Rzeka - Emilia Kiereś
31.99 zł
24.95 zł
(23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Droga do miasta zajęła im trzy dni, ale już dwa dni wcześniej Kilianpoznał, że idzie w dobrym kierunku. Coraz więcej traktów łączyło się z szerokim gościńcem, na którym panował duży ruch. Wędrowało tędy wieluludzi objuczonych towarami, przejeżdżały powózki i duże wozy drabiniastezaprzężone w osły i konie, od czasu do czasu jakiś wielki pan przemknąłna rączym rumaku, a tłum rozstępował się przed nim, czasem teżrozpędzona błyszcząca kareta z turkotem mijała podróżnych. Z rozmów z przygodnymi piechurami Kilian dowiedział się, że najpewniej dotrze docelu akurat w dzień targowy.
Zobaczył miasto już z daleka. Wyrastało ponad rzeką, która opływała jelśniącym łukiem. Wieże z czerwonej cegły wystrzelały w górę - jednesmukłe i delikatne, inne masywne i ciężkie. Zza miejskich murówwyglądały rude dachy i widać było szeregi ceglanych spichlerzy i kolorowych kamieniczek ściśniętych jedna obok drugiej.
Kilian aż przystanął z wrażenia.
- Nigdy nie widziałem czegoś podobnego - powiedział cicho do sokoła,który siedział mu na ramieniu. - Jak ludzie mogą mieszkać w takimzamknięciu? - dodał, wspominając góry, rozległe zielone hale i przypominając sobie nieskończenie piękny widok z Najwyższego Szczytu.
- Łatwo tam stracić głowę, taki tumult i zamieszanie - odparł ptak. -Musisz być bardzo ostrożny.
- Dlaczego?
- Nie możesz ufać każdemu, kogo spotkasz, pamiętaj.
- A komu mogę ufać?
Sokół się zawahał.
- Najlepiej nikomu. - Łypnął okiem na chłopaka. - W mieście zbierają sięwszyscy: i szlachetni, prawi ludzie, i ostatni obwiesie. Ja nie zostanęz tobą. Nie znoszę miast. Ale będę w okolicy. Znajdę cię, gdy ruszyszdalej.
Kiedy zbliżyli się do imponujących, wysokich murów, które otaczałymiasto wzdłuż szerokiej rzeki, sokół musnął dziobem policzek Kiliana i odleciał. Chłopak został sam.
Przeszedł przez bramę, otwartą szeroko z okazji targu. Z trudemutrzymywał równowagę w przepływającym stale strumieniu ludzi, którzyprzepychali się łokciami albo przeciskali ze swoimi wózkami pełnymitowarów. Kilian nigdy w życiu nie przebywał w takim zgiełku i tłoku,nawet na targu we wsi, w domu. Cały rynek i przylegające do niegouliczki zapchane były przyjezdnymi, którzy chcieli coś tu sprzedać albokupić, najczęściej zaś - jedno i drugie.
Wzdłuż wąskich uliczek brukowanych kocimi łbami i na rynku wokółwspaniałego ratusza stały taczki, wózki i kramy, na których przekupniezachwalali głośno swój towar; gdzieniegdzie sprzedawano wyroby prosto z wozów, których nawet nie rozładowano. Można tu było znaleźć wszystko:sól, owoce i warzywa, sery, chleb, naczynia, narzędzia, wspaniałetkaniny, wosk i miód - a nawet żywy inwentarz. Towary leżały stertami nastraganach albo bezpośrednio na ulicach, ptactwo gęgało, kwakało i gdakało, osły ryczały, a nad wszystkim górował zgiełk przemieszanychludzkich głosów i przedziwny zapach, w którym było po trochu wszystkiego- przypraw, zwierząt, kwiatów i ludzi.
- Uważaj, młokosie! - krzyknął nagle ktoś tuż nad uchem Kiliana,chwytając go za kołnierz. - Potłuczesz mi lustra!
Kilian podniósł wzrok i ujrzał przed sobą chłopaka w haftowanej koszuli.Zdezorientowany przyjrzał mu się uważnie i dopiero kiedy spostrzegł, żektoś trzyma go za kołnierz, uprzytomnił sobie, że widzi własne odbicie.
- Przepraszam - powiedział, podnosząc wzrok na sprzedawcę luster. -Proszę mnie puścić.
Mężczyzna spełnił prośbę, nadal jednak spoglądał na Kiliana srogo,marszcząc grube brwi.
- Ostrożnie - rzucił jeszcze. - Lustra kosztują majątek.
Chłopak znów spojrzał przed siebie. Dziwne to było wrażenie, bo nigdydotąd nie widział własnego odbicia tak wyraźnie - odbicie w studni, w szybie okiennej czy w stawie nie mogło się równać z odbiciem lustrzanym.Podszedł bliżej i spojrzał sobie w oczy, potem obejrzał uważnie swojątwarz i całą resztę. Zaskoczyło go, że wygląda tak poważnie - wewnątrzczuł się wciąż bardziej dzieckiem niż podrostkiem, którego widział w zwierciadle.
- No, starczy tego dobrego - popędził go przekupień. - To, że niepotłukłeś luster, nie znaczy, że możesz się godzinami w nich przeglądać.
Kilian rzucił mężczyźnie krótkie, mocne spojrzenie, aż ten cofnął sięnieco w głąb straganu, po czym odszedł. Krążył jeszcze przez jakiś czaspo targu, oglądając wspaniałe tkaniny, przywiezione zapewne ze Wschodu,niezwykłe przysmaki - rodzynki, orzechy i nieznane sobie owoce, piękneszafirowe ptaki z ogonami jak najcudniejsze wachlarze upstrzonetęczowymi okami. W końcu jednak poczuł znużenie. Był w drodze od kilkudni, a że słońce ostatnio dopiekało, podróż go zmęczyła. Teraz w zgiełkui tłoku poczuł, że boli go głowa.
Nie bardzo umiał się odnaleźć w labiryncie uliczek, skierował się więcku wąskiemu przesmykowi, oddzielającemu mury miejskie od wysokich,ceglanych spichlerzy. W ten sposób wydostał się wkrótce z największegościsku i znalazł się przed przyjemnie wyglądającą gospodą, wciśniętąmiędzy dwa spichrze.
Miał przy sobie kilka monet, które ofiarowano mu wcześniej za drobneprace - uznał więc, że to dobra chwila, by je wykorzystać i kupićporządny posiłek.
W gospodzie panował półmrok; tutaj także było ciasno i gwarno jak w ulu,pachniało piwem i miodem, i pieczonym mięsiwem. Długie ławy nie mieściłygości, którzy rozmawiali głośno, chcąc przekrzyczeć pozostałych, a niekiedy nawet śpiewali, trącając się kuflami.
Wreszcie Kilian znalazł miejsce. Długo nikt do niego nie podchodził i mało brakowało, żeby zasnął ze znużenia, kiedy usłyszał soczysty, niskigłos:
- Czym ci mogę służyć, chłopcze?
Był to zażywny karczmarz z czarnym wąsem, okrągły jak beczułka i przepasany niezbyt czystym fartuchem.
- Chciałbym coś zjeść i wypić - odparł Kilian.
- Już się robi! - odparł wesoło karczmarz. Po chwili wrócił z solidnąporcją mięsa, kaszy i z wielkim kuflem miodu.
Kilianowi aż się oczy zaświeciły. Głodny był jak wilk, dopiero teraz topoczuł.
- Przyjechałeś na targ? - zagadnął karczmarz, biorąc się pod boki i patrząc ciekawie na chłopaka.
- Na targ trafiłem przez przypadek - odparł Kilian. - Ale zaszedłem domiasta, bo szukam wiadomości o ojcu.
- Jest tutaj?
- Nie sądzę - odpowiedział chłopak, odgryzając spory kawał pieczeni. -Ale może ktoś coś o nim wie.
- Niewykluczone. Mnóstwo tu dzisiaj przyjezdnych ze wszystkich stron.
- Trzeba tylko wiedzieć, kogo spytać. - Kilian uśmiechnął się niecosmętnie.
- A kim jest twój ojciec? - zainteresował się karczmarz.
- Nazywa się Gedeon z Gór. Był jednym z dowódców w ostatniej wojnie.
- Gedeon... hm... - Karczmarz najwyraźniej przeszukiwał najdalsze zakamarkipamięci. - W czasie wojny mnie tu nie było - dodał ciszej. - Wróciłemniedawno, żeby znów otworzyć gospodę. Raczej nie znam imion wojowników,chociaż... Gedeon... mogłem kiedyś o nim słyszeć.
- Z pewnością. Nie spotkałem po drodze nikogo, kto by go nie znał.Wszyscy słyszeli o moim ojcu. Nazywają go także Sokołem.
- Wszyscy go znają, a nikt nie wie, gdzie go szukać?
- Niestety. Nie wrócił z wojny, ale jestem prawie pewien, że żyje.
Karczmarz wsparł się o stół, słuchając z zaciekawieniem.
- Rzecz w tym, że w ogóle go nie pamiętam - ciągnął Kilian. - Nie wiem,jak wygląda, i zapewne nie potrafiłbym go rozpoznać, chyba że pokoszuli.
- Po koszuli? - zdziwił się karczmarz.
- Tak. - Wypiął pierś, na której zalśnił błękitny haft. - Mój ojciecnosi taką samą. Ma szczególny wzór: kwiaty i sokoły. Nie sposób go niezapamiętać.
Karczmarz przyjrzał się haftowi.
- Piękny! - zachwycił się szczerze. - Koszula musi być cenna.
Kilian nie odpowiedział, przypomniawszy sobie nagle przestrogi sokoła, i odsunął się nieco.
- Szkoda, że nie mogę ci pomóc - stwierdził karczmarz, przerzucającsobie przez ramię płócienną serwetkę. - Mam nadzieję, że odnajdzieszojca.
Skinął głową, oddalił się i zaraz zniknął w tłumie gości.
Kiedy tylko Kilian został sam, jak spod ziemi wyrósł obok niego innymężczyzna.
- Szukasz Gedeona? - spytał wprost. - Gedeona z Gór?
Chłopak przytaknął, mierząc nieznajomego szybkim, czujnym spojrzeniem.Był niezbyt wysoki, ale silny, miał wąskie, bure oczy o nieco lisimwejrzeniu, garbaty nos i kudłate, rudawe włosy. Jego wygląd nie budziłszczególnego zaufania, ale wyglądało na to, że może coś wiedzieć.
- Mogę ci pomóc - ciągnął nieznajomy. - Niechcący słyszałem twojąrozmowę z karczmarzem.
- Kim jesteś? - spytał Kilian ostrożnie.
- Zwą mnie Ursyn. Wiem, gdzie szukać Gedeona.
- Jesteś pewien, panie? - zdumiał się Kilian, a nieufność w jednejchwili wyparowała z niego jak kamfora. Nie spodziewał się, że tak łatwoi szybko może zdobyć wiadomości podobnej wagi.
- Całkowicie.
- Jak to możliwe? Nikt nic o nim nie słyszał. Znasz go?
Na oblicze Ursyna wypłynął krzywy uśmieszek.
- Znajdziesz ojca na drugim brzegu rzeki. Tam jest jego obóz.
- Skąd to wiesz? Widziałeś obóz? Widziałeś mojego ojca? - Serce Kilianabiło szybko.
- Nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć - odparł mężczyzna.
- Jak się przedostać na drugi brzeg? - spytał Kilian po chwili. - Niewidziałem tu żadnego mostu, a rzeka jest tak szeroka...
- Najlepiej poprosić któregoś z flisaków. Pełno ich tutaj. Przewiozą cięza niewielką opłatą.
Kilian nadal myślał. Podejrzliwość walczyła w nim z nadzieją, że celjego wędrówki może być bliższy, niż się tego spodziewał.
- Jak znajdę ten obóz? - spytał, bacznie przyglądając się Ursynowi.
- Popłyniesz w dół rzeki. Trochę to potrwa: zapewne od rana, bo flisacywypływają stąd o świcie, do późnego wieczora. Zobaczysz górę, a na niejruiny dawnego zamku. Nieco dalej będzie pomost. Wysiądź przy nim. Obózznajduje się nieco dalej na północ, trzeba iść ścieżką wzdłuż rzeki.
- Skąd wiesz to wszystko tak dokładnie? - spytał Kilian, ale nieznajomywstał i poklepał go po ramieniu.
- Chcesz odnaleźć ojca? - odpowiedział pytaniem. Spojrzał Kilianowi w oczy. - Jeśli chcesz, zrób, jak mówię. - Uśmiechnął się, błysnął białymizębami, po czym skinął głową na pożegnanie i zniknął w tłumie. Po chwiliKilian zobaczył go jeszcze przez kwadratowe szybki okna. Ursyn szedłprędko, jakby się dokądś spieszył.
Istotnie, spieszył się. Kiedy tylko dotarł nad rzekę, wsiadł dozacumowanej tam łódki i powiosłował co sił, żeby później dobić dodrugiego brzegu.
Ścieżka była wilgotna, a kamienie śliskie. Kilian stawiał stopy pewnie,nie musiał nawet o tym myśleć - szedł szybko, niemal biegł. Wiedział,jak iść po mokrych skałkach, żeby nie upaść. Miał to we krwi - tu sięurodził, tu stawiał pierwsze kroki.
Z wysokich gałęzi odrywały się pojedyncze krople i wpadały mu zakołnierz. Wczesnym popołudniem przeszedł rzęsisty deszcz; pąki nadrzewach od razu urosły i potok szumiał głośniej. Las był pełen ptasiegośpiewu - dalej i bliżej, nisko i wysoko niosły się melodie proste albozawiłe, splecione w jeden radosny głos. Powietrze pachniało mokrym mchemi śniegiem, który topniał wysoko w górach.
Za zakrętem stał głaz, wciąż jeszcze wyższy od Kiliana, chociaż chłopaksporo urósł przez zimę i prawie dorównał wzrostem matce. Kilianzatrzymał się przy nim, żeby nabrać tchu, i spojrzał na stromą ścieżkę,wiodącą w dół przez las. Powoli zmierzchało, ale i tak zauważył międzypniami jasny serdak1 matki.
Siedziała na omszałym kamieniu nad brzegiem potoku. Wzrok miała taki,jakby patrzyła gdzieś bardzo daleko - a przecież spoglądała tylko nawodę, pędzącą po skalistym dnie i rozpryskującą się tuż pod jej nogami.
Chłopak podszedł i dotknął matczynego ramienia.
Położyła dłoń na jego dłoni i dopiero po chwili przeniosła spojrzenie nasyna.
- Nic? - odgadł Kilian tak cicho, że jego głos nie przebił się przezszum wody. Ale matka wiedziała, o co on pyta. Pokręciła przecząco głową.
Przysiadł obok niej, nieśmiało oparł głowę na jej ramieniu, a ona objęłago jedną ręką. Wpatrzył się w gałąź, która utknęła między dwomakamieniami na dnie potoku. Była odarta z kory, już całkiem wygładzona.Chociaż woda szarpała nią nieustannie, gałąź nie mogła się wydostać i popłynąć dalej. Kilian jak odrętwiały nie odrywał od niej wzroku.
Nie mógł skupić myśli. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze czekał na powrótojca. Na próżno.
Kołysał się lekko wraz z matką, a szum wody wypełniał jego głowę, w której kołatało się to jedno słowo: nic.
Dopiero przy wieczerzy Kilian dowiedział się więcej. Matka była na dole,we wsi, bo doszły ją słuchy, że wrócił ostatni oddział wojowników.Pobiegła sprawdzić, czy i ojciec przybył z nimi, ale okazało się, żenie. Nie umiano - a może nie chciano? - nic jej o nim powiedzieć,zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Gorzej: jakby go nigdy wśródnich nie było.
A przecież był.
Poprowadził oddział na wojnę, już tak dawno temu. Wszyscy czekali.
A potem długa wojna się skończyła. Kolejne oddziały wracały w rodzinnestrony - ale ojciec nie wrócił. Minął rok, drugi, trzeci. Słuch o nimzaginął.
- Zupełnie nic nie wiedzą? - upewnił się Kilian. Z miski kaszy unosiłysię smużki pary i układały się w powietrzu w wymyślne zawijasy. Żadne z nich nie jadło, jakoś nie dopisywał im dziś apetyt. Żar widoczny przezuchylone drzwiczki bielonego pieca odbijał się w szybkach niewielkiegookna nad stołem.
Matka pokręciła głową. Usta jej drgnęły.
- Był na wojnie - szepnął chłopak, nie chcąc wypowiedzieć na głos słów,których oboje tak bardzo się obawiali.
- Ale żyje! - Matka podniosła na niego płonące oczy. - Wiem, że tak.
- Może o nas zapomniał - wyrwało się Kilianowi spod serca. Zawstydziłsię natychmiast, ale zaraz dorzucił, jakby dla usprawiedliwienia: - Jago nie pamiętam.
Matka spojrzała na syna: na jego szczupłą, trójkątną twarz o ostrympodbródku i wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych; na nieco skośneoczy w kolorze gryczanego miodu, które patrzyły śmiało i z mocą. Jegobrwi ściągnięte były teraz w wyrazie troski, a na jasne, wysokie czołoopadała niesforna popielata czupryna.
- Jesteś do niego bardzo podobny - powiedziała w końcu. - Kiedy naciebie patrzę, przypominam sobie, jak on wygląda. Nie zapomniał o nas -dodała po chwili. - On by nie mógł.
W jej głosie brzmiała niezachwiana pewność, która zaskoczyła chłopaka,ale zarazem podtrzymała w nim ostatnią iskierkę nadziei.
W nocy od wysokich gór dobiegał raz po raz odległy głuchy huk. Toschodziły lawiny. Śnieg na szczytach topniał.
Kilian leżał z otwartymi oczami. Serce biło mu niespokojnie. Potokprzepływający niedaleko domu szumiał i pluskał. Nocą zawsze byłgłośniejszy niż za dnia. Przed oknem, na tle nieba rozjaśnionegoksiężycem, przemknął mały nietoperz. W niebieskawym świetle wyraźnierysował się ośnieżony kontur Najwyższego Szczytu.
Kilian czuł, że rośnie w nim silne postanowienie, którego nie potrafiłnazwać. Coś się zmieniało.
Wiosna wybuchła nagle - zdawało się, że przez jedną noc rozwinęły sięliście, zakwitły krzewy, a łąki obsypały się krokusami. Góry zrzuciłyzimowe okrycia, odsłaniając ciemne granitowe zbocza; jedynie w ocienionych żlebach i na wysokich szczytach bieliły się uparcie śladyzimy.
Od powrotu ostatnich wojowników minęło kilka długich tygodni. Przez tenczas Kilian był stale niespokojny i nieobecny duchem. Matka obserwowałago w milczeniu, czekając, kiedy jej jedyny syn powie o swoimpostanowieniu. Wiedziała, że ono w nim rośnie.
Pewnego dnia Kilian leżał na łące, na której zwykł wypasać owce. Słońcegrzało mocno, przez rześkie powietrze przepływały smugi chłodu.Brzęczały trzmiele, trawa i kwiaty pachniały słodko i miodowo,pobrzękiwały blaszane dzwonki na szyjach owiec. Chłopak zsunął kapeluszna twarz, a rękę położył na kudłatym grzbiecie psa, który wygrzewał sięobok. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Kiliana ogarnął błogi spokój.On sam zauważył to dopiero po chwili i zdziwił się, że nic nie ciąży muna sercu. Zdjął kapelusz, wsparł się na łokciu i spojrzał przed siebie.
Rozległa ukwiecona łąka leżała w kotlinie, zamkniętej z dwóch stronzalesionymi wzgórzami. Z trzeciej strony, na wprost Kiliana, w pewnejodległości widać było potężne skały, nad którymi górował NajwyższySzczyt. O tej porze dnia stał w pełnym słońcu. Granitowe zbocze,porośnięte tu i ówdzie kosodrzewiną, wznosiło się wysoko, wysoko,wyrastając majestatycznie ponad sąsiednie góry.
Kilianowi krew uderzyła do głowy.
Ależ oczywiście!
Poderwał się z ziemi i zaczął pokrzykiwać, zaganiając owce. Pies leniwiepodniósł powieki i zastrzygł uchem, ale w końcu także wstał niespieszniei obiegł stado, poszczekując raz po raz. Owce zbiły się w ciasnągromadkę i zaczęły schodzić z łąki.
Matka siedziała akurat przed domem i oprawiała pstrągi. Słyszącniezwykłe o tej porze dnia poruszenie, wstała, osłoniła oczyprzedramieniem i spojrzała w górę. Niepokój ścisnął jej serce.Przepłukała ręce w stojącym obok cebrzyku, wytarła je w fartuch i zrobiła parę kroków naprzód.
Wkrótce Kilian stanął przed nią zdyszany, z rumieńcami na szczupłychpoliczkach. Cały promieniał.
- Wiem, co muszę zrobić! - wysapał roześmiany.
Kobieta nic nie powiedziała, spojrzała tylko pytająco.
- Wejdę na Najwyższy Szczyt. Rozejrzę się, z góry na pewno widaćwszystko. Może dojrzę jeszcze jakichś maruderów. Może ojciec wraca, możez innym oddziałem... Jutro rano wyruszę, wejdę i zobaczę - mówił, a oczymu świeciły jak bursztyny.
Matce znów lekko drgnęły usta; usiadła na przyzbie2, oparłałokcie na kolanach i spojrzała na skalny wierzchołek, wynurzający sięzza ciemnych świerków.
- Na górze jeszcze leży śnieg - szepnęła głucho.
Kilian spojrzał na nią i nagle poczuł się niepewnie.
"Dlaczego ma takie smutne oczy?" - przemknęło mu przez głowę, ale nicnie powiedział.
- Na każdego przychodzi taka chwila, że chce wejść na Najwyższy Szczyt -dodała matka po chwili namysłu. - Poszedłbyś, nawet gdybym ci tegozabroniła.
Chłopak odwrócił wzrok na górę, jakby go ona przyzywała. Matka miałasłuszność.
- Dlatego się zgadzam - powiedziała. - Wolę, żebyś wyruszył z moimbłogosławieństwem. Nie wiem, kiedy cię znów zobaczę.
Kilian się zaśmiał, choć poczuł lekkie ukłucie niepokoju.
- Jak to? - spytał, siląc się na żartobliwy ton. - Dlaczego tak mówisz,matko? Wejdę na górę i wrócę. Zajmie mi to trzy, może cztery dni.
Kobieta namyślała się przez chwilę, po czym wstała, podeszła do potoku i starannie umyła ręce.
- Chodź, dam ci coś na drogę. - Skinęła głową na syna i skierowała siędo domu.
Wewnątrz było cicho, ciepło i cieniście, pachniało starym drewnem. Matkalekko przeszła po modrzewiowej podłodze do komory. Drzwi skrzypnęły, a w wąskiej smudze światła wpadającej przez kwadratowe okienko zatańczyłydrobne pyłki. Jakiś duży owad po drugiej stronie okna stuknął głośno o szybę i odleciał dalej. Chłopakowi wydało się nagle, że ta chwila ma w sobie dziwną powagę, choć przecież nie działo się nic niezwykłego.
Matka podeszła do barwnie malowanej drewnianej skrzyni - to była jejskrzynia posagowa. Kilian wiedział, że przechowuje się tam najcenniejszerzeczy: pościel, haftowane obrusy i odświętną bieliznę. Teraz matkapodniosła ciężkie wieko i wydobyła ze skrzyni koszulę.
Ostrożnie rozłożyła ją na wieku i wygładziła delikatnym, czułym ruchemdłoni.
- Są dwie takie koszule - powiedziała. - Jedna dla ojca, druga dlanajstarszego syna. W twojej rodzinie po mieczu przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. W tej drugiej twój ojciec wyruszył na wojnę. -Przez chwilę patrzyła na koszulę z nieodgadnionym wyrazem twarzy,wreszcie spojrzała na syna. - Włóż ją rano, kiedy będziesz wyruszał.
Kilian przyjrzał się koszuli. Nigdy dotąd jej nie widział. A może niepamiętał. Była przepiękna. Śnieżnobiałe płótno wydawało się cienkie i miękkie, a na piersi i mankietach lśniącą błękitną nicią wyhaftowanoozdobny wzór. Przeplatały się w nim rośliny - krokusy i dziewięćsiły -między którymi siedziały sokoły. Chłopak uświadomił sobie, że podobnywzór wyrzeźbiono na sosrębie3 w głównej izbie.
- Dlaczego mam ją włożyć? - zdumiał się Kilian. - To nie jest zwykłakoszula. To nie jest koszula na wędrówkę w góry!
- Weź ją - ucięła kobieta. - Twój ojciec na pewno by tego chciał. Sammiał ci ją dać we właściwym czasie - dodała ciszej po chwili.
Czyżby to był ten właściwy czas? Chłopak spojrzał na matkę.
"Smutne oczy - pomyślał znów. - Dlaczego są takie smutne?"
Rano, skoro świt, Kilian wyszedł na próg. Ubrał się ciepło, wziął grubykostur i zapas jedzenia na kilka dni. Słońce stało jeszcze nisko, las i góry ocieniały polanę za domem. Wiało zimnem, choć niebo byłobezchmurne. Z wysoka, z wierzchołka jakiegoś drzewa, niósł się słodkiśpiew kosa. Woda w potoku podskakiwała wesoło i z bulgotem spadała pogłazach.
Matka wyszła za synem. Wzięła jego głowę w obie ręce i pocałowała w czoło. Stali tak przez chwilę, a kiedy chłopak się odsunął, zobaczył, żeoczy matki są mokre.
- Bądź ostrożny, synku - szepnęła, uśmiechając się.
- Do zobaczenia. - Kilian odpowiedział uśmiechem, choć coś w jejpostawie sprawiało, że czuł się dziwnie rozdarty, jakby odchodził stądna zawsze. - Przecież niedługo wrócę - dodał z lekkimzniecierpliwieniem, zanim zdążył powstrzymać słowa.
Matka tylko pokiwała głową i szybko otarła łzę wierzchem ciemnej dłoni.
- Nie płacz... - zaczął Kilian. Z każdą chwilą serce zaczynało mu ciążyćcoraz bardziej.
- Idź już. - Matka pogłaskała go po policzku. - Idź i wracaj zdrów. Możewrócicie obaj. Będę czekała.
Syn pocałował ją w rękę, poprawił na ramieniu rzemień pasterskiej torbyi spojrzał na ścieżkę, która przecinała polankę i kryła się u wejścia doniewielkiego wąwozu - a kiedy już raz na nią spojrzał, musiał niąpodążyć.
Obejrzał się jeszcze, zanim wszedł w parów. Matka wciąż stała na progu,taka drobna pod tymi niebosiężnymi świerkami! Chłopakowi przemknęłoprzez myśl, że może wcale nie jest taka silna, jak mu się dotądwydawało. Ale ruszył dalej.
Początkowo droga biegła łagodnie pod górę, z czasem jednak zrobiła siębardziej stroma, w końcu zaś - zanikła zupełnie, dzika i nieuczęszczana.Las, w którym wcześniej przeważały buki, teraz porastały jedynie ciemneświerki o obwisłych gałęziach. Przyroda stawała się coraz bardziejsurowa. Raz po raz Kilian napotykał zwalone drzewa, potężne wiatrołomy,których korzenie, oplecione wokół wyrwanych z podłoża głazów i kamieni,sterczały wysoko w powietrzu. W oddali, jakby gdzieś z boku czy z dołu,niósł się szum potoku, odbijający się od wysokich skał, które co jakiśczas prześwitywały między drzewami. Najwyższy Szczyt wznosił się w pewnej odległości - poranne światło padało na niego tak, że wyraźniebyło widać wszystkie jego szczeliny, nierówności i pęknięcia. Ptakiwokół śpiewały głośno i wesoło, a raz, tuż spod nóg Kiliana, wyskoczyłaspłoszona kozica i zręcznie, lekko, bez wahania wbiegła po skalnejścianie gdzieś wyżej, znikając chłopcu z oczu.
Szedł długo tą trudną drogą - ale przywykł do podobnych wędrówek.Przystawał co jakiś czas, żeby odpocząć, posilić się i napić wody zestrumienia, ale potem wstawał i maszerował dalej. Przed jego oczamirozciągały się zielone hale, piętrzyły się skałki i szeregi wzgórzporośniętych lasami - ogromne świerki wyglądały stąd jak miniaturki. Imwyżej się wspinał, tym lżejsze stawało się jego serce. Nareszcie nieczekał bezczynnie! Słońce, nieodłączny towarzysz, również pięło sięcoraz wyżej po niebie, paląc go w kark - w końcu jednak znikło zaciemnymi wierchami.
Wówczas Kilian się zatrzymał. Wiedział, że większa część drogi zostałaza nim, ale wiedział też, że bezpieczniej będzie spędzić noc podszczytem. Znalazł osłonięte od wiatru miejsce pod nawisem skalnym,rozpalił tam ogień - żeby nie marznąć i żeby dzikie zwierzęta bały siępodejść - rozłożył skórę, którą wziął z domu, i owinął się serdakiempodbitym baranim kożuchem. Położył się na plecach i wyciągnął nogi,znużone długotrwałą wspinaczką. Zasnął szybko i spał twardo. We śniewidział ogień i słyszał szczęk broni. Nad wszystkim wisiał ostrzegawczykrzyk drapieżnego ptaka.
Obudziło go zimno. Przez noc ognisko wygasło, poranny powiew wpadał podskałę i przenikał pod serdak Kiliana. Choć była już wiosna, powietrzewysoko w górach miało ostry zapach śniegu, którego stwardniałe płatymiały tu zalegać aż do następnej zimy.
Ostatni odcinek drogi wymagał najwięcej trudu. Kilian wyszukiwałodpowiednie do stąpnięcia skałki i występy, odnajdował szczeliny,których mógł się uchwycić. Zawzięcie, z zaciśniętymi zębami szedłnaprzód, choć dłonie, pokaleczone od ostrych kamieni, bolały go takbardzo. Był jednak zwinny jak kozica i w samo południe stanął wreszciena wierzchołku.
Nieraz już wdrapywał się wysoko, ale nigdy dotąd nie stał na NajwyższymSzczycie.
Nie dziwiły go piękne widoki, w górach ich nie brakowało, jednak żaden z nich nie mógł się równać z tym, co chłopak zobaczył właśnie teraz.
Słońce wysoko za jego plecami oświetlało rozciągający się w dolekrajobraz. Kilian stał ponad nim, ogarnięty nieznanym sobie dotąduczuciem triumfu, jak gdyby cały świat należał w tej chwili tylko doniego.
Miał pod sobą drobne białe chmurki, wysokie granitowe góry, zielone halei łagodne przełęcze, niższe wzgórza i to, co leżało za nimi, jeszczedalej, sięgając po sam horyzont. Ziemia rozpościerała się przed nimszeroko i daleko, najpierw falując i wybrzuszając się w coraz mniejszepagórki, a potem stopniowo się spłaszczając. Bystrym, niemal sokolimwzrokiem wypatrywał coraz to nowe szczegóły: zielone i brązowe pasy pól,rozczochrane lasy, nieliczne zabudowania, pojedyncze drzewa, otulonezieloną mgiełką liści. Szerokie trakty i wąskie dróżki wiły się na tymżywym kilimie, a przez jego środek płynęła rzeka.
Najwyraźniej miała swoje źródło gdzieś tu, w górach; pojawiała sięnajpierw jako wartki potok, ale tam, gdzie niebo stykało się z ziemią,była już spokojna i szeroka. Przecinała krajobraz na pół jak srebrnyzakrzywiony nóż. W jasnych promieniach słońca wszystko wydawało się takwyraźne.
Nieoczekiwanie chłopaka ogarnęły wzruszenie i głęboki zachwyt. Poczucietriumfu przygasło i nagle Kilian poczuł się tak, jakby właśnie ujrzałświat po raz pierwszy. Serce biło mu szybko, aż mu brakło tchu. Jegowzrok pobiegł wzdłuż rzeki, która nikła w oddali, rozpływając się w jasne niebo.
"Dokąd płynie ta rzeka? - zastanowił się. - Co jest za horyzontem?Dlaczego nigdy dotąd nie miałem potrzeby tego wiedzieć?"
Usiadł i przyglądał się światu przez długi czas. Jakiś ptak krążyłwysoko ponad nim, wydając raz po raz ostry okrzyk. Słońce wędrowało poniebie, a wraz z jego wędrówką cienie się wydłużały i zmieniały siękolory rzeki.
Na drogach, szlakach, traktach pojawiały się pojedyncze ruchome punkty,nigdzie jednak nie było widać żadnych oddziałów, które wracałyby dodomów położonych po drugiej stronie gór.
Wreszcie, kiedy słońce zawisło nad zachodem jak wielkie dojrzałe jabłko,Kilian westchnął, wstał i zebrał swoje rzeczy. Obejrzał się za siebie.Gdzieś tam był jego dom. Zobaczył schodzące coraz niżej ciemne lasy, naktóre padał wieczorny cień wysokich gór, i nagle postanowił zejść poprzeciwległym zboczu Najwyższego Szczytu; nie do domu, ale do tegoświata, który odsłonił się dziś przed nim po raz pierwszy. Był gociekaw. Wiedział też, że właśnie w tamtą stronę pojechał ojciec. Zatem i on tam pójdzie, odszuka ojca i wrócą razem.
Po nocy spędzonej pod samym wierzchołkiem Kilian schodził z NajwyższegoSzczytu przez cały dzień. Stojące powietrze pachniało żywicą i upałem.Ptaki milczały, tylko jeden kruk krążył nad lasem, towarzyszącchłopakowi przez większą część drogi. Kilian wolałby, żeby odleciał. Z nieznanych sobie powodów nie lubił kruków, a ich ponury głos budził w nim zawsze niechęć i nieokreślony lęk.
W lesie chłopak natknął się na bijące spod skały źródło. Było zimne jaklód. Umył twarz i napił się - woda miała nieco gorzkawy posmak. Od razupoczuł się lepiej i bardziej rześko. Strumień wypływający ze źródłapędził w dół skalistym korytem i Kilian podążył za nim, wzdłuż brzegu.
Dopiero pod wieczór ujrzał zejście do szerokiej, zielonej doliny. Z obujej stron wznosiły się zalesione wzgórza - przedmurze wysokich,skalistych gór - a środkiem płynął ten jego strumień, spadający w dolinęjasnym wodospadem.
Chłopak też zszedł na dół i ruszył brzegiem potoku. W szarym powietrzukaczeńce błyskały na niego spomiędzy traw i młodych liści łopianu. Pogorącym dniu niebo zasnuło się niespodziewanie, góry ukryły się zachmurami, ciężkie i duszne powietrze pachniało deszczem. Od potokupowiało chłodem.
W pewnym oddaleniu, na łące, pasło się duże stado owiec, a jeszcze niecodalej stał drewniany pasterski szałas. Kilian był zdrożony i głodny -wszystkie zapasy już mu się skończyły - a ponieważ z szałasu wyraźniesię dymiło, postanowił zajść tam i sprawdzić, czy uda mu się dostać cośdo jedzenia.
Na spotkanie wybiegł mu stary biały owczarek o dobrodusznym spojrzeniu.Szybko uznał, że nikomu nic nie grozi ze strony przybysza, wrócił więcna swoje miejsce i zwalił się na trawę, kładąc ciężki łeb na łapach.Kilian stanął przed wejściem do szałasu i ze słowami powitania na ustachwetknął głowę do środka. Ktoś mu odpowiedział, ale chłopak nikogo niezobaczył - wnętrze było mroczne i pełne gryzącego dymu. Kilian szybkocofnął głowę, bo oczy natychmiast zaczęły go szczypać i zaszły łzami.Zdążył dostrzec ogień na okrągłym palenisku pośrodku szałasu i wiszącynad nim wielki kocioł, w którym warzyła się serwatka z owczego mleka -żętyca. Ustawione w rządku sery wędziły się na belkach pod sufitem.
Zaraz jednak pasterz wyszedł do niego. Mocno pachniał dymem i samwyglądał jak dobrze uwędzony: skórę miał ciemną i błyszczącą. Trudnobyło ocenić jego wiek - postawę miał wyprostowaną, ramiona silne. Alebruzdy na twarzy i przenikliwy, choć nieco zmatowiały wzrok kazałysądzić, że ma już swoje lata. Pasterz spoglądał na chłopaka z ciekawością, jakby dawno nikogo tu nie widział. Kilian przywitał się z nim i wyjaśnił, skąd przychodzi.
- Czy macie może coś do zjedzenia? - spytał na koniec.
- A pewnie, że mam. - Mężczyzna pokiwał głową. - A czym zapłacisz zastrawę? - spytał podejrzliwie.
Chłopak się zafrasował. Nie miał żadnych pieniędzy - nie wziął ze sobąwłaściwie nic, co miałoby jakąkolwiek wartość. Przecież chciał tylkowejść na szczyt i wrócić do domu.
Kostur? Niewiele był wart. Skóra? Służyła mu za łóżko. Nóż? Bez niegonie przetrwa. Serdak? Cóż, haftowany był pięknie, a wiosną sama koszulawystarczy.
- Nie mam pieniędzy - wyznał Kilian - ale może chcecie serdak w zamianza jadło? - spytał niepewnie, rozpinając okrycie na piersi.
Pasterz machnął ręką, ale nagle jego wzrok padł na haftowaną koszulę.Wytrzeszczył oczy i wyciągnął dłoń, jakby chciał jej dotknąć, zaraz jąjednak cofnął.
- O, nie, nie. - Chłopak szybko pokręcił głową. - Koszuli nie mogęoddać.
- A ja nie śmiałbym o nią prosić - pospiesznie powiedział pasterz i z niedowierzaniem przyjrzał się znów Kilianowi. - Skąd ją masz?
- To koszula mojego ojca - wyjaśnił zdziwiony chłopak.
- Gedeon z Gór to twój ojciec?
Kilian przytaknął.
- Siadaj i bądź moim gościem. Zaraz przyniosę strawę - powiedziałserdecznie pasterz i zniknął w szałasie.
Zdumiony nagłą zmianą w jego zachowaniu Kilian usiadł na pniaku. Niskiechmury snuły się jak gęsty dym, schodząc już nawet do doliny. Wieczórbył coraz bliżej i robiło się ciemno.
- Jedz na zdrowie - odezwał się pasterz, podchodząc z posiłkiem. Byłytam żytnie placki, owczy ser i warzone mleko.
Kilian podziękował i ochoczo zabrał się do jedzenia. Wszystko wydało musię niezwykle smaczne i sycące. Pasterz usiadł nieopodal i raz po razciekawie spoglądał na wędrowca.
Kiedy chłopak już się posilił, podziękował i spytał:
- Jak mogę się wam odwdzięczyć za poczęstunek?
Mężczyzna pokręcił głową.
- Wystarczy dobre słowo. Nic od ciebie nie chcę.
- Dlaczego? Przecież wcześniej...
Pasterz tylko wskazał głową na jego koszulę.
- To ta koszula? - upewnił się Kilian. - Co w niej jest takiego, że... -przerwał, nie mogąc znaleźć właściwych słów.
Mężczyzna odpowiedział:
- Wszyscy wiedzą, co to za haft. Wszyscy go znają. Nie mógłbym wziąć odciebie zapłaty.
- Ależ ona właściwie nie należy do mnie - zaprotestował Kilian. - Matkakazała mi ją włożyć, kiedy opuszczałem dom.
- Miała słuszność - uznał pasterz. - Ta koszula ci pomoże; każdy, kogospotkasz, będzie od razu wiedział, że jesteś Sokołem.
- Co to znaczy?
Mężczyzna zaśmiał się z niedowierzaniem.
- I ty o to pytasz? Nie możesz nie wiedzieć!
Kilian się stropił.
- Nie wiem. Nic nie wiem. Tę koszulę zobaczyłem po raz pierwszy kilkadni temu. A ojca nawet nie pamiętam. Do dziś nie wrócił z wojny.
Pasterz westchnął i wsparł się łokciem o kolano. Owczarek podszedłpowoli i położył się u jego stóp.
- Skoro wcześniej nikt ci o tym nie mówił, ja powiem - mruknął. - Jesteśz rodu naszych obrońców. Sokoły - wszyscy o was słyszeli, po obustronach gór. Najodważniejsi wojownicy, najsprawiedliwsi sędziowie.Sława twojego ojca sięga daleko, aż do morza. Mężowie z rodu Sokołówżyli zawsze skromnie, ale otaczali opieką okoliczne wsie i ichmieszkańców, służyli radą i pomocą, a kiedy przychodził czas walki -pierwsi stawali w szeregu. Historia twojego rodu sięga daleko w przeszłość i oby trwała jak najdłużej w przyszłości. To już twojezadanie - dbać o jego dobre imię. A o sokolej koszuli krążą legendy -nikt nie wie, ile w nich prawdy, wszyscy jednak wierzą, że jestniezwykła i przynosi szczęście.
Kilian zamrugał oczami i spojrzał na błękitny haft, a potem na gęstechmury, które przesuwały się nisko nad doliną. Poczuł, jak serce w nimrośnie. Wydało mu się, że wraz ze słowami pasterza rozeszła się po jegociele jakaś nieznana mu dotąd siła.
- Dokąd wędrujesz? - spytał mężczyzna po chwili. Zdążył nabić fajkę i pykał ją teraz, posyłając w górę krągłe obłoczki sinawego, aromatycznegodymu.
- Chcę odnaleźć ojca. Idę przed siebie.
Pasterz wbił w Kiliana przenikliwy wzrok.
- Matka twierdzi, że ojciec żyje - dodał chłopak. - Jest tego pewna.
Mężczyzna pokiwał głową i posłał w niebo kolejny blady obłoczek.
- Może uda mi się go odszukać - ciągnął Kilian. - Niczego nie pragnę takbardzo, jak go spotkać, a potem przyprowadzić do domu.
Pasterz przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Tytoń z jego fajki mocnopachniał i tlił się czerwonawo w zapadającym zmroku. Mężczyzna z namysłem spoglądał gdzieś daleko, w stronę gór, od których dobiegłostłumione grzmienie.
- Tak, tak... Będzie zawierucha - mruknął do siebie.
Siedzieli jeszcze przez chwilę, nasłuchując grzmotów. Wreszcie pasterzwetknął fajeczkę w kącik ust i dźwignął się z kamienia, na którymsiedział.
- Muszę zagonić owce - oznajmił. - Zostań na noc, nie zmokniesz. Ranobędziesz mógł pójść dalej.
Burza krążyła nad górami przez cały wieczór, a nad szałasem rozpętałasię dopiero w nocy. Zwielokrotnione grzmoty, odbite od górskich zboczy,obudziły Kiliana. Leżał na skórze pod drewnianą ścianą szałasu. Starebelki były aż tłuste i czarne od sadzy, pachniały wędzonką i dymem wieluognisk. Deszcz na zewnątrz zacinał, słychać było jego głośny szum, a gwałtowne porywy wiatru uderzały w drzwi szałasu jak taran. W środkubyło jednak zacisznie i ciepło i Kilian zdołał się nawet przyzwyczaić dogryzącego w gardło zapachu. Owce za przepierzeniem beczały raz po raz,pasterz zaś chrapał rozgłośnie, okryty swoją ciepłą cuchą4. Przezmaleńkie okienko widać było niebieskawe rozbłyski, kiedy piorunyprzecinały nocne niebo.
Kilian położył dłoń na piersi i przesunął palcami po wypukłościach haftuna ojcowskiej koszuli. Sokół. Mężny wojownik. Gedeon z Gór. Zamknął oczyi podjął wysiłek - chciał sobie przypomnieć ojca. To niemal bolało. Nicnie pamiętał. Nawet cienia sylwetki, nawet brzmienia głosu czy śmiechu.Nawet spojrzenia. Niejasne wrażenie z zamierzchłej przeszłości: błyskgładkiej stali w słońcu przed domem. A potem znów ciemność. Nic więcej.
"Jak ja go odnajdę?" - przemknęło mu przez myśl.
Rano, po wspólnym posiłku, pasterz pożegnał Kiliana, zaopatrując go w zapas żywności na drogę.
- Uważaj na siebie - powiedział, kładąc mu na ramieniu szorstką dłoń i z troską patrząc mu w oczy. - Wielu ludzi kocha i szanuje twojego ojca,ale ma on także wrogów. Tych musisz się strzec.
Chłopak skinął głową.
- Dziękuję wam za gościnę.
- Przyprowadź Gedeona do domu.
Dzień był chłodny, pachniał mokrą ziemią i mokrymi skałami. Chmurypodnosiły się ze wzgórz i lasy wyglądały, jakby dymiły. Potok wezbrał poburzy, wielkie masy wody przetaczały się po skałkach na dnie, burząc sięi pieniąc, hucząc i bulgocząc.
Na trzeci dzień od zejścia z Najwyższego Szczytu wyszedł Kilian naotwarty, pofałdowany teren. Góry zostały za nim, teraz wyglądały jakcień samych siebie. Widząc je, tak odległe, chłopak poczuł nagłeszarpnięcie tęsknoty za matką i za domem. Spojrzał w drugą stronę, na tęobcą, nieznaną, coraz bardziej płaską ziemię i poczuł wahanie.Zastanowił się, co teraz robi matka i czy bardzo się martwi, że jeszczenie wrócił.
W tej samej chwili jednak go olśniło: wiedziała, że pójdę dalej! - i tamyśl go pocieszyła. Matka wiedziała, że Kilian nie wróci od razu,wiedziała to już w chwili, w której oznajmił, że chce wejść na szczyt.Teraz to pojął. Dlatego miała takie smutne oczy.
Potrząsnął głową, jakby chciał odegnać to wspomnienie.
- Przyprowadzę ojca - szepnął do siebie. - To jej wszystko wynagrodzi.
Droga biegła wzdłuż rzeczki, w którą przeobraził się górski potok.Rzeczka płynęła szybko, jej dno wciąż jeszcze było kamieniste, alestawała się coraz szersza i głębsza.
Kilianowi przyjemnie się szło, kiedy słyszał jej radosny szum i beztrosko pluskające falki. Czuł się, jakby miał w niej towarzysza.Wychował się przy potoku i przywykł do tego, że szmer wody jest zawszeblisko. Ten dźwięk w jakiś szczególny sposób dodawał mu pewności siebie.
"I ja, i ta rzeczka zaczęliśmy drogę w górach. Zmierzamy w tym samymkierunku" - pomyślał i od razu zrobiło mu się raźniej.
Idąc, Kilian mijał pola, pastwiska, wsie i pojedyncze gospodarstwa.Ludzie pozdrawiali go serdecznie, a on odpowiadał im tym samym.
W południe zszedł z drogi na niedużą łąkę, opadającą łagodnie w stronęwody. Była obsypana mleczami, które w jasnym słońcu same świeciły jaksetki mniejszych słońc, w cieniu zaś, bliżej brzegu, rozlewało się morzeniezapominajek.
Chłopak usiadł na skraju łąki, tam gdzie zaczynał się gęsty zagajnik.Położył się pod rozłożystym drzewem, którego liście były jużwystarczająco duże, by dawać cień, i strudzony skwarem i długim marszem- szedł bowiem nieprzerwanie od świtu - położył się na trawie i zasnął.
Błysk stali - widział go we śnie. A potem znów - krzyk drapieżnegoptaka. Podniósł powieki.
To nie stal błyskała, ale promień słońca, celujący prosto w jego oczypoprzez poruszane wiatrem liście. Jednak, choć Kilian już nie spał, głosptaka brzmiał nadal - naglący i pełen gniewu.
Zdziwiony chłopak wstał i wszedł w zagajnik, skąd najwyraźniej dobiegałowołanie. Nie uszedł daleko, kiedy dostrzegł w wysokich gałęziachgwałtowną szamotaninę. Jakieś dwa ptaki sczepiły się pazurami i machającskrzydłami, toczyły zajadłą walkę w koronach drzew. Zaskoczony i przejęty, Kilian przyczaił się w pobliżu, osłaniając oczy, bo słońcestało wysoko i strzelało ostrymi promieniami spomiędzy liści. Niewidział wiele, walka jednak się przeciągała. Od czasu do czasu ptakispadały o kilka gałęzi, ale potem znów się podrywały i podlatywaływyżej, trzepocząc skrzydłami, wystawiając pazury i dziobiąc, i wyrywającsobie nawzajem pióra. Jeden z pewnością był drapieżnikiem, drugi - tobył kruk. Kilian rozpoznał go po głosie.
Wreszcie coś się stało, drapieżnik krzyknął po raz ostatni, jakbyrozpaczliwie, kruk zaś zakrakał krótko i posępnie, po czym zatrzepotałwielkimi skrzydłami i zniknął między koronami drzew. Drapieżnik - sokół!- teraz dopiero Kilian zdołał to zobaczyć - został na gałęzi, dziwnieskulony, po chwili jednak zachwiał się, spróbował podlecieć, ale siły gozawiodły i opadł między liście i gałęzie, lądując w zaroślach.
Kilian podbiegł w tamtą stronę, po czym rzucił się na kolana i zacząłprzeszukiwać krzaki. Czuł, że ma obowiązek pomóc ptakowi - tym bardziejże był to sokół. Wreszcie zauważył nieznaczny ruch w gęstwinie. Ptakzaplątał się w gałęzie; teraz się szarpnął i gwałtownie poruszyłskrzydłami, usiłując się wyswobodzić z potrzasku, ale to tylkopogorszyło jego położenie. Wydał cichy okrzyk skargi.
Kilian podszedł bliżej i schylił się, przyglądając się sokołowi. Ten,ujrzawszy chłopaka, znieruchomiał na chwilę, po czym zakwilił cicho.Poważnie patrzył na niego błyszczącymi oczami w jaskrawożółtychobwódkach.
Nie bał się.
Chłopak odsunął gałęzie, trzymające ptaka w potrzasku, i podał mu swójkostur. Sokół uchwycił się go szponami, a Kilian ostrożnie i nie beztrudu wydobył ptaka z zarośli.
Przyjrzał mu się uważnie. Był piękny. Wpatrywał się w chłopca tymipoważnymi, dużymi i nieco skośnymi oczami. Pióra na piersi miał jasne,czarno cętkowane, ale te na grzbiecie i skrzydłach miały barwę stalową,szaroniebieską, i układały się łuskowato. Wyglądały jak kolczuga.
- Piękny jesteś, ptasi rycerzu - odezwał się Kilian łagodnie i pogładziłgo palcem. Po bitwie sokół miał chyba zwichnięte skrzydło i ranę odkruczego dzioba na grzbiecie. Ruszyli w stronę łąki.
- Potrzebujesz pomocy - stwierdził chłopak.
Drapieżnik lekko się poruszył.
- Wyleczę cię - obiecał Kilian i się uśmiechnął. Miło było miećtowarzysza, choćby nawet był to tylko ptak.
Wielkie jednak było jego zdumienie, kiedy sokół przestąpił z nogi nanogę, pochylił się lekko do przodu, a potem przemówił:
- Lecę za tobą aż od gór. Wylecz mnie, a ci pomogę.
Sokół okazał się wdzięcznym i oddanym kompanem. Jego rany wyleczyły siędość szybko. Początkowo podczas wędrówki siadywał na ramieniu Kiliana,ale kiedy tylko odzyskał siły, wzbijał się wysoko w powietrze i towarzyszył chłopcu z daleka, raz po raz zniżając lot i opowiadając, coznajduje się przed nimi na drodze. Z czasem zaczął znikać na dłuższeokresy, ale zawsze wracał. Zawsze też miał do powiedzenia rzeczy ważne i ciekawe, więc chłopak słuchał go z przyjemnością.
Kilian szedł ciągle wzdłuż rzeki. Od czasu do czasu oddalał się od niej,ale starał się nie tracić jej z oczu. Teraz była to już prawdziwa,szeroka rzeka. Jej zielone wody nadal płynęły szybko, ale fale niepluskały i nie podskakiwały już tak jak w potoku, którym była wcześniej.Drugi brzeg znacznie się oddalił - teraz Kilian nie mógłby się do niegodostać, przechodząc po dnie, a kto wie, czy przepłynąć byłoby łatwo.
Wszędzie, gdzie się zjawiał, witano go z uśmiechem - jego jasna twarz i śmiałe, szczere spojrzenie budziły sympatię, a haftowana koszulazjednywała mu zaufanie ludzi. Często się zatrzymywał, żeby pomóc innym w pracy czy w domowych obowiązkach; zdarzało mu się nawet zostawać dłużejw jednym miejscu, jeśli mógł się przydać: a to przy sianokosach, a toprzy owocobraniu. W zamian dostawał trochę grosza albo zapas żywności nadrogę. Wszędzie też rozpytywał o ojca. Zauważał z dumą, że tam, gdziewymawiał jego imię, ludzie rozpromieniali się i opowiadali o tym, iledobrego uczynił dla nich Gedeon z Gór. Serce chłopca rosło, a pragnienie, by odnaleźć ojca, gnało go naprzód.
Niestety, mimo że niemal wszyscy słyszeli o Gedeonie, nikt nie umiałpowiedzieć Kilianowi, gdzie go ostatnio widziano. Wieść niosła, żebardzo się zasłużył na wojnie, ale co się z nim stało później - nikt niewiedział. Co prawda, nie słyszano też o jego śmierci, należało się więcspodziewać, że żyje.
Pewnego wieczoru Kilian rozbił obóz nad rzeką. Płynęła cicho,gdzieniegdzie tylko jakaś fala plusnęła o brzeg. Zbliżała się ciepłaletnia noc. Powietrze przenikał zapach skoszonych niedawno łąk, a naniebie, które teraz nawet wśród najgłębszej nocy nie stawało się całkiemczarne, pojawiły się pierwsze blade gwiazdy. Chłopak rozpalił ognisko,żeby odpędzić komary, i wpatrzył się w czerwonawe płomienie. Świerszczegrały niestrudzenie i jakiś ptak na drugim brzegu powtarzał w kółko tęsamą wieczorną nutę. Drzewa stały niemal bez ruchu, raz po raz tylkoszeleszcząc ciemnymi liśćmi.
Kilian położył się na rozpostartym serdaku. Sokół siedział obok nazwalonym pniu. Wydawało się, że śpi, nieruchomy, z głową wciśniętąmiędzy skrzydła, ale w pewnej chwili blask ogniska padł na ptaka i odbiłsię w jego otwartych oczach.
- Nie śpisz! - zauważył Kilian. Milczał przez chwilę, ale wreszciespytał: - Kiedy wznosisz się tak wysoko w powietrze... na pewno widziszbardzo daleko, prawda?
- Prawda.
- Ale nie widziałeś żadnych oddziałów, żadnych wojowników?
- Powiedziałbym ci, gdybym jakichś zauważył.
- Powiedziałbyś, wiem. Tylko... są chwile, kiedy tracę nadzieję, żekiedykolwiek znajdę ojca. Świat jest taki wielki. Nieraz brak mi tchu,kiedy widzę, jak płaska ziemia rozciąga się po horyzont i jeszcze dalej.Nie wiem, czy można odnaleźć kogoś w tak wielkim świecie. Nawet niewiem, gdzie szukać.
- Śpij spokojnie, Kilianie. Masz mnie. Naprawdę widzę bardzo daleko.
Kilian zamknął oczy.
- Co zrobię, jeśli ojciec nie będzie chciał ze mną wrócić? - odezwał sięniepewnie. Podniósł powieki i wbił wzrok w ogień. - Może gdyby chciał,już dawno byłby w domu?
Sokół milczał.
- Dlaczego tamten kruk cię napadł? - spytał Kilian po chwili. Wcześniejnie chciał poruszać tego tematu, minęło już jednak trochę czasu, a topytanie nie dawało mu spokoju.
- Leciałem za tobą, odkąd opuściłeś dom - odparł ptak. - Wy, sokoliwojownicy, macie w nas sprzymierzeńców.
- Nie jestem wojownikiem - roześmiał się Kilian.
- Masz duszę wojownika. To wystarczy - odrzekł sokół.
- A kruk?
- Podążał moim śladem od samego początku. Jest bardzo przebiegły, jestteż duży i silny.
- Silniejszy od ciebie?
- Tak. Ale nie odważyłby się mnie zaczepiać w otwartej przestrzeni.Popełniłem błąd, gdy wleciałem między drzewa. W lesie nie mam szans w walce z przeciwnikiem takim jak kruk.
- Dlaczego cię śledził?
- Nie chciał, żebym ci pomagał.
- Ale dlaczego?
- Jesteś Sokołem, a wszystkie sokoły muszą strzec się kruków, pamiętaj.Szczególnie na nieznanym sobie terenie.
- Myślisz, że i na mnie czyha jakiś kruk? - Kilian się uśmiechnął.
- Możliwe - odparł ptak poważnie.
- Jak go rozpoznam? - szepnął chłopak, patrząc w ogień. Spopielałedrewno rozpadało się na prostokątne cząstki, opadając z cichym, jakbyszklanym podzwanianiem.
Nie słysząc odpowiedzi, podniósł wzrok, ale sokoła nie było.
Było piękne letnie popołudnie. Wiał silny, ciepły wiatr. Drzewa szumiałygłośno, trawy falowały, dojrzewało zboże, a rzeka płynęła równo,marszcząc się na powierzchni jak jedwab. Na jasnym, rozsłonecznionymniebie ciągnęły się długie szeregi obłoczków, puszystych od góry i zupełnie płaskich od dołu. Jaskółki zataczały wysoko radosne kręgi, a wróble ćwierkały w przydrożnych krzakach.
Kilian szedł sam - sokół opuścił go poprzedniego wieczoru i do tej porynie wrócił, ale zdarzało się tak już nieraz. Gwałtowne podmuchyrozwiewały gęstą czuprynę chłopaka, a szerokie rękawy jego koszuliłopotały jak żagle.
Wszedł na łagodny pagórek i rozejrzał się. Wąska piaszczysta drogawiodła obok pastwiska i uprawnego poletka prosto do niedużegogospodarstwa, otoczonego jabłoniami. Pomiędzy liśćmi rumieniły siępierwsze dojrzewające owoce. Chłopak ruszył w tamtą stronę, licząc nato, że może znajdzie tu jakieś zajęcie, za które dostanie zapłatę -najchętniej w postaci solidnego posiłku, bo od wczorajszego wieczoru niemiał w ustach nic oprócz malin i ziaren żyta wytrząsanych prosto z kłosa.
Bielona chałupa kryta była strzechą i miała kolorowe okiennice malowanew kwiaty. Pod oknami piął się pachnący groszek, a przy wejściu kwitłapolna róża. W obejściu panował porządek, choć bystre oko zauważyłoby odrazu, że przydałoby się tu poprawić to i owo. Wszędzie dokoła rosłyjabłonie. Pośrodku słonecznego podwórka stała studnia, a dalej ciągnęłysię starannie utrzymane grządki warzywne, otoczone smukłymi malwami i słonecznikami o ciężkich głowach.
W cieniu przed chałupą na zbitej z pniaków ławce siedziała staruszka, a u jej stóp, na niskim zydelku - dziewczyna. Dziewczyna ślicznym głosemnuciła jakąś tęskną melodię i pomagała staruszce zwijać wełnę w motek. W pewnej chwili podniosła głowę i zauważywszy zbliżającego się przybysza,powiedziała coś do staruszki. Obie wlepiły w niego oczy.
- Piękny dziś dzień! - zagaił Kilian, podchodząc bliżej.
- Ano, piękny - przytaknęła pogodnie staruszka, ciekawie spoglądając nachłopaka. Była okrągła i rumiana, oczy jej się uśmiechały, siwe włosyukryte miała pod kolorową chustką. Dziewczynie przyjrzał się chłopakkrócej, ale z większą uwagą. Była bardzo ładna, włosy, czarne jakjaskółcze skrzydło, ciasno splotła w dwa lśniące warkocze; miała teżbardzo, bardzo jasne oczy, tak jasne, że nawet trudno je było nazwaćniebieskimi. Widział je tylko przez mgnienie, bo dziewczyna zarazspuściła wzrok i udała, że usiłuje rozplątać jakiś supełek. Ubrana byław prostą lnianą sukienkę, ozdobioną przy rękawach delikatnym kwiatowymhaftem.
- Wędruję przed siebie - powiedział Kilian. - Idę z daleka i jeszczedługa droga przede mną. Czy mógłbym zostać u was na noc? Odpłacę siępięknie za przysługę, pomogę w obejściu, jeśli trzeba.
- O, robota się znajdzie - ucieszyła się staruszka. - Zjesz, prześpiszsię, a z rana Łucja ci powie, co trzeba naprawić. Od dawna brakuje tumęskiej ręki, wiele rzeczy zniszczało, gospodarstwo podupada.
Dziewczyna lekko się zgarbiła, jakby coś ją nagle zasmuciło.
Podniosła wzrok, a widząc ciekawość na twarzy Kiliana, wyjaśniła:
- Mój ojciec nie wrócił z wojny. Czekamy już tak długo, że straciłamnadzieję. Ledwie go pamiętam. Wszyscy już wrócili, a on nie.
Chłopak otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- I mój ojciec nie wrócił! Dlatego wyruszyłem w świat: chcę go odnaleźći przyprowadzić do domu! Albo przynajmniej dowiedzieć się, co się z nimstało - dodał.
Na jasne policzki dziewczyny wypłynął rumieniec.
- Jak nazywa się twój ojciec?
- Gedeon z Gór.
Łucja wydała cichy okrzyk, poderwała się z zydelka i spojrzała na babkę,która, zaskoczona, uniosła brwi.
- Nie może być! To dowódca mojego ojca!
Kilian się uśmiechnął. Dziewczyna wydała mu się tak miła - raźniej musię zrobiło, kiedy usłyszał, że łączy ich podobne zmartwienie; jakoś odrazu wydało się ono nieco mniejsze.
- A twój ojciec?
- Wit. Ma na imię Wit.
- W takim razie postaram się odnaleźć i jego - obiecał.
Łucja spojrzała na niego z przejęciem.
- Bardzo bym chciała, żeby wrócił - powiedziała cicho.
Chłopak się uśmiechnął.
- Wiem.
Wiatr dmuchnął ciepłym powiewem przez podwórze, a jabłonki, jedna podrugiej, zaszeleściły liśćmi, jakby ktoś przesunął po nich dłonią.
Kilian był pracowity, chętny do pomocy i zręczny, więc nazajutrz od razuzabrał się do roboty. Załatał dach, naprawił płot, wymienił stłuczonąszybkę w oknie, po czym wziął się do koszenia łąki, co zajęło mu dwadni. Łucja towarzyszyła mu w niektórych zajęciach, a on coraz bardziejlubił z nią przebywać. Dlatego też jego pobyt przeciągnął się znacznieponad to, co pierwotnie zamierzał - Kilian celowo wyszukiwał sobiedodatkowe prace w obejściu, żeby tylko móc zostać jeszcze trochę dłużej;ale też roboty było tam sporo, więc babka przychylnie i z wdzięcznościąpatrzyła na chłopaka i cieszyła się, że ktoś przyszedł im z pomocą.
Łucja, niemal równa wiekiem Kilianowi, była łagodna, spokojna - i zagadkowa. Rzadko się odzywała, wiele za to mówiło zawsze jejspojrzenie. Jasne oczy dziewczyny były jakby szczególnym zwierciadłem, w którym każda jej myśl stawała się natychmiast widoczna i czytelna.
Popołudniami Kilian często siadał obok niej, kiedy tkała, przędła albozajmowała się innymi domowymi pracami. Zmęczony ciężką robotą wokółobejścia przyglądał się, jak dziewczyna krząta się po domu albo posadzie, pogodna, zwinna i milcząca.
Opowiadał jej często o górach, o swojej wędrówce, nawet o mówiącymsokole - i o tym, jak bardzo chciałby przyprowadzić ojca do domu.Dziwiła się jego niezwykłym opowieściom, słuchała ich ze śmiechem albopoważnie, zawsze jednak z uwagą i zaciekawieniem.
- Odkąd pamiętam, czekałem na ojca - powiedział do niej pewnegopopołudnia, kiedy za oknem siąpił letni deszczyk, a cała izba pachniałaświeżym chlebem. Łucja siedziała na ławie pod oknem, a on - na stołkuobok. Babka dziergała coś w kątku obok pieca. Słychać było uderzeniadrobnych kropel o okienne szybki i gałązkę róży, obijającą się o okno zakażdym razem, kiedy powiał wiatr. - Ale teraz czasami wątpię, czysłusznie postępuję.
Łucja spojrzała na niego pytająco.
- Matka została sama. Nie wiem, czy znajdę ojca, a jeśli tak, czy mnie w ogóle pozna. Może nie będzie zadowolony, że do niego przyjechałem.
- Jakżeby miał być niezadowolony? - zdziwiła się cicho Łucja. - I on napewno tęskni za wami.
Kilian westchnął.
- Kto to wie. Niepokoi mnie, dlaczego ani razu nie dał znać, że żyje, żewróci... Co to może oznaczać?
- Może nie miał sposobności, nie chciał was narażać na niebezpieczeństwoalbo przysparzać wam smutku.
- Brak znaku to jest przecież największy smutek. - Milczeli przezchwilę. - Czy twój ojciec przesłał wam jakąś wiadomość?
- Trzy lata temu, kiedy wojna się skończyła, przyjechał posłaniec.Mówił, że ojciec ma się dobrze, ale dostał zadanie i wróci do domu z opóźnieniem.
Kilian podniósł wzrok.
- Więc może i mój ojciec miał to samo zadanie. Ale opóźnienie przeciągasię ponad miarę.
Łucja pokiwała głową.
- Wiesz, czego się boję najbardziej? - spytał cicho.
Dziewczyna spojrzała na niego jasnymi oczami.
- Boję się, że nie będzie chciał wrócić.
Łucja nie odpowiedziała, ale chłopak widział, że doskonale rozumie, coon czuje. To dodało mu otuchy.
Dni mijały, lato upływało powoli, aż wreszcie pewnego wieczoru, kiedyKilian siedział sam przed chałupą, niespodziewanie sokół sfrunął z góryi przysiadł przed nim na brzegu studni. Spojrzał na chłopaka bacznie, a lekki wiatr poruszył jego jedwabistymi piórami.
- Czas ruszać w drogę, Kilianie - odezwał się.
Chłopak milczał. W oddali zamuczała krowa, po którą Łucja właśnie wyszłana pastwisko. Jakiś ptak śpiewał zawiłą piosenkę. Widać było, jak huśtasię na wiotkiej gałązce tuż nad powierzchnią rzeki. Wieczorne słońcemigotało na płynącej wodzie, rzucając z dołu ruchliwe błyski na okrągłeleszczynowe liście. Krzew wyglądał dzięki temu, jakby cały poruszał sięw delikatnym tańcu.
Wreszcie Kilian westchnął i powiedział:
- Masz słuszność. Dobrze mi tutaj, ale opuściłem dom po to, by odnaleźćojca.
- Zatem wyruszamy jutro rano - zarządził sokół. - Latałem daleko,sprawdziłem drogę. O parę dni marszu stąd leży miasto. Może tam sięczegoś dowiesz. W miastach jest dużo ludzi, więc i dużo wiadomości.
- Miasto - powtórzył Kilian. - Nigdy w żadnym nie byłem - dodał z cieniem obawy w głosie.
- Wkrótce będziesz. - Sokół mrugnął czarnymi oczami. - Powiedzwszystkim, że wyruszasz w dalszą drogę. Spotkamy się o świcie.
Po tych słowach rozpostarł stalowoszare skrzydła i odleciał, by pochwili zniknąć wysoko na niebie.
Chłopak nie ruszył się z miejsca, rozmyślając o swoim odejściu. Dziśprzy wieczerzy powie babce. Ale najpierw znajdzie Łucję. Czuł, że z niąpowinien pożegnać się najpierw.
Poszedł wąską ścieżynką wydeptaną w pachnących, wysokich trawach. Słońceprawie już zaszło. Pojedyncze drobne chmurki, jak topolowy puch, leżałynieruchomo na niebie, pomarańczowe i złote. Rzeka też była złota i różowa, żaby rechotały głośno w okolicznych bagienkach.
Zobaczył Łucję w połowie drogi - ostatnie promienie słońca oświetlały jącałą na złotopomarańczowo. Wielkie drzewa za nią stały nieruchomo w wieczornej ciszy. Kilian westchnął.
Łucja na jego widok uśmiechnęła się miło, ale zaraz spoważniała. Kilianpodszedł do niej i dalej szli już razem zarośniętą ścieżką w stronęzagrody. W jej srebrzystych oczach chłopak wyczytał, że dziewczyna wie,dlaczego wyszedł jej na spotkanie. Nie była zdziwiona, tylko odrobinasmutku zasnuła jej spojrzenie.
- Tak - powiedział, nie czekając, aż spyta. - Jutro ruszam dalej.Chciałem, żebyś wiedziała o tym pierwsza.
Zatrzymali się na chwilę. W ciepłym świetle widać było mnóstwo maleńkichowadów, unoszących się nad łąką. Prześwietlone pióropusze traw stałyniemal bez ruchu, słychać było głośne granie świerszczy i dalekiewołanie kukułki. Pachniały rumianki, a od strony domu doleciał lekkizapach kwitnących lip.
- Wrócisz jeszcze kiedyś do nas, Kilianie? - spytała Łucja cicho,zmienionym głosem.
Patrzyła nieco w bok, jakby bała się spojrzeć mu w oczy. Poczuł, żerumieniec wypływa mu na twarz.
- Oczywiście, że wrócę - odparł, ale głos miał trochę ochrypły zewzruszenia, które przybłąkało się nie wiadomo skąd. - Kiedy tylko będęmógł.
Pokiwała głową i uśmiechnęła się leciutko, jakby z ulgą.
Bez słowa ruszyli dalej. Jeszcze tylko Kilian schylił się, by zerwaćliliowy dzwonek polny, i wetknął go Łucji we włosy.