Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej, spisywane podczas wędrówek dolinami rzek znanych, jak Biebrza i Narew, i zapomnianych, jak Brzozówka, Czarna, Jaskranka, Kamienna, Krzemianka, Kumiałka, Nereśl, Niedźwiedzica, Nurka, Sidra oraz rzeka Supraśl, ku pamięci, że woda to życie... - Paweł Średziński

Kup ebooka

34.99 zł

-
Proszę czekać

Rzeki dzieciństwa

Rzeki dzie­ciń­stwa

"Takie już bowiem mam dzi­wac­two, że zamiast szu­kać dale­kich cudów przy­rody, zamiast gonić za zgieł­kiem po tar­go­wi­cach świata, doznaję naj­więk­szych roz­ko­szy, gdy wpa­truję się w dno cichych stru­mieni i rzek, gdy przy­kła­dam ucho do sta­rych mogił, któ­rych szeptu mrocz­nych dzie­jów nikt nie słu­cha".

Zyg­munt Glo­ger, Doli­nami rzek

"Witaj­cie w doli­nie. Mię­dzy Bie­brzą i Narwią. W Mezo­po­ta­mii. Woda ozna­cza tu życie".

Edward Redliń­ski, Woda

Rzeko dzie­ciń­stwa. O Tobie chcę pisać. Pamię­tam. Ty pły­nę­łaś, a ja nad Twoim brze­giem odpo­czy­wa­łem, łowi­łem ryby na wędkę z lesz­czy­no­wego kija, a potem zanu­rza­łem się w Two­jej wodzie, chło­dząc moje młode, a potem coraz star­sze ciało. Nie bro­ni­łem się przed Twoim muli­stym dnem i nie­przej­rzy­stą wodą. Cza­sami byłaś czy­stą strugą z miłym w dotyku piasz­czy­stym dnem. Innym razem leni­wym roz­le­wi­skiem, przez które bro­dzi­łem w poszu­ki­wa­niu zna­ków nad­cho­dzą­cej wio­sny, nie zdej­mu­jąc butów i mocząc się po pas.

Ni­gdy nie potra­fi­łem dobrze węd­ko­wać. Do dziś nie umiem dobrze pły­wać. Ale zawsze myślę o Tobie, zanu­rza­jąc się we wspo­mnie­niach, bo pły­nę­łaś, odkąd mogę cokol­wiek pamię­tać. Mia­łaś trzy imiona. Turo­śnianka, Narew, Doda­tek. To nur­ko­wa­nie w cza­sie prze­szłym jest jak kąpiel w Two­jej wodzie. Budzi­łaś wyobraź­nię. Za palmy słu­żyły mi olsze, które latem ocie­niały Twoje mean­dry, a Ty wciąż mogłaś pły­nąć, cho­ciaż Twoją dolinę zaczęli zmie­niać ludzie. Budzi­łaś wraż­li­wość. To dla­tego prze­sta­łem węd­ko­wać. Nie mogłem już zabi­jać ryb, które zło­wi­łem. Wyzwa­la­łaś uważ­ność. Z Tobą uczy­łem się czy­ta­nia obec­no­ści bobrów, roz­po­zna­wa­nia cza­jek na łąkach i żab mocza­ro­wych w sza­cie godo­wej.

Mia­łem trzy rzeki dzie­ciń­stwa. Pierw­szą była Turo­śnianka, nad którą zabie­rali mnie rodzice, a ja wędro­wa­łem urze­czony jej mean­dru­ją­cymi brze­gami. To tam po raz pierw­szy zoba­czy­łem bobrowe żere­mie, chwy­ta­łem chru­ściki za ich sta­ran­nie skle­cone z róż­nych mate­ria­łów osłony i łowi­łem moje pierw­sze ryby. Byłem kolej­nym poko­le­niem, które przy­jeż­dżało nad Turo­śniankę. W jej wodach pły­wał mój pra­dzia­dek. Zanim się uro­dzi­łem, miej­scowe kobiety robiły w niej pra­nie, a mój ojciec pod okiem dziadka spę­dzał nad jej brze­giem wolny czas.

Moja pierw­sza rzeka dzie­ciń­stwa.

Pamię­tam wio­senne i let­nie burze i stary drew­niany budy­nek, w któ­rym upy­chano sko­szone siano. Ukry­wa­li­śmy się pod jego gościn­nym dachem, żeby prze­cze­kać nawał­nicę. Ni­gdy nie zapo­mnę zapa­chu po desz­czu: nasy­co­nego wil­go­cią powie­trza, wymie­sza­nego z aro­ma­tem siana.

Pamię­tam, jak nad brze­gami Turo­śnianki co rok obser­wo­wa­łem zaję­cze zaloty - po kil­ka­na­ście sza­ra­ków rywa­li­zo­wało wtedy o samice. Takich scen, powszech­nych w latach 80. i na początku 90., już nie uświad­czę. Zające zaczęły zni­kać z kra­jo­brazu, a wypusz­cza­nie sza­ra­ków z hodowli w tro­sce o to, żeby nie zabra­kło ich w "łowi­sku", nijak się ma do ich ochrony.

Nad Narwią pod Boki­nami.
Turo­śnianka.

W Turo­śniance łowi­łem kieł­bie i ukleje. Rza­dziej płotki, tylko raz zda­rzył się okoń. Węd­ko­wa­nie było wtedy cie­ka­wym zaję­ciem, a zło­wione ryby zja­da­li­śmy. Nie zda­wa­li­śmy sobie jesz­cze sprawy z tego, że wyła­wia­jąc rybę, już ją oka­le­czamy, ale nie­świa­do­mie kon­te­sto­wa­li­śmy popu­larną dziś ideę złap i wypuść. Okres, kiedy ryb było w tej rzece naprawdę dużo, wtedy już dawno minął. Dzia­dek mojego ojca opo­wia­dał mu, jak cho­dził nad rzekę i łapał znacz­nie więk­sze ryby, i to nie na wędkę, tylko gołymi rękami; jesz­cze daw­niej chwy­tano je czymś na kształt oście­nia.

Turo­śnianka nie przy­po­mina dziś tej daw­nej rzeki. Utwo­rzono na niej zalew, który zmie­nił dolinę, ale jej nie pomógł. A jed­nak wciąż, kiedy myślę o Turo­śniance, odzywa się nostal­gia za minio­nym cza­sem. Zresztą rzeka naj­le­piej wpi­suje się w opo­wieść o prze­mi­ja­niu. Mawia się, że czas jest jak rzeka. Zmie­rzamy z jej bie­giem ku ujściu i fina­łowi naszego spływu w życio­wym kajaku.

Nie­dawno odwie­dzi­łem brzegi Turo­śnianki. Można nazwać tę wizytę spo­tka­niem po wielu latach. Nie ma już nad nią drew­nia­nej szopy, w któ­rej ukry­wa­li­śmy się przed burzą. Szu­ka­łem jej śla­dów, ale tylko poje­dyn­cze kamie­nie przy­wra­cały pamięć. Wciąż są olsze. Są też bobry. Rzeko dzie­ciń­stwa, nawet nie wiesz, ile rado­ści spra­wiły mi ślady ich obec­no­ści. Ludzie nie lubią tych gry­zoni. Mówią, że "wyci­nają" drzewa. A co robi czło­wiek? Czy nie wycina drzew? Mówią, że bobry prze­gra­dzają rzeki. A co robi czło­wiek? Wydaje miliony na budowę nowych zapór i zbior­ni­ków, regu­la­cje, utrzy­ma­nie. Bobry nie nisz­czą rzeki. To czło­wiek potrafi jej zadać trudno gojące się rany.

Turo­śnianka wciąż pły­nie ku Narwi i wpada do niej w pobliżu Baciut, dzi­cze­jąc na ostat­nim odcinku dzięki roz­le­głej narwiań­skiej doli­nie. Narew na obu swo­ich brze­gach, na odcinku od Łap do Bokin, była drugą rzeką mojego dzie­ciń­stwa. Wysia­dało się z pociągu na nie­po­zor­nym przy­stanku Bojary, aby iść dalej przez pod­mo­kłe olsy, a potem na wynu­rza­jące się z mokra­deł wysepki. Wędro­wa­łem po tych miej­scach, zanim powstał Narwiań­ski Park Naro­dowy. Pamię­tam, jak dosta­łem do rąk pierw­szą mapę poprzed­nika tego parku - Narwiań­skiego Parku Kra­jo­bra­zo­wego. Mam ją do dziś, mocno poskle­janą. To cenna pamiątka, z którą nie chcę się roz­sta­wać.

W nad­nar­wiań­skich olsach wsłu­chi­wa­łem się w głosy żurawi. Zawsze budziły we mnie przy­jemne uczu­cie eks­cy­ta­cji. Dreszcz prze­cho­dził przez całe moje ciało. Potem docie­ra­łem bli­żej roz­wi­dla­ją­cych się koryt dzi­kiego odcinka Narwi. Wśród kęp turzyc wsłu­chi­wa­łem się w nad­cho­dzącą wio­snę i wypa­try­wa­łem toku­ją­cych kszy­ków. Cza­sami zapa­da­łem się w roz­le­wi­ska po pas. Pomimo niskich tem­pe­ra­tur ni­gdy nie zacho­ro­wa­łem od mojego mokrego łazi­ko­wa­nia.

Bobry wciąż żyją nad Turo­śnianką.

Po dru­giej stro­nie Narwi naj­cie­kaw­szy był dla mnie frag­ment mię­dzy Łupianką Starą a Boki­nami. W Boki­nach roz­ta­czał się piękny widok na dolinę. Nie psuły tego widoku kominy w Łapach. Zapie­rało mi dech w pier­siach, szcze­gól­nie wio­sną, kiedy Narew wyle­wała. Mia­łem wra­że­nie, że zna­la­złem się nad jedną z naj­dzik­szych rzek, nazy­waną prze­cież nie bez powodu pol­ską Ama­zonką. Bagno Roz­gnój i rycyki, któ­rych w moim dzie­ciń­stwie było tam tak dużo. Dziś nie ma ich aż tylu. W łanach nie­wy­ko­szo­nych trzcin grzmiały bąki, ich głosy przy­po­mi­nały dmu­cha­nie w szklaną butelkę. Był nawet czas, kiedy moi rodzice myśleli o zaku­pie sta­rej sto­doły pod Boki­nami, poło­żo­nej tuż nad roz­le­wi­skami Narwi. Marze­nie o zamiesz­ka­niu w doli­nie rzeki pozo­stało nie­speł­nione. Ktoś inny osie­dlił się w tym miej­scu.

Kiedy lokalni rol­nicy zaorali sąsia­du­jące z rzeką pola pod Boki­nami, znaj­do­wa­łem ślady histo­rii. W cza­sie II wojny świa­to­wej Narew sta­no­wiła trudną do sfor­so­wa­nia barierę. Po "nie­miec­kiej" stro­nie frontu zna­la­złem pisto­let, łuski, frag­menty poci­sków i opo­rzą­dze­nia. Nie było jesz­cze mody na poszu­ki­wa­nie mili­ta­riów z wykry­wa­czem metalu. Wszystko leżało na powierzchni. Żad­nej z tych rze­czy nie zabra­łem do domu. Zostały tam, gdzie je zna­la­złem.

Mój ojciec mawiał, że za Narwią, w Boki­nach, jest już Mazow­sze. Stwier­dzał to na pod­sta­wie innej pogody. Jego zda­niem, kiedy tam padało, to w Bia­łym­stoku mogło świe­cić słońce. Bywało też odwrot­nie. Takich dyle­ma­tów nie było nad trze­cią rzeką dzie­ciń­stwa, a może lepiej: strugą. Trudno mi ją nazwać. Już wtedy była rowem melio­ra­cyj­nym, który zbie­rał wodę z łąk. Nazy­wali to miej­sce Dodat­kiem.

"Na Doda­tek" cho­dziło się czę­sto na spa­cer, kiedy odwie­dza­li­śmy rodzinę babci Stasi miesz­ka­jącą w kolo­nii pod Zwier­kami. Sta­wa­li­śmy na prze­pu­ście, któ­rym prze­jeż­dżały fur­manki i cią­gniki, i wypa­try­wa­li­śmy ryb. Woda była w tym rowie bar­dzo czy­sta. Oczy­wi­ście naszej uwa­dze nie mogły uciec cier­niki. Chwy­ta­li­śmy je w zro­bione domo­wym spo­so­bem pod­bie­raki i pako­wa­li­śmy do sło­ika. Po pew­nym cza­sie ryby wra­cały do rowu.

W tym rowie można też było zna­leźć pisko­rze. Dziś figu­rują już w Pol­skiej czer­wo­nej księ­dze zwie­rząt, zostały objęte ochroną. Wtedy, w latach 80. ubie­głego już wieku, "na Dodatku" było ich bar­dzo dużo. Wycią­ga­li­śmy je z muli­stego dna, przy oka­zji chło­dząc się w wodzie, która się­gała nam do kolan. Nie­stety nie zdą­ży­łem zapy­tać babci, jak było z Dodat­kiem przed wojną. Czy było w nim wię­cej ryb? I czy był strugą, a może tylko śla­dem po roz­le­głej doli­nie pobli­skiej rzeki Rudni?

Ponad 30 lat temu żyłem zwró­cony twa­rzą do rzeki. Dzie­ciń­stwo spę­dza­łem nad jej brze­gami. Każda eks­pe­dy­cja nad rzekę była czymś, na co nie­cier­pli­wie cze­ka­łem. Nie prze­szka­dzał muł, zaro­śnięte brzegi i koń­skie muchy. To przy­wią­za­nie do rzecz­nych dolin nie opusz­czało mnie w mło­do­ści. Nie opusz­cza i dziś. A jed­nak szybko zapo­mi­namy o rze­kach. Nie myślimy o nich wcale.

Pamię­tamy o rze­kach naj­czę­ściej w momen­cie kata­strofy. Kiedy Odra została zatruta i na jej brze­gach ginęły ryby, media nagło­śniły klę­skę, a poli­tycy z urzęd­ni­kami oskar­żali sie­bie nawza­jem o zanie­dba­nia, szu­ka­jąc win­nych. Potem znowu zapada cisza. Inne rzeki są w jesz­cze gor­szej sytu­acji, bo nie są tak ważne jak Odra czy Wisła. O tych małych i tro­chę więk­szych nikt nie będzie pamię­tał. Nawet jeśli ucier­pią, obu­rzą się tylko węd­ka­rze i paru lokal­nych przy­rod­ni­ków, ale sprawa szybko ucich­nie. Część tych małych rzek znik­nęła na oczach moich dziad­ków i rodzi­ców z powodu ujarz­mia­nia rzecz­nych dolin.

Znisz­czy­li­śmy rzeki i ich doliny. Bez­li­to­śnie regu­lu­jąc, pro­wa­dząc prace utrzy­ma­niowe, melio­ru­jąc i zabu­do­wu­jąc ich doliny. Możemy to odwró­cić, oddać natu­rze, by doko­nała czę­ścio­wej naprawy za nas - ale na­dal jeste­śmy odwró­ceni ple­cami do rzek. A to czę­sto od nich i od ich dolin zaczęła się histo­ria naszego mia­sta, naszej wsi, naszej osady. To dzięki nim nasi przod­ko­wie mogli zna­leźć drogę i miej­sce do życia. Rzeki nas żywiły, two­rzyły natu­ralne gra­nice, bro­niły w cza­sie wojen, pisały naszą histo­rię. Zapo­mnie­li­śmy o nich. Prze­sta­li­śmy się ich uczyć. Nasza wie­dza na temat rzek jest mała. Jesz­cze rza­dziej dostrze­gamy związki, jakie łączyły naszych przod­ków z wodą. Zacho­wu­jemy się, jakby woda pocho­dziła dziś z kra­nów - nie dostrze­gamy jej źró­dła. Mój rodzinny Bia­ły­stok zawdzię­cza więk­szość wody rzece Supraśl. Wciąż nie­wiele osób zdaje sobie z tego sprawę.

Zabie­ram Was w podróż, która zawio­dła mnie nad nie­jedną rzekę. Nie będą to Turo­śnianka i Doda­tek. Nie będzie to Narew mię­dzy Boki­nami a Łapami. Nie będą to rzeki dzie­ciń­stwa. Będą to miej­sca, któ­rych, jak pisał Glo­ger, "szeptu mrocz­nych dzie­jów nikt nie słu­cha". Ruszymy razem doli­nami czę­sto zapo­mnia­nych, pomi­ja­nych na kar­tach wiel­kiej histo­rii rzek, które przez lata wyry­so­wały mapę nie­zna­nego pogra­ni­cza. Mię­dzy Wizną a Nowym Dwo­rem. Mię­dzy Bie­brzą a Brzo­zówką, Kamienną i Kumiałką. To w tym rejo­nie krzy­żo­wały się i sty­kały etnosy, reli­gie, wyzna­nia, gościńce i gra­nice.

Na początku chcia­łem napi­sać książkę tylko o Bie­brzy i popły­nąć śla­dami Glo­gera. Zda­łem sobie jed­nak sprawę, że na temat tej rzeki powstało już wiele opra­co­wań. Wciąż jed­nak bra­kuje opisu jej dopły­wów i innych rzek w sąsiedz­twie, które podob­nie jak Bie­brza peł­niły kie­dyś funk­cję gra­nic mię­dzy Jaćwieżą, Litwą, Mazow­szem i Rusią. Jaskranka, Nereśl, Czarna i odci­nek Narwi od ujścia Supra­śli do ujścia Bie­brzy mają do opo­wie­dze­nia wię­cej, niż wynika z dostęp­nych publi­ka­cji. Dawne podziały wciąż można odczy­tać w tere­nie, w nazwach, ale także w tym, jak mówi się o sąsia­dach miesz­ka­ją­cych za rzeką.

Rzeka stała się punk­tem wyj­ścia. Z jej brze­gów odcho­dzę na skraj doliny, szu­kam źró­deł, śla­dów rzek już nie­ist­nie­ją­cych. Tam, gdzie roz­sia­dły się wsie i mia­steczka. Gdzie powstały kie­dyś cmen­ta­rze, dwory i twier­dze. Gdzie kulik wielki zakłada swoje gniazda, a Miro­sław Nie­ciecki wypusz­cza krowy na bagna, tak jak to robili jego ojciec, dzia­dek i pradzia­dek. Wielu histo­rii już nie usły­szymy, bo umie­rają naj­starsi miesz­kańcy pogra­ni­cza, któ­rzy dzięki ust­nej tra­dy­cji znali dawny świat. Wiele opo­wie­ści nie zostało spi­sa­nych. Nie­które udało się nagrać i może w ten spo­sób zostaną ura­to­wane.

Rzeka od wie­ków wyzna­czała gra­nice. Uła­twiała ich wyty­cza­nie. Wyrę­czała ludzi w budo­wa­niu barier. Była wystar­cza­jącą prze­szkodą. Dzie­liła trwale, spra­wia­jąc, że ci zza rzeki byli już obcy, inni. Defi­nio­wała toż­sa­mość ludzi. Powin­ni­śmy na nowo odkryć rzeki i rolę, jaką ode­grały i wciąż odgry­wają w naszym życiu. Mam nadzieję, że opo­wie­ści, które prze­czy­ta­cie na następ­nych stro­nach, pomogą w tym odkry­wa­niu. Zapra­szam, tak jak kie­dyś Zyg­munt Glo­ger, "do zakąt­ków kraju mniej ogó­łowi naszemu zna­nych". Do pol­skiej Mezo­po­ta­mii - kra­iny poło­żo­nej mię­dzy Bie­brzą a Narwią.

Opowieść 1. Na początku było błoto

Opo­wieść 1

Na początku było błoto

"Co? Osu­szone? Jak to osu­szone, pytamy się, jakże bagno może być osu­szone? Bagno?".

Edward Redliń­ski, Kono­pielka

Na początku mojego odkry­wa­nia rzecz­nych dolin było błoto. Wszystko przez nie się stało, a bez niego nic się nie stało, co się stało. W bło­cie była woda, a ja mogłem w niej bro­dzić i się nim zachwy­cać. Bez tego ubło­ce­nia się trudno mi sobie wyobra­zić dolinę rzeki. Cho­ciaż nie zdą­ży­łem już zoba­czyć tych bagien, które widzieli moi przod­ko­wie, to zacho­wane skrawki mokra­deł stały się począt­kiem mojej wiel­kiej przy­gody.

Wio­senne roz­le­wi­ska.

Dziś stan pol­skiego błota jest marny. Tor­fo­wi­ska - prze­su­szone, zme­lio­ro­wane i wydre­no­wane z wody - zani­kają. W wielu miej­scach wyro­sły na nich łąki. W skali Pol­ski zale­d­wie 15 pro­cent tor­fo­wisk jesz­cze reten­cjo­nuje wodę i jest w sta­nie zbli­żo­nym do natu­ral­nego. Pozo­stałe już utra­ci­li­śmy. Tor­fo­wi­skom nie pomaga glo­balne ocie­ple­nie. Obja­wem kumu­la­cji nega­tyw­nych zmian są kre­to­wi­ska w rzecz­nych doli­nach. Wyglą­dają efek­tow­nie - szcze­gól­nie te przy Sta­rej Narwi pod Górą, gdzie powstają chyba naj­więk­sze mia­sta kre­cich kop­ców, jakie dotąd widzia­łem - ale nie są niczym dobrym dla bagna. Świad­czą tylko i aż o tym, że poziom wód grun­to­wych spadł gwał­tow­nie, i to w miej­scu, gdzie jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu roz­le­wały się mokra­dła. Dziś mogą się tam osie­dlić żyjące pod zie­mią krety. Nie ozna­cza to niczego dobrego dla tor­fo­wiska. Zwia­stuje to jego koniec.

Jeśli napi­szę, że bagna i błoto pocią­gały mnie od naj­młod­szych lat, nie będzie w tym stwier­dze­niu cie­nia prze­sady. Od kiedy usły­sza­łem o wiel­kich bło­tach - świe­cie, który ze względu na swoją nie­do­stęp­ność roz­bu­dzał wyobraź­nię w ostat­niej deka­dzie PRL-u, czyli w okre­sie mojego dora­sta­nia - naj­bliż­sze bagna nad Narwią stały się podróż­ni­czym marze­niem małego chłopca wycho­wu­ją­cego się w wie­żowcu z wiel­kiej płyty. Cie­ka­wiły mnie, kazały pytać doro­słych, jak takie miej­sca wyglą­dają. Doro­śli poka­zy­wali mi je z suchego lądu w cza­sie nie­dziel­nych spa­ce­rów.

Na bie­brzań­skich bagnach.

Wraz z roz­wo­jem moich czy­tel­ni­czych umie­jęt­no­ści poja­wiła się chęć podej­mo­wa­nia dal­szych wypraw. Prze­ko­ny­wa­łem rodzi­ców, by pozwa­lali mi na samo­dzielne wędrówki. Zaczą­łem odkry­wać bagna. Nie było to pozna­wa­nie wsparte eks­percką wie­dzą. Była w tym pozna­wa­niu fascy­na­cja dzi­ko­ścią, nie­do­stęp­no­ścią. Wyobraź­nia pod­szep­ty­wała, że przede mną, w to trudno dostępne miej­sce, nie dotarł żaden czło­wiek. Moż­liwe, że nie byłem tam pierw­szy, ale wola­łem wie­rzyć w moc odkry­cia nowego miej­sca, które opi­sy­wa­łem na kartce. Stwo­rzy­łem w swo­jej pamięci mapę, na któ­rej nie bra­ko­wało "Małej Luizjany" - to tam, gdzie na kępach rosły olsze; "Małego Bor­neo" - gdzie rośliny w okre­sie wege­ta­cyj­nym two­rzyły nie­prze­byty gąszcz; czy też "Małego Archi­pe­lagu", gdzie mia­łem swoje ulu­bione grą­dziki.

Już wcze­sną wio­sną wyru­sza­łem do zaba­gnio­nych skraw­ków dolin, w któ­rych wciąż stała woda, a nogi wcią­gało błoto. Wcią­gało i nie wypusz­czało. Było zimno. Cza­sami po mroź­nej nocy na wodzie two­rzył się cienki lód, a wode­rów nie nosi­łem, bo ich nie mia­łem. Uzna­wa­łem, że lepiej się zmo­czyć, bo prze­cież i tak wyschnę.

Nie było jesz­cze Narwiań­skiego Parku Naro­do­wego, a ja już ubło­ci­łem się na moich ulu­bio­nych odcin­kach po pra­wej stro­nie rzeki, mię­dzy Sura­żem a Uho­wem, i po obu jej stro­nach od Uhowa po Baciuty. Z cza­sem zaczął mi towa­rzy­szyć pies. Wysia­da­li­śmy z peka­esu lub pociągu i dalej szli­śmy już pie­szo. Pies korzy­sta­jący z czte­rech łap nie dawał się aż tak głę­boko wcią­gać. Ja zapa­da­łem się cza­sem po pas. Bywało i tak, że w bło­cie zosta­wały buty. Poko­ny­wa­li­śmy mokra­dła, mija­jąc kolejne strefy zaba­gnio­nych frag­men­tów doliny. Naj­pierw ols - prze­ła­że­nie mię­dzy kępami, na któ­rych rosły olsze. Potem turzy­co­wi­ska, łany trzcin, grą­dziki, wynie­sione ponad wodę i błoto, na któ­rych można było odpo­cząć i tro­chę wyschnąć.

Mijał czas, a bagno tak wcią­gało, że nie mogłem zapla­no­wać dokład­nej godziny powrotu. Nie­raz musia­łem długo cze­kać na kolejny pociąg lub auto­bus. Kie­rowcy peka­esów lustro­wali mnie wzro­kiem, widząc moje mokre spodnie, jed­nak ni­gdy nie odmó­wili zabra­nia ubło­co­nego pasa­żera.

Bie­brza poja­wiła się znacz­nie póź­niej. Moim pierw­szym ulu­bio­nym bie­brzań­skim miej­scem stało się Czer­wone Bagno. Już sama nazwa roz­pa­lała wyobraź­nię mło­dego czło­wieka. Naj­czę­ściej bło­ci­łem się w nie­po­zor­nych rze­kach Pusz­czy Kny­szyń­skiej. Były bli­sko, na wycią­gnię­cie ręki, i tam jeź­dzi­łem bez porów­na­nia czę­ściej niż nad Bie­brzę. Do dziś te tereny są mi bliż­sze niż bie­brzań­skie moczary. Odwie­dza­łem też małe bagno w dro­dze na kolo­nię pod Zwier­kami, skąd pocho­dziła moja bab­cia. W widocz­nym obni­że­niu terenu od końca zimy po początku lata zale­gała woda. Wielka błot­ni­sta kałuża - ślad daw­nych bagien. W jej sąsiedz­twie gniaz­do­wała para żurawi.

Bio­rąc pod uwagę to, co napi­sa­łem powy­żej, mogę zary­zy­ko­wać tezę, że błoto inte­re­so­wało mnie znacz­nie bar­dziej niż sama rzeka. Było naj­cie­kaw­szym ele­men­tem rzecz­nej doliny. Nie zosta­łem fanem kaja­kar­stwa, ale zawsze lubi­łem poty­kać się o kępy turzyc, dać się wcią­gać błotu i prze­żyć przy­godę. Ta miłość do błota trwa do dziś. Dla­tego pierw­szą opo­wieść w tej książce poświę­cam bagnom.

W XXI wieku łatwo sobie wyobra­zić wiele dolin nizin­nych rzek bez mokra­deł. Roz­wój tech­no­lo­giczny, który nastą­pił w ciągu ostat­nich 300 lat, umoż­li­wił ludziom coraz więk­szą eks­pan­sję. Ode­bra­li­śmy doli­nom całe poła­cie bagien. Odzwy­cza­ili­śmy się od kra­jo­brazu, w któ­rym nie było tak łatwo dotrzeć do rzecz­nego koryta. Zapo­mnie­li­śmy o tym, że przej­ście na drugą stronę rzeki w wielu miej­scach blo­ko­wały bagna. Przy wyso­kim sta­nie wody, nawet w miej­scach bro­dów, prze­prawy sta­wały się trudne - jeśli nie nie­moż­liwe.

Przy­znaję z wiel­kim żalem, że nie zdą­ży­łem zoba­czyć bagien z cza­sów dzie­ciń­stwa moich dziad­ków i rodzi­ców. Uro­dzi­łem się już po okre­sie inten­syw­nych melio­ra­cji i regu­la­cji, cho­ciaż prze­kształ­ca­nie dolin rzek trwa do dziś. To, jak wyglą­dały kie­dyś, mogłem podzi­wiać tylko na czarno-bia­łych foto­gra­fiach i w fil­mach. Osoby, które jesz­cze pamię­tały, opo­wia­dały, jak po ostat­niej woj­nie rzeki wciąż wyle­wały, two­rząc roz­le­wi­ska, a w doliny wcho­dziło się na sia­no­kosy dopiero przy niż­szym sta­nie wody. Czy­ta­łem o tych mokra­dłach w książ­kach Edwarda Redliń­skiego, który mistrzow­sko spor­tre­to­wał czas prze­mian na pol­skiej wsi.

Jesz­cze w ubie­głym wieku ludzie chcieli pozbyć się bagien, robiąc z nich "uży­tek". Coś w tym podej­ściu zaczyna się jed­nak zmie­niać. To, co dzieje się teraz z tere­nami wodno-błot­nymi, coraz czę­ściej spo­tyka się z reak­cjami ludzi nauki i orga­ni­za­cji chro­nią­cych mokra­dła, które tam, gdzie się tylko da, chcą zatrzy­mać oraz spię­trzyć wodę, by oca­lić bagna. W ten spo­sób odwra­cają nie­ko­rzystny dla tor­fo­wisk trend. Jest to przy­sło­wiowa kro­pla w morzu znisz­czo­nych bagien, ale ta kro­pla drąży skałę - i może zmie­nić spo­sób postrze­ga­nia tere­nów pod­mo­kłych. Jed­nym z nie­zmor­do­wa­nych obroń­ców bagien jest Wik­tor Kotow­ski, pro­fe­sor Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, który nie tylko zaj­muje się pracą naukową i pro­wa­dzi zaję­cia ze stu­den­tami, lecz także działa w Cen­trum Ochrony Mokra­deł, nazy­wa­nym też dość cału­śnym skró­tem CMok.

Wiktor

Wik­tor jest synem bio­lo­gów. Już jako kil­ku­la­tek jeź­dził z rodzi­cami na bagna. Towa­rzy­szył mamie, która przy­go­to­wy­wała dok­to­rat doty­czący stref przej­ścio­wych zbio­ro­wisk roślin­nych i, jak mnie prze­ko­nuje, już wtedy tor­fo­wi­ska szcze­gól­nie mu się podo­bały. Kiedy miał 12 lat, wraz z ojcem, fito­so­cjo­lo­giem z Insty­tutu Badaw­czego Leśnic­twa, zaczął przy­jeż­dżać w dolinę Bie­brzy, gdzie rodzic kar­to­wał zbio­ro­wiska roślinne rezer­watu Grzędy. Wik­tor spę­dzał więc waka­cje na bagnie. Był wtedy zapa­lo­nym węd­ka­rzem i jak wspo­mina, bie­gał na ryby nad Jegrz­nię i Kanał Woź­na­wiej­ski, nie wie­dząc jesz­cze, że Basen Środ­kowy Bie­brzy został mocno prze­kształ­cony przez ludzi. Mokra­dła pochło­nęły go póź­niej.

Potem były stu­dia i pierw­sze wyjazdy na bie­brzań­skie bagna. "Jeź­dzi­li­śmy do wsi Gugny, a stam­tąd rusza­li­śmy na wędrówki, obser­wu­jąc łosie i bobry - wspo­mina Wik­tor. - Spły­nę­li­śmy też Bie­brzą od Lip­ska do Wizny. Ale wtedy bagna nie miały szans wygrać z główną pasją, jaką były góry. Wspi­naczka, kurs tater­nicki i plany badań magi­ster­skich w Kar­ko­no­szach. Zmie­niła to dopiero Holan­dia".

Na czwar­tym roku Wik­tor w ramach wymiany stu­denc­kiej wyje­chał na Uni­wer­sy­tet w Gro­nin­gen. Tam tra­fił na grupę zaj­mu­jącą się odtwa­rza­niem tor­fo­wisk, w któ­rej przy­go­to­wy­wał swoją pracę magi­ster­ską. Spo­tkani w Nider­lan­dach bada­cze chcieli poje­chać nad Bie­brzę, a Wik­tor poma­gał im orga­ni­zo­wać kolejne wizyty. Był prze­wod­ni­kiem, nauczy­cie­lem, a w końcu napi­sał też pracę dok­tor­ską, która doty­czyła Bie­brzy - dokład­nie kon­ku­ren­cji o świa­tło w zbio­ro­wi­skach roślin­nych zwią­za­nych z bagnami. Wik­tor chciał wyka­zać, w jakim stop­niu zasięg wystę­po­wa­nia mecho­wisk i gatun­ków z nimi zwią­za­nych zależy od kon­ku­ren­cji mię­dzy­ga­tun­ko­wej.

Od tego czasu jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany z bagnami. Po dro­dze tra­fił jesz­cze na mazo­wiec­kie Bagno Cało­wa­nie. To od wycieczki na tamto tor­fo­wi­sko zaczęła się histo­ria Cen­trum Ochrony Mokra­deł. W 2002 roku powstała orga­ni­za­cja, która naj­pierw dzia­łała jako Sto­wa­rzy­sze­nie Chrońmy Mokra­dła, a póź­niej prze­ro­dziła się w Cen­trum Ochrony Mokra­deł, w skró­cie i nawią­za­niu do nazwy Cało­wa­nie - CMok.

CMok wziął pod swoją opiekę kil­ka­na­ście hek­ta­rów Cało­wa­nia, gdzie zespół Wik­tora testo­wał różne metody odtwa­rza­nia i czyn­nej ochrony tor­fo­wisk. Bagno poło­żone na połu­dnie od War­szawy stało się poli­go­nem badaw­czym. Powstała też spe­cjalna ścieżka edu­ka­cyjna. Kolej­nym miej­scem, gdzie Wik­tor wraz z innymi człon­kami CMoku sta­nął w obro­nie tor­fo­wisk, była dolina Rospudy. Droga eks­pre­sowa miała prze­ciąć uni­kalne tor­fo­wisko niskie poło­żone nad rzeką, na któ­rego tere­nie nie znaj­do­wał się ani jeden rów odwad­nia­jący. Zapro­szeni przez Wik­tora nad Rospudę spe­cja­li­ści z Holan­dii i Nie­miec orze­kli, że w Euro­pie Środ­ko­wej i Zachod­niej nie ma lepiej zacho­wa­nego dużego tor­fo­wiska prze­pły­wo­wego - takiego, w któ­rym można stwier­dzić cią­gły prze­pływ wody przez pokład mszy­stego torfu. I jesz­cze z takim zagęsz­cze­niem rzad­kich i giną­cych gatun­ków roślin!

Ostat­nio CMok kupił kilka hek­ta­rów ziemi nad Rospudą i zamie­rza przej­mo­wać kolejne mokra­dła, aby zabez­pie­czyć je przed degra­da­cją i inten­syw­nym zago­spo­da­ro­wa­niem. Sto­wa­rzy­sze­nie działa też na rzecz ponow­nego uwod­nie­nia osu­szo­nych tor­fo­wisk - dzięki niemu można zatrzy­mać emi­sję CO2 wywo­łaną roz­kła­dem torfu i przy­wró­cić wodę do kra­jo­brazu. Oprócz tego Wik­tor co roku orga­ni­zuje Dni Mokra­deł, które odby­wają się w Świa­towy Dzień Tere­nów Wodno-Błot­nych - 2 lutego.

Torf wycią­gnięty spe­cjal­nym przy­rzą­dem. Można w nim zna­leźć kawałki drewna, które świad­czą o tym, że wiele wie­ków temu rósł w danym miej­scu las.

Ławki

Wik­tora mia­łam oka­zję poznać już wcze­śniej. Kilka lat temu reali­zo­wa­łem z nim nagra­nie poświę­cone tor­fo­wi­skom na wspo­mnia­nym Bagnie Cało­wa­nie. Wik­tor jest nie­zrów­na­nym eks­per­tem i popu­la­ry­za­to­rem wie­dzy, który potrafi zafa­scy­no­wać mokra­dłami nawet mniej­szych entu­zja­stów błota. Kiedy zadzwo­ni­łem do niego z pyta­niem, czy zgo­dziłby się poroz­ma­wiać tym razem o bagnach nad Bie­brzą, zapro­po­no­wał wspólne wyj­ście w teren i udział w wykła­dzie, który miał popro­wa­dzić na bagnach Ławki i Wizna.

Tysiące lat zapi­sane w tor­fie.

Naszym pierw­szym przy­stan­kiem są Ławki. Wiele osób, jadąc słynną Car­ską Drogą w stronę Osowca, mija to bagno. Sta­nowi ono serce Basenu Dol­nego Bie­brzy. Nie odnaj­dziemy tam spek­ta­ku­lar­nych wido­ków. Jeśli ktoś nie pała miło­ścią do bagien, kra­jo­braz może mu się wydać wręcz mono­tonny, a do tego rosnące na pobo­czach krzaki i drzewa przy­sła­niają widok. To jed­nak miej­sce wyjąt­kowe. W doli­nach nizin­nych rzek nie wszystko jest w sta­nie od razu zachwy­cić. Dopiero w miarę pozna­wa­nia pozor­nie nie­cie­ka­wych zaka­mar­ków ta oko­lica zaczyna nas wcią­gać. Oczy­wi­ście nie wszyst­kich, a w mie­sią­cach, kiedy dolinę Bie­brzy przej­mują gry­zące owady, ama­to­rów tego mało przy­ja­znego kra­jo­brazu znaj­dzie się jesz­cze mniej.

"Jeste­śmy na środku naj­więk­szego tor­fo­wi­ska w tej czę­ści Europy - zaczyna Wik­tor. - W Euro­pie Zachod­niej nie ma już tor­fo­wi­ska niskiego o tej wiel­ko­ści". Jak wyja­śnia po chwili, Ławki zasy­sają wodę spły­wa­jącą ze skraju sąsied­niej wyso­czy­zny, która prze­są­cza­jąc się przez torf, ufor­mo­wała ten wyjąt­kowy obszar. Ale nawet tutaj to zasy­sa­nie zostało zabu­rzone przez ludzi.

Po czym poznać praw­dziwe bagno? Pierw­szym warun­kiem jest woda. Sto­jąc na bagnie takim jak Ławki, jeste­śmy w miej­scu wysy­co­nym wodą. Wik­tor czę­sto powta­rza, że na porząd­nym mokra­dle przez cały rok woda stoi na całej powierzchni, nad nią lub tuż pod nią. W skali całego świata na tych kilku pro­cen­tach lądu, gdzie są sku­mu­lo­wane bagna, znaj­duje się tyle samo wody, co we wszyst­kich pozo­sta­łych gle­bach świata.

"Wiele osób wciąż się zasta­na­wia, czy potrze­bu­jemy takich miejsc - zauważa Wik­tor. - Tym­cza­sem rola bagien w świe­cie przy­rody jest nie­oce­niona. To przede wszyst­kim regu­la­cja obiegu wody i węgla, ale też two­rze­nie waż­nych sie­dlisk dla wielu gatun­ków, któ­rych nie spo­tkamy ni­gdzie indziej".

Feno­men bagien tkwi też w innym aspek­cie. Rośliny, które rosną na bagnie, odkła­dają swoje szczątki w gle­bie. To wła­śnie z nich powstaje torf, który zawiera ogromne ilo­ści wody. Nie ma dru­giej gleby, która byłaby rów­nie chłonna. Tor­fo­wi­ska są ważne nie tylko dla ochrony zaso­bów wody. Istotna jest także ich rola w ochro­nie kli­matu i bio­róż­no­rod­no­ści.

Woda jest życiem.

Kiedy sta­jemy na bagnie, pod nami znaj­dują się pokłady torfu gru­bo­ści kilku metrów. Są one wyni­kiem odkła­da­nia się tka­nek roślin przez kilka, a nawet kil­ka­na­ście tysięcy lat. Two­rze­nie pokła­dów tor­fo­wych jest dość powol­nym zja­wi­skiem, gdyż przy­ra­stają one zale­d­wie o mili­metr rocz­nie.

Chcąc obej­rzeć pro­fil tor­fo­wi­ska, można się­gnąć po narzę­dzie o dość pro­stej kon­struk­cji - świ­der do torfu, z któ­rym Wik­tor prze­mie­rza bagna. Świ­der jest zaopa­trzony w spe­cjalny prób­nik, który umoż­li­wia wycią­ga­nie kolej­nych warstw pod­łoża na powierzch­nię. Wwier­ca­jąc go po raz pierw­szy na głę­bo­kość pół metra, otrzy­mu­jemy próbkę torfu, który odkła­dał się przez ostat­nie kil­ka­set lat. Pierw­sze 10 cen­ty­me­trów, które widzimy, to naj­mniej roz­ło­żone szczątki roślinne zaku­mu­lo­wane przez ostat­nie lata. W miarę scho­dze­nia w głąb torf staje się coraz bar­dziej zagęsz­czony, przy­po­mina brą­zową gąbkę. Jak wyja­śnia Wik­tor:

Możemy zejść dalej i na metrze docie­ramy do szcząt­ków roślin, które rosły tutaj jakieś tysiąc lat temu. I mogli­by­śmy tak scho­dzić w głąb do poziomu z cza­sów, kiedy wody spły­wa­jące z lodowca odsło­niły ten teren i zaczęły się pro­cesy tor­fo­twór­cze. A te pro­cesy zaczęły się, bo przy skraju pra­do­liny, z wyso­czy­zny, wypły­wały bar­dzo obfi­cie wody grun­towe, two­rząc warunki bagienne. Torf, który zaczął nara­stać, tamo­wał spływ tych wód i aku­mu­lo­wał je w swo­jej masie, two­rząc warunki wzro­stu dla roślin bagien­nych.

Po chwili Wik­tor dodaje:

Bagno jest nie­sa­mo­wi­tym eko­sys­te­mem, w któ­rym rośliny same sobie stwa­rzają sie­dli­sko. One rosną w szcząt­kach swych przod­ków, które zbie­rały się tu od tysięcy lat. To poka­zuje, jaki poten­cjał dla aku­mu­la­cji węgla i wody mają te miej­sca. Ta woda jest spię­trzona dzięki temu, że na tor­fo­wi­skach znaj­duje się naj­bar­dziej chłonna gleba. Dzięki swo­jej poro­wa­to­ści torf potrafi pod­cią­gać kapi­lar­nie wodę i prze­cho­wy­wać ją nawet w suchych okre­sach, kiedy gdzie indziej woda znika z kra­jo­brazu. Tam, gdzie prze­trwały tor­fo­wi­ska, wciąż jest woda. Teraz wyobraźmy sobie, jak takie miej­sce działa, jeśli gdzie indziej bra­kuje wody, na polach panuje susza, woda grun­towa znaj­duje się głę­boko, rzeki wysy­chają i jest niska zawar­tość wody w atmos­fe­rze. Jeżeli mamy w kra­jo­bra­zie mokra­dła, lokalny kli­mat jest wil­got­niej­szy i chłod­niej­szy nawet w tym bez­desz­czo­wym okre­sie. Bagno działa z jed­nej strony jak chło­dziarka, a z dru­giej strony w wyniku paro­wa­nia woda może wró­cić z atmos­fery w postaci lokal­nie powsta­ją­cego opadu kon­wek­cyj­nego.

Wik­tor pod­kre­śla też, że w naszym kli­ma­cie około 30-40 pro­cent wody w postaci desz­czu pocho­dzi z lokal­nego obiegu. Ale żeby ten obieg ist­niał, potrze­bu­jemy mokra­deł, które dostar­czą wodę.

Nad Bie­brzą.

Kiedy w 1993 roku powsta­wał Bie­brzań­ski Park Naro­dowy, za jedno z zagro­żeń uznano zara­sta­nie tor­fo­wisk przez krzewy i drzewa. Poja­wia­jące się na bagnie brzozy i wierzby były skut­kiem zaprze­sta­nia kosze­nia tor­fo­wisk, które użyt­ko­wano jako łąki przez ostat­nie 300 lat. Miej­scowa lud­ność pozy­ski­wała z nich paszę i ściółkę dla zwie­rząt. Kiedy w latach 80. gospo­da­rze prze­stali kosić łąki, miej­scowy kra­jo­braz zaczął się zmie­niać. Jak jed­nak pod­kre­śla Wik­tor, nie jest tak, że tor­fo­wisko powstało dzięki dzia­łal­no­ści czło­wieka - ono wytwo­rzyło się tysiące lat wcze­śniej, nim w tych stro­nach poja­wili się ludzie. To oni zaczęli zmie­niać jego kra­jo­braz, kopiąc pierw­sze rowy odwad­nia­jące teren, aby zyskać nowe miej­sca na łąki. W ten spo­sób roz­po­częły się nie­ko­rzystne zmiany. Można powie­dzieć, że tor­fo­wisko zaczęło zni­kać w rezul­ta­cie dzia­łal­no­ści ludzi. Mniej­sze uwod­nie­nie sprzy­jało eks­pan­sji tych gatun­ków roślin, które nie pora­dzi­łyby sobie na mokra­dłach. Gdyby nie doszło do takiego zabu­rze­nia, nie byłoby potrzebne nawet kosze­nie. Łąka, nawet bagienna, jest eko­sys­te­mem pół­na­tu­ral­nym, sztucz­nie pod­trzy­my­wa­nym przez czło­wieka.

W śre­dnio­wie­czu w doli­nie Bie­brzy domi­no­wały bagna. Linia rzeki była osią nie­spo­koj­nego pogra­ni­cza, które w tam­tym okre­sie nie sta­no­wiło terenu przy­ja­znego dla osad­ni­ków. Mokra­dła sprzy­jały celom obron­nym, a pań­stwa i etnosy, które spo­ty­kały się na tym obsza­rze, korzy­stały z tej natu­ral­nej prze­szkody. Od ujścia Bie­brzy po jej źró­dła roz­cią­gała się natu­ralna strefa bufo­rowa, wzmoc­niona przez roz­le­głe obszary ówcze­snych puszcz rosną­cych po obu stro­nach rzeki. Dopiero usta­bi­li­zo­wa­nie się sytu­acji poli­tycz­nej w XV i XVI wieku spra­wiło, że doli­nami rzek zaczęli podró­żo­wać osad­nicy korzy­sta­jący z wod­nych arte­rii i kar­czu­jący oko­liczne lasy. Histo­rycy sza­cują, że w XIV wieku wody i bagna pokry­wały nawet jedną czwartą obszaru woje­wódz­twa pod­la­skiego w jego gra­ni­cach z 1566 roku. Warto jed­no­cze­śnie pod­kre­ślić, że rzeki bagienne, które dziś wydają się biec wąskim pasem doliny, mogły pły­nąć wie­lo­ko­ry­towo, w dużej czę­ści przez bagna.

Bagno Wizna.

Ostat­nie dwa wieki były decy­du­jące dla rzek i bagien wypeł­nia­ją­cych ich doliny. Osu­szono tor­fo­wi­ska, co spra­wiło, że mokra­dła zaczęły zni­kać. Ich miej­sce zago­spo­da­ro­wali ludzie. Dopóki wypa­sali na nich zwie­rzęta i kosili łąki, te obszary nie zara­stały, jed­nak nie peł­niły już swo­jej daw­nej funk­cji. Obni­żył się poziom wód grun­to­wych, to zaś spo­wo­do­wało zagęsz­cze­nie się i czę­ściowy roz­kład torfu. Takie pod­łoże było żyź­niej­sze i mniej chłonne, co z kolei sprzy­jało zara­sta­niu przez drzewa i krzewy, kiedy rol­nic­two zaczęło się wyco­fy­wać z tych tere­nów - czyli w latach 70. i 80. XX wieku. Skutki zmian szybko zaczęły odczu­wać gatunki roślin i zwie­rząt zwią­za­nych z tymi obsza­rami.

Wśród nich zna­la­zła się wod­niczka, nie­po­zorny mały ptak, któ­rego spo­tkamy w doli­nie Bie­brzy. Duża część jej zagro­żo­nej popu­la­cji wystę­puje wła­śnie tutaj. Wraz z poja­wia­niem się unij­nych dopłat za kosze­nie przy­ja­zne wybra­nym gatun­kom w dolinę rzeki wje­chały ratraki, które wcze­śniej słu­żyły do ubi­ja­nia śniegu na nar­ciar­skich tra­sach. Nad Bie­brzą zmo­dy­fi­ko­wano ich kon­struk­cję, która teraz pozwala na kosze­nie trudno dostęp­nych obsza­rów. W imię rato­wa­nia wod­niczki zde­cy­do­wano się wpro­wa­dzić na bagna duże maszyny i tech­no­lo­gię. Oczy­wi­ście wszyst­kie zabiegi są zde­ter­mi­no­wane przez kry­te­rium opła­cal­no­ści. Za kosze­nie można dostać pie­nią­dze, ale to roz­wią­za­nie tym­cza­sowe.

Pytam Wik­tora o jego opi­nię w tej kwe­stii. W odpo­wie­dzi sły­szę:

Co będzie, kiedy się skoń­czą pie­nią­dze na ten rodzaj wspar­cia? Bagna i bele siana z kosze­nia bagien w pew­nym sen­sie kłócą się ze sobą. Bo gdzie jest ta dzi­kość? Jeśli się oka­zuje, że mamy w okre­ślo­nym miej­scu klu­czową dla ochrony gatunku popu­la­cję ptaka, w tym przy­padku wod­niczki, to wyka­szamy bagna i prze­ciw­dzia­łamy suk­ce­sji natu­ral­nej. Chcemy chro­nić natu­ralne pro­cesy, ale kosząc, dzia­łamy im na prze­kór. Jeśli spoj­rzymy na tor­fo­wi­sko z per­spek­tywy tysięcy lat, to zauwa­żymy różne okresy w jego kra­jo­bra­zie. Od tere­nów otwar­tych po bagienne lasy i zaro­śla. Unijne dopłaty miały ory­gi­nal­nie kom­pen­so­wać wpływ rol­nic­twa na przy­rodę. Cho­dziło o zmniej­sze­nie inten­syw­nego użyt­ko­wa­nia rol­ni­czego, pie­nią­dze miały słu­żyć eks­ten­sy­fi­ka­cji rol­nic­twa. W Pol­sce stało się ina­czej: dopłaty rol­no­śro­do­wi­skowe wyko­rzy­stano, by na obszary, gdzie nie opła­cało się już gospo­da­ro­wać, ponow­nie weszli ludzie koszący dla ochrony przy­rody. Ale ratraki, które wjeż­dżają na bagno, nie pozo­stają bez wpływu na roślin­ność tego terenu. Wci­skają kępy w pod­łoże, co ma wpływ na rzad­kie gatunki roślin wystę­pu­jące na szczy­cie tych kęp, na przy­kład na stor­czy­ko­wate czy rzad­kie gatunki mchów. Te same gatunki są rów­nież bar­dzo wraż­liwe na kon­ku­ren­cję innych roślin, które zara­stają prze­kształ­cone przez ludzi tor­fo­wi­ska. Jeśli chcemy chro­nić wod­niczkę, mogą ucier­pieć inne gatunki. Miej­sca, gdzie wkra­cza ciężki sprzęt, powinny mieć czas na rege­ne­ra­cję.

Zda­niem Wik­tora w pierw­szej kolej­no­ści powin­ni­śmy zasy­pać rowy melio­ra­cyjne i zatrzy­mać odpływ wody, nie zaś kon­cen­tro­wać się na wyka­sza­niu. Przy­wra­ca­jąc wodę, two­rzymy warunki do odtwa­rza­nia bagien. Za kil­ka­dzie­siąt, może kil­ka­set lat bagna się zre­ge­ne­rują - a do tego czasu należy sto­so­wać ochronę czynną, taką jak wyka­sza­nie. Wik­tor jest jed­nak zwo­len­ni­kiem metod mniej inwa­zyj­nych niż ratraki. Jego zda­niem ciężki sprzęt nie musi wjeż­dżać wszę­dzie. Oprócz zatrzy­my­wa­nia wody na bagnie, wystar­czy­łoby wyci­nać poja­wia­jące się drzewa, anga­żu­jąc w to jed­no­ra­zowo kil­ka­dzie­siąt osób. Pro­blem w tym, że nie ma na to dota­cji. Dota­cje można dostać na kosze­nie.

Pod­czas naszej roz­mowy Wik­tor stara się obja­śnić zmiany wywo­łane przez wyka­sza­nie tor­fo­wisk użyt­ko­wa­nych wcze­śniej jako łąki. Na koszo­nym tor­fo­wisku można spo­tkać kil­ka­dzie­siąt gatun­ków pta­ków, a gatun­ków roślin na poletku badaw­czym o powierzchni 25 metrów kwa­dra­to­wych może być od 30 do 40. Jeśli zosta­wimy taki obszar bez kosze­nia, to po 15-20 latach będzie go zamiesz­ki­wać 10 gatun­ków pta­ków i pora­stać około 20 gatun­ków roślin. Nie ozna­cza to jed­nak, że zaprze­sta­nie kosze­nia skoń­czy się dra­ma­tycz­nie - o ile uda się przy­wró­cić wodę. W dłuż­szej per­spek­ty­wie, jeśli pocze­ka­li­by­śmy 100 albo 200 lat, na bagnie znów będzie kil­ka­dzie­siąt gatun­ków pta­ków i roślin. Tym, o czym powin­ni­śmy przede wszyst­kim pamię­tać, jest zasada, że w ochro­nie eko­sys­te­mów nie cho­dzi o liczbę gatun­ków, tylko o zacho­wa­nie tych naj­bar­dziej typo­wych i naj­rzad­szych. Kon­cen­tro­wa­nie się na licz­bach to bar­dzo naiwne podej­ście do ochrony przy­rody.

Czym innym byłoby tor­fo­wi­sko, któ­rego nie prze­kształ­cił czło­wiek. Bie­brzań­skie tor­fo­wi­ska przez tysiąc­le­cia były tere­nami otwar­tymi, co zawdzię­czały wyso­kiemu pozio­mowi wody. To widać w kolej­nych war­stwach torfu, które reje­strują wszel­kie zmiany doko­nu­jące się przez tysiące lat. Teraz każda zmiana poli­tyczna, każda zmiana prze­pi­sów i stru­mie­nia dota­cji może spo­wo­do­wać zmianę eko­sys­temu.

Razem z Wik­to­rem kie­ru­jemy się do olsu poło­żo­nego już poza gra­ni­cami parku naro­do­wego. Jest gru­dzień, ale pomimo zimo­wej aury co chwilę łamie się pod nami dość cienki lód. Suchą stopą nie przej­dziemy mię­dzy przy­po­mi­na­ją­cymi małe wysepki kępami ufor­mo­wa­nymi u pod­stawy drzew. Zda­niem Wik­tora w olsie jest się wciąż na bagnie. W dzie­jach wielu tor­fo­wisk drzewa się poja­wiały, po czym obumie­rały, ustę­pu­jąc miej­sca tere­nom otwar­tym. Jak wyja­śnia mój prze­wod­nik:

Sto­imy teraz w olsie bagien­nym, dość mło­dym, który ma około 30 lat. To jeden z dzik­szych eko­sys­te­mów bagien­nych. Olsy czę­sto poja­wiają się w wyniku rege­ne­ra­cji tor­fo­wisk zabu­rzo­nych i nie­gdyś lekko odwod­nio­nych. Zanim do tego doj­dzie, nastę­puje etap zaro­śli wierz­bo­wych, który trwa około 20 lat. Dopiero potem wyra­sta w takim miej­scu ols, swo­iste połą­cze­nie lasu i bagna. Sza­cuje się, że około 30 pro­cent tor­fo­wisk na świe­cie jest zale­sio­nych. Tor­fo­wi­ska nie muszą być otwarte, a bagienne lasy mamy rów­nież na tak cen­nych przy­rod­ni­czo obsza­rach jak Bor­neo.

Olsza jest wyjąt­ko­wym drze­wem, bo radzi sobie na tor­fo­wi­sku, które dla wielu innych gatun­ków drzew nie sta­nowi dogod­nego sie­dli­ska. Drzewa pod­czas wzro­stu potrze­bują part­nera, któ­rym są grzyby miko­ry­zowe, a te nie radzą sobie dobrze w bagien­nej gle­bie. W wypadku olszy, która ma do dys­po­zy­cji nie­wiel­kie kępy lądu, ilość grzy­bo­wych part­ne­rów też jest ogra­ni­czona, ale drzewo dodat­kowo wcho­dzi w sym­biozę z bak­te­riami, które wiążą azot. Dzięki temu w trud­nych bagien­nych warun­kach radzi sobie lepiej od innych gatun­ków.

Jak zauważa Wik­tor, ols jest jed­nym z typów bagien sto­sun­kowo szybko pochła­nia­ją­cych dwu­tle­nek węgla. Skalę wyła­py­wa­nia CO2 przez las na tor­fo­wi­sku sza­cuje się na około pół­to­rej tony na hek­tar w skali roku. W dłuż­szej per­spek­ty­wie olsy odgry­wają też ważną rolę w schła­dza­niu kli­matu. Emi­tują jed­nak dość dużo metanu, co powo­duje, że w krót­kim, kil­ku­dzie­się­cio­let­nim oknie cza­so­wym ich wpływ na kli­mat jest neu­tralny.

Wik­tor sięga po wspo­mniany świ­der i wwierca się na pół metra w głąb ziemi, po czym wyj­muje narzę­dzie wraz z próbką. "Ten torf jest mocno roz­ło­żony - tłu­ma­czy. - Przez to, że w torf wra­stają korze­nie, mamy prze­mie­szaną mate­rię orga­niczną z róż­nych okre­sów". Wier­cąc dalej, Wik­tor dociera do dna i pierw­szych eta­pów zaba­gnie­nia.

Wier­ce­nie w tor­fie to forma podróży w cza­sie. Im głę­biej wcho­dzi świ­der - a dzięki spe­cjal­nym prze­dłuż­kom może się­gnąć nawet kilku metrów - tym dalej w prze­szłość się prze­no­simy. Torf jest kopal­nią wie­dzy. Dzięki niemu spe­cja­li­ści są w sta­nie zgro­ma­dzić mnó­stwo infor­ma­cji o prze­szło­ści miej­sca, w któ­rym jeste­śmy.

Opusz­czamy ols i kie­ru­jemy się w stronę otwar­tej czę­ści Bagna Ławki, która mie­ści się poza Bie­brzań­skim Par­kiem Naro­do­wym, w jego otu­li­nie. Wik­tor znów sięga po świ­der, który począt­kowo nie chce się zagłę­bić w tor­fo­wi­sku. Wspól­nie wbi­jamy go w zie­mię. Docie­ramy do cza­sów, kiedy po tej stro­nie rzeki mogli się poja­wiać Jaćwin­go­wie podej­mu­jący wyprawy łupie­skie na Mazow­sze i Ruś. Ale Wik­tor wierci jesz­cze głę­biej. Znów wyciąga świ­der i razem przy­glą­damy się wyję­temu tor­fowi. Żółte korze­nie trzcin ozna­czają, że rosły one w wil­got­niej­szym okre­sie w dzie­jach Ławek.

Po tym, jak wygląda torf, eks­pert potrafi oce­nić warunki wil­got­no­ściowe i kli­ma­tyczne. Widać to po war­stwach odpo­wia­da­ją­cych poszcze­gól­nym fazom przy­ra­sta­nia torfu. Po trzci­nach mamy mchy i turzyce. Wresz­cie tra­fiamy na całe kawałki olszy, które rosły tutaj kilka tysięcy lat temu. "Duża część Ławek jesz­cze tysiąc lat temu mogła być olsem" - zazna­cza Wik­tor. Na świ­drze znaj­duje się typowy tor­fowy prze­kła­da­niec. Jego układ zależy od warun­ków kli­ma­tycz­nych i poziomu wód.

Wik­tor oce­nia wiek tor­fo­wi­ska w miej­scu, w któ­rym sto­imy, na mak­sy­mal­nie 6 tysięcy lat.

Bagna kryją w sobie roz­wią­za­nie wielu zaga­dek. Dowia­du­jemy się z nich, jak zmie­niała się roślin­ność. Prze­glą­da­jąc war­stwy torfu mili­metr po mili­metrze, możemy odtwo­rzyć sekwen­cję wyda­rzeń i poznać gatunki, które rosły tutaj w prze­szło­ści. Dzięki zacho­wa­nym w tor­fie nasio­nom możemy je ziden­ty­fi­ko­wać. Rów­nie cie­kawa jest ana­liza pył­ków, która pozwala nam odtwo­rzyć kra­jo­braz tere­nów sąsia­du­ją­cych z bagnami. Torf reje­struje obec­ność pył­ków nanie­sio­nych przez wiatr. Dzięki niemu pali­no­lo­dzy, czyli bada­cze spe­cja­li­zu­jący się w czy­ta­niu pył­ków, mogą usta­lić, co rosło na danym tere­nie tysiące lat temu: czy były to lasy, czy w oko­licy domi­no­wały inne zbio­ro­wi­ska roślinne. Mogą nawet stwier­dzić, czy w danym rejo­nie ist­niały pola uprawne.

"To jest nasiono bobrka trój­list­ko­wego" - wska­zuje Wik­tor, który roz­drab­nia w dło­niach wyjęty torf. Torf dobrze kon­ser­wuje nie tylko nasiona. Znane są przy­padki, kiedy z tor­fo­wisk wyko­pano ludz­kie ciała. Jed­nym z naj­słyn­niej­szych jest Czło­wiek z Tol­lund. W 1950 roku odkryto go dwa metry pod powierzch­nią torfu na Pół­wy­spie Jutlandz­kim. Kiedy przy­glą­damy się jego twa­rzy, uwagę zwra­cają dosko­nale zacho­wane rysy twa­rzy. Pozy­cja embrio­nalna, w któ­rej został odna­le­ziony, może wska­zy­wać, że zło­żono go w ofie­rze. Mogło to wyni­kać z faktu, że bagna uzna­wano za miej­sca święte, uosa­bia­jące potęgę przy­rody, dające schro­nie­nie, ale rów­nież owiane tajem­nicą.

Gdy dowier­camy się do war­stwy pia­sku, doty­kamy dna Pra­bie­brzy. Kiedy woda prze­stała spły­wać z top­nie­ją­cego lodowca, odsło­niła tereny otwarte, które poro­sła tun­dra. Z cza­sem woda, która wypły­wała z wyso­czy­zny, zaczęła być zatrzy­my­wana przez tor­fo­wi­sko. Torf sta­wiał wodzie więk­szy opór niż pia­sek. W ten spo­sób, korzy­sta­jąc ze spię­trza­ją­cej się wody oraz chłod­niej­szego niż dziś kli­matu, nara­stały kolejne war­stwy torfu.

W Pol­sce domi­nują obszary pozba­wione torfu. Jak tłu­ma­czy Wik­tor:

Zanim powsta­nie tor­fo­wi­sko, czę­sto potrze­bu­jemy tysięcy lat. Tu, gdzie wier­ci­li­śmy, naj­pierw były zaro­śla tun­drowe na pia­sku, póź­niej las i drzewa, któ­rych frag­menty zakon­ser­wo­wane w tor­fie widzie­li­śmy w odwier­cie. Pro­ces ten nazy­wamy palu­dy­fi­ka­cją lądu, czyli jego zaba­gnie­niem. Ist­nieje też drugi spo­sób powsta­wa­nia tor­fo­wisk, który obser­wu­jemy tam, gdzie powstały jeziora. W odróż­nie­niu od zaba­gnie­nia, polega na zalą­do­wie­niu jeziora w rezul­ta­cie zara­sta­nia zbior­nika. Dla powsta­wa­nia tor­fo­wisk liczy się bilans wodny. Jeśli wię­cej jest wody opa­do­wej niż odpa­ro­wu­ją­cej z kra­jo­brazu, to tor­fo­wiska mogą powsta­wać nawet na sto­kach i szczy­tach gór, jak ma to miej­sce w Irlan­dii. Jeśli wody wię­cej paruje, niż spad­nie jej na zie­mię, klu­czowe staje się zasi­la­nie wodą pod­ziemną, która gwa­ran­tuje więk­szą sta­bil­ność tor­fo­wiska.

Czy znaj­dziemy takie bagna, w które można się zapaść? - pytam Wik­tora.

Ow­szem, jak cho­dzę ze stu­den­tami, zda­rza się, że ktoś sobie naleje wody do kalo­szy, jed­nak nikt się jesz­cze nie uto­pił. O wiele więk­szą prze­szkodą są zaro­śnięte rowy melio­ra­cyjne, któ­rych nie widać i w które można nagle wpaść, oraz tor­fianki, które powstały w miej­scach wydo­by­wa­nia torfu. Na tor­fo­wi­sku, na któ­rym teraz sto­imy, możemy poczuć jego sprę­ży­stość. Jest jak gąbka, po któ­rej cho­dzimy - nie można w niej uto­nąć.

Wizna

Z Ławek jedziemy na dru­gie roz­le­głe tor­fo­wi­sko - Bagno Wizna, obszar poło­żony poni­żej ujścia Bie­brzy do Narwi, ale znaj­du­jący się w pra­do­li­nie tej pierw­szej. To przy­kład, jak można znisz­czyć mokra­dła, i to w bar­dzo krót­kim cza­sie. Jak pod­kre­śla Wik­tor, w pra­do­li­nie Bie­brzy mamy tak naprawdę cztery baseny. Górny, który znaj­duje się pod gra­nicą bia­ło­ru­ską; środ­kowy, który cią­gnie się do Osowca; dolny z Bagnem Ławki i czwarty - Wizna, poło­żony dziś nad Narwią.

Bagno Wizna zostało zme­lio­ro­wane w latach 70. Głów­nym celem jego osu­sze­nia było uru­cho­mie­nie pro­duk­cji rol­nej na dużą skalę. W tam­tym cza­sie melio­ra­cja zebrała fatalne żniwo. Powstał tu ogromny PGR łąkar­ski, w któ­rym hodo­wano bydło.

Osu­sze­nie tor­fo­wi­ska było pro­ste. Woda wypły­wa­jąca spod wyso­czy­zny nabu­do­wała masyw tor­fowy, a gdy tor­fo­wi­sko prze­cięto rowami zgod­nie z kie­run­kiem spływu wody, to zaczęło ono szybko zni­kać. Potem rowy trzeba było regu­lar­nie pogłę­biać i oczysz­czać. Wik­tor potwier­dza moje spo­strze­że­nia:

Łatwo jest znisz­czyć tor­fo­wi­sko. W tym rowie woda pły­nie poni­żej powierzchni tor­fo­wi­ska. To z kolei spra­wia, że torf zaczyna się roz­kła­dać, powstaje mursz, a z osu­szo­nego tor­fo­wi­ska zaczyna się uwal­niać węgiel. Roczna emi­sja dwu­tlenku węgla z jed­nego hek­tara łąk na osu­szo­nym tor­fo­wi­sku osiąga około 30 ton. Jeśli na takie wysu­szone bagno wej­dziemy z uprawą kuku­ry­dzy, emi­sja CO2 się­gnie nawet 50 ton na rok z hek­tara.

Tu, na Bagnie Wizna, nikt jesz­cze nie wpadł na pomysł takiej uprawy, ale w doli­nach rzek zasi­la­ją­cych Bie­brzę i Narew można już dziś zaob­ser­wo­wać pola kuku­ry­dzy. To kolejne zagro­że­nie dla tor­fo­wisk.

Tym­cza­sem użytki zie­lone, które służą hodowli zwie­rząt, nie muszą się mie­ścić na tor­fie. Zda­niem Wik­tora mogli­by­śmy zre­zy­gno­wać z tych kilku pro­cent grun­tów wyko­rzy­sty­wa­nych rol­ni­czo, które zostały ode­brane bagnom. W per­spek­ty­wie krót­ko­ter­mi­no­wej eko­no­mii osu­sza­nie tor­fo­wisk przy­nio­sło korzy­ści ludziom, a wyrzą­dziło szkody przy­ro­dzie. Kil­ka­dzie­siąt lat temu nikt nie zda­wał sobie jed­nak sprawy z nega­tyw­nego wpływu tego przed­się­wzię­cia na kli­mat. Inten­sywne wyko­rzy­sta­nie Wizny wciąż trwa. Dziś, kiedy zwra­camy coraz więk­szą uwagę na szko­dliwy wpływ dwu­tlenku węgla, zaczy­namy dostrze­gać, że jego emi­sja na takim obsza­rze jest nie­zwy­kle wysoka, nie wspo­mi­na­jąc o innych kosz­tach śro­do­wi­sko­wych.

Skoro doszło do prze­kształ­ce­nia Bagna Wizna, czy mamy jesz­cze co chro­nić? I czy można zna­leźć jakieś kom­pro­mi­sowe roz­wią­za­nia? Dla tor­fo­wi­ska i jego funk­cji eko­lo­gicz­nych naj­lep­sze byłoby ponowne pod­nie­sie­nie poziomu wody, aby zna­la­zła się ona cho­ciaż 10 cen­ty­me­trów pod pozio­mem gruntu. Na naj­bar­dziej prze­kształ­co­nych czę­ściach można upra­wiać pałkę wodną, którą po sko­sze­niu nale­ża­łoby wyko­rzy­stać jako cenną bio­masę. Na lepiej zacho­wa­nych frag­men­tach dałoby się odtwo­rzyć turzy­cowe szu­wary - bo, jak mówi Wik­tor, znisz­czone kie­dyś mecho­wi­ska już nie mają szans na odro­dze­nie. Jego zda­niem w miej­scach takich jak Wizna potrzebny jest kom­pro­mis. Rol­nicy gospo­da­ru­jący na zme­lio­ro­wa­nych łąkach nie mogą z dnia na dzień zmie­nić miej­sca upraw, ale mogą obni­żyć inten­syw­ność pro­duk­cji, godząc się na pod­wyż­sze­nie wil­got­no­ści w zamian za rekom­pen­saty, które pozwolą im na zakup utra­co­nego siana. "Każde pod­wyż­sze­nie pozio­mów wody to spo­wol­nie­nie degra­da­cji torfu - zazna­cza Wik­tor. - Poza tym ten teren można zestre­fo­wać. Nie wszę­dzie pro­wa­dzi się inten­sywne rol­nic­two. Tam, skąd rol­nicy się wyco­fali, powin­ni­śmy spię­trzyć wodę w rowach". Tym­cza­sem użyt­kow­nicy tego obszaru wciąż wywie­rają pre­sję dal­szego osu­sza­nia, pogłę­bia­nia rowów i wyko­rzy­sty­wa­nia daw­nych mokra­deł.

W 2020 roku Fun­da­cja Dzika Pol­ska i Towa­rzy­stwo Przy­rod­ni­cze Dubelt wykryły inten­sywne prace melio­ra­cyjne pro­wa­dzone na Bagnie Wizna. Doszło do pogłę­bie­nia i udroż­nie­nia ponad 30 rowów odwad­nia­ją­cych, co wywo­łało nagły odpływ wody. Prace były kon­ty­nu­owane, co skło­niło przy­rod­ni­ków do pod­ję­cia dzia­łań. Oka­zało się, że odwad­nia­nie zostało ozna­czone w pla­nie zadań ochron­nych obo­wią­zu­ją­cym na obsza­rze Natura 2000 jako zagro­że­nie dla chro­nio­nych pta­ków, a prze­wi­dzia­nym dzia­ła­niem zarad­czym miało być odtwo­rze­nie sys­temu zasta­wek. Tym­cza­sem gospo­da­ru­jący na tym tere­nie ludzie zamiast zatrzy­my­wać wodę, robili wszystko, by dopro­wa­dzić do dal­szego odwad­nia­nia tor­fo­wi­ska.

Dzięki inter­wen­cji przy­rod­ni­ków i zgło­sze­niu szkody, Regio­nalna Dyrek­cja Ochrony Śro­do­wi­ska w Bia­łym­stoku pod­jęła pierw­szą w histo­rii Pol­ski decy­zję zaka­zu­jącą kon­ser­wa­cji rowów i odwad­nia­nia na cztery lata. Pomimo pro­te­stów rol­ni­ków pod­trzy­mała ją Gene­ralna Dyrek­cja Ochrony Śro­do­wi­ska. "Nie­stety - mówi Wik­tor - w 2022 roku znów doszło do pogłę­bia­nia rowów. I znów sprawa została zgło­szona, rów­nież przy udziale CMok. Doszło do spo­tka­nia w Pod­la­skiej Izbie Rol­ni­czej, w sprawę zaan­ga­żo­wał się resort rol­nic­twa, ale to, czy uda się wypra­co­wać kom­pro­mis, pozo­staje otwartą kwe­stią".

Póki co sto­imy nad jed­nym z rowów, z któ­rego dość wartko spływa woda. Nic nie wska­zuje na to, by ktoś miał zatrzy­mać jej ucieczkę. Wik­tor prze­ko­nuje jed­nak, że kom­pro­mis jest moż­liwy, choć ozna­czałby zmianę dotych­cza­so­wego użyt­ko­wa­nia tego obszaru. Jeśli uda­łoby się pogo­dzić w tym miej­scu inte­resy róż­nych grup, byłby to dobry przy­kład dla innych podob­nych obsza­rów.

Wik­tor zwraca moją uwagę także na kwe­stię róż­no­rod­no­ści gatun­ków:

Ow­szem, może to miej­sce dla nie­któ­rych wygląda ład­nie. Jest zie­lona trwa, wygląda faj­nie, ale na tak prze­kształ­co­nym obsza­rze jest już trzy­krot­nie mniej gatun­ków niż na Ław­kach, skąd przy­je­cha­li­śmy. I nie liczba jest naj­waż­niej­sza, lecz jakość. Tutaj mamy pospo­lite gatunki traw, ponie­waż w pro­filu gle­bo­wym poja­wił się tlen, a torf stra­cił swoje wła­ści­wo­ści. Jest suchy, nie tak bar­dzo nasiąk­nięty wodą. Już od pół wieku trwa tu pro­ces zani­ka­nia tor­fo­wi­ska i jego osia­da­nia.

Tuż obok nas stoją tabliczki z napi­sem "rezer­wat przy­rody". Oka­zuje się, że kiedy doszło do melio­ra­cji, uznano, że trzeba wykroić nie­wielką część prze­kształ­ca­nego Bagna Wizna, na któ­rym wystę­po­wały wtedy bota­niczne rzad­ko­ści - wśród nich gni­dosz kró­lew­ski i mio­do­kwiat krzy­żowy z Pol­skiej czer­wo­nej księgi roślin. Nie­stety, osu­sza­nie tor­fo­wi­ska ma wpływ na cały obszar, a naiw­no­ścią byłoby twier­dze­nie, że wyspa wśród zme­lio­ro­wa­nych mokra­deł utrzyma sta­tus ostoi cen­nych gatun­ków. W rezul­ta­cie po gni­do­szu i mio­do­kwie­cie nie ma już śladu, a w rezer­wa­cie kró­lują dziś pokrzywy.

Wik­tor pro­wa­dzi nas w stronę rezer­watu. Od razu możemy zauwa­żyć, jaki wpływ na drzewa miało osu­sze­nie tor­fo­wi­ska. Ich korze­nie są widoczne, co ozna­cza, że grunt zanika wraz z roz­kła­dem torfu - a tempo tego roz­kładu przy­spie­szyły same drzewa. To zresztą widać na pierw­szy rzut oka: po jed­nej stro­nie mamy łąkę, na któ­rej nie doszło do zara­sta­nia, a po dru­giej stro­nie rezer­wat, gdzie poja­wiły się drzewa. Obszar rezer­watu jest poło­żony wyraź­nie niżej.

Zatrzymać wodę

Opusz­czamy Bagno Wizna i prze­no­simy do baru U Dany, z któ­rego roz­ciąga się widok na Narew tuż poni­żej ujścia Bie­brzy. Daw­niej Wik­tor koń­czył w tym miej­scu swoje bie­brzań­skie spływy.

Wra­camy do tematu doliny tej rzeki. Pytam Wik­tora o to, jak oce­nia jej stan i co należy zro­bić, żeby to miej­sce ura­to­wać.

Tor­fo­wi­ska bie­brzań­skie trwały przez tysiące lat bez kosze­nia. Wyni­kało to z ich nasy­ce­nia wodą i cho­ciaż poja­wiały się na nich drzewa i krzewy, to było ich sto­sun­kowo mało. Pro­blem zara­sta­nia tor­fo­wisk jest rezul­ta­tem prze­kształ­ce­nia tych obsza­rów przez czło­wieka. Powin­ni­śmy zdać sobie sprawę, że około połowa tor­fo­wisk doliny Bie­brzy jest osu­szona. Doty­czy to zarówno terenu parku naro­do­wego, jak i przy­le­ga­ją­cych do niego obsza­rów. Dla­czego od czasu powsta­nia parku na­dal utrzy­muje się na jego obsza­rze duże poła­cie tych osu­szo­nych tere­nów? Uwa­żam to za skan­dal. Dziś dawne bagna są jed­nym z naj­więk­szych źró­deł emi­sji gazów cie­plar­nia­nych w woje­wódz­twie pod­la­skim. Trzeba było już dawno temu zasy­pać rowy w tych miej­scach, gdzie doszło do odwod­nie­nia tor­fo­wisk. Robić wszystko, żeby zatrzy­mać ucieczkę wody. Takie dzia­ła­nia są szcze­gól­nie istotne dla Basenu Środ­ko­wego. Ow­szem, ktoś się zaraz powoła na to, że trzeba chro­nić łąki trzę­śli­cowe, ale nie musimy ich utrzy­my­wać na degra­du­ją­cych się tor­fo­wiskach. Tam trzeba odtwa­rzać mokra­dła. Ist­nie­jące jazy i zastawki powinny być zamknięte trwale, a nie tylko okre­sowo, aby woda mogła się zatrzy­my­wać i roz­po­cząć pro­ces ponow­nego zaba­gnie­nia tych tere­nów.

Nie­roz­wią­za­nym pro­ble­mem pozo­staje to, że z par­kiem naro­do­wym sąsia­dują duże zme­lio­ro­wane tor­fo­wi­ska, które dre­nują rów­nież obszar BPN. "Zamiast szu­kać kom­pro­mi­sów, które ozna­czają cią­gły dre­naż, pań­stwo powinno wyku­pić te tereny i powięk­szyć park" - sły­szę od mojego roz­mówcy.

Zda­niem Wik­tora sytu­acja w Base­nie Dol­nym Bie­brzy też nie jest dobra. Ze względu na wzrost tem­pe­ra­tur i nie­re­gu­larne opady na tor­fo­wi­skach tego obszaru też zaczyna bra­ko­wać wody. Trzeba, jak już paro­krot­nie wspo­mi­nał Wik­tor, zatrzy­my­wać wodę wszę­dzie, gdzie się da. Nie­stety rowy melio­ra­cyjne przy­po­mi­nają bli­zny pozo­sta­wione przez dzia­łal­ność ludzi i dopóki ich nie zli­kwi­du­jemy, nie pomo­żemy bagnom. Dobrym przy­kła­dem takiej bli­zny jest Kosódka - gdy popa­trzymy na mapę, wydaje się, że to rzeka. Ale Kosódka nią nie jest. Została wyko­pana przez ludzi i zabiera wodę z tor­fo­wisk. Wik­tor z prze­ko­na­niem stwier­dza:

Naszymi sprzy­mie­rzeń­cami w ochro­nie mokra­deł są bobry. Napra­wiają to, co zepsuli ludzie. Robią to za darmo i nie muszą wnio­sko­wać o pozwo­le­nia do sto­sow­nych urzę­dów, prze­cho­dzić całej biu­ro­kra­tycz­nej pro­ce­dury. Nie wyma­gają dowozu mate­ria­łów budow­la­nych, nakła­dów inwe­sty­cyj­nych i gran­tów. Powin­ni­śmy ten gatu­nek chro­nić. Jest poży­teczny i odtwa­rza natu­ralną reten­cję, odpo­wiada za pod­nie­sie­nie poziomu wód grun­to­wych, do któ­rego obni­że­nia dopro­wa­dzili ludzie. Nazwał­bym bobra inży­nie­rem eko­sys­te­mo­wym, który spra­wia, że czło­wiek staje się zbędny w zarzą­dza­niu przy­rodą. Moim zda­niem ważne jest pozba­wia­nie przy­rody wpływu czło­wieka. Im mniej­szy ten wpływ, tym więk­sza dzi­kość i natu­ral­ność, które są war­to­ściami samymi w sobie. Powin­ni­śmy stale zmniej­szać poziom naszej inge­ren­cji. Dla­tego lep­sza jest jed­no­ra­zowa ochrona czynna, na przy­kład zatka­nie rowu i zatrzy­ma­nie wody, niż taka jej forma, która zakłada usta­wiczne dzia­ła­nia. Musimy zda­wać sobie sprawę, że więk­szość sie­dlisk znaj­du­ją­cych się na obsza­rach Natura 2000 to sie­dliska pół­na­tu­ralne, zwią­zane z eks­ten­syw­nym kra­jo­bra­zem prze­kształ­ca­nym przez czło­wieka od cza­sów śre­dnio­wie­cza. Powin­ni­śmy wyko­nać zwrot i oddać przy­ro­dzie część tych sie­dlisk, a w wypadku obsza­rów wodno-błot­nych zmniej­szyć naszą bez­po­śred­nią inge­ren­cję, ogra­ni­czyć ją do jed­no­ra­zo­wych dzia­łań, które stwo­rzą warunki do odtwo­rze­nia natu­ral­no­ści w danym sie­dlisku.

Po chwili Wik­tor dodaje:

Jed­no­cze­śnie należy zwró­cić uwagę na rzeki. Zostały ure­gu­lo­wane, wepchnięte w liniową struk­turę, a ich koryta ule­gły kil­ku­krot­nemu skró­ce­niu. O te rzeki, które zasi­lają Bie­brzę, trzeba zadbać już teraz. Rzeka, która wcze­śniej mean­dro­wała wśród tor­fo­wisk, odpro­wa­dza­jąc wodę dostar­czaną przez śro­do­wi­sko, po regu­la­cji jest jak kanał. Woda, która na ogrom­nym tor­fo­wisku sta­gno­wała przez cały rok, teraz jest szybko odpro­wa­dzana do więk­szych rzek prze­ci­na­ją­cymi je pro­stymi cie­kami. My tra­cimy wodę, degra­du­jemy żyjącą rzekę. Wzma­gają ten efekt rowy, któ­rymi nisz­czy się tor­fo­wiska. Tym­cza­sem mokra­dła są jak nerki w doli­nie rzeki - miej­sca, gdzie woda może pozbyć się tego, co zaszko­dzi­łoby rzece. Może w tor­fo­wisku oddać azo­tany, fos­fo­rany i inne sub­stan­cje. Od kiedy w rzecz­nych doli­nach zabra­kło tor­fo­wisk, pogar­sza się stan rzek.

Na koniec naszej roz­mowy Wik­tor zauważa:

Nie­stety, ludzie wciąż panicz­nie boją się wody w kra­jo­bra­zie i wciąż nie chcą bagien. Warto sobie zadać pyta­nie: co nam jest teraz, w dobie kry­zysu kli­ma­tycz­nego, bar­dziej potrzebne? Zdrowe tor­fo­wi­ska schła­dza­jące kli­mat i reten­cjo­nu­jące wodę czy ich odwod­nione poła­cie? Czy dawne obszary bagienne powinny być suchymi łąkami? Czy stać nas na uratę i mar­no­tra­wie­nie wody?

Opowieść 2. "Rzeki nima, prawie nima"

Opo­wieść 2

"Rzeki nima, pra­wie nima"

"O Kire­lej­son, była rzeka, nima rzeki! Słu­cham i nie wie­rze: że zalewy wyschli wie­rze, że mała rzeczka, że Mazu­rowe koryto, że chlapa za wierzbo też jakoś uwie­rze, ale że duża rzeka zgi­neła?".

Edward Redliń­ski, Kono­pielka

Nie ma już tej rzeki, którą widział Edward Redliń­ski i z któ­rej uczy­nił jedną z boha­te­rek swo­ich powie­ści. Nie ma już rzek z czarno-bia­łych foto­gra­fii Wik­tora Woł­kowa. Rzeki zni­kały na ich oczach. Obaj zatrzy­mali w sło­wach i obra­zach pej­zaże rzecz­nych dolin, któ­rych już nie zoba­czę. Nie zoba­czymy też dzi­kiej Narwi, tej pod Tyko­ci­nem i Moru­sami, kie­dyś kró­le­stwa pta­ków, któ­rym zachwy­cał się Wło­dzi­mierz Puchal­ski. Przez kil­ka­na­ście lat doku­men­to­wał jej życie, zre­ali­zo­wał nawet film z toko­wi­ska bata­lio­nów, które odby­wało się jesz­cze w latach 70. XX wieku w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie Tyko­cina.

Nereśl jest przy­kła­dem rzeki total­nie ujarz­mio­nej przez czło­wieka.

Puchal­skiemu, pomimo jego roz­po­zna­wal­no­ści, nie udało się zatrzy­mać pro­cesu nisz­cze­nia rzecz­nej doliny, cho­ciaż bar­dzo chciał oca­lić ten "naj­pięk­niej­szy zaką­tek pol­skiego egzo­ty­zmu", jak miał w zwy­czaju nazy­wać to miej­sce. Potem już tu nie wró­cił. Wyjeż­dża­jąc z Moru­sów, powie­dział: "Nie chcę tu wra­cać, nie chcę nisz­czyć swo­ich pięk­nych wspo­mnień"1. Te piękne wspo­mnie­nia obej­rzymy na stro­nach pożół­kłych albu­mów i w fil­mach Puchal­skiego. Zaba­gniona dolina rzeki stała się wiel­kim użyt­kiem rol­nym.

Jesz­cze ina­czej wyglą­dały rzeki opi­sane przez Zyg­munta Glo­gera, który pozo­sta­wił po sobie opis podróży z bie­giem Bie­brzy. W jego książce Doli­nami rzek czy­tamy: "Wśród niziny, sta­no­wią­cej roz­le­głą rów­ninę łąk, wije się kręto wstęga czy­stej, na kil­ka­dzie­siąt kro­ków sze­ro­kiej i na kilka łokci głę­bo­kiej rzeki, z dnem w nie­któ­rych miej­scach piasz­czy­stem, a ni­gdzie kamie­ni­stem. Nie spo­ty­kamy tu wśród łąk ani pagór­ków, ani lasów, ani wio­sek lub poje­dyn­czych sie­dzib ludz­kich"2.

A dziś? Jaka powinna być dzika nizinna rzeka? Powinna być wolna. Nie może przy­po­mi­nać rowu. Nie może pły­nąć pro­stym kana­łem. Powinna się wić jak wstążka. Zmie­niać swój bieg. Powinna mean­dro­wać, two­rzyć zakola, prze­pły­wać przez bagna. Na jej brze­gach nie powinno wyci­nać się drzew i krze­wów, które dają cień - a jeśli wpadną do rzeki, niech w niej zostaną. Każ­dego roku zdrowa i dzika rzeka roz­lewa, nawad­nia­jąc dolinę, two­rząc miej­sca tar­li­skowe dla ryb.

Ile­kroć cho­dzi­łem nad rzekę i spo­ty­ka­łem naj­star­szych miesz­kań­ców, któ­rzy pamię­tali czasy sprzed melio­ra­cji, nasze roz­mowy zaczy­nały się od tego: "Panie, ta rzeka taaaka sze­roka była. A ryby! Panie, cho­dziło się po roz­le­wi­skach i rękami brało na wio­snę to, co wpły­nęło do nich. Na wędkę się łowiło taaakie szczu­paki. Wszystko w tej rzece było. Nawet raki". Pro­blem w tym, że takich żyją­cych świad­ków jest coraz mniej. Odcho­dzą, a wraz z nimi znika żywa pamięć. W ich gło­sach zawsze wybrzmiewa nostal­gia. Może nie wynika z tro­ski o rzekę? Może to oznaka sta­ro­ści, roz­ra­chunku z życiem i woli powrotu do daw­nych cza­sów? Wielu z tych, któ­rzy z takim roz­rzew­nie­niem wspo­mi­nają dawną rzekę, to krót­ko­ter­mi­nowi bene­fi­cjenci jej regu­la­cji i zme­lio­ro­wa­nych bagien. Może dostrze­gają, że to, co stało się z ich Nurką, Brzo­zówką czy Jaskranką, nie było dobre, ale nie chcą się do tego przy­znać?

Żal za utra­coną rzeką wybrzmiewa coraz ciszej. Ci, któ­rzy już nie pamię­tają tam­tej wiel­kiej wody, tam­tych dużych ryb, nie­ko­niecz­nie inte­re­sują się rzeką. Nie zawsze się o nią trosz­czą. Na szczę­ście w róż­nych miej­scach w Pol­sce miło­śniczki i miło­śnicy rzek zaczy­nają dzia­łać. Two­rzą sto­wa­rzy­sze­nia. Jed­nym z nich jest Pod­kar­pac­kie Towa­rzy­stwo Przy­rod­ni­ków Wolne Rzeki. Nazwa przed­sta­wia cel, do któ­rego dąży grupa przy­rod­ni­ków zrze­szo­nych w tej orga­ni­za­cji: "Nazwa Wolne Rzeki składa się z dwóch słów. Pierw­sze - wol­ność, odnosi się zarówno do spon­ta­nicz­nych pro­ce­sów przy­rod­ni­czych kształ­tu­ją­cych eko­sys­temy, jak i do prawa dzi­kiej przy­rody do ist­nie­nia. Dru­gie, rzeki, wska­zuje na główny obiekt naszego zain­te­re­so­wa­nia"3.

Dolina rzeki Czar­nej.
Na Nere­śli.

Mało opty­mi­stycz­nie brzmi dia­gnoza stanu pol­skich rzek posta­wiona przez Wolne Rzeki:

Stan więk­szo­ści rzek jest fatalny. Są one podzie­lone barie­rami, zanie­czysz­czone, ure­gu­lo­wane, a do tego na bie­żąco pozba­wiane natu­ral­nych form kory­to­wych, rumo­szu drzew­nego i wszel­kich prze­ja­wów rena­tu­ry­za­cji. Pre­tek­stem do nisz­cze­nia rzek od lat jest ochrona prze­ciw­po­wo­dziowa. Naj­czę­ściej wyko­ny­wane regu­la­cje, w ramach tzw. prac utrzy­ma­nio­wych na rze­kach, mają jed­nak z ochroną prze­ciw­po­wo­dziową mało wspól­nego. Podob­nie jest z dzia­ła­niami doty­czą­cymi suszy. Nawet nazwa naj­więk­szego pro­jektu: "Plan prze­ciw­dzia­ła­nia skut­kom suszy" wska­zuje na to, że jego zało­że­nia nie mają zapo­bie­gać przy­czy­nom, a pozo­ro­wać lecze­nie skut­ków. W ciągu ostat­nich 300 lat w Euro­pie osu­szono 90% bagien. Z kra­jo­brazu znik­nęły tor­fo­wi­ska, oczka wodne, sta­ro­rze­cza i sze­ro­kie doliny zale­wowe. Zwy­kle osu­sza­nie to podyk­to­wane było chę­cią zdo­by­cia terenu dla rol­nic­twa lub osad­nic­twa. Wiele osu­szo­nych mokra­deł nie było jed­nak ni­gdy użyt­ko­wa­nych lub stra­ciło użyt­kowe funk­cje krótko po osu­sze­niu. Nie­stety, stra­ciły one także moż­li­wość rege­ne­ra­cji, sekwe­stra­cji dwu­tlenku węgla, nastą­piła ich ciężka do odwró­ce­nia degra­da­cja. Dłu­gość sieci rowów melio­ra­cyj­nych w Pol­sce jest ponad dwu­krot­nie więk­sza niż dłu­gość rzek!4

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki