Rzeczy, których nie wyrzuciłem - Marcin Wicha

-
Proszę czekać

Trud­na sztu­ka ro­bie­nia awan­tur na po­czcie

- Chciał­bym od­wo­łać abo­na­ment ra­dio­wo-te­le­wi­zyj­ny mo­jej mat­ki, gdyż zmar­ła.

- O kur­czę.

- No tak.

- Nie o to cho­dzi, tyl­ko jak abo­na­ment, to le­piej w okien­ku C. Pan weź­mie nu­me­rek i ko­le­żan­ka panu po­wie. - W tym mo­men­cie w jej oczach po­ja­wia się błysk. Po­mysł na pso­tę. - Le­piej niech pan idzie do in­for­ma­cji.

Je­stem pu­łap­ką. Zgni­łym ja­jem. Moż­na mnie pod­rzu­cić ko­le­żan­ce z okien­ka C (ku­szą­ca myśl). Ale moż­na - myśl jesz­cze bar­dziej uro­cza - we­pchnąć tej cwa­nia­rze, któ­ra od rana sie­dzi na in­for­ma­cji i sprze­da­je ak­tu­al­ną ofer­tę: ko­per­ty, ko­sme­ty­ki eko­lo­gicz­ne oraz zbiór opo­wia­dań Ali­ce Mun­ro3.

- Chciał­bym od­wo­łać abo­na­ment ra­dio­wo-te­le­wi­zyj­ny mo­jej mat­ki - za­czy­nam.

Stuk, stuk, skrob - tip­sy dra­pią o kla­wia­tu­rę.

- Taka pani nie pła­ci­ła abo­na­men­tu.

- Jak to nie pła­ci­ła?

- Od 1996 roku nie pła­ci­ła.

- Mam hi­sto­rię ra­chun­ku - oświad­czam.

- Niech pan po­ka­że.

Ale moja prze­wa­ga na­tych­miast top­nie­je.

- Dla­cze­go tyl­ko sie­dem­na­ście zło­tych pła­ci­ła?

- Nie wiem.

- To kto ma wie­dzieć? - sy­czy. - Abo­na­ment tyle nie kosz­tu­je.

Książ­ka Ali­ce Mun­ro ma la­kie­ro­wa­ną okład­kę. Jest na niej czar­no-bia­łe zdję­cie ko­bie­ty bez gło­wy. Sło­necz­ne bli­ki tań­czą po la­kie­rze, a obok stoi roz­kła­da­na kart­ka ko­mu­nij­na i pa­pie­ro­wy kur­czak. By­ło­by za­baw­nie wró­cić do domu i po­wie­dzieć: "Po­patrz, ku­pi­łem na po­czcie tom ka­na­dyj­skiej no­blist­ki".

- Co to za nu­mer kon­ta jest w ogó­le? I cze­mu w Byd­gosz­czy?

- Nie wiem, ale moja mat­ka pła­ci­ła pani fir­mie co mie­siąc sie­dem­na­ście zło­tych - mó­wię har­do.

- Może spła­ca­ła kre­dyt w ban­ku pocz­to­wym?

- Nie spła­ca­ła.

- A skąd pan wie?

Pró­bu­ję so­bie wy­obra­zić mat­kę, jak po­ta­jem­nie za­cią­ga, a po­tem spła­ca kre­dyt w ban­ku pocz­to­wym w Byd­gosz­czy.

Sły­szę szmer ko­lej­ki. Kil­ka osób chce ku­pić za­le­głe kart­ki wiel­ka­noc­ne lub opła­cić ra­chun­ki. Za­czy­na­ją się nie­cier­pli­wić.

Pod­no­szę wzrok na pra­cow­ni­cę Pocz­ty Pol­skiej.

- Pro­szę nie mó­wić do mnie tym to­nem - rzu­cam.

To klu­czo­wy mo­ment. Chwi­la, o któ­rej pi­sał po­eta Ka­wa­fis:

Dla nie­któ­rych lu­dzi przy­cho­dzi taka go­dzi­na,

Kie­dy mu­szą po­wie­dzieć wiel­kie Tak

albo wiel­kie Nie.

Urzęd­nicz­ka musi prze­my­śleć swo­ją stra­te­gię. Po­nie­waż do­tąd jej "Nie" to było tyl­ko małe "Nie". Zwy­kłe, ru­ty­no­we "Nie". Ta­kie "Nie", któ­re li­czy, że a nuż się uda. Że się znie­chę­cę i znik­nę ra­zem z ak­tem zgo­nu i hi­sto­rią ra­chun­ku.

Pierw­sze "Nie" to pa­na­dol. Her­ba­ta z ma­li­na­mi. Na­dzie­ja, że samo ja­koś przej­dzie. Ro­zej­dzie się po ko­ściach. Samo się za­ła­twi. Po­chop­ne kiw­nię­cie gło­wą, apro­bu­ją­cy po­mruk, nie­znacz­ny ruch po­wiek mogą być po­trak­to­wa­ne jak po­twier­dze­nie, zgo­da, cy­ro­graf nie­bie­skim dłu­go­pi­sem. Pod­pis elek­tro­nicz­ny z okrąg­łą pie­czę­cią. A wte­dy już ko­niec.

- Pro­szę do mnie nie mó­wić tym to­nem. - Na­dy­mam pod­gar­dle i stro­szę pió­ra.

Jak w tań­cu, ryt­micz­nie i har­mo­nij­nie, zmie­rza­my do punk­tu, któ­ry nosi na­zwę: "Ja Na Pana Nie Krzy­czę".

- Pro­szę na mnie nie krzy­czeć.

- Ja na pana nie krzy­czę.

- Wła­śnie że pani krzy­czy.

- Pan krzy­czy. Krzy­czeć to pan so­bie może w domu na żonę, a nie w urzę­dzie pocz­to­wym.

- On krzy­czy - po­twier­dza chór klien­tów. - A lu­dziom się spie­szy.

- Ona krzy­czy - rzu­ca chór klien­tów, któ­rzy mają nu­mer­ki do in­ne­go okien­ka.

Jesz­cze nic nie jest prze­są­dzo­ne. Sto­imy na roz­sta­ju. Jed­na dro­ga pro­wa­dzi do: chcę roz­ma­wiać z pani prze­ło­żo­nym - pro­szę bar­dzo - na­pi­szę skar­gę - niech pan pi­sze - ow­szem na­pi­szę - i roz­pacz­li­wych prób trza­śnię­cia drzwia­mi.

Ale jesz­cze mo­że­my pójść dro­gą de­eska­la­cji.

- Ja mó­wię nor­mal­nie, panu coś się prze­sły­sza­ło - stwier­dza urzęd­nicz­ka po­jed­naw­czo.

- Z pew­no­ścią - przy­zna­ję. - Więc jak z tym abo­na­men­tem?

Zgrzyt, stuk, szu­ru buru - tip­sy skro­bią nie­mal przy­jaź­nie.

- Może to za ra­dio?

Na­pię­cie spa­da. Okrę­ty zmie­nia­ją kurs. Sa­mo­lo­ty wra­ca­ją do bazy. Ko­lej­ka wzdy­cha.

Pań­stwa upa­da­ją. Świę­te pra­wa wła­sno­ści prze­cho­dzą z rąk do rąk. Na po­li­ty­ków cze­ka try­bu­nał sta­nu albo sąd w Ha­dze. Tyl­ko urzęd­nicz­ki są wiecz­ne. Po­tęż­niej­sze od pre­mie­rów, pre­zy­den­tów i se­kre­ta­rzy. Po­nie­waż ich su­per­mo­cą jest obo­jęt­ność.

Mogą za­pa­łać sym­pa­tią albo na­je­żyć się z nie­chę­ci. Ale to tyl­ko po­zór. One są ewo­lu­cją. My ga­tun­kiem ska­za­nym na wy­mar­cie. Tłu­stym nie­lo­tem. Ocię­ża­łym przed­sta­wi­cie­lem wiel­kiej fau­ny i la­sem pier­wot­nym.