Schodziłam po krętych schodach, prawą ręką złapałam się poręczy, a lewą włożyłam do kieszeni (jak zwierzątko) i to był moment, w którym zdecydowałam, że wolałabym skręcić kark niż znowu złamać rękę. Uznałam, że to oznaka wielkiej odwagi, i poczułam się dzielna, ale jednocześnie ogarnęło mnie wielkie zmęczenie. Od tego momentu będę czuć dumę i zmęczenie zawsze jednocześnie. Statystycznie dużo częściej mamy jednak powody do zmęczenia, uważałam więc tę nową właściwość za niespodziewany dar.
Na dole zajęłam się tym, co zwykle, czyli szukaniem powodów rozpadu mojego małżeństwa. Przypominało to gest, jaki wykonują wulgarne i agresywne kobiety, grzebiąc w jabłkach w supermarkecie. Wyciągałam jakiś powód z pozoru niedbałym gestem, oglądałam, ale tylko przez sekundę-dwie - to wystarczało, żeby rozpoznać wartość wspomnienia. Najpierw odkładałam objawy.
Leżał w łóżku i patrzył na mnie, a kiedy zaczynałam zdejmować biustonosz, odwrócił wzrok. Od tego momentu obserwowałam go zawsze, kiedy się przebierałam. Kiedy zaczynałam go dotykać, od pewnego czasu natychmiast prosił mnie, żebym go podrapała, zaczynało go swędzieć, moja dłoń zamieniała się w ostre grabie albo on sam stawał się starym psem. Przez to drapanie zaczęłam widzieć w nim psa także w innych sytuacjach. Nasłuchiwałam odgłosu moczu z łazienki, śpiewał wtedy Yellow Submarine, a ja znienawidziłam Beatlesów, każdego z osobna. Lennona nienawidziłam najbardziej, niezależnie od nastroju.
Potem powiedziałam: "Nie dotykaj mnie zimnymi rękami. Zanim wyciągniesz je w moim kierunku, przez kilka minut trzymaj je między własnymi udami. Ale nie za blisko genitaliów". Nie twierdzę, że byłam bez winy.
Kiedyś naszą ulubioną zabawą było dociskanie. Zawijałam się szczelnie w kołdrę, a on dociskał ją do łóżka na wysokości moich ramion. Śmialiśmy się wtedy i rozmawialiśmy. Kołdra wspólnie z siłą jego mięśni krępowała moje ruchy, wszyscy byli zadowoleni, spędzaliśmy tak czas, dopóki ręce nie odmówiły mu posłuszeństwa. Nie wiem, czy zaczął się starzeć, czy nudzić. Ani co byłoby gorsze.
Weszłam do sklepu odebrać przesyłkę i na prośbę o kod odpowiedziałam: osiemnaście, dwadzieścia jeden, trzydzieści pięć. Zrobiłam to z pełną świadomością, bo wiem, co to oznacza.
Swoją drogą myślę, że sklepy również były winne rozpadu naszego małżeństwa (używałam tej frazy codziennie, wytapetowałam sobie nią głowę, czasem szukałam jej wzrokiem). Najgorsze były dyskonty: Biedronka, Lidl, Auchan. Musieliśmy tam chodzić i musieliśmy chodzić tam razem. Małe sklepy osiedlowe, Żabki, stały po naszej stronie, tam spełnialiśmy spontaniczne zachcianki, kupowaliśmy nagłe przekąski, piwo, słodycze. Były drogie i niepotrzebne, ale stały po naszej stronie. Paczkomaty to raczej przyjaciele, którzy starają się być bezstronni. Po rozpadzie naszego małżeństwa będą utrzymywać serdeczny kontakt z obydwojgiem, ale żadne z nas nie będzie im ufało, a one będą o tym wiedzieć.
Pracuję w sklepie z alkoholem i wiem, że klienci dzielą się na dwie grupy: kupujących alkohol i odbierających paczki. Bardzo szybko nauczyłam się rozpoznawać ich osobowość na podstawie sposobu odczytywania numerów. Ci wymieniający każdą cyfrę osobno należeli do ludzi jednocześnie zniecierpliwionych i niewiele dających z siebie. Najpewniej w pracy szybko tracą zainteresowanie wykonywanymi zadaniami, ale uważają, że to dlatego, że są na te zadania za dobrzy. Osoby wymieniające cyfry zbite w dwójki od razu sprawiają wrażenie odpowiedzialnych i stabilnych. Komplikacje zaczynają się, kiedy jedna cyfra zostaje bez pary, na końcu. Jeśli zostaje wypowiedziana wesoło i lekko (ale naprawdę lekko!), to wiemy, że mamy tu osobę, z którą każdy chciałby się zaprzyjaźnić. A prawie każdy chętnie uprawiałby z nią seks. Jeśli samotna cyfra wywołuje nerwowość, staje się symbolem porażki, zostaje wycedzona przez zęby albo z nerwowym śmiechem, to możemy mieć pewność, że wszystko od początku było kłamstwem. Ta osoba odchodzi zgarbiona, nie będzie się cieszyć z zamówionej książki, buty przestaną się jej podobać, a może nawet zaczną ją uwierać. Pożałuje zakupu, a może go zwróci. Ci, którzy mówią trójkami (siedemset dziewięćdziesiąt trzy), należą w oczywisty sposób do pozerów i snobów. Ich największymi marzeniami są łatwo zarobione pieniądze i tani poklask. Nie należy się nimi przejmować. Wchodzą i wychodzą, z niczego nie zdając sobie sprawy. Nikogo tak naprawdę nie obchodzą.
Osoby, która wypowiedziałaby całą ogromną liczbę za jednym zamachem (osiem milionów trzysta cztery tysiące jeden), jeszcze nie spotkałam, ale jestem pewna, że to właśnie ona mogłaby zastąpić mojego męża w dociskaniu.