Rozdział 1
Shiv
Niesiony prądem trup obraca się. W miejscu, gdzie Ganges przecina pięć
betonowych pasm nowego mostu, na podporach osadzają się tratwy z rzecznych śmieci, girlandy gałęzi i plastiku. Ciemna bryła ciała w czarnym nurcie wygląda przez chwilę tak, jakby miała do nich dołączyć.
Łagodny prąd pociąga je jednak, obraca i przeprowadza nogami do przodu,
pod łukiem stali i ruchu ulicznego. Z podniebnych przęseł dobiega ryk
ciężarówek. Lśniące chromem, wymalowane w pstrokatych bogów, dniem i nocą szturmują miasto przez most, grzmiąc muzyką z głośników na dachach.
Płytka woda drga.
Shiv, po kolana w rzece, zaciąga się głęboko papierosem. Święta Ganga.
Osiągnąłeś mokśię. Wyrwałeś się z ćakry. Wianki aksamitek owijają mu się
wokół mokrych nogawek. Obserwuje trupa, aż zniknie mu z oczu, potem
łukiem czerwonych iskier ciska papierosa w noc i chlupiąc, idzie z powrotem, tam gdzie po osie w wodzie stoi jego merol. Siada na skórzanym
tylnym siedzeniu, a chłopak podaje mu buty. Porządne buty. Porządne
włoskie skarpetki, nie jakieś bharackie gówno. Za dobre, żeby je
marnować na muł i szlam Matki Gangi. Chłopak zapuszcza silnik; muśnięte
światłem reflektorów cienkie jak drut sylwetki rozpierzchają się po
białym piasku. Jebane dzieciaki. Wszystko dojrzą.
Wielki merol pnie się znad rzeki, przez spękane błoto na biały piasek.
Shiv nigdy dotąd nie widział tak niskiej wody. Te gadki o Ganga devi,
rzece-bogini nigdy specjalnie doń nie przemawiały - bajki w sam raz dla
kobiet, a radźa swoje wie, albo co z niego za radźa - ale widząc, jaka
jest płytka, jaka słaba, czuje się nieswojo, jakby patrzył na broczącą
krwią ranę w ramieniu starego przyjaciela, ranę, której nie da się
wyleczyć. Pod pękatymi oponami chrupią kości. Merol rozrzuca dzieciakom
resztki ogniska, potem chłopak, Yogendra, włącza napęd na cztery koła i wiezie ich prosto pod górę, wygryzając dwie bruzdy w połaci aksamitek.
Pięć pór deszczowych temu sam był takim nadrzecznym dzieciakiem,
siedział przy takim kopcącym ogieńku, grzebał w piasku, szukając w szlamie szmat i innych skarbów. I skończy też tutaj. Jak wszyscy. Rzeka
wszystko uniesie. Błoto i czaszki.
Wiry niosą ciało, chwytając zwoje jedwabnego sari i powoli je
rozwijając. Gdy podpływa do niskiego mostu pontonowego pod zrujnowanym
fortem w Ramnagarze, trup wykonuje ostatni obrót i uwalnia się. Wąż
jedwabiu wije się przed nim, zahacza o obły nos pontonu i spływa wzdłuż
obu jego boków. Ten most zbudowali angielscy saperzy, w państwie przed
państwem przed tym państwem; pięćdziesiąt pontonów połączonych wąską
stalową belką. Tędy idzie lżejszy ruch - fatfaty, motorowery, motocykle,
rowerowe riksze, od czasu do czasu lawirujące między rowerami maruti, z nieustannie roztrąbionym klaksonem; oraz piesi. Most pontonowy to jedna
wstęga dźwięku, nieskończona taśma magnetyczna brzmiąca echem kół i stóp. Nagie zwłoki kobiety dryfują parę centymetrów pod autorikszami.
Za Ramnagarem prawy brzeg rozpościera się szeroko i piaszczyście. Tutaj
nadzy sadhu wznoszą swe obozowiska z łozy i bambusa i ćwiczą się w zapamiętałej ascezie zanim o świcie popłyną do świętego miasta. Za ich
ogniskami strzelają w niebo potężne gazowe pochodnie wielkich przetwórni
należących do międzynarodowych korporacji, podświetlając lśniące
grzbiety bawołów zbijających się w gromadkę w wodzie obok rozpadającego
się Asi Ghatu, pierwszego ze świętych ghatów Varanasi. Na rzece migocą
płomyki - paru pielgrzymów i turystów puściło już na wodę dije w małych
spodeczkach z liści mango. Będzie ich przybywać, kilometr za kilometrem,
ghat za ghatem, aż Ganges zmieni się w konstelację prądów i wstęg
światła, kreśląc wzory, w których mędrcy dostrzegą zwiastuny, wróżby i przyszłość narodów. Oświetlają płynącą dalej kobietę. Ukazują jej
przeciętną twarz, twarz z tłumu, twarz, której nikomu nie zabraknie,
jeśli w ogóle wśród jedenastu milionów mieszkańców miasta jakakolwiek
twarz mogłaby być niezastąpiona. Jest pięć kategorii ludzi, których
rzuca się rzece, bo nie wolno kremować ich na ghatach: trędowaci,
dzieci, kobiety ciężarne, bramini i ukąszeni przez kobrę królewską. Jej
bindi mówi, że nie należy do żadnej z tych kast. Niepostrzeżenie
prześlizguje się między tłumem łodzi z turystami. Białe dłonie są
delikatne, nienawykłe do pracy.
Na ghacie Manikarnika płoną stosy. Żałobnicy znoszą bambusową lektykę
nad samą wodę, po zasłanych popiołem stopniach i spękanym błocie.
Zanurzają w rzece-odkupicielce owinięte szafranowym całunem ciało,
uważnie obmywają mu wszystkie członki. Potem niosą je na stos.
Doglądający stosów niedotykalni Domowie obkładają płócienny zwój
drewnem, a inni, stojący po pas w wodzie, przesiewają ją płaskimi
wiklinowymi koszami, odcedzając złoto z popiołów zmarłych. Każdej nocy
na ghacie, gdzie Brahma Stworzyciel złożył ofiarę z dziesięciu koni,
pięciu braminów pali arati na cześć Matki Gangi. Pobliski hotel płaci im
za to po dwadzieścia tysięcy rupii miesięcznie na głowę, ale ich
modlitwy nie tracą od tego na żarliwości. Odprawiają nad ogniem pudźię o deszcz. Ostatni monsun był trzy lata temu. Teraz bluźniercza tama
Awadhów w Kunda Khadar zamienia w proch ostatnie krople krwi w żyłach
Gangi. Ostatnio różane płatki rzucają na wodę nawet niewierzący i agnostycy.
Yogendra steruje wielkim merolem po tej drugiej rzece, nieznającej
posuchy rzece opon, poprzez ścianę dźwięku i ruchu, wieczny czakram
Varanasi - jednego wielkiego korka. Przeciskając się między fatfatami,
objeżdżając rowerowe riksze, zjeżdżając na drugą stronę drogi, aby
ominąć krowę przeżuwającą stary podkoszulek, właściwie nie zdejmuje ręki
z klaksonu. Shiv ma immunitet na wszystkie wykroczenia drogowe, z wyjątkiem przejechania krowy. Ulica zlewa się z chodnikiem: stragany,
budy z gorącym jedzeniem, kaplice, uliczne świątynki obwieszone
girlandami nagietków. "Pozwólcie naszej Rzece swobodnie płynąć!" -
obwieszcza ręcznie wypisany transparent protestujący przeciw tamie.
Banda chłopaków z call centre, idąca na łowy w najlepszych czystych
koszulach i spodniach, przecina terenówce drogę. Tłuste łapy na
lakierze, Yogendra krzyczy na tę bezczelność. Ruch uliczny staje się
coraz gęstszy i bardziej skrępowany, kobiety i pątnicy muszą przyciskać
się do ścian i drzwi, żeby przepuścić Shiva. Powietrze aż uderza do
głowy oparami alkopaliwa. To podróż monarchy, to demonstracja. Trzymając
na kolanach zroszoną od zimna metalową butlę, Shiv wjeżdża do miasta, z którym łączy go imię i dziedzictwo.
Najpierw było Kashi: pierworodne pośród miast; siostra Babilonu, Teb,
która przeżyła je oba; miasto światła, gdzie Dźjotirlinga Śiwy, boska
twórcza energia, eksplodowała z ziemi świetlnym słupem. Potem zostało
Varanasi, najświętszym z miast, dworem bogini Gangi, miastem śmierci i pątników, które przeżyło cesarstwa i królestwa, Radźów i wielkie narody,
płynąc przez czas, jak jego rzeka płynie przez wielką równinę północnych
Indii. Za nim wyrosło Nowe Varanasi; globalne dolary wlewające się w indyjską studnię siły roboczej bez dna wypiętrzyły wały i fortece nowych
osiedli, pnące się za pałacami szklane iglice siedzib wielkich
korporacji oraz wąskie, splątane ulice. Potem nastąpiło nowe państwo i Nowe Varanasi znów stało się legendarnym Kashi; pępkiem świata
odrodzonym jako najnowsza Ginza południowej Azji, tylko że towarem są tu
ciała. To miasto schizofrenii. Na zatłoczonych ulicach pielgrzymi
potrącają japońskich seksturystów. Między klatkami nastoletnich
prostytutek żałobnicy niosą na ramionach zmarłych. Zasymilowani,
szczupli goście z Zachodu, z brodami i koralikami, oferują masaż głowy,
podczas gdy dziewczyny ze wsi zapisują się do agencji matrymonialnych i uważnie przeglądają linię z rocznym dochodem w bazach danych desperatów.
Hello, hello, skąd jesteś? Gandzia Nepali kadzidełka? Chce młodą
dziewczynę, bara bara? Zobaczyć jak kobieta wkłada sobie amerykańską
piłkę do football? Dziesięć dolarów. Zrobi ci tak wielki fiut, że będzie
straszył ludzi. Karty, horoskopy, hora czakra, tłuste czerwone tilaki
odciskane na czołach turystów. Nieletni guru. Ciuchy! Moda! Sportowe
podróbki, lewe oprogramowanie, kopie pakietów wielkich firm, produkcje
filmowe z ostatniego miesiąca, zdubbingowane przez jednego faceta,
jednym głosem, w sypialni twojej kuzynki, palmery i lighthoeki z podejrzanych fabryczek, wątpliwe dżin i whisky pędzone w starych
garbarniach (najbardziej szacowna marka, John E. Walker). Odkąd zepsuł
się monsun, zepsuła się także woda; na butelki, na szklaneczki, na
łyczki, ze zbiorników, cystern, opakowanych w folię palet, plastikowych
butelek, plecaków i worków z koźlej skóry. Ci Banglowie i ich góra
lodowa; myślisz, że z tego spadnie nam w Bharacie choćby jedna kropla?
Kupuj, pij.
Mijając rozpłomieniony ghat i świątynię Śiwy, powoli, tektonicznie
przewracającą się w varanaski muł, rzeka skręca nieco na wschód. Trzeci
zestaw filarów mostu tnie wodę na kocie języczki. Falują światła,
światła ekspresowego śatabdi pędzącego przez rzekę na dworzec w Kashi.
Opływowy ekspres głośno postukuje na złączach, gdy zwłoki kobiety
uwalniają się spod kolejowego mostu na otwartą wodę.
Za Kashi i New Varanasi jest jeszcze trzecie Varanasi. Na planach i w materiałach prasowych architektów i ich firm PR-owskich nazywa się "New
Sarnath", wykorzystując prestiż starodawnego buddyjskiego miasta.
Wszyscy inni mówią "Ranapur"; na wpół zbudowana stolica świeżo
opierzonego rodu polityków. Jak zwał, tak zwał, jest to największy plac
budowy w całej Azji. Światła nigdy nie gasną, nigdy nie ustaje praca.
Hałas jest ogłuszający. Pracuje tu sto tysięcy ludzi, od ćowkidarów po
inżynierów budowlanych. Przepiękne i śmiałe wieżowce wyrastają z bambusowych kokonów rusztowań, buldożery rzeźbią szerokie bulwary i aleje ocieniane zmodyfikowanymi genetycznie drzewami asioka. Nowe
państwa domagają się nowych stolic, Ranapur będzie zatem wizytówką
kultury, przemysłu i wizjonerstwa Bharatu. Centrum Kulturalne Sajidy
Rany. Centrum konferencyjne Rajiva Rany. Wieża telekomunikacyjna Ashoka
Rany. Ministerstwa i administracja państwowa, ambasady, konsulaty, inne
rządowe rekwizyty. Ranowie uczynią z Varanasi to, co Brytyjczycy z Delhi. Tak mówi się w budynku w sercu tego wszystkiego, Bharad Sabha,
kwiecie lotosu z białego marmuru, gdzie mieści się Parlament Bharatu i urząd Sajidy Rany, pani premier.
Reflektory budów odbijają się od płynącego rzeką kształtu. Nowe ghaty
mogą sobie być z marmuru, ale rzeczne dzieciaki to stuprocentowe
Varanasi. Zadarte głowy. Coś tam jest. Coś jasnego, błyszczącego.
Hartowane kiepy. Dzieciaki rzucają się w wodę. Brodzą, zanurzone po uda
po płytkiej, ciepłej jak krew wodzie, nawołując się gwizdami. Coś jest.
Trup. Trup kobiety. Nagi trup kobiety. W Varanasi to nic szczególnego,
ani nowego, niemniej chłopcy i tak wyciągają ją na brzeg. Może da się z niej odzyskać jeszcze jakąś ostatnią wartościową rzecz. Biżuterię. Złote
zęby. Protezy stawów biodrowych. W promieniach budowlanych reflektorów
chłopcy wywlekają zdobycz za ramiona na brudny piasek. Na szyi błyska
coś srebrnego. Chciwe dłonie łapią łańcuszek z triśulą, trójzębem
wyznawców Pana Śiwy. I nagle dzieciaki uciekają z cichym krzykiem.
Kobieta jest rozcięta od mostka po łono. W świetle z budowy połyskuje
splątana masa jelit. Dwa krótkie cięcia czysto pozbawiły ją jajników.
Shiv w swoim szybkim, niemieckim samochodzie tuli do siebie omszoną
kondensacją srebrną butlę, podczas gdy Yogendra przeciska go przez
korek.
Rozdział 2
Pan Nandha
Pan Nandha, gliniarz, Pies Kryszny podróżuje dziś rano pociągiem, w wagonie pierwszej klasy. Pan Nandha jest w wagonie pierwszej klasy
jedynym pasażerem. Pociąg to elektryczny ekspres, śatabdi, firmy Bharat
Rail: mknie trzysta pięćdziesiąt na godzinę specjalnie zbudowaną szybką
linią, przechylając się na łagodnych zakrętach. Wioski drogi pola
miasteczka świątynie uciekają rozmazane w tył, spowite sięgającą tylko
do kolan poranną mgiełką. Pan Nandha w ogóle ich nie widzi. Za
przyciemnionym oknem skupia się na wirtualnych stronicach "Bharat
Timesa". Artykuły i reportaże wideo unoszą się nad stołem, gdy jego
lighthoek pompuje mu dane bezpośrednio do kory wzrokowej. W ośrodkach
słuchowych: Nieszpory najświętszej Maryi Panny Monteverdiego,
wykonywane przez wenecką Cameratę i Chór św. Marka.
Pan Nandha bardzo lubi włoską muzykę renesansową. Pan Nandha jest
głęboko zafascynowany muzyką europejskiej tradycji humanistycznej. Pan
Nandha sam uważa się za człowieka renesansu. Może więc czytać sobie
informacje o wodzie, albo i wojnie, o demonstracjach pod figurą
Hanumana, o projekcie budowy stacji metra pod rondem Sarkhand,
skandalach, plotkach i sporcie, lecz część jego kory wzrokowej, do
jakiej lighthoek nigdy nie dotrze, wyobraża sobie piazze i kampanile
siedemnastowiecznej Cremony.
Pan Nandha nigdy tam nie był. Nigdy nie zwiedzał Włoch. Jego wyobrażenia
to malownicze obrazy z kanału History Planet, skrzyżowane z własnymi
wspomnieniami z Varanasi, miasta jego narodzin, i Cambridge, miasta,
gdzie na nowo narodził się intelektualnie.
Pociąg mija w pędzie wiejską cegielnię; dym z pieców ściele się nad
mgłą. Stosy cegieł przypominają ruiny nienarodzonej cywilizacji. Stoją
tam dzieciaki i gapią się, machając dłońmi, oszołomione szybkością.
Kiedy pociąg przejedzie, wlezą na tory i zaczną szukać wetkniętych w złącza szyn jednopaisowych monet. Ekspres rozsmarowuje je cieniutko po
szynie. Można coś za nie kupić, ale nic cenniejszego niż oglądanie, jak
stają się kleksem na drodze śatabdiego.
Wzdłuż wagonu idzie kołyszącym się krokiem ćaj-wallah.
- Sahib?
Pan Nandha wręcza mu dyndającą na sznureczku torebkę. Herbaciarz kłania
się, bierze ją, udrapowuje na plastikowym kubku i nalewa wrzątku z trzymanego na głowie naczynia. Pan Nandha cierpi na ciężką drożdżycę.
Herbatka jest ajurwedyjska, przygotowana na receptę. Pan Nandha unika
także zbóż, owoców, produktów sfermentowanych, w tym alkoholu, wielu
produktów sojowych oraz wszystkich mlecznych.
Telefon zadzwonił o czwartej nad ranem, kiedy pan Nandha dopiero co
zasnął po przyjemnym seksie ze swoją piękną żoną. Próbował jej nie
przeszkadzać, ale ona nigdy nie może spać, kiedy on się budzi, więc
wstała i przygotowała mu Torbę Delegacyjną, której zawartość
dhobi-wallah utrzymywał w porządku - świeżą i poskładaną. Odprowadziła
go do samochodu Ministerstwa. Samochód ominął plac przed dworcem,
zatłoczony fatfatami i rikszami czekającymi na sypialny z Agry, i podwiózł go przez bocznice rozrządowe prosto na peron, gdzie czekał już
długi, opływowy, elektryczny pociąg. Funkcjonariusz Bharat Rail
zaprowadził go do zarezerwowanego miejsca w zarezerwowanym wagonie.
Trzydzieści sekund później pociąg ulotnił się z dworca Kashi. Całe
trzysta metrów wagonów zatrzymano dla Psa Kryszny.
Pan Nandha wspomina seks z żoną i dzwoni do niej z palmera. Pojawia się
w jego korze wzrokowej. Nie dziwi się, widząc ją na dachu. Odkąd zaczęły
się prace nad ogrodem, Parvati spędza na dachu apartamentowca coraz
więcej czasu. Za betoniarką, stertami bloczków i workami z kompostem pan
Nandha widzi poranne światła w oknach czynszówek, nachylających się
mocno do siebie nad wąskimi ulicami. Zbiorniki z wodą, panele słoneczne,
anteny satelitarne i rzędy doniczek z geranium odcinają się konturem na
tle bezbarwnego, mglistego nieba. Parvati odgarnia za ucho pasemko
włosów i mruży oczy do bindi kamerki.
- Wszystko w porządku?
- Jak najbardziej. Za dziesięć minut będę na miejscu. Po prostu chciałem
do ciebie zadzwonić.
Uśmiecha się. Panu Nandzie topnieje serce.
- Dziękuję, miło, że o mnie pomyślałeś. Obawiasz się tego zadania?
- Nie, to rutynowa ekskomunika. Chcemy ją dopaść, zanim wybuchnie
panika.
Parvati kiwa głową, wciągając dolną wargę, jak to ma w zwyczaju, kiedy
myśli.
- A ty co będziesz dzisiaj robić?
- O - mówi, odwracając się ku ogrodowi. - Przyszedł mi do głowy taki
pomysł. Nie złość się na mnie, proszę, ale pomyślałam, że nie potrzeba
nam tylu krzaków. Chciałabym posadzić trochę warzyw. Parę rzędów
fasolek, trochę pomidorków i papryki - dają świetną osłonę - może nawet
trochę ketmii i bakłażanów? I zioła. Bardzo chcę hodować zioła, asant,
kolendrę, słodką bazylię.
Pan Nandha uśmiecha się w swoim zarezerwowanym fotelu pierwszej klasy.
- Moja prawdziwa miejska ogrodniczka.
- Ależ nic, czego mógłbyś się wstydzić. Tylko parę grządek, zanim
przeniesiemy się do Cantonmentu, do bungalowu. Mogłabym ci hodować
warzywa na twoje sałatki. Oszczędzilibyśmy trochę, przywożą je z Europy,
z Australii, widziałam nalepki. Zgadzasz się?
- Co tylko zechcesz, kwiatuszku.
Parvati klaszcze w dłonie z radości.
- No to dobrze. Może to trochę bezczelne z mojej strony, ale już
umówiłam się z Krishanem do dostawcy nasion.
Pan Nandha często powątpiewa, czy dobrze zrobił, sprowadzając swoją
ukochaną żonę do varanaskiego krwiożerczego towarzystwa, wiejską
dziewczynę między kobry. Socjety z Cantonmentu - jego koledzy z pracy,
osoby równe mu rangą - napawa go obrzydzeniem. Szepty, spojrzenia,
plotki, zawsze słodziutkie i ugrzecznione, ale ciągle ważą, mierzą i oceniają. Cnota i występek w najdelikatniejszej z równowag. Dla facetów
sprawa jest prosta. Ożeń się najlepiej, jak dasz radę - o ile dasz radę.
Pan Nandha ożenił się w ramach swojej dźati - bardziej niż Arora, jego
przełożony w Ministerstwie, bardziej niż większość rówieśników. Porządne
małżeństwo Kayastha-Kayastha, ale tu, w nowym Ranapurze, te rygory
wydają się już bez znaczenia. Widziałeś tę żonę Nandhy? Co za akcent,
posłuchaj. W ogóle nie umie mówić. Ani słowa. Nie ma nic do powiedzenia.
Otwiera gębę i wylatują muchy. Kompletna wioska. Mówię ci. Dalej włazi
nogami na deskę klozetową i kuca.
Pan Nandha stwierdza, że pięści ma zaciśnięte z wściekłości na samą myśl
o wplątaniu Parvati w te okropne gierki: mój mąż to, moje dzieci tamto,
mój dom owamto. Ona wcale nie potrzebuje bungalowu w Cantonmencie, dwóch
aut, pięciorga służących i dziecka od znanego projektanta. Sprawdziła,
jak każda nowoczesna żona, jego kwestie finansowe i badania genetyczne,
jednak ich związek zawsze opierał się na szacunku i miłości; nie był
rozpaczliwym skokiem po pierwszy towar na darwinowskim rynku
matrymonialnym Varanasi. Kiedyś z kobietą dawali posag. To mężczyzna był
wartością, bogactwem. Na tym właśnie polega problem. Teraz, po ćwierć
wieku selekcji zarodków, dyskretnych podmiejskich klinik i staroświeckich, tradycyjnych w Kashi, zabiegów na schodach, w samochodzie, w powietrzu, w miejskiej klasie średniej Bharatu jest
czterokrotnie więcej mężczyzn niż kobiet.
Pan Nandha czuje delikatną zmianę przyspieszenia. Pociąg zwalnia.
- Muszę kończyć, kochanie, dojeżdżamy do Nawady.
- Ale nic ci nie grozi, skarbie, prawda? - pyta Parvati. Spogląda z obawą w kamerę.
- Nic a nic, skarbie. Robiłem to sto razy.
- Kocham cię, mężu.
- Kocham cię, mój skarbie.
Żona pana Nandhy znika mu z głowy. Zrobię to dla ciebie, myśli, gdy
pociąg dowozi go na miejsce decydującej rozgrywki. Zabijając to, będę
myśleć o tobie.
Przystojna kobieta-dźemadar miejscowej Obrony Cywilnej wita pana Nandhę
eleganckim salutem z peronu. Dwuszereg dźawanów powstrzymuje swoimi
lathi tłum gapiów. Gdy konwój wyjeżdża na ulicę, eskorta ustawia się z przodu i z tyłu.
Nawada to miasto-ulicówka, nazwa nalepiona na unię czterech gównianych
miasteczek. Potem z nieba spadła garść dotacji na rozwój, pospiesznie
zaprojektowana siatka ulic, ekspresowo zbudowane metalowe szopy z fabrykami i magazynami, wypchane farmami danych i call centrami. Spinamy
kablami i łączami satelitarnymi, podłączamy do prądu i niech nam tłuką
krory rupii. To właśnie między budami magazynów z falistego aluminium i włókna węglowego, nie w niebotycznych wieżach Ranapuru, wykuwa się
przyszłość Bharatu. Pan Nandha w ogromnym, wojskowym hummerze mija
niesieciowe sklepy i warsztaty produkujące części do samochodów. Czuje
się jak wjeżdżający do miasta płatny morderca. Z drogi zjeżdżają mu
skutery wiozące z tyłu siedzące bokiem, po damsku, wiejskie dziewczyny.
Eskorta skręca w zaułek między dwiema szopami z pianobetonu, syrenami
torując drogę hummerowi. Słup elektryczny ugina się pod ciężarem
nielegalnie podpiętych kabli. Pod ogromną, pozbawioną okien betonową
kostką siedzą w kucki kobiety, dzieląc się śniadaniowym ćajem i plackiem
roti; mężczyźni stoją z dala od nich, w najdalszym zakątku placu, i palą. Pan Nandha patrzy na wyciągnięte do błogosławieństwa ręce farmy
słonecznej Ray Power. Pozdrowienie oddane słońcu.
- Wyłączcie te syreny - poleca przystojnej dźemadarce, która nazywa się
Sen. - To coś ma inteligencję przynajmniej na poziomie zwierzęcia. Jeśli
ktoś je ostrzeże, będzie próbowało wykopiować się na zewnątrz.
Sen odkręca szybę i wykrzykuje rozkazy eskorcie. Syreny milkną.
Hummer jest jak stalowa cieplarnia. Spodnie pana Nandhy przyklejają się
do winylowego pokrowca na siedzeniu, ale jest zbyt dumny, by się
wiercić. Nasuwa hoeka na ucho, przytyka przekaźnik kostny w najlepszym
punkcie czaszki i otwiera skrzyneczkę z awatarami.
Ganeśa, Pan Pomyślnych Początków i Pogromca Przeszkód, majestatycznie
jadący na szczurze, wznosi się nad płaskimi dachami i lasami anten
Nawady, potężny jak burzowa chmura. W rękach ma swe atrybuty: bodziec,
pętlę ze sznura, złamany słoniowy kieł, ryżowy pierożek i miskę z wodą.
W wydatnym brzuchu mieści całe cyberprzestrzenne wszechświaty. On jest
portalem. Pan Nandha zna na pamięć gesty przywołujące każdy z awatarów.
Ręką przyzywa latającego hanumana z jego maczugą i górą; Śiwę
Nataradźię, Władcę Tańca, o jeden taneczny krok od zniszczenia i odrodzenia wszechświata; Durgę Ciemną, boginię słusznego gniewu, z bronią w każdej z dziesięciu rąk; Pana Krysznę z fletem i naszyjnikiem;
Kali burzycielkę opasaną w talii odciętymi rękami. W oczach umysłu pana
Nandhy agenty aeai Ministerstwa nachylają się nad maleńką Nawadą. Są
gotowe. Chętne. I głodne.
Eskorta skręca w podjazd dla ciężarówek. Rój policjantów próbuje
rozdzielić cisnących się ludzi, by przepuścić hummera. Uliczka jest
zablokowana: karetka, radiowóz policyjny, elektryczny dostawczy jeepney.
Pod przednim kołem furgonetki coś leży.
- Co się tu dzieje? - pyta pan Nandha, podchodząc z wysoko uniesioną
legitymacją Ministerstwa.
- Sir, pracownik z fabryki spanikował i wybiegł na ulicę, prosto pod
koła - odpowiada sierżant policji. - Coś krzyczał o dżinnie, że w fabryce jest dżinn i zaraz ich wszystkich dopadnie.
Wy to nazywacie "dżinnem", myśli pan Nandha, rozglądając się po okolicy.
Ja zaś "memem". Niematerialnym replikatorem, jak żarty, plotki,
zwyczaje, wierszyki dla dzieci. Umysłowe wirusy. Bogowie, demony,
dżinny, zabobony. To coś w fabryce nie jest żadną nadnaturalną istotą,
nie ma płomiennego ducha, ale z pewnością jest niematerialnym
replikatorem.
- Ilu jest tam w środku?
- Dwa trupy, sir. To była nocna zmiana. Reszta uciekła.
- Proszę oczyścić ten obszar - rozkazuje pana Nandha.
Dźemadarka Sen przekazuje rozkaz swoim dźawanom. Pan Nandha mija zwłoki
z narzuconą na twarz skórzaną kurtką oraz dygocącego kierowcę furgonetki
na tylnym siedzeniu policyjnego maruti. Lustruje miejsce. W tej
pogiętej, metalowej szopie produkuje się pastę-tikkę. Rodzina emigrantów
zarządza nią z Bradford. Nowe miejsca pracy w twojej ojczyźnie. Na tym
właśnie stoją mieściny w rodzaju Nawady. Dla pana Nandhy sama idea
pasty-tikki to obrzydlistwo, ale w tym roku kuchnia brytyjskiej
azjatyckiej diaspory to sam szczyt mody. Mruży oczy, zerkając na szafkę
telefoniczną.
- Niech ktoś przetnie ten kabel.
Gdy wiejska policja ugania się za drabiną, pan Nandha odszukuje
brygadzistę nocnej zmiany, grubego Bengalczyka skubiącego nerwowo skórki
wokół paznokci. Śmierdzi czymś, pan Nandha przypuszcza, że pastą-tikką.
- Macie tu komórkową stację bazową albo łącze satelitarne? - pyta.
- Tak tak, wewnętrzną sieć komórkową. Dla robotów. I takie cóś, co
odbija sygnały od śladów meteorów, żeby rozmawiać z Bradford.
- Pani Sen, niech ktoś z pani ludzi zajmie się anteną satelitarną. Może
jeszcze zdążymy zatrzymać wykopiowywanie.
Policji wreszcie udaje się wypchnąć mieszkańców pobliskiego slumsu na
koniec uliczki. Dźawan macha z dachu, dając znać, że gotowe.
- Proszę wyłączyć wszystkie urządzenia telekomunikacyjne - poleca pan
Nandha. Dźemadar Sen i sierżant Sunder wchodzą wraz z nim do nawiedzonej
fabryki. Poprawia swój garnitur w stylu Nehru, wyciąga mankiety koszuli
i w przysiadzie przemyka pod metalową roletą na pole bitwy. - Trzymajcie
się blisko i róbcie dokładnie to, co mówię. - Oddychając powolną
techniką pranajama, w której Ministerstwo ćwiczy swoich funkcjonariuszy,
pan Nandha dokonuje wstępnej oceny wzrokowej.
Typowy produkt dotacji na wsparcie rozwoju. Plastikowe beczki z surowcami spożywczymi po jednej stronie, główna linia produkcyjna
pośrodku, pakowanie i wysyłka po drugiej. Żadnych zabezpieczeń, ubrań
ochronnych, sprzętu do ochrony przed hałasem, klimatyzacji; jedna
łazienka dla mężczyzn, jedna dla kobiet.
Wszystko ograniczone przez księgowych do niezbędnego minimum. Minimalna
robotyzacja; w tych miastach zawsze tańsze są ludzkie ręce. Po prawej
szereg kostek z glastiku zawierających biura i sprzęt aeai. Dozowniki z wodą i wentylatory, wszystkie nieruchome. Słońce jest już wysoko. Hala
przypomina stalowy piec.
Po lewej stronie stoi wbity w ścianę wózek widłowy. Zwłoki, na wpół
wyprostowane, są ledwo widoczne między nim a ścianą z falistej blachy.
Krew, lśniąca i z rojącymi się muchami, skrzepła pomiędzy kołami.
Człowiek został nadziany na widły podnośnika, jak na bagnet. Pan Nandha
sznuruje z niesmakiem usta.
Wszędzie oczy kamer. Nic się już z tym nie da zrobić. Widzi ich.
Podczas swojej trzyletniej kariery łowcy zbiegłych aeai pan Nandha
zobaczył sporo zwłok, które powstają, kiedy ludzie i sztuczne
inteligencje wejdą sobie w drogę. Wyciąga broń. Oczy pani dźemadar się
rozszerzają. Pistolet pana Nandhy jest wielki, czarny i wygląda jak
odlany w piekle. Ma wszystkie gałki, wihajstry i bajery, jakich
potrzebuje na swojej broni Pies Kryszny, ma automatyczne celowanie i dwa
rodzaje ognia. Dolna lufa zabija mięso; rozpryskowe pociski o niskiej
prędkości. Jedno trafienie w dowolną część ciała to pewna śmierć od
urazu uderzeniowego. W końcu Dum-Dum to nazwa dzielnicy Kolkaty. Górna
lufa jest na duchy. Emituje impulsy elektromagnetyczne; zygawat mocy
zogniskowany w trzymilisekundowy kierunkowy promień. Białkowe układy
fajczą się. Kwantowe procesory lecą w Heisenberga. Nanorurki węglowe
odparowują. To broń do anihilowania zbuntowanych aeai. Sterowana
żyroskopami orientującymi się po GPS-ie i kontrolowana przez awatar
Indry, Pana Piorunów, broń pana Nandhy zawsze zabija i nigdy nie
pudłuje.
Smród pasty-tikki dotkliwie szarpie pana Nandhę na dnie. Jak to możliwe,
że ten muł, ten syf, to sam szczyt mody? Jeden z wielkich, stalowych
przemysłowych garów jest przewrócony, zawartość wylana na podłogę. Tu
leżą drugie zwłoki. Górna połowa ciała tonie w paście-tikce. Pan Nandha
czuje zapach gotowanego mięsa, zakrywa usta chusteczką. Zauważa spodnie
na kant, eleganckie buty, wyprasowaną koszulę. Czyli to będzie
informatyk. Doświadczenie pana Nandhy mówi, że aeai, jak psy, najpierw
atakują swoich panów.
Przywołuje Sen i Sundera. Wiejski policjant zachowuje się nerwowo,
natomiast pani dźemadar unosi karabin.
- To nas słyszy? - pyta, obracając się.
- Wątpię. Aeai pierwszego poziomu rzadko mają umiejętności językowe.
Mamy do czynienia z czymś o inteligencji małpy.
- I charakterem tygrysa - rzuca sierżant Sunder.
Pan Nandha wywołuje Śiwę z przestrzeni fabryki, układa dłonie w mudrę i hala ożywa, rozświetlając się systemem nerwowym łącz informacyjnych. Dla
Śiwy to moment: wejść do fabrycznego intranetu, wyśledzić serwer, mały,
nijaki sześcianik na rogu biurka i przecisnąć się przez firewall do
systemu fabryki. Katalogi i pliki rozmywają się w tyłomózgowiu pana
Nandhy. Jest. Zabezpieczone hasłem. Przywołuje Ganeśię. Pogromca
Przeszkód natychmiast znajduje kwantowy klucz. Pan Nandha się niepokoi.
Odprawia Ganeśię i posyła Krysznę. Za tą kwantową ścianą może się kryć
jakiś dżinn. Albo równie dobrze trzy tysiące zdjęć chińskich dziewczyn
kopulujących z wieprzami. Pan Nandha obawia się, że zbuntowana aeai
zdążyła się powielić. Jedna wysłana wiadomość, a wytropienie tego spod
ziemi zajmie całe tygodnie. Kryszna melduje, że log ruchu wychodzącego
jest czysty. Czyli to jest ciągle gdzieś w budynku. Pan Nandha wyłącza
bezprzewodową sieć, odłącza serwer i bierze go pod pachę. Jego ludzie w Ministerstwie dobiorą mu się do tajemnic.
Przystaje, węszy. Czyżby odór pasty-tikki stał się silniejszy i bardziej
gryzący? Pan Nandha pokasłuje, coś drapie go w gardle - palone chili.
Widzi, że Sen też węszy i marszczy czoło. Słyszy szum wielkiego
elektrycznego wyciągu.
- Uciekamy! - krzyczy i dokładnie w tym momencie łańcuchowy napęd rolety
rusza z szarpnięciem, a kadź do gotowania numer dwa eksploduje dławiącym
dymem z chili. - Szybko, szybko! - rozkazuje, wymrugując drażniące łzy,
z chusteczką przyciśniętą do ust. Razem z pozostałymi ucieka pod
opadającą roletą. Brakowało paru milimetrów. W uliczce z irytacją
otrzepuje brud z garnituru.
- Bardzo denerwujące - mówi pan Nandha. Woła do robotników od
pasty-tikki: - Ej, wy! Jest jakieś inne wejście?!
- Z boku, sahib - odpowiada nastolatek z chorobą skóry, jakiej pan
Nandha wolałby nie oglądać w pobliżu czegokolwiek spożywanego przez
ludzi.
- Nie ma czasu do stracenia! - woła, unosząc broń. - Mogło już
wykorzystać zamieszanie i uciec. Za mną.
- Ja tam nie idę - protestuje Sunder, z dłońmi na udach. Mężczyzna w średnim wieku, nabierający tłuszczu na brzuchu i biodrach, a w podręczniku procedur posterunkowego z Nawady nie ma nic na taką okazję.
- Nie jestem zabobonny, ale jeśli to nie dżinn, to ja nie wiem co.
- Dżinnów nie ma - mówi pan Nandha.
Sen idzie tuż za nim. Jej maskujący ubiór jest dokładnie koloru
pasty-tikki. Zakrywają twarze, wciskają się w duszne boczne przejście
wyściełane niedopałkami i wchodzą wyjściem przeciwpożarowym. Powietrze
dusi od dymu z chili. Pan Nandha czuje, jak wpija mu się pazurami w głąb
gardła, kiedy grzebie w awatarach, szukając najpotężniejszego z programów, Kali Burzycielki. Wpina się do fabrycznej sieci i wpuszcza ją
do systemu. Przejdzie przez strony www, sieci przewodowe i bezprzewodowe, wkopiuje się do każdej stacjonarnej i przenośnej
jednostki komputerowej. Oznaczy, wyśledzi i wykasuje wszystko, co jest
pozbawione licencji. Kiedy Kali skończy, z Pasta-Tikka, Inc. zostaną
tylko strzępy. Właśnie dlatego pan Nandha odizolował fabrykę. Wpuszczona
do globalnej sieci Kali w sekundę narobiłaby na całym kontynencie szkód
na krory rupii. Nie ma lepszego psa na aeai niż inna aeai. Zdarzało się,
że sam zapach Kali, mangusty w pogoni za wężem, wystarczał, by wypłoszyć
aeai z kryjówki.
W pełnej rozdzielczości lighthoeka Kali wygląda niesamowicie - opasana
odciętymi rękami, krzywe szable uniesione, wysunięty język i wybałuszone
oczy. Wznosi się nad powoli osiadającą chmurą dymu z chili, a wokół niej
jedna po drugiej gasną konstelacje danych. Tak pewnie wygląda śmierć,
myśli pan Nandha. Delikatna niebieska poświata przepływu informacji
migoce i gaśnie punkt za punktem. Impulsy nerwowe zawodzą jedne po
drugich, bodźce zmysłowe słabną, świadomość się rozpada.
Spłoszona milknącymi wokół maszynami Sen przybliża się do pana Nandhy.
Działają tu siły i istoty, których nie rozumie. Kiedy przez pełną minutę
już nic się nie rusza ani nie gaśnie, Sen pyta:
- Myślisz, że wszystkie zdechły?
Pan Nandha sprawdza raport od Kali.
- Usunąłem dwieście podejrzanych plików i programów. Jeśli choć jeden
procent z tego to kopie aeai... - Ale jego zmysły drażni coś więcej niż
tylko chili w gardle.
- Czemu one to robią? Czemu znienacka dostają wścieklizny? - pyta Sen.
- Zawsze odkrywałem, że u źródeł problemu z komputerem leży ludzka
ułomność - mówi pan Nandha, obracając się powoli, próbując ustalić, co
wzbudziło jego podejrzenie. - Podejrzewam, że nasz przyjaciel kupował od
sundarbanów nielegalne, hybrydowe aeai. Z mojego doświadczenia wynika,
że z przechowalni danych nigdy nie wyszło nic dobrego.
Sen ma kolejne pytanie, ale pan Nandha ucisza ją gestem. Słyszy ruch,
bardzo daleki, bardzo słabiutki. Kali pozostawiła z fabrycznego softu
akurat tyle, żeby Śiwa mógł się podłączyć do systemów monitoringu. W kamerach nie ma nic, tak jak się spodziewał, ale w rozmytym świecie
podczerwieni coś się porusza. Zadziera głowę, spoglądając na galeryjkę
suwnicy na końcu hali.
- Widzę cię - mówi, kiwając na Sen. Ta wchodzi na galerię z jednego
końca. Pan Nandha wybiera drugi. To coś jest gdzieś u góry, na suficie.
Idą ku sobie.
- W którymś momencie się rzuci - ostrzega Nandha.
- Co się rzuci? - szepcze Sen, ściskając swoją potężną broń.
- Podejrzewam, że skopiowała się do robota i próbuje tym sposobem uciec.
Spodziewaj się czegoś małego i szybkiego.
Pan Nandha słyszy to teraz między metalicznymi odgłosami ludzkich
kroków, coś drapiącego o dach, próbującego wybić sobie dziurę i uciec.
Pan Nandha unosi rękę, pokazując dźemadar Sen, by szła ostrożnie. Ma
przeczucie, że jest dokładnie pod tym czymś. Wpatruje się we wronie
gniazdo kabli i rurek. Nagle dźga go kamera-oko na słupku. Pan Nandha
odskakuje. Sen unosi broń; zanim zdąży pomyśleć, wypuszcza serię w sufit. Coś spada tak blisko pana Nandhy, że prawie go uderza, coś
składającego się z samych nóg, rozedrganych, rozbieganych. To robot
inspekcyjny, mała, wspinająca się maszynka podobna do czepiaka.
Pojedynczych firm z reguły na nie nie stać, ale firmy developerskie
kupują po jednym i obsługują nim cały kwartał hal. To coś będzie miało
dostęp do wszystkich budynków w tej strefie przemysłowej. Maszyna staje
dęba, pędzi ku niemu, potem zawraca i leci bezładnym zygzakiem ku Sen.
Wie tylko, że chce istnieć, a te stworzenia chcą ją zabić. Spanikowana
nagłą serią, Sen zapomina wszelkie wojskowe instynkty, gdy to coś pędzi
ku niej w podskokach. Gmera przy swoim karabinku szturmowym. Pan Nandha
ze spokojem, klarownie uświadamia sobie, że jej panika go zabije.
- Nie! - krzyczy i wyciąga pistolet.
Indra namierza cel, celuje, strzela. Impuls na chwilę przeciąża nawet
jego hoeka. Świat znika oślepiony wybuchem. Robot zamiera, dostaje
konwulsji, spada w snopie żółtych iskier. Nogi mu drgają, wysuwają się
słupki z oczami. Z otworów wentylacyjnych unoszą się strużki dymu. Pana
Nandhy to nie zadowala. Stoi nad martwą aeai, potem klęka i podpina
skrzynkę z awatarami do złącza serwisowego. Ganeśa podłącza się do
systemu operacyjnego. Kali stoi w pogotowiu z szablami w górze.
Nie żyje. Została ekskomunikowana. Pan Nandha wstaje i otrzepuje się.
Chowa broń. Niechlujnie to wyszło. Niezadowalająco. Pozostały pytania.
Wiele znajdzie odpowiedź, kiedy Banda z Piętnastego rozpruje serwer, ale
Gliną Kryszny nie zostaje się bez intuicji, a ta podpowiada panu
Nandzie, że owa plątanina metalu i plastiku jest wstępem do nowej i długiej historii. Opowie tę historię, rozwikła jej zawiłości,
rozszyfruje postacie i zdarzenia, zamykając całość właściwym
zakończeniem, ale w tej chwili jego najbardziej palącym problemem jest
pozbycie się z garnituru smrodu spalonej pasty-tikki.
Rozdział 3
Shaheen Badoor Khan
Shaheen Badoor Khan patrzy z góry na antarktyczny lód. Z dwóch tysięcy
metrów to bardziej obiekt geograficzny niż lód, biała wyspa, jak zbiegła
Sri Lanka. Oceaniczne holowniki wypożyczone z Zatoki są największe,
najmocniejsze i najnowsze, przypominają jednak pająki mocujące się z wielkim cyrkowym namiotem, szarpiące za jedwabne nitki odciągów. Teraz
już tylko pilnują: górę trzyma Południowo-wschodni Prąd Monsunowy i całe
zamieszanie płynie sobie na północno-północny-wschód z prędkością pięciu
mil morskich na dzień. Tu, w głębi oceanu, pięćset kilometrów na
południe od delty, gdzie punktami odniesienia mogą być tylko lód, niebo
i ciemnobłękitna, głęboka woda, nic nie zdradza tego ruchu. Ile czasu i jak mocno będą musiały potem ciągnąć, żeby ją zatrzymać? - zastanawia
się Shaheen Badoor Khan. Wyobraża sobie górę wbitą głęboko w wyspę
Gangasagar u ujścia świętej rzeki, potężne lodowe klify wystające
spomiędzy namorzynów.
Tilt-jet państwa Bengal, wiozący ładunek bengalskich polityków i ich
dyplomatycznych gości od sąsiada i odwiecznego rywala, państwa Bharat,
chybocze się w chłodnym mikroklimacie, odwijającym się spiralą z ogromnej kry. Shaheen Badoor Khan zauważa, że jej powierzchnia jest
pobrużdżona jarami i rozpadlinami. Połyskuje bystro spływająca woda;
topniejący lód wyżłobił w ścianach głębokie kaniony, z lodowych klifów
wytryskują łukami malownicze wodospady.
- Nieustannie się przesuwa - mówi energiczny klimatolog-Bengalczyk
siedzący po drugiej stronie przejścia. - Traci masę i zmienia się środek
ciężkości. Musimy utrzymywać ją w równowadze, nagły przechył blisko lądu
mógłby skończyć się katastrofą.
- Nie potrzebujecie w delcie kolejnego przypływu - potakuje Shaheen
Badoor Khan.
- O ile w ogóle ona tam dopłynie - mówi Minister ds. Wody i Energii
Bharatu, wskazując brodą górę. - Przy takiej szybkości topnienia...
- Panie ministrze... - mówi szybko Shaheen Badoor Khan, ale nadworny
klimatolog nie przepuszcza okazji do zabłyśnięcia.
- Wszystko jest obliczone co do grama. Spokojnie mieścimy się w parametrach zmiany mikroklimatu.
Błyska przy tym kosztownie wypielęgnowanymi zębami, pokazując dokładność
zbliżeniem kciuka i palca wskazującego. Bezbłędnie. Shaheen Badoor Khan
wstydzi się niezmiernie, gdy któryś z jego ministrów otwiera usta i publicznie demonstruje swą ignorancję, zwłaszcza wobec ugładzonych
Bengalczyków. Dawno pojął, że do polityki nie potrzeba szczególnego
talentu, zdolności ani inteligencji. Po to ma się doradców. Umiejętność
polityka polega na wysłuchaniu ich rad i przedstawieniu ich tak, by
wyglądało na to, że wymyślił to wszystko sam. Shaheen Badoor Khan
denerwuje się, że ktoś mógłby pomyśleć, że niewłaściwie pouczył swoją
grupkę.
- Poleć z nimi, Shah - poprosiła premier Sajida Rana. - Nie pozwól
Srinavasowi wyjść na idiotę.
Bengalski minister ds. góry lodowej gramoli się przejściem z szerokim
niedźwiedzim uśmiechem. Shaheen Badoor Khan wie ze swoich źródeł o wojnach pomiędzy wydziałami bengalskiej administracji, na czyim podwórku
mają wylądować dziesięciokilometrowe kawałki Lodowca Szelfowego
Amery'ego. Napięcie między dwiema stolicami zawsze miło rozegrać na
korzyść Bharatu. Ochrona Środowiska przegrała na koniec z Nauką i Techniką, z drobną pomocą Przemysłu i Rozwoju, który odpowiadał za
podpisanie kontraktów, i dlatego odpowiedni minister stoi teraz w przejściu, trzymając się oparć. Shaheen Badoor Khan czuje jego oddech.
- No i jak? Wszystko nasze własne, my nie polecieliśmy do Amerykanów,
żeby pomogli nam z zaopatrzeniem w wodę, jak ci z Awadhu i ich tama. Ale
pan to świetnie wie.
- Kiedyś rzeka jednoczyła nas wszystkich - zauważa Shaheen Badoor Khan.
- Teraz kłócimy się jak dzieci Matki Gangi: Awadh, Bharat, Bengal.
Głowa, ręce i nogi.
- Ile ptaków - mówi Srinavas, wyglądając przez okno.
Za górą ciągnie się blada smuga, jak dym z okrętowego komina: stada
morskich ptaków, całe tysiące, rzucają się w wodę, polując na srebrne
sardynki.
- To tylko dowodzi, że zimny prąd działa - oznajmia klimatolog, próbując
wychylić się zza swojego ministra. - Ściągamy nie tyle górę lodową, ile
kompletny ekosystem. Niektóre lecą za nami aż od samej Wyspy Księcia
Edwarda.
- Pan minister chciałby wiedzieć, kiedy się spodziewacie pierwszych
korzyści - indaguje Shaheen Badoor Khan.
Naipaul zaczyna już trąbić o śmiałości i rozmachu bengalskiej inżynierii
klimatycznej, ale przerywa mu jego własny magik od pogody. Shaheen
Badoor Khan aż mruga na to niewybaczalne zachowanie. Ci Bengalczycy nie
mają żadnej etykiety, czy co?
- Klimat to nie stara krowa, którą można sobie pędzić, gdzie się zechce
- mówi klimatolog, nazwiskiem Vinayachandran. - To subtelna nauka
mówiąca o drobnych zmianach i przesunięciach, które przez lata kumulują
się w ogromne, potężne skutki. Wyobraźcie sobie, panowie, staczającą się
z góry kulę śniegową. Tu spadek temperatury o pół stopnia, tam
przesunięcie termokliny w oceanie o parędziesiąt metrów, gdzie indziej
zmiana ciśnienia o pojedyncze milibary...
- Bez wątpienia, pan minister zastanawia się jednak, kiedy nastąpią
pierwsze drobne zmiany wywołane tą... kulą śniegową... - powtarza
Shaheen Badoor Khan.
- Nasze symulacje przewidują powrót klimatu do normy w ciągu sześciu
miesięcy - odpowiada Vinayachandran.
Shaheen Badoor Khan kiwa głową. Podsunął już swojemu ministrowi
wszystkie sugestie. Teraz może wyciągnąć własne wnioski.
- Czyli to wszystko... - minister ds. Wody i Energii Bharatu macha ręką
ku obcemu przybyszowi w Zatoce Bengalskiej - to wszystko jest za późno.
Kolejny nieudany monsun. Może gdybyście ją stopili i posłali nam
rurociągiem, na coś by się zdała. Możecie zawrócić Ganges? To może by
nam pomogło.
- Ta góra ustabilizuje monsun na najbliższe pięć lat, w całych Indiach -
upiera się minister Naipaul.
- Panie ministrze, nie wiem jak pański, ale mój kraj jest spragniony
teraz - mówi V.R. Srinavas prosto w oko kamery wiadomości, wychylając
się zza oparcia fotela przed sobą.
Shaheen Badoor Khan zaciera ręce, zadowolony, że ten tekst pojawi się w nagłówkach wszystkich gazet od Kerali po Kaszmir. Srinavas to prawie
taki sam błazen jak Naipaul, ale w potrzebie zawsze można liczyć na jego
ciętą ripostę.
Nowy, piękny, najnowocześniejszy na rynku tilt-jet ponownie się
przechyla, ustawia silniki do poziomego lotu i kieruje się na Bengal.
***
Równie nowe, piękne i najnowocześniejsze na rynku jest świeżo zbudowane
lotnisko w Dhace, podobnie jak jego nowiuteńki system kontroli lotów.
Dlatego właśnie lot dyplomatyczny o najwyższym priorytecie tkwi w kolejce przez pół godziny, a potem siada na skrawku lądowiska
naprzeciwko airbusa Bharat Air. Problem z interfejsem; kontrolerami
lotów są aeai pierwszego poziomu, o umyśle, instynkcie autonomii i morale przeciętnego królika; jak to skomentował felietonista "Bharat
Times": to i tak lepiej niż przeciętny ludzki kontroler lotów z Dhaki.
Shaheen Badoor Khan maskuje uśmiech, ale nikt nie zaprzeczy, że
Zjednoczony Bengal Wschodni i Zachodni to państwo znające się na
technologii, odważne, myślące perspektywicznie, wyrafinowane i reprezentujące światowy poziom - wszystko to, do czego aspirują aleje i atria bharackiego Ranapuru, a czemu przeczą brud, ruina i żebractwo
Kashi.
Wreszcie docierają samochody. Shaheen Badoor Khan schodzi za politykami
na płytę. Beton odbija ciepło. Wilgoć wysysa wszelkie wspomnienia o lodzie, oceanie i chłodzie. Powodzenia z tą lodową wyspą, myśli,
wyobrażając sobie gorliwych bengalskich inżynierów wspinających się na
odłamek Amery'ego, w ciepłych parkach z obszytymi futrem kapturami.
Na przednim siedzeniu samochodu ministra Srinavasa Shaheen Badoor Khan
zakłada hoeka za ucho. Pasy do kołowania, samoloty, trapy, wózki z bagażami zlewają się z interfejsem biurowego systemu. Aeai przesiewała
mu mejle, ale i tak uwagi osobistego parlamentarnego sekretarza Sajidy
Rany wymaga ponad pięćdziesiąt wiadomości. Kiwnięcie palca mówi "tak"
raportowi o problemie gotowości bojowej Bharatu, "nie" - informacji dla
prasy dotyczącej kolejnych ograniczeń w zużyciu wody, "później" -
prośbie o wideokonferencję od N.K. Jivanjeego. Kreśli dłońmi mudry jak
zwinna tancerka kathak. Zgięciem palca przywołuje z powietrza notatnik.
"Proszę mnie informować o rozwoju sytuacji na rondzie Sarkhand", pisze
na burcie airbusa Air Bengal wirtualnym hindi. "Mam co do tego pewne
przeczucia".
Shaheen Badoor Khan urodził się, mieszka i zakłada, że umrze, w Kashi,
ale wciąż nie rozumie pasji i gniewu, jakich domagają się ci niechlujni
hinduistyczni bogowie. Podziwia ich dyscyplinę i ascetyzm, tylko że w zamian za to oferują bardzo marne zabezpieczenie. Każdego dnia po drodze
do Bharat Sabha mija małą plastikową budkę na skrzyżowaniu Lady
Castlereagh Road, gdzie sadhu przez piętnaście lat trzymał w górze lewą
rękę. Shaheen Badoor Khan taksuje wzrokiem człowieka, który teraz nie
mógłby opuścić tej uschłej gałązki z kości, ścięgien i obumarłych
mięśni, nawet gdyby zażyczył sobie tego jego bóg. Shaheen Badoor Khan
nie jest otwarcie religijny, jednak te krzykliwe, dynamiczne posągi,
kipiące od ramion, symboli, wehikułów, atrybutów i towarzyszy, jakby
rzeźbiarz miał w obowiązku wcisnąć na nie każdy teologiczny szczegół,
obrażają jego estetykę. Jego islamska szkoła jest wyrafinowana, mocno
cywilizowana, ekstatyczna i mistyczna. Nie maluje się na neonowy róż.
Nie wymachuje publicznie penisem. A jednak pod balkonami jego haveli co
rano tysiące ludzi schodzą po ghatach, żeby obmyć grzechy w wyschniętym
strumieniu Gangi. Wdowy wydają ostatnie rupie, żeby mężowie mogli
spłonąć nad świętą wodą i wejść do Raju. Co roku młodzi mężczyźni
rzucają się pod koła rydwanu Dźagannatha w Puri i giną zmiażdżeni - choć
moloch godziny szczytu w Puri i tak pochłania więcej ofiar. Armie
młodych mężczyzn napadają na meczety i zrównują je gołymi rękami z ziemią, bo uchybiają czci pana Ramy, a ten człowiek dalej siedzi na
krawężniku, z ręką uniesioną jak laska. A na rondzie w nowym Sarnath
stoi brudna, betonowa figura Hanumana, nie ma nawet dziesięciu lat, ale
kiedy się mówi, że trzeba ją przesunąć, żeby zrobić miejsce na budowaną
stację metra, bandy chłopaków w białych koszulach i dhoti już wymachują
pięściami, walą w bębny i gongi. Będą z tego ofiary, myśli Shaheen
Badoor Khan. Śnieżna kula drobnych zmian. N.K. Jivanjee i jego
fundamentalistyczna partia Shivaji zajeżdżą tego molocha na śmierć.
Przy recepcji dla VIP-ów wybucha kolejne zamieszanie. Wygląda na to, że
klasa business lotu BH137 jest zarezerwowana dla dwóch VIP-ów naraz. W pierwszej chwili Shaheen Badoor Khan dostrzega tylko tłumek reporterów z mikrofonami, na wysięgnikach i swobodnie latającymi, przed salonikiem
dla VIP-ów. Minister Srinavas już się mizdrzy, obiektywy patrzą jednak
gdzie indziej. Shaheen Badoor Khan przeciska się grzecznie przez tłum do
dyspozytora, z wysoko uniesioną legitymacją.
- Co się dzieje?
- Och, panie Khan, nastąpiła jakaś pomyłka.
- Żadna pomyłka. Minister Srinavas i jego ludzie wracają tym lotem do
Varanasi. Skąd w ogóle takie zamieszanie?
- Pewna znana osoba...
- Znana osoba - powtarza Shaheen Badoor Khan z pogardą, od której mógłby
uschnąć cały plon.
- Model. Rosjanin - mówi dyspozytor, czerwieniąc się. - Bardzo znany. W Varanasi jest jakiś pokaz. Przepraszam za zamieszanie, panie Khan. -
Shaheen Badoor Khan już prowadzi swój zespół do wyjścia.
- Kto? - pyta minister Srinavas, mijając tłumek.
- Jakiś ruski model - odpowiada Shaheen Badoor Khan swoim łagodnym,
precyzyjnym głosem.
- Aaa! - mówi minister, wytrzeszczając oczy. - Juli.
- Słucham?
- Juli - powtarza Srinavas, wyciągając szyję, żeby zerknąć na sławę. -
To neutko.
To słowo rozbrzmiewa jak świątynny dzwon. Tłum się rozdziela. Shaheen
Badoor Khan widzi wyraźnie wnętrze poczekalni dla VIP-ów. I zamiera.
Dostrzega wysoką sylwetkę w długim, pięknie skrojonym płaszczu z białego
brokatu, wyszywanym w splecione dziobami tańczące jastrzębie. Stoi do
niego tyłem i Shaheen Badoor Khan nie widzi twarzy, patrzy jednak na
krągłości białej cery; długie, delikatnie poruszające się dłonie;
elegancko wyrzeźbioną szyję, idealną, gładką krzywiznę bezwłosej
czaszki.
Ciało obraca się ku niemu. Shaheen Badoor Khan widzi zarys szczęki,
krawędź kości policzkowej. Zachłystuje się powietrzem, odgłos jest
jednak niesłyszalny w reporterskim tumulcie. Twarz. Nie wolno mu
spojrzeć na twarz, bo będzie zgubiony, przeklęty, zamieni się w kamień.
Tłum znów się przesuwa, plecy odcinają widok. Shaheen Badoor Khan stoi
jak sparaliżowany.
- Khan? - słyszy. To jego minister. - Khan, dobrze się czujesz?
- Eee... tak, panie ministrze. Zrobiło mi się trochę słabo od tej
wilgoci.
- Tak, ci cholerni Bengalczycy powinni coś zrobić z tą klimą.
Czar pryska, ale Shaheen Badoor Khan, prowadząc swojego ministra po
trapie, wie, że nigdy nie zazna spokoju.
Pracownik obsługi naziemnej wręcza wszystkim prezenty od ministra
Naipaula, termosy z herbem Zjednoczonego Bengalu Wschodniego i Zachodniego. Po zapięciu pasów, zasłonięciu kotary odgradzającej klasę
ekonomiczną, kiedy airbus Bharat Air podskakuje na nierównym betonie,
Shaheen Badoor Khan otwiera swój termos. W środku jest lód: kostki
lodowca do gin slingów Sajidy Rany. Shaheen Badoor Khan zakręca termos i przyciska go do siebie, kiedy airbus startuje, a jego koła opuszczają
Bengal, tak jakby zimno mogło uleczyć ranę na jego brzuchu. Nie uleczy.
Nigdy. Shaheen Badoor Khan patrzy przez okno na równomiernie szarzejącą
ziemię - samolot leci na zachód, do Bharatu. Widzi białą kopułę czaszki,
łuk szyi; blade, piękne dłonie, eleganckie jak minarety, kości
policzkowe zwracające się ku niemu jak cud architektury. Tańczące
żurawie.
Tak długo czuł się bezpieczny. I czysty. Shaheen Badoor Khan tuli do
siebie lód z lodowca, zamyka oczy w milczącej modlitwie, serce ma
rozświetlone ekstazą.
Rozdział 4
Najia
Lal Darfan, gwiazda serialowa numer jeden, udziela wywiadów w haudzie na
grzbiecie sterowca w kształcie słonia, unoszącego się nad południowymi
zboczami nepalskich Himalajów. Ubrany w bardzo elegancką koszulę i luźne
spodnie, opiera się o wałek leżący na niskiej sofie. Na niebie za nim
rozciągają się pasmami transparenty chmur. Szczyty kreślą zębatą, białą
granicę, ścianę na krawędzi pola widzenia. Obrzeżające haudę frędzle
trzepoczą na wietrze. Lal Darfan, boski amant w największej i najsłynniejszej operze mydlanej Indiapendent Productions, Miasto i wieś, ma do towarzystwa pawia stojącego u wezgłowia otomany. Karmi go
okruchami wafli ryżowych. Lal Darfan jest na diecie niskotłuszczowej.
Plotkarskie magazyny o niczym innym nie mówią.
Dieta, myśli Najia Asharzadah, to niezły pomysł, jak na wirtualną
gwiazdę serialową. Bierze głęboki wdech i zaczyna wywiad.
- Na Zachodzie trudno nam uwierzyć, że Miasto i wieś mogą być aż tak
popularne. Natomiast tutaj, pan jako aktor interesuje publiczność chyba
tak samo, jak pana postać, Ved Prekash.
Lal Darfan uśmiecha się. Zęby ma tak wspaniale i nieprawdopodobnie
białe, jak mówią telewizyjne kanały plotkarskie.
- Bardziej - odpowiada. - Ale pani pyta chyba raczej, po co aeai-postaci
potrzebna jest aeai-aktor? Iluzja w iluzji, prawda?
Najia Askarzadah ma dwadzieścia dwa lata, jest wolnym strzelcem i nie ma
zobowiązań. W Bharacie przebywa od czterech tygodni i właśnie dopadła
wywiad, który, jak liczy, przypieczętuje jej karierę.
- Zawieszenie niewiary - mówi. Słyszy pomruk silników sterowca, po
jednym w każdej słoniowej nodze.
- Chodzi po prostu o to. Rola nigdy nie wystarcza. Publiczność musi
widzieć rolę kryjącą się za rolą, obojętne, czy to ja - Lal Darfan
skromnie dotyka dłońmi swojej niedługo mającej się wybrzuszyć talii -
czy hollywoodzki aktor z krwi i kości, czy jakiś idol pop. Zadam pani
pytanie. Co pani wie o jakiejś zachodniej gwieździe pop, niech to będzie
na przykład Blóchant Matthews? To, co zobaczy pani w telewizji,
przeczyta w plotkarskich pismach i na czatach. A co pani wie o Lalu
Darfanie? Dokładnie to samo. Oni nie są dla pani bardziej realni niż ja.
Ani mniej.
- Ale prawdziwą celebrity ludzie mogą zawsze spotkać przypadkiem, mignie
im na plaży, na lotnisku, albo w sklepie...
- Mogą? A skąd pani wie, że ktoś komuś mignął?
- Bo słyszałam... A.
- Rozumie pani teraz? Wszystko odbywa się przez takiego czy innego
pośrednika. I z całym szacunkiem, ja jestem prawdziwą celebrity, bo
moja sława jest bardzo prawdziwa. W dzisiejszych czasach, jeśli
cokolwiek staje się realne, to właśnie przez sławę, czyż nie?
Na głos Lala Darfana poszło pół miliona osobogodzin. Jest wyliczony, aby
uwodzić, i owija Najię kolejnymi warstwami. Mówi:
- Mogę zadać osobiste pytanie? Bardzo proste: jakie jest pani
najwcześniejsze wspomnienie?
Ono jest zawsze pod ręką, ta noc pełna ognia, pośpiechu i strachu, jak
geologiczna warstwa irydu w jej życiu. Ojciec wygarniający ją z łóżka,
podłoga zasłana papierami, dom pełen hałasu, promienie światła falujące
w ogrodzie. To pamięta najlepiej: stożki latarek wijące się po krzakach
róż, idące po nią. Ucieczka przez osiedle. Ojciec przeklinający pod
nosem, bo silnik samochodu kręci, kręci i kręci. Latarki podchodzące
coraz bliżej i bliżej. Ojciec klnie i klnie, choć był kulturalny nawet
wtedy, gdy przyszła po niego policja.
- Leżę na tylnym siedzeniu samochodu - mówi. - Leżę na płasko, jest noc,
jedziemy szybko przez Kabul. Tata prowadzi, obok siedzi mama, ale nie
widzę ich zza oparć. Słyszę tylko, jak rozmawiają, i wydaje mi się, że
są bardzo daleko. Włączyli radio, słuchają czegoś, a ja tego nie
rozumiem. - Teraz już wie, że w wiadomościach mówiono o nalocie policji
na schronisko dla kobiet i wydaniu nakazu aresztowania. Od pojawienia
się tej wiadomości mieli tylko kilka minut, zanim policja zablokuje
lotnisko. - Widzę mijane latarnie. Przesuwają się bardzo regularnie i precyzyjnie. Światło się zapala, przechodzi po mnie, potem w górę po
oparciu siedzenia i wychodzi przez okno.
- Mocny obraz - mówi Lal Darfan. - Ile miała pani wtedy lat? Trzy,
cztery?
- Niecałe cztery.
- Ja także mam najwcześniejsze wspomnienie. Stąd wiem, że nie jestem
Vedem Prekashem. Ved Prekash ma scenariusz, a ja pamiętam szal z orientalnym wzorem, powiewający na wietrze. Niebo było niebieskie,
czyste, a brzeg szalu jakby wlatywał z boku w kadr, kiedy akcja toczyła
się poza nim. Bardzo wyraźnie widzę, jak trzepocze. Mówią mi, że to było
na dachu naszego domu w Patnie. Mama zabrała mnie, żebym trochę odpoczął
od spalin, siedziałem sobie na kocyku pod parasolką. Szal był uprany i wisiał na sznurze; co dziwne, był z jedwabiu. Pamiętam to wyraźnie, jak
mało co. Musiałem mieć nie więcej niż dwa lata. No, właśnie. Proszę. Dwa
wspomnienia. Tak, ale pani powie: pana jest sfabrykowane, a moje to
prawdziwe przeżycie. Ale skąd pani wie? Może to pani opowiedziano i pani
zrobiła z tego wspomnienie, może być fałszywe, może być sztucznie
sfabrykowane i wszczepione. Setki tysięcy Amerykanów wierzą, że zostali
uprowadzeni przez szarych obcych, którzy wtykali im do odbytu rozmaite
urządzenia; to fantazja i w stu procentach przypadków fałszywe
wspomnienie, ale czy są przez to fałszywymi ludźmi? Co tworzy nasze
wspomnienia? Układ ładunków elektrycznych w cząsteczkach białek. Tu
chyba się aż tak bardzo nie różnimy. Ten sterowiec, głupawy słoń-gadżet,
który kazałem sobie zbudować, wizja unoszenia się nad Nepalem; dla pani
to tylko układy ładunków na białkowych cząsteczkach. I tak jest ze
wszystkim. Może pani nazywać to iluzjami, dla mnie to fundamentalny
budulec mojego świata. Wyobrażam sobie, że postrzegam je zupełnie
inaczej niż pani, ale skąd mam wiedzieć? Skąd wiadomo, że to, co dla
mnie jest zielone, tak samo wygląda dla pani? Wszyscy jesteśmy
pozamykani w małych klateczkach własnego ja; Najia, obojętne, z kości
czy plastiku, żadne z nas nie może z tego wyjść. Więc czy możemy ufać w to, co zdaje się nam, że pamiętamy?
Ja mogę, panie komputer, myśli Najia Askarzadah. Muszę nawet, bo na tych
wspomnieniach opiera się wszystko, czym jestem. Siedzę tutaj, w tej
groteskowej wirtualnej kopule rozrywki z gwiazdą telewizyjnego mydlańca,
pełną złudzeń o własnej wielkości, dzięki wspomnieniu o poruszających
się światłach.
- Ale w takim razie, czy pan, jako Lal Darfan, nie stąpa zbyt blisko
krawędzi? Rozumie pan, Ustawy Hamiltona dotyczące sztucznej
inteligencji...
- Psy Kryszny? Eunuchy McAuleya - rzuca jadowicie Lal Darfan.
- Chodzi mi o to, że dla pana przyznanie się, że jest pan samoświadomy -
rozumny, jak pan, zdaje się, twierdzi - to podpisanie na siebie wyroku
śmierci.
- Nigdy nie powiedziałem, że jestem rozumny, albo samoświadomy,
cokolwiek to znaczy. Jestem aeai poziomu 2.8 i dobrze mi z tym. Twierdzę
tylko, że jestem równie realny jak pani.
- Czyli nie byłby pan w stanie zdać testu Turinga?
- Nie powinienem zdawać testu Turinga. Nie chciałbym zdawać testu
Turinga. Zresztą, co to za dowód, taki test? Przedstawię pani test
Turinga. Klasyczna konstrukcja, dwa zamknięte pokoje i badmaś ze
staroświeckim terminalem. W jednym pokoju pani, w drugim Satnam z PR-u.
Podejrzewam, że to on panią oprowadzał, bo jemu zawsze przydzielają
dziewczyny. Ma w sobie trochę z narcyza. Badmaś z ekranem wpisuje
pytania, pani wstukuje odpowiedzi. Standardowo. Zadaniem Satnama jest
przekonanie badmaśia, że jest kobietą. Wolno mu w tym celu kłamać,
oszukiwać, mówić, co tylko zechce. Chyba widzi pani, że to nie sprawi mu
szczególnego problemu. I co? Czy Satnam staje się wtedy kobietą? Nie
wydaje mi się; Satnamowi na pewno się nie wydaje. I czym się to różni od
sytuacji, kiedy komputer potrafi udawać rozum? Czy symulacja czegoś
automatycznie się tym czymś staje, czy może inteligencja to coś aż tak
niezwykłego, jedyna rzecz, której się nie da zasymulować? I czego w ogóle dowodzi taki test? Można z niego wnioskować o naturze samego testu
Turinga oraz o niebezpieczeństwie polegania na minimalnej informacji.
Każda aeai, na tyle bystra, żeby zdać test Turinga, jest na tyle bystra,
żeby go oblać.
Najia Askarzadah unosi dłonie w kpiącym geście poddania się.
- Wie pani, jedno mi się w pani podoba - dodaje Lal Darfan. -
Przynajmniej nie zadawała mi pani przez całą godzinę głupich pytań o Veda Prekasha, jakby to on był prawdziwą gwiazdą. O właśnie, a propos,
muszę już iść na charakteryzację...
- Och, przepraszam i dziękuję - mówi Najia Askarzadah, próbując grać
uprzedzająco grzeczną dziennikarkę, podczas gdy naprawdę cieszy się, że
wychodzi z umysłowej przestrzeni tej pedantycznej istoty.
Planowała coś lekkiego, błahego i mydlanego, a wyszła egzystencjalna
fenomenologia ze szczyptą retro postmodernizmu. Ciekawe, co powie jej
redaktor, nie mówiąc już o pasażerach nocnego niewyspańca TransAm
Chicago-Cincinnati, kiedy wyciągną samolotowy magazyn z kieszeni w fotelu. Lal Darfan zaś tylko rozpromienia się błogo, gdy sala
audiencyjna wokół rozpływa się, aż zostaje tylko sam uśmiech, czysty
Lewis Carroll, niknący na tle himalajskiego nieba, które potem zwija się
Nadji w tyle głowy i ląduje z powrotem na render farmie, w obrotowym i bujanym fotelu z widokiem na ciągnące się po horyzont długie szeregi
ustawionych jeden na drugim walców białkowych procesorów: mózgi w słojach z powieści s.f.
- Przekonujący jest gościu, prawda? - Woda po goleniu
Satnama-trochę-z-narcyza jest nieco nachalna. Najia zdejmuje lighthoek,
wciąż trochę zdezorientowana całkowitym zanurzeniem podczas wywiadu.
- Myślę, że on myśli, że myśli.
- Dokładnie tak go zaprogramowaliśmy. - Satnam ma medialny styl, strój i niewysiloną pewność siebie, Najia zauważa jednak malutki trójząb Śiwy na
platynowym łańcuszku wokół szyi. - Bo tak naprawdę Lal Darfan idzie tak
ściśle według scenariusza, jak Ved Prekash.
- To mój punkt widzenia, pozory kontra rzeczywistość. Skoro ludzie mogą
uwierzyć w wirtualnych aktorów, to co jeszcze łykną?
- Proszę nie wychlapać tego, co teraz powiem. - Satnam prowadzi ją z uśmiechem do kolejnej części studia. Kiedy się uśmiecha, jest niemal
śliczny, myśli Najia. - To dział metaserialu. Stąd Lal Darfan dostaje
scenariusz, o którym myśli, że go nie przestrzega. Doszło już do tego,
że metaserial jest równie duży jak sam serial.
Dział to długa farma stacji roboczych. Szklane ściany są spolaryzowane
na ciemno, serialiści pracują w półświetle niskich lampek i poświacie
ekranów. Dłonie projektantów rysują w neuroprzestrzeni. Najia
powstrzymuje wzdrygnięcie na samą myśl spędzenia lat pracy w takim
miejscu, odcięta od słońca. Zabłąkane światło zwraca jej uwagę, padając
na wysokie kości policzkowe, bezwłosą głowę, delikatną dłoń - teraz jej
kolej przerwać Satnamowi.
- A to kto?
Satnam wyciąga szyję.
- A, to jest Tal. Nowy. On zajmuje się tłami wizualnymi.
- Chyba odpowiedni zaimek to "ono" - mówi Najia, próbując dokładniej
przyjrzeć się baletowi dłoni neutka.
Nie potrafi wyjaśnić, dlaczego jest zaskoczona widokiem trzeciej płci w studiu produkcyjnym - w Szwecji neutki też skupiały się w artystycznych
branżach, indyjski serial numer jeden powinien mieć podobną siłę
przyciągania. Chyba zakładała - dochodzi do wniosku - że długa historia
indyjskich transseksualistów i aseksualistów zawsze pozostawała w ukryciu.
- Ono czy on, wszystko jedno. Cały dzień tylko się chwali, bo zaprosili
je na imprezę, gdzie będzie jakaś wielka celebrity.
- Juli. Ten ruski model. Próbowałam zdobyć zaproszenie, żeby udzielił mi
wywiadu. Udzieliło.
- I w zastępstwie przyszła pani do Grubego Lala.
- Nie, naprawdę interesuję się psychologią aktorów aeai. - Najia zerka
na neutko. Ono unosi wzrok. Ich spojrzenia spotykają się na moment.
Żadnego rozpoznania ani porozumienia. Wraca do swojej pracy. Jego dłonie
rzeźbią w cyfrach.
- Gruby Lal nie ma pojęcia, że postacie i fabuła to standardowe pakiety
- ciągnie Satnam, prowadząc Najię między świecącymi się stacjami
roboczymi. - Sprzedajemy licencje, a nadawcy z różnych krajów podkładają
im własnych aktorów aeai. Kto inny gra Veda Prekasha w Bombaju, albo w Kerali, i są takimi megagwiazdami, jak Gruby Lal u nas.
- Wszystko jest wersją - mówi Najia, próbując odszyfrować przepiękny
taniec smukłych dłoni neutka.
Na korytarzu Satnam uderza w gadkę szmatkę.
- Czyli pani naprawdę pochodzi z Kabulu?
- Wyjechałam stamtąd, mając cztery lata.
- Za wiele o tym nie wiem. Ale to na pewno musiało być...
Najia zatrzymuje się w korytarzu jak wryta i odwraca twarzą do niego.
Jest o pół głowy niższa, ale on i tak cofa się o krok. Łapie go za dłoń,
rysuje mu na kostkach numer UCC.
- Mój numer. Zadzwonisz, może odbiorę. Może zaproponuję, żebyśmy się
gdzieś umówili, ale to ja wybieram gdzie, okej? A teraz dziękuję za
wycieczkę. Myślę, że sama trafię do wyjścia.
***
Jest dokładnie w tym miejscu i czasie, gdzie mówił, kiedy Najia
podjeżdża w fatfacie do krawężnika. Tak jak prosiła, nie ubrał się w nic, co zanadto mu się podoba, ale triśuli nie zdjął. Sporo ich ostatnio
widziała na szyjach mężczyzn na ulicach. Sadowi się obok niej; mała
motoriksza chyboce się na swoim domowej roboty zawieszeniu.
- Ja wybieram, pamiętasz? - mówi.
Rikszarz wjeżdża w rojny ruch.
- Wycieczka w nieznane? Nie ma sprawy - odpowiada Satnam. - Jak tam,
napisałaś ten artykuł?
- Napisałam, wysłałam, koniec.
Wystukała go tego popołudnia na tarasie Imperial International, hotelu
dla turystów z plecakami w Cantonmencie, gdzie wynajmuje pokój. Kiedy
magazyn zapłaci, wyprowadzi się stamtąd. Potąd ma już tych
Australijczyków. Ciągle tylko o wszystko mendzą.
Bo sprawa wygląda tak: Najia Askarzadah ma faceta. Ma na imię Bernard.
Także "Imperialista", którego roczna dziekanka przedłużyła się do dwóch,
trzech, pięciu lat. Jest Francuzem, ma dwie lewe ręce, jest przekonany o własnym geniuszu i jest potwornym chamem. Najia podejrzewa, że siedzi w hostelu tylko po to, by wyrywać świeże dziewczyny, takie jak ona. Ale
uprawia seks tantryczny i potrafi, intonując mantry, utrzymać fiuta
przez godzinę w kobiecie. Jak dotąd, tantra z Bernardem polegała na tym,
że Najia siedzi mu na kolanach przez dwadzieścia, trzydzieści,
czterdzieści minut, ciągnąc za rzemyk owinięty wokół jego kutasa, żeby
był twardy, twardy, twardy, dopóki nie przewróci oczyma i nie powie:
"Kundalini się zbudził", co oznacza, że dragi wreszcie zaskoczyły. Najia
nie tak wyobraża sobie tantrę. Nie tak wyobraża sobie własnego faceta.
Jako Satnama też nie - z wielu podobnych powodów, ale to tylko taki
spontaniczny pomysł, gra, więc czemu nie? Przez swoje dwadzieścia dwa
lata, wszędzie gdzie mogła, nawigowała przez życie, orientując się na
podobne "czemu nie?". One zaprowadziły ją do Bharatu, wbrew radom
nauczycieli, przyjaciół i rodziców.
New Varanasi ciągiem niepasujących elementów i nieciągłości przechodzi w stare Kashi. Ulice zaczynają się w jednym tysiącleciu, kończą w drugim.
Oszałamiające korporacyjne iglice nachylają się nad chaosem zaułków i niezmienionych od czterech stuleci drewnianych domów. Wiadukty metra i autostrady na estakadach przeciskają się między piaskowcowymi
lingamami walących się świątyń. Duszący zapach gnijących płatków
kwiatów przenika nawet nieustanny rausz alkoholowych silniczków,
rozpuszczając się w miejską perfumę, którą miasta skrapiają się wokół
otworów wydalniczych. Bharat Rail zatrudnia zamiataczy z miotłami z gałązek, żeby czyścili z nich tory. Kashi rodzi je miliardami, stalowe
koła nie radzą sobie z nimi. Fatfat skręca w ciemny zaułek sklepów z ubraniami: z daszków straganów zwisają blade plastikowe manekiny,
beznogie i bezrękie, ale mimo to uśmiechnięte.
- Mogę zapytać, gdzie mnie wieziesz? - pyta Satnam.
- Zaraz się dowiesz.
Tak naprawdę Najia Askarzadah też nigdy tutaj nie była, ale odkąd
usłyszała Australijców przechwalających się, jacy to byli odważni, że
tam weszli, i w ogóle się nie brzydzili, wcale nie, ciągle szukała
pretekstu, żeby znaleźć ten klub, najpokątniejszy z pokątnych. Nie ma
pojęcia, gdzie jest, ale myśli że rikszarz wiezie ich w dobrym kierunku,
bo dyndające manekiny ustępują miejsca dziwkom w otwartych witrynach.
Większość przyjęła standardowy zachodni mundurek - lycrę i mocno
emfatyczne obuwie - niektóre trzymają się tradycji, w stalowych
klatkach.
- Tutaj - mówi szofer fatfata. Plastikowy bąbel, pasiasty jak osa,
kołysze się na resorach.
"Walki! Walki!" - wykrzykują naprzemienne neony nad maleńkimi
drzwiczkami między sklepem z hinduistycznymi dewocjonaliami a prostytutkami popijającymi Limcę pod herbaciarnią. Kasjer siedzi w blaszanej budce przy drzwiach. Wygląda na trzynaście, czternaście lat, a już wszystko w życiu widział spod swojej czapeczki Nike. Za nim, schody
prowadzą w górę, oświetlone nagimi świetlówkami.
- Tysiąc rupii - mówi, wyciągając rękę. - Albo pięć dolarów.
Najia płaci miejscowymi pieniędzmi.
- Niezupełnie tak wyobrażałem sobie pierwszą randkę - mówi Satnam.
- Randkę? - dziwi się Najia, prowadząc go po schodach, które idą w górę,
skręcają, opadają, znów skręcają i wreszcie wychodzą na balkon nad
ringiem.
Wielka hala była kiedyś magazynem. Jej historię zdradzają przemysłowe
lampy i rury, mdląco zielona farba, świetliki z żaluzjami w dachu. Teraz
to arena. Nad pięciometrowym sześciokątem piasku spiętrzono rzędy
drewnianych ław, stromo jak w auli. Wszystko jest nowe, zbudowane z budowlanych belek ukradzionych z cierpiącej na chroniczny niedobór
gotówki varanaskiej Szybkiej Kolei Miejskiej. Fronty balkonów są
zrobione z boków drewnianych skrzynek. Kiedy Najia zdejmuje dłoń z poręczy, cała lepi się od żywicy.
Cały magazyn faluje, od budek bukmacherów i stanowisk dla walczących z boków ringu, aż po ostatni rząd balkonu, gdzie faceci w kraciastych
roboczych koszulach albo dhoti stoją na ławkach, żeby lepiej widzieć. Są
tu prawie sami mężczyźni. Nieliczne kobiety są ubrane seksownie.
- No, ja nie wiem - mówi Satnam, ale Najia już czuje zapach ciasno
stłoczonych ciał, potu, organicznych płynów.
Przepycha się do przodu i zerka na ring. Miękkie, zużyte banknoty
rozmazują się, zmieniając właścicieli przy stolikach do zakładów. Ręce
powiewają wachlarzami rupii, dolarów i euro; sattamani zapisują każdą
pajsę. Oczy wszystkich są zwrócone na pieniądze. Tylko jeden człowiek,
po przekątnej od niej, na parterze, unosi wzrok, jakby poczuł ciężar jej
spojrzenia. Młody, bajerancko ubrany. Ewidentny Łobuz, myśli Najia. Ich
oczy się spotykają.
Naganiacz, pięcioletni chłopaczek w kowbojskim stroju, obchodzi ring,
zagrzewając publiczność, a dwóch starszych facetów z grabiami zamienia
zakrwawiony piasek w ogródek Zen. Ma na krtani mikrofon jak bindi; jego
dziwaczny głos, jednocześnie młody i stary, trajkocze z nagłośnienia
przez strumień miksów anokha: tabla plus elektronika. Słysząc jego
intonację, naznaczoną niewinnością, a zarazem doświadczeniem, Najia
zastanawia się, czy nie jest czasem Braminem. Nie: Bramin siedzi w loży
w pierwszym rzędzie, z wyglądu dziesięciolatek, ubrany jak
dwudziestoparolatek, otoczony przez dziewczyny marzące o telewizji.
Naganiacz to po prostu jeszcze jeden chłopaczek z ulicy. Najia
stwierdza, że oddycha szybko i płytko. Nie wie, gdzie się podział
Satnam.
Jazgot, już i tak ogłuszający, wzmaga się, gdy uczestnicy wychodzą na
ring, żeby oprowadzić swoje zwierzaki. Unoszą je wysoko nad głowę,
skradając się po piasku, żeby wszyscy widzieli, na co wyłożyli
pieniądze.
Mikroszable to przerażające stwory. Pierwotnie patent należał do małej
kalifornijskiej firmy genetech. Zmieszali standardowego Felis
domesticus ze zrekonstruowanym ze skamielin DNA Smilodona fatalisa.
Wynik: szablozębny tygrys-miniaturka, istota wielkości sporego maine
coona, z uzębieniem rodem z górnego paleolitu i takimiż manierami.
Krótko cieszyły się sławą jako pupile gwiazd, dopóki właściciele nie
odkryli, że zabijają ich własne i cudze koty, psy, gwatemalczyki i niemowlęta. Firma złożyła wniosek o upadłość, zanim wydano nakazy, ale
patent był już masowo naruszany na ringach Manili, Szanghaju i Bangkoku.
Najia obserwuje, jak muskularna dziewczyna w obciętym topie bez rękawów
i workowatych spadochroniarskich bojówkach paraduje ze swoim czempionem,
unosząc jego głowę wysoko ponad ringiem. To wielki, siwo pręgowany kot,
zbudowany jak myśliwiec szturmowy.
Przepiękny potwór, geny zabójcy. Kły są schowane w skórzanych
pochewkach. Najia widzi jej dumę i miłość, skierowany ku niej tłumny ryk
podziwu. Konferansjer chowa się na swoim podium. Bukmacherzy wydają
lawinę świstków. Rywale cofają się do boksów.
Dziewczyna w topie bez rękawów wbija kotu igłę ze stymulantem, jej
wspólnik przesuwa mu przed nosem fiolką z jakimiś poppersami. Wstrzymują
bohatera. Wstrzymują oddech. Konkurenci szprycują swojego wojownika,
niskiego, szczupłego mikroszablę, ponurego jak noc. Na arenie zapada
cisza. Zapowiadacz daje sygnał pneumatycznym klaksonem. Rywale
spuszczają koty ze smyczy i ciskają je na ring.
Tłum krzyczy jednym głosem i jedną krwią. Najia Askarzadah ryczy i wyje
razem z nimi. Istnieją dla niej tylko dwa bojowe koty, skaczące i gryzące się nawzajem w ringu. Do oczu i uszu napływa krew.
Walka jest przerażająco szybka i krwawa. Po paru sekundach jedna łapa
pięknego, srebrnego pręgowańca wisi na skrawku chrząstki i skóry. Z otwartej rany tryska krew, ale zwierzę i tak wrzeszczy na przeciwnika,
próbuje skakać i robić uniki, dyndając bezwładnym trójkątnym ochłapem,
siekąc potwornymi, zabójczymi kłami. W końcu leży i spastycznie obraca
się na grzbiecie, ryjąc w piasku krwawą falę. Zwycięzcy już wzięli
mistrza na smycz i wloką rozwścieczonego, rozwrzeszczanego potwora do
boksu. Siwo pręgowany kot jęczy i jęczy, aż ktoś z ławki sędziów
podchodzi i spuszcza mu na głowę bloczek żużlobetonu.
Dziewczyna w topie bez rękawów gapi się ponuro, zgarniając z piasku
zmiażdżoną, drgającą masę. Zagryza dolną wargę. Najia kocha ją w tym
momencie, kocha chłopaczka, z którym wymieniła spojrzenia, kocha
wszystkich i wszystko na tej drewnianej arenie. Serce jej się szarpie,
oddech pali, pięści ma zaciśnięte i drżące, źrenice rozszerzone, a mózg
rozpłomieniony. Jest żywa i święta na osiemset procent. Znów nawiązuje
kontakt wzrokowy z Ewidentnym Łobuzem. Kiwa głową, ale widzi, że musiał
sporo przegrać.
Zwycięzcy występują na ring, by przyjąć owacje tłumu. Konferansjer
krzyczy przez głośniki, ręce rzucają na stolik bukmacherów kasę kasę
kasę. Po to właśnie przyjechałaś do Bharatu, mówi sobie Najia. Żeby tak
poczuć życie, śmierć, iluzję i rzeczywistość. Żeby coś przegryzło się
przez tę pieprzoną, rozsądną, zdrową, tolerancyjną Szwecję. Żeby
spróbować czegoś szalonego i krwawego. Sutki jej stwardniały. Wie, że
jest wilgotna. Wypiera się tego, że ściągnęła ją tutaj ta wojna, wojna o wodę, której nadejścia wszyscy się tak boją. Ona się nie boi. Pragnie
tej wojny. Bardzo bardzo.
Rozdział 5
Lisa
Czterysta pięćdziesiąt kilometrów ponad Zachodnim Ekwadorem Lisa Durnau
wbiega w stadko bobetów. Rozpierzchają się, zrywają na potężne nogi i uciekają z uniesionymi semaforowymi grzebieniami. Baldachimowy las
odbija ich świergotliwe okrzyki ostrzegawcze. Pasące się młode unoszą
głowy, w przestrachu wymachując przednimi łapami, po czym piszczą i nurkują rodzicom do toreb. Wysokie do pasa zaurotorbacze rozbiegają się
dwoma przestraszonymi skrzydłami od Lisy w jej legginsach, topie i butach do biegania; młode desperacko próbują wepchnąć się głową naprzód
między fałdy na brzuchach. To jeden z najbardziej udanych gatunków Biomu
161. W lasach symulowanego Ósmego Miliona Przed Naszą Erą jest od nich
aż czarno. W Alterre w jeden prawdziwy dzień upływa sto tysięcy lat,
więc jutro mogą wymrzeć - kiedy zmiany klimatyczne wysuszą ten wysoki,
wilgotny las parasolowych drzew. Jednakże w obecnej ekologicznej chwili,
wycinku czasowym tego, co jest w innej epoce, na innej Ziemi, będzie
północną Tanzanią, teraźniejszość należy do nich.
Tupot i pośpiech bobetów płoszy grupkę tranterów, wspiętych na tylne
łapy, wysysających liście drzewa trudeau. Wielkie, powolne drzewożerne
stwory opadają na dłuższe tylne nogi i bezładnie rozbiegają się galopem.
Płyty wewnętrznego pancerza poruszają się jak maszyny pod pasiastą jak
kora wierzbowa skórą. Kamuflaż - William Morris, myśli Lisa Durnau.
Flora - René Magritte. Drzewa trudeau to idealne półkule liści, rozsiane
regularnie po równinie, jak ćwiczenie z rozkładu losowego. Niektóre z gałęzi rodzą pąki, kołyszące się wahadłowo na wietrze. Potrafią
rozrzucić nasiona w promieniu stu metrów, jak strzałkowce do rozpędzania
demonstracji. Stąd właśnie bierze się ich matematyczna regularność.
Żadne trudeau nie wyrośnie w cieniu innego; ale w koronie tego lasu żyje
prawdziwa obfitość gatunków.
Między drzewami migają jakieś cienie - stadko pasożytniczych beckhamów
odskakuje od martwego trantera, w którym złożyły jaja. Szybujący wysoko
ystavat nurkuje, spada, zygzakuje i zagarnia nieruchawego zauroperza w sieć ze skóry rozpiętą między tylnymi nogami. Szamotanina, rozpruwający
cios dzioba i myśliwy znów się wznosi. Niezniszczalna, nienaruszalna
Lisa Durnau biegnie dalej. Żaden bóg nie bywa śmiertelny we własnym
świecie, a ona przez ostatnie trzy lata była reżyserem, zarządzającym i mediatorem Alterre, Ziemi równoległej ewoluującej w przyspieszonym
tempie na jedenastu i pół miliona komputerów w Prawdziwym Świecie.
Beckhamy. Trantery. Trudeau. Lisa Durnau uwielbia tę figlarność
taksonomii Alterre. Zasady astronomii zastosowane do biologii
alternatywnej - znajdujesz coś czającego się na twoim twardym dysku,
możesz to nazwać. Stąd mcconkeye, mastroianni, ogunwe, hayakawy i nowaki. Hammadi, cuestry i bjorki.
Bardzo to w stylu Lulla.
Złapała już własny rytm. Mogłaby tak biec w nieskończoność. Niektórzy
słuchają przy tym muzyki. Niektórzy czatują, czytają pocztę, albo
wiadomości. Inni każą swoim aeai-asystentom informować się o zadaniach
na dzień. A Lisa Durnau sprawdza, co nowego w dziesięciu tysiącach
biomów przetwarzanych na jedenastu i pół miliona komputerów
uczestniczących w największym ewolucyjnym eksperymencie. Jej standardowa
trasa to pętla wokół kampusu Kansas University, gdzie wspaniały,
tajemniczy bestiariusz nakłada się na ruch uliczny Lawrence. Zawsze
znajdzie się coś, co zadziwi i zachwyci, jakieś nowe nazwisko z książki
telefonicznej dyndające na niesamowitym stworzeniu, które kłami i pazurami wydostało się z krzemowej dżungli. Kiedy na węźle Biome 158 w Guadalajarze czystym ewolucyjnym trafem z owadów wyewoluowały
okrytostawowe, poczuła tę ekscytującą satysfakcję, jaką budzi
niespodziewany zwrot akcji. Nikt nie przewidział lopezów, ale tkwiły,
uśpione, w samych regułach gry. Dwa dni później w szkole podstawowej w Lancashire wyewoluowały rozmnażające się pasożytniczo beckhamy i owładnęło nią to samo. Nie daje się tego przewidzieć.
A potem wystrzelono ją w kosmos. Tego też się nie spodziewała.
Dwa dni temu przebiegała swoje kółko wokół uczelni, mijając mellitowe
budynki dla kadry, z Alterre nałożoną na kansaskie lato. Przy
akademikach zawróciła: prysznic, szampon, gabinet. Kiedy do niego
weszła, odsączając skręconym papierowym ręcznikiem wodę z uszu, czekała
na nią kobieta w garsonce. Okazała dokumenty tożsamości i uprawnienia do
różnych czynności - Lisa nawet nie wiedziała, że jej państwo takich
czynności potrzebuje - i trzy godziny później Lisa Durnau, dyrektor
Symulatora Ewolucji Alterre, znalazła się na pokładzie rządowego
naddźwiękowego transportowca, dwadzieścia dwa tysiące metrów nad
środkowym Arkansas.
Federalna powiedziała jej, że jest ścisły limit wagi bagażu, Lisa jednak
i tak zapakowała sobie strój do biegania. Traktowała go jak przyjaciela.
Wzięła go ze sobą na drogi Centrum Kosmicznego Kennedy'ego, żeby się
rozprostować, rozejrzeć, spróbować spojrzeć z innej perspektywy na to,
gdzie jest i co jej rząd chce z nią zrobić. W zachodzącym po drugiej
stronie lagun słońcu przebiegła wzdłuż stojących jak wartownicy rzędów
rakiet, starych silników na paliwo stałe, pocisków i ciężkich dźwigów
startowych. Majestatyczne, groźne maszyny, teraz powbijane w ziemię jak
pale, stojące bez sensu, o cieniach długich jak kontynenty.
Po czterdziestu ośmiu godzinach zaliczyła kolejne kółka na kolistej
bieżni Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, przemieszczającej się nad
południową Kolumbią. Oczyma zanurzonymi w Alterre widziała wznoszący się
w oddali, pod osłoną drzewa trudeau, zamek krijceków. Krijceki to
ewolucyjni nowobogaccy Biomu 163, z południowo-wschodniego wybrzeża
Afryki. Gatunek dinozaurów wielkości palca, który wykształcił kolonie o zaawansowanej strukturze społecznej, opartej na kolorze skóry i herkulesowej architekturze. Ma bezpłodne robotnice, rozpłodowe trutnie i składające jaja królowe - wszystko. Nowa kolonia zaczyna od małego
podziemnego bunkra i rozprzestrzenia się, zamieniając wszystko co
organiczne na pulpę i ugniatając ją zręcznymi małymi rączkami w potężne
pomosty, wieże, przypory i sklepione komory na jaja. Czasem Lisa Durnau
żałuje, że nie może sprzeciwić się zasadom nazewnictwa Lulla: choć
"krijcek" brzmi odpowiednio groźnie, wolałaby nazwać je
"gormenghastami".
Sygnał w ośrodku słuchowym mówi jej, że tętno osiągnęło już odpowiednią
wartość liczbową przez odpowiedni czas. Nadrobiła zaległości. Zebrała
się w garść dzięki nierzeczywistości Alterre. Stopniowo się zatrzymuje,
wchodzi w tryb ochłonięcia i wyskakuje z Alterre. Wirówka
Międzynarodowej Stacji Kosmicznej to pierścień o stumetrowej średnicy,
kręcący się tak, by dawać jedną czwartą ziemskiego ciążenia. Unosi się
stromo przed nią i za nią; Lisa stale znajduje się na dnie odśrodkowej
studni grawitacyjnej. Wiszące rośliny dodają trochę zieleni, ale nic nie
jest w stanie zatuszować, że wokół nic, tylko aluminium, włókno węglowe,
plastik, a za nim - nic. NASA nie robi okien w swoich statkach. Jak
dotąd, kosmos jest dla Lisy Durnau pełzaniem z jednego hermetycznego
pomieszczenia do drugiego.
Rozciąga się i przeciąga. Słabsza grawitacja inaczej obciąża inne grupy
mięśniowe. Zrzuca podeszwy do biegania, napina palce stóp, stojąc na
metalowym plastrze miodu. Oprócz narzuconego przez NASA intensywnego
reżimu ćwiczeń bierze suplementy wapniowe - jest w tym wieku, gdy
kobieta zaczyna myśleć o własnych kościach. Nowicjusze na ISS mają
opuchnięte twarze i kończyny górne, bo w ciele przemieszczają im się
płyny; jednoroczniacy wyglądają smukło, lekko i kocio; ale weteranom
zaczynają się zjadać własne kości. Większość czasu spędzają w starym
centrum, z którego stacja rozrastała się chaotycznie podczas swej
półwiecznej historii. Nieliczni schodzą do nieczystej grawitacji,
odśrodkowej czy innej. Legenda mówi, że nie daliby rady. Lisa Durnau
wyciera się wilgotną chusteczką, chwyta szczebel na ścianie i ręka za
ręką wspina się wzdłuż szprychy do rdzenia stacji. Czuje, jak jej waga
maleje wykładniczo; może złapać kolejny uchwyt i podciągnąć się w górę o dwa, pięć, dziesięć metrów. Zaraz ma w rdzeniu spotkanie z Federalną.
Jakiś weteran nurkuje ku niej, w połowie drogi wykonując eleganckie
salto, żeby skierować stopy w dół. Kiwa głową i przetacza się obok Lisy,
która przy jego elastyczności czuje się jak słoń morski, ale kiwnięcie
głową jest pocieszające. Najcieplejsze z powitań na jakie stać ISS.
Pięćdziesiąt osób to na tyle mało, żeby ze wszystkimi być po imieniu,
ale wystarczająco dużo, by pojawiła się polityka. Czyli tak jak na
uczelni. Fizyczność przestrzeni kosmicznej podoba się Lisie, ale żałuje,
że budżet nie wysilił się na okna.
***
Szok numer dwa przyszedł pierwszego ranka w centrum Kennedy'ego, gdy
siedziała na werandzie z widokiem na ocean, a pokojówka nalewała jej
kawę. Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że dr Lisa Durnau, biolog
ewolucyjny, zniknęła bez śladu, uprowadzona przez własne państwo. Nie
zdziwiła się, słysząc od kobiety w garsonce, że ma zostać wysłana w kosmos. Departament Stanu nie przerzucał ludzi naddźwiękowymi samolotami
do Kennedy'ego, żeby mogli sobie poobserwować życie ptaków. Kiedy
skonfiskowano jej palmera i zastąpiono go modelem bez funkcji gadania,
była to niedogodność, ale nie szok. Zdumienie, ale nie szok, kiedy
odkryła, że opróżniono dla niej cały hotel. Siłownia, basen, pralnia.
Wszystko tylko dla niej. Dzwoniąc po obsługę, czuła przyzwoite,
prezbiteriańskie poczucie winy, dopóki nikaraguańska pokojówka nie
oznajmiła jej, że ma dzięki temu coś do roboty. To znaczy, sama
pokojówka powiedziała, że pochodzi z Nikaragui. Nalewała jej kawę - w tym samym momencie oszałamiającej paranoi przyszedł drugi szok: Lull
przecież też zniknął. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że to cokolwiek
innego niż reakcja na rozpad małżeństwa.
Na następnym spotkaniu Lisa Durnau postawiła się Garniturzycy, która
miała na nazwisko Suarez-Martin, wymawiane z hiszpańskim akcentem.
- Muszę wiedzieć - powiedziała, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę,
nieświadomie powielając swoją rutynową rozgrzewkę. - Czy to samo stało
się z Thomasem Lullem?
Federalna zajęła sobie na gabinet apartament menedżerski. Siedziała
zwrócona plecami do panoramicznego okna wychodzącego na rakiety i pelikany.
- Nie wiem. Ale rząd Stanów Zjednoczonych nie miał nic wspólnego z jego
zniknięciem. Ma pani moje słowo.
Lisa Durnau przeżuła tę odpowiedź parę razy.
- No dobra, to dlaczego ja? O co tu chodzi?
- Na pierwsze pytanie mogę udzielić odpowiedzi.
- No to już.
- Wzięliśmy panią, bo nie mogliśmy jego znaleźć.
- A drugie?
- Też będzie odpowiedź, ale nie tutaj. - Przesunęła po blacie plastikowy
worek. - To będzie pani potrzebne.
Na worku widniało logo NASA, w środku był jeden standardowy kombinezon
pod skafander, jaskrawożółty, taki sam rozmiar dla wszystkich.
Gdy ponownie zobaczyła Suarez-Martin, federalna nie miała już na sobie
garsonki. Leżała przypięta do przeciwprzeciążeniowej leżanki, spod
lotniczego skafandra na nadgarstkach i pod szyją wystawały jej skrawki
żółtego ubranka NASA. Oczy miała zamknięte, a usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie, choć Lisa odniosła wrażenie, że to rytuał strachu
przed czymś znanym, a nie zupełnie nowym. Taki lotniskowy różaniec.
Pilot zajmował leżankę po lewej. Zajęty przedstartowymi testami i sprawdzaniem łączności, potraktował Lisę jak każdy inny ładunek.
Wierciła się na leżance i czuła, jak żel przemieszcza się i dostosowuje
do kształtów jej ciała - nieprzyjemnie intymne wrażenie. Daleko pod nią,
w głębi wyrzutni, ładował się już trzydziestoterawatowy laser o promieniu skupionym na parabolicznym lustrze pod jej tyłkiem. Zaraz
wystrzelą mnie w kosmos na końcu promienia świetlnego, gorętszego niż
słońce, pomyślała, zdumiewając się spokojem, z jakim rozważała tę
szaloną koncepcję. Może to niewiara w odruchu obronnym? A może
nikaraguańska pokojówka wrzuciła jej coś do kawy? Kiedy próbowała
zdecydować, odliczanie dotarło do zera. Komputer kontroli startów
odpalił wielki laser. Powietrze pod Lisą zapłonęło i wykopało lekki
stateczek z przyspieszeniem trzech g na orbitę. Dwie minuty później
przyszła jej do głowy myśl tak absurdalna, że nie powstrzymała się przed
chichotem, od którego przez żelową leżankę przeszły fale. Patrzcie no!
Szczyt świata. Najbardziej ekskluzywne biuro podróży na świecie. Klub
osiemsettysięczników! I to wszystko w czymś, co wygląda jak designerski
wyciskacz do pomarańcz.
Właśnie wtedy trzeci szok podkradł się znienacka i rzucił na nią. Była
to świadomość, jak niewielu ludziom będzie jej brakować.
***
Naszywka identyfikacyjna na żółtym kombinezonie mówi "Daley
Suarez-Martin". Federalna należy do osób, które urządzą sobie biuro
gdziekolwiek, choćby w klitce pełnej zafoliowanej karmy dla astronautów.
Palmer, butelka z wodą, płaski ekranik i zdjęcia rodzinne przypięte
rzepami do ściany, tworząc łuk: trzy pokolenia Suarezów-Martinów
ustawione na ganku wielkiego domu między palmami w wielkich terakotowych
donicach. Ekranik telewizyjny jest ustawiony na zegar i mówi Lisie, że
jest 1:15 Greenwich. Wykonuje odejmowanie. Środowy wieczór, byłaby teraz
w Tacorofico Superica i piła trzecią margaritę, z bandą tych co zawsze
znajomych.
- Jak tam adaptacja? - pyta Daley Suarez-Martin.
- Eee... no, w porządku. Naprawdę. - Wciąż coś ją delikatnie boli w tyle
głowy, trochę jak przy pierwszym użyciu lighthoeka. To pewnie resztki
leków przeciwko startowemu urazowi, które wypociła w kołowrotku dla
chomików. W nieważkości czuje się potwornie obnażona. Nie wie co zrobić
z rękami. Piersi sterczą jej jak lufy armat.
- Nie będzie tu pani długo siedzieć, naprawdę - mówi Daley
Suarez-Martin. Na orbicie uśmiecha się dużo częściej niż w Kennedym albo
w gabinecie Lisy w Lawrence. Nie bardzo można emanować urzędowym
autorytetem w ubranku, które wygląda jak strój olimpijskiego
saneczkarza. - Na początek jestem pani winna przeprosiny. Nie
poinformowaliśmy pani do końca o stanie faktycznym.
- O niczym mnie nie poinformowaliście. Spodziewam się, że chodzi o projekt Tierra, i to dla mnie wielki zaszczyt brać udział w tej misji,
ale naprawdę na co dzień pracuję w zupełnie innym kosmosie.
- To jest pierwsza taktyczna zmyłka - oznajmia Daley Suarez-Martin.
Zagryza dolną wargę. - Nie ma żadnej misji Tierra.
Lisa Durnau rozdziawia usta.
- Ale cały ten Epsilon Indi...
- To akurat prawda. Jest tam Tierra. Po prostu wcale się na nią nie
wybieramy.
- Zaraz, zaraz, zaraz. Widziałam ten żagiel świetlny. W telewizji.
Cholera, gapiłam się nawet, kiedy umieszczaliście go w punkcie L5 i wyciągaliście, podczas tej testowej misji. Znajomi mają teleskop.
Oglądaliśmy wszystko na monitorku, przy grillu.
- Oczywiście, że mogła to pani widzieć. Żagiel świetlny jest
stuprocentowo prawdziwy i instalowaliśmy go w piątym punkcie Lagrange'a.
Tylko że to nie był test. To była właściwa misja.
W tym samym roku, kiedy Lisa Durnau dostała się do drużyny piłki nożnej
szkoły średniej Fremont High i przekonała, że rockersi, basenowe imprezy
i seks nieszczególnie się komponują, NASA odkryła Tierrę. Pozasłoneczne
układy planetarne wyskakiwały z wielkiej czerni tak szybko, że
taksonomowie nie nadążali z wertowaniem słowników mitów i baśni w poszukiwaniu nazw, lecz kiedy rozeta siedmiu teleskopów Obserwatorium
Darwina przyjrzała się bliżej odległemu o dziesięć lat świetlnych
Epsilonowi gwiazdozbioru Indianina, odkryła przytuloną blisko do tego
słońca bladą niebieską kropkę. Wodny świat. Ziemski świat. Spektroskopy
nacięły atmosferę i znalazły tlen, azot, CO2, parę wodną i złożone węglowodory, które
mogły powstać tylko na skutek aktywności biologicznej. Coś tam sobie
żyło, blisko słońca, w wąskiej nadającej się do zamieszkania strefie
Epsilona Indi. Może owady. A może ludzie, obserwujący tymczasem przez
teleskopy naszą własną błękitną kropeczkę blisko Słońca. Zespół
odkrywców ochrzcił planetę Tierrą. Pewien Teksańczyk natychmiast
ogłosił, że przejmuje ją na własność, razem ze wszystkim, co na niej
mieszka. Właśnie dzięki tej historii Tierra przebiła się przez plotki o gwiazdach i morderstwie miesiąca do gadek przy kasie w supermarkecie.
Kolejna Ziemia? Ciekawe, jaka tam pogoda? Jak można być właścicielem
planety? Normalnie, wystarczyło złożyć wniosek. Tak jak połowa twojego
DNA należy do jakiejś firmy biotech. Kiedy idziesz z kimś do łóżka,
zawsze łamiesz prawa autorskie.
Potem nadeszły obrazy. Darwin miał na tyle dobrą rozdzielczość, że było
widać ukształtowanie powierzchni. Mapa Tierry z jej trzema kontynentami
i potężnymi oceanami zawisła na ścianie w każdej cywilizowanej szkole.
Kiedy Lisa Durnau realizowała swój projekt alternatywnej ewolucji na
pierwszym roku w University of California w Santa Barbara, miała ją na
swoim wygaszaczu ekranu, na przemian ze zdjęciem Emina Perry'ego,
mistrza olimpijskiego w biegach na pięć kilometrów. NASA opracowała
wizję wysłania tam międzygwiezdnej sondy, wspólnie z firmą First Solar,
orbitalno-energetycznym ramieniem koncernu EnGen, która proponowała
wykorzystanie swojego systemu orbitalnych maserów oraz żagla świetlnego.
Przelot miał zająć dwieście pięćdziesiąt lat. Kiedy harmonogramy
wydłużyły się jeszcze bardziej, Tierra cofnęła się w tło społecznej
percepcji, a Lisa stwierdziła, że bardziej interesuje ją eksploracja
dziwnych światów i odkrywanie nowych form życia w kosmosie własnego
komputera. Alterre była równie realna jak Tierra, a ekspedycje o wiele
łatwiejsze i tańsze.
- Nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi - mówi teraz, naprawdę w kosmosie.
- Sonda na Tierrę to projekt w fazie slajdów do prezentacji - odpowiada
Suarez-Martin. Włosy ma spięte do tyłu skomplikowanym systemem
brokatowych spinek. Krótkie loki Lisy unoszą się wokół niej jak
mgławica. - Prawdziwa misja polegała na skonstruowaniu kosmicznego
napędu, na tyle mocnego, żeby móc wprowadzić spory obiekt w orbitalny
punkt Lagrange'a.
- Jaki "spory obiekt"? - Lisa Durnau nie potrafi skojarzyć niczego, co
przytrafiło się jej przez ostatnie pięćdziesiąt pięć godzin, z niczym z poprzednich trzydziestu siedmiu lat doświadczenia. Mówią jej, że to
kosmos, a tu jest gorąco, śmierdzi skarpetkami i nic nie widać. Twój
rząd wykonuje ci przed nosem największą iluzjonistyczną sztuczkę w historii, ale nikt tego nie zauważa, bo wszyscy gapią się na ładne
obrazki.
- Asteroidę. Tę tutaj. - Daley Suarez-Martin wyczarowuje grafikę na
ekranie. Standardowy kartofel z głębokiego kosmosu, w niezbyt dobrej
rozdzielczości. - Nazywa się Darnley 285.
- Musi być bardzo szczególna - mówi Lisa. - Co, chce nam wyryć drugi
krater Chicxulub?
Federalna wygląda na zadowoloną. Wyświetla kolejną grafikę, krzyżujące
się barwne elipsy.
- Darnley 285 to asteroida, której tor przecina się z Ziemią, wykryta
przez system NEAT w roku dwa tysiące dwudziestym siódmym. Proszę
popatrzeć na tę animację. - Postukuje w żółtą elipsę, z jednej strony
bliską Ziemi, z drugiej sięgającą poza Marsa. - Najbliższy punkt orbity
ma wewnątrz orbity Księżyca.
- Blisko, jak na obiekt typu NEO - stwierdza Lisa. Widzisz, też umiem
gadać po waszemu.
- Okres obiegu Darnleya 285 to tysiąc osiemdziesiąt pięć dni; za
następnym razem może się zbliżyć na tyle, by stanowić statystyczne
ryzyko. - Animacja przechodzi o włos od błękitnej Ziemi.
- Więc zbudowaliście żagiel świetlny, żeby odsunąć ją na bezpieczną
odległość.
- Żeby ją przesunąć, ale nie chodzi o bezpieczeństwo. Proszę się uważnie
przypatrzeć. To jest orbita wyliczona na rok dwa tysiące trzydziesty. A to faktyczna. - Pojawia się gruba, żółta elipsa. Dokładnie taka sama,
jak orbita z roku dwa tysiące dwudziestego siódmego - ciągnie Federalna.
- Bliska interakcja z NEO Sheringham 12 przy kolejnym obiegu powinna
spowodować, że przy następnym podejściu jest jeszcze bliżej, sto
osiemdziesiąt tysięcy kilometrów. A jednak, w dwa tysiące trzydziestym
trzecim... - Wyświetla się kolejna, kropkowana parabola, zaobserwowany
tor: identyczny jak w roku roku dwa tysiące dwudziestym siódmym. - To
anormalna sytuacja.
- Pani twierdzi...
- Niezidentyfikowana siła koryguje orbitę Darnleya 285, utrzymując go w tej samej odległości od Ziemi.
- Jezus - szepcze Lisa Durnau, córka kaznodziei.
- Przy podejściu w roku roku dwa tysiące trzydziestym dziewiątym
wysłaliśmy tam sondę. Misja była ściśle tajna. Coś znaleźliśmy. Potem
rozpoczęliśmy większy projekt, żeby to ściągnąć. To właśnie była misja z żaglem świetlnym, przykrywką był Epsilon Indi. Musieliśmy ściągnąć tę
asteroidę w miejsce, gdzie da się jej dokładnie, porządnie przyjrzeć.
- I co tam znaleźliście?
Daley Suarez-Martin uśmiecha się.
- Jutro tam panią wyślemy. Zobaczy pani na własne oczy.
Rozdział 6
Lull
Wpół do dwunastej i skacze już cały klub. Reflektory na wysięgnikach
obrysowują owal piasku. Ciała ciągną do światła jak ćmy. Poruszają się,
ocierają, oczy zamknięte w ekstazie. Powietrze pachnie zużytym dniem,
grubymi warstwami potu i wolnocłowymi "Chanel". Dziewczyny noszą
tegoroczne luźne, krótkie sukienki bez talii, dwuczęściowe kostiumy z zeszłego lata, od czasu do czasu klasyczne stringi z paskami w kształcie
"V". Chłopcy jak jeden mąż z nagimi torsami i zwojami biżuterii na szyi.
Wróciły wiechciowate bródki, irokezy są już mocno zeszłoroczne, malowane
na ciele tribale niemal śmiertelnie niemodne, a na top wychodzą
dekoracyjne blizny, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Thomas Lull
cieszy się, że zdechły australijskie stringi eksponujące penisa. Pracuje
na imprezach u braci Ghosht przez ostatnie trzy sezony, biorąc kasę pod
stołem, i naoglądał się już szybkich przypływów i odpływów mody w kulturze młodzieżowej, ale te sznureczki ciągnące je do góry jak
peryskopy...
Siada na miękkim, zadeptanym, szarym piasku, opierając przedramiona na
podciągniętych kolanach. Morze jest dziś niezwykle ciche, linia wody
prawie bez zmarszczek. Gdzieś nad nią krzyczy ptak. Powietrze jest
nieruchome, gęste, wymęczone. Zupełnie nie ma posmaku monsunu. Rybacy
mówili, że odkąd Bengalczycy przeciągnęli swój kawał lodu wzdłuż Tamil
Nadu, pochrzaniły się wszystkie prądy. Za jego plecami ciała poruszają
się w kompletnej ciszy.
Z ciemności wyłaniają się sylwetki. Dwie białe dziewczyny w sarongach i bluzkach bez pleców. Włosy brudnoblond i ta przesadna skandynawska
opalenizna, podkreślana jeszcze przez blade nordyckie oczy. Są boso,
trzymają się za ręce. Ile wy macie lat, dziewiętnaście, dwadzieścia? -
zastanawia się Thomas Lull. Z tą waszą wzmacnianą opalenizną, z majtkami
od bikini pod wyprasowanymi turystycznym żelazkiem sarongami. To wasz
pierwszy przystanek, zobaczyłyście coś na stronie internetowej dla
turystów-wędrowców, coś akurat na tyle szalonego, żebyście zechciały
sprawdzić, czy spodoba się wam w dzikim świecie. Nie mogłyście się już
doczekać, kiedy uciekniecie ze swojej Uppsali czy Kopenhagi i zrobicie
wszystko to, co kipi wam w sercu.
- Hej tam! - woła półgłosem Thomas Lull. - Jeśli chcecie wziąć udział w imprezie, muszę sprawdzić parę rzeczy. Dla waszego własnego
bezpieczeństwa. - Zręcznie jak szuler wyciąga zestaw do skanowania.
- Jasne - mówi niższa, bardziej złotowłosa dziewczyna. Thomas Lull
przepuszcza przez skaner jej garść pigułek i plasterków.
- Z tych rzeczy nic nie zrobi z ciebie warzywka. Danie dnia to Transic
Too, nowy emotyk, dostaniesz od dowolnej osoby w pobliżu sceny. A teraz,
pani szanowna... - Zwraca się do wytrzeszczonej plażowej Wikingi, która
zaczęła imprezować już wcześniej. - Muszę sprawdzić, czy nie wejdzie w interakcję z czymś, co już sobie wrzuciłaś. Proszę... - Zna procedurę,
ślini palec, przesuwa nim po płytce czujnika. Wszystko zapala się na
zielono. - Nie ma problemu. Życzę paniom miłej zabawy. Przypominam, że
impreza jest ściśle bezalkoholowa.
Kiedy przepychają się na środek cichego kłębowiska, przypatruje się ich
tyłkom, widocznym pod prześwitującymi sarongami. Dalej trzymają się za
ręce. Fajnie, myśli Lull. Ale emotyki napawają go lękiem. Komputerowe
uczucia zmiksowane przez nielicencjonowane aeai poziomu 2,95 w bharackich sundarbanach, a potem hodowane i krzyżowane w butelce po coli
w jakiejś garażowej fabryczce i przelane na plasterki do przyklejania,
pięćdziesiąt dolców sztuka. Łatwo poznać, kto je brał. Te grymasy,
uśmiechy, wyszczerzone zęby i niesamowite odgłosy ciał usiłujących
wyrazić emocje niemające odpowiednika w ludzkich potrzebach ani
doświadczeniu. Nigdy nie spotkał nikogo, kto umiałby mu powiedzieć, jak
się wtedy czuje. Choć właściwie nigdy też nie spotkał kogoś, kto umiałby
opowiedzieć o naturalnych ludzkich emocjach. Wszyscy jesteśmy
programowymi duchami chodzącymi na rozproszonej sieci Brahmy.
Ten ptak dalej gdzieś tam krzyczy.
Thomas zerka przez ramię na milczącą imprezę - każdy z tancerzy we
własnej prywatnej bańce, podryguje do spreparowanego tylko dla niego
rytmu emitowanego przez łącze hoeka. Oszukuje sam siebie, że pracuje w te imprezowe noce, bo potrzebna mu gotówka - tak naprawdę ciągnie go do
ludzkich skupisk. Jednocześnie pragnie i obawia się tego obserwowanego u tancerzy samozatracenia, zlania się w jedną, nieświadomą całość,
odrębności i jedności zarazem. Ta sama miłość i odraza, którą zwabiło go
rozczłonkowane ciało Indii, jedna ze stu najbardziej rozpoznawalnych
twarzy Ziemi, wtasowanych w wyzwalające i przerażające półtora miliarda
pozbawionych twarzy mieszkańców subkontynentu. Odwracasz się, odchodzisz
i znikasz. Ta umiejętność rozpłynięcia się w tłumie ma i drugą stronę
medalu: Thomas Lull potrafi wykryć w stadzie indywidualności osoby
niezwykłe, niepasujące do stada.
Ona porusza się pod prąd tłumu, na wskroś ciał, pod włos nocy. Jest
ubrana na szaro. Skórę ma bladą, pszeniczną, indoaryjską. Krótkie,
chłopięce, bardzo lśniące włosy z nutką czerwieni. Duże oczy. Oczy
gazeli, opiewane przez poetów w języku urdu. Wygląda niesamowicie młodo.
Na czole ma trójpasiastą tilakę Wisznu. Nie wygląda z nią głupio. Kiwa
głową, uśmiecha się; fala ciał zamyka się wokół niej. Thomas Lull
próbuje ustawić się tak, by ją widzieć, samemu nie będąc widzianym. To
nie żądza, pożądanie, hormony czterdziestoparolatka. To najzwyklejsza
fascynacja. Musi jeszcze na nią popatrzeć, dowiedzieć się czegoś więcej.
- Przepraszam. - Australijska para, chce, żeby sprawdzić ich towar.
Thomas Lull przepuszcza go przez skaner, jednocześnie obserwując
imprezę. Szarość to tutaj idealny kamuflaż. Wtopiła się we wzajemne
oddziaływania poruszających się w ciszy kończyn.
- Okej. Wszystko gra. Ale na stroje eksponujące penisa mamy tu zero
tolerancji.
Gość marszczy czoło. Won stąd, daj mi się zająć moją rozrywką. O, tam
jest, koło decków. Chłopcy bhati flirtują z nią. Nienawidzi ich za to.
Wróć do mnie. Waha się i pochyla głowę, szukając słowa. Przez chwilę
wydaje mu się, że zaraz kupi coś produkcji Bangalore Bombastic. Nie
chce, żeby to zrobiła. Ona jednak kręci głową i idzie dalej. Znów znika
pośród ciał. Thomas Lull stwierdza, że ją śledzi. Świetnie się wtapia w tłum. Nie nosi hoeka. To jak odbiera muzykę? Thomas Lull przesuwa się na
skraj miejsca do tańca. Uświadamia sobie, że ona tylko z pozoru tańczy.
Tak naprawdę robi coś innego, chłonie zbiorowy nastrój i porusza się
zgodnie z nim. Cholera, kim ona jest?
Potem jej taniec ustaje. Mruży oczy, otwiera usta, wstrzymuje oddech.
Przyciska dłoń do falującej piersi. Nie może oddychać. Nachyla się,
próbując pozbyć się ucisku w płucach. Thomas Lull świetnie zna te
objawy. Ten wróg to jego stary znajomy. Dziewczyna stoi pośrodku cichego
tłumu i walczy o oddech. Nikt nie widzi. Nikt nie wie. Głusi i ślepi w prywatnych tanecznych bańkach. Thomas Lull toruje sobie drogę między
ciałami. Nie do niej, lecz do tych Skandynawek.
Na skanerze ma odczyt ich towaru. Zawsze znajdzie się ktoś, kto spróbuje
na chama podkręcić wpływ salbutamolu na reduktazę ATP.
- Potrzebne mi twoje piguły, szybko.
Złotowłosa patrzy na niego, jakby był niesamowitym obcym z Antaresa.
Może dla niej i jest. Grzebie w różowej torebeczce "Adidasa".
- Masz.
Lull wyciska białoniebieskie tabletki. Szara dziewczyna oddycha teraz
bardzo płytko, wsparła ręce na biodrach, w przerażeniu szuka wzrokiem
pomocy. Lull przepycha się między imprezowiczami, rozgniatając małe
żelatynowe kapsułki i potrząsając nimi w dłoni.
- Otwórz usta - rozkazuje. - Na trzy wdech i trzymaj do dwudziestu. Raz,
dwa, trzy.
Przyciska jej do ust złożone dłonie i mocno dmucha między kciuki,
wdmuchując jej proszek do płuc. Zamyka oczy, liczy. Thomas Lull łapie
się na tym, że patrzy na jej tilakę. W życiu takiej nie widział. Wygląda
jak wtopiony w skórę plastik, albo goła kość. Nagle czuje, że musi jej
dotknąć. Jego palce są już o milimetr od ciała dziewczyny, kiedy ona
otwiera oczy. Lull pospiesznie cofa dłoń.
- Teraz lepiej?
Dziewczyna kiwa głową.
- Tak. Dziękuję.
- Trzeba było wziąć ze sobą jakieś leki. Mogło ci się stać coś
poważnego. Ci ludzie są jak duchy. Mogłabyś tu umrzeć, a oni by nad tobą
tańczyli. Chodź.
Prowadzi ją przez labirynt ślepych tancerzy na ocieniony piasek.
Dziewczyna siada, rozstawiając bose stopy na zewnątrz. Thomas Lull klęka
obok. Ona pachnie drzewem sandałowym i płynem do płukania tkanin.
Dwadzieścia lat doświadczenia ze studentami pozwala mu określić jej wiek
na jakieś dwadzieścia, może dziewiętnaście lat. Lull, daj spokój.
Uratowałeś jakąś dziwną, zabłąkaną dziewczynkę przed atakiem astmy i od
razu wyciągasz przedpodrywową listę kontrolną. Trochę godności.
- Strasznie się bałam - mówi. - Głupia jestem, mam inhalatory, ale
zostawiłam je w hotelu... Nie przyszło mi do głowy...
Dla mniej doświadczonego ucha jej miękki akcent brzmiałby jak angielski,
Lull jednak rozpoznaje nosowy przydech z Karnataki.
- Masz szczęście, że Pan Astma usłyszał swoim superuchem, jak się
dusisz. No, chodź. Na dzisiaj koniec imprezy. Gdzie mieszkasz?
- Palm Imperial Guest House.
Porządny hotel, nietani, popularniejszy raczej wśród starszych turystów.
Thomas Lull zna foyer i bary wszystkich hoteli na trzydzieści kilometrów
w obie strony kokosowego wybrzeża. W niektórych zna także pokoje.
Młodziaki z plecakami i studenci na dziekankach wolą plażowe budy.
Takich też trochę widział. Zabił w nich parę węży.
- Odprowadzę cię. Achuthanandan się tobą zajmie. Miałaś lekki szok,
musisz teraz odpocząć.
Ta tilaka: jest pewien, że ona się rusza. Tajemnicza dziewczyna wstaje.
Nieśmiało, oficjalnie, podaje mu rękę.
- Bardzo dziękuję. Bez ciebie byłabym w poważnych tarapatach.
Thomas Lull ujmuje dłoń. Smukła, estetyczna, miękka i sucha.
Dziewczyna nie potrafi spojrzeć mu w oczy.
- Taki zawód Pana Astmy.
Idzie z nią ku światłom, między palmami. Jest przypływ, drzewa się
ożywiają. Lampy na werandzie hotelu tańczą i migoczą za woalem liści.
Plażowa impreza za jego plecami wydaje się nagle wymęczona i czerstwa.
Wszystko, co przed jej poznaniem było cenne i ważne, ma teraz blady
posmak starości. Może nadchodzi monsun, może znów owieje go wiatr.
- Jak chcesz, mogę cię nauczyć takiej prostej techniki. Jak byłem mały,
bardzo męczyła mnie astma; to taka sztuczka z oddychaniem, wpływa na
wymianę gazową. Całkiem prosta. Nie miałem ataku od dwudziestu lat, więc
będziesz mogła wyrzucić wszystkie inhalatory. Pokażę ci podstawy; możesz
przyjść na przykład jutro...
Dziewczyna waha się, zastanawia, po czym kiwa głową. Tilaka odbija
jakieś światełko.
- Dziękuję. To będzie dla mnie bardzo cenne.
Jak ona się wysławia; z rezerwą, po wiktoriańsku, z szacunkiem dla
akcentu.
- No dobrze, to znajdziesz mnie...
- Zapytam bogów, oni mi powiedzą. Wiedzą, jak trafić wszędzie.
Na to Thomas nie znajduje odpowiedzi, więc po prostu wbija ręce w kieszenie swoich bojówek i mówi:
- No to, jak bogowie pozwolą, widzimy się jutro, a... jak masz na imię?
- Aj. - Wymawia to z francuska: aż. Zerka na światła hotelu, dyndające
na wietrze kolorowe żaróweczki. - Dalej już dam sobie radę. Bardzo
dziękuję. Do jutra, panie profesorze Lull.
Rozdział 7
Tal
Tal jedzie dziś plastikową taksówką. Mały bąbelkowaty fatfat podskakuje
na krostach i dziobach wiejskiej drogi, prowadzony przez nerwowego
szofera w świetle jedynej przedniej lampki. Już o mało co nie zderzył
się z zabłąkaną krową i szpalerem kobiet z chrustem na głowach.
Parasolowe drzewa wyłaniają się z głębokiej, gęstej wiejskiej nocy.
Taryfiarz przypatruje się poboczu, szukając bocznej drogi. Wskazówki
dotyczące dojazdu ma przyklejone do deski, żeby widzieć je w świetle
wskaźników. Tyle i tyle kilometrów taką drogą, przez tyle i tyle wiosek,
drugi skręt w prawo po ściennej reklamie bielizny Rupa. Nigdy wcześniej
nie był poza miastem.
Specjalny miks Tala gra nieregularne rytmy anokha przemieszane z grzmiącymi akordami slav metalu, na cześć gościa. Na imprezę z taką
sławą powinno się mieć ekstraspecjalny miks. Życie Tala można mierzyć
ciągiem plików ze ścieżkami dźwiękowymi. Jego aeai DJ spreparowało
zestaw niezłych, pulsujących beatów, kiedy szkicowało pawilon weselny
dla pary Chawla/Nadiadwala. W życiu tych aktorów z Miasta i wsi tyle
się teraz dzieje.
Nagle szarpnięcie zrzuca Tala z ławeczki. Fatfat staje jak wryty. Tal
poprawia rozpraszający termicznie płaszcz, cmoka, widząc kurz na
jedwabnych spodniach, i wtedy zauważa żołnierzy. Sześciu z nich wyłania
się z nocnego, wiejskiego kamuflażu. Pyzaty Sikh unosi rękę. Podchodzi
do taksówki.
- Nie widzieliście nas?
- Trochę jesteście tacy... mało widoczni - odpowiada szofer.
- Jakieś prawo jazdy? Pewnie nie? - pyta dźemadar.
- Nic z tych rzeczy. Mój kuzyn...
- Nie wiecie, że jesteśmy w stanie podwyższonej czujności? - napomina
ich Sikh. - Powolne pociski Awadhów może już idą przez nasz kraj. Trudno
je wykryć, maskują się na sto sposobów.
- Ale tak powolne jak ten strucel to nie są - żartuje taksówkarz.
Sikh powstrzymuje uśmiech i pochyla się, żeby zerknąć na pasażera. Tal
pośpiesznie wyłącza beat. Siedzi bardzo nieruchomo, bardzo prosto, serce
bije zdradziecko głośno.
- A pan? Pani?
Żołnierze chichoczą. Sikh jadł cebulę. Talowi wydaje się, że od tego
smrodu i napięcia zaraz zemdleje. Otwiera wieczorową torebkę, wyciąga
grube, obramowane złotymi muszlami zaproszenie. Sikh ogląda je, jakby
mogło być podstawą do pełnej rewizji osobistej, potem wciska z powrotem
Talowi.
- Masz szczęście, że tu dziś stoimy. Przejechaliście wasz skręt o dobre
parę kilometrów. Pewnie siedem albo osiem. Czyli teraz musicie...
Tal odzyskuje oddech. Gdy taksówkarz zawraca, Tal wyraźnie słyszy przez
warkot alkoholowego silniczka wredny rechot żołnierzy.
Mam nadzieję, że was dopadną te powolne pociski, myśli.
Na wpół zrujnowana świątynia Ardhanariswary stoi między drzewami przy
gruntowej ścieżce odchodzącej pod kątem prostym od szosy. Organizatorzy
imprezy oświetlili zjazd bioluminescencyjnymi nalepkami. Zielone
światełka rysują twarze na pniach drzew, upiornie podświetlają
przygarbione posągi i jakśów, osadzonych w przedwiecznej glebie. Motywem
przewodnim przyjęcia są dwa przeciwne bieguny: sakti i puruśa:
energia żeńska i męska, sattwa i tamas - inteligencja duchowa i przyziemny materializm. Baseny w kształcie joni zostały rozrzutnie
napełnione wodą. Tal wspomina własną toaletę przed imprezą: oszczędne
ochlapanie się butelką podgrzanej mineralnej. W White Forcie -
gigantycznej aglomeracji osiedli mieszkalnych, gdzie Tal ma swoje
dwupokojowe mieszkanko, nie ma wody już od dwóch miesięcy. Dniem i nocą
pochody kobiet i dzieci chodzą w górę i w dół z bańkami, mijając jego
drzwi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki