fang popatrzył na Alvę.

- Z córką mojej żony? Aj, panie dyrektorze Feng, my wszyscy jesteśmy już jedną rodziną. Alva to teraz także moja córka. - Zdobył się na ostrożny uśmiech.

Alva skrzywiła usta.

- Nie jestem twoją córką - oświadczyła.

Lu Fang zesztywniał w swoim kiełbasianym garniturze. Sloan zgromiła córkę wzrokiem, po czym zwróciła się do stolika:

- Dziecko całe życie mieszka w Chinach, a do tej pory nie umie się grzecznie odezwać.

Wszyscy zarechotali zdawkowo. Po sekundzie ciszy dyrektor Feng skomentował:

- Jak ty znakomicie mówisz po chińsku.

Sloan w odpowiedzi wyklepała tradycyjną grzecznościową formułkę:

- To nadmierna pochwała.

Na tym właśnie polegał specjalny trik matki: bez względu na okoliczności zawsze potrafiła skupić na sobie uwagę: jej chiński był tak znakomity - i ten fakt zwykle pociągał za sobą nieodzowną wymianę uprzejmości: "Gdzie się nauczyłaś tak mówić?", "Tu, w Chinach", "A od jak dawna mieszkasz w Chinach?", "Już dwadzieścia dwa lata", "Co? To ty jesteś praktycznie honorową Chinką!". A wtedy Sloan odrzucała blond włosy przez ramię, śmiała się i odpowiadała z beztroską, od której po skórze Alvy przebiegał dreszcz żenady: "Tak, teraz właściwie jestem już Chinką".

- Twoje umiejętności językowe na pewno bardzo się przydadzą dyrektorowi Lu w interesach - skomentował dyrektor Feng lukrowanym tonem.

- Oj, ale ja się zupełnie nie znam na interesach - odparła Sloan.

- To bez znaczenia. Klienci uwielbiają zagranicznych konsultantów - wtrącił inny mężczyzna w garniturze.

Sloan utkwiła spojrzenie w swojej czarce z herbatą.

- No, pewnie mogłabym się zabrać w kilka delegacji.

- Jak najbardziej - przytaknął Lu Fang. - Wiesz przecież, jak ja fatalnie mówię po angielsku.

- Rzeczywiście fatalnie - mruknęła Alva.

Lu Fang mówił dalej, nie zwracając na nią uwagi:

- Trzeba będzie odwiedzić sporo fabryk w Dongguanie. Rozmawialiśmy właśnie z dyrektorem Fengiem o imponującej ekspansji, prawda? Sloan może mi pomóc w ewaluacji zakładów produkcyjnych z zachodniej perspektywy.

- Tak się poznaliście? - spytała ta druga żona biznesmena. - Robiliście razem jakieś interesy w nieruchomościach?

- W pewnym sensie - przytaknęła Sloan.

Dyrektor Feng uśmiechnął się do niej.

- Twoja córka mówiła nam właśnie, że to będzie... bardzo korzystny związek, tak z biznesowego punktu widzenia.

Lu Fang przeskoczył spojrzeniem od swoich współpracowników do Alvy. Rozłożył ręce wielkopańskim gestem.

- Może toast? - zaproponował. - Skoro wszyscy mamy robić razem interesy...

Sloan zwróciła się w stronę córki.

- Alvo, nalej panu dyrektorowi i pozostałym gościom Maotaia.

- Znakomity pomysł - przyklasnął Lu Feng i podał Alvie butelkę. Przyjęła ją sztywnymi rękami. Wiedziała, że za głęboko wsiąkła w tę grę powinności i przysług. To była wyrafinowana forma sztuki: warstwy relacji ukryte pod maską ugłaskiwania, pochlebstw i koleżeństwa, a wszystko to tak mętne, że człowiek wychodził potem z wrażeniem, jakby był komuś coś dłużny, choć nie wiedział dlaczego. Rozlała ostro pachnący trunek do wyciągniętych kieliszków. Nikt jej nie podziękował, tylko dyrektor Feng wydał z siebie drobne, tryumfalne "hmf".

Lu Fang uniósł swoją czarkę, uśmiechnął się ciepło do Sloan i Alvy.

- Za nową rodzinę.

Alva ścisnęła w dłoni strzępki sztucznych płatków. Dokoła niej kobiety z trwałymi na głowach i mężczyźni o grubych karkach powtórzyli nieszczery toast. Sloan trzymała Lu Fanga za rękę, jej smukłe białe palce splatały się z jego grubymi, o pożółkłych paznokciach. Alvie niedobrze się robiło na widok ich obrączek. A jednak sam gest wydawał się naturalny, niemal odruchowy. Czy naprawdę tak łatwo - zastanawiała się - udawać, że twoje życie wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, nawet gdy cały świat wie, że to tylko farsa?

Sloan powiedziała jej o oświadczynach Lu Fanga w późny wiosenny wieczór na początku maja. Leżały wtedy na chłodnych płytkach balkonu swojego wynajętego mieszkania, słuchając świerszczy i mieszających się odgłosów telewizji napływających z okien wielopiętrowych bloków. Sloan przycisnęła chłodną butelkę z piwem Tsingtao do policzka Alvy.

- Lu Fang poprosił mnie o rękę, a ja się zgodziłam.

- Co takiego? - Alva usiadła tak gwałtownie, że przewróciła piwo.

Prawie go wtedy nie znała. Kiedy dwa lata wcześniej zaczęły wynajmować od niego mieszkanie, Sloan przedstawiła go po prostu jako właściciela. Bywało, że Alva po szkole zastawała go milczącego na ich kanapie. A Sloan siedziała naprzeciwko, w dużym fotelu przy doniczce z fikusem. "Pan Lu przyszedł zerknąć na klimatyzator", tłumaczyła. Albo na bojler.

Alva nie zwracała na to szczególnej uwagi. Wydawało jej się mało prawdopodobne, aby ten małomówny, mięsisty mężczyzna stał się "znajomym" jej matki. Choć w przeszłości Sloan miewała już wielu "znajomych", których Alva rzadko spotykała. I ci "znajomi" z jakiegoś powodu zawsze byli Chińczykami. Według opowieści Sloan to ten czy tamten pierwszy do niej podchodził, przysiadał się, stawiał drinka. Kiedy Alva była młodsza, Sloan miała zasadę, że nigdy nie zostanie na całą noc poza domem. "Kiedy się jutro obudzisz, mamusia już będzie", przyrzekała. I płaciła nędzne grosze którejś ayi z sąsiedztwa, żeby ta zerknęła na córkę. Alva słyszała, jak owe okoliczne ayi rozmawiają ze sobą po szanghajsku i mówią, że jej matka jest łatwa ("W jakim ona wraca stanie! Aż cuchnie. Co ona waszym zdaniem robi, jak się tak szlaja po nocach?"). Sloan zawsze jednak dotrzymywała obietnicy i gdy Alva się budziła, matka leżała obok niej, nawet jeśli z ust cuchnęło jej zepsutymi jajkami i jeszcze czymś kwaśnym.

Alva wiedziała, że lepiej nie myśleć za dużo o tych wszystkich "znajomych". Przychodzili i odchodzili. A ona i jej matka były partnerkami.

Czasami, kiedy Sloan znajdywała sobie jakiegoś "znajomego", ich życie na kilka miesięcy stawało się lepsze. Portfel Sloan puchł od różowych banknotów z twarzą Mao. Wybierały się wtedy "nachapać" do supermarketu - Alva zawsze biegła prosto do regału z importowanymi płatkami śniadaniowymi po miodowe Cheeriosy albo Lucky Charmsy. Jednak takie okresy dostatku, podobnie jak same znajomości, nie trwały długo.

- Bo oni tak naprawdę wcale nie lubią mnie, partnerko - wyjaśniła raz Sloan. - Oni tylko lubią zagraniczne kobiety. A ja nie lubię być wykorzystywana.

Alva nie rozumiała, o jakim wykorzystywaniu mowa, skoro ci "znajomi" wykazywali się zwykle taką hojnością. Byli to prawie bez wyjątku chińscy biznesmeni, bywalcy dwóch czy trzech ulubionych barów matki na szanghajskim Bundzie. Alva mogła sobie wyobrazić, jak Sloan odgrywa tam tę swoją rolę hollywoodzkiej aktorki, śmieje się głośno z barmanem, rozmawiając po chińsku, rozciera szminkę na krawędziach kieliszków, pijana cudzą uwagą i Chardonnay z importu, prowokuje tych biznesmenów, żeby do niej podeszli.

Kiedy Lu Fang przychodził do nich na te nibykontrole, Sloan wystawiała na stół kwiaty i świeże owoce - była to próba stworzenia iluzji bardziej ogarniętego życia, tak żeby Lu Fang nie uznał ich za fleje, choć obie nimi były. Potrafiły przez całe weekendy wałkonić się w bieliźnie. Na kolację jadały przeważnie makaron-zalewajkę z kartonowych kubków. A przynajmniej tak żyły kiedyś, gdy jeszcze pomieszkiwały w różnych ciasnych klitkach na Puli, w starszej i bardziej zaniedbanej dzielnicy Szanghaju. Nawet sypiały wtedy na wspólnym materacu na podłodze. Z tych nawyków trudno się było otrząsnąć po przeprowadzce w zamieszkane przez wyższą klasę średnią okolice Parku Stulecia, i to mimo że w mieszkaniu Lu Fanga wydzielono dwie sypialnie. Wszystko na Pudongu było nowe - ulice szersze, budynki bardziej wypieszczone. Jeszcze dziesięć lat wcześniej rozciągały się tam jedynie puste poletka, ale teraz było to miejsce, do którego zamożne chińskie rodziny wręcz się przepychały.

Jakiś rok po tym, od kiedy Lu Fang rozpoczął swoje okazjonalne wizyty, Sloan zapytała córkę:

- Co o nim myślisz?

- Nie znam go - odparła Alva.

- Ale to mieszkanie, ta okolica, twoja nowa szkoła... Są lepsze, prawda?

- No są.

- To dlatego, że Lu Fang daje nam bardzo dobrą stawkę.

- Okej.

Alva jednak zawsze sądziła, że Lu Fanga spotka ten sam los, co pozostałych "znajomych" matki. On był przecież taki przeciętny. I milkliwy. Nie odnosił się do niej jakoś szczególnie serdecznie. Szkoda tylko, że kiedy matka się nim zmęczy, pewnie będą musiały się stąd wynieść.

- Jeśli za niego wyjdę, będzie nam się żyło znacznie łatwiej - powiedziała Sloan tamtego majowego wieczoru, gdy przekazywała Alvie wiadomości, uciekając przed spanikowanym wzrokiem córki w mrok balkonu.

- Mamo, my go nie potrzebujemy. - Alva nie ustępowała. - Możemy się znowu przeprowadzić.

- Ale przecież jeszcze nigdy nie żyło nam się tak dobrze, partnerko.

Rzeczywiście: teraz w kredensie zawsze miały cały zapas dużych, kolorowych kartonów z Cheeriosami, Cocoa Puffs i Special K. A w nowej szkole, do której chodziła Alva, była bieżnia wyłożona tartanem.

- Mamo, jakoś sobie poradzimy - przekonywała mimo to Alva. Rozlane piwo ściekało jej po nodze. - Naprawdę go nie potrzebujemy.

Sloan leżała z zamkniętymi oczami.

- Czasami, partnerko - powiedziała - kiedy pojawia się okazja, trzeba odegrać swoją rolę. Czasami nie można powiedzieć "nie".

I Alva właśnie mówiła "nie, nie, nie", tylko że sprawa została już przesądzona bez jej udziału.

Alva patrzyła z korytarza, jak szefowie i ich taitai kolejno wychodzą z przyjęcia. Wielu z nich chwiało się pod wpływem alkoholu. Na wieczór sala bankietowa była zarezerwowana na kolejne wesele. Obsługa sprzątała resztki jedzenia i ścierała plamy. Wodzirej nadal stał na podium i opowiadał ostatnie drętwe żarty - "Według prognozy dziś nad sypialnię nadciągnie huragan znad Pacyfiku, ha, ha" - żeby nakłonić ociągających się gości do wyjścia.

Przy ostatnim zajętym stoliku Sloan kiwała głową, słuchając historii jakiegoś dyrektora, choć oczy już jej się zamykały. Lu Fang palił papierosa i właśnie strząsał popiół na skórkę po obranej mandarynce. Roześmiał się sztucznie z czegoś, co powiedział ten dyrektor, ale kiedy spuścił wzrok, jego uśmiech na chwilę się ulotnił.

Gdy on i Sloan wreszcie opuścili Wielką Salę Balową B, Alva wyszła za nimi na ulicę. Hotelowy boy, pomarszczony staruszek o przebarwionych zębach, zatrzymał dla nich taksówkę.

W drodze do domu Lu Fang usnął na przednim siedzeniu. Chrapał głośno, z otwartymi ustami. Sloan wyjrzała przez szybę, odwracając się od Alvy. Przejechali mostem Nanpu na wschodnią stronę miasta. We mgle połyskiwały wieżowce na nabrzeżu Pudongu. Mętna rzeka w kolorze błota kotłowała się w dole, wezbrana po tygodniu mżawki.

Ani Alva, ani jej matka nie lubiły tego rodzaju mgły. Kiedyś, gdy nadchodziły wielkie ulewy i kaskady wody lały się z gromkim szumem, Sloan zabierała Alvę na pościgi za deszczem, który rozpędzał lepką wilgoć szanghajskiego lata. Teraz Alva uchyliła szybę, żeby przewietrzyć bijącą od dorosłych woń mięsnych potów i alkoholu. Wiatr jednak szumiał głośno i nagle Lu Fang wydał z siebie zaskoczone parsknięcie.

- Zamknij okno, partnerko - powiedziała Sloan.

Alva zaś odparła:

- Może lepiej przestań mnie tak nazywać.

Sloan wytrzeszczyła oczy, tak że warstwa podkładu w kącikach aż jej się pomarszczyła. Alvie natychmiast przewróciło się w żołądku. Nie chciała, żeby matka się na nią gniewała. Nie dzisiaj, nie w obecności tego człowieka. Nie widziała nic poza fałdami skóry na jego karku, króciutkimi czarnymi włosami wygolonymi maszynką i nieco pożółkłym kołnierzykiem koszuli. Całe jego ciało było obcą masą w tym samochodzie, w ich mieszkaniu, w ich życiu.

Taksówkarz pokręcił gałką radia, zagłuszając lodowate milczenie w aucie. Kiedy zjeżdżali wiaduktem z mostu, Alva sięgnęła po rękę matki, aby przeprosić bez słów. Przez moment myślała, że Sloan ją zignoruje. Ale wtedy ona pozwoliła swojej dłoni opaść na skórzane siedzenie i przyjęła dotyk córki. Lecz między ich palcami tkwiła jej ślubna obrączka, zimna i o ostrych krawędziach.

2

Znad mleka sojowego na straganach śniadaniowych biły kłęby pary. Pierwsi uliczni sprzedawcy rozwijali już swoje brezenty i rozkładali na nich plastikowe drobiazgi, podróbki torebek, skrzynki pełne pirackich filmów. Alva kiwnęła głową facetowi od DVD, który bezsłownie pozdrowił ją uniesionym papierosem. Z jej słuchawek walił My Chemical Romance, więc mogła niemal zapomnieć, że jest poniedziałek, siódma rano, a ona właśnie idzie do szkoły z mieszkania, które dzieliła teraz z obcym mężczyzną.

Pirackie płyty CD i DVD były jedynym ogniwem łączącym ją ze światem nastolatków po drugiej stronie Pacyfiku. Przez lata nagromadziła ich całe stosy: opalizujące dyski po dziesięć juanów, razem ze Sloan kupowane hurtem od ulicznych sprzedawców, soundtracki i filmy o blond czirliderkach, imprezach na nowojorskiej Upper East Side, samotnikach, stonerach i licealnych balach. Przed dotarciem do Szkoły Eksperymentalnej Mincai, gdzie nie pozwalano na żadną elektronikę, Alva zwinęła słuchawki i schowała je do kieszeni. Poprawiła na szyi czerwoną chustkę Komunistycznych Młodych Pionierów i przyłączyła się do roju dzieciaków w takich samych ohydnych, żółto-zielonych dresach w grochy. W duchu przeklinała sadystę, który zaprojektował mundurki szanghajskich szkół publicznych - to musiał być jakiś ekspert od kastrowania hormonalnych popędów. Z tego samego powodu dziewczynom nie wolno było nosić rozpuszczonych włosów, bo jeszcze będą rozpraszały chłopaków. Przy wejściu do gmachu czuwał rządek dyżurnych od dyscypliny, gotowych spisać każdego ucznia, u którego wykryją choćby najdrobniejsze odstępstwo od zasad regulujących wygląd.

Alva smętnie powlokła się do swojej klasy - dziewiątej A. W tym semestrze została mianowana dyżurną od pracy domowej: co za gówniana robota. Oznaczało to konieczność udawania, że nie widzi się panicznego spisywania zadań, które odbywało się w sali jeszcze o siódmej czterdzieści trzy, potem - o siódmej czterdzieści pięć - zbieranie zeszytów, wreszcie - o ósmej zero zero - donoszenie na tych, którzy nie odrobili pracy domowej. Najlepsza klasowa koleżanka Alvy, Li Xinwei, była jedną z nielicznych osób, które lubiły tego typu obowiązki. Nosiła odznakę z trzema czerwonymi paskami, co oznaczało, że jest kapitanką Komunistycznych Młodych Pionierów na całą szkołę. Co rano pomagała Alvie przechodzić między rzędami i zbierać od kolegów zeszyty.

Czekała już w swojej ławce.

- I jak, było aż tak źle? - zapytała po jednym rzucie oka na Alvę.

- On się do nas wprowadził.

- Do jednej sypialni z twoją matką?

- No. I teraz mamy zasikaną deskę klozetową.

- Błagam cię, oszczędź mi takich szczegółów.

- W dodatku ciągle łazi w kalesonach. Zamiast zwyczajnie podkręcić ogrzewanie. Mówi, że tak się robi zimą na północy.

- Może próbuje zaoszczędzić.

Zaczęły przechodzić między rzędami.

- Przecież on jest dziany - odparła Alva.

- Zhang Shao, trzecie ostrzeżenie w tym miesiącu - skarciła Li Xinwei dziewczynkę, która kuliła się ze strachu. - No, ale w końcu mieszkanie należy do niego.

- To prawda - westchnęła Alva, stawiając X przy imieniu Zhang Shao.

Doszły do Gao Xiaofana, chłopaka, który co rano przysypiał w ławce, aż jedna z nich dźgnęła go ołówkiem. Gao Xiaofan był najwyższym chłopcem w klasie i w trakcie przerwy obiadowej grywał w kosza. Wracał potem z włosami oklapniętymi od potu i żyłami malującymi się wyraźnie na przedramionach. To czyniło go kimś, kto w Mincai od biedy mógł uchodzić za mięśniaka, choć przy tym renegata. Gao Xiaofan często bowiem trafiał na dywanik do pokoju nauczycielskiego. Zadawał się z bogatymi chłopakami, którzy przemycali do szkoły gameboye, a także - taka krążyła plotka - pili i wdawali się w bijatyki.

Alva postukała w ławkę Gao, tuż przy jego głowie. Jego oczy się otworzyły, ale wciąż były nieprzytomne.

- Zadanie domowe - powiedziała.

Gao Xiaofan na powrót zamknął powieki.

- Kolejne ostrzeżenie - oświadczyła Li Xinwei. - Gao Xiaofan, jeszcze trochę, a zupełnie się pogrążysz.

On jednak dalej leżał na blacie i nie zwracał na nie uwagi. Żółto-zielony mundurek opinał się na jego ramionach. Kiedy Li Xinwei nie patrzyła, Alva pospiesznie wymazała X przy jego nazwisku.

Na Wielkim Egzaminie liczyły się jedynie trzy przedmioty: chiński, matma i angielski. To była klasa dziewiąta, ostatni rok w chińskim systemie gimnazjalnym, służący już właściwie tylko przygotowaniom do zhongkao, czyli egzaminów wstępnych do liceum.

Nauczyciele umawiali się jedni z drugimi, tak że lekcja plastyki zmieniała się w ćwiczenia z matematyki, wuef stawał się sesją zakuwania angielskiego, a geografia - podwójnym chińskim. Czytali właśnie Gwiaździstą noc Ba Jina, opowieść o przeprawie przez morze i milczącej, miękkiej nocy, gdy autor wpatrywał się w niebo nad sobą. Kiedy wspólnie recytowali tekst, Alva przymknęła oczy i wyobraziła sobie, że znajduje się na ciemnym oceanie i sunie ku wielkiemu światu, daleko od przepełnionej klasy.

Na ostatniej lekcji pani Song, zarazem wychowawczyni klasy dziewiątej A, przyszła z kompletem sprawdzonych egzaminów z historii. Oddawała je, głośno odczytując każdy wynik, od najlepszych po najgorsze. Alva dostała dziewięćdziesiąt dwa punkty. Cztery odjęto jej za pytanie wielokrotnego wyboru, przy którym była pewna, że odpowiedziała poprawnie. Pytanie brzmiało:

Dlaczego Japończycy skapitulowali w II wojnie światowej?

a) Z powodu amerykańskich bomb atomowych

b) Z powodu groźby radzieckiej inwazji lądowej

c) Z powodu niezłomnej odwagi Komunistycznej Partii Chin

d) Wszystkie powyższe

Alva dyplomatycznie zakreśliła d. Teraz jednak pani Song tłumaczyła, że właściwą odpowiedzią jest c i tylko c. Do końca lekcji Alva gotowała się z wściekłości. Zdołała się skupić, dopiero kiedy zadzwonił dzwonek i pani Song zatrzymała ich na ogłoszenia dodatkowe.

- Władze szkoły proszą o zgłoszenie się każdego, kto posiada jakieś informacje o tej osobie rozpowszechniającej obsceniczne materiały.

- HentaiLord - szepnął ktoś i po całej klasie rozeszły się szmery.

- Wobec każdego, kto coś wie, a milczy, zostaną wyciągnięte konsekwencje - ostrzegła surowo pani Song. - I nie pakujcie się jeszcze - dodała, po czym kiwnięciem głowy przywitała się z matematyczką, która weszła, żeby zrobić im kolejny egzamin próbny.

Było już ciemno, kiedy wyszły ze szkoły. Osiedle Li Xinwei nazywało się Epoka Romantyzmu, podczas gdy Alva mieszkała w Ogrodzie Niebiańskiego Spokoju. Wszędzie dookoła wznosiły się górujące osiedla mieszkalne o nazwach w rodzaju Prosperująca i Piękna Rodzina czy Obfite Lata Zjednoczonych Oceanów. Bannery na zewnątrz głosiły hasło: "Socjalizm o chińskiej specyfice", tylko że w tej okolicy trudno było się dopatrzeć jakiegokolwiek socjalizmu, za to dużo było kapitalizmu z importu - pasaż handlowy, Carrefour, sklepy Nike, prywatne siłownie.

- Im serio zależy na złapaniu HentaiLorda - rzuciła Alva do Li Xinwei, gdy mijały salon urody, obiecujący masaże i kremy na "pełniejszy i delikatniejszy biust". Przyjaciółka jak zwykle odwróciła wzrok od dekoltu zagranicznej modelki na plakacie w witrynie zakładu. - Myślisz, że wiedzą?

- Im się wydaje, że to jakiś chłopak - odparła Li Xinwei.

- Co za seksizm. Jak zawsze nas nie doceniają.

- Jakich tam "nas", to byłaś ty. - Li Xinwei zmrużyła oczy.

Li Xinwei była jedyną osobą, która wiedziała, że to właśnie Alva jest HentaiLordem. Wcześniej w tym semestrze Alva wpadła w internecie w króliczą norę fanfików Naruto i znalazła tam bogaty zasób pornograficznych linków. W panelach dyskusyjnych roiło się od mokrych, obślinionych piersi i ogromnych, żylastych penisów. Założyła sobie wtedy konto pod fałszywym imieniem HentaiLord i wrzuciła te linki porno na klasowe forum na Baidu. Następnego dnia wszystkie chłopaki w klasie szalały, gorączkowo i z respektem wypytywały, kim jest HentaiLord. Z początku to było zwyczajnie prześmieszne. Tylko że potem jakieś świętoszki doniosły nauczycielom i szkoła w panice rzuciła się do polowania na tajemniczego "znieprawiacza".

- Ale po co ty to zrobiłaś? - jęknęła Li Xinwei, kiedy Alva jej powiedziała. Szczyciła się swoją odznaką z trzema paskami, symbolem kapitana Komunistycznych Młodych Pionierów, i jako osoba na tym stanowisku powinna donosić o wszelkich wykroczeniach szkolnemu kierownikowi dyscyplinarnemu, panu Liu.

- Chciałam tylko trochę zakłócić rutynę - wyjaśniła Alva, wzruszając ramionami. - Zasłużyliśmy na odrobinę rozrywki.

Nie powiedziała jednak przyjaciółce, jak obce i brutalne wydawały jej się te sceny erotyczne, i że wrzucenie ich na forum dało jej poczucie władzy: zamiast niepokoju ogarnął ją wtedy dreszczyk wynikający z rozpowszechniania zakazanych treści. Nie miała pojęcia, w jakim stopniu te ohydne komiksy z gatunku hentai były zbliżone do rzeczywistego seksu - miała nadzieję, że w żadnym. W ich szkole nie istniało nic na kształt edukacji seksualnej, bo to wskazywałoby na istnienie czegoś takiego jak seks, a był to ostatni temat, który szkoła chciała podsuwać swoim uczniom.

- Chodźmy do Starbucksa - zaproponowała Alva.

W ciągu ostatnich lat na placu otworzyły się wszystkie sieciówki: Starbucks, McDonald's, KFC i Subway. Jednak Li Xinwei odparła:

- Tam jest za drogo. A poza tym tata nie pozwala mi pić kawy. Chodźmy do FamilyMarta.

W FamilyMarcie roiło się od dzieciarni w mundurkach i czuć było rybnymi klopsikami.

- Ja na twoim miejscu mniej siedziałabym w necie, a bardziej skupiłabym się na zhongkao - oświadczyła Li Xinwei, oglądając paczkę paluszków z czekolady o smaku zielonej herbaty.

- Kiedy ja już nie wyrabiam od tych wszystkich egzaminów próbnych. A ty nie?

- Nie - odparła Li Xinwei. - Na tym polega różnica między silnymi a słabymi. Ja nie mogę sobie pozwolić na takie myślenie.

- No tak... - Alva wzięła papierowy kubek i nalała do niego brązowego wywaru, nałożyła szaszłyki z kuleczek krewetkowych. - Najpierw liceum numer dwa Huadong, potem wymiana zagraniczna, potem Oxford albo Cambridge.

Li Xinwei miała obsesję na punkcie Oxfordu i Cambridge, od kiedy w pierwszej klasie dostała fioletowe oksfordzkie podręczniki do nauki angielskiego. Do tej pory uwielbiała puszczać sobie taśmy z angielskim akcentem i powtarzać słówka za dziećmi o zagranicznych imionach: Alice, Kitty, Benem. W Szanghaju panował wszechogarniający, milczący szał emigracji. Wielu zamożniejszych kolegów z ich klasy także planowało składać papiery na zagraniczne uczelnie, choć tylko nieliczni głośno o tym mówili.

- A ty przecież pojedziesz do Ameryki - odparła Li Xinwei, tak jakby się broniła.

- Moja mama nie chciała się tam przeprowadzić, nawet zanim wyszła za mąż. A teraz, z Lu Fangiem... Beznadziejna sprawa.

- Ty zawsze patrzysz na wszystko od najgorszej strony.

- A są tu jakieś dobre?

Gdy wychodziły ze sklepu, zadźwięczał dzwonek u drzwi. Li Xinwei wzruszyła ramionami.

- Alva, pół pensji mojego taty idzie na te dodatkowe lekcje w New Oriental. A pokój dzielę ze swoją babcią. Czy to naprawdę taka tragedia mieć nadzianego ojczyma?

Po powrocie do pustego mieszkania Lu Fanga Alva włączyła wszystkie światła, a potem nastawiła na maksa ogrzewanie. Niech wszystko płonie, płonie i płonie. Przecież płacili za to kasą Lu Fanga. Zresztą w domu i tak nie było nikogo, kto by się tym przejmował.

Rzuciła plecak na podłogę i rozejrzała się po miejscu, które kiedyś uważała za swoje. Mieszkanie było zimne nie tylko pod względem temperatury. Chodziło też o wystrój: gołe białe ściany, wykonane z drewna sekwoi meble na cienkich nóżkach, szorstka granatowa kanapa, która bardziej nadawałaby się do recepcji w jakimś biurze. Nic tu nie sprawiało wrażenia taniochy, ale nic też nie tworzyło domowej atmosfery. Dwa lata temu, kiedy się wprowadziły, Alva była wdzięczna za całą tę przestrzeń, za prawdziwe łóżko z nogami, za własny pokój, za toaletę, nad którą nie trzeba było kucać. Kto by się wtedy przejmował, że nie miały dość rzeczy, aby zapełnić te pomieszczenia, urządzić je. "Naprawdę możemy tutaj mieszkać?" Nie dowierzała ich szczęściu.

Leżała wyciągnięta na kanapie i odrabiała lekcje do wtóru wybuchów sztucznego śmiechu z Przyjaciół, którzy lecieli na płaskoekranowym telewizorze, kiedy w zamku zachrzęścił klucz. To Lu Fang wracał po pracy do domu.

- Jesteś - mruknął, jakby mogła być gdzieś indziej.

- Gdzie moja mama? - zapytała Alva.

- U fryzjera.

- Aha.

- Co oglądasz?

- Nic.

- Trochę głośno - stwierdził Lu Fang. Przykręcił termostat. - Naprawdę najlepiej odrabia się lekcje przed telewizorem?

Alva wyłączyła serial. Potem już siedzieli, nie odzywając się do siebie, aż do powrotu Sloan. Jej długie blond włosy były ułożone tak, że wyglądały jak u syreny.

- Kolacja! - oświadczyła nieco za głośno i za wesoło. Przyniosła coś na wynos z okolicznej restauracji: grzyby mun pływające w oleju razem z miękkimi kawałkami mięsa nieznanej proweniencji. - Alva, nakryjesz do stołu? - zapytała.

- Mam lekcje do odrobienia - odparła Alva i zabrała styropianowe pudełko do swojego pokoju.

Słyszała, jak na stole w salonie stukają ceramiczne miseczki. Otworzyła laptopa - starego Lenovo ThinkPada, którego Lu Fang dał jej po zaręczynach ze Sloan - i zalogowała się na komunikator QQ. Gao Xiaofan był tam pod nickiem ????, Xiao Ao Jianghu, Uśmiechnięty Dumny Wędrowiec - wziął to z powieści Jin Yonga. Zielona kropka przy jego imieniu się paliła. Alva kliknęła na jego profil.

HentaiLord: jedziesz na wycieczkę klasową?

????: zależy. a gdzie?

HentaiLord: na łyżwy

????: przecież w szanghaju nie ma lodu

HentaiLord: do centrum handlowego, ty głąbie

Zaczęła z nim rozmawiać na QQ jakiś miesiąc temu, kiedy już całe Mincai zdążyło usłyszeć o HentaiLordzie. Gao Xiaofan ani razu nie odezwał się do Alvy w realu, wiedziała jednak, że innemu buntownikowi odpowie. I rzeczywiście odpowiedział.

????: a ty będziesz?

HentaiLord: może tak, może nie

????: kim ty jesteś? obiecuję, że nie powiem

Rozległo się stuknięcie do drzwi i Alva zatrzasnęła ThinkPada. Ale to była tylko jej matka, która wsunęła głowę do pokoju.

- Będziemy oglądać film - powiedziała. - Jestem legendą. W Stanach wejdzie do kin dopiero za miesiąc. Chcesz obejrzeć z nami?

- Nie, dzięki - odparła Alva. - Już to widziałam.

Nawet się nie odwróciła. Drzwi zamknęły się za jej plecami z cichym, rozczarowanym trzaśnięciem.

3

Na klasową wycieczkę Alva założyła obcisłe czarne dżinsy, neonoworóżową koszulkę na ramiączkach, na wierzch koszulę z siateczki, do tego czapkę bejsbolówkę z logiem Dodgersów, którą kupiła na targu z podróbkami. Klasowy wypad był bardzo ekscytującą okazją: ten jeden raz koledzy z klasy będą mogli zobaczyć ją w czymś innym niż ten zielono-żółty dresowy mundurek.

- To nie konkurs na najlepszy kostium - skomentowała Li Xinwei, kiedy spotkały się przy bramie Epoki Romantyzmu.

Alva widziała jednak, że i przyjaciółka pieczołowicie dobrała dzisiejszy strój: na nowy jasnobrązowy płaszczyk miała wyłożony falbaniasty kołnierzyk różowej bluzki.

Razem pojechały cuchnącą papierosami taksówką pod ozdobione złotymi kolumnami wejście do centrum Super Brand Mall. To Alva uprosiła Li Xinwei, żeby na klasową wycieczkę na łyżwy wybrać właśnie centrum handlowe. Według amerykańskich filmów takie centra buzowały przecież od elektryzującego potencjału flirtów i intrygi. A poza tym Super Brand Mall był dla niej Mekką. Właśnie tutaj, gdy otworzył się w połowie lat dwutysięcznych, Alva po raz pierwszy zetknęła się ze świętą trójcą w postaci H&M, Zary i Sephory. Tu również była na absurdalnym seansie Piratów z Karaibów 3 - z filmu usunięto wiele scen z udziałem Chow Yun-Fata, grającego główny czarny charakter. Alva uwielbiała tutejsze kino na górnej kondygnacji, nie wiadomo czemu urządzone w stylu egipskim. Tu, w tym centrum handlowym, mogła spacerować od wykonanych z piaskowca kopii świątyń w Abu Simbel do Toys"R"Us, anglojęzycznych księgarni i Burger Kinga. Przepadała za tą galerią. Kurde, ona mieściła w sobie cały świat.

Kiedy dotarły na lodowisko, grupki dziewczyn z ich klasy ślizgały się już w kółeczkach, wybuchając głośnym śmiechem i trzymając się za ręce. Na lodzie nie było prawie żadnych chłopców, nie licząc kilku klasowych dyżurnych, którzy płaszczyli się przed Li Xinwei, żeby jej się przypodobać.

Alva posuwała się na łyżwach drobnymi kroczkami. Marzyło jej się, że w hali będzie ciemno, że będzie leciała głośna muzyka, że przyjdą wszystkie wysokie, wysportowane chłopaki, które nie odrabiały zadań domowych. Marzyły jej się kurtki szkolnych drużyn sportowych, Budweiser i cała obsada American Pie. Jakie to wszystko musiało być podniecające dla Sloan, gdy była jeszcze nastolatką w Ameryce. Alva wiele razy błagała matkę, żeby pojechały latem do Stanów, i zawsze słyszała w odpowiedzi, że ich na to nie stać. Nigdy nie było ich stać na nic, na co Sloan nie miała ochoty.

Alva puściła się w stronę barierki, tak by wylądować na miękkiej poduszce amortyzacyjnej.

To wtedy zauważyła salon gier przy lodowisku. Było tam kilku chłopaków z jej klasy, stali z oczami wlepionymi w ekrany i szarpali za dźwignie. Szkieletowa sylwetka Gao Xiaofana garbiła się nad automatem obiecującym płomienie, krew i kobiety o biustach wyskakujących z kostiumów w stylu Tomb Raidera.

Na lodowisku Li Xinwei sunęła na łyżwach z wielkim namaszczeniem i przyjemnością. Na Alvę nikt nie zwracał uwagi. Przeszła zatem do salonu gier, aż dotarła do atrapy motocykla obok Gao, choć ten nawet jej nie zauważył. Nie kupiła żadnych żetonów, żeby zagrać, więc wyciągnęła telefon, ale oczywiście nie czekały na nią żadne wiadomości. Jedyną osobą, która do niej pisała, była jej matka.

- Misja wykonana - odezwał się nagle jakiś męski głos po angielsku. Alva poderwała się z zaskoczenia. Gao Xiaofan odłożył karabin i pomacał za czymś w kieszeni, a potem zaklął pod nosem.

- Żetony ci się skończyły? - spytała Alva.

Nie okazał zdziwienia na jej widok - w ogóle sprawiał wrażenie, jakby jej nie poznał. Alva podmalowała rzęsy tuszem, a włosy pod czapką Dodgersów miała rozpuszczone. Mimo to Gao ominął ją wzrokiem i popatrzył dalej, na dwóch innych chłopaków, swoich kumpli Teng Xina i Szczeniaka. Obydwaj mieli przy sobie duże sterty żetonów. Alva wiedziała, że Gao to jeden z nielicznych uczniów w ich roczniku, którzy nie mieszkali przy eleganckim Parku Stulecia. Jego ojciec przywoził go z samego końca okręgu szkolnego na starym skuterze Yamahy. Dzisiaj, bez mundurka, Gao był ubrany w nylonowe dresowe spodnie i dżinsową kurtkę, które sprawiały wrażenie znoszonych. Tylko obuwie miał modne: skóra jasnoczerwonych Najków aż lśniła. Na pewno bardzo o nie dbał, skoro wyglądały jak nowe, a przecież nosił je codziennie od dwóch lat.

Alva wyciągnęła z kieszeni zmiętą dychę.

- Chcesz na żetony? Mógłbyś mi pokazać, jak się w to gra.

Gao wreszcie odwrócił się twarzą do niej.

- A ty to kto? - zapytał.

- Dy... Dyżurna od pracy domowej - bąknęła Alva.

Gao wzruszył ramionami.

- Może następnym razem. - Po czym uciekł do Tenga i Szczeniaka.

Idiota! Przecież codziennie ze sobą rozmawiamy na QQ! - miała ochotę krzyknąć Alva. Ale gdyby się wydało, że to ona jest HentaiLordem? Ktoś by na nią naskarżył i lata dobrych ocen poszłyby na marne. Głowa deprawatorki musiałaby pójść pod topór. A potem zaszpachlowano by pęknięcia w tkance szkoły i wszystko wróciłoby na utarte tory. Neonowe ściany salonu gier zacisnęły się wokół niej, brakowało jej powietrza. Alva wsunęła banknot z powrotem do kieszeni i, nie żegnając się z nikim z klasy, zjechała windą w trzewia Super Brand Mall.

Na parterze przystanęła, aby spojrzeć z podziwem na zamaszystą czcionkę dwóch liter: H&M. Świadomość, że pewne rzeczy wszędzie na całym świecie są takie same, ustandaryzowane, była dla niej kojąca. Białe plastikowe manekiny bez twarzy, ciuchy szyte w Bangladeszu. Kiedy była młodsza, przychodziły tutaj ze Sloan i przymierzały różne stroje, jak na filmie w montażu, kiedy bohaterka zmienia stylówę, a potem paradowały po przymierzalni, choć wiedziały, że niczego nie kupią. One mogły sobie pozwolić co najwyżej na ciuchy z targowiska z podróbkami pod stacją metra przy Muzeum Nauki i Technologii: powyciągane T-shirty ze słowami CHRISTIN DIOR i GUCCHI, które wypisano plastikowymi ćwieczkami.

W H&M zgarnęła całe naręcza różnych aksamitnych i falbaniastych ubrań i zamknęła się w przymierzalni. Rozebrała się do bielizny, a potem wcisnęła w parę sztucznie wypłowiałych rurek. Nagle, gdy je na siebie wciągała, przerwała, żeby przyjrzeć się sobie w odbiciu. Przez ostatni rok biodra dosłownie jej spuchły, to było wręcz obsceniczne. A skóra na pośladkach pod szorstkim sztucznym oświetleniem pokryła się drobnymi wgłębieniami, choć kiedyś była gładka. Na swoje piersi Alva nawet nie mogła patrzeć. Szarpała się właśnie z guzikiem dżinsów, gdy nagle z sąsiedniej kabiny doleciał ostry śmiech.

- Auć! Suń się!

- O rany, ale to cudne.

Szuranie stóp. Dwie osoby, może nawet trzy. Mówiły po angielsku, z charakterystyczną intonacją amerykańskich nastolatek.

- Ale nie myślisz, że w ramionach jakoś dziwnie leży?

- Danny Merchant nawet nie spojrzał na Rebeccę.

- Fuj, ale ja jestem gruba.

- Co ty w ogóle gadasz?

- A Rebece normalnie odbiło, szkoda, że jej nie widziałaś, skuła się jak nie wiem...

Alva wstrzymała oddech. Trzy dziewczyny - trzy amerykańskie dziewczyny. Nigdy nie znalazła się tak blisko żadnej nich, była z nimi praktycznie w jednej kabinie.

- No mówię ci, wygląda suuuuper. Idź, przejrzyj się w dużym lustrze.

Znowu szuranie nogami. Trzask zamka. Teraz głosy znalazły się na zewnątrz.

- No nie wiem. Strasznie obcisła.

Alva naciągnęła na siebie jedwabny top na cienkich ramiączkach, który spływał luźno na niedopięte dżinsy. Też otworzyła drzwi przebieralni. Dziewczyny stały w przejściu przed dużym zwierciadłem. Wszystkie trzy miały brązowe włosy - okazały się mniej piękne, niż sobie wyobrażała. Jedna z nich miała okropny trądzik, druga była przy kości, a trzecia wysoka jak tyczka. Przymierzały obcisłe miniówy. Zauważyły czekającą Alvę, ale nie ruszyły się sprzed lustra. Ich spojrzenia przesunęły się po jej twarzy jak cień lecącego samolotu po ziemi. Dlaczego? - zastanawiała się Alva.

I nagle do niej dotarło: One myślą, że jestem Chinką.

Zrobiła krok do przodu i głośno odezwała się po angielsku do tej wysokiej:

- Ale wam ładnie w tych sukienkach.

Dziewczyna odwróciła się zaskoczona.

- O - bąknęła. - Dzięki.

Teraz pozostała dwójka odsunęła się na bok, żeby zrobić Alvie miejsce przed lustrem. Wszystkie cztery się w nim odbijały. Amerykańskie nastolatki.

- Fajny ten top - odezwała się do Alvy ta z trądzikiem.

Metka wisiała Alvie pod pachą. Sto dwadzieścia dziewięć juanów.

Alva zmusiła się do swobodnego, na wpół obojętnego uśmiechu, który miał mówić: "Racja, może nawet go kupię".

- Szykujecie się na jakąś imprezę? - zapytała, starając się wypaść naturalnie.

- Zimowy bal szkolny - powiedziała ta wysoka. A potem, po pauzie, dodała: - A ty do której szkoły chodzisz?

Alva już wiele razy stawała przed tym lustrem i przechadzała się przed nim krokiem modelki, udając wielką gwiazdę, podczas gdy Sloan wykrzykiwała wskazówki. W odbiciu mogła być, kim chciała.

- Do Shanghai American School - odparła.

- No co ty! My też! Do tej na Pudongu czy na Puxi?

Alva przełknęła ślinę. Szanse miała pół na pół. Dwie główne dzielnice Szanghaju nazwane były od przecinającej je rzeki Huangpu: Puxi, czyli "na zachód od rzeki", była to dawna strefa kolonialna. Pudong, czy też "na wschód od rzeki", z rosnącymi jak grzyby po deszczu osiedlami i rodzinnymi centrami handlowymi, stanowił chiński odpowiednik amerykańskich przedmieść.

- Na Pudongu - strzeliła.

Dziewczyny wymieniły się spojrzeniami.

- No tak - powiedziała ta trądzikowata. - My chodzimy na Puxi. To jak, kupujesz ten top?

Wszystkie przebrały się z powrotem we własne ciuchy i razem podeszły do kasy, Alva o pół kroku za tamtymi, z jedwabnym topem w rękach. Był taki cieniutki, niemal przezroczysty. W życiu nie będzie miała okazji ubrać się w coś takiego do ludzi, ani w Mincai, ani w Parku Stulecia. Kasjerka przywołała ją ruchem dłoni. Alva przesunęła top po ladzie i zaczęła szukać portfela. Nie miała stu dwudziestu dziewięciu juanów. Udała, że odlicza banknoty, doskonale wiedząc, że zabraknie jej pieniędzy.

- Sto dwadzieścia dziewięć - powtórzyła kasjerka, nawet nie dotykając drobniaków, które Alva położyła na ladzie. Ta pulchna Amerykanka stała już przy sąsiedniej kasie.

- Co się stało? - zapytała Alvę, zauważywszy grymas na jej twarzy.

- Chyba zgubiłam tę stówę, którą miałam...

Dziewczyna wyjęła z własnego portfela setkę z przewodniczącym Mao w ostrym różu.

- Masz - powiedziała. - Po sprawie.

Alva zobaczyła, że w portfelu tamtej nadal pozostał gruby plik różowych Mao. Wzięła banknot.

- Dzięki - odparła.

Kasjerka złożyła bluzkę i podała ją Alvie w plastikowej reklamówce. Trzy dziewczyny ruszyły do wyjścia. Alva poszła za nimi, łapczywie chłonąc ich rozmowę. Czyli to wszystko była prawda: rzeczywiście istniały bale i chłopaki, i alkohol, choć dziewczyny używały także słów, których Alva nie znała z filmów: ABC, szofer, bar otwarty. Miała ochotę zapytać je, co to znaczy ABC, lecz tłum w centrum handlowym był jak wartki prąd w strumieniu, a te dziewczyny nie zwalniały, żeby ją uwzględnić: sprawiały wrażenie, jakby już o niej zapomniały. Przeszły przez wykrywacze metalu i zniknęły w ludzkiej fali wylewającej się z Super Brand Mall. Alva stała jak głupia z jedwabnym topem w torebce, miękkim, beżowym i nieważkim.

4

Po spotkaniu z tymi dziewczynami z Ameryki wsiadła do metra, a dalej wróciła do domu piechotą. W mieszkaniu nikogo nie było. Sloan i Lu Fang pojechali gdzieś w interesach, musieli odwiedzić jakąś fabrykę w Dongguanie. Jedno z nich zostawiło dla niej na stole różowego Mao.

Na widok tego banknotu Alva aż się zagotowała. Czy Sloan i Lu Fangowi odbiło? Nie zostawili jej nawet żadnego liściku - tacy byli pewni, że sama się sobą zajmie, że odrobi zadania domowe i będzie siedziała w domu, podczas gdy oni polecą sobie na południe i będą mieszkali w hotelach o miękkich łóżkach z wykrochmaloną pościelą. Czy oni mieli pojęcie, co się działo na filmach, kiedy nastolatki zostawiano same w domu? Robiły burdel. Urządzały dzikie imprezy. Te dziewczyny z Super Brand Mall na pewno w kółko tak robiły. A jej matce nawet nie przyszło do głowy, żeby się tym przejmować.

W jej głowie zaświtał plan. Ona też urządzi domówkę i zaprosi na nią... no, urządzi ją dla samej siebie. Nawet nie potrzebowała podrabianego dowodu. Mogła wejść prosto do FamilyMarta, nakupić sobie wódy i nikomu nie drgnie powieka. Sloan posyłała ją do sklepu po piwo, od kiedy Alva miała osiem lat.

Wsadziła tę stówę do kieszeni i wyszła z domu.

W FamilyMarcie niewielki asortyment win i mocnych alkoholi trzymano na małym regaliku przy kasie. Butelka whisky Ballantine's kosztowała tylko czterdzieści sześć juanów. Dziewczyna za ladą ledwo rzuciła okiem na koszyk, który Alva przed nią postawiła.

- I jeszcze paczkę Hong Ta Shanów - rzuciła ośmielona tym Alva.

Dziewczyna odwróciła się i zdjęła z półki papierosy.

Alva podała jej banknot. Gdy wychodziła, automatyczne drzwi otworzyły się z akompaniamentem elektrycznej muzyczki. Czekała na formułkę "Dziękujemy za zakupy", którą pracownicy FamilyMartu powinni recytować do każdego klienta. Dziewczyna jednak milczała, gapiła się przez okno na ciemniejące już ulice.

W drodze powrotnej do Niebiańskiego Spokoju Alva pospiesznie minęła budkę ochrony, bojąc się, że ochroniarze zauważą butelkę w plastikowej reklamówce. Ale mężczyzna na dyżurze jedynie zerknął na nią obojętnie i nic nie powiedział.

W domu otworzyła butelkę Pepsi, którą Lu Fang trzymał w lodówce. Wprowadził się w poprzedni weekend i ta kolekcja napojów gazowanych stanowiła jeden z niewielu śladów jego obecności. Drzwi lodówki zapełnione były porzuconymi butelkami Pepsi, Fanty, 7Upa - jak cmentarzysko amerykańskich napojów, wolno tracących gaz. Poza nimi prawie nie dało się zauważyć, że teraz Lu Fang tu mieszka. No, tyle że na stojaku na buty trzymał swoje ostentacyjnie czerwone Najki - klasyczny, szpanerski model, podobny do tego, który nosił Gao Xiaofan. Kolejny dowód bezguścia Lu Fanga: owszem, u chłopaków w szkole panował ostatnio szał na Najki, ale u biznesmena po pięćdziesiątce zalatywało to dziwaczną próżnością.

Alva nalała sobie pół szklanki Ballantine'sa i zrobiła drinka. Gazowana słodycz Pepsi złagodziła uderzenie whisky. Alva ściągnęła koszulkę i narzuciła na siebie nową jedwabną bluzeczkę. Czuła się tak, jakby miała na sobie powietrze.