1
Wyrzucić coś to jak zmarnować szansę,
nierzadko tę najlepszą. Do czego miałyby mi się przydać splątane kable,
dwie żarówki, kompas, gwizdek, opakowanie lateksowych rękawiczek,
osiemnaście kawałków zużytego mydła, trzydzieści pięć rolek po papierze
toaletowym, rokokowy stolik, któremu naprawiłam nogę, nieprzemakalna
plandeka, latarka na baterie słoneczne, grawerowany kij wędrowny, abażur
bez lampy, nóż do papieru ozdobiony wyrytym kwiatkiem?
Cóż, o to właśnie chodzi: wszystko prędzej czy później może się okazać
przydatne. Jeśli ocalisz jakąś rzecz, pewnego dnia ona może ocalić
ciebie.
Niektórzy, żeby coś zmienić, jadą na drugi koniec świata, ja wybrałam
się do Mediolanu. Pięć lat temu, żeby poprosić babcię o radę. Byłam sama
jak palec, a ona jako jedyna mogła mi pomóc, jednak dzień przed moim
przyjazdem położyła się wcześniej spać z powodu lekkiego bólu głowy i więcej nie wstała, pozostawiając mnie z moim smutkiem, torbą z narzędziami i małą ceramiczną gąską, którą trzymałam w kieszeni.
Osiedle wyglądało, jak zapamiętałam je z dzieciństwa: sklepiki,
brukowane uliczki, tramwaje, mostek, kościół. To idealne miejsce mnie
przygarnęło, więc nigdy nie wykraczam poza jego granice. Nigdy nie
wiesz, co może ci się przydarzyć na zewnątrz.
Po stronie północnej od centrum dzieli nas obwodnica. Ma kształt
pierścienia, przemierzają ją wzdłuż i wszerz najrozmaitsi ludzie.
Niektórzy biegną do pracy z laptopem w plecaku, czasem mają spojrzenie
kogoś, kto chciałby być zupełnie gdzie indziej, kto myśli: "Za jakie
grzechy?". Brak wyboru może przynosić ulgę, bo kiedy czujesz się kowalem
własnego losu, każda sprawa staje się prawdziwą batalią: jeśli
przegrasz, to ty nie stanąłeś na wysokości zadania. Chciałabym przytulić
tych ludzi i szepnąć im do ucha: coś o tym wiem.
Niektórzy spędzają całe dnie na obwodnicy, wożą torby z dobytkiem, bo
nie mają domu; metropolia wessała ich, po czym wypluła. Prowadzą
samotnicze, monotonne życie, są jak duchy. Zawsze mają coś do
opowiedzenia. Wiem o tym od Angeliny, bo kiedy wpadają do jej baru
szybkiej obsługi, który nazywa się Il Nulla, ona wysłuchuje ich
opowieści. To ich sposób powrotu do życia, zauważyłam pewnego dnia, a Angelina się ze mną zgodziła.
Czasem, gdy spędzę cały dzień, nie spojrzawszy nikomu w oczy,
zastanawiam się, czy wciąż istnieję. Czy kiedy liść spada z drzewa w lesie i nikt go nie słyszy, wydaje jakiś odgłos? Myślę, że nie: świat
nie może istnieć, jeśli nie ma odbiorców. I tak samo my istniejemy tylko
wtedy, kiedy ktoś na nas patrzy, nas słucha, stwierdza, że jesteśmy.
Również dlatego lubię zaglądać do baru Il Nulla, by pomóc Angelinie.
Może dużo się nie odzywam, ale słucham, i w ten sposób czuję, że żyję.
Po zakorkowanej obwodnicy porusza się też wiele osób, które jeszcze do
końca się nie rozwinęły, są jak gąsienice i nie wiedzą, czy przeobrażą
się w motyle. Czy pewnego dnia w ich spojrzeniu uwidoczni się pytanie:
"Za jakie grzechy?"? Czy może będą spędzać wieczory na podziwianiu
widoku z loftu w centrum miasta? Czy wrócą, skąd przybyli? Czy spotkam
ich na klatce schodowej?
Osiedle, na którym mieszkam, jest spokojne. Od wschodu i zachodu jego
granice wyznaczają kanały Naviglio, czego nie należy bagatelizować. Woda
przypomina, że zawsze możesz wypłynąć w dal. Ja stoję i patrzę, jak
płynie, daje mi poczucie lekkości i swobody, jakbym pewnego dnia mogła
zacząć wszystko od początku, odrzucić przeszłość niczym dawne wierzenia
i znaleźć jakieś nowe.
Gdy ktoś mnie spotka, kiedy łowię ryby w kanale, uznaje to za dziwactwo,
ale czy nie większym absurdem jest jedzenie mrożonej zupy z supermarketu
zawierającej osiem gatunków ryb i skorupiaków importowanych z Indii,
Chin, Peru, Grecji, Argentyny, Indonezji i połączonych w jedną potrawę w jeszcze innym miejscu, z dodatkiem siarczanów i innych ulepszaczy? Może
warto byłoby przeforsować mój punkt widzenia, ale nie mam śmiałości.
Lubię ludzi i chciałabym, żeby mnie lubili, dlatego siedzę cicho, kiedy
krzywo na mnie patrzą, i uśmiecham się, jakby przepraszając, że jestem
taka wyjątkowa.
W mojej arce nie chciałabym supermarketu, jeśli mam być szczera. Po co
kupować szampon z parafiną, pochodną ropy naftowej, skoro można używać
papki z mąki z ciecierzycy i letniej wody? Po co kupować wazon
wyprodukowany za oceanem, skoro wystarczy pusta butelka po płynie do
mycia, i mam tu na myśli butelkę znalezioną na ulicy, bo i płynu nie
trzeba kupować, przecież istnieje ocet, mydło marsylskie i soda
oczyszczona.
Spędzamy czas na pracy, której nie lubimy, żeby kupować przedmioty,
których nie potrzebujemy. W gruncie rzeczy wystarczy trochę pomyśleć.
Mniej pracy, a więcej myślenia, powtarzał zawsze mój ojciec.
Na świecie jest mnóstwo rzeczy do zrobienia, ja zostałam złotą rączką w naszej kamienicy. Ale ludzie często nie mają zaufania. Nie jest to
raczej zawód dla kobiet. Zazwyczaj złota rączka to osiłek w stroju
roboczym. Ja też noszę taki -?dżinsowe ogrodniczki, w których naszyłam
dodatkowe kieszenie na nogawkach, a kto się dowie, ile rzeczy potrafię
naprawić, zamontować, zdemontować, wyczyścić, zaadaptować, zazwyczaj
wzywa mnie ponownie.
Żeby dobrze żyć, nie trzeba dużo. Oprócz myślenia wystarczy odrobina
dobrego humoru. Ale dobrego humoru nie da się spreparować i z reguły
jest o niego trudno.
Niektórzy twierdzą, że mieszkanie w pojedynkę jest przygnębiające,
zwłaszcza jeśli ma się dwadzieścia siedem lat jak ja. No ale dzięki temu
nikogo nie razi widok sałaty między zębami, gdy się uśmiecham, nikomu
nie przeszkadza noszenie skarpetek nie do pary. I w gruncie rzeczy nie
jestem sama. Jest przecież pani Dalia, dozorczyni, i inni mieszkańcy
kamienicy; Trofeo, sześćdziesięcioparoletni sąsiad, który nigdy się nie
odzywa; Angelina, właścicielka baru szybkiej obsługi Il Nulla, i jej syn
Eugenio, który chce zostać kierowcą autobusu; nie należy też zapominać o drobnych sklepikarzach z osiedla i wszystkich ludziach, na których się
natykam, z którymi wymieniam uśmiechy, a może nawet "Dzieńdoberek!". To
ważne oznaki życzliwości, iskry rozpalające dzień. W takich chwilach
czuję się bliżej świata i przyszłość napędza mi nieco mniej strachu.
Czasem wyrywam się ze snu w środku nocy z uczuciem, że wciąż mieszkam
poza miastem, widzę ojca z jego zaniedbaną brodą, w koszuli w kratę,
jego sylwetka odcina się na tle drzwi, mówi, że trzeba zmierzyć się z koszmarami, bo na tym polega życie. Ojciec mierzył się ze swoimi
koszmarami przez dwadzieścia lat. Przez pewien czas każdej nocy śniły mi
się koszmary i okropnie się ich bałam, z czego zwierzałam się tylko
mojemu bratu, Andrei. Andrea wyczytał w książce, którą znalazł gdzieś
przy drodze, że koszmary są skutkiem stresu psychologicznego. Twierdził,
że zapewne dręczy mnie ten stres, dlatego właśnie przestałam mu o tym
opowiadać. Kiedy przyśnił mi się jakiś koszmar, dusiłam wszystko w sobie
i próbowałam zapomnieć. Myśl, że jest ze mną coś nie tak i nie da się
tego wyleczyć, przyprawiała mnie o kołatanie serca.
Koszmary śnią mi się do dziś, niektóre powracają, i wciąż nie umiem się
z nimi zmierzyć. W najgorszym z nich noc w noc muszę przeżywać od nowa
coś, co zdarzyło się naprawdę. Z mojej winy.
Budzę się zlana potem, ręce trzęsą mi się tak bardzo, że nie mogę nawet
wziąć szklanki z wodą, która stoi na komódce. Muszę usiąść, żeby
zaczerpnąć kilka głębszych oddechów, aż wreszcie się uspokoję, a lęk
minie. Albo przynajmniej się zmniejszy. Świat może wydawać się straszny
wszystkim, a niektórym trochę bardziej.
Miewam tego rodzaju napady również w ciągu dnia, w najbardziej
niepojętych chwilach. Kiedy kroję cukinię, naprawiam spłuczkę w toalecie
czy niosę do domu jakiś skarb znaleziony w ogrodzie. Krew napływa mi do
wszystkich koniuszków ciała, serce imploduje w czarną dziurę, czuję
suchość w gardle, w myślach zachodzi krótkie spięcie i z trudem
przypominam sobie, kim jestem. Nabieram przekonania, że powinnam czym
prędzej udać się do szpitala, a jest to myśl na tyle absurdalna, że
ostatecznie mnie uspokaja.
Nie wiem, czy ludzie wokół mnie zdają sobie z tego sprawę: nie odzywam
się, skupiam wzrok na jakimś punkcie, wyobrażam sobie siebie na izbie
przyjęć i czekam, aż samo przejdzie. Wydaje się, że trwa to całą
wieczność, a to zaledwie kilka minut.
Gdzieś czytałam, że należy zwrócić uwagę, co dzieje się przed napadem.
Na przykład kroję cukinię, spoglądam na nóż, ostrze pobłyskuje w słońcu,
myślę, że gdyby nóż wypadł mi z ręki, to mogłabym uciąć sobie palec, i nagle "ciach", dostaję ataku. Rezerwuar się napełnia, wszystko wraca do
normalności, ale co, jeśli poziom wody sięgnąłby powyżej brzegów, co,
jeśli woda zalałaby cały budynek? Ciach.
Oto co jest wcześniej: jakieś "a co, jeśli". Hipotetyczny nieszczęśliwy
wypadek. A co, jeśli pociąg się wykolei? A jeśli deszcz nie przestanie
padać? A co, jeśli nie będę mieć nowych zleceń? Sąsiedzi zostawią
odkręcony gaz? Nie znajdę miłości? A co, jeśli całe moje życie nie ma
sensu?
To "jeśli" -?takie krótkie słowo, które pożera mi duszę, odbiera mi moje
jestestwo i każe się zastanowić: a co, jeśli nie istnieję? Tak więc
istnieję tylko w swojej głowie, z nadzieją, że nikt wokół nie dostrzeże
mojego zniknięcia.
Z drugiej strony każde trzęsienie ziemi zaczyna się od drobnego
wstrząsu. Jak wtedy, gdy tu przyjechałam, żeby poprosić babcię o radę, a babci już nie było.
"Muszę siedzieć cicho, żeby nie mieć kłopotów" -?obiecałam sobie.
Siedź cicho, a nie dorwie cię licho, tak tu mawiają. Odniosłam jednak
wrażenie, że znajduję się we właściwym miejscu i tym razem się nie
pomyliłam. A przynajmniej nie jakoś bardzo. Kiedyś musi mi się przecież
poszczęścić. Na świecie jest tyle zagrożeń, katastrofa czyha na każdym
kroku, lecz szczęście zawsze przychodzi z pomocą.
2
W razie pożaru należy zebrać się na środku
podwórza.
Podkreśliłam to zdanie czerwonym flamastrem na wszystkich laminowanych
tabliczkach informacyjnych w budynku. Po jakimś czasie oko przyzwyczaja
się, jeśli widzi coś na okrągło, udowodniono to naukowo, tak więc od
czasu do czasu przygotowuję nowe tabliczki i zmieniam kolor tuszu. To
ważne, żeby umieć się zachować w nieprzewidzianej sytuacji. Wszyscy
powinni wiedzieć, co robić. Wszyscy.
Przy wejściu zawiesiłam kartkę:
Miej się zawsze na baczności, zagrożenie czyha na
każdym kroku.
Uważaj na znaki!
Ktoś przerobił "znaki" na "dziki", a kilka dni później ktoś inny zdjął
kartkę. W gruncie rzeczy nie ma z czego żartować: są miejsca, w których
naprawdę należy uważać na dziki, na przykład tam, gdzie się wychowałam.
Kiedy te włochate, uzbrojone w szable ssaki postanowią opuścić las, żeby
spustoszyć pole, nikt ich nie zatrzyma, często decydują się na takie
wypady, bo ciągle są głodne. Mogą zachowywać się bardzo agresywnie, więc
lepiej nie mieć z nimi do czynienia, o ile nie jest się na to
przygotowanym jak ja. Koszmary, dziki, istoty pozaziemskie... Tata
przeszkolił nas na wszelką okoliczność. Tutaj jednak jest inaczej,
wszyscy są zgodni, że jeśli ktoś mówi o dzikach w Mediolanie, to
zwyczajnie żartuje. Pomimo to uważam, że nigdy nie należy mówić nigdy,
skoro człowiek stanął na Księżycu, dziki mogą zjawić się nad
mediolańskimi kanałami Naviglio. Trzeba mieć się na baczności!
Na każdej klatce wisi laminowana tabliczka -?w razie pożaru należy
bezzwłocznie zadzwonić pod numer 115; zakręcić gaz w domu i wyłączyć
instalację elektryczną; zawiadomić innych mieszkańców; nie używać windy;
w razie ewakuacji nie biegać, nie krzyczeć ani nie siać paniki; o ile to
możliwe, wyłączyć bezpieczniki w budynku; nie blokować wyjść awaryjnych.
Na każdej tabliczce własnoręcznie dopisałam: jeśli nie można opuścić
mieszkania, należy zamknąć okna, żeby nie podsycać ognia; zatkać szpary
pod drzwiami mokrymi szmatami; schronić się w łazience i napełnić wodą
umywalkę, bidet i wannę; zalać posadzkę, zamknąć drzwi i zmoczyć je,
żeby zahamować napór ognia.
Nie sądzę, żeby podczas pożaru ktoś instynktownie zamykał okna i zatykał
szpary, dlatego też wydaje mi się ważne, żeby informować mieszkańców.
W pomieszczeniu przeznaczonym na śmietnik też wisi tabliczka, tuż nad
pojemnikiem z odpadami organicznymi. Sprawdzam, czy nikt jej nie zdjął,
ilekroć wynoszę śmieci pani Dalii czy Trofea, wtulając głowę w ramiona,
żeby nie popękały mi bębenki w uszach, gdyby ktoś akurat wyrzucał szkło.
Może nie wszyscy wiedzą, że podczas pożaru mogą eksplodować okna i termy, powodując okropny huk. Wtedy nie wystarczy wtulanie głowy w ramiona, w podobnej sytuacji jednak byłabym zbyt zajęta, żeby zajmować
się swoimi bębenkami.
Powinnam na przykład prędko otworzyć drzwi do pani Dalii, żeby ją
uratować. Wyjęłabym klucze spod doniczki z draceną przy wejściu,
następnie wzięłabym ją pod rękę i wyprowadziła na podwórze. Tam
spotkałaby Trofea, którego tymczasem uprzedziłabym przez domofon.
Pobiegłabym na parking, żeby włączyć alarmy w samochodach, bo w budynku
nie ma syreny. Zaczęłabym od motoru ViQuerela. Zdziwiłoby mnie, gdyby
nie miał alarmu, tak zazdrośnie strzeże wszelkiej swojej własności,
jakby żył w zagłębiu złodziei, patrzy na wszystkich z wyższością i podejrzliwie. Następnie przyszłaby kolej na smarta Madame, o ile w środku nie byłoby akurat Zucchera, jej chihuahua, którego kiedyś
zapomniała zabrać z tylnego siedzenia. W takim wypadku musiałabym wybić
szybę młotkiem, który zawsze noszę za szlufką ogrodniczek.
Kazałam przysiąc Trofeowi, że w razie czego zacznie wydzwaniać do ludzi
domofonem -?mają zbiec na dół, nie tracąc nawet minuty, zatkać nos i usta, unikać używania windy. Obiecał, że tak zrobi, że tym razem nie
będzie milczał, bo to pilna sytuacja. Kazałam mu to powtórzyć kilka
razy. Czy raczej poprosiłam go o to kilka razy, a on przytakiwał z coraz
większym przekonaniem, dopóki nie zobaczył, że jestem zadowolona.
Trofeo ma sześćdziesiąt pięć lat, szczurka albinosa, chodzi w dresie i nie odzywa się ani słowem, nawet do mnie -?skończyły mu się słowa i nie
ma nic do dodania. To niezwykłe, ile można sobie powiedzieć bez
otwierania ust. Wystarczą oczy i marszczenie ust. Wiem, że lubi wschód
słońca i obawia się zmierzchu, denerwuje go administrator budynku,
politycy, opakowania zbiorcze, chirurdzy plastyczni, terminy
przydatności.
Każdego pierwszego dnia miesiąca ustawia się na poczcie po rentę dla
inwalidów, co -?po początkowej uldze -?tak naprawdę go przygnębia, bo
przypomina mu, że mógłby być mistrzem, gdyby tylko tamtego przeklętego
dnia odprowadził matkę do ortopedy, zamiast pójść na trening, gdyby był
nieco mniej zdeterminowany, gdyby usłuchał swojego anioła stróża, który
szepnął mu coś do ucha, on jednak na to nie zważał, i proszę bardzo, oto
efekt, zero pucharów na półce w salonie, zero chwały i sławy, co
najwyżej w okolicy pamięta o nim jakiś staruszek, o tym chłopcu ze złotą
stopą i z zaplanowaną przyszłością. Szkoda tylko, że nieumyślny faul w deszczowy dzień raz na zawsze ją przekreślił.
Zawsze powtarzam Trofeowi, że to on jest dla siebie prawdziwą nagrodą.
Kiedy tak mówię, sama chciałabym o tym pamiętać. Trofeo tylko wzrusza
ramionami, patrzy na swoje kapcie, zatrzymuje wzrok na poblakłej bliźnie
biegnącej wzdłuż kostki, robi przygnębioną minę i włącza telewizor.
Kiedyś oglądał tylko sport, ale ostatnio oszalał na punkcie filmów
przyrodniczych, zwłaszcza tych ze scenami polowań na sawannie. Nagrywa
je i potem ogląda całymi godzinami. Dzięki niemu dowiedziałam się, że
wąż boa może połknąć gazelę w całości. Żeby ją strawić, potrzebuje
miesiąca. Oboje się zgadzamy, że to niezwykłe.
Podczas ostatniego zebrania kilkoro nowych mieszkańców zaproponowało, by
"popracować nad wspólną przestrzenią", są zdumieni na przykład tym, że
na podwórzu zgodziliśmy się na wylanie betonu, podczas gdy moglibyśmy
się domagać zadbanej zieleni, pojemników na śmieci, designerskich lamp i świeżo malowanych ławek.
Trofeo aż poczerwieniał ze złości. Rozumiem jego oburzenie. Budynek
istnieje od lat dwudziestych i liczy ponad sto pięćdziesiąt pomieszczeń
mieszkalnych. Niektórzy się tu urodzili, wielu starszych mieszkańców się
tu wychowało. Był to dom przeznaczony dla pracowników okolicznych
fabryk, którzy zostawili swoją ziemię i dużo poświęcili, żeby się tu
znaleźć i mieć życie, w którym ostatecznie zaznali więcej trosk niż
radości. Na tym podwórzu ich dzieci nauczyły się chodzić, grały w piłkę,
biły się, zakochiwały, porzucały nawzajem. Kiedyś mieszkania liczyły po
dwadzieścia metrów kwadratowych, a na piętrze była wspólna łazienka, na
końcu korytarza.
W ostatnich latach wiele mieszkań wykupiono i połączono w bardziej
przestronne przestrzenie, następnie wyremontowali je nowi lokatorzy, jak
na przykład ViQuerelo, który troszczy się jedynie o ławki, designerskie
lampy i trawnik angielski.
Chwyciłam Trofea mocno za ramię, żeby się uspokoił. Pieniądze nie
stanowią problemu, jeśli nas przegłosują, zapłacę za niego. Zostawię mu
gotówkę w kieszeni kurtki, tak by nie zauważył, by nie czuł się dłużny.
Uzbieram trochę grosza, reperując kilka pryszniców więcej, może też
zatrudnię się na godziny jako gosposia. Od dawna o tym myślę, ale nie
zdobyłam się jeszcze na odwagę, żeby się tym zająć. Nie wiem, kto mógłby
mi powierzyć takie zadanie, i wcale nie uśmiecha mi się myśl, że
mogłabym otwierać szafki i szuflady w cudzych domach, bo przecież nie
wiadomo, co mogłabym w nich znaleźć.
Nie mówiłam o tym Trofeowi, ale w swojej arce chciałabym mieć ławki.
Dają wrażenie miłej letniskowej atmosfery i są przyjemne dla oka. Gdyby
zainstalowano je na podwórzu, byłoby jak w Opowieści zimowej.
Chciałabym zaproponować również sadzawkę z rybkami i może posadzenie
eleganckich czerwonych drzew, tak żeby jesienią usypywał się dywan
ochrowych liści.
Zdaje się, że kosze na śmieci usunięto z podwórza dawno temu, z obawy,
że ktoś mógłby tam włożyć ładunek wybuchowy. Było to w latach
siedemdziesiątych, a osiedle nie należało do najbardziej urokliwych pod
słońcem. Wtedy jeszcze nie istniały knajpki na barkach rzecznych, nie
było jarmarków ani niedzielnych spacerów.
Sądzę, że zamiast koszy na śmieci można by zamontować antyterrorystyczne
przezroczyste worki na żelaznych stojakach. Nie są ładne, ale nadal ktoś
mógłby dokonać zamachu, choć może się to wydawać nieprawdopodobne.
Wystarczy otworzyć gazetę, żeby zdać sobie z tego sprawę. Chciałabym
podzielić się moją opinią z innymi mieszkańcami, ale na samą myśl...
Ciach! Palpitacje, suchość w ustach, drżenie i cała reszta. Porzuciłam
więc pomysł, by zabrać głos.
Wiem, co o mnie myślą, nie starają się nawet tego ukryć. Komentują na
głos, kiedy przechodzę obok, pokazują sobie mnie ruchem brody. Staram
się zachowywać jak gdyby nigdy nic. Jeśli czymś zawiniłam, to na pewno
nie tym, że noszę ogrodniczki, naprawiam krany czy ratuję przedmioty
przed zapomnieniem i śmietniskiem.
Kiedy pani Dalia po raz pierwszy stanęła w tym budynku, rozpłakała się -
wydawało się jej, że trafiła do więzienia. Pochodziła ze wsi, nigdy
przedtem nie widziała miasta. Enzo obiecał jej, że dobrze im będzie
razem w Mediolanie. Miała to być tylko kwestia przyzwyczajenia się.
Mogliby planować podróże, bo mieszkanie to port i należy wypływać
statkiem w morze. A na port nasz budynek nadawał się jak mało co.
Pani Dalia mieszka tu od sześćdziesięciu lat, przyjmuje paczki i podpisuje za wszystkich potwierdzenie odbioru, choć nikt jej za to nie
płaci. Ma pomarańczowe włosy i żywe spojrzenie, nierzadko bywa
opryskliwa, ale kiedy się ją bliżej pozna, wiadomo, że to tylko poza.
Niesamowite, jak bardzo życie potrafi zaskoczyć, o ile tylko mu się na
to pozwoli. Kto na przykład by pomyślał, że ja i ta starsza pani
będziemy miały ze sobą tyle wspólnego?
Pani Dalia twierdzi, że powinnam przestać się zamartwiać ewentualnością
pożaru, przypadkowego wybuchu, zamachu, innymi słowy wszystkim. Ale to
nie strach, to tylko trzy proste słowa: "a co, jeśli".
Ojciec mówił o scenariuszach SHTF (Shit hit the fan) albo TEOTWAWKI
(The end of the world as we know it) jako o skutkach zdarzeń o katastrofalnym zasięgu, które z chwili na chwilę mogłyby
zrewolucjonizować nasze wzorce społeczne, polityczne i gospodarcze,
niszcząc środowisko, w którym żyjemy. Czy chodziłoby o trzęsienie ziemi,
pożar, tsunami, burzę magnetyczną, uderzenie asteroidy, trzecią wojnę
światową, zasady zawsze są te same: przewidywać, unikać, reagować.
Nie należy lekceważyć żadnej z nich.
3
Balkon mojej kuchni znajduje się w strategicznym miejscu. Drzwi zamykają się na magnes, dzięki temu zimą
nie ciągnie i można zaoszczędzić na ogrzewaniu, latem zaś jest chłodno.
No dobrze, czasem trochę oszukuję. Kiedy jest naprawdę gorąco, chodzę do
Trofea. On ogląda telewizję, a ja siadam na podłodze, korzystając z dobrodziejstw klimatyzacji z poczuciem winy wobec Matki Ziemi.
Obok szafki, w której trzymam niezbędne narzędzia ogrodnicze, na moim
balkonie stoją leżak oraz doniczki z papryką, pomidorami i ziołami, jest
też cerata, pod którą chronię się przed słońcem lub deszczem.
Balkon znajduje się w strategicznym miejscu, bo wychodzi na boczną
uliczkę i pozwala mi mieć na oku żaluzję. Moją czerwoną żaluzję, między
sklepem z wyrobami tytoniowymi a pralnią na żetony. Od pięciu lat
pierwsze spojrzenie o poranku i ostatnie wieczorem, nie wspominając już
o wielu innych chwilach w ciągu dnia, niepowstrzymanie kieruję właśnie
ku tej żaluzji z nadzieją, że ktoś ją podniesie, jednak co rusz rozbijam
się o zimny metal. Od pięciu lat ta czerwona żaluzja wisi bezwładnie,
wciąż tak samo, jakby nic za sobą nie skrywała. Szyld "Il Nuovo mondo",
"Nowy świat", wypisany odręcznie, wyblakł od szarugi.
Pięć lat. Początkowo czas płynął tak wolno, aż minął w okamgnieniu, i gdy patrzę wstecz, zastanawiam się, co się z nim stało, czy naprawdę
przeżyłam te wszystkie lata, czy może zmarnotrawiłam w oczekiwaniu na
coś, co miało się nigdy nie wydarzyć.
Kiedy oddaję się tego typu rozważaniom, mój umysł działa jak wadliwa
instalacja elektryczna: uziemienie okazuje się niewystarczające,
dochodzi do krótkiego spięcia. Roztrząsam wszystko godzinami, jakby
wessana przez wir, aż wreszcie zdaję sobie sprawę, że oto dzień się
skończył, a ja nawet nie wyszłam z domu. W ten sposób próbuję rozmawiać
z mamą. Przepraszam ją, że wcześniej nie rozumiałam. Że nie dostrzegałam
znaków. Byłam zbyt przerażona, by naprawdę ją zobaczyć, zbyt mała, by
wyciągnąć do niej rękę.
Potem zwracam się do brata z pytaniem, czy nadal mnie kocha. Czy to moja
wina, że nasze szczęście legło w gruzach? Czy to było szczęście?
Wtedy często wyciągam list, który piszę do ojca od pięciu lat. Nie umiem
z nim rozmawiać, nawet jeśli go nie ma. Biorę pióro wieczne, dopisuję
zdanie, coś skreślam, podejmuję kolejną próbę. Słowa wirują bez końca
jak śruby z wyrobionym gwintem. Ostatecznie podaję w wątpliwość to, co
chcę powiedzieć. Odkładam pióro i chowam kartkę do szuflady.
-?Moje tutejsze życie wygląda inaczej, niż sobie wyobrażałam -?przyznaję
w końcu. Ochrypły głos przerywa ciszę, jak silnik uruchomiony po latach.
Ale dobrze jest w mieście, naprawdę.
Napełniam szklankę i wychodzę na balkon. Stoję ze wzrokiem utkwionym w pustce. Obserwuję dzwonnicę kościoła w oddali, rośliny szykujące się do
snu, czasem swoje odbicie w drzwiach balkonowych: włosy zebrane w kok,
ogrodniczki i trapery, zmarszczone czoło i zaskoczenie, że wciąż
istnieję.
Co poniedziałek bywam w winiarni na końcu Naviglio, oddaję dwie puste
butelki i biorę dwie świeżo napełnione winem San Colombano. Chodzę tam
piechotą. Po drodze widuję rozmaite rośliny: babkę lancetowatą,
pokrzywy, mlecz, a także opuszczone sprzęty domowe, porzucone gazety.
Jeśli są w dobrym stanie, chowam je w plecaku -?świat jest pełen darów,
jeśli ma się wprawne oko. Ja zajmuję się przechowywaniem w oczekiwaniu
na odpowiedniego adresata.
"Twój pokój do pracy wygląda jak warsztat" -?powiedział mi pewnego
niedzielnego wieczoru Eugenio i chyba się ucieszył. Bardzo lubi
warsztaty.
W pokoju znajduje się solidne metalowe biurko, narzędzia, materiały z odzysku oraz znalezione przedmioty, które wymagają naprawy; za źródło
światła służy mi stara lampa przemysłowa przyniesiona z pobliskiej
opuszczonej fabryki.
Sypiam w pokoju, który kiedyś należał do babci, jest niewiele większy:
jednoosobowe łóżko wbudowane w szafę, na ścianie wisi krzyż.
W salonie są przedmioty, które zdążyłam odrestaurować: fotel w kwiaty,
ręcznie malowany abażur, dwie parasolki z papieru ryżowego, stara rama
do obrazów, laska z gałką w kształcie głowy dzikiej kaczki, stary
blaszany bączek, fotel bujany i tak dalej. Dotrzymują mi towarzystwa,
wraz z tapetą w kwiaty wiśni na ścianach korytarza i rycinami, które
znalazłam na dworze i powiesiłam w sieni. Otaczaj się pięknem, mówiła
moja mama, a nigdy nie poczujesz się samotna.
Nikt nie był w moim mieszkaniu poza Eugeniem.
Dziś rano nie mam jednak czasu na negatywne myśli. Dziś rano wydarzył
się cud. Ktoś podniósł żaluzję! Tak przyzwyczaiłam się do jej widoku,
gdy jest spuszczona, że przez chwilę poczułam się zdezorientowana.
Wzrokiem szukam szyldu, który wisi nadal i nadal jest wyblakły: "Il
Nuovo mondo".
Ktoś podniósł żaluzję! Wydaje mi się to niemożliwe. Zamykam oczy,
otwieram je z powrotem, żaluzja wciąż jest w górze. Wychylając się
trochę przez barierkę, dostrzegam odrapane futryny sklepu, również
czerwone, i czarną od kurzu witrynę. Rozglądam się wokoło, by się
upewnić, że to nie sen: wszystko raczej odpowiada rzeczywistości. Sklep
z wyrobami tytoniowymi jest tam gdzie wcześniej, na rogu, właściciel
stoi w drzwiach, pali i gdera, jak zawsze. Pralnia na żetony jest
otwarta: widzę stopy jednej z osób, które zwykły spędzać tam noc. Na
niebie -?białe chmury i wolno sunący samolot. Słychać odgłos tramwaju w oddali. Kościelna dzwonnica na horyzoncie wykrawa swoją sylwetką kawałek
błękitu. Zerkam na zegar słoneczny, który sama skonstruowałam, cień
pada, jak należy. Patrzę na swoje dłonie -?nadal mają po pięć palców.
Podskakuję, żeby sprawdzić, czy uniosę się w powietrzu -?nic z tych
rzeczy.
Całą sobą wierzyłam, że ta żaluzja znów znajdzie się u góry. Nigdy nie
zwątpiłam. Miało się to stać przede wszystkim dla mnie. I stało się,
zupełnie nieoczekiwanie, dzisiaj, w pewną majową sobotę o siódmej
trzydzieści rano.
Próbuję jeszcze trochę się wychylić, ale jestem za wysoko, by zobaczyć
wnętrze sklepu. Zastanawiam się, czy nie pójść do ViQuerelo, który
mieszka pode mną. Mogłabym coś zrzucić na jego balkon, żeby mieć
pretekst do wizyty, ale kto miałby odwagę zmierzyć się z jego badawczym
spojrzeniem? Zresztą nie wyszlibyśmy na balkon, wysłałby raczej żonę i kazał mi zaczekać na progu.
Jego żona w zeszłe święta Bożego Narodzenia -?pierwsze, które tu
spędzili -?podarowała mi butelkę likieru Strega i puszkę ciasteczek
Royal Dansk opatrzoną bilecikiem: "Dla Gei, najmilszej osoby w budynku".
Zrobiło to na mnie niemałe wrażenie, bo nigdy nie zamieniłyśmy nawet
słowa. Tylko uśmiechy, mijając się w podwórzu.
Ostatnio spotkałam ją w bramie. Wychodziła gdzieś, kiedy właśnie
wracałam do domu, było za późno, żeby się wycofać. Unikałam jej, odkąd
dostałam prezent, z obawy, że nie ośmielę się podziękować i że będzie
chciała ze mną rozmawiać. Konwenanse nie są moją specjalnością, czuję
się swobodniej, kiedy mam do czynienia z konkretnym problemem, jak na
przykład naprawa termy czy montaż szafki... Miałam nadzieję, że nie
zauważy, iż staram się jej unikać, albo że przynajmniej nie weźmie tego
do siebie.
Spotkałyśmy się jednak przy skrytkach pocztowych, więc musiałam zebrać
siły i podziękować za prezent, z nadzieją, że jakoś to będzie.
-?Widziałam, że czytasz -?odpowiedziała, pokazując na książkę, którą
miałam w przedniej kieszeni ogrodniczek. To prawda, zawsze noszę ze sobą
książkę, czas oczekiwania w pracy bywa nieprzewidywalny, w życiu zresztą
też. Czy istnieje coś lepszego niż to, żeby usiąść gdzieś na chwilę, dać
się pochłonąć i zapomnieć, że w ogóle się istnieje?
-?Jeśli chcesz, mamy świetną biblioteczkę -?dodała, rozglądając się,
jakby była to tajemnica.
Poczułam, że się czerwienię. Stało się to, co przypuszczałam:
postanowiła ze mną porozmawiać. Nawet nie miałabym nic przeciwko temu,
gdybym tylko wiedziała, co powiedzieć.
-?Nikt nie czyta naszych książek prócz mnie -?ciągnęła. -?Możesz
pożyczyć, co tylko zechcesz.
Podziękowałam, po czym zmyśliłam, że jestem spóźniona i muszę uciekać. I właśnie to zrobiłam -?uciekłam.
Gdyby nie chodziło o żonę ViQuerelo, szczerze mówiąc, pożyczyłabym jakąś
książkę. Ale on mnie przeraża: nigdy nie wiadomo, jak zareaguje. Gdyby
sobie pomyślał, że zmanipulowałam jego żonę, by ją wykorzystać, lub że
jestem natarczywa, byłoby to o wiele gorsze niż przeczytanie tej samej
książki po raz enty.
Nie wiem, jak taka miła i czuła na potrzeby bliźnich kobieta mogła wyjść
za takiego wyniosłego, opryskliwego człowieka jak ViQuerelo, ale nie
zamierzam się wtrącać w nie swoje sprawy. Wystarczą mi własne problemy.
Ponownie rozważam, czy nie zrzucić czegoś na ich balkon, z nadzieją, że
może ViQuerela nie ma w domu, ale to sobota, więc jest z całą pewnością,
siedzi z cygarem, w kapciach. Lepiej pogodzić się z koniecznością
złamania swoich sobotnich zwyczajów i osobiście wybrać się do sklepu.
Rutyna jest dla mnie jak siatka zabezpieczająca dla linoskoczka, pozwala
mi iść naprzód i nie rozmyślać o pustce. Harmonogram ma moc, by utrzymać
wszystko w ryzach, nie tylko mnie -?podobnie jest z innymi ludźmi z osiedla. Ale sklep jest otwarty. Żaluzja została podniesiona!
Zrobię zwykły obchód i potem tam zajrzę. Kto nie ryzykuje, ten nie
pogwizduje, jak mawiał mój ojciec. On pogwizdywał zawsze, kiedy odczuwał
satysfakcję lub coś mu się udało. Ten podwójny, głęboki gwizd powodował
u mnie skok adrenaliny, bo z całą pewnością wiedziałam, że tata jest
szczęśliwy.
Choć raz.
4
-?Róż Mountbattena.
Angelina oparła się zgrabnymi ramionami o metalową ladę baru Il Nulla i spoważniała jak zawsze, gdy opowiada mi o nowym kolorze.
-?Wynalazł go w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku Lord Mountbatten,
admirał marynarki brytyjskiej.
Potakuję, żeby okazać zaciekawienie. Angelina przeczesuje ręką krótkie
włosy, ma zmęczoną twarz. Rano przygotowuje obiad i kiedy o siódmej
podnosi kratę, żeby otworzyć bar, jest już po dwóch godzinach pracy.
Wyciąga telefon z kieszeni i kładzie go na blacie: przy pierwszym
dotknięciu wyświetlacz zabarwia się różem Mountbattena. Nie przyznaję
się, że świetnie go znam, ojciec kazał nam się wyuczyć barw kamuflażu
wojskowego, a paleta zawierała również ten odcień. Ta wiedza miała nam
się przydać, gdybyśmy musieli się ukrywać w lesie otaczającym dom.
-?Co myślisz? -?pyta Angelina.
-?Jest trochę przygaszony, jeśli mam być szczera -?odpowiadam z niewyraźnym uśmiechem.
Angelina przygląda się ponownie.
-?To prawda. Troszeczkę. Ale wymyślił go prawdziwy lord, Lord
Mountbatten. Był wujem księcia Edynburga.
-?No proszę.
-?Fascynujący człowiek...
Za sprawą szybkiego ruchu palcem na wyświetlaczu pojawia się zdjęcie
mężczyzny z filuternym spojrzeniem, jest ubrany w mundur marynarki
brytyjskiej.
-?Przyznasz, że jest niczego sobie...
-?Stuprocentowo w stylu Downton Abbey -?komentuję, wiedząc, że ta
uwaga ją ucieszy.
-?"Jeden kolor dziennie" to świetny sposób na życie, dzięki, że mi go
doradziłaś.
Opowiedziałam jej po prostu, że gdy byłam mała, co rano otwierałam z mamą jej słownik kolorów i wybierałyśmy nowy odcień, żeby go zapamiętać
i się nim pozachwycać. Sam róż, uczyła mnie mama, nie istnieje. Jaki to
ma być róż? Amarantowy, azaliowy czy malinowy? A zieleń? Szparagowa,
oliwkowa czy miedziana? Każdy domagał się uhonorowania oraz szczególnego
współgrania ze światłocieniem. Wychodziłyśmy potem z domu, żeby odnaleźć
te odcienie w naturze. Dzięki umiejętności rozróżniania kolorów świat
stawał się żywszy, bardziej namacalny.
Angelina należy do nielicznych osób, z którymi potrafię się dzielić
podobnymi przemyśleniami. Nie waży słów, nigdy nie czyni aluzji.
Postanowiła, że ilekroć się spotkamy, pokaże mi jakiś nowy kolor.
Ostatnio podziwiałyśmy niebieski w odcieniu cyjanu, jaja rudzika,
chabru...
-?A dziś naprawdę ci się udało: znalazłaś szlachetny odcień -?dodaję.
Angelina, jak sama mówi, uwielbia szlachetność, dobre maniery, pietyzm,
podobnie jak ja uwielbiam purée z groszku, śrubokręt Stanley i wieszanie
tabliczek informacyjnych.
Rozglądam się wokoło: dwóch stałych bywalców popija białego cienkusza,
grając w karty; trzeci, młodszy, czyta gazetę.
-?I co się dziś stało?
-?Zepsuła się mikrofala -?wzdycha Angelina, wpuszczając mnie na
zaplecze. -?Talerzyk się kręci, światełko się pali, zegar chodzi... Ale
nie grzeje.
-?Niedobra mikrofala -?mówię, głaszcząc urządzenie, zanim się nad nim
pochylę. -?Wstrzymaj oddech. Nic ci nie zrobię, tylko trochę sobie
pośpisz.
Wyjmuję wtyczkę z kontaktu. Płaskim śrubokrętem 4x100 mm odkręcam
pokrywę. Usuwam bezpiecznik. Jest spalony, widać gołym okiem, ale dla
pewności używam testera: nie ma przepływu prądu.
-?Wymaga następcy -?mówię, mrugając okiem do Angeliny. -?To nie będzie
dużo kosztowało, kupię nowy.
-?Jesteś kochana. I potrafisz czynić cuda. -?Angelina przekazuje mi
pieniądze, po czym wyławia rogalika z witryny. -?Trzymaj, skarbie. Z nadzieniem malinowym, jak lubisz.
Przyjmuję rogalik, nie krygując się. Angelina daje mi jeszcze dwa w papierowej torebce, jeden z budyniem, a drugi z czekoladą, bo dziś
sobota.
-?Słuchaj, skarbie -?mówi, krzyżując ręce. -?Byłabyś tak miła i wzięła
lasagne dla siebie i Eugenia? Powiem mu, żeby przyszedł do ciebie jutro
wieczorem. Wiem, że jest już duży, ale tak przygnębia mnie myśl, że jada
w samotności.
-?Jasne, dotrzymamy sobie towarzystwa.
Za każdym razem prosi mnie o pozwolenie, a ten rytuał nadaje wszystkiemu
wyjątkowy i nieoczywisty wymiar. Angelina boi się, że jest ciężarem dla
innych, a przecież najbardziej troszczy się o to, żeby nikt nigdy nie
czuł żadnego ciężaru.
Lubię Eugenia, choć mówi właściwie tylko o autobusach. W niedzielne
wieczory, tuż przed dziewiątą, staję przy oknie w oczekiwaniu, aż zgasi
światło w ich mieszkaniu na drugim piętrze w klatce naprzeciwko i przejdzie przez podwórze, zmierzając do mnie.
Angelina posyła mi zgaszony uśmiech, otwiera papierową torbę i wkłada do
niej dwie aluminiowe foremki.
-?Bo w niedzielę wieczorem wracam późno -?dodaje, jakby była mi winna
wyjaśnienie.
Wiem, że pracuje do późna, bo po zamknięciu sprząta, podczas gdy jej mąż
siedzi za stołem jak jeden z klientów i gra w pokera.
-?Widziałaś, że otworzyli Il Nuovo mondo? -?Zdobywam się na odwagę, żeby
rzucić na odchodne.
Przez te wszystkie lata nigdy nie wspomniałam słowem o sklepie -?ani
przy niej, ani przy pani Dalii, ani tym bardziej przy Trofeo. W gruncie
rzeczy nie wspominałam o nim przy nikim. Gdyby chcieli się dowiedzieć,
dlaczego tak bardzo mnie interesuje, nie czułabym się na siłach im to
wyjaśnić. Obietnica, marzenia, wina, rozczarowanie -?wszystko to, co
związało mnie z tym sklepem, raczej powinno pozostać tajemnicą. Ale
jeśli w okolicy coś się dzieje, Angelina zapewne wie o tym przed
wszystkimi.
-?To tylko stary sklep -?odpowiada, wzruszając ramionami. -?Żaden "nowy
świat".
-?Kto wie... -?wzdycham, nieco zawiedziona.
Jak zawsze, zanim się oddalę, rzucam za siebie okiem na neon baru. Napis
kursywą jest różowy i brzmi: "Il Nulla", czyli "Nic".
Kiedy zapytałam Angelinę o powód tej nazwy, odpowiedziała krótko:
-?Byliśmy tuż po przeprowadzce do Mediolanu i nic innego nie
przychodziło nam do głowy. Nic, w gruncie rzeczy, tyle właśnie mieliśmy.
Uznaliśmy, że "Il Nulla", czyli "nic", to uczciwa nazwa.
-?A teraz?
-?Teraz mamy swoje miejsce, a to już coś. Ale nie ma mowy o zmianie.
I zaśmiała się dystyngowanie, jak zaśmiałaby się królowa Elżbieta.
-?A w ten sobotni poranek... Kto by się spodziewał! Rogalik z czekoladą.
Al? z uśmiechem na ustach chwyta rogalika. Zawsze docenia żarty.
Wybrałam jego stragan, kiedy zaczęłam odwiedzać targowisko, bo kiedy
spytałam o owoce i warzywa, które zamierzał wyrzucić, wręczył mi ich
cały worek. W zamian nie chciał nic.
-?W przyszłą sobotę przynieś mi coś na śniadanie.
Od pięciu lat przynoszę mu co tydzień rogalik z czekoladą od Angeliny, a on obdarowuje mnie jarzynami, które nie przypadły do gustu klientom. Są
przepyszne.
Patrzę, jak obsługuje jakąś kobietę, i szukam w sobie odrobiny odwagi,
żeby się odezwać. Zapewne pomyślał, że już sobie poszłam, bo znajduję
się poza zasięgiem jego wzroku. Jest taki uprzejmy pomimo arogancji
klientki. Ciągle się uśmiecha, z dbałością waży jarzyny, zaokrągla
rachunek na swoją niekorzyść. Kiedy jednak tamta odchodzi, Al? oddycha z ulgą. Po czym mnie dostrzega.
-?Czy już jest następna sobota?
Chyba jest rozbawiony, ale też zaskoczony. Al? zawsze wydaje się
rozbawiony, to właśnie jest w nim najwspanialsze. Jeszcze wspanialsze
niż jego jasne oczy, które błyszczą jak górskie jeziora.
-?Znałeś Il Nuovo mondo? -?pytam jednym tchem. Z nadzieją, że się nie
zaczerwieniłam.
Al? przechyla głowę.
-?W jakim sensie, kochana?
Odkąd go znam, nigdy tak długo nie rozmawialiśmy.
-?To sklep za rogiem -?tłumaczę. Jest już za późno, żeby się wycofać,
więc drążę: -?Czy coś ci to mówi?
-?Chodzę na zakupy tylko na Montenapoleone, kochana.
Skarbie, kochana, kwiatuszku... Czasem chciałabym, żeby mówiono do mnie po
imieniu. Po prostu Gea.
Al? nie zna mojego imienia, nigdy mnie nie zapytał. Ja poznałam jego
imię w ten sposób, że kiedyś zawołał go kolega i je zapamiętałam. Osoba,
która ma imię, nie jest już zwykłą osobą. Kiedy poznajemy czyjeś imię,
zarazem poznajemy lepiej tego, kto je nosi, to trochę jak z kolorami -
świat staje się prawdziwszy. Lecz utworzyła się za mną kolejka, zajęłam
za dużo czasu Alemu.
-?Pójdę tam teraz, a w przyszłą sobotę opowiem ci o wszystkim -?kończę,
myśląc raczej o sobie niż o nim.
-?Jak zawsze mnie tu znajdziesz, kochana.
-?Parę drobniaków za miłosny wiersz! -?krzyczy zachrypniętym głosem
poetka siedząca na chodniku przed targowiskiem.
Schylam się, żeby oddać jej trzeciego, a zarazem ostatniego rogalika.
Czubkiem języka oblizuje budyń i podaje mi kartkę z zapisanym odręcznie
wierszem. Patrzy na mnie z miną wyliniałej prorokini, miejskiej sybilli,
która pomimo to lub może właśnie dlatego została sama. Kobiety, które
wiedzą więcej niż inni, budzą w ludziach strach.
Dzięki jej wierszom można zapomnieć o bożym świecie, a według mnie na
tym właśnie polega potęga literatury. Żyjemy w otoczeniu talentów, choć
często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chciałabym mieć na tyle odwagi,
żeby jej o tym powiedzieć. Tymczasem udaje mi się tylko sformułować
pytanie:
-?Znałaś Il Nuovo mondo?
Odzywam się do niej po raz pierwszy w życiu.
-?Nowy świat? To stare dzieje.
Może to żart albo aluzja do czegoś związanego ze sklepem, nie potrafię
odgadnąć. Macham kartką z wierszem i kłaniam się na poczekaniu, zanim
ucieknę.
Nie muszę długo czekać przy mostku, który prowadzi przez kanał do
kościoła w biszkoptowym kolorze. Kobieta o kuli zmierza w moim kierunku,
pod pachą trzyma gazetę, jej wzrok jak co rano jest zawieszony w pustce.
Nagle zaczyna się z kimś wściekle kłócić, chociaż u jej boku nikogo nie
ma. Kiedy wchodzi na mostek, zapala cygaro. Myślę, że woli to zrobić na
moście, bo może na chwilę odstawić kulę i oprzeć się o barierkę.
Zaraz potem zaczyna złorzeczyć, gasi cygaro, chwyta kartkę z wierszem,
którą przygotowałam dla niej, i zanim znów wyruszy w drogę, zostawia
gazetę. Czekam, aż kobieta się oddali, by ją zabrać.
Kupuje gazetę w kiosku niedaleko kościoła i zanosi ją do baru, w którym
jada śniadanie, ale nigdy nie widziałam, żeby ją otwierała. Wiem, że
kiedyś pracowała jako sędzia pokoju, może kupuje codziennie gazetę, żeby
nie zapomnieć, kim była, ale świat za bardzo ją mierzi, by miała czytać
wiadomości.
Tymczasem ja każdego ranka czytam gazetę. Być poinformowanym to
najlepsza broń, mawiał mój ojciec. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy,
ale można snuć domysły: wszystko się ze sobą łączy; trzepot skrzydeł
motyla może wywołać huragan po drugiej stronie kuli ziemskiej. Trzeba
umieć czytać między wierszami.
Gazeta po sędzi pokoju nie jest czymś bezosobowym, zamiast gnić na dnie
kosza na śmieci, pozwala poczuć, że uczestniczy się w czymś większym.
Niesie obietnicę, że spośród rozlicznych wiadomości ze świata któraś
zmieni moje życie. Choć chciałabym, żeby było inaczej, czekam na taką
wiadomość od wieków.
Wiem, że sędzia czyta wiersze, bo widuję ją popołudniami w barze Il
Nulla, na stoliku stoi wino musujące i leży zmięta kartka.
Trochę jarzyn za rogalik. Rogalik za wiersz. Wiersz za gazetę. Nazywam
to "osiedlową wymianą".
Kiedy czytam gazetę, zaznaczam ołówkiem najciekawsze wiadomości, wycinam
artykuły i przechowuję w specjalnej teczce. Resztę przeznaczam do mycia
okien i tworzenia origami, które zostawiam na podwórzu. Wewnątrz
zapisuję cytaty. Kilka dni temu napisałam: "Co jest największą ambicją
twojego życia? Stać się nieśmiertelnym, a potem umrzeć". Godard, Do
utraty tchu.
Wiem, że dzieci z naszej kamienicy lubią moje origami, z okna widzę, jak
się o nie kłócą, więc staram się zrobić jak najwięcej, żeby nikt nie
został z pustymi rękami.
Mój ulubiony cytat pochodzi z tego samego filmu: "Nie wiem, czy jestem
nieszczęśliwa, bo nie jestem wolna, czy może nie jestem wolna, bo jestem
nieszczęśliwa". Nigdy go nie zapisałam na origami. Po co zasmucać
dzieci? W mieście nie ma otwartej przestrzeni, gdzie mogłyby się
wybiegać, żeby rozładować nadmiar wrażeń, jakich doświadcza się w tym
wieku, kiedy ma się do czynienia z czymś, czego się nie pojmuje. Ja
zniszczyłam sobie niejedne buty, biegając bez wytchnienia po łąkach. Nie
mogę jednak powiedzieć, żeby pomogło mi to zrozumieć świat.
Ale kto zrozumiał świat? Mój ojciec? Mój brat? Czy może moja babcia?
Wydaje się, że to bitwa, w której nie sposób zwyciężyć. A jeśli ktoś
przegrał, to z pewnością ja.
A jednak dziś w końcu Il Nuovo mondo otworzył się na nowo, ktoś podniósł
żaluzję! Los zsyła mi szansę, na którą czekałam, żeby wszystko naprawić,
żeby cofnąć czas i może nadać rzeczom inny obrót. Gdybym zrezygnowała,
mogłabym tego żałować do końca życia.
Dziś nie pobiegnę od razu do domu, żeby usiąść za biurkiem z ołówkiem w ręku, zrobię wyjątek. Aby iść naprzód, wystarczy stawiać kroki, jeden po
drugim. Obmyślam plan: oddalę się od Naviglio, przejdę przez plac,
skręcę w lewo, potem w prawo, potem znów w lewo, aż dotrę pod swój dom.
Minę sklep z wyrobami tytoniowymi, patrząc w chodnik, by nie natknąć się
na wzrok właściciela, i zatrzymam się kawałeczek dalej.
Przed Il Nuovo mondo.
5
Miałam dwanaście lat, a mój brat
czternaście, kiedy po raz pierwszy zjawiliśmy się w Mediolanie. Miasto,
o którym tyle marzyłam, było oddalone od Twierdzy o pięć godzin jazdy
samochodem, które spędziliśmy z Andreą na tylnym siedzeniu naszego
modrego fiata panda cztery na cztery, trzymając się za ręce, z nosami
przyklejonymi do szyb.
Widziałam dużo autostrad w filmach, które oglądałam z mamą, ale ta była
inna -?była prawdziwa. Hangary, fabryki, parkingi, stacje benzynowe,
małe domy, rudery wśród pól obsianych zbożem, wymijające nas samochody z dziećmi żującymi gumy balonowe, ludzie słuchający radia, kobiety
opierające się nogami o przednią szybę.
Nagle znalazłam się we wszechogarniającej rzeczywistości -?było to dla
mnie zupełnie nowe uczucie i był w tym jakiś nadmiar. Czułam się, jakbym
przybyła na planetę, o której wiele słyszałam, ale jej nie znałam, i nie
miałam czasu na przetrawienie tego wszystkiego z powodu prędkości, z jaką podróżowaliśmy. A przecież na końcu drogi czekał na nas Mediolan.
Czekała na nas babcia, której nie znaliśmy. Wieźliśmy jej brzoskwinie i śliwki, które sama zebrałam o świcie, sałatę, jarzyny i upieczony przez
nas chleb. Tata włożył do teczki dokumentację dotyczącą zdanych przez
nas egzaminów, żeby pokazać, jak dobrą nauczycielką jest mama i że
edukacja domowa jest o wiele lepsza niż zamykanie dzieci w betonowym
gmachu, by ktoś nieznajomy opowiadał im o życiu jakieś farmazony. Nie
mówiąc już o tym, że w szkole mogłyby się czymś zarazić: jakąś chorobą
lub co gorsza ideami. W ostatniej chwili upchnęłam w walizce mojego
pluszowego królika.
Mediolan zwiastowały pojawiające się raz po raz skupiska zabudowy. Kiedy
wjechaliśmy na teren miasta, zaczęłam patrzeć w górę, ku niebu, bo w Mediolanie mieszka się nawet na trzydziestym piętrze, a może i wyżej.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie Gorzkiego życia i wizyt głównego
bohatera, Luciana, w wieżowcu. Był to jeden z niewielu filmów, które
lubił również tata: pokazywał nam go wiele razy, żeby wytłumaczyć, iż
miasto niweczy wszelkie pragnienia i tylko mami sukcesami i bogactwem,
żeby potem zostawić cię sam na sam z pustką. W mieście traci się samego
siebie, powtarzał. Mnie za każdym razem robiło się żal Luciana, a przede
wszystkim jego żony i syna, którzy utracili go naprawdę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki