Rzeka Bogów - Ian McDonald

Kup ebooka

49.90 zł
41.73 zł (41,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Shiv

Nie­siony prą­dem trup obraca się. W miej­scu, gdzie Gan­ges prze­cina pięć beto­no­wych pasm nowego mostu, na pod­po­rach osa­dzają się tra­twy z rzecz­nych śmieci, gir­landy gałęzi i pla­stiku. Ciemna bryła ciała w czar­nym nur­cie wygląda przez chwilę tak, jakby miała do nich dołą­czyć. Łagodny prąd pociąga je jed­nak, obraca i prze­pro­wa­dza nogami do przodu, pod łukiem stali i ruchu ulicz­nego. Z pod­nieb­nych przę­seł dobiega ryk cię­ża­ró­wek. Lśniące chro­mem, wyma­lo­wane w pstro­ka­tych bogów, dniem i nocą sztur­mują mia­sto przez most, grzmiąc muzyką z gło­śni­ków na dachach. Płytka woda drga.

Shiv, po kolana w rzece, zaciąga się głę­boko papie­ro­sem. Święta Ganga. Osią­gną­łeś mok­śię. Wyrwa­łeś się z ćakry. Wianki aksa­mi­tek owi­jają mu się wokół mokrych noga­wek. Obser­wuje trupa, aż znik­nie mu z oczu, potem łukiem czer­wo­nych iskier ciska papie­rosa w noc i chlu­piąc, idzie z powro­tem, tam gdzie po osie w wodzie stoi jego merol. Siada na skó­rza­nym tyl­nym sie­dze­niu, a chło­pak podaje mu buty. Porządne buty. Porządne wło­skie skar­petki, nie jakieś bha­rac­kie gówno. Za dobre, żeby je mar­no­wać na muł i szlam Matki Gangi. Chło­pak zapusz­cza sil­nik; muśnięte świa­tłem reflek­to­rów cien­kie jak drut syl­wetki roz­pierz­chają się po bia­łym pia­sku. Jebane dzie­ciaki. Wszystko doj­rzą.

Wielki merol pnie się znad rzeki, przez spę­kane błoto na biały pia­sek. Shiv ni­gdy dotąd nie widział tak niskiej wody. Te gadki o Ganga devi, rzece-bogini ni­gdy spe­cjal­nie doń nie prze­ma­wiały - bajki w sam raz dla kobiet, a radźa swoje wie, albo co z niego za radźa - ale widząc, jaka jest płytka, jaka słaba, czuje się nie­swojo, jakby patrzył na bro­czącą krwią ranę w ramie­niu sta­rego przy­ja­ciela, ranę, któ­rej nie da się wyle­czyć. Pod pęka­tymi opo­nami chru­pią kości. Merol roz­rzuca dzie­cia­kom resztki ogni­ska, potem chło­pak, Yogen­dra, włą­cza napęd na cztery koła i wie­zie ich pro­sto pod górę, wygry­za­jąc dwie bruzdy w połaci aksa­mi­tek. Pięć pór desz­czo­wych temu sam był takim nad­rzecz­nym dzie­cia­kiem, sie­dział przy takim kop­cą­cym ogieńku, grze­bał w pia­sku, szu­ka­jąc w szla­mie szmat i innych skar­bów. I skoń­czy też tutaj. Jak wszy­scy. Rzeka wszystko unie­sie. Błoto i czaszki.

Wiry niosą ciało, chwy­ta­jąc zwoje jedwab­nego sari i powoli je roz­wi­ja­jąc. Gdy pod­pływa do niskiego mostu pon­to­no­wego pod zruj­no­wa­nym for­tem w Ram­na­ga­rze, trup wyko­nuje ostatni obrót i uwal­nia się. Wąż jedwa­biu wije się przed nim, zaha­cza o obły nos pon­tonu i spływa wzdłuż obu jego boków. Ten most zbu­do­wali angiel­scy sape­rzy, w pań­stwie przed pań­stwem przed tym pań­stwem; pięć­dzie­siąt pon­to­nów połą­czo­nych wąską sta­lową belką. Tędy idzie lżej­szy ruch - fat­faty, moto­ro­wery, moto­cy­kle, rowe­rowe rik­sze, od czasu do czasu lawi­ru­jące mię­dzy rowe­rami maruti, z nie­ustan­nie roz­trą­bio­nym klak­so­nem; oraz piesi. Most pon­to­nowy to jedna wstęga dźwięku, nie­skoń­czona taśma magne­tyczna brzmiąca echem kół i stóp. Nagie zwłoki kobiety dry­fują parę cen­ty­me­trów pod auto­rik­szami.

Za Ram­na­ga­rem prawy brzeg roz­po­ściera się sze­roko i piasz­czy­ście. Tutaj nadzy sadhu wzno­szą swe obo­zo­wi­ska z łozy i bam­busa i ćwi­czą się w zapa­mię­ta­łej asce­zie zanim o świ­cie popłyną do świę­tego mia­sta. Za ich ogni­skami strze­lają w niebo potężne gazowe pochod­nie wiel­kich prze­twórni nale­żą­cych do mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji, pod­świe­tla­jąc lśniące grzbiety bawo­łów zbi­ja­ją­cych się w gro­madkę w wodzie obok roz­pa­da­ją­cego się Asi Ghatu, pierw­szego ze świę­tych gha­tów Vara­nasi. Na rzece migocą pło­myki - paru piel­grzy­mów i tury­stów puściło już na wodę dije w małych spodecz­kach z liści mango. Będzie ich przy­by­wać, kilo­metr za kilo­metrem, ghat za gha­tem, aż Gan­ges zmieni się w kon­ste­la­cję prą­dów i wstęg świa­tła, kre­śląc wzory, w któ­rych mędrcy dostrzegą zwia­stuny, wróżby i przy­szłość naro­dów. Oświe­tlają pły­nącą dalej kobietę. Uka­zują jej prze­ciętną twarz, twarz z tłumu, twarz, któ­rej nikomu nie zabrak­nie, jeśli w ogóle wśród jede­na­stu milio­nów miesz­kań­ców mia­sta jaka­kol­wiek twarz mogłaby być nie­za­stą­piona. Jest pięć kate­go­rii ludzi, któ­rych rzuca się rzece, bo nie wolno kre­mo­wać ich na gha­tach: trę­do­waci, dzieci, kobiety cię­żarne, bra­mini i uką­szeni przez kobrę kró­lew­ską. Jej bindi mówi, że nie należy do żad­nej z tych kast. Nie­po­strze­że­nie prze­śli­zguje się mię­dzy tłu­mem łodzi z tury­stami. Białe dło­nie są deli­katne, nie­na­wy­kłe do pracy.

Na gha­cie Mani­kar­nika płoną stosy. Żałob­nicy zno­szą bam­bu­sową lek­tykę nad samą wodę, po zasła­nych popio­łem stop­niach i spę­ka­nym bło­cie. Zanu­rzają w rzece-odku­pi­cielce owi­nięte sza­fra­no­wym cału­nem ciało, uważ­nie obmy­wają mu wszyst­kie członki. Potem niosą je na stos. Doglą­da­jący sto­sów nie­do­ty­kalni Domo­wie obkła­dają płó­cienny zwój drew­nem, a inni, sto­jący po pas w wodzie, prze­sie­wają ją pła­skimi wikli­no­wymi koszami, odce­dza­jąc złoto z popio­łów zmar­łych. Każ­dej nocy na gha­cie, gdzie Brahma Stwo­rzy­ciel zło­żył ofiarę z dzie­się­ciu koni, pię­ciu bra­mi­nów pali arati na cześć Matki Gangi. Pobli­ski hotel płaci im za to po dwa­dzie­ścia tysięcy rupii mie­sięcz­nie na głowę, ale ich modli­twy nie tracą od tego na żar­li­wo­ści. Odpra­wiają nad ogniem pudźię o deszcz. Ostatni mon­sun był trzy lata temu. Teraz bluź­nier­cza tama Awa­dhów w Kunda Kha­dar zamie­nia w proch ostat­nie kro­ple krwi w żyłach Gangi. Ostat­nio różane płatki rzu­cają na wodę nawet nie­wie­rzący i agno­stycy.

Yogen­dra ste­ruje wiel­kim mero­lem po tej dru­giej rzece, nie­zna­ją­cej posu­chy rzece opon, poprzez ścianę dźwięku i ruchu, wieczny cza­kram Vara­nasi - jed­nego wiel­kiego korka. Prze­ci­ska­jąc się mię­dzy fat­fa­tami, objeż­dża­jąc rowe­rowe rik­sze, zjeż­dża­jąc na drugą stronę drogi, aby omi­nąć krowę prze­żu­wa­jącą stary pod­ko­szu­lek, wła­ści­wie nie zdej­muje ręki z klak­sonu. Shiv ma immu­ni­tet na wszyst­kie wykro­cze­nia dro­gowe, z wyjąt­kiem prze­je­cha­nia krowy. Ulica zlewa się z chod­ni­kiem: stra­gany, budy z gorą­cym jedze­niem, kaplice, uliczne świą­tynki obwie­szone gir­lan­dami nagiet­ków. "Pozwól­cie naszej Rzece swo­bod­nie pły­nąć!" - obwiesz­cza ręcz­nie wypi­sany trans­pa­rent pro­te­stu­jący prze­ciw tamie. Banda chło­pa­ków z call cen­tre, idąca na łowy w naj­lep­szych czy­stych koszu­lach i spodniach, prze­cina tere­nówce drogę. Tłu­ste łapy na lakie­rze, Yogen­dra krzy­czy na tę bez­czel­ność. Ruch uliczny staje się coraz gęst­szy i bar­dziej skrę­po­wany, kobiety i pąt­nicy muszą przy­ci­skać się do ścian i drzwi, żeby prze­pu­ścić Shiva. Powie­trze aż ude­rza do głowy opa­rami alko­pa­liwa. To podróż monar­chy, to demon­stra­cja. Trzy­ma­jąc na kola­nach zro­szoną od zimna meta­lową butlę, Shiv wjeż­dża do mia­sta, z któ­rym łączy go imię i dzie­dzic­two.

Naj­pierw było Kashi: pier­wo­rodne pośród miast; sio­stra Babi­lonu, Teb, która prze­żyła je oba; mia­sto świa­tła, gdzie Dźjo­tir­linga Śiwy, boska twór­cza ener­gia, eks­plo­do­wała z ziemi świetl­nym słu­pem. Potem zostało Vara­nasi, naj­święt­szym z miast, dwo­rem bogini Gangi, mia­stem śmierci i pąt­ni­ków, które prze­żyło cesar­stwa i kró­le­stwa, Radźów i wiel­kie narody, pły­nąc przez czas, jak jego rzeka pły­nie przez wielką rów­ninę pół­noc­nych Indii. Za nim wyro­sło Nowe Vara­nasi; glo­balne dolary wle­wa­jące się w indyj­ską stud­nię siły robo­czej bez dna wypię­trzyły wały i for­tece nowych osie­dli, pnące się za pała­cami szklane iglice sie­dzib wiel­kich kor­po­ra­cji oraz wąskie, splą­tane ulice. Potem nastą­piło nowe pań­stwo i Nowe Vara­nasi znów stało się legen­dar­nym Kashi; pęp­kiem świata odro­dzo­nym jako naj­now­sza Ginza połu­dnio­wej Azji, tylko że towa­rem są tu ciała. To mia­sto schi­zo­fre­nii. Na zatło­czo­nych uli­cach piel­grzymi potrą­cają japoń­skich sek­stu­ry­stów. Mię­dzy klat­kami nasto­let­nich pro­sty­tu­tek żałob­nicy niosą na ramio­nach zmar­łych. Zasy­mi­lo­wani, szczu­pli goście z Zachodu, z bro­dami i kora­li­kami, ofe­rują masaż głowy, pod­czas gdy dziew­czyny ze wsi zapi­sują się do agen­cji matry­mo­nial­nych i uważ­nie prze­glą­dają linię z rocz­nym docho­dem w bazach danych despe­ra­tów.

Hello, hello, skąd jesteś? Gan­dzia Nepali kadzi­dełka? Chce młodą dziew­czynę, bara bara? Zoba­czyć jak kobieta wkłada sobie ame­ry­kań­ską piłkę do foot­ball? Dzie­sięć dola­rów. Zrobi ci tak wielki fiut, że będzie stra­szył ludzi. Karty, horo­skopy, hora cza­kra, tłu­ste czer­wone tilaki odci­skane na czo­łach tury­stów. Nie­letni guru. Ciu­chy! Moda! Spor­towe pod­róbki, lewe opro­gra­mo­wa­nie, kopie pakie­tów wiel­kich firm, pro­duk­cje fil­mowe z ostat­niego mie­siąca, zdub­bin­go­wane przez jed­nego faceta, jed­nym gło­sem, w sypialni two­jej kuzynki, pal­mery i ligh­tho­eki z podej­rza­nych fabry­czek, wąt­pliwe dżin i whi­sky pędzone w sta­rych gar­bar­niach (naj­bar­dziej sza­cowna marka, John E. Wal­ker). Odkąd zepsuł się mon­sun, zepsuła się także woda; na butelki, na szkla­neczki, na łyczki, ze zbior­ni­ków, cystern, opa­ko­wa­nych w folię palet, pla­sti­ko­wych bute­lek, ple­ca­ków i wor­ków z koź­lej skóry. Ci Ban­glo­wie i ich góra lodowa; myślisz, że z tego spad­nie nam w Bha­ra­cie choćby jedna kro­pla? Kupuj, pij.

Mija­jąc roz­pło­mie­niony ghat i świą­ty­nię Śiwy, powoli, tek­to­nicz­nie prze­wra­ca­jącą się w vara­na­ski muł, rzeka skręca nieco na wschód. Trzeci zestaw fila­rów mostu tnie wodę na kocie języczki. Falują świa­tła, świa­tła eks­pre­so­wego śatabdi pędzą­cego przez rzekę na dwo­rzec w Kashi. Opły­wowy eks­pres gło­śno postu­kuje na złą­czach, gdy zwłoki kobiety uwal­niają się spod kole­jo­wego mostu na otwartą wodę.

Za Kashi i New Vara­nasi jest jesz­cze trze­cie Vara­nasi. Na pla­nach i w mate­ria­łach pra­so­wych archi­tek­tów i ich firm PR-owskich nazywa się "New Sar­nath", wyko­rzy­stu­jąc pre­stiż sta­ro­daw­nego bud­dyj­skiego mia­sta. Wszy­scy inni mówią "Rana­pur"; na wpół zbu­do­wana sto­lica świeżo opie­rzo­nego rodu poli­ty­ków. Jak zwał, tak zwał, jest to naj­więk­szy plac budowy w całej Azji. Świa­tła ni­gdy nie gasną, ni­gdy nie ustaje praca. Hałas jest ogłu­sza­jący. Pra­cuje tu sto tysięcy ludzi, od ćow­ki­da­rów po inży­nie­rów budow­la­nych. Prze­piękne i śmiałe wie­żowce wyra­stają z bam­bu­so­wych koko­nów rusz­to­wań, bul­do­żery rzeź­bią sze­ro­kie bul­wary i aleje ocie­niane zmo­dy­fi­ko­wa­nymi gene­tycz­nie drze­wami asioka. Nowe pań­stwa doma­gają się nowych sto­lic, Rana­pur będzie zatem wizy­tówką kul­tury, prze­my­słu i wizjo­ner­stwa Bha­ratu. Cen­trum Kul­tu­ralne Sajidy Rany. Cen­trum kon­fe­ren­cyjne Rajiva Rany. Wieża tele­ko­mu­ni­ka­cyjna Ashoka Rany. Mini­ster­stwa i admi­ni­stra­cja pań­stwowa, amba­sady, kon­su­laty, inne rzą­dowe rekwi­zyty. Rano­wie uczy­nią z Vara­nasi to, co Bry­tyj­czycy z Delhi. Tak mówi się w budynku w sercu tego wszyst­kiego, Bha­rad Sabha, kwie­cie lotosu z bia­łego mar­muru, gdzie mie­ści się Par­la­ment Bha­ratu i urząd Sajidy Rany, pani pre­mier.

Reflek­tory budów odbi­jają się od pły­ną­cego rzeką kształtu. Nowe ghaty mogą sobie być z mar­muru, ale rzeczne dzie­ciaki to stu­pro­cen­towe Vara­nasi. Zadarte głowy. Coś tam jest. Coś jasnego, błysz­czą­cego. Har­to­wane kiepy. Dzie­ciaki rzu­cają się w wodę. Bro­dzą, zanu­rzone po uda po płyt­kiej, cie­płej jak krew wodzie, nawo­łu­jąc się gwiz­dami. Coś jest. Trup. Trup kobiety. Nagi trup kobiety. W Vara­nasi to nic szcze­gól­nego, ani nowego, nie­mniej chłopcy i tak wycią­gają ją na brzeg. Może da się z niej odzy­skać jesz­cze jakąś ostat­nią war­to­ściową rzecz. Biżu­te­rię. Złote zęby. Pro­tezy sta­wów bio­dro­wych. W pro­mie­niach budow­la­nych reflek­to­rów chłopcy wywle­kają zdo­bycz za ramiona na brudny pia­sek. Na szyi bły­ska coś srebr­nego. Chciwe dło­nie łapią łań­cu­szek z tri­śulą, trój­zę­bem wyznaw­ców Pana Śiwy. I nagle dzie­ciaki ucie­kają z cichym krzy­kiem.

Kobieta jest roz­cięta od mostka po łono. W świe­tle z budowy poły­skuje splą­tana masa jelit. Dwa krót­kie cię­cia czy­sto pozba­wiły ją jaj­ni­ków.

Shiv w swoim szyb­kim, nie­miec­kim samo­cho­dzie tuli do sie­bie omszoną kon­den­sa­cją srebrną butlę, pod­czas gdy Yogen­dra prze­ci­ska go przez korek.

Roz­dział 2

Pan Nan­dha

Pan Nan­dha, gli­niarz, Pies Kryszny podró­żuje dziś rano pocią­giem, w wago­nie pierw­szej klasy. Pan Nan­dha jest w wago­nie pierw­szej klasy jedy­nym pasa­że­rem. Pociąg to elek­tryczny eks­pres, śatabdi, firmy Bha­rat Rail: mknie trzy­sta pięć­dzie­siąt na godzinę spe­cjal­nie zbu­do­waną szybką linią, prze­chy­la­jąc się na łagod­nych zakrę­tach. Wio­ski drogi pola mia­steczka świą­ty­nie ucie­kają roz­ma­zane w tył, spo­wite się­ga­jącą tylko do kolan poranną mgiełką. Pan Nan­dha w ogóle ich nie widzi. Za przy­ciem­nio­nym oknem sku­pia się na wir­tu­al­nych stro­ni­cach "Bha­rat Timesa". Arty­kuły i repor­taże wideo uno­szą się nad sto­łem, gdy jego ligh­thoek pom­puje mu dane bez­po­śred­nio do kory wzro­ko­wej. W ośrod­kach słu­cho­wych: Nie­szpory naj­święt­szej Maryi Panny Mon­te­ver­diego, wyko­ny­wane przez wenecką Came­ratę i Chór św. Marka.

Pan Nan­dha bar­dzo lubi wło­ską muzykę rene­san­sową. Pan Nan­dha jest głę­boko zafa­scy­no­wany muzyką euro­pej­skiej tra­dy­cji huma­ni­stycz­nej. Pan Nan­dha sam uważa się za czło­wieka rene­sansu. Może więc czy­tać sobie infor­ma­cje o wodzie, albo i woj­nie, o demon­stra­cjach pod figurą Hanu­mana, o pro­jek­cie budowy sta­cji metra pod ron­dem Sar­khand, skan­da­lach, plot­kach i spo­rcie, lecz część jego kory wzro­ko­wej, do jakiej ligh­thoek ni­gdy nie dotrze, wyobraża sobie piazze i kam­pa­nile sie­dem­na­sto­wiecz­nej Cre­mony.

Pan Nan­dha ni­gdy tam nie był. Ni­gdy nie zwie­dzał Włoch. Jego wyobra­że­nia to malow­ni­cze obrazy z kanału History Pla­net, skrzy­żo­wane z wła­snymi wspo­mnie­niami z Vara­nasi, mia­sta jego naro­dzin, i Cam­bridge, mia­sta, gdzie na nowo naro­dził się inte­lek­tu­al­nie.

Pociąg mija w pędzie wiej­ską cegiel­nię; dym z pie­ców ściele się nad mgłą. Stosy cegieł przy­po­mi­nają ruiny nie­na­ro­dzo­nej cywi­li­za­cji. Stoją tam dzie­ciaki i gapią się, macha­jąc dłońmi, oszo­ło­mione szyb­ko­ścią. Kiedy pociąg prze­je­dzie, wlezą na tory i zaczną szu­kać wetknię­tych w złą­cza szyn jed­no­pa­iso­wych monet. Eks­pres roz­sma­ro­wuje je cie­niutko po szy­nie. Można coś za nie kupić, ale nic cen­niej­szego niż oglą­da­nie, jak stają się klek­sem na dro­dze śatab­diego.

Wzdłuż wagonu idzie koły­szą­cym się kro­kiem ćaj-wal­lah.

- Sahib?

Pan Nan­dha wrę­cza mu dyn­da­jącą na sznu­reczku torebkę. Her­ba­ciarz kła­nia się, bie­rze ją, udra­po­wuje na pla­sti­ko­wym kubku i nalewa wrzątku z trzy­ma­nego na gło­wie naczy­nia. Pan Nan­dha cierpi na ciężką droż­dżycę. Her­batka jest ajur­we­dyj­ska, przy­go­to­wana na receptę. Pan Nan­dha unika także zbóż, owo­ców, pro­duk­tów sfer­men­to­wa­nych, w tym alko­holu, wielu pro­duk­tów sojo­wych oraz wszyst­kich mlecz­nych.

Tele­fon zadzwo­nił o czwar­tej nad ranem, kiedy pan Nan­dha dopiero co zasnął po przy­jem­nym sek­sie ze swoją piękną żoną. Pró­bo­wał jej nie prze­szka­dzać, ale ona ni­gdy nie może spać, kiedy on się budzi, więc wstała i przy­go­to­wała mu Torbę Dele­ga­cyjną, któ­rej zawar­tość dhobi-wal­lah utrzy­my­wał w porządku - świeżą i poskła­daną. Odpro­wa­dziła go do samo­chodu Mini­ster­stwa. Samo­chód omi­nął plac przed dwor­cem, zatło­czony fat­fa­tami i rik­szami cze­ka­ją­cymi na sypialny z Agry, i pod­wiózł go przez bocz­nice roz­rzą­dowe pro­sto na peron, gdzie cze­kał już długi, opły­wowy, elek­tryczny pociąg. Funk­cjo­na­riusz Bha­rat Rail zapro­wa­dził go do zare­zer­wo­wa­nego miej­sca w zare­zer­wo­wa­nym wago­nie. Trzy­dzie­ści sekund póź­niej pociąg ulot­nił się z dworca Kashi. Całe trzy­sta metrów wago­nów zatrzy­mano dla Psa Kryszny.

Pan Nan­dha wspo­mina seks z żoną i dzwoni do niej z pal­mera. Poja­wia się w jego korze wzro­ko­wej. Nie dziwi się, widząc ją na dachu. Odkąd zaczęły się prace nad ogro­dem, Parvati spę­dza na dachu apar­ta­men­towca coraz wię­cej czasu. Za beto­niarką, ster­tami blocz­ków i wor­kami z kom­po­stem pan Nan­dha widzi poranne świa­tła w oknach czyn­szó­wek, nachy­la­ją­cych się mocno do sie­bie nad wąskimi uli­cami. Zbior­niki z wodą, panele sło­neczne, anteny sate­li­tarne i rzędy doni­czek z gera­nium odci­nają się kon­tu­rem na tle bez­barw­nego, mgli­stego nieba. Parvati odgar­nia za ucho pasemko wło­sów i mruży oczy do bindi kamerki.

- Wszystko w porządku?

- Jak naj­bar­dziej. Za dzie­sięć minut będę na miej­scu. Po pro­stu chcia­łem do cie­bie zadzwo­nić.

Uśmie­cha się. Panu Nan­dzie top­nieje serce.

- Dzię­kuję, miło, że o mnie pomy­śla­łeś. Oba­wiasz się tego zada­nia?

- Nie, to ruty­nowa eks­ko­mu­nika. Chcemy ją dopaść, zanim wybuch­nie panika.

Parvati kiwa głową, wcią­ga­jąc dolną wargę, jak to ma w zwy­czaju, kiedy myśli.

- A ty co będziesz dzi­siaj robić?

- O - mówi, odwra­ca­jąc się ku ogro­dowi. - Przy­szedł mi do głowy taki pomysł. Nie złość się na mnie, pro­szę, ale pomy­śla­łam, że nie potrzeba nam tylu krza­ków. Chcia­ła­bym posa­dzić tro­chę warzyw. Parę rzę­dów faso­lek, tro­chę pomi­dor­ków i papryki - dają świetną osłonę - może nawet tro­chę ket­mii i bakła­ża­nów? I zioła. Bar­dzo chcę hodo­wać zioła, asant, kolen­drę, słodką bazy­lię.

Pan Nan­dha uśmie­cha się w swoim zare­zer­wo­wa­nym fotelu pierw­szej klasy.

- Moja praw­dziwa miej­ska ogrod­niczka.

- Ależ nic, czego mógł­byś się wsty­dzić. Tylko parę grzą­dek, zanim prze­nie­siemy się do Can­ton­mentu, do bun­ga­lowu. Mogła­bym ci hodo­wać warzywa na twoje sałatki. Oszczę­dzi­li­by­śmy tro­chę, przy­wożą je z Europy, z Austra­lii, widzia­łam nalepki. Zga­dzasz się?

- Co tylko zechcesz, kwia­tuszku.

Parvati klasz­cze w dło­nie z rado­ści.

- No to dobrze. Może to tro­chę bez­czelne z mojej strony, ale już umó­wi­łam się z Kri­sha­nem do dostawcy nasion.

Pan Nan­dha czę­sto powąt­piewa, czy dobrze zro­bił, spro­wa­dza­jąc swoją uko­chaną żonę do vara­na­skiego krwio­żer­czego towa­rzy­stwa, wiej­ską dziew­czynę mię­dzy kobry. Socjety z Can­ton­mentu - jego kole­dzy z pracy, osoby równe mu rangą - napawa go obrzy­dze­niem. Szepty, spoj­rze­nia, plotki, zawsze sło­dziut­kie i ugrzecz­nione, ale cią­gle ważą, mie­rzą i oce­niają. Cnota i wystę­pek w naj­de­li­kat­niej­szej z rów­no­wag. Dla face­tów sprawa jest pro­sta. Ożeń się naj­le­piej, jak dasz radę - o ile dasz radę. Pan Nan­dha oże­nił się w ramach swo­jej dźati - bar­dziej niż Arora, jego prze­ło­żony w Mini­ster­stwie, bar­dziej niż więk­szość rówie­śni­ków. Porządne mał­żeń­stwo Kay­astha-Kay­astha, ale tu, w nowym Rana­pu­rze, te rygory wydają się już bez zna­cze­nia. Widzia­łeś tę żonę Nan­dhy? Co za akcent, posłu­chaj. W ogóle nie umie mówić. Ani słowa. Nie ma nic do powie­dze­nia. Otwiera gębę i wyla­tują muchy. Kom­pletna wio­ska. Mówię ci. Dalej włazi nogami na deskę klo­ze­tową i kuca.

Pan Nan­dha stwier­dza, że pię­ści ma zaci­śnięte z wście­kło­ści na samą myśl o wplą­ta­niu Parvati w te okropne gierki: mój mąż to, moje dzieci tamto, mój dom owamto. Ona wcale nie potrze­buje bun­ga­lowu w Can­ton­men­cie, dwóch aut, pię­ciorga słu­żą­cych i dziecka od zna­nego pro­jek­tanta. Spraw­dziła, jak każda nowo­cze­sna żona, jego kwe­stie finan­sowe i bada­nia gene­tyczne, jed­nak ich zwią­zek zawsze opie­rał się na sza­cunku i miło­ści; nie był roz­pacz­li­wym sko­kiem po pierw­szy towar na dar­wi­now­skim rynku matry­mo­nial­nym Vara­nasi. Kie­dyś z kobietą dawali posag. To męż­czy­zna był war­to­ścią, bogac­twem. Na tym wła­śnie polega pro­blem. Teraz, po ćwierć wieku selek­cji zarod­ków, dys­kret­nych pod­miej­skich kli­nik i sta­ro­świec­kich, tra­dy­cyj­nych w Kashi, zabie­gów na scho­dach, w samo­cho­dzie, w powie­trzu, w miej­skiej kla­sie śred­niej Bha­ratu jest czte­ro­krot­nie wię­cej męż­czyzn niż kobiet.

Pan Nan­dha czuje deli­katną zmianę przy­spie­sze­nia. Pociąg zwal­nia.

- Muszę koń­czyć, kocha­nie, dojeż­dżamy do Nawady.

- Ale nic ci nie grozi, skar­bie, prawda? - pyta Parvati. Spo­gląda z obawą w kamerę.

- Nic a nic, skar­bie. Robi­łem to sto razy.

- Kocham cię, mężu.

- Kocham cię, mój skar­bie.

Żona pana Nan­dhy znika mu z głowy. Zro­bię to dla cie­bie, myśli, gdy pociąg dowozi go na miej­sce decy­du­ją­cej roz­grywki. Zabi­ja­jąc to, będę myśleć o tobie.

Przy­stojna kobieta-dźe­ma­dar miej­sco­wej Obrony Cywil­nej wita pana Nan­dhę ele­ganc­kim salu­tem z peronu. Dwu­sze­reg dźa­wa­nów powstrzy­muje swo­imi lathi tłum gapiów. Gdy kon­wój wyjeż­dża na ulicę, eskorta usta­wia się z przodu i z tyłu.

Nawada to mia­sto-uli­cówka, nazwa nale­piona na unię czte­rech gów­nia­nych mia­ste­czek. Potem z nieba spa­dła garść dota­cji na roz­wój, pospiesz­nie zapro­jek­to­wana siatka ulic, eks­pre­sowo zbu­do­wane meta­lowe szopy z fabry­kami i maga­zy­nami, wypchane far­mami danych i call cen­trami. Spi­namy kablami i łączami sate­li­tar­nymi, pod­łą­czamy do prądu i niech nam tłuką krory rupii. To wła­śnie mię­dzy budami maga­zy­nów z fali­stego alu­mi­nium i włókna węglo­wego, nie w nie­bo­tycz­nych wie­żach Rana­puru, wykuwa się przy­szłość Bha­ratu. Pan Nan­dha w ogrom­nym, woj­sko­wym hum­me­rze mija nie­sie­ciowe sklepy i warsz­taty pro­du­ku­jące czę­ści do samo­cho­dów. Czuje się jak wjeż­dża­jący do mia­sta płatny mor­derca. Z drogi zjeż­dżają mu sku­tery wio­zące z tyłu sie­dzące bokiem, po dam­sku, wiej­skie dziew­czyny.

Eskorta skręca w zaułek mię­dzy dwiema szo­pami z pia­no­be­tonu, syre­nami toru­jąc drogę hum­me­rowi. Słup elek­tryczny ugina się pod cię­ża­rem nie­le­gal­nie pod­pię­tych kabli. Pod ogromną, pozba­wioną okien beto­nową kostką sie­dzą w kucki kobiety, dzie­ląc się śnia­da­nio­wym ćajem i plac­kiem roti; męż­czyźni stoją z dala od nich, w naj­dal­szym zakątku placu, i palą. Pan Nan­dha patrzy na wycią­gnięte do bło­go­sła­wień­stwa ręce farmy sło­necz­nej Ray Power. Pozdro­wie­nie oddane słońcu.

- Wyłącz­cie te syreny - poleca przy­stoj­nej dźe­ma­darce, która nazywa się Sen. - To coś ma inte­li­gen­cję przy­naj­mniej na pozio­mie zwie­rzę­cia. Jeśli ktoś je ostrzeże, będzie pró­bo­wało wyko­pio­wać się na zewnątrz.

Sen odkręca szybę i wykrzy­kuje roz­kazy eskor­cie. Syreny milkną.

Hum­mer jest jak sta­lowa cie­plar­nia. Spodnie pana Nan­dhy przy­kle­jają się do winy­lo­wego pokrowca na sie­dze­niu, ale jest zbyt dumny, by się wier­cić. Nasuwa hoeka na ucho, przy­tyka prze­kaź­nik kostny w naj­lep­szym punk­cie czaszki i otwiera skrzy­neczkę z awa­ta­rami.

Ganeśa, Pan Pomyśl­nych Począt­ków i Pogromca Prze­szkód, maje­sta­tycz­nie jadący na szczu­rze, wznosi się nad pła­skimi dachami i lasami anten Nawady, potężny jak burzowa chmura. W rękach ma swe atry­buty: bodziec, pętlę ze sznura, zła­many sło­niowy kieł, ryżowy pie­ro­żek i miskę z wodą. W wydat­nym brzu­chu mie­ści całe cyber­prze­strzenne wszech­światy. On jest por­ta­lem. Pan Nan­dha zna na pamięć gesty przy­wo­łu­jące każdy z awa­ta­rów. Ręką przy­zywa lata­ją­cego hanu­mana z jego maczugą i górą; Śiwę Nata­ra­dźię, Władcę Tańca, o jeden taneczny krok od znisz­cze­nia i odro­dze­nia wszech­świata; Durgę Ciemną, bogi­nię słusz­nego gniewu, z bro­nią w każ­dej z dzie­się­ciu rąk; Pana Krysznę z fle­tem i naszyj­ni­kiem; Kali burzy­cielkę opa­saną w talii odcię­tymi rękami. W oczach umy­słu pana Nan­dhy agenty aeai Mini­ster­stwa nachy­lają się nad maleńką Nawadą. Są gotowe. Chętne. I głodne.

Eskorta skręca w pod­jazd dla cię­ża­ró­wek. Rój poli­cjan­tów pró­buje roz­dzie­lić cisną­cych się ludzi, by prze­pu­ścić hum­mera. Uliczka jest zablo­ko­wana: karetka, radio­wóz poli­cyjny, elek­tryczny dostaw­czy jeep­ney. Pod przed­nim kołem fur­go­netki coś leży.

- Co się tu dzieje? - pyta pan Nan­dha, pod­cho­dząc z wysoko unie­sioną legi­ty­ma­cją Mini­ster­stwa.

- Sir, pra­cow­nik z fabryki spa­ni­ko­wał i wybiegł na ulicę, pro­sto pod koła - odpo­wiada sier­żant poli­cji. - Coś krzy­czał o dżin­nie, że w fabryce jest dżinn i zaraz ich wszyst­kich dopad­nie.

Wy to nazy­wa­cie "dżin­nem", myśli pan Nan­dha, roz­glą­da­jąc się po oko­licy. Ja zaś "memem". Nie­ma­te­rial­nym repli­ka­to­rem, jak żarty, plotki, zwy­czaje, wier­szyki dla dzieci. Umy­słowe wirusy. Bogo­wie, demony, dżinny, zabo­bony. To coś w fabryce nie jest żadną nad­na­tu­ralną istotą, nie ma pło­mien­nego ducha, ale z pew­no­ścią jest nie­ma­te­rial­nym repli­ka­to­rem.

- Ilu jest tam w środku?

- Dwa trupy, sir. To była nocna zmiana. Reszta ucie­kła.

- Pro­szę oczy­ścić ten obszar - roz­ka­zuje pana Nan­dha.

Dźe­ma­darka Sen prze­ka­zuje roz­kaz swoim dźa­wa­nom. Pan Nan­dha mija zwłoki z narzu­coną na twarz skó­rzaną kurtką oraz dygo­cą­cego kie­rowcę fur­go­netki na tyl­nym sie­dze­niu poli­cyj­nego maruti. Lustruje miej­sce. W tej pogię­tej, meta­lo­wej szo­pie pro­du­kuje się pastę-tikkę. Rodzina emi­gran­tów zarzą­dza nią z Brad­ford. Nowe miej­sca pracy w two­jej ojczyź­nie. Na tym wła­śnie stoją mie­ściny w rodzaju Nawady. Dla pana Nan­dhy sama idea pasty-tikki to obrzy­dli­stwo, ale w tym roku kuch­nia bry­tyj­skiej azja­tyc­kiej dia­spory to sam szczyt mody. Mruży oczy, zer­ka­jąc na szafkę tele­fo­niczną.

- Niech ktoś prze­tnie ten kabel.

Gdy wiej­ska poli­cja uga­nia się za dra­biną, pan Nan­dha odszu­kuje bry­ga­dzi­stę noc­nej zmiany, gru­bego Ben­gal­czyka sku­bią­cego ner­wowo skórki wokół paznokci. Śmier­dzi czymś, pan Nan­dha przy­pusz­cza, że pastą-tikką.

- Macie tu komór­kową sta­cję bazową albo łącze sate­li­tarne? - pyta.

- Tak tak, wewnętrzną sieć komór­kową. Dla robo­tów. I takie cóś, co odbija sygnały od śla­dów mete­orów, żeby roz­ma­wiać z Brad­ford.

- Pani Sen, niech ktoś z pani ludzi zaj­mie się anteną sate­li­tarną. Może jesz­cze zdą­żymy zatrzy­mać wyko­pio­wy­wa­nie.

Poli­cji wresz­cie udaje się wypchnąć miesz­kań­ców pobli­skiego slumsu na koniec uliczki. Dźa­wan macha z dachu, dając znać, że gotowe.

- Pro­szę wyłą­czyć wszyst­kie urzą­dze­nia tele­ko­mu­ni­ka­cyjne - poleca pan Nan­dha. Dźe­ma­dar Sen i sier­żant Sun­der wcho­dzą wraz z nim do nawie­dzo­nej fabryki. Popra­wia swój gar­ni­tur w stylu Nehru, wyciąga man­kiety koszuli i w przy­sia­dzie prze­myka pod meta­lową roletą na pole bitwy. - Trzy­maj­cie się bli­sko i rób­cie dokład­nie to, co mówię. - Oddy­cha­jąc powolną tech­niką pra­na­jama, w któ­rej Mini­ster­stwo ćwi­czy swo­ich funk­cjo­na­riu­szy, pan Nan­dha doko­nuje wstęp­nej oceny wzro­ko­wej.

Typowy pro­dukt dota­cji na wspar­cie roz­woju. Pla­sti­kowe beczki z surow­cami spo­żyw­czymi po jed­nej stro­nie, główna linia pro­duk­cyjna pośrodku, pako­wa­nie i wysyłka po dru­giej. Żad­nych zabez­pie­czeń, ubrań ochron­nych, sprzętu do ochrony przed hała­sem, kli­ma­ty­za­cji; jedna łazienka dla męż­czyzn, jedna dla kobiet.

Wszystko ogra­ni­czone przez księ­go­wych do nie­zbęd­nego mini­mum. Mini­malna robo­ty­za­cja; w tych mia­stach zawsze tań­sze są ludz­kie ręce. Po pra­wej sze­reg kostek z gla­stiku zawie­ra­ją­cych biura i sprzęt aeai. Dozow­niki z wodą i wen­ty­la­tory, wszyst­kie nie­ru­chome. Słońce jest już wysoko. Hala przy­po­mina sta­lowy piec.

Po lewej stro­nie stoi wbity w ścianę wózek widłowy. Zwłoki, na wpół wypro­sto­wane, są ledwo widoczne mię­dzy nim a ścianą z fali­stej bla­chy. Krew, lśniąca i z roją­cymi się muchami, skrze­pła pomię­dzy kołami. Czło­wiek został nadziany na widły pod­no­śnika, jak na bagnet. Pan Nan­dha sznu­ruje z nie­sma­kiem usta.

Wszę­dzie oczy kamer. Nic się już z tym nie da zro­bić. Widzi ich.

Pod­czas swo­jej trzy­let­niej kariery łowcy zbie­głych aeai pan Nan­dha zoba­czył sporo zwłok, które powstają, kiedy ludzie i sztuczne inte­li­gen­cje wejdą sobie w drogę. Wyciąga broń. Oczy pani dźe­ma­dar się roz­sze­rzają. Pisto­let pana Nan­dhy jest wielki, czarny i wygląda jak odlany w pie­kle. Ma wszyst­kie gałki, wihaj­stry i bajery, jakich potrze­buje na swo­jej broni Pies Kryszny, ma auto­ma­tyczne celo­wa­nie i dwa rodzaje ognia. Dolna lufa zabija mięso; roz­pry­skowe poci­ski o niskiej pręd­ko­ści. Jedno tra­fie­nie w dowolną część ciała to pewna śmierć od urazu ude­rze­nio­wego. W końcu Dum-Dum to nazwa dziel­nicy Kol­katy. Górna lufa jest na duchy. Emi­tuje impulsy elek­tro­ma­gne­tyczne; zyga­wat mocy zogni­sko­wany w trzy­mi­li­se­kun­dowy kie­run­kowy pro­mień. Biał­kowe układy faj­czą się. Kwan­towe pro­ce­sory lecą w Heisen­berga. Nano­rurki węglowe odpa­ro­wują. To broń do ani­hi­lo­wa­nia zbun­to­wa­nych aeai. Ste­ro­wana żyro­sko­pami orien­tu­ją­cymi się po GPS-ie i kon­tro­lo­wana przez awa­tar Indry, Pana Pio­ru­nów, broń pana Nan­dhy zawsze zabija i ni­gdy nie pudłuje.

Smród pasty-tikki dotkli­wie szar­pie pana Nan­dhę na dnie. Jak to moż­liwe, że ten muł, ten syf, to sam szczyt mody? Jeden z wiel­kich, sta­lo­wych prze­my­sło­wych garów jest prze­wró­cony, zawar­tość wylana na pod­łogę. Tu leżą dru­gie zwłoki. Górna połowa ciała tonie w paście-tikce. Pan Nan­dha czuje zapach goto­wa­nego mięsa, zakrywa usta chu­s­teczką. Zauważa spodnie na kant, ele­ganc­kie buty, wypra­so­waną koszulę. Czyli to będzie infor­ma­tyk. Doświad­cze­nie pana Nan­dhy mówi, że aeai, jak psy, naj­pierw ata­kują swo­ich panów.

Przy­wo­łuje Sen i Sun­dera. Wiej­ski poli­cjant zacho­wuje się ner­wowo, nato­miast pani dźe­ma­dar unosi kara­bin.

- To nas sły­szy? - pyta, obra­ca­jąc się.

- Wąt­pię. Aeai pierw­szego poziomu rzadko mają umie­jęt­no­ści języ­kowe. Mamy do czy­nie­nia z czymś o inte­li­gen­cji małpy.

- I cha­rak­te­rem tygrysa - rzuca sier­żant Sun­der.

Pan Nan­dha wywo­łuje Śiwę z prze­strzeni fabryki, układa dło­nie w mudrę i hala ożywa, roz­świe­tla­jąc się sys­te­mem ner­wo­wym łącz infor­ma­cyj­nych. Dla Śiwy to moment: wejść do fabrycz­nego intra­netu, wyśle­dzić ser­wer, mały, nijaki sze­ścia­nik na rogu biurka i prze­ci­snąć się przez fire­wall do sys­temu fabryki. Kata­logi i pliki roz­my­wają się w tyło­mó­zgo­wiu pana Nan­dhy. Jest. Zabez­pie­czone hasłem. Przy­wo­łuje Gane­śię. Pogromca Prze­szkód natych­miast znaj­duje kwan­towy klucz. Pan Nan­dha się nie­po­koi. Odpra­wia Gane­śię i posyła Krysznę. Za tą kwan­tową ścianą może się kryć jakiś dżinn. Albo rów­nie dobrze trzy tysiące zdjęć chiń­skich dziew­czyn kopu­lu­ją­cych z wie­przami. Pan Nan­dha oba­wia się, że zbun­to­wana aeai zdą­żyła się powie­lić. Jedna wysłana wia­do­mość, a wytro­pie­nie tego spod ziemi zaj­mie całe tygo­dnie. Kryszna mel­duje, że log ruchu wycho­dzą­cego jest czy­sty. Czyli to jest cią­gle gdzieś w budynku. Pan Nan­dha wyłą­cza bez­prze­wo­dową sieć, odłą­cza ser­wer i bie­rze go pod pachę. Jego ludzie w Mini­ster­stwie dobiorą mu się do tajem­nic.

Przy­staje, węszy. Czyżby odór pasty-tikki stał się sil­niej­szy i bar­dziej gry­zący? Pan Nan­dha poka­słuje, coś dra­pie go w gar­dle - palone chili. Widzi, że Sen też węszy i marsz­czy czoło. Sły­szy szum wiel­kiego elek­trycz­nego wyciągu.

- Ucie­kamy! - krzy­czy i dokład­nie w tym momen­cie łań­cu­chowy napęd rolety rusza z szarp­nię­ciem, a kadź do goto­wa­nia numer dwa eks­plo­duje dła­wią­cym dymem z chili. - Szybko, szybko! - roz­ka­zuje, wymru­gu­jąc draż­niące łzy, z chu­s­teczką przy­ci­śniętą do ust. Razem z pozo­sta­łymi ucieka pod opa­da­jącą roletą. Bra­ko­wało paru mili­me­trów. W uliczce z iry­ta­cją otrze­puje brud z gar­ni­turu.

- Bar­dzo dener­wu­jące - mówi pan Nan­dha. Woła do robot­ni­ków od pasty-tikki: - Ej, wy! Jest jakieś inne wej­ście?!

- Z boku, sahib - odpo­wiada nasto­la­tek z cho­robą skóry, jakiej pan Nan­dha wolałby nie oglą­dać w pobliżu cze­go­kol­wiek spo­ży­wa­nego przez ludzi.

- Nie ma czasu do stra­ce­nia! - woła, uno­sząc broń. - Mogło już wyko­rzy­stać zamie­sza­nie i uciec. Za mną.

- Ja tam nie idę - pro­te­stuje Sun­der, z dłońmi na udach. Męż­czy­zna w śred­nim wieku, nabie­ra­jący tłusz­czu na brzu­chu i bio­drach, a w pod­ręcz­niku pro­ce­dur poste­run­ko­wego z Nawady nie ma nic na taką oka­zję. - Nie jestem zabo­bonny, ale jeśli to nie dżinn, to ja nie wiem co.

- Dżin­nów nie ma - mówi pan Nan­dha.

Sen idzie tuż za nim. Jej masku­jący ubiór jest dokład­nie koloru pasty-tikki. Zakry­wają twa­rze, wci­skają się w duszne boczne przej­ście wyście­łane nie­do­pał­kami i wcho­dzą wyj­ściem prze­ciw­po­ża­ro­wym. Powie­trze dusi od dymu z chili. Pan Nan­dha czuje, jak wpija mu się pazu­rami w głąb gar­dła, kiedy grze­bie w awa­ta­rach, szu­ka­jąc naj­po­tęż­niej­szego z pro­gra­mów, Kali Burzy­cielki. Wpina się do fabrycz­nej sieci i wpusz­cza ją do sys­temu. Przej­dzie przez strony www, sieci prze­wo­dowe i bezprze­wo­dowe, wko­piuje się do każ­dej sta­cjo­nar­nej i prze­no­śnej jed­nostki kom­pu­te­ro­wej. Ozna­czy, wyśle­dzi i wyka­suje wszystko, co jest pozba­wione licen­cji. Kiedy Kali skoń­czy, z Pasta-Tikka, Inc. zostaną tylko strzępy. Wła­śnie dla­tego pan Nan­dha odizo­lo­wał fabrykę. Wpusz­czona do glo­bal­nej sieci Kali w sekundę naro­bi­łaby na całym kon­ty­nen­cie szkód na krory rupii. Nie ma lep­szego psa na aeai niż inna aeai. Zda­rzało się, że sam zapach Kali, man­gu­sty w pogoni za wężem, wystar­czał, by wypło­szyć aeai z kry­jówki.

W peł­nej roz­dziel­czo­ści ligh­tho­eka Kali wygląda nie­sa­mo­wi­cie - opa­sana odcię­tymi rękami, krzywe sza­ble unie­sione, wysu­nięty język i wyba­łu­szone oczy. Wznosi się nad powoli osia­da­jącą chmurą dymu z chili, a wokół niej jedna po dru­giej gasną kon­ste­la­cje danych. Tak pew­nie wygląda śmierć, myśli pan Nan­dha. Deli­katna nie­bie­ska poświata prze­pływu infor­ma­cji migoce i gaśnie punkt za punk­tem. Impulsy ner­wowe zawo­dzą jedne po dru­gich, bodźce zmy­słowe słabną, świa­do­mość się roz­pada.

Spło­szona milk­ną­cymi wokół maszy­nami Sen przy­bliża się do pana Nan­dhy. Dzia­łają tu siły i istoty, któ­rych nie rozu­mie. Kiedy przez pełną minutę już nic się nie rusza ani nie gaśnie, Sen pyta:

- Myślisz, że wszyst­kie zde­chły?

Pan Nan­dha spraw­dza raport od Kali.

- Usu­ną­łem dwie­ście podej­rza­nych pli­ków i pro­gra­mów. Jeśli choć jeden pro­cent z tego to kopie aeai... - Ale jego zmy­sły drażni coś wię­cej niż tylko chili w gar­dle.

- Czemu one to robią? Czemu znie­nacka dostają wście­kli­zny? - pyta Sen.

- Zawsze odkry­wa­łem, że u źró­deł pro­blemu z kom­pu­te­rem leży ludzka ułom­ność - mówi pan Nan­dha, obra­ca­jąc się powoli, pró­bu­jąc usta­lić, co wzbu­dziło jego podej­rze­nie. - Podej­rze­wam, że nasz przy­ja­ciel kupo­wał od sun­dar­ba­nów nie­le­galne, hybry­dowe aeai. Z mojego doświad­cze­nia wynika, że z prze­cho­walni danych ni­gdy nie wyszło nic dobrego.

Sen ma kolejne pyta­nie, ale pan Nan­dha uci­sza ją gestem. Sły­szy ruch, bar­dzo daleki, bar­dzo sła­biutki. Kali pozo­sta­wiła z fabrycz­nego softu aku­rat tyle, żeby Śiwa mógł się pod­łą­czyć do sys­te­mów moni­to­ringu. W kame­rach nie ma nic, tak jak się spo­dzie­wał, ale w roz­my­tym świe­cie pod­czer­wieni coś się poru­sza. Zadziera głowę, spo­glą­da­jąc na gale­ryjkę suw­nicy na końcu hali.

- Widzę cię - mówi, kiwa­jąc na Sen. Ta wcho­dzi na gale­rię z jed­nego końca. Pan Nan­dha wybiera drugi. To coś jest gdzieś u góry, na sufi­cie. Idą ku sobie.

- W któ­rymś momen­cie się rzuci - ostrzega Nan­dha.

- Co się rzuci? - szep­cze Sen, ści­ska­jąc swoją potężną broń.

- Podej­rze­wam, że sko­pio­wała się do robota i pró­buje tym spo­so­bem uciec. Spo­dzie­waj się cze­goś małego i szyb­kiego.

Pan Nan­dha sły­szy to teraz mię­dzy meta­licz­nymi odgło­sami ludz­kich kro­ków, coś dra­pią­cego o dach, pró­bu­ją­cego wybić sobie dziurę i uciec. Pan Nan­dha unosi rękę, poka­zu­jąc dźe­ma­dar Sen, by szła ostroż­nie. Ma prze­czu­cie, że jest dokład­nie pod tym czymś. Wpa­truje się we wro­nie gniazdo kabli i rurek. Nagle dźga go kamera-oko na słupku. Pan Nan­dha odska­kuje. Sen unosi broń; zanim zdąży pomy­śleć, wypusz­cza serię w sufit. Coś spada tak bli­sko pana Nan­dhy, że pra­wie go ude­rza, coś skła­da­ją­cego się z samych nóg, roze­dr­ga­nych, roz­bie­ga­nych. To robot inspek­cyjny, mała, wspi­na­jąca się maszynka podobna do cze­piaka. Poje­dyn­czych firm z reguły na nie nie stać, ale firmy deve­lo­per­skie kupują po jed­nym i obsłu­gują nim cały kwar­tał hal. To coś będzie miało dostęp do wszyst­kich budyn­ków w tej stre­fie prze­my­sło­wej. Maszyna staje dęba, pędzi ku niemu, potem zawraca i leci bez­ład­nym zyg­za­kiem ku Sen. Wie tylko, że chce ist­nieć, a te stwo­rze­nia chcą ją zabić. Spa­ni­ko­wana nagłą serią, Sen zapo­mina wszel­kie woj­skowe instynkty, gdy to coś pędzi ku niej w pod­sko­kach. Gmera przy swoim kara­binku sztur­mo­wym. Pan Nan­dha ze spo­ko­jem, kla­row­nie uświa­da­mia sobie, że jej panika go zabije.

- Nie! - krzy­czy i wyciąga pisto­let.

Indra namie­rza cel, celuje, strzela. Impuls na chwilę prze­ciąża nawet jego hoeka. Świat znika ośle­piony wybu­chem. Robot zamiera, dostaje kon­wul­sji, spada w sno­pie żół­tych iskier. Nogi mu drgają, wysu­wają się słupki z oczami. Z otwo­rów wen­ty­la­cyj­nych uno­szą się strużki dymu. Pana Nan­dhy to nie zado­wala. Stoi nad mar­twą aeai, potem klęka i pod­pina skrzynkę z awa­ta­rami do złą­cza ser­wi­so­wego. Ganeśa pod­łą­cza się do sys­temu ope­ra­cyj­nego. Kali stoi w pogo­to­wiu z sza­blami w górze.

Nie żyje. Została eks­ko­mu­ni­ko­wana. Pan Nan­dha wstaje i otrze­puje się. Chowa broń. Nie­chluj­nie to wyszło. Nie­za­do­wa­la­jąco. Pozo­stały pyta­nia. Wiele znaj­dzie odpo­wiedź, kiedy Banda z Pięt­na­stego roz­pruje ser­wer, ale Gliną Kryszny nie zostaje się bez intu­icji, a ta pod­po­wiada panu Nan­dzie, że owa plą­ta­nina metalu i pla­stiku jest wstę­pem do nowej i dłu­giej histo­rii. Opo­wie tę histo­rię, roz­wi­kła jej zawi­ło­ści, roz­szy­fruje posta­cie i zda­rze­nia, zamy­ka­jąc całość wła­ści­wym zakoń­cze­niem, ale w tej chwili jego naj­bar­dziej palą­cym pro­ble­mem jest pozby­cie się z gar­ni­turu smrodu spa­lo­nej pasty-tikki.

Roz­dział 3

Sha­heen Badoor Khan

Sha­heen Badoor Khan patrzy z góry na antark­tyczny lód. Z dwóch tysięcy metrów to bar­dziej obiekt geo­gra­ficzny niż lód, biała wyspa, jak zbie­gła Sri Lanka. Oce­aniczne holow­niki wypo­ży­czone z Zatoki są naj­więk­sze, naj­moc­niej­sze i naj­now­sze, przy­po­mi­nają jed­nak pająki mocu­jące się z wiel­kim cyr­ko­wym namio­tem, szar­piące za jedwabne nitki odcią­gów. Teraz już tylko pil­nują: górę trzyma Połu­dniowo-wschodni Prąd Mon­su­nowy i całe zamie­sza­nie pły­nie sobie na pół­nocno-pół­nocny-wschód z pręd­ko­ścią pię­ciu mil mor­skich na dzień. Tu, w głębi oce­anu, pięć­set kilo­me­trów na połu­dnie od delty, gdzie punk­tami odnie­sie­nia mogą być tylko lód, niebo i ciem­no­błę­kitna, głę­boka woda, nic nie zdra­dza tego ruchu. Ile czasu i jak mocno będą musiały potem cią­gnąć, żeby ją zatrzy­mać? - zasta­na­wia się Sha­heen Badoor Khan. Wyobraża sobie górę wbitą głę­boko w wyspę Gan­ga­sa­gar u ujścia świę­tej rzeki, potężne lodowe klify wysta­jące spo­mię­dzy namo­rzy­nów.

Tilt-jet pań­stwa Ben­gal, wio­zący ładu­nek ben­gal­skich poli­ty­ków i ich dyplo­ma­tycz­nych gości od sąsiada i odwiecz­nego rywala, pań­stwa Bha­rat, chy­bo­cze się w chłod­nym mikro­kli­ma­cie, odwi­ja­ją­cym się spi­ralą z ogrom­nej kry. Sha­heen Badoor Khan zauważa, że jej powierzch­nia jest pobruż­dżona jarami i roz­pa­dli­nami. Poły­skuje bystro spły­wa­jąca woda; top­nie­jący lód wyżło­bił w ścia­nach głę­bo­kie kaniony, z lodo­wych kli­fów wytry­skują łukami malow­ni­cze wodo­spady.

- Nie­ustan­nie się prze­suwa - mówi ener­giczny kli­ma­to­log-Ben­gal­czyk sie­dzący po dru­giej stro­nie przej­ścia. - Traci masę i zmie­nia się śro­dek cięż­ko­ści. Musimy utrzy­my­wać ją w rów­no­wa­dze, nagły prze­chył bli­sko lądu mógłby skoń­czyć się kata­strofą.

- Nie potrze­bu­je­cie w del­cie kolej­nego przy­pływu - pota­kuje Sha­heen Badoor Khan.

- O ile w ogóle ona tam dopły­nie - mówi Mini­ster ds. Wody i Ener­gii Bha­ratu, wska­zu­jąc brodą górę. - Przy takiej szyb­ko­ści top­nie­nia...

- Panie mini­strze... - mówi szybko Sha­heen Badoor Khan, ale nadworny kli­ma­to­log nie prze­pusz­cza oka­zji do zabły­śnię­cia.

- Wszystko jest obli­czone co do grama. Spo­koj­nie mie­ścimy się w para­me­trach zmiany mikro­kli­matu.

Bły­ska przy tym kosz­tow­nie wypie­lę­gno­wa­nymi zębami, poka­zu­jąc dokład­ność zbli­że­niem kciuka i palca wska­zu­ją­cego. Bez­błęd­nie. Sha­heen Badoor Khan wsty­dzi się nie­zmier­nie, gdy któ­ryś z jego mini­strów otwiera usta i publicz­nie demon­struje swą igno­ran­cję, zwłasz­cza wobec ugła­dzo­nych Ben­gal­czy­ków. Dawno pojął, że do poli­tyki nie potrzeba szcze­gól­nego talentu, zdol­no­ści ani inte­li­gen­cji. Po to ma się dorad­ców. Umie­jęt­ność poli­tyka polega na wysłu­cha­niu ich rad i przed­sta­wie­niu ich tak, by wyglą­dało na to, że wymy­ślił to wszystko sam. Sha­heen Badoor Khan dener­wuje się, że ktoś mógłby pomy­śleć, że nie­wła­ści­wie pouczył swoją grupkę.

- Poleć z nimi, Shah - popro­siła pre­mier Sajida Rana. - Nie pozwól Sri­na­va­sowi wyjść na idiotę.

Ben­gal­ski mini­ster ds. góry lodo­wej gra­moli się przej­ściem z sze­ro­kim niedź­wie­dzim uśmie­chem. Sha­heen Badoor Khan wie ze swo­ich źró­deł o woj­nach pomię­dzy wydzia­łami ben­gal­skiej admi­ni­stra­cji, na czyim podwórku mają wylą­do­wać dzie­się­cio­ki­lo­me­trowe kawałki Lodowca Szel­fo­wego Amery'ego. Napię­cie mię­dzy dwiema sto­li­cami zawsze miło roze­grać na korzyść Bha­ratu. Ochrona Śro­do­wi­ska prze­grała na koniec z Nauką i Tech­niką, z drobną pomocą Prze­my­słu i Roz­woju, który odpo­wia­dał za pod­pi­sa­nie kon­trak­tów, i dla­tego odpo­wiedni mini­ster stoi teraz w przej­ściu, trzy­ma­jąc się oparć. Sha­heen Badoor Khan czuje jego oddech.

- No i jak? Wszystko nasze wła­sne, my nie pole­cie­li­śmy do Ame­ry­ka­nów, żeby pomo­gli nam z zaopa­trze­niem w wodę, jak ci z Awa­dhu i ich tama. Ale pan to świet­nie wie.

- Kie­dyś rzeka jed­no­czyła nas wszyst­kich - zauważa Sha­heen Badoor Khan. - Teraz kłó­cimy się jak dzieci Matki Gangi: Awadh, Bha­rat, Ben­gal. Głowa, ręce i nogi.

- Ile pta­ków - mówi Sri­na­vas, wyglą­da­jąc przez okno.

Za górą cią­gnie się blada smuga, jak dym z okrę­to­wego komina: stada mor­skich pta­ków, całe tysiące, rzu­cają się w wodę, polu­jąc na srebrne sar­dynki.

- To tylko dowo­dzi, że zimny prąd działa - oznaj­mia kli­ma­to­log, pró­bu­jąc wychy­lić się zza swo­jego mini­stra. - Ścią­gamy nie tyle górę lodową, ile kom­pletny eko­sys­tem. Nie­które lecą za nami aż od samej Wyspy Księ­cia Edwarda.

- Pan mini­ster chciałby wie­dzieć, kiedy się spo­dzie­wa­cie pierw­szych korzy­ści - inda­guje Sha­heen Badoor Khan.

Naipaul zaczyna już trą­bić o śmia­ło­ści i roz­ma­chu ben­gal­skiej inży­nie­rii kli­ma­tycz­nej, ale prze­rywa mu jego wła­sny magik od pogody. Sha­heen Badoor Khan aż mruga na to nie­wy­ba­czalne zacho­wa­nie. Ci Ben­gal­czycy nie mają żad­nej ety­kiety, czy co?

- Kli­mat to nie stara krowa, którą można sobie pędzić, gdzie się zechce - mówi kli­ma­to­log, nazwi­skiem Vinay­achan­dran. - To sub­telna nauka mówiąca o drob­nych zmia­nach i prze­su­nię­ciach, które przez lata kumu­lują się w ogromne, potężne skutki. Wyobraź­cie sobie, pano­wie, sta­cza­jącą się z góry kulę śnie­gową. Tu spa­dek tem­pe­ra­tury o pół stop­nia, tam prze­su­nię­cie ter­mo­kliny w oce­anie o parę­dzie­siąt metrów, gdzie indziej zmiana ciśnie­nia o poje­dyn­cze mili­bary...

- Bez wąt­pie­nia, pan mini­ster zasta­na­wia się jed­nak, kiedy nastą­pią pierw­sze drobne zmiany wywo­łane tą... kulą śnie­gową... - powta­rza Sha­heen Badoor Khan.

- Nasze symu­la­cje prze­wi­dują powrót kli­matu do normy w ciągu sze­ściu mie­sięcy - odpo­wiada Vinay­achan­dran.

Sha­heen Badoor Khan kiwa głową. Pod­su­nął już swo­jemu mini­strowi wszyst­kie suge­stie. Teraz może wycią­gnąć wła­sne wnio­ski.

- Czyli to wszystko... - mini­ster ds. Wody i Ener­gii Bha­ratu macha ręką ku obcemu przy­by­szowi w Zatoce Ben­gal­skiej - to wszystko jest za późno. Kolejny nie­udany mon­sun. Może gdy­by­ście ją sto­pili i posłali nam ruro­cią­giem, na coś by się zdała. Może­cie zawró­cić Gan­ges? To może by nam pomo­gło.

- Ta góra usta­bi­li­zuje mon­sun na naj­bliż­sze pięć lat, w całych Indiach - upiera się mini­ster Naipaul.

- Panie mini­strze, nie wiem jak pań­ski, ale mój kraj jest spra­gniony teraz - mówi V.R. Sri­na­vas pro­sto w oko kamery wia­do­mo­ści, wychy­la­jąc się zza opar­cia fotela przed sobą.

Sha­heen Badoor Khan zaciera ręce, zado­wo­lony, że ten tekst pojawi się w nagłów­kach wszyst­kich gazet od Kerali po Kasz­mir. Sri­na­vas to pra­wie taki sam bła­zen jak Naipaul, ale w potrze­bie zawsze można liczyć na jego ciętą ripo­stę.

Nowy, piękny, naj­no­wo­cze­śniej­szy na rynku tilt-jet ponow­nie się prze­chyla, usta­wia sil­niki do pozio­mego lotu i kie­ruje się na Ben­gal.

***

Rów­nie nowe, piękne i naj­no­wo­cze­śniej­sze na rynku jest świeżo zbu­do­wane lot­ni­sko w Dhace, podob­nie jak jego nowiu­teńki sys­tem kon­troli lotów. Dla­tego wła­śnie lot dyplo­ma­tyczny o naj­wyż­szym prio­ry­te­cie tkwi w kolejce przez pół godziny, a potem siada na skrawku lądo­wi­ska naprze­ciwko air­busa Bha­rat Air. Pro­blem z inter­fej­sem; kon­tro­le­rami lotów są aeai pierw­szego poziomu, o umy­śle, instynk­cie auto­no­mii i morale prze­cięt­nego kró­lika; jak to sko­men­to­wał felie­to­ni­sta "Bha­rat Times": to i tak lepiej niż prze­ciętny ludzki kon­tro­ler lotów z Dhaki. Sha­heen Badoor Khan maskuje uśmiech, ale nikt nie zaprze­czy, że Zjed­no­czony Ben­gal Wschodni i Zachodni to pań­stwo zna­jące się na tech­no­lo­gii, odważne, myślące per­spek­ty­wicz­nie, wyra­fi­no­wane i repre­zen­tu­jące świa­towy poziom - wszystko to, do czego aspi­rują aleje i atria bha­rac­kiego Rana­puru, a czemu prze­czą brud, ruina i żebrac­two Kashi.

Wresz­cie docie­rają samo­chody. Sha­heen Badoor Khan scho­dzi za poli­ty­kami na płytę. Beton odbija cie­pło. Wil­goć wysysa wszel­kie wspo­mnie­nia o lodzie, oce­anie i chło­dzie. Powo­dze­nia z tą lodową wyspą, myśli, wyobra­ża­jąc sobie gor­li­wych ben­gal­skich inży­nie­rów wspi­na­ją­cych się na odła­mek Amery'ego, w cie­płych par­kach z obszy­tymi futrem kap­tu­rami.

Na przed­nim sie­dze­niu samo­chodu mini­stra Sri­na­vasa Sha­heen Badoor Khan zakłada hoeka za ucho. Pasy do koło­wa­nia, samo­loty, trapy, wózki z baga­żami zle­wają się z inter­fej­sem biu­ro­wego sys­temu. Aeai prze­sie­wała mu mejle, ale i tak uwagi oso­bi­stego par­la­men­tar­nego sekre­ta­rza Sajidy Rany wymaga ponad pięć­dzie­siąt wia­do­mo­ści. Kiw­nię­cie palca mówi "tak" rapor­towi o pro­ble­mie goto­wo­ści bojo­wej Bha­ratu, "nie" - infor­ma­cji dla prasy doty­czą­cej kolej­nych ogra­ni­czeń w zuży­ciu wody, "póź­niej" - proś­bie o wide­okon­fe­ren­cję od N.K. Jivan­je­ego. Kre­śli dłońmi mudry jak zwinna tan­cerka kathak. Zgię­ciem palca przy­wo­łuje z powie­trza notat­nik. "Pro­szę mnie infor­mo­wać o roz­woju sytu­acji na ron­dzie Sar­khand", pisze na bur­cie air­busa Air Ben­gal wir­tu­al­nym hindi. "Mam co do tego pewne prze­czu­cia".

Sha­heen Badoor Khan uro­dził się, mieszka i zakłada, że umrze, w Kashi, ale wciąż nie rozu­mie pasji i gniewu, jakich doma­gają się ci nie­chlujni hin­du­istyczni bogo­wie. Podzi­wia ich dys­cy­plinę i asce­tyzm, tylko że w zamian za to ofe­rują bar­dzo marne zabez­pie­cze­nie. Każ­dego dnia po dro­dze do Bha­rat Sabha mija małą pla­sti­kową budkę na skrzy­żo­wa­niu Lady Castle­re­agh Road, gdzie sadhu przez pięt­na­ście lat trzy­mał w górze lewą rękę. Sha­heen Badoor Khan tak­suje wzro­kiem czło­wieka, który teraz nie mógłby opu­ścić tej uschłej gałązki z kości, ścię­gien i obumar­łych mię­śni, nawet gdyby zaży­czył sobie tego jego bóg. Sha­heen Badoor Khan nie jest otwar­cie reli­gijny, jed­nak te krzy­kliwe, dyna­miczne posągi, kipiące od ramion, sym­boli, wehi­ku­łów, atry­bu­tów i towa­rzy­szy, jakby rzeź­biarz miał w obo­wiązku wci­snąć na nie każdy teo­lo­giczny szcze­gół, obra­żają jego este­tykę. Jego islam­ska szkoła jest wyra­fi­no­wana, mocno cywi­li­zo­wana, eks­ta­tyczna i mistyczna. Nie maluje się na neo­nowy róż. Nie wyma­chuje publicz­nie peni­sem. A jed­nak pod bal­ko­nami jego haveli co rano tysiące ludzi scho­dzą po gha­tach, żeby obmyć grze­chy w wyschnię­tym stru­mie­niu Gangi. Wdowy wydają ostat­nie rupie, żeby mężo­wie mogli spło­nąć nad świętą wodą i wejść do Raju. Co roku mło­dzi męż­czyźni rzu­cają się pod koła rydwanu Dźa­gan­na­tha w Puri i giną zmiaż­dżeni - choć moloch godziny szczytu w Puri i tak pochła­nia wię­cej ofiar. Armie mło­dych męż­czyzn napa­dają na meczety i zrów­nują je gołymi rękami z zie­mią, bo uchy­biają czci pana Ramy, a ten czło­wiek dalej sie­dzi na kra­węż­niku, z ręką unie­sioną jak laska. A na ron­dzie w nowym Sar­nath stoi brudna, beto­nowa figura Hanu­mana, nie ma nawet dzie­się­ciu lat, ale kiedy się mówi, że trzeba ją prze­su­nąć, żeby zro­bić miej­sce na budo­waną sta­cję metra, bandy chło­pa­ków w bia­łych koszu­lach i dhoti już wyma­chują pię­ściami, walą w bębny i gongi. Będą z tego ofiary, myśli Sha­heen Badoor Khan. Śnieżna kula drob­nych zmian. N.K. Jivan­jee i jego fun­da­men­ta­li­styczna par­tia Shi­vaji zajeż­dżą tego molo­cha na śmierć.

Przy recep­cji dla VIP-ów wybu­cha kolejne zamie­sza­nie. Wygląda na to, że klasa busi­ness lotu BH137 jest zare­zer­wo­wana dla dwóch VIP-ów naraz. W pierw­szej chwili Sha­heen Badoor Khan dostrzega tylko tłu­mek repor­te­rów z mikro­fo­nami, na wysię­gni­kach i swo­bod­nie lata­ją­cymi, przed salo­ni­kiem dla VIP-ów. Mini­ster Sri­na­vas już się miz­drzy, obiek­tywy patrzą jed­nak gdzie indziej. Sha­heen Badoor Khan prze­ci­ska się grzecz­nie przez tłum do dys­po­zy­tora, z wysoko unie­sioną legi­ty­ma­cją.

- Co się dzieje?

- Och, panie Khan, nastą­piła jakaś pomyłka.

- Żadna pomyłka. Mini­ster Sri­na­vas i jego ludzie wra­cają tym lotem do Vara­nasi. Skąd w ogóle takie zamie­sza­nie?

- Pewna znana osoba...

- Znana osoba - powta­rza Sha­heen Badoor Khan z pogardą, od któ­rej mógłby uschnąć cały plon.

- Model. Rosja­nin - mówi dys­po­zy­tor, czer­wie­niąc się. - Bar­dzo znany. W Vara­nasi jest jakiś pokaz. Prze­pra­szam za zamie­sza­nie, panie Khan. - Sha­heen Badoor Khan już pro­wa­dzi swój zespół do wyj­ścia.

- Kto? - pyta mini­ster Sri­na­vas, mija­jąc tłu­mek.

- Jakiś ruski model - odpo­wiada Sha­heen Badoor Khan swoim łagod­nym, pre­cy­zyj­nym gło­sem.

- Aaa! - mówi mini­ster, wytrzesz­cza­jąc oczy. - Juli.

- Słu­cham?

- Juli - powta­rza Sri­na­vas, wycią­ga­jąc szyję, żeby zer­k­nąć na sławę. - To neutko.

To słowo roz­brzmiewa jak świą­tynny dzwon. Tłum się roz­dziela. Sha­heen Badoor Khan widzi wyraź­nie wnę­trze pocze­kalni dla VIP-ów. I zamiera. Dostrzega wysoką syl­wetkę w dłu­gim, pięk­nie skro­jo­nym płasz­czu z bia­łego bro­katu, wyszy­wa­nym w sple­cione dzio­bami tań­czące jastrzę­bie. Stoi do niego tyłem i Sha­heen Badoor Khan nie widzi twa­rzy, patrzy jed­nak na krą­gło­ści bia­łej cery; dłu­gie, deli­kat­nie poru­sza­jące się dło­nie; ele­gancko wyrzeź­bioną szyję, ide­alną, gładką krzy­wi­znę bez­wło­sej czaszki.

Ciało obraca się ku niemu. Sha­heen Badoor Khan widzi zarys szczęki, kra­wędź kości policz­ko­wej. Zachły­stuje się powie­trzem, odgłos jest jed­nak nie­sły­szalny w repor­ter­skim tumul­cie. Twarz. Nie wolno mu spoj­rzeć na twarz, bo będzie zgu­biony, prze­klęty, zamieni się w kamień. Tłum znów się prze­suwa, plecy odci­nają widok. Sha­heen Badoor Khan stoi jak spa­ra­li­żo­wany.

- Khan? - sły­szy. To jego mini­ster. - Khan, dobrze się czu­jesz?

- Eee... tak, panie mini­strze. Zro­biło mi się tro­chę słabo od tej wil­goci.

- Tak, ci cho­lerni Ben­gal­czycy powinni coś zro­bić z tą klimą.

Czar pry­ska, ale Sha­heen Badoor Khan, pro­wa­dząc swo­jego mini­stra po tra­pie, wie, że ni­gdy nie zazna spo­koju.

Pra­cow­nik obsługi naziem­nej wrę­cza wszyst­kim pre­zenty od mini­stra Naipaula, ter­mosy z her­bem Zjed­no­czo­nego Ben­galu Wschod­niego i Zachod­niego. Po zapię­ciu pasów, zasło­nię­ciu kotary odgra­dza­ją­cej klasę eko­no­miczną, kiedy air­bus Bha­rat Air pod­ska­kuje na nie­rów­nym beto­nie, Sha­heen Badoor Khan otwiera swój ter­mos. W środku jest lód: kostki lodowca do gin slin­gów Sajidy Rany. Sha­heen Badoor Khan zakręca ter­mos i przy­ci­ska go do sie­bie, kiedy air­bus star­tuje, a jego koła opusz­czają Ben­gal, tak jakby zimno mogło ule­czyć ranę na jego brzu­chu. Nie ule­czy. Ni­gdy. Sha­heen Badoor Khan patrzy przez okno na rów­no­mier­nie sza­rze­jącą zie­mię - samo­lot leci na zachód, do Bha­ratu. Widzi białą kopułę czaszki, łuk szyi; blade, piękne dło­nie, ele­ganc­kie jak mina­rety, kości policz­kowe zwra­ca­jące się ku niemu jak cud archi­tek­tury. Tań­czące żura­wie.

Tak długo czuł się bez­pieczny. I czy­sty. Sha­heen Badoor Khan tuli do sie­bie lód z lodowca, zamyka oczy w mil­czą­cej modli­twie, serce ma roz­świe­tlone eks­tazą.

Roz­dział 4

Najia

Lal Dar­fan, gwiazda seria­lowa numer jeden, udziela wywia­dów w hau­dzie na grzbie­cie ste­rowca w kształ­cie sło­nia, uno­szą­cego się nad połu­dnio­wymi zbo­czami nepal­skich Hima­la­jów. Ubrany w bar­dzo ele­gancką koszulę i luźne spodnie, opiera się o wałek leżący na niskiej sofie. Na nie­bie za nim roz­cią­gają się pasmami trans­pa­renty chmur. Szczyty kre­ślą zębatą, białą gra­nicę, ścianę na kra­wę­dzi pola widze­nia. Obrze­ża­jące haudę frędzle trze­po­czą na wie­trze. Lal Dar­fan, boski amant w naj­więk­szej i naj­słyn­niej­szej ope­rze mydla­nej India­pen­dent Pro­duc­tions, Mia­sto i wieś, ma do towa­rzy­stwa pawia sto­ją­cego u wez­gło­wia oto­many. Karmi go okru­chami wafli ryżo­wych. Lal Dar­fan jest na die­cie nisko­tłusz­czo­wej. Plot­kar­skie maga­zyny o niczym innym nie mówią.

Dieta, myśli Najia Asha­rza­dah, to nie­zły pomysł, jak na wir­tu­alną gwiazdę seria­lową. Bie­rze głę­boki wdech i zaczyna wywiad.

- Na Zacho­dzie trudno nam uwie­rzyć, że Mia­sto i wieś mogą być aż tak popu­larne. Nato­miast tutaj, pan jako aktor inte­re­suje publicz­ność chyba tak samo, jak pana postać, Ved Pre­kash.

Lal Dar­fan uśmie­cha się. Zęby ma tak wspa­niale i nie­praw­do­po­dob­nie białe, jak mówią tele­wi­zyjne kanały plot­kar­skie.

- Bar­dziej - odpo­wiada. - Ale pani pyta chyba raczej, po co aeai-postaci potrzebna jest aeai-aktor? Ilu­zja w ilu­zji, prawda?

Najia Aska­rza­dah ma dwa­dzie­ścia dwa lata, jest wol­nym strzel­cem i nie ma zobo­wią­zań. W Bha­ra­cie prze­bywa od czte­rech tygo­dni i wła­śnie dopa­dła wywiad, który, jak liczy, przy­pie­czę­tuje jej karierę.

- Zawie­sze­nie nie­wiary - mówi. Sły­szy pomruk sil­ni­ków ste­rowca, po jed­nym w każ­dej sło­nio­wej nodze.

- Cho­dzi po pro­stu o to. Rola ni­gdy nie wystar­cza. Publicz­ność musi widzieć rolę kry­jącą się za rolą, obo­jętne, czy to ja - Lal Dar­fan skrom­nie dotyka dłońmi swo­jej nie­długo mają­cej się wybrzu­szyć talii - czy hol­ly­wo­odzki aktor z krwi i kości, czy jakiś idol pop. Zadam pani pyta­nie. Co pani wie o jakiejś zachod­niej gwieź­dzie pop, niech to będzie na przy­kład Bló­chant Mat­thews? To, co zoba­czy pani w tele­wi­zji, prze­czyta w plot­kar­skich pismach i na cza­tach. A co pani wie o Lalu Dar­fanie? Dokład­nie to samo. Oni nie są dla pani bar­dziej realni niż ja. Ani mniej.

- Ale praw­dziwą cele­brity ludzie mogą zawsze spo­tkać przy­pad­kiem, mignie im na plaży, na lot­ni­sku, albo w skle­pie...

- Mogą? A skąd pani wie, że ktoś komuś mignął?

- Bo sły­sza­łam... A.

- Rozu­mie pani teraz? Wszystko odbywa się przez takiego czy innego pośred­nika. I z całym sza­cun­kiem, ja jestem praw­dziwą cele­brity, bo moja sława jest bar­dzo praw­dziwa. W dzi­siej­szych cza­sach, jeśli cokol­wiek staje się realne, to wła­śnie przez sławę, czyż nie?

Na głos Lala Dar­fana poszło pół miliona oso­bo­go­dzin. Jest wyli­czony, aby uwo­dzić, i owija Najię kolej­nymi war­stwami. Mówi:

- Mogę zadać oso­bi­ste pyta­nie? Bar­dzo pro­ste: jakie jest pani naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie?

Ono jest zawsze pod ręką, ta noc pełna ognia, pośpie­chu i stra­chu, jak geo­lo­giczna war­stwa irydu w jej życiu. Ojciec wygar­nia­jący ją z łóżka, pod­łoga zasłana papie­rami, dom pełen hałasu, pro­mie­nie świa­tła falu­jące w ogro­dzie. To pamięta naj­le­piej: stożki lata­rek wijące się po krza­kach róż, idące po nią. Ucieczka przez osie­dle. Ojciec prze­kli­na­jący pod nosem, bo sil­nik samo­chodu kręci, kręci i kręci. Latarki pod­cho­dzące coraz bli­żej i bli­żej. Ojciec klnie i klnie, choć był kul­tu­ralny nawet wtedy, gdy przy­szła po niego poli­cja.

- Leżę na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu - mówi. - Leżę na pła­sko, jest noc, jedziemy szybko przez Kabul. Tata pro­wa­dzi, obok sie­dzi mama, ale nie widzę ich zza oparć. Sły­szę tylko, jak roz­ma­wiają, i wydaje mi się, że są bar­dzo daleko. Włą­czyli radio, słu­chają cze­goś, a ja tego nie rozu­miem. - Teraz już wie, że w wia­do­mo­ściach mówiono o nalo­cie poli­cji na schro­ni­sko dla kobiet i wyda­niu nakazu aresz­to­wa­nia. Od poja­wie­nia się tej wia­do­mo­ści mieli tylko kilka minut, zanim poli­cja zablo­kuje lot­ni­sko. - Widzę mijane latar­nie. Prze­su­wają się bar­dzo regu­lar­nie i pre­cy­zyj­nie. Świa­tło się zapala, prze­cho­dzi po mnie, potem w górę po opar­ciu sie­dze­nia i wycho­dzi przez okno.

- Mocny obraz - mówi Lal Dar­fan. - Ile miała pani wtedy lat? Trzy, cztery?

- Nie­całe cztery.

- Ja także mam naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie. Stąd wiem, że nie jestem Vedem Pre­ka­shem. Ved Pre­kash ma sce­na­riusz, a ja pamię­tam szal z orien­tal­nym wzo­rem, powie­wa­jący na wie­trze. Niebo było nie­bie­skie, czy­ste, a brzeg szalu jakby wla­ty­wał z boku w kadr, kiedy akcja toczyła się poza nim. Bar­dzo wyraź­nie widzę, jak trze­po­cze. Mówią mi, że to było na dachu naszego domu w Pat­nie. Mama zabrała mnie, żebym tro­chę odpo­czął od spa­lin, sie­dzia­łem sobie na kocyku pod para­solką. Szal był uprany i wisiał na sznu­rze; co dziwne, był z jedwa­biu. Pamię­tam to wyraź­nie, jak mało co. Musia­łem mieć nie wię­cej niż dwa lata. No, wła­śnie. Pro­szę. Dwa wspo­mnie­nia. Tak, ale pani powie: pana jest sfa­bry­ko­wane, a moje to praw­dziwe prze­ży­cie. Ale skąd pani wie? Może to pani opo­wie­dziano i pani zro­biła z tego wspo­mnie­nie, może być fał­szywe, może być sztucz­nie sfa­bry­ko­wane i wsz­cze­pione. Setki tysięcy Ame­ry­ka­nów wie­rzą, że zostali upro­wa­dzeni przez sza­rych obcych, któ­rzy wty­kali im do odbytu roz­ma­ite urzą­dze­nia; to fan­ta­zja i w stu pro­cen­tach przy­pad­ków fał­szywe wspo­mnie­nie, ale czy są przez to fał­szy­wymi ludźmi? Co two­rzy nasze wspo­mnie­nia? Układ ładun­ków elek­trycz­nych w czą­stecz­kach bia­łek. Tu chyba się aż tak bar­dzo nie róż­nimy. Ten ste­ro­wiec, głu­pawy słoń-gadżet, który kaza­łem sobie zbu­do­wać, wizja uno­sze­nia się nad Nepa­lem; dla pani to tylko układy ładun­ków na biał­ko­wych czą­stecz­kach. I tak jest ze wszyst­kim. Może pani nazy­wać to ilu­zjami, dla mnie to fun­da­men­talny budu­lec mojego świata. Wyobra­żam sobie, że postrze­gam je zupeł­nie ina­czej niż pani, ale skąd mam wie­dzieć? Skąd wia­domo, że to, co dla mnie jest zie­lone, tak samo wygląda dla pani? Wszy­scy jeste­śmy poza­my­kani w małych kla­tecz­kach wła­snego ja; Najia, obo­jętne, z kości czy pla­stiku, żadne z nas nie może z tego wyjść. Więc czy możemy ufać w to, co zdaje się nam, że pamię­tamy?

Ja mogę, panie kom­pu­ter, myśli Najia Aska­rza­dah. Muszę nawet, bo na tych wspo­mnie­niach opiera się wszystko, czym jestem. Sie­dzę tutaj, w tej gro­te­sko­wej wir­tu­al­nej kopule roz­rywki z gwiazdą tele­wi­zyj­nego mydlańca, pełną złu­dzeń o wła­snej wiel­ko­ści, dzięki wspo­mnie­niu o poru­sza­ją­cych się świa­tłach.

- Ale w takim razie, czy pan, jako Lal Dar­fan, nie stąpa zbyt bli­sko kra­wę­dzi? Rozu­mie pan, Ustawy Hamil­tona doty­czące sztucz­nej inte­li­gen­cji...

- Psy Kryszny? Eunu­chy McAu­leya - rzuca jado­wi­cie Lal Dar­fan.

- Cho­dzi mi o to, że dla pana przy­zna­nie się, że jest pan samo­świa­domy - rozumny, jak pan, zdaje się, twier­dzi - to pod­pi­sa­nie na sie­bie wyroku śmierci.

- Ni­gdy nie powie­dzia­łem, że jestem rozumny, albo samo­świa­domy, cokol­wiek to zna­czy. Jestem aeai poziomu 2.8 i dobrze mi z tym. Twier­dzę tylko, że jestem rów­nie realny jak pani.

- Czyli nie byłby pan w sta­nie zdać testu Turinga?

- Nie powi­nie­nem zda­wać testu Turinga. Nie chciał­bym zda­wać testu Turinga. Zresztą, co to za dowód, taki test? Przed­sta­wię pani test Turinga. Kla­syczna kon­struk­cja, dwa zamknięte pokoje i bad­maś ze sta­ro­świec­kim ter­mi­na­lem. W jed­nym pokoju pani, w dru­gim Sat­nam z PR-u. Podej­rze­wam, że to on panią opro­wa­dzał, bo jemu zawsze przy­dzie­lają dziew­czyny. Ma w sobie tro­chę z nar­cyza. Bad­maś z ekra­nem wpi­suje pyta­nia, pani wstu­kuje odpo­wie­dzi. Stan­dar­dowo. Zada­niem Sat­nama jest prze­ko­na­nie bad­maśia, że jest kobietą. Wolno mu w tym celu kła­mać, oszu­ki­wać, mówić, co tylko zechce. Chyba widzi pani, że to nie sprawi mu szcze­gól­nego pro­blemu. I co? Czy Sat­nam staje się wtedy kobietą? Nie wydaje mi się; Sat­namowi na pewno się nie wydaje. I czym się to różni od sytu­acji, kiedy kom­pu­ter potrafi uda­wać rozum? Czy symu­la­cja cze­goś auto­ma­tycz­nie się tym czymś staje, czy może inte­li­gen­cja to coś aż tak nie­zwy­kłego, jedyna rzecz, któ­rej się nie da zasy­mu­lo­wać? I czego w ogóle dowo­dzi taki test? Można z niego wnio­sko­wać o natu­rze samego testu Turinga oraz o nie­bez­pie­czeń­stwie pole­ga­nia na mini­mal­nej infor­ma­cji. Każda aeai, na tyle bystra, żeby zdać test Turinga, jest na tyle bystra, żeby go oblać.

Najia Aska­rza­dah unosi dło­nie w kpią­cym geście pod­da­nia się.

- Wie pani, jedno mi się w pani podoba - dodaje Lal Dar­fan. - Przy­naj­mniej nie zada­wała mi pani przez całą godzinę głu­pich pytań o Veda Pre­ka­sha, jakby to on był praw­dziwą gwiazdą. O wła­śnie, a pro­pos, muszę już iść na cha­rak­te­ry­za­cję...

- Och, prze­pra­szam i dzię­kuję - mówi Najia Aska­rza­dah, pró­bu­jąc grać uprze­dza­jąco grzeczną dzien­ni­karkę, pod­czas gdy naprawdę cie­szy się, że wycho­dzi z umy­sło­wej prze­strzeni tej pedan­tycz­nej istoty.

Pla­no­wała coś lek­kiego, bła­hego i mydla­nego, a wyszła egzy­sten­cjalna feno­me­no­lo­gia ze szczyptą retro post­mo­der­ni­zmu. Cie­kawe, co powie jej redak­tor, nie mówiąc już o pasa­że­rach noc­nego nie­wy­spańca TransAm Chi­cago-Cin­cin­nati, kiedy wycią­gną samo­lo­towy maga­zyn z kie­szeni w fotelu. Lal Dar­fan zaś tylko roz­pro­mie­nia się błogo, gdy sala audien­cyjna wokół roz­pływa się, aż zostaje tylko sam uśmiech, czy­sty Lewis Car­roll, nik­nący na tle hima­laj­skiego nieba, które potem zwija się Nadji w tyle głowy i ląduje z powro­tem na ren­der far­mie, w obro­to­wym i buja­nym fotelu z wido­kiem na cią­gnące się po hory­zont dłu­gie sze­regi usta­wio­nych jeden na dru­gim wal­ców biał­ko­wych pro­ce­so­rów: mózgi w sło­jach z powie­ści s.f.

- Prze­ko­nu­jący jest gościu, prawda? - Woda po gole­niu Sat­nama-tro­chę-z-nar­cyza jest nieco nachalna. Najia zdej­muje ligh­thoek, wciąż tro­chę zdez­o­rien­to­wana cał­ko­wi­tym zanu­rze­niem pod­czas wywiadu.

- Myślę, że on myśli, że myśli.

- Dokład­nie tak go zapro­gra­mo­wa­li­śmy. - Sat­nam ma medialny styl, strój i nie­wy­si­loną pew­ność sie­bie, Najia zauważa jed­nak malutki trój­ząb Śiwy na pla­ty­no­wym łań­cuszku wokół szyi. - Bo tak naprawdę Lal Dar­fan idzie tak ści­śle według sce­na­riu­sza, jak Ved Pre­kash.

- To mój punkt widze­nia, pozory kon­tra rze­czy­wi­stość. Skoro ludzie mogą uwie­rzyć w wir­tu­al­nych akto­rów, to co jesz­cze łykną?

- Pro­szę nie wychla­pać tego, co teraz powiem. - Sat­nam pro­wa­dzi ją z uśmie­chem do kolej­nej czę­ści stu­dia. Kiedy się uśmie­cha, jest nie­mal śliczny, myśli Najia. - To dział meta­se­rialu. Stąd Lal Dar­fan dostaje sce­na­riusz, o któ­rym myśli, że go nie prze­strzega. Doszło już do tego, że meta­se­rial jest rów­nie duży jak sam serial.

Dział to długa farma sta­cji robo­czych. Szklane ściany są spo­la­ry­zo­wane na ciemno, seria­li­ści pra­cują w pół­świe­tle niskich lam­pek i poświa­cie ekra­nów. Dło­nie pro­jek­tan­tów rysują w neu­ro­prze­strzeni. Najia powstrzy­muje wzdry­gnię­cie na samą myśl spę­dze­nia lat pracy w takim miej­scu, odcięta od słońca. Zabłą­kane świa­tło zwraca jej uwagę, pada­jąc na wyso­kie kości policz­kowe, bez­włosą głowę, deli­katną dłoń - teraz jej kolej prze­rwać Sat­na­mowi.

- A to kto?

Sat­nam wyciąga szyję.

- A, to jest Tal. Nowy. On zaj­muje się tłami wizu­al­nymi.

- Chyba odpo­wiedni zaimek to "ono" - mówi Najia, pró­bu­jąc dokład­niej przyj­rzeć się bale­towi dłoni neutka.

Nie potrafi wyja­śnić, dla­czego jest zasko­czona wido­kiem trze­ciej płci w stu­diu pro­duk­cyj­nym - w Szwe­cji neutki też sku­piały się w arty­stycz­nych bran­żach, indyj­ski serial numer jeden powi­nien mieć podobną siłę przy­cią­ga­nia. Chyba zakła­dała - docho­dzi do wnio­sku - że długa histo­ria indyj­skich trans­sek­su­ali­stów i asek­su­ali­stów zawsze pozo­sta­wała w ukry­ciu.

- Ono czy on, wszystko jedno. Cały dzień tylko się chwali, bo zapro­sili je na imprezę, gdzie będzie jakaś wielka cele­brity.

- Juli. Ten ruski model. Pró­bo­wa­łam zdo­być zapro­sze­nie, żeby udzie­lił mi wywiadu. Udzie­liło.

- I w zastęp­stwie przy­szła pani do Gru­bego Lala.

- Nie, naprawdę inte­re­suję się psy­cho­lo­gią akto­rów aeai. - Najia zerka na neutko. Ono unosi wzrok. Ich spoj­rze­nia spo­ty­kają się na moment. Żad­nego roz­po­zna­nia ani poro­zu­mie­nia. Wraca do swo­jej pracy. Jego dło­nie rzeź­bią w cyfrach.

- Gruby Lal nie ma poję­cia, że posta­cie i fabuła to stan­dar­dowe pakiety - cią­gnie Sat­nam, pro­wa­dząc Najię mię­dzy świe­cą­cymi się sta­cjami robo­czymi. - Sprze­da­jemy licen­cje, a nadawcy z róż­nych kra­jów pod­kła­dają im wła­snych akto­rów aeai. Kto inny gra Veda Pre­ka­sha w Bom­baju, albo w Kerali, i są takimi mega­gwiaz­dami, jak Gruby Lal u nas.

- Wszystko jest wer­sją - mówi Najia, pró­bu­jąc odszy­fro­wać prze­piękny taniec smu­kłych dłoni neutka.

Na kory­ta­rzu Sat­nam ude­rza w gadkę szmatkę.

- Czyli pani naprawdę pocho­dzi z Kabulu?

- Wyje­cha­łam stam­tąd, mając cztery lata.

- Za wiele o tym nie wiem. Ale to na pewno musiało być...

Najia zatrzy­muje się w kory­ta­rzu jak wryta i odwraca twa­rzą do niego. Jest o pół głowy niż­sza, ale on i tak cofa się o krok. Łapie go za dłoń, rysuje mu na kost­kach numer UCC.

- Mój numer. Zadzwo­nisz, może odbiorę. Może zapro­po­nuję, żeby­śmy się gdzieś umó­wili, ale to ja wybie­ram gdzie, okej? A teraz dzię­kuję za wycieczkę. Myślę, że sama tra­fię do wyj­ścia.

***

Jest dokład­nie w tym miej­scu i cza­sie, gdzie mówił, kiedy Najia pod­jeż­dża w fat­fa­cie do kra­węż­nika. Tak jak pro­siła, nie ubrał się w nic, co zanadto mu się podoba, ale tri­śuli nie zdjął. Sporo ich ostat­nio widziała na szy­jach męż­czyzn na uli­cach. Sadowi się obok niej; mała moto­rik­sza chy­boce się na swoim domo­wej roboty zawie­sze­niu.

- Ja wybie­ram, pamię­tasz? - mówi.

Rik­szarz wjeż­dża w rojny ruch.

- Wycieczka w nie­znane? Nie ma sprawy - odpo­wiada Sat­nam. - Jak tam, napi­sa­łaś ten arty­kuł?

- Napi­sa­łam, wysła­łam, koniec.

Wystu­kała go tego popo­łu­dnia na tara­sie Impe­rial Inter­na­tio­nal, hotelu dla tury­stów z ple­ca­kami w Can­ton­men­cie, gdzie wynaj­muje pokój. Kiedy maga­zyn zapłaci, wypro­wa­dzi się stam­tąd. Potąd ma już tych Austra­lij­czy­ków. Cią­gle tylko o wszystko men­dzą.

Bo sprawa wygląda tak: Najia Aska­rza­dah ma faceta. Ma na imię Ber­nard. Także "Impe­ria­li­sta", któ­rego roczna dzie­kanka prze­dłu­żyła się do dwóch, trzech, pię­ciu lat. Jest Fran­cu­zem, ma dwie lewe ręce, jest prze­ko­nany o wła­snym geniu­szu i jest potwor­nym cha­mem. Najia podej­rzewa, że sie­dzi w hostelu tylko po to, by wyry­wać świeże dziew­czyny, takie jak ona. Ale upra­wia seks tan­tryczny i potrafi, into­nu­jąc man­try, utrzy­mać fiuta przez godzinę w kobie­cie. Jak dotąd, tan­tra z Ber­nardem pole­gała na tym, że Najia sie­dzi mu na kola­nach przez dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści minut, cią­gnąc za rze­myk owi­nięty wokół jego kutasa, żeby był twardy, twardy, twardy, dopóki nie prze­wróci oczyma i nie powie: "Kun­da­lini się zbu­dził", co ozna­cza, że dragi wresz­cie zasko­czyły. Najia nie tak wyobraża sobie tan­trę. Nie tak wyobraża sobie wła­snego faceta. Jako Sat­nama też nie - z wielu podob­nych powo­dów, ale to tylko taki spon­ta­niczny pomysł, gra, więc czemu nie? Przez swoje dwa­dzie­ścia dwa lata, wszę­dzie gdzie mogła, nawi­go­wała przez życie, orien­tu­jąc się na podobne "czemu nie?". One zapro­wa­dziły ją do Bha­ratu, wbrew radom nauczy­cieli, przy­ja­ciół i rodzi­ców.

New Vara­nasi cią­giem nie­pa­su­ją­cych ele­men­tów i nie­cią­gło­ści prze­cho­dzi w stare Kashi. Ulice zaczy­nają się w jed­nym tysiąc­le­ciu, koń­czą w dru­gim. Osza­ła­mia­jące kor­po­ra­cyjne iglice nachy­lają się nad cha­osem zauł­ków i nie­zmie­nio­nych od czte­rech stu­leci drew­nia­nych domów. Wia­dukty metra i auto­strady na esta­ka­dach prze­ci­skają się mię­dzy pia­skow­co­wymi lin­ga­mami walą­cych się świą­tyń. Duszący zapach gni­ją­cych płat­ków kwia­tów prze­nika nawet nie­ustanny rausz alko­ho­lo­wych sil­nicz­ków, roz­pusz­cza­jąc się w miej­ską per­fumę, którą mia­sta skra­piają się wokół otwo­rów wydal­ni­czych. Bha­rat Rail zatrud­nia zamia­ta­czy z mio­tłami z gałą­zek, żeby czy­ścili z nich tory. Kashi rodzi je miliar­dami, sta­lowe koła nie radzą sobie z nimi. Fat­fat skręca w ciemny zaułek skle­pów z ubra­niami: z dasz­ków stra­ga­nów zwi­sają blade pla­sti­kowe mane­kiny, bez­no­gie i bez­rę­kie, ale mimo to uśmiech­nięte.

- Mogę zapy­tać, gdzie mnie wie­ziesz? - pyta Sat­nam.

- Zaraz się dowiesz.

Tak naprawdę Najia Aska­rza­dah też ni­gdy tutaj nie była, ale odkąd usły­szała Austra­lij­ców prze­chwa­la­ją­cych się, jacy to byli odważni, że tam weszli, i w ogóle się nie brzy­dzili, wcale nie, cią­gle szu­kała pre­tek­stu, żeby zna­leźć ten klub, naj­po­kąt­niej­szy z pokąt­nych. Nie ma poję­cia, gdzie jest, ale myśli że rik­szarz wie­zie ich w dobrym kie­runku, bo dyn­da­jące mane­kiny ustę­pują miej­sca dziw­kom w otwar­tych witry­nach. Więk­szość przy­jęła stan­dar­dowy zachodni mun­du­rek - lycrę i mocno emfa­tyczne obu­wie - nie­które trzy­mają się tra­dy­cji, w sta­lo­wych klat­kach.

- Tutaj - mówi szo­fer fat­fata. Pla­sti­kowy bąbel, pasia­sty jak osa, koły­sze się na reso­rach.

"Walki! Walki!" - wykrzy­kują naprze­mienne neony nad maleń­kimi drzwicz­kami mię­dzy skle­pem z hin­du­istycz­nymi dewo­cjo­na­liami a pro­sty­tut­kami popi­ja­ją­cymi Limcę pod her­ba­ciar­nią. Kasjer sie­dzi w bla­sza­nej budce przy drzwiach. Wygląda na trzy­na­ście, czter­na­ście lat, a już wszystko w życiu widział spod swo­jej cza­peczki Nike. Za nim, schody pro­wa­dzą w górę, oświe­tlone nagimi świe­tlów­kami.

- Tysiąc rupii - mówi, wycią­ga­jąc rękę. - Albo pięć dola­rów.

Najia płaci miej­sco­wymi pie­niędzmi.

- Nie­zu­peł­nie tak wyobra­ża­łem sobie pierw­szą randkę - mówi Sat­nam.

- Randkę? - dziwi się Najia, pro­wa­dząc go po scho­dach, które idą w górę, skrę­cają, opa­dają, znów skrę­cają i wresz­cie wycho­dzą na bal­kon nad rin­giem.

Wielka hala była kie­dyś maga­zy­nem. Jej histo­rię zdra­dzają prze­my­słowe lampy i rury, mdląco zie­lona farba, świe­tliki z żalu­zjami w dachu. Teraz to arena. Nad pię­cio­me­tro­wym sze­ścio­ką­tem pia­sku spię­trzono rzędy drew­nia­nych ław, stromo jak w auli. Wszystko jest nowe, zbu­do­wane z budow­la­nych belek ukra­dzio­nych z cier­pią­cej na chro­niczny nie­do­bór gotówki vara­na­skiej Szyb­kiej Kolei Miej­skiej. Fronty bal­ko­nów są zro­bione z boków drew­nia­nych skrzy­nek. Kiedy Najia zdej­muje dłoń z porę­czy, cała lepi się od żywicy.

Cały maga­zyn faluje, od budek buk­ma­che­rów i sta­no­wisk dla wal­czą­cych z boków ringu, aż po ostatni rząd bal­konu, gdzie faceci w kra­cia­stych robo­czych koszu­lach albo dhoti stoją na ław­kach, żeby lepiej widzieć. Są tu pra­wie sami męż­czyźni. Nie­liczne kobiety są ubrane sek­sow­nie.

- No, ja nie wiem - mówi Sat­nam, ale Najia już czuje zapach cia­sno stło­czo­nych ciał, potu, orga­nicz­nych pły­nów.

Prze­py­cha się do przodu i zerka na ring. Mięk­kie, zużyte bank­noty roz­ma­zują się, zmie­nia­jąc wła­ści­cieli przy sto­li­kach do zakła­dów. Ręce powie­wają wachla­rzami rupii, dola­rów i euro; sat­ta­mani zapi­sują każdą pajsę. Oczy wszyst­kich są zwró­cone na pie­nią­dze. Tylko jeden czło­wiek, po prze­kąt­nej od niej, na par­te­rze, unosi wzrok, jakby poczuł cię­żar jej spoj­rze­nia. Młody, baje­rancko ubrany. Ewi­dentny Łobuz, myśli Najia. Ich oczy się spo­ty­kają.

Naga­niacz, pię­cio­letni chło­pa­czek w kow­boj­skim stroju, obcho­dzi ring, zagrze­wa­jąc publicz­ność, a dwóch star­szych face­tów z gra­biami zamie­nia zakrwa­wiony pia­sek w ogró­dek Zen. Ma na krtani mikro­fon jak bindi; jego dzi­waczny głos, jed­no­cze­śnie młody i stary, traj­ko­cze z nagło­śnie­nia przez stru­mień mik­sów ano­kha: tabla plus elek­tro­nika. Sły­sząc jego into­na­cję, nazna­czoną nie­win­no­ścią, a zara­zem doświad­cze­niem, Najia zasta­na­wia się, czy nie jest cza­sem Bra­mi­nem. Nie: Bra­min sie­dzi w loży w pierw­szym rzę­dzie, z wyglądu dzie­się­cio­la­tek, ubrany jak dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek, oto­czony przez dziew­czyny marzące o tele­wi­zji. Naga­niacz to po pro­stu jesz­cze jeden chło­pa­czek z ulicy. Najia stwier­dza, że oddy­cha szybko i płytko. Nie wie, gdzie się podział Sat­nam.

Jazgot, już i tak ogłu­sza­jący, wzmaga się, gdy uczest­nicy wycho­dzą na ring, żeby opro­wa­dzić swoje zwie­rzaki. Uno­szą je wysoko nad głowę, skra­da­jąc się po pia­sku, żeby wszy­scy widzieli, na co wyło­żyli pie­nią­dze.

Mikro­sza­ble to prze­ra­ża­jące stwory. Pier­wot­nie patent nale­żał do małej kali­for­nij­skiej firmy gene­tech. Zmie­szali stan­dar­do­wego Felis dome­sti­cus ze zre­kon­stru­owa­nym ze ska­mie­lin DNA Smi­lo­dona fata­lisa. Wynik: sza­blo­zębny tygrys-minia­turka, istota wiel­ko­ści spo­rego maine coona, z uzę­bie­niem rodem z gór­nego pale­olitu i taki­miż manie­rami. Krótko cie­szyły się sławą jako pupile gwiazd, dopóki wła­ści­ciele nie odkryli, że zabi­jają ich wła­sne i cudze koty, psy, gwa­te­mal­czyki i nie­mow­lęta. Firma zło­żyła wnio­sek o upa­dłość, zanim wydano nakazy, ale patent był już masowo naru­szany na rin­gach Manili, Szan­ghaju i Bang­koku.

Najia obser­wuje, jak musku­larna dziew­czyna w obcię­tym topie bez ręka­wów i wor­ko­wa­tych spa­do­chro­niar­skich bojów­kach para­duje ze swoim czem­pio­nem, uno­sząc jego głowę wysoko ponad rin­giem. To wielki, siwo prę­go­wany kot, zbu­do­wany jak myśli­wiec sztur­mowy.

Prze­piękny potwór, geny zabójcy. Kły są scho­wane w skó­rza­nych pochew­kach. Najia widzi jej dumę i miłość, skie­ro­wany ku niej tłumny ryk podziwu. Kon­fe­ran­sjer chowa się na swoim podium. Buk­ma­che­rzy wydają lawinę świst­ków. Rywale cofają się do bok­sów.

Dziew­czyna w topie bez ręka­wów wbija kotu igłę ze sty­mu­lan­tem, jej wspól­nik prze­suwa mu przed nosem fiolką z jaki­miś pop­per­sami. Wstrzy­mują boha­tera. Wstrzy­mują oddech. Kon­ku­renci szpry­cują swo­jego wojow­nika, niskiego, szczu­płego mikro­sza­blę, ponu­rego jak noc. Na are­nie zapada cisza. Zapo­wia­dacz daje sygnał pneu­ma­tycz­nym klak­so­nem. Rywale spusz­czają koty ze smy­czy i ciskają je na ring.

Tłum krzy­czy jed­nym gło­sem i jedną krwią. Najia Aska­rza­dah ryczy i wyje razem z nimi. Ist­nieją dla niej tylko dwa bojowe koty, ska­czące i gry­zące się nawza­jem w ringu. Do oczu i uszu napływa krew.

Walka jest prze­ra­ża­jąco szybka i krwawa. Po paru sekun­dach jedna łapa pięk­nego, srebr­nego prę­go­wańca wisi na skrawku chrząstki i skóry. Z otwar­tej rany try­ska krew, ale zwie­rzę i tak wrzesz­czy na prze­ciw­nika, pró­buje ska­kać i robić uniki, dyn­da­jąc bez­wład­nym trój­kąt­nym ochła­pem, sie­kąc potwor­nymi, zabój­czymi kłami. W końcu leży i spa­stycz­nie obraca się na grzbie­cie, ryjąc w pia­sku krwawą falę. Zwy­cięzcy już wzięli mistrza na smycz i wloką roz­wście­czo­nego, roz­wrzesz­cza­nego potwora do boksu. Siwo prę­go­wany kot jęczy i jęczy, aż ktoś z ławki sędziów pod­cho­dzi i spusz­cza mu na głowę blo­czek żuż­lo­be­tonu.

Dziew­czyna w topie bez ręka­wów gapi się ponuro, zgar­nia­jąc z pia­sku zmiaż­dżoną, drga­jącą masę. Zagryza dolną wargę. Najia kocha ją w tym momen­cie, kocha chło­paczka, z któ­rym wymie­niła spoj­rze­nia, kocha wszyst­kich i wszystko na tej drew­nia­nej are­nie. Serce jej się szar­pie, oddech pali, pię­ści ma zaci­śnięte i drżące, źre­nice roz­sze­rzone, a mózg roz­pło­mie­niony. Jest żywa i święta na osiem­set pro­cent. Znów nawią­zuje kon­takt wzro­kowy z Ewi­dent­nym Łobu­zem. Kiwa głową, ale widzi, że musiał sporo prze­grać.

Zwy­cięzcy wystę­pują na ring, by przy­jąć owa­cje tłumu. Kon­fe­ran­sjer krzy­czy przez gło­śniki, ręce rzu­cają na sto­lik buk­ma­che­rów kasę kasę kasę. Po to wła­śnie przy­je­cha­łaś do Bha­ratu, mówi sobie Najia. Żeby tak poczuć życie, śmierć, ilu­zję i rze­czy­wi­stość. Żeby coś prze­gry­zło się przez tę pie­przoną, roz­sądną, zdrową, tole­ran­cyjną Szwe­cję. Żeby spró­bo­wać cze­goś sza­lo­nego i krwa­wego. Sutki jej stward­niały. Wie, że jest wil­gotna. Wypiera się tego, że ścią­gnęła ją tutaj ta wojna, wojna o wodę, któ­rej nadej­ścia wszy­scy się tak boją. Ona się nie boi. Pra­gnie tej wojny. Bar­dzo bar­dzo.

Roz­dział 5

Lisa

Czte­ry­sta pięć­dzie­siąt kilo­me­trów ponad Zachod­nim Ekwa­do­rem Lisa Dur­nau wbiega w stadko bobe­tów. Roz­pierz­chają się, zry­wają na potężne nogi i ucie­kają z unie­sio­nymi sema­fo­ro­wymi grze­bie­niami. Bal­da­chi­mowy las odbija ich świer­go­tliwe okrzyki ostrze­gaw­cze. Pasące się młode uno­szą głowy, w prze­stra­chu wyma­chu­jąc przed­nimi łapami, po czym pisz­czą i nur­kują rodzi­com do toreb. Wyso­kie do pasa zauro­tor­ba­cze roz­bie­gają się dwoma prze­stra­szo­nymi skrzy­dłami od Lisy w jej leg­gin­sach, topie i butach do bie­ga­nia; młode despe­racko pró­bują wepchnąć się głową naprzód mię­dzy fałdy na brzu­chach. To jeden z naj­bar­dziej uda­nych gatun­ków Biomu 161. W lasach symu­lo­wa­nego Ósmego Miliona Przed Naszą Erą jest od nich aż czarno. W Alterre w jeden praw­dziwy dzień upływa sto tysięcy lat, więc jutro mogą wymrzeć - kiedy zmiany kli­ma­tyczne wysu­szą ten wysoki, wil­gotny las para­so­lo­wych drzew. Jed­nakże w obec­nej eko­lo­gicz­nej chwili, wycinku cza­so­wym tego, co jest w innej epoce, na innej Ziemi, będzie pół­nocną Tan­za­nią, teraź­niej­szość należy do nich.

Tupot i pośpiech bobe­tów pło­szy grupkę tran­te­rów, wspię­tych na tylne łapy, wysy­sa­ją­cych liście drzewa tru­deau. Wiel­kie, powolne drze­wo­żerne stwory opa­dają na dłuż­sze tylne nogi i bez­ład­nie roz­bie­gają się galo­pem. Płyty wewnętrz­nego pan­ce­rza poru­szają się jak maszyny pod pasia­stą jak kora wierz­bowa skórą. Kamu­flaż - Wil­liam Mor­ris, myśli Lisa Dur­nau. Flora - René Magritte. Drzewa tru­deau to ide­alne pół­kule liści, roz­siane regu­lar­nie po rów­ni­nie, jak ćwi­cze­nie z roz­kładu loso­wego. Nie­które z gałęzi rodzą pąki, koły­szące się waha­dłowo na wie­trze. Potra­fią roz­rzu­cić nasiona w pro­mie­niu stu metrów, jak strzał­kowce do roz­pę­dza­nia demon­stra­cji. Stąd wła­śnie bie­rze się ich mate­ma­tyczna regu­lar­ność. Żadne tru­deau nie wyro­śnie w cie­niu innego; ale w koro­nie tego lasu żyje praw­dziwa obfi­tość gatun­ków.

Mię­dzy drze­wami migają jakieś cie­nie - stadko paso­żyt­ni­czych bec­kha­mów odska­kuje od mar­twego tran­tera, w któ­rym zło­żyły jaja. Szy­bu­jący wysoko ysta­vat nur­kuje, spada, zyg­za­kuje i zagar­nia nie­ru­cha­wego zauro­pe­rza w sieć ze skóry roz­piętą mię­dzy tyl­nymi nogami. Sza­mo­ta­nina, roz­pru­wa­jący cios dzioba i myśliwy znów się wznosi. Nie­znisz­czalna, nie­na­ru­szalna Lisa Dur­nau bie­gnie dalej. Żaden bóg nie bywa śmier­telny we wła­snym świe­cie, a ona przez ostat­nie trzy lata była reży­se­rem, zarzą­dza­ją­cym i media­to­rem Alterre, Ziemi rów­no­le­głej ewo­lu­ują­cej w przy­spie­szo­nym tem­pie na jede­na­stu i pół miliona kom­pu­te­rów w Praw­dzi­wym Świe­cie.

Bec­khamy. Tran­tery. Tru­deau. Lisa Dur­nau uwiel­bia tę figlar­ność tak­so­no­mii Alterre. Zasady astro­no­mii zasto­so­wane do bio­lo­gii alter­na­tyw­nej - znaj­du­jesz coś cza­ją­cego się na twoim twar­dym dysku, możesz to nazwać. Stąd mccon­keye, mastro­ianni, ogunwe, hay­akawy i nowaki. Ham­madi, cuestry i bjorki.

Bar­dzo to w stylu Lulla.

Zła­pała już wła­sny rytm. Mogłaby tak biec w nie­skoń­czo­ność. Nie­któ­rzy słu­chają przy tym muzyki. Nie­któ­rzy cza­tują, czy­tają pocztę, albo wia­do­mo­ści. Inni każą swoim aeai-asy­sten­tom infor­mo­wać się o zada­niach na dzień. A Lisa Dur­nau spraw­dza, co nowego w dzie­się­ciu tysią­cach bio­mów prze­twa­rza­nych na jede­na­stu i pół miliona kom­pu­te­rów uczest­ni­czą­cych w naj­więk­szym ewo­lu­cyj­nym eks­pe­ry­men­cie. Jej stan­dar­dowa trasa to pętla wokół kam­pusu Kan­sas Uni­ver­sity, gdzie wspa­niały, tajem­ni­czy bestia­riusz nakłada się na ruch uliczny Law­rence. Zawsze znaj­dzie się coś, co zadziwi i zachwyci, jakieś nowe nazwi­sko z książki tele­fo­nicz­nej dyn­da­jące na nie­sa­mo­wi­tym stwo­rze­niu, które kłami i pazu­rami wydo­stało się z krze­mo­wej dżun­gli. Kiedy na węźle Biome 158 w Guada­la­ja­rze czy­stym ewo­lu­cyj­nym tra­fem z owa­dów wyewo­lu­owały okry­to­sta­wowe, poczuła tę eks­cy­tu­jącą satys­fak­cję, jaką budzi nie­spo­dzie­wany zwrot akcji. Nikt nie prze­wi­dział lope­zów, ale tkwiły, uśpione, w samych regu­łach gry. Dwa dni póź­niej w szkole pod­sta­wo­wej w Lan­ca­shire wyewo­lu­owały roz­mna­ża­jące się paso­żyt­ni­czo bec­khamy i owład­nęło nią to samo. Nie daje się tego prze­wi­dzieć.

A potem wystrze­lono ją w kosmos. Tego też się nie spo­dzie­wała.

Dwa dni temu prze­bie­gała swoje kółko wokół uczelni, mija­jąc mel­li­towe budynki dla kadry, z Alterre nało­żoną na kan­sa­skie lato. Przy aka­de­mi­kach zawró­ciła: prysz­nic, szam­pon, gabi­net. Kiedy do niego weszła, odsą­cza­jąc skrę­co­nym papie­ro­wym ręcz­ni­kiem wodę z uszu, cze­kała na nią kobieta w gar­sonce. Oka­zała doku­menty toż­sa­mo­ści i upraw­nie­nia do róż­nych czyn­no­ści - Lisa nawet nie wie­działa, że jej pań­stwo takich czyn­no­ści potrze­buje - i trzy godziny póź­niej Lisa Dur­nau, dyrek­tor Symu­la­tora Ewo­lu­cji Alterre, zna­la­zła się na pokła­dzie rzą­do­wego nad­dźwię­ko­wego trans­por­towca, dwa­dzie­ścia dwa tysiące metrów nad środ­ko­wym Arkan­sas.

Fede­ralna powie­działa jej, że jest ści­sły limit wagi bagażu, Lisa jed­nak i tak zapa­ko­wała sobie strój do bie­ga­nia. Trak­to­wała go jak przy­ja­ciela. Wzięła go ze sobą na drogi Cen­trum Kosmicz­nego Ken­nedy'ego, żeby się roz­pro­sto­wać, rozej­rzeć, spró­bo­wać spoj­rzeć z innej per­spek­tywy na to, gdzie jest i co jej rząd chce z nią zro­bić. W zacho­dzą­cym po dru­giej stro­nie lagun słońcu prze­bie­gła wzdłuż sto­ją­cych jak war­tow­nicy rzę­dów rakiet, sta­rych sil­ni­ków na paliwo stałe, poci­sków i cięż­kich dźwi­gów star­to­wych. Maje­sta­tyczne, groźne maszyny, teraz powbi­jane w zie­mię jak pale, sto­jące bez sensu, o cie­niach dłu­gich jak kon­ty­nenty.

Po czter­dzie­stu ośmiu godzi­nach zali­czyła kolejne kółka na koli­stej bieżni Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej, prze­miesz­cza­ją­cej się nad połu­dniową Kolum­bią. Oczyma zanu­rzo­nymi w Alterre widziała wzno­szący się w oddali, pod osłoną drzewa tru­deau, zamek krij­ce­ków. Krij­ceki to ewo­lu­cyjni nowo­bo­gaccy Biomu 163, z połu­dniowo-wschod­niego wybrzeża Afryki. Gatu­nek dino­zau­rów wiel­ko­ści palca, który wykształ­cił kolo­nie o zaawan­so­wa­nej struk­tu­rze spo­łecz­nej, opar­tej na kolo­rze skóry i her­ku­le­so­wej archi­tek­tu­rze. Ma bez­płodne robot­nice, roz­pło­dowe trut­nie i skła­da­jące jaja kró­lowe - wszystko. Nowa kolo­nia zaczyna od małego pod­ziem­nego bun­kra i roz­prze­strze­nia się, zamie­nia­jąc wszystko co orga­niczne na pulpę i ugnia­ta­jąc ją zręcz­nymi małymi rącz­kami w potężne pomo­sty, wieże, przy­pory i skle­pione komory na jaja. Cza­sem Lisa Dur­nau żałuje, że nie może sprze­ci­wić się zasa­dom nazew­nic­twa Lulla: choć "krij­cek" brzmi odpo­wied­nio groź­nie, wola­łaby nazwać je "gor­men­gha­stami".

Sygnał w ośrodku słu­cho­wym mówi jej, że tętno osią­gnęło już odpo­wied­nią war­tość licz­bową przez odpo­wiedni czas. Nad­ro­biła zale­gło­ści. Zebrała się w garść dzięki nie­rze­czy­wi­sto­ści Alterre. Stop­niowo się zatrzy­muje, wcho­dzi w tryb ochło­nię­cia i wyska­kuje z Alterre. Wirówka Mię­dzy­na­ro­do­wej Sta­cji Kosmicz­nej to pier­ścień o stu­me­tro­wej śred­nicy, krę­cący się tak, by dawać jedną czwartą ziem­skiego cią­że­nia. Unosi się stromo przed nią i za nią; Lisa stale znaj­duje się na dnie odśrod­ko­wej studni gra­wi­ta­cyj­nej. Wiszące rośliny dodają tro­chę zie­leni, ale nic nie jest w sta­nie zatu­szo­wać, że wokół nic, tylko alu­mi­nium, włókno węglowe, pla­stik, a za nim - nic. NASA nie robi okien w swo­ich stat­kach. Jak dotąd, kosmos jest dla Lisy Dur­nau peł­za­niem z jed­nego her­me­tycz­nego pomiesz­cze­nia do dru­giego.

Roz­ciąga się i prze­ciąga. Słab­sza gra­wi­ta­cja ina­czej obciąża inne grupy mię­śniowe. Zrzuca pode­szwy do bie­ga­nia, napina palce stóp, sto­jąc na meta­lo­wym pla­strze miodu. Oprócz narzu­co­nego przez NASA inten­syw­nego reżimu ćwi­czeń bie­rze suple­menty wap­niowe - jest w tym wieku, gdy kobieta zaczyna myśleć o wła­snych kościach. Nowi­cju­sze na ISS mają opuch­nięte twa­rze i koń­czyny górne, bo w ciele prze­miesz­czają im się płyny; jed­no­rocz­niacy wyglą­dają smu­kło, lekko i kocio; ale wete­ra­nom zaczy­nają się zja­dać wła­sne kości. Więk­szość czasu spę­dzają w sta­rym cen­trum, z któ­rego sta­cja roz­ra­stała się cha­otycz­nie pod­czas swej pół­wiecz­nej histo­rii. Nie­liczni scho­dzą do nie­czy­stej gra­wi­ta­cji, odśrod­ko­wej czy innej. Legenda mówi, że nie daliby rady. Lisa Dur­nau wyciera się wil­gotną chu­s­teczką, chwyta szcze­bel na ścia­nie i ręka za ręką wspina się wzdłuż szpry­chy do rdze­nia sta­cji. Czuje, jak jej waga maleje wykład­ni­czo; może zła­pać kolejny uchwyt i pod­cią­gnąć się w górę o dwa, pięć, dzie­sięć metrów. Zaraz ma w rdze­niu spo­tka­nie z Fede­ralną. Jakiś wete­ran nur­kuje ku niej, w poło­wie drogi wyko­nu­jąc ele­ganc­kie salto, żeby skie­ro­wać stopy w dół. Kiwa głową i prze­ta­cza się obok Lisy, która przy jego ela­stycz­no­ści czuje się jak słoń mor­ski, ale kiw­nię­cie głową jest pocie­sza­jące. Naj­cie­plej­sze z powi­tań na jakie stać ISS. Pięć­dzie­siąt osób to na tyle mało, żeby ze wszyst­kimi być po imie­niu, ale wystar­cza­jąco dużo, by poja­wiła się poli­tyka. Czyli tak jak na uczelni. Fizycz­ność prze­strzeni kosmicz­nej podoba się Lisie, ale żałuje, że budżet nie wysi­lił się na okna.

***

Szok numer dwa przy­szedł pierw­szego ranka w cen­trum Ken­nedy'ego, gdy sie­działa na weran­dzie z wido­kiem na ocean, a poko­jówka nale­wała jej kawę. Wtedy wła­śnie zdała sobie sprawę, że dr Lisa Dur­nau, bio­log ewo­lu­cyjny, znik­nęła bez śladu, upro­wa­dzona przez wła­sne pań­stwo. Nie zdzi­wiła się, sły­sząc od kobiety w gar­sonce, że ma zostać wysłana w kosmos. Depar­ta­ment Stanu nie prze­rzu­cał ludzi nad­dźwię­ko­wymi samo­lo­tami do Ken­nedy'ego, żeby mogli sobie poob­ser­wo­wać życie pta­ków. Kiedy skon­fi­sko­wano jej pal­mera i zastą­piono go mode­lem bez funk­cji gada­nia, była to nie­do­god­ność, ale nie szok. Zdu­mie­nie, ale nie szok, kiedy odkryła, że opróż­niono dla niej cały hotel. Siłow­nia, basen, pral­nia. Wszystko tylko dla niej. Dzwo­niąc po obsługę, czuła przy­zwo­ite, pre­zbi­te­riań­skie poczu­cie winy, dopóki nika­ra­gu­ań­ska poko­jówka nie oznaj­miła jej, że ma dzięki temu coś do roboty. To zna­czy, sama poko­jówka powie­działa, że pocho­dzi z Nika­ra­gui. Nale­wała jej kawę - w tym samym momen­cie osza­ła­mia­ją­cej para­noi przy­szedł drugi szok: Lull prze­cież też znik­nął. Ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że to cokol­wiek innego niż reak­cja na roz­pad mał­żeń­stwa.

Na następ­nym spo­tka­niu Lisa Dur­nau posta­wiła się Gar­ni­tu­rzycy, która miała na nazwi­sko Suarez-Mar­tin, wyma­wiane z hisz­pań­skim akcen­tem.

- Muszę wie­dzieć - powie­działa, prze­no­sząc cię­żar ciała z nogi na nogę, nie­świa­do­mie powie­la­jąc swoją ruty­nową roz­grzewkę. - Czy to samo stało się z Tho­ma­sem Lul­lem?

Fede­ralna zajęła sobie na gabi­net apar­ta­ment mene­dżer­ski. Sie­działa zwró­cona ple­cami do pano­ra­micz­nego okna wycho­dzą­cego na rakiety i peli­kany.

- Nie wiem. Ale rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie miał nic wspól­nego z jego znik­nię­ciem. Ma pani moje słowo.

Lisa Dur­nau prze­żuła tę odpo­wiedź parę razy.

- No dobra, to dla­czego ja? O co tu cho­dzi?

- Na pierw­sze pyta­nie mogę udzie­lić odpo­wie­dzi.

- No to już.

- Wzię­li­śmy panią, bo nie mogli­śmy jego zna­leźć.

- A dru­gie?

- Też będzie odpo­wiedź, ale nie tutaj. - Prze­su­nęła po bla­cie pla­sti­kowy worek. - To będzie pani potrzebne.

Na worku wid­niało logo NASA, w środku był jeden stan­dar­dowy kom­bi­ne­zon pod ska­fan­der, jaskra­wo­żółty, taki sam roz­miar dla wszyst­kich.

Gdy ponow­nie zoba­czyła Suarez-Mar­tin, fede­ralna nie miała już na sobie gar­sonki. Leżała przy­pięta do prze­ciw­prze­cią­że­nio­wej leżanki, spod lot­ni­czego ska­fan­dra na nad­garst­kach i pod szyją wysta­wały jej skrawki żół­tego ubranka NASA. Oczy miała zamknięte, a usta poru­szały się w bez­gło­śnej modli­twie, choć Lisa odnio­sła wra­że­nie, że to rytuał stra­chu przed czymś zna­nym, a nie zupeł­nie nowym. Taki lot­ni­skowy róża­niec.

Pilot zaj­mo­wał leżankę po lewej. Zajęty przed­star­to­wymi testami i spraw­dza­niem łącz­no­ści, potrak­to­wał Lisę jak każdy inny ładu­nek. Wier­ciła się na leżance i czuła, jak żel prze­miesz­cza się i dosto­so­wuje do kształ­tów jej ciała - nie­przy­jem­nie intymne wra­że­nie. Daleko pod nią, w głębi wyrzutni, łado­wał się już trzy­dzie­sto­te­ra­wa­towy laser o pro­mie­niu sku­pio­nym na para­bo­licz­nym lustrze pod jej tył­kiem. Zaraz wystrzelą mnie w kosmos na końcu pro­mie­nia świetl­nego, goręt­szego niż słońce, pomy­ślała, zdu­mie­wa­jąc się spo­ko­jem, z jakim roz­wa­żała tę sza­loną kon­cep­cję. Może to nie­wiara w odru­chu obron­nym? A może nika­ra­gu­ań­ska poko­jówka wrzu­ciła jej coś do kawy? Kiedy pró­bo­wała zde­cy­do­wać, odli­cza­nie dotarło do zera. Kom­pu­ter kon­troli star­tów odpa­lił wielki laser. Powie­trze pod Lisą zapło­nęło i wyko­pało lekki sta­te­czek z przy­spie­sze­niem trzech g na orbitę. Dwie minuty póź­niej przy­szła jej do głowy myśl tak absur­dalna, że nie powstrzy­mała się przed chi­cho­tem, od któ­rego przez żelową leżankę prze­szły fale. Patrz­cie no! Szczyt świata. Naj­bar­dziej eks­klu­zywne biuro podróży na świe­cie. Klub osiem­set­ty­sięcz­ni­ków! I to wszystko w czymś, co wygląda jak desi­gner­ski wyci­skacz do poma­rańcz.

Wła­śnie wtedy trzeci szok pod­kradł się znie­nacka i rzu­cił na nią. Była to świa­do­mość, jak nie­wielu ludziom będzie jej bra­ko­wać.

***

Naszywka iden­ty­fi­ka­cyjna na żół­tym kom­bi­ne­zo­nie mówi "Daley Suarez-Mar­tin". Fede­ralna należy do osób, które urzą­dzą sobie biuro gdzie­kol­wiek, choćby w klitce peł­nej zafo­lio­wa­nej karmy dla astro­nau­tów. Pal­mer, butelka z wodą, pła­ski ekra­nik i zdję­cia rodzinne przy­pięte rze­pami do ściany, two­rząc łuk: trzy poko­le­nia Suare­zów-Mar­tinów usta­wione na ganku wiel­kiego domu mię­dzy pal­mami w wiel­kich tera­ko­to­wych doni­cach. Ekra­nik tele­wi­zyjny jest usta­wiony na zegar i mówi Lisie, że jest 1:15 Gre­en­wich. Wyko­nuje odej­mo­wa­nie. Śro­dowy wie­czór, byłaby teraz w Taco­ro­fico Super­ica i piła trze­cią mar­ga­ritę, z bandą tych co zawsze zna­jo­mych.

- Jak tam adap­ta­cja? - pyta Daley Suarez-Mar­tin.

- Eee... no, w porządku. Naprawdę. - Wciąż coś ją deli­kat­nie boli w tyle głowy, tro­chę jak przy pierw­szym uży­ciu ligh­tho­eka. To pew­nie resztki leków prze­ciwko star­to­wemu ura­zowi, które wypo­ciła w koło­wrotku dla cho­mi­ków. W nie­waż­ko­ści czuje się potwor­nie obna­żona. Nie wie co zro­bić z rękami. Piersi ster­czą jej jak lufy armat.

- Nie będzie tu pani długo sie­dzieć, naprawdę - mówi Daley Suarez-Mar­tin. Na orbi­cie uśmie­cha się dużo czę­ściej niż w Ken­ne­dym albo w gabi­ne­cie Lisy w Law­rence. Nie bar­dzo można ema­no­wać urzę­do­wym auto­ry­te­tem w ubranku, które wygląda jak strój olim­pij­skiego sanecz­ka­rza. - Na począ­tek jestem pani winna prze­pro­siny. Nie poin­for­mo­wa­li­śmy pani do końca o sta­nie fak­tycz­nym.

- O niczym mnie nie poin­for­mo­wa­li­ście. Spo­dzie­wam się, że cho­dzi o pro­jekt Tierra, i to dla mnie wielki zaszczyt brać udział w tej misji, ale naprawdę na co dzień pra­cuję w zupeł­nie innym kosmo­sie.

- To jest pierw­sza tak­tyczna zmyłka - oznaj­mia Daley Suarez-Mar­tin. Zagryza dolną wargę. - Nie ma żad­nej misji Tierra.

Lisa Dur­nau roz­dzia­wia usta.

- Ale cały ten Epsi­lon Indi...

- To aku­rat prawda. Jest tam Tierra. Po pro­stu wcale się na nią nie wybie­ramy.

- Zaraz, zaraz, zaraz. Widzia­łam ten żagiel świetlny. W tele­wi­zji. Cho­lera, gapi­łam się nawet, kiedy umiesz­cza­li­ście go w punk­cie L5 i wycią­ga­li­ście, pod­czas tej testo­wej misji. Zna­jomi mają tele­skop. Oglą­da­li­śmy wszystko na moni­torku, przy grillu.

- Oczy­wi­ście, że mogła to pani widzieć. Żagiel świetlny jest stu­pro­cen­towo praw­dziwy i insta­lo­wa­li­śmy go w pią­tym punk­cie Lagrange'a. Tylko że to nie był test. To była wła­ściwa misja.

W tym samym roku, kiedy Lisa Dur­nau dostała się do dru­żyny piłki noż­nej szkoły śred­niej Fre­mont High i prze­ko­nała, że roc­kersi, base­nowe imprezy i seks nie­szcze­gól­nie się kom­po­nują, NASA odkryła Tierrę. Poza­sło­neczne układy pla­ne­tarne wyska­ki­wały z wiel­kiej czerni tak szybko, że tak­so­no­mo­wie nie nadą­żali z wer­to­wa­niem słow­ni­ków mitów i baśni w poszu­ki­wa­niu nazw, lecz kiedy rozeta sied­miu tele­sko­pów Obser­wa­to­rium Dar­wina przyj­rzała się bli­żej odle­głemu o dzie­sięć lat świetl­nych Epsi­lo­nowi gwiaz­do­zbioru India­nina, odkryła przy­tu­loną bli­sko do tego słońca bladą nie­bie­ską kropkę. Wodny świat. Ziem­ski świat. Spek­tro­skopy nacięły atmos­ferę i zna­la­zły tlen, azot, CO2, parę wodną i zło­żone węglo­wo­dory, które mogły powstać tylko na sku­tek aktyw­no­ści bio­lo­gicz­nej. Coś tam sobie żyło, bli­sko słońca, w wąskiej nada­ją­cej się do zamiesz­ka­nia stre­fie Epsi­lona Indi. Może owady. A może ludzie, obser­wu­jący tym­cza­sem przez tele­skopy naszą wła­sną błę­kitną kro­peczkę bli­sko Słońca. Zespół odkryw­ców ochrzcił pla­netę Tierrą. Pewien Tek­sań­czyk natych­miast ogło­sił, że przej­muje ją na wła­sność, razem ze wszyst­kim, co na niej mieszka. Wła­śnie dzięki tej histo­rii Tierra prze­biła się przez plotki o gwiaz­dach i mor­der­stwie mie­siąca do gadek przy kasie w super­mar­ke­cie. Kolejna Zie­mia? Cie­kawe, jaka tam pogoda? Jak można być wła­ści­cie­lem pla­nety? Nor­mal­nie, wystar­czyło zło­żyć wnio­sek. Tak jak połowa two­jego DNA należy do jakiejś firmy bio­tech. Kiedy idziesz z kimś do łóżka, zawsze łamiesz prawa autor­skie.

Potem nade­szły obrazy. Dar­win miał na tyle dobrą roz­dziel­czość, że było widać ukształ­to­wa­nie powierzchni. Mapa Tierry z jej trzema kon­ty­nen­tami i potęż­nymi oce­anami zawi­sła na ścia­nie w każ­dej cywi­li­zo­wa­nej szkole. Kiedy Lisa Dur­nau reali­zo­wała swój pro­jekt alter­na­tyw­nej ewo­lu­cji na pierw­szym roku w Uni­ver­sity of Cali­for­nia w Santa Bar­bara, miała ją na swoim wyga­sza­czu ekranu, na prze­mian ze zdję­ciem Emina Perry'ego, mistrza olim­pij­skiego w bie­gach na pięć kilo­me­trów. NASA opra­co­wała wizję wysła­nia tam mię­dzy­gwiezd­nej sondy, wspól­nie z firmą First Solar, orbi­talno-ener­ge­tycz­nym ramie­niem kon­cernu EnGen, która pro­po­no­wała wyko­rzy­sta­nie swo­jego sys­temu orbi­tal­nych mase­rów oraz żagla świetl­nego. Prze­lot miał zająć dwie­ście pięć­dzie­siąt lat. Kiedy har­mo­no­gramy wydłu­żyły się jesz­cze bar­dziej, Tierra cof­nęła się w tło spo­łecz­nej per­cep­cji, a Lisa stwier­dziła, że bar­dziej inte­re­suje ją eks­plo­ra­cja dziw­nych świa­tów i odkry­wa­nie nowych form życia w kosmo­sie wła­snego kom­pu­tera. Alterre była rów­nie realna jak Tierra, a eks­pe­dy­cje o wiele łatwiej­sze i tań­sze.

- Nie rozu­miem, o co w tym wszyst­kim cho­dzi - mówi teraz, naprawdę w kosmo­sie.

- Sonda na Tierrę to pro­jekt w fazie slaj­dów do pre­zen­ta­cji - odpo­wiada Suarez-Mar­tin. Włosy ma spięte do tyłu skom­pli­ko­wa­nym sys­te­mem bro­ka­to­wych spi­nek. Krót­kie loki Lisy uno­szą się wokół niej jak mgła­wica. - Praw­dziwa misja pole­gała na skon­stru­owa­niu kosmicz­nego napędu, na tyle moc­nego, żeby móc wpro­wa­dzić spory obiekt w orbi­talny punkt Lagrange'a.

- Jaki "spory obiekt"? - Lisa Dur­nau nie potrafi sko­ja­rzyć niczego, co przy­tra­fiło się jej przez ostat­nie pięć­dzie­siąt pięć godzin, z niczym z poprzed­nich trzy­dzie­stu sied­miu lat doświad­cze­nia. Mówią jej, że to kosmos, a tu jest gorąco, śmier­dzi skar­pet­kami i nic nie widać. Twój rząd wyko­nuje ci przed nosem naj­więk­szą ilu­zjo­ni­styczną sztuczkę w histo­rii, ale nikt tego nie zauważa, bo wszy­scy gapią się na ładne obrazki.

- Aste­ro­idę. Tę tutaj. - Daley Suarez-Mar­tin wycza­ro­wuje gra­fikę na ekra­nie. Stan­dar­dowy kar­to­fel z głę­bo­kiego kosmosu, w nie­zbyt dobrej roz­dziel­czo­ści. - Nazywa się Darn­ley 285.

- Musi być bar­dzo szcze­gólna - mówi Lisa. - Co, chce nam wyryć drugi kra­ter Chi­cxu­lub?

Fede­ralna wygląda na zado­wo­loną. Wyświe­tla kolejną gra­fikę, krzy­żu­jące się barwne elipsy.

- Darn­ley 285 to aste­ro­ida, któ­rej tor prze­cina się z Zie­mią, wykryta przez sys­tem NEAT w roku dwa tysiące dwu­dzie­stym siód­mym. Pro­szę popa­trzeć na tę ani­ma­cję. - Postu­kuje w żółtą elipsę, z jed­nej strony bli­ską Ziemi, z dru­giej się­ga­jącą poza Marsa. - Naj­bliż­szy punkt orbity ma wewnątrz orbity Księ­życa.

- Bli­sko, jak na obiekt typu NEO - stwier­dza Lisa. Widzisz, też umiem gadać po waszemu.

- Okres obiegu Darn­leya 285 to tysiąc osiem­dzie­siąt pięć dni; za następ­nym razem może się zbli­żyć na tyle, by sta­no­wić sta­ty­styczne ryzyko. - Ani­ma­cja prze­cho­dzi o włos od błę­kit­nej Ziemi.

- Więc zbu­do­wa­li­ście żagiel świetlny, żeby odsu­nąć ją na bez­pieczną odle­głość.

- Żeby ją prze­su­nąć, ale nie cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo. Pro­szę się uważ­nie przy­pa­trzeć. To jest orbita wyli­czona na rok dwa tysiące trzy­dzie­sty. A to fak­tyczna. - Poja­wia się gruba, żółta elipsa. Dokład­nie taka sama, jak orbita z roku dwa tysiące dwu­dzie­stego siód­mego - cią­gnie Fede­ralna. - Bli­ska inte­rak­cja z NEO She­rin­gham 12 przy kolej­nym obiegu powinna spo­wo­do­wać, że przy następ­nym podej­ściu jest jesz­cze bli­żej, sto osiem­dzie­siąt tysięcy kilo­me­trów. A jed­nak, w dwa tysiące trzy­dzie­stym trze­cim... - Wyświe­tla się kolejna, krop­ko­wana para­bola, zaob­ser­wo­wany tor: iden­tyczny jak w roku roku dwa tysiące dwu­dzie­stym siód­mym. - To anor­malna sytu­acja.

- Pani twier­dzi...

- Nie­zi­den­ty­fi­ko­wana siła kory­guje orbitę Darn­leya 285, utrzy­mu­jąc go w tej samej odle­gło­ści od Ziemi.

- Jezus - szep­cze Lisa Dur­nau, córka kazno­dziei.

- Przy podej­ściu w roku roku dwa tysiące trzy­dzie­stym dzie­wią­tym wysła­li­śmy tam sondę. Misja była ści­śle tajna. Coś zna­leź­li­śmy. Potem roz­po­czę­li­śmy więk­szy pro­jekt, żeby to ścią­gnąć. To wła­śnie była misja z żaglem świetl­nym, przy­krywką był Epsi­lon Indi. Musie­li­śmy ścią­gnąć tę aste­ro­idę w miej­sce, gdzie da się jej dokład­nie, porząd­nie przyj­rzeć.

- I co tam zna­leź­li­ście?

Daley Suarez-Mar­tin uśmie­cha się.

- Jutro tam panią wyślemy. Zoba­czy pani na wła­sne oczy.

Roz­dział 6

Lull

Wpół do dwu­na­stej i ska­cze już cały klub. Reflek­tory na wysię­gni­kach obry­so­wują owal pia­sku. Ciała cią­gną do świa­tła jak ćmy. Poru­szają się, ocie­rają, oczy zamknięte w eks­ta­zie. Powie­trze pach­nie zuży­tym dniem, gru­bymi war­stwami potu i wol­no­cło­wymi "Cha­nel". Dziew­czyny noszą tego­roczne luźne, krót­kie sukienki bez talii, dwu­czę­ściowe kostiumy z zeszłego lata, od czasu do czasu kla­syczne stringi z paskami w kształ­cie "V". Chłopcy jak jeden mąż z nagimi tor­sami i zwo­jami biżu­te­rii na szyi. Wró­ciły wiech­cio­wate bródki, iro­kezy są już mocno zeszło­roczne, malo­wane na ciele tri­bale nie­mal śmier­tel­nie nie­modne, a na top wycho­dzą deko­ra­cyjne bli­zny, zarówno u kobiet, jak i u męż­czyzn. Tho­mas Lull cie­szy się, że zde­chły austra­lij­skie stringi eks­po­nu­jące penisa. Pra­cuje na impre­zach u braci Gho­sht przez ostat­nie trzy sezony, bio­rąc kasę pod sto­łem, i naoglą­dał się już szyb­kich przy­pły­wów i odpły­wów mody w kul­tu­rze mło­dzie­żo­wej, ale te sznu­reczki cią­gnące je do góry jak pery­skopy...

Siada na mięk­kim, zadep­ta­nym, sza­rym pia­sku, opie­ra­jąc przed­ra­miona na pod­cią­gnię­tych kola­nach. Morze jest dziś nie­zwy­kle ciche, linia wody pra­wie bez zmarsz­czek. Gdzieś nad nią krzy­czy ptak. Powie­trze jest nie­ru­chome, gęste, wymę­czone. Zupeł­nie nie ma posmaku mon­sunu. Rybacy mówili, że odkąd Ben­gal­czycy prze­cią­gnęli swój kawał lodu wzdłuż Tamil Nadu, pochrza­niły się wszyst­kie prądy. Za jego ple­cami ciała poru­szają się w kom­plet­nej ciszy.

Z ciem­no­ści wyła­niają się syl­wetki. Dwie białe dziew­czyny w saron­gach i bluz­kach bez ple­ców. Włosy brud­no­blond i ta prze­sadna skan­dy­naw­ska opa­le­ni­zna, pod­kre­ślana jesz­cze przez blade nor­dyc­kie oczy. Są boso, trzy­mają się za ręce. Ile wy macie lat, dzie­więt­na­ście, dwa­dzie­ścia? - zasta­na­wia się Tho­mas Lull. Z tą waszą wzmac­nianą opa­le­ni­zną, z majt­kami od bikini pod wypra­so­wa­nymi tury­stycz­nym żelaz­kiem saron­gami. To wasz pierw­szy przy­sta­nek, zoba­czy­ły­ście coś na stro­nie inter­ne­to­wej dla tury­stów-wędrow­ców, coś aku­rat na tyle sza­lo­nego, żeby­ście zechciały spraw­dzić, czy spodoba się wam w dzi­kim świe­cie. Nie mogły­ście się już docze­kać, kiedy uciek­nie­cie ze swo­jej Uppsali czy Kopen­hagi i zro­bi­cie wszystko to, co kipi wam w sercu.

- Hej tam! - woła pół­gło­sem Tho­mas Lull. - Jeśli chce­cie wziąć udział w impre­zie, muszę spraw­dzić parę rze­czy. Dla waszego wła­snego bez­pie­czeń­stwa. - Zręcz­nie jak szu­ler wyciąga zestaw do ska­no­wa­nia.

- Jasne - mówi niż­sza, bar­dziej zło­to­włosa dziew­czyna. Tho­mas Lull prze­pusz­cza przez ska­ner jej garść pigu­łek i pla­ster­ków.

- Z tych rze­czy nic nie zrobi z cie­bie warzywka. Danie dnia to Transic Too, nowy emo­tyk, dosta­niesz od dowol­nej osoby w pobliżu sceny. A teraz, pani sza­nowna... - Zwraca się do wytrzesz­czo­nej pla­żo­wej Wikingi, która zaczęła impre­zo­wać już wcze­śniej. - Muszę spraw­dzić, czy nie wej­dzie w inte­rak­cję z czymś, co już sobie wrzu­ci­łaś. Pro­szę... - Zna pro­ce­durę, ślini palec, prze­suwa nim po płytce czuj­nika. Wszystko zapala się na zie­lono. - Nie ma pro­blemu. Życzę paniom miłej zabawy. Przy­po­mi­nam, że impreza jest ści­śle bez­al­ko­ho­lowa.

Kiedy prze­py­chają się na śro­dek cichego kłę­bo­wi­ska, przy­pa­truje się ich tył­kom, widocz­nym pod prze­świ­tu­ją­cymi saron­gami. Dalej trzy­mają się za ręce. Faj­nie, myśli Lull. Ale emo­tyki napa­wają go lękiem. Kom­pu­te­rowe uczu­cia zmik­so­wane przez nie­li­cen­cjo­no­wane aeai poziomu 2,95 w bha­rac­kich sun­dar­ba­nach, a potem hodo­wane i krzy­żo­wane w butelce po coli w jakiejś gara­żo­wej fabryczce i prze­lane na pla­sterki do przy­kle­ja­nia, pięć­dzie­siąt dolców sztuka. Łatwo poznać, kto je brał. Te gry­masy, uśmie­chy, wyszcze­rzone zęby i nie­sa­mo­wite odgłosy ciał usi­łu­ją­cych wyra­zić emo­cje nie­ma­jące odpo­wied­nika w ludz­kich potrze­bach ani doświad­cze­niu. Ni­gdy nie spo­tkał nikogo, kto umiałby mu powie­dzieć, jak się wtedy czuje. Choć wła­ści­wie ni­gdy też nie spo­tkał kogoś, kto umiałby opowie­dzieć o natu­ral­nych ludz­kich emo­cjach. Wszy­scy jeste­śmy pro­gra­mo­wymi duchami cho­dzą­cymi na roz­pro­szo­nej sieci Brahmy.

Ten ptak dalej gdzieś tam krzy­czy.

Tho­mas zerka przez ramię na mil­czącą imprezę - każdy z tan­ce­rzy we wła­snej pry­wat­nej bańce, podry­guje do spre­pa­ro­wa­nego tylko dla niego rytmu emi­to­wa­nego przez łącze hoeka. Oszu­kuje sam sie­bie, że pra­cuje w te impre­zowe noce, bo potrzebna mu gotówka - tak naprawdę cią­gnie go do ludz­kich sku­pisk. Jed­no­cze­śnie pra­gnie i oba­wia się tego obser­wo­wa­nego u tan­ce­rzy samo­za­tra­ce­nia, zla­nia się w jedną, nie­świa­domą całość, odręb­no­ści i jed­no­ści zara­zem. Ta sama miłość i odraza, którą zwa­biło go roz­człon­ko­wane ciało Indii, jedna ze stu naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych twa­rzy Ziemi, wta­so­wa­nych w wyzwa­la­jące i prze­ra­ża­jące pół­tora miliarda pozba­wio­nych twa­rzy miesz­kań­ców sub­kon­ty­nentu. Odwra­casz się, odcho­dzisz i zni­kasz. Ta umie­jęt­ność roz­pły­nię­cia się w tłu­mie ma i drugą stronę medalu: Tho­mas Lull potrafi wykryć w sta­dzie indy­wi­du­al­no­ści osoby nie­zwy­kłe, nie­pa­su­jące do stada.

Ona poru­sza się pod prąd tłumu, na wskroś ciał, pod włos nocy. Jest ubrana na szaro. Skórę ma bladą, psze­niczną, indo­aryj­ską. Krót­kie, chło­pięce, bar­dzo lśniące włosy z nutką czer­wieni. Duże oczy. Oczy gazeli, opie­wane przez poetów w języku urdu. Wygląda nie­sa­mo­wi­cie młodo. Na czole ma trój­pa­sia­stą tilakę Wisznu. Nie wygląda z nią głu­pio. Kiwa głową, uśmie­cha się; fala ciał zamyka się wokół niej. Tho­mas Lull pró­buje usta­wić się tak, by ją widzieć, samemu nie będąc widzia­nym. To nie żądza, pożą­da­nie, hor­mony czter­dzie­sto­pa­ro­latka. To naj­zwy­klej­sza fascy­na­cja. Musi jesz­cze na nią popa­trzeć, dowie­dzieć się cze­goś wię­cej.

- Prze­pra­szam. - Austra­lij­ska para, chce, żeby spraw­dzić ich towar.

Tho­mas Lull prze­pusz­cza go przez ska­ner, jed­no­cze­śnie obser­wu­jąc imprezę. Sza­rość to tutaj ide­alny kamu­flaż. Wto­piła się we wza­jemne oddzia­ły­wa­nia poru­sza­ją­cych się w ciszy koń­czyn.

- Okej. Wszystko gra. Ale na stroje eks­po­nu­jące penisa mamy tu zero tole­ran­cji.

Gość marsz­czy czoło. Won stąd, daj mi się zająć moją roz­rywką. O, tam jest, koło dec­ków. Chłopcy bhati flir­tują z nią. Nie­na­wi­dzi ich za to. Wróć do mnie. Waha się i pochyla głowę, szu­ka­jąc słowa. Przez chwilę wydaje mu się, że zaraz kupi coś pro­duk­cji Ban­ga­lore Bom­ba­stic. Nie chce, żeby to zro­biła. Ona jed­nak kręci głową i idzie dalej. Znów znika pośród ciał. Tho­mas Lull stwier­dza, że ją śle­dzi. Świet­nie się wta­pia w tłum. Nie nosi hoeka. To jak odbiera muzykę? Tho­mas Lull prze­suwa się na skraj miej­sca do tańca. Uświa­da­mia sobie, że ona tylko z pozoru tań­czy. Tak naprawdę robi coś innego, chło­nie zbio­rowy nastrój i poru­sza się zgod­nie z nim. Cho­lera, kim ona jest?

Potem jej taniec ustaje. Mruży oczy, otwiera usta, wstrzy­muje oddech. Przy­ci­ska dłoń do falu­ją­cej piersi. Nie może oddy­chać. Nachyla się, pró­bu­jąc pozbyć się uci­sku w płu­cach. Tho­mas Lull świet­nie zna te objawy. Ten wróg to jego stary zna­jomy. Dziew­czyna stoi pośrodku cichego tłumu i wal­czy o oddech. Nikt nie widzi. Nikt nie wie. Głusi i ślepi w pry­wat­nych tanecz­nych bań­kach. Tho­mas Lull toruje sobie drogę mię­dzy cia­łami. Nie do niej, lecz do tych Skan­dy­na­wek.

Na ska­ne­rze ma odczyt ich towaru. Zawsze znaj­dzie się ktoś, kto spró­buje na chama pod­krę­cić wpływ sal­bu­ta­molu na reduk­tazę ATP.

- Potrzebne mi twoje piguły, szybko.

Zło­to­włosa patrzy na niego, jakby był nie­sa­mo­wi­tym obcym z Anta­resa. Może dla niej i jest. Grze­bie w różo­wej tore­beczce "Adi­dasa".

- Masz.

Lull wyci­ska bia­ło­nie­bie­skie tabletki. Szara dziew­czyna oddy­cha teraz bar­dzo płytko, wsparła ręce na bio­drach, w prze­ra­że­niu szuka wzro­kiem pomocy. Lull prze­py­cha się mię­dzy impre­zo­wi­czami, roz­gnia­ta­jąc małe żela­ty­nowe kap­sułki i potrzą­sa­jąc nimi w dłoni.

- Otwórz usta - roz­ka­zuje. - Na trzy wdech i trzy­maj do dwu­dzie­stu. Raz, dwa, trzy.

Przy­ci­ska jej do ust zło­żone dło­nie i mocno dmu­cha mię­dzy kciuki, wdmu­chu­jąc jej pro­szek do płuc. Zamyka oczy, liczy. Tho­mas Lull łapie się na tym, że patrzy na jej tilakę. W życiu takiej nie widział. Wygląda jak wto­piony w skórę pla­stik, albo goła kość. Nagle czuje, że musi jej dotknąć. Jego palce są już o mili­metr od ciała dziew­czyny, kiedy ona otwiera oczy. Lull pospiesz­nie cofa dłoń.

- Teraz lepiej?

Dziew­czyna kiwa głową.

- Tak. Dzię­kuję.

- Trzeba było wziąć ze sobą jakieś leki. Mogło ci się stać coś poważ­nego. Ci ludzie są jak duchy. Mogła­byś tu umrzeć, a oni by nad tobą tań­czyli. Chodź.

Pro­wa­dzi ją przez labi­rynt śle­pych tan­ce­rzy na ocie­niony pia­sek. Dziew­czyna siada, roz­sta­wia­jąc bose stopy na zewnątrz. Tho­mas Lull klęka obok. Ona pach­nie drze­wem san­da­ło­wym i pły­nem do płu­ka­nia tka­nin. Dwa­dzie­ścia lat doświad­cze­nia ze stu­den­tami pozwala mu okre­ślić jej wiek na jakieś dwa­dzie­ścia, może dzie­więt­na­ście lat. Lull, daj spo­kój. Ura­to­wa­łeś jakąś dziwną, zabłą­kaną dziew­czynkę przed ata­kiem astmy i od razu wycią­gasz przed­po­dry­wową listę kon­tro­lną. Tro­chę god­no­ści.

- Strasz­nie się bałam - mówi. - Głu­pia jestem, mam inha­la­tory, ale zosta­wi­łam je w hotelu... Nie przy­szło mi do głowy...

Dla mniej doświad­czo­nego ucha jej miękki akcent brzmiałby jak angiel­ski, Lull jed­nak roz­po­znaje nosowy przy­dech z Kar­na­taki.

- Masz szczę­ście, że Pan Astma usły­szał swoim super­u­chem, jak się dusisz. No, chodź. Na dzi­siaj koniec imprezy. Gdzie miesz­kasz?

- Palm Impe­rial Guest House.

Porządny hotel, nie­tani, popu­lar­niej­szy raczej wśród star­szych tury­stów. Tho­mas Lull zna foyer i bary wszyst­kich hoteli na trzy­dzie­ści kilo­me­trów w obie strony koko­so­wego wybrzeża. W nie­któ­rych zna także pokoje. Mło­dziaki z ple­ca­kami i stu­denci na dzie­kan­kach wolą pla­żowe budy. Takich też tro­chę widział. Zabił w nich parę węży.

- Odpro­wa­dzę cię. Achu­tha­nan­dan się tobą zaj­mie. Mia­łaś lekki szok, musisz teraz odpo­cząć.

Ta tilaka: jest pewien, że ona się rusza. Tajem­ni­cza dziew­czyna wstaje. Nie­śmiało, ofi­cjal­nie, podaje mu rękę.

- Bar­dzo dzię­kuję. Bez cie­bie była­bym w poważ­nych tara­pa­tach.

Tho­mas Lull ujmuje dłoń. Smu­kła, este­tyczna, miękka i sucha.

Dziew­czyna nie potrafi spoj­rzeć mu w oczy.

- Taki zawód Pana Astmy.

Idzie z nią ku świa­tłom, mię­dzy pal­mami. Jest przy­pływ, drzewa się oży­wiają. Lampy na weran­dzie hotelu tań­czą i migo­czą za woalem liści. Pla­żowa impreza za jego ple­cami wydaje się nagle wymę­czona i czer­stwa. Wszystko, co przed jej pozna­niem było cenne i ważne, ma teraz blady posmak sta­ro­ści. Może nad­cho­dzi mon­sun, może znów owieje go wiatr.

- Jak chcesz, mogę cię nauczyć takiej pro­stej tech­niki. Jak byłem mały, bar­dzo męczyła mnie astma; to taka sztuczka z oddy­cha­niem, wpływa na wymianę gazową. Cał­kiem pro­sta. Nie mia­łem ataku od dwu­dzie­stu lat, więc będziesz mogła wyrzu­cić wszyst­kie inha­la­tory. Pokażę ci pod­stawy; możesz przyjść na przy­kład jutro...

Dziew­czyna waha się, zasta­na­wia, po czym kiwa głową. Tilaka odbija jakieś świa­tełko.

- Dzię­kuję. To będzie dla mnie bar­dzo cenne.

Jak ona się wysła­wia; z rezerwą, po wik­to­riań­sku, z sza­cun­kiem dla akcentu.

- No dobrze, to znaj­dziesz mnie...

- Zapy­tam bogów, oni mi powie­dzą. Wie­dzą, jak tra­fić wszę­dzie.

Na to Tho­mas nie znaj­duje odpo­wie­dzi, więc po pro­stu wbija ręce w kie­sze­nie swo­ich bojó­wek i mówi:

- No to, jak bogo­wie pozwolą, widzimy się jutro, a... jak masz na imię?

- Aj. - Wyma­wia to z fran­cu­ska: . Zerka na świa­tła hotelu, dyn­da­jące na wie­trze kolo­rowe żaró­weczki. - Dalej już dam sobie radę. Bar­dzo dzię­kuję. Do jutra, panie pro­fe­so­rze Lull.

Roz­dział 7

Tal

Tal jedzie dziś pla­sti­kową tak­sówką. Mały bąbel­ko­waty fat­fat pod­ska­kuje na kro­stach i dzio­bach wiej­skiej drogi, pro­wa­dzony przez ner­wo­wego szo­fera w świe­tle jedy­nej przed­niej lampki. Już o mało co nie zde­rzył się z zabłą­kaną krową i szpa­le­rem kobiet z chru­stem na gło­wach. Para­so­lowe drzewa wyła­niają się z głę­bo­kiej, gęstej wiej­skiej nocy. Tary­fiarz przy­pa­truje się pobo­czu, szu­ka­jąc bocz­nej drogi. Wska­zówki doty­czące dojazdu ma przy­kle­jone do deski, żeby widzieć je w świe­tle wskaź­ni­ków. Tyle i tyle kilo­me­trów taką drogą, przez tyle i tyle wio­sek, drugi skręt w prawo po ścien­nej rekla­mie bie­li­zny Rupa. Ni­gdy wcze­śniej nie był poza mia­stem.

Spe­cjalny miks Tala gra nie­re­gu­larne rytmy ano­kha prze­mie­szane z grzmią­cymi akor­dami slav metalu, na cześć gościa. Na imprezę z taką sławą powinno się mieć eks­tra­spe­cjalny miks. Życie Tala można mie­rzyć cią­giem pli­ków ze ścież­kami dźwię­ko­wymi. Jego aeai DJ spre­pa­ro­wało zestaw nie­złych, pul­su­ją­cych beatów, kiedy szki­co­wało pawi­lon weselny dla pary Chawla/Nad­ia­dwala. W życiu tych akto­rów z Mia­sta i wsi tyle się teraz dzieje.

Nagle szarp­nię­cie zrzuca Tala z ławeczki. Fat­fat staje jak wryty. Tal popra­wia roz­pra­sza­jący ter­micz­nie płaszcz, cmoka, widząc kurz na jedwab­nych spodniach, i wtedy zauważa żoł­nie­rzy. Sze­ściu z nich wyła­nia się z noc­nego, wiej­skiego kamu­flażu. Pyzaty Sikh unosi rękę. Pod­cho­dzi do tak­sówki.

- Nie widzie­li­ście nas?

- Tro­chę jeste­ście tacy... mało widoczni - odpo­wiada szo­fer.

- Jakieś prawo jazdy? Pew­nie nie? - pyta dźe­ma­dar.

- Nic z tych rze­czy. Mój kuzyn...

- Nie wie­cie, że jeste­śmy w sta­nie pod­wyż­szo­nej czuj­no­ści? - napo­mina ich Sikh. - Powolne poci­ski Awa­dhów może już idą przez nasz kraj. Trudno je wykryć, maskują się na sto spo­so­bów.

- Ale tak powolne jak ten stru­cel to nie są - żar­tuje tak­sów­karz.

Sikh powstrzy­muje uśmiech i pochyla się, żeby zer­k­nąć na pasa­żera. Tal pośpiesz­nie wyłą­cza beat. Sie­dzi bar­dzo nie­ru­chomo, bar­dzo pro­sto, serce bije zdra­dziecko gło­śno.

- A pan? Pani?

Żoł­nie­rze chi­cho­czą. Sikh jadł cebulę. Talowi wydaje się, że od tego smrodu i napię­cia zaraz zemdleje. Otwiera wie­czo­rową torebkę, wyciąga grube, obra­mo­wane zło­tymi musz­lami zapro­sze­nie. Sikh ogląda je, jakby mogło być pod­stawą do peł­nej rewi­zji oso­bi­stej, potem wci­ska z powro­tem Talowi.

- Masz szczę­ście, że tu dziś sto­imy. Prze­je­cha­li­ście wasz skręt o dobre parę kilo­me­trów. Pew­nie sie­dem albo osiem. Czyli teraz musi­cie...

Tal odzy­skuje oddech. Gdy tak­sów­karz zawraca, Tal wyraź­nie sły­szy przez war­kot alko­ho­lo­wego sil­niczka wredny rechot żoł­nie­rzy.

Mam nadzieję, że was dopadną te powolne poci­ski, myśli.

Na wpół zruj­no­wana świą­ty­nia Ardha­na­ri­swary stoi mię­dzy drze­wami przy grun­to­wej ścieżce odcho­dzą­cej pod kątem pro­stym od szosy. Orga­ni­za­to­rzy imprezy oświe­tlili zjazd bio­lu­mi­ne­scen­cyj­nymi nalep­kami. Zie­lone świa­tełka rysują twa­rze na pniach drzew, upior­nie pod­świe­tlają przy­gar­bione posągi i jak­śów, osa­dzo­nych w przed­wiecz­nej gle­bie. Moty­wem prze­wod­nim przy­ję­cia są dwa prze­ciwne bie­guny: sakti i puruśa: ener­gia żeń­ska i męska, sat­twa i tamas - inte­li­gen­cja duchowa i przy­ziemny mate­ria­lizm. Baseny w kształ­cie joni zostały roz­rzut­nie napeł­nione wodą. Tal wspo­mina wła­sną toa­letę przed imprezą: oszczędne ochla­pa­nie się butelką pod­grza­nej mine­ral­nej. W White For­cie - gigan­tycz­nej aglo­me­ra­cji osie­dli miesz­kal­nych, gdzie Tal ma swoje dwu­po­ko­jowe miesz­kanko, nie ma wody już od dwóch mie­sięcy. Dniem i nocą pochody kobiet i dzieci cho­dzą w górę i w dół z bań­kami, mija­jąc jego drzwi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki