Rzeczpospolita obojga narodów. Srebrny wiek - Paweł Jasienica

Kup ebooka

49.90 zł
42.91 zł (35,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stan po­sia­da­nia

.

Król umarł przez po­tomka: tak się Bogu zdało,

Aby się ku lep­szemu w tej Ko­ro­nie miało.

Nie zo­sta­wił po­tomka, lecz wol­ność zo­sta­wił...

Jan Głu­chow­ski, In­ter­re­gnum, 1572

Krótko trwał za­męt w Kny­szy­nie. Zna­leźli się tacy, co po­wścią­gnęli roz­hu­laną ka­ma­rylę dwor­ską. Parę dni po zgo­nie kró­lew­skim god­nie przy­brane zwłoki Zyg­munta Au­gu­sta zna­la­zły się na ka­ta­falku usta­wio­nym w sali zam­ko­wej. Wta­jem­ni­czeni swo­bod­nie opo­wia­dali przy­by­szom, że zdo­biąca głowę nie­bosz­czyka ko­rona jest klej­no­tem za­stęp­czym, po­cho­dzi z za­gra­nicy, z Wę­gier. Rok wcze­śniej ostatni z Ja­giel­lo­nów otrzy­mał ją w spadku po władcy tego kraju, a wła­snym sio­strzeńcu, Ja­nie Zyg­mun­cie z rodu Za­po­lyów.

Strze­gący Wa­welu do­stoj­nik pol­ski sta­now­czo od­mó­wił wy­da­nia praw­dzi­wych in­sy­gniów mo­nar­szych. Dy­na­stia wy­ga­sła, roz­po­czy­nało się prze­si­le­nie, któ­rego ko­niecz­ność od lat ca­łych trwo­żyła oby­wa­teli. Na­le­żało się strzec, za­po­bie­gać wszel­kiej moż­li­wo­ści uzur­pa­cji. Za­mknięty na klucz skar­biec wa­wel­ski był na­prawdę naj­wła­ściw­szym miej­scem dla ko­rony Pia­stów i Ja­giel­lo­nów.

Nie­uchronną rze­czy ko­leją mu­siała ona wkrótce spo­cząć na skro­niach cu­dzo­ziemca. Naj­prost­sza i naj­bar­dziej lo­giczna droga była przed kra­jem za­mknięta. Za­miar po­wo­ła­nia na tron ro­daka za­li­czał się do pięk­nych może, lecz nie­zbyt ro­zum­nych mrzo­nek. Swoj­skie to słowo ozna­czało bo­wiem wów­czas w War­sza­wie i w Kra­ko­wie jedno, w Oli­cie zaś, Pe­re­ja­sła­wiu, a na­wet w Gru­dzią­dzu za każ­dym ra­zem coś zu­peł­nie in­nego.

Drugi pa­ra­graf uchwa­lo­nej w roku na­stęp­nym ustawy za­sad­ni­czej za­czy­nał się od słów: "A iż w tej za­cnej ko­ro­nie [czyli pań­stwie] na­rodu pol­skiego, li­tew­skiego, ru­skiego, inf­lanc­kiego i in­nych...".

Zwłasz­cza to "in­nych" wy­maga dziś ko­men­ta­rza.

Naj­lep­szy z ów­cze­snych pu­bli­cy­stów, Jan Dy­mitr So­li­kow­ski, tłu­ma­czył szlach­cie, że je­śliby się na­wet udało cu­dem ja­kimś prze­ro­bić Po­laka i Li­twina w jed­ność, to zgodny ich głos też nie wy­star­czy, bo Pru­sak sta­nie oko­niem i nie da so­bie na­rzu­cić de­cy­zji. Taki rów­nież Pru­sak, który się na­zywa Dzia­łyń­ski, uznaje za ję­zyk ma­cie­rzy­sty pol­sz­czy­znę i nie lubi Niem­ców.

Śmierć Zyg­munta Au­gu­sta w Kny­szy­nie - 1572 rok. Au­tor: Jan Ma­tejko

Nie wolno było wy­wyż­szać jed­nej pro­win­cji kosz­tem in­nych, ni­we­czyć rów­no­wagi mo­zol­nie wy­two­rzo­nej pracą stu­leci. W pań­stwie, które za­równo swoi, jak obcy dość bez­tro­sko zo­wią dziś "Pol­ską", przy­po­mi­na­jąc so­bie cza­sem co naj­wy­żej o Li­twie, w pań­stwie tym u schyłku doby ja­giel­loń­skiej naj­po­tęż­niej­sza ma­gna­te­ria to była sama szczera Ruś pra­wo­sławna. Wśród naj­wiel­moż­niej­szych prym dzier­żyli Ostrog­scy, Zba­ra­scy i Słuccy, wy­wo­dzący swe za­twier­dzone przez unię lu­bel­ską ty­tuły ksią­żęce je­śli nie od Ru­ryka, to przy­naj­mniej od po­tom­ków Gie­dy­mina. Ostrog­scy z Za­sław­skimi, a Zba­ra­scy z Wi­śnio­wiec­kimi two­rzyli wła­ści­wie te same rody, i to li­cząc po mie­czu! Po nich do­piero szli Ra­dzi­wił­ło­wie ze swymi ogrom­nymi wło­ściami wo­kół Birż, Ołyki, Nie­świeża, Szy­dłowca, Pa­ca­nowa oraz ze świe­żutką mi­trą otrzy­maną od ce­sa­rza. Im głę­biej w dół, tym roj­niej było na dra­bi­nie owej hie­rar­chii od ko­ro­nia­rzy, Po­la­ków wła­ści­wych, któ­rzy w tym cza­sie czuli się w re­ne­san­so­wej Eu­ro­pie jak u sie­bie w domu i uznani już przez nią zo­stali za na­ród kul­tu­ral­nie doj­rzały.

Mo­gli - ow­szem - knia­zio­wie Wi­śnio­wieccy przyj­mo­wać ję­zyk pol­ski i oby­czaj, w przy­szło­ści na­wet wiarę zmie­nić na ła­ciń­ską. Nie mo­gliby uznać za Mi­ło­ści­wego Pana pół­panka z Ko­rony, na któ­rego na­wet zbied­niali Wo­ro­nieccy spo­glą­dali z góry, jako na ta­kiego, co się nie wy­wo­dzi od sta­ro­daw­nych dy­na­stów, a pod wzglę­dem stanu równy jest byle szla­chetce znad Świ­dra.

Pol­ska wła­ściwa znaj­do­wała się pod­ów­czas u szczytu swej hi­sto­rii. Po­li­tycz­nie rzecz bio­rąc, sta­no­wiła część skła­dową pań­stwa, które we­dług mocno uprosz­czo­nej aryt­me­tyki wspa­niale na­zy­wano Rze­czą­po­spo­litą Obojga Na­ro­dów. Dwa rów­no­rzędne pod­mioty za­warły w Lu­bli­nie osta­teczną unię - stąd miano. Ale wszy­scy prze­cież zda­wali so­bie sprawę, że na­ro­dów w praw­dzi­wym tego słowa zna­cze­niu li­czy Rzecz­po­spo­lita trzy. I je­śli na­wet utoż­sa­miano Bia­ło­ruś z Li­twą, to nikt nie ne­go­wał przez to ist­nie­nia Rusi. Szybko przy­bli­żał się dzień, w któ­rym pióro skryby sej­mo­wego wpi­sać miało do ofi­cjal­nego do­ku­mentu imię Ukra­iny. Na ra­zie wo­je­wódz­two ze sto­licą we Lwo­wie, obej­mu­jące kasz­te­la­nie lwow­ską, ha­licką, prze­my­ską i sa­nocką, zwało się urzę­dowo wo­je­wódz­twem ru­skim.

Kwe­stia Ukra­iny-Rusi to było naj­trud­niej­sze i naj­tra­gicz­niej­sze z wy­zwań rzu­co­nych nam przez hi­sto­rię. Unia lu­bel­ska jesz­cze mu nie spro­stała. Wy­zna­czyła tylko drogę, po któ­rej na­le­żało iść - pod groźbą kary śmierci.

Wielu było póź­niej ta­kich, co w pań­stwie roz­cią­ga­ją­cym się od Mię­dzy­rze­cza i Bę­dzina aż po Dzi­kie Pola i Po­łock upie­rali się wi­dzieć je­dy­nie Pol­skę. We­dług nich Wilno i Ki­jów po­sia­dały tę samą rangę po­li­tyczną co San­do­mierz, Ka­lisz albo i Sie­radz. Ty­tu­łem do chwały miało być stwo­rze­nie jed­no­li­tego im­pe­rium, wspo­mnie­nie o nim skar­bem bez ceny. Zwo­len­nicy ta­kich po­glą­dów szli wła­ści­wie w jed­nym sze­regu z ludźmi, któ­rzy im­pe­ria­lizm oraz za­bor­czość uzna­wali za naj­cięż­sze z grze­chów le­chic­kich. Głosy nie­for­tun­nych chwal­ców i zbyt po­chop­nych pro­ku­ra­to­rów zle­wały się w je­den fał­szywy chór.

Główną w cza­sach po­pia­stow­skich za­sługą pol­ską wo­bec hi­sto­rii kon­ty­nentu był udział w stwo­rze­niu pierw­szego w dzie­jach Eu­ropy pań­stwa wielu na­ro­dów, wiar i kul­tur. Pol­ska współ­pra­co­wała w tej mie­rze z Li­twą i Ru­sią, lecz bez wąt­pie­nia była na­czel­nym, upar­tym i wy­trwa­łym bu­dow­ni­czym wspól­nego domu, wal­nym jego wspor­ni­kiem czy fun­da­men­tem, a ze względu na gę­ściej­sze za­lud­nie­nie, wyż­szy po­ziom kul­tury i cy­wi­li­za­cji ma­te­rial­nej - także i przo­dow­ni­kiem. Gdyby kie­dy­kol­wiek od­mó­wiła po­no­sze­nia cię­ża­rów, wschod­nia ściana owego gma­chu ru­nę­łaby od razu. Pol­ska nie mo­gła ani się wy­co­fać, ani na­rzu­cić Rze­czy­po­spo­li­tej swej dyk­ta­tury, osa­dza­jąc na tro­nie Po­laka. Droga na Wa­wel była przed nim nie­mal her­me­tycz­nie za­mknięta, a to dla­tego wła­śnie, że Ko­rona fak­tycz­nie prze­wod­ni­czyła pań­stwu i za rzą­dów li­tew­skiej dy­na­stii. Jesz­cze je­den krok w kie­runku wła­dzy, a świeże szwy mo­gły pu­ścić.

W ćwierć­wie­cze po wy­ga­śnię­ciu Ja­giel­lo­nów wiele za­mie­sza­nia na­ro­bił pro­jekt swo­istej wy­miany do­stoj­ni­ków, o któ­rym się jesz­cze po­wie ob­szer­niej. Li­twin zo­stać miał bi­sku­pem kra­kow­skim, ko­ro­niarz wi­leń­skim. Pierw­szą po­łowę planu urze­czy­wist­niono bez zbyt­nich trud­no­ści, dru­giej nie wy­ko­nano ni­gdy - po­mimo pro­tek­cji ze strony króla, a na­wet pa­pieża. Kar­dy­nał Je­rzy Ra­dzi­wiłł do Kra­kowa po­szedł, Ber­nard Ma­cie­jow­ski - póź­niej­szy pry­mas - do Wilna nie tra­fił. Tak się działo z urzę­dem du­chow­nym, z na­tury no­szą­cym ce­chę pew­nego ko­smo­po­li­ty­zmu. Cóż by się stać mo­gło, gdyby spór do­ty­czył dy­gni­tar­stwa świec­kiego, prze­zna­czo­nego dla swo­ich!

Do­zorca Wa­welu, który w roku 1572 tak pil­nie strzegł in­sy­gniów ko­ro­na­cyj­nych, nie­zbyt się pew­nie oba­wiał za­ma­chu stanu ze strony oby­wa­teli bę­dą­cych ro­do­wi­tymi Po­la­kami.

W do­bie roz­po­czy­na­ją­cego się bez­kró­le­wia naj­więk­sza trud­ność do­raźna sta­no­wiła cenę naj­więk­szej zdo­by­czy i za­sługi wo­bec hi­sto­rii. Kan­dy­data na króla na­le­żało szu­kać wśród ob­cych. Ma­gnaci li­tew­scy sta­now­czo go so­bie ży­czyli, ru­scy do­piero z cza­sem my­śleć za­częli o ko­ro­nie dla sie­bie. Fakty mają wy­mowę nie­od­partą. Pierw­szym kra­jo­wym po­ma­zań­cem zo­stał w Rze­czy­po­spo­li­tej Mi­chał Ko­ry­but Wi­śnio­wiecki, Ukra­iniec z po­cho­dze­nia. Ale to się stało aż u schyłku na­stęp­nego stu­le­cia.

Za­raz po zgo­nie Zyg­munta Au­gu­sta dro­biazg pu­bli­cy­styczny jął prze­ko­ny­wać, że nie warto obie­rać żad­nego z ro­da­ków, bo "gdy sowa zja­strzę­bieje, chce wy­żej la­tać niż so­kół". Póź­niej, kiedy czas za­tarł kon­tury wspo­mnień, a na tro­nie umo­ściła się nowa i wcale nie­for­tunna dy­na­stia, tę­dzy na­wet pi­sa­rze zwa­lali od­po­wie­dzial­ność na wro­dzoną rze­komo Po­la­kom za­zdrość, która za­gro­dziła drogę swoim. Tak zu­peł­nie jak gdyby za­wiść i za­ja­dłość w walce o pierw­szeń­stwo nie były sta­nową wprost ce­chą ary­sto­kra­cji wszyst­kich cza­sów i na­ro­dów. Ale w sa­mej chwili próby, kiedy kraj sta­nął wo­bec ko­niecz­no­ści do­ko­na­nia pierw­szej w swych dzie­jach wol­nej elek­cji, prak­tycy i my­śli­ciele godni tego miana li­czyli się z rze­czy­wi­sto­ścią. To zna­czy z bo­gac­twem struk­tury we­wnętrz­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, pań­stwa, które nie znało jed­no­li­to­ści et­nicz­nej i nie uzna­wało za­sady do­mi­na­cji jed­nego na­rodu nad in­nymi. Pań­stwa, które ni­gdy nie sta­no­wiło im­pe­rium, było bo­wiem jego za­prze­cze­niem - fe­de­ra­cją.

Po­przedni tom tego cy­klu za­wie­rał wiele ujem­nych uwag o po­stę­po­wa­niu ma­gna­tów li­tew­skich. Trudno za­prze­czyć - da­le­ko­wzrocz­no­ścią ci lu­dzie się nie od­zna­czali. Ce­cho­wał ich prze­rost am­bi­cji i ża­ło­sny wo­lun­ta­ryzm, dość ty­powy dla śro­do­wisk po­zba­wio­nych głęb­szych tra­dy­cji kul­tu­ral­nych. Nie umieli uznać dyk­ta­tury fak­tów, wy­obra­żali so­bie, że chce­nie ludz­kie zdolne jest od­mie­nić rze­czy­wi­stość ma­te­rialną. Wsku­tek tego nie dbali o wzmoc­nie­nie je­dy­nej praw­dzi­wej pod­pory Li­twy, to zna­czy Pol­ski, nie byli zdolni do wy­snu­cia słusz­nych wnio­sków z do­wod­nie wy­ka­za­nej prawdy, że bez po­mocy ze strony Ko­rony Wiel­kie Księ­stwo ule­gnie Mo­skwie.

Re­je­stru grze­chów po­przedni tom nie wy­czer­pał, u wstępu do ni­niej­szego trzeba jed­nak do­ko­nać ra­chunku za­sług. Do­piero te­raz przy­szła po temu pora, oma­wiamy wszak sprawy, które się działy trzy lata za­le­d­wie po unii lu­bel­skiej.

Ma­gnaci li­tew­scy nie za­wie­dli w tym, co im na­ka­zy­wała mi­łość oj­czy­zny. Ustrze­gli jej od­ręb­no­ści. Ra­dzi­wił­ło­wie brali w wie­czy­ste wła­da­nie wiel­kie la­ty­fun­dia w Pol­sce, zo­sta­wali jej do­stoj­ni­kami, gry­wali na Wa­welu pierw­sze skrzypce. Ni­gdy ża­den z nich od Li­twy się ple­cami nie od­wró­cił, nie za­parł się jej. Li­twi­nem być nie prze­stał. Ileż wy­mowy w jed­nym zda­niu li­stu, który Mi­ko­łaj Rudy na­pi­sał raz po pol­sku do Zyg­munta Au­gu­sta: nie po­ka­zuj, Wa­sza Kró­lew­ska Mość, tego mo­jego skryptu swym se­kre­ta­rzom, bo oni są Po­la­kami, a ja Li­twin!

Zie­miań­stwo Wiel­kiego Księ­stwa też strze­gło od­ręb­no­ści, a do fi­nału w po­staci unii pra­gnęło dojść drogą krót­szą, oszczę­dza­jącą czas. Ale w ów­cze­snej stra­ty­gra­fii spo­łecz­nej li­czyło się przede wszyst­kim zda­nie po­ten­ta­tów. Dla­tego twier­dzić można, że po­stawa li­tew­skich Gasz­toł­dów i Ra­dzi­wił­łów, bia­ło­ru­skich Chod­kie­wi­czów i Sa­pie­hów oraz ro­zumna skłon­ność więk­szo­ści Po­la­ków do kom­pro­misu stwo­rzyły fe­de­ra­cję. Po­my­sły zwy­kłego wcie­le­nia Li­twy do Pol­ski zo­stały prze­kre­ślone, Wiel­kie Księ­stwo nie utra­ciło wła­snego bytu ani ob­li­cza.

Po unii lu­bel­skiej na­brał wy­ra­zi­sto­ści pe­wien pro­ces dzie­jowy, który pięk­nie wzbo­ga­ciłby mapę kul­tury eu­ro­pej­skiej, gdyby nie padł ofiarą ka­ta­strof wo­jen­nych i po­li­tycz­nych. W Wiel­kim Księ­stwie Li­tew­skim two­rzyła się i krze­pła nowa, wie­lo­ple­mienna na­ro­do­wość. Ist­nie­jące wciąż pań­stwo stwa­rzało na­cję. Zwy­kle tak bywa w hi­sto­rii.

Nie­chaj ni­kogo nie myli pol­sz­czy­zna, którą bie­gle i co­raz to le­piej wła­dali Ra­dzi­wił­ło­wie czy Hle­bo­wi­czo­wie. Ję­zy­kiem urzę­dów i prawa, ję­zy­kiem pań­stwo­wym po­zo­sta­wał w Wil­nie ru­ski, pra­bia­ło­ru­ski - po­wie­dzie­li­by­śmy dzi­siaj. Ogromna więk­szość tam­tej­szego ludu po­słu­gi­wała się nim od dzie­ciń­stwa aż do zgonu.

W stycz­niu 1576 roku bi­sku­pem żmudz­kim zo­stał książę Mel­chior Gie­droyć. Zna­lazł w die­ce­zji stan rze­czy nie­zbyt we­soły: sied­miu księży ka­to­lic­kich oraz po­wrotne po­gań­stwo. Zbo­rów kal­wiń­skich było wtedy na owym te­ry­to­rium równo czter­dzie­ści. Ra­dzi­wił­ło­wie bir­żań­scy przy­jęli wy­zna­nie hel­wec­kie, i to roz­strzy­gnęło na pe­wien czas o re­li­gij­nym ob­li­czu kraju. Gie­droyć za­brał się do pracy od pod­staw - na wzór swego po­przed­nika sprzed dwóch stu­leci. Or­ga­ni­zo­wał mi­sje, udzie­lał chrztu oso­bom do­ro­słym. Wła­dy­sław Ja­giełło prze­ło­żył ongi główne mo­dli­twy chrze­ści­jań­skie na ję­zyk swego ludu. Te­raz Mel­chior Gie­droyć ru­szył prze­tar­tym tro­pem, ale na wyż­szym po­zio­mie. Nie po­prze­stał na wy­szu­ki­wa­niu du­chow­nych mó­wią­cych po li­tew­sku. Na­mó­wił księ­dza Mi­ko­łaja Dauk­szę do prze­tłu­ma­cze­nia na tę mowę ka­te­chi­zmu Le­de­smy oraz Po­stylli Ja­kuba Wujka. Z wła­snej szka­tuły po­krył koszty druku.

Żył jesz­cze Zyg­munt Au­gust, kiedy pod­czas naj­go­ręt­szych de­bat o do­koń­cze­nie unii nie­znany mistrz od­bił i roz­po­wszech­nił bro­szurę pu­bli­cy­styczną Roz­mowa Po­laka z Li­twi­nem o wol­no­ści i nie­wo­lej. Au­to­rem jej był za­pewne Au­gu­styn Ro­tun­dus Mie­le­ski, wójt wi­leń­ski i go­rący pa­triota Wiel­kiego Księ­stwa, rdzenny Lach z Wie­lu­nia. Opo­wia­da­jąc o cza­sach pra­daw­nych, po­gań­skich jesz­cze, po­wtó­rzył on po­wszechną wi­dać pod­ów­czas opi­nię, że od­kąd "jęła się Li­twa po ru­sku mó­wić" - "bo Ruś byli bo­jowi i ozdobni a wdzięczni u Li­twy lu­dzie" - jej wła­sny ję­zyk "nie był uży­teczny, jedno tu nad tym mor­skim brze­giem, gdzie te­raz Prusy, Żmodź, Inf­lanty, aż po Wi­lią".

Li­nia lu­bel­ska okre­śliła nowe gra­nice Wiel­kiego Księ­stwa. Na po­łu­dniu się­gały one za Pry­peć. Li­tew­ski w ów­cze­snym po­ję­ciu był Pińsk, Mo­zyrz i Da­wid­gró­dek. Przy­cho­dzące z Kra­kowa do tego kraju do­ku­menty mo­nar­sze nie­odmien­nie za­czy­nały się od słów: "My, Bo­zoju Mi­ło­stju Ko­rol Pol­ski, Wie­liki Kniaź Li­tow­ski y Ru­ski, Knia­zie Pru­sko­jey Zo­moy­skoje".

Kiedy uci­chły już ha­łasy pierw­szych bez­kró­lewi, Ja­nusz Zba­ra­ski - wielki pan na Rusi po­łu­dnio­wej - jął za­bie­gać o wo­je­wódz­two wi­leń­skie. Od­mó­wiono mu, bo nie był w Wiel­kim Księ­stwie "in­dy­geną", czyli oby­wa­te­lem. Naj­wyż­sze god­no­ści nad Wi­lią stały za to otwo­rem dla Be­ne­dykta Woyny, szlach­cica z Mińsz­czy­zny, który tak samo jak Zba­ra­ski do­piero co po­rzu­cił pra­wo­sła­wie. Cała Rzecz­po­spo­lita uzna­wała go zgod­nie za praw­dzi­wego Li­twina i on sam tak czuł.

Do na­cjo­na­li­stycz­nych obłę­dów XIX i XX stu­le­cia było wtedy jesz­cze da­leko. Li­twa et­niczna da­wała Wiel­kiemu Księ­stwu na­zwę, lecz nie sta­no­wiła jego wy­łącz­nej tre­ści. Za­li­czała się do ży­wych owego tworu skład­ni­ków. Po­dob­nie działo się z Pol­ską, któ­rej imie­nia i swoi, i obcy uży­wali cza­sem dla ozna­cze­nia ca­łej Rze­czy­po­spo­li­tej. Dawna do­mena Pia­stów była także czło­nem fe­de­ra­cji. Wdała się w próbę twór­czą, trudną i na ra­zie uwień­czoną po­wo­dze­niem.

Dys­kry­mi­na­cji na­ro­do­wej, kse­no­fo­bii, na­rzu­ca­nia prze­mocą ja­kiej­kol­wiek bądź mowy Rzecz­po­spo­lita nie znała. Ory­gi­nalna to była, na uwagę, sza­cu­nek i po­dziw na­wet za­słu­gu­jąca bu­dowla. Pań­stwo skła­da­jące się z dwóch rów­no­rzęd­nych po­li­tycz­nie pro­win­cji wkrótce miało znowu po­więk­szyć swój ob­szar, czy­niąc na­bytki na ko­rzyść Li­twy, przy­bli­żyć się do osza­ła­mia­ją­cej liczby mi­liona ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Wiel­kie Księ­stwo, które za­cho­wało wła­sne god­no­ści wszel­kich szcze­bli oraz skarb, sta­no­wiło osobną ca­łość go­spo­dar­czą. Jego oby­wa­tele po­czu­wali się do od­ręb­no­ści na­ro­do­wej, któ­rego to prawa nikt pod słoń­cem im nie za­prze­czał, od­czu­wali swój wła­sny, li­tew­ski pa­trio­tyzm. Na tym, nie­stety, nie po­prze­sta­jąc, szli da­lej drogą, która osta­tecz­nie miała całą Rzecz­po­spo­litą za­pro­wa­dzić do ka­ta­strofy: przy­pi­sy­wali so­bie przy­wi­lej sa­mo­dziel­nego dzia­ła­nia w po­li­tyce za­gra­nicz­nej, po­tra­fili po­mi­jać w tej mie­rze wolę i zda­nie sfe­de­ro­wa­nej Ko­rony, która też nie­kiedy cha­dzała sa­mo­pas.

Im­po­nu­jąca bu­dowla nie była jesz­cze na­le­ży­cie wy­koń­czona.

Ta sama prawda od­no­siła się do Ko­rony. Po unii lu­bel­skiej spęcz­niała ona o spo­lsz­czone już cał­kiem Pod­la­sie (któ­rego wo­je­wodą po­zo­stał Li­twin, Mi­ko­łaj Kiszka), lecz także o Wo­łyń i całą w ogóle Ukra­inę. W Gdań­sku oraz w Inf­lan­tach miesz­kali Niemcy, ro­zum­nie po­zo­sta­wieni przez Zyg­munta Au­gu­sta "przy nie­miec­kim ich ma­gi­stra­cie". Sej­mik Prus Kró­lew­skich ob­ra­do­wał w Gru­dzią­dzu po pol­sku, lecz wy­trwale a za­zdro­śnie strzegł au­to­no­micz­nych upraw­nień re­gionu.

W Kny­szy­nie - na po­gra­ni­czu Ko­rony i Li­twy - zmarł ostatni mę­ski przed­sta­wi­ciel dy­na­stii, pod któ­rej rzą­dami sca­liła się wie­lo­ple­mienna mo­zaika. "Nie zo­sta­wił po­tomka, lecz wol­ność zo­sta­wił". Po­błą­dzimy, od­no­sząc ten ostatni rze­czow­nik do sa­mych tylko przy­wi­le­jów sta­no­wych szlachty. Pod­czas bez­kró­le­wia Wilno pil­nie zwa­żało, by nie zo­stał cza­sem "za­nie­chań i za­nie­dbań na­ród nasz i wszystko Wiel­kie Księ­stwo Li­tew­skie". Cho­dziło także o wol­ność, czyli o rów­no­upraw­nie­nie na­ro­dów.

Lu­dzie umie­jący my­śleć po­li­tycz­nie, w służ­bie pu­blicz­nej za­pra­wieni, wzru­szali ra­mio­nami na pro­sto­duszne po­my­sły osa­dze­nia na tro­nie "Pia­sta". Na­le­żało po­wo­łać ta­kiego władcę, któ­rego osoba nie ob­ra­ża­łaby uczuć żad­nego z uczest­ni­ków fe­de­ra­cji.

Był rok 1572. Nie po­żółkł jesz­cze per­ga­min, na któ­rym spi­sano w Lu­bli­nie akt osta­tecz­nej unii. Ko­lory pie­częci wo­sko­wych świe­ciły świeżo. Nowe formy związku pań­stwo­wego li­czyły so­bie równo trzy lata i je­den ty­dzień. W lipcu pod­pi­sano ugodę, w lipcu rów­nież za­mknięto po­wieki ostat­niemu z Ja­giel­lo­nów.

W 1572 roku umarł rów­nież An­drzej Frycz Mo­drzew­ski. Mi­ko­łaja Reja po­cho­wano trzy zimy wcze­śniej. Na­zwi­ska pi­sa­rzy, sym­bo­li­zu­jące wielki prze­łom, prze­cho­dziły już do hi­sto­rii, pol­ska tra­dy­cja kul­tu­ralna wzbo­ga­cała się, twór­czość trwała. Jan Ko­cha­now­ski po­rzu­cił wła­śnie ży­cie dwor­skie, prze­niósł się na wieś. Jesz­cze wtedy nie było Tre­nów, Psał­te­rza, So­bótki. Liczne dru­kar­nie Eu­ropy przy­wy­kły tło­czyć utwory Po­la­ków. Przed dwu­dzie­stu laty mło­dziutki Sta­ni­sław War­sze­wicki herbu Pa­przyca - syn pod­sędka liw­skiego, Jana - spo­wo­do­wał na Za­cho­dzie sen­sa­cję li­te­racką. Prze­tłu­ma­czył z grec­kiego na ła­cinę Etio­piki He­lio­dora, ro­mans z III wieku po Chry­stu­sie, gło­śny ongi i lu­biany w Bi­zan­cjum. Te­raz wzno­wie­nia, przy­swo­je­nia ob­cym ję­zy­kom, prze­róbki i ad­ap­ta­cje po­pły­nęły stru­mie­niem. Inny Ma­zow­sza­nin - Sta­ni­sław Iłow­ski - udo­stęp­niał czy­ta­ją­cemu ogó­łowi utwory Dio­ni­zju­sza z Ha­li­kar­nasu, Ba­zy­lego Wiel­kiego. Lecz kiedy prze­tłu­ma­czył na ła­cinę i wy­dał trak­tu­jące o sztuce wy­mowy dzieło De­me­triu­sza z Fa­le­ronu, do­znał nie­mi­łego za­pewne za­sko­cze­nia. Do­kład­nie w tym sa­mym roku uka­zał się w Pa­dwie inny prze­kład tejże roz­prawy. Au­to­rem jego był nie­jaki Fran­ci­szek Ma­słow­ski. Bar­dzo ory­gi­nal­nego za­da­nia pod­jąć się miał wkrótce Krzysz­tof War­sze­wicki, przy­rodni brat Sta­ni­sława. Prze­tłu­ma­czył z wło­skiego na ła­cinę trak­tat Pa­ola Pa­rato Della per­fet­tione della vita po­li­tica. Do pracy za­brał się za zgodą, a po­dobno i na prośbę au­tora. Dziwne zja­wi­sko: trak­tat ital­skiego teo­re­tyka wy­ra­żony mową Cy­ce­rona przez ko­goś, kto po­cho­dzi z War­sze­wic po­ło­żo­nych w oko­li­cach Góry Kal­wa­rii (po dru­giej stro­nie Wi­sły, na wprost Czer­ska). Książka Mar­cina Kro­mera, po­świę­cona po­cho­dze­niu i oby­cza­jom Po­la­ków, uka­zała się naj­pierw w Ba­zy­lei, wzbu­dziła za­in­te­re­so­wa­nie, była czy­tana. Do­star­czała wia­do­mo­ści Fran­cu­zom i Wło­chom pi­su­ją­cym o na­szym kraju.

Tak wy­glą­dało, jakby za­chod­nia po­łać fe­de­ra­cji ja­giel­loń­skiej już na do­bre umie­ściła się wśród twór­ców i roz­daw­ców war­to­ści po­wszech­nych.

Na wscho­dzie, w Wiel­kim Księ­stwie, wiek mę­ski i wy­soką god­ność mar­szałka osią­gnął pod­ów­czas czło­wiek, który pierw­szy z Li­twi­nów na­pi­sać miał książkę nie­lę­ka­jącą się próby czasu. Po­dróż do Ziemi Świę­tej, Sy­rii i Egiptu Mi­ko­łaja Krzysz­tofa Ra­dzi­wiłła z przy­dom­kiem Sie­rotka po upły­wie czte­ry­stu lat bez mała na­daje się do czy­ta­nia, pa­sjo­nuje i świad­czy. O tym mia­no­wi­cie, że dla oj­czy­zny au­tora koń­czył się już okres bier­no­ści kul­tu­ral­nej. Li­twa wy­dała ar­ty­stę, któ­rego na pewno nie po­wsty­dzi­łaby się i Fran­cja ów­cze­sna.

Ra­dzi­wiłł na­pi­sał swą Po­dróż po pol­sku. Nie­wła­ści­wie ro­zu­mie­jąc ten nie­sporny fakt, za­li­cza się owo dzieło do li­te­ra­tury po pro­stu pol­skiej, bez ce­re­mo­nii gwał­cąc uczu­cia au­tora, który ni­gdy się za La­cha nie uwa­żał i jak naj­wy­raź­niej po­wie­dział to w swym utwo­rze. Uprosz­czone, pry­mi­tywne skale na­szego wieku prze­szka­dzają w oce­nie bo­gac­twa daw­nej hi­sto­rii. Ję­zyk Po­dróży to pol­sz­czy­zna bez­błędna i piękna, ale w isto­cie swej, w ży­cio­wej roli od­mienna od tej, z któ­rej stwo­rzona jest Od­prawa po­słów grec­kich. To tylko do­mowy, to­wa­rzy­ski i po­li­tyczny ję­zyk li­tew­skiego ma­gnata i pa­trioty. Sprawne na­rzę­dzie dzia­ła­nia ar­ty­stycz­nego, lecz nie de­kla­ra­cja na­ro­dowa.

Ra­dzi­wiłł Sie­rotka był wro­giem unii lu­bel­skiej, dą­żył do ska­so­wa­nia jej po­sta­no­wień. Grubo prze­kra­cza­jąc gra­nice roz­sądku, nie cof­nął się przed po­ta­jem­nym ukła­dem, który mógł po­waż­nie na­ru­szyć zwią­zek pań­stwowy. Wspo­mni się jesz­cze o tym.

Znowu się oka­zuje, że doj­rza­łość kul­tu­ralna po­trafi wy­prze­dzać po­li­tyczną. Pi­sarz eu­ro­pej­skiej miary w ma­te­rii stanu po­stę­po­wał jak dziecko. Wzbu­dził po­li­to­wa­nie we wło­skim dy­plo­ma­cie, z któ­rym spi­sko­wał. Ra­zem z Sie­rotką dzia­łał wtedy ma­gnat li­tew­ski nie­pa­ra­jący się pió­rem. Pry­mi­ty­wizm my­śle­nia po­li­tycz­nego nie wy­ni­kał więc z na­iw­no­ści ar­ty­sty. Wciąż jesz­cze ce­cho­wał, nie­stety, przy­wód­ców Wiel­kiego Księ­stwa.

Sie­dem­na­ście lat po zgo­nie Zyg­munta Au­gu­sta pe­wien kasz­te­lan smo­leń­ski wy­gło­sić miał w War­sza­wie mowę sej­mową, która do­cho­wała się do na­szych cza­sów w po­staci ce­lowo znie­kształ­co­nej. Warto jed­nak przy­to­czyć frag­menty, bo star­czą za naj­uczeń­sze wy­wody:

Wy­je­chaw­szy z domu, pro­si­łem Boga, abym ku wam zdrowo przy­je­chał i wa­sze mi­ło­ście zdrowe oglą­dał i przy­wi­tał. Przy­cho­dzi mi z wami ra­dzić, a ja na ta­kich zjaz­dach ni­gdy nie by­wał i z Kró­lami Ich­mo­ścią ni­gdy nie za­sia­dał, bo za nie­bosz­czy­ków, Wiel­kich Ksią­żąt na­szych Li­tew­skich, sen­ten­cji nie by­wało, po pro­stu oni pra­wym ser­cem ho­wo­ryli, po­li­tyki nie znali i w oczy złotą prawdę mó­wili; choć kto po­drwił, to z do­brej chęci. [...]

Król Hen­ryk, który z nie­miec­kiej strony zza mo­rza tu­taj przy­je­chał, gdy spo­strzegł, że­śmy mu nie da­wali sza­bin­ko­wać i Niem­com jego bry­kać, nic ni­komu nie mó­wiw­szy, wy­je­chał, już za mo­rze ski­nął, a choć, prawdę mó­wiąc, nie tyle on wi­nien, co na­sze rodne ba­ła­muty, co sie­dzą przy kró­lach, wiele kręcą, drą, Rzecz­po­spo­litą gu­bią, przez nich to Pod­la­sie i Wo­łyń prze­pa­dły. Cho­dzimy jak po­du­rzeni, bo się ich bo­jemy, prawdy nie mó­wiem, po­ta­ku­jemy po­chleb­nymi ję­zy­kami. Ach! żeby można było bi­sów ta­kich ku­ła­kiem w mordę, za­po­mnie­liby mą­cić. (...]

Al­boż to i nie du­rac­two, że pa­nie w tak bo­ga­tych suk­niach cho­dzą. Nie znano przed­tem tej tam por­tu­gały czy for­tu­gały, a cze­pie­nie ja­ko­weś ru­cha się koło po­dołka, a dwo­rza­nim jak so­kół czu­baty po­gląda, jak by uskub­nąć. Ja bym ra­dził, niechby bia­ło­szyjki na­sze po­stro­iły się w daw­niej­sze za­pi­na­nia, a w sznu­ro­wa­niu na zadu no­siły roz­porki, a k temu żeby z nie­miecka plu­der nie uży­wać, by­łoby spo­koj­niej i wa­row­niej od do­bro­chot­ni­ków mi­ło­snych, nie tak prędko by skra­dy­wali lu­bie­tyl­nią bryd­nie, a dziś, choć­byś z ro­ha­tyną stał na war­cie, to bisa tego nie upil­nu­jesz...

Kasz­te­lan, se­na­tor Rze­czy­po­spo­li­tej, prze­ma­wiał pew­nie w tym du­chu, ale nie tak do­słow­nie. Przy­to­czony zo­stał po pro­stu frag­ment pa­ro­dii, któ­rej nie­znany sprawca zdra­dził się mimo woli przed dzi­siej­szymi fa­chow­cami, pa­ku­jąc w tekst na­zwi­sko osoby jesz­cze na­ów­czas w Pol­sce nie­obec­nej. Ale każda pa­ro­dia musi po­zo­sta­wać w związku z praw­dziwą tre­ścią i formą utworu prze­drzeź­nia­nego, w ob­raź­liwy na­wet spo­sób ce­lo­wać w zja­wi­sko rze­czy­wi­ste.

Tak nie­wąt­pli­wie było i tym ra­zem. Bie­guny eu­ro­pej­skiej kul­tury po­li­tycz­nej mie­ściły się w jed­nym i tym sa­mym par­la­men­cie Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Na­ro­dów. A więc i od tej strony oce­niać na­leży jej stan po­sia­da­nia.

Se­na­to­rem był Waw­rzy­niec Go­ślicki, sta­ty­sta wy­trawny, teo­re­tyk, któ­rego pi­sma ce­niono na ca­łym kon­ty­nen­cie oraz na Wy­spach Bry­tyj­skich. Obok niego za­siąść miał Jan Za­moy­ski, po­li­tyk próby wy­so­kiej. Dawna izba po­sel­ska sejmu ko­ron­nego za­pi­sała naj­świet­niej­szy roz­dział dzie­jów na­szego par­la­men­ta­ry­zmu. A od nie­dawna przy­byli jej ko­le­dzy wy­ro­śli w zu­peł­nie in­nych tra­dy­cjach. Na krótko przed unią lu­bel­ską za­świad­czono, że w Wiel­kim Księ­stwie:

...nie ta­kowe sej­miki, jako u nas, bo tam szlachta nie jeź­dzi na nie, ale jeno wo­je­woda, kasz­te­lan, sta­ro­sta prze­je­dzie, a po­tym po­ślą do szlachty, aby się pod­pi­sali i pie­częć przy­ło­żyli, a je­śliby nie przy­ło­żyli, tedy ki­jem za­grożą.

Na którą ze stron prze­chyli się waga? Od­po­wiedź na to py­ta­nie miała roz­strzy­gnąć o przy­szło­ści, o by­cie lub za­gła­dzie pań­stwa.

Ostatni Ja­giel­lo­no­wie zmar­no­wali wcze­sną spo­sob­ność na­prawy Rze­czy­po­spo­li­tej. Zyg­munt Au­gust po­zo­sta­wił ją bez dro­go­wskazu. Unia lu­bel­ska roz­wią­zała nie­które od wie­ków cią­żące pro­blemy i stwo­rzyła nowe, rów­nie za­wiłe. Trud­no­ści pię­trzyły się ze­wsząd. Nie było wśród nich spraw bez­na­dziej­nych, za­wczasu po­grze­ba­nych.

De­ską ra­tunku był ra­cjo­na­lizm. Ten sam, który ce­cho­wał stary trak­tat Ostro­roga, po­stę­po­wa­nie sej­mów ko­ron­nych z doby ostat­niego Ja­giel­lona i umy­sło­wość ka­to­lic­kiej szlachty pol­skiej, co wy­bie­rała na po­słów sa­mych nie­mal pro­te­stan­tów. Ra­cjo­na­lizm, który uczy roz­róż­niać pro­gram i prze­ko­na­nie od aktu wiary, wy­ja­śnia, że praw­dziwy mąż stanu bar­dziej się zaj­muje tech­niką po­li­tyczną niż ide­olo­gią, ostrzega przed krań­co­wo­ścią.

Nie­zmier­nie ważne sta­wało się te­raz wszystko, co na­stą­pić da­lej miało w szko­łach i w tych dzie­dzi­nach, które kształcą spo­sób ludz­kiego my­śle­nia i od­czu­wa­nia. Przy­szłość za­le­żała od tego, jaki typ umy­sło­wo­ści sta­nie się w kraju wzor­cem.

Na­zwę po­li­ty­ków wy­na­le­ziono dla tych, któ­rzy prze­kła­dają po­kój kró­le­stwa nad zba­wie­nie swej du­szy i po­nad re­li­gię; któ­rzy wolą ra­czej, aby kró­le­stwo po­zo­sta­wało w po­koju bez Boga niż w woj­nie dla niego. Ci po­li­tycy po­wia­dają: nie do­pusz­cza­jąc jak tylko jedną re­li­gię, całą Fran­cję za­bu­rzy się wojną; do­pusz­cze­nie zaś obu jest po­ko­jem i od­po­czyn­kiem kró­le­stwa.

Ta­kie oto roz­wa­ża­nia snuł so­bie Ga­spard de Saulx, se­igneur de Ta­van­nes, au­tor pa­mięt­ni­ków od­no­szą­cych się do tej sa­mej doby dzie­jów. Mó­wiąc o "po­li­ty­kach", miał na my­śli kon­kretne, ta­kiej wła­śnie na­zwy uży­wa­jące stron­nic­two, które usi­ło­wało do­pro­wa­dzić do opa­mię­ta­nia dwa na­wza­jem się wy­mor­do­wu­jące obozy.

Na­szym ów­cze­snym pa­mięt­ni­ka­rzom i pu­bli­cy­stom by­wało za­zwy­czaj dość da­leko do ga­lic­kiej pre­cy­zji okre­śleń, a także do za­słu­gu­ją­cego na uzna­nie cy­ni­zmu wy­nu­rzeń. Przy­znać jed­nak trzeba, że do­tych­cza­sowa ewo­lu­cja Rze­czy­po­spo­li­tej Ja­giel­loń­skiej szła ra­czej w kie­runku na­szki­co­wa­nym przez pana de Saulx. W roku 1564 sta­nął przed są­dem sej­mo­wym młody aria­nin Erazm Otwi­now­ski, który pod­czas pro­ce­sji w Lu­bli­nie wy­rwał księ­dzu mon­stran­cję z dłoni i po­de­ptał ją. Bro­nił oskar­żo­nego Mi­ko­łaj Rej: Otwi­now­ski wi­nien za­pła­cić za znisz­czoną kosz­tow­ność, a je­śli Pan Bóg uważa się za ob­ra­żo­nego, to niech sam so­bie wy­mie­rza spra­wie­dli­wość - wy­wo­dził i prze­ko­nał po­słów. Nam dziś się zdaje, że wy­zy­wa­jące i bez­czelne słowa Reja mo­gły roz­ją­trzyć umy­sły i za­mą­cić po­kój po­mię­dzy róż­nią­cymi się w wie­rze. Pry­mas Ja­kub Uchań­ski wcale się wy­pad­kiem lu­bel­skim nie prze­jął.

Rzecz­po­spo­lita wcze­śnie ze­brała ob­fite żniwo wła­snej to­le­ran­cji, obo­jęt­no­ści w spra­wach po­glądu na świat czy też in­dy­fe­ren­ty­zmu - wszystko jedno, jak na­zwiemy samo zja­wi­sko, bo ważne są jego skutki. Dzień 1 marca 1562 roku to, we­dług zgod­nej opi­nii hi­sto­ry­ków, po­czą­tek wo­jen re­li­gij­nych we Fran­cji. Lu­dzie księ­cia de Gu­ise za­bili wtedy w Vassy dwu­dzie­stu trzech pro­te­stan­tów, a stu kil­ku­dzie­się­ciu po­ra­nili. Sta­ni­sław Grzy­bow­ski przy­po­mniał nam ostat­nio ob­li­cze­nia ów­cze­snych rach­mi­strzów pu­bli­cy­stycz­nych, któ­rzy usta­lili, że w ciągu na­stęp­nych lat dwu­dzie­stu w wal­kach wy­zna­nio­wych zgi­nęło we Fran­cji bli­sko dzie­więć ty­sięcy du­chow­nych, trzy­dzie­ści trzy ty­siące szlachty, prze­szło sześć­set pięć­dzie­siąt ty­sięcy osób z ludu oraz żoł­nie­rzy, no i trzy­dzie­ści dwa ty­siące ob­co­kra­jow­ców. Nie­mal do­szczęt­nie wy­tę­piła się na­wza­jem elita wo­jac­twa her­bo­wego, za­pra­wiona do szpady pod­czas wy­praw wło­skich. Zni­kli z wi­downi po­li­tycz­nej lu­dzie ma­wia­jący o so­bie: "Fran­cuz, który raz był na woj­nie, nie ma już in­nego rze­mio­sła".

Czego chcesz od nas, Pa­nie, za Twe hojne dary,

Czego za do­bro­dziej­stwa, któ­rym nie masz miary?

- tak śpie­wał w Pol­sce Jan Ko­cha­now­ski i miał po temu pełne prawo. Przy­zwy­cza­ili­śmy się za­zdro­ścić na­ro­dom, któ­rym hi­sto­ria no­wo­żytna oka­zuje wię­cej ła­ski niż nam. Rzecz­po­spo­lita też miała swój wiek szczę­śliwy. Na­stał wcze­śnie, prze­mi­nął i zo­stał za­po­mniany.

Po­wie­ścio­pi­sa­rze stwo­rzyli fał­szywy ob­raz prze­szło­ści. Wmó­wili czy­tel­ni­kom, że szlachta ów­cze­sna czciła przede wszyst­kim wa­lecz­nych ry­ce­rzy. W rze­czy­wi­sto­ści zaś hoł­do­wała ona ide­ałom zie­miań­skim, a nie wo­jow­ni­czym. Z ję­zyka pol­skiego znikł zu­peł­nie cza­sow­nik "żoł­do­wać". W XVI wieku zna­czył on: iść na wy­prawę, uczest­ni­czyć w kam­pa­nii. Konno i zbrojno sta­wała szlachta na po­pisy po­spo­li­tego ru­sze­nia, gło­siła z dumą, że nie mury twierdz, lecz piersi męż­nych oby­wa­teli bro­nią kraju. Na co dzień nie prze­szka­dzało to jej uwa­żać służby w woj­sku za je­den ze spo­so­bów za­ra­bia­nia pie­nię­dzy na utrzy­ma­nie. Go­spo­da­ro­wa­nie na fol­warku ucho­dziło w oczach ogółu za czyn­ność bez po­rów­na­nia wznio­ślej­szą. Do­brze uro­dzony, ma­jętny i osia­dły - oto zna­miona wzo­ro­wego oby­wa­tela. Opła­ku­jąc smutne skutki na­jazdu Ta­ta­rów na Po­dole, wzy­wał Ko­cha­now­ski ro­da­ków przede wszyst­kim do prze­ku­cia srebr­nych ta­le­rzy na ta­lary, czyli do ze­bra­nia go­tówki na za­cięż­nych:

Dajmy; a na­przód dajmy! Sami sie­bie

Ku gwał­tow­niej­szej cho­wajmy po­trze­bie.

Na­leży wzmoc­nić gra­nice, ale to nie ozna­cza jesz­cze ko­niecz­no­ści po­rzu­ce­nia mi­łego Czar­no­lasu. Ist­nieją roz­sąd­niej­sze spo­soby za­ra­dze­nia złu.

Nie­wielu Po­la­ków, któ­rzy raz za­sma­ko­wali wojny, uwa­żało ją póź­niej za je­dyne rze­mio­sło godne dłoni szla­chec­kiej. Szum skrzy­deł hu­sar­skich upa­jał przede wszyst­kim miesz­czań­skich czy­tel­ni­ków Try­lo­gii. Her­bowi oby­wa­tele daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej mniej byli roz­mi­ło­wani w tej me­lo­dii.

W na­stęp­nym stu­le­ciu opi­sy­wał te sprawy An­drzej Mak­sy­mi­lian Fre­dro, au­tor do­brej, a zu­peł­nie za­po­mnia­nej książki Dzieje Na­rodu Pol­skiego pod Hen­ry­kiem Wa­le­zju­szem. Mo­żemy ufać sta­ty­ście, zna­nemu z in­nych swych dzieł i gło­śnemu ongi w Eu­ro­pie. Fre­dro czer­pał wie­dzę z pa­pie­rów, po któ­rych śladu i po­piołu nie zo­stało, oma­wiał zja­wi­ska i ten­den­cje trwałe. Od dawna - twier­dził - po­wstało w kraju prze­ko­na­nie, że wojny to­czą się "ra­czej dla za­chce­nia pa­nu­ją­cych niż za sprawą Po­spo­li­tej Rze­czy". Tak prze­ło­żył ła­ciń­ski tekst ory­gi­nału Wła­dy­sław Sy­ro­komla.

W XV wieku szlachta po­parła wy­prawę bu­ko­wiń­ską Jana Ol­brachta, lecz uwa­żała ją za pry­watną im­prezę Ja­giel­lo­nów - za­pew­niają dzi­siejsi hi­sto­rycy.

Po wy­ga­śnię­ciu dy­na­stii - mówi Fre­dro:

...uj­rzano, że już by na­le­żało prze­stać po­więk­szać Rzecz­po­spo­litą, która na pół­noc z Mo­rzem Bał­tyc­kim, na wschód z Czar­nym, na po­łu­dnie z Kar­pa­tami gra­ni­czy; że ra­czej na­leży czu­wać nad za­cho­wa­niem daw­nych niż nad zdo­by­ciem no­wych po­sia­dło­ści [...] zbyt małe i zbyt ob­szerne pań­stwa za­równo są pełne nie­do­god­no­ści.

To samo prze­ko­na­nie wy­czy­tać można z nie­któ­rych szczę­śli­wie za­cho­wa­nych za­byt­ków pu­bli­cy­styki. Ni­czego in­nego nie gło­sił w grun­cie rze­czy An­drzej Frycz Mo­drzew­ski, kiedy ostrze­gał Zyg­munta Au­gu­sta, że ci, któ­rzy się na ościenne kró­le­stwa ła­sili, swoje wła­sne na­ra­żali cza­sem na bez­miar nie­bez­pie­czeństw. Wspo­mniany już prze­kład Etio­pik po­świę­cił Sta­ni­sław War­sze­wicki swemu mo­nar­sze, Zyg­mun­towi Au­gu­stowi. Dru­ko­wana de­dy­ka­cja po­tę­pia wojny i za­bory, sławi po­kój. Przy­rodni brat Sta­ni­sława, Krzysz­tof, wy­dał ja­kiś czas póź­niej książkę o dy­plo­ma­cji. Na­pi­sał w niej do­słow­nie: "Je­ste­śmy wszy­scy oby­wa­te­lami świata i obo­wiąz­kiem na­szym jest wza­jem­nie so­bie po­ma­gać".

Na­stroje kraju za­sta­no­wiły nun­cju­sza pa­pie­skiego Ju­liu­sza Rug­gieri. Ka­zały mu prze­wi­dy­wać znaczne kło­poty Rze­czy­po­spo­li­tej. Jej wschod­nia po­łać - Wiel­kie Księ­stwo - od wie­ków wszak uwi­kłana była w spór z Mo­skwą, "któ­rej prawa i po­rządki mają po więk­szej czę­ści wojnę na celu".

Sta­now­czy, ska­mie­niały pa­cy­fizm szlachty nada­wał ton na­szym dzie­jom i jak naj­po­waż­niej wpły­nął na ich bieg. Pra­gnie­nie po­koju od wschodu po­dyk­to­wało ongi Po­la­kom de­cy­zję unii z Li­twą. Ono rów­nież za­li­czało się do wy­tycz­nych po­stę­po­wa­nia pod­czas zjaz­dów elek­cyj­nych, pro­te­go­wało jed­nych, de­gra­do­wało in­nych kan­dy­da­tów do ko­rony.

Od dawna już wła­ści­wie była Rzecz­po­spo­lita pań­stwem kon­sty­tu­cyj­nym. Rząd mu­siał się li­czyć z wolą oby­wa­teli. Więk­szo­ści zna­nych z hi­sto­rii wo­jen nie by­łoby wcale, gdyby de­cy­zje ich roz­po­czy­na­nia za­le­żały od gło­so­wa­nia po­wszech­nego, a nie od szta­bów i ośrod­ków rzą­dze­nia. Pa­cy­fizm na­szej szlachty nie wy­ni­kał z pol­skich, li­tew­skich czy ru­skich cnót na­ro­do­wych, lecz z typu ustroju. Za Ja­giel­lo­nów król miał prawo sa­mo­dziel­nie roz­po­cząć wojnę, ale pro­wa­dzić ją mu­siał żoł­nie­rzem za­cięż­nym i pła­cić mu z wła­snej szka­tuły. Nie wolno było bez zgody sejmu na­kła­dać no­wych po­dat­ków ani zwo­ły­wać po­spo­li­tego ru­sze­nia. Ja­giel­lo­nów za­bra­kło. Ogół her­bowy miał te­raz sam okre­ślić przy­szły ustrój pań­stwa.

Pa­cy­fizm szlachty za­li­czyć na­leży do głów­nych przy­czyn póź­niej­szej ka­ta­strofy Rze­czy­po­spo­li­tej. Miała ona wielu wro­gów, lecz szcze­gól­nie trudno jej było za­sto­so­wać naj­lep­szą formę obrony, którą prze­waż­nie jest atak. Przy­czy­niło się to wal­nie do na­szej zguby.

Nie jest to zbyt opty­mi­styczny osąd spraw ludz­kich. Tym go­rzej, że słuszny chyba.

Jan Ko­cha­now­ski nie był w swej do­bie uni­ka­tem. Nie on je­den poj­mo­wał, w ja­kim bło­go­sta­nie przy­szło żyć oby­wa­te­lom Rze­czy­po­spo­li­tej. Wia­do­mo­ści ze świata na­pły­wały do niej ob­fi­cie, za­równo Po­lacy, jak Li­twini po­dró­żo­wali chęt­nie. Pu­bli­cy­styka zwięźle pod­su­mo­wy­wała spo­strze­że­nia: w Hisz­pa­nii ty­ra­nia i ser­wi­lizm, we Fran­cji i w Niem­czech rze­zie, w Cze­chach i na Wę­grzech ucisk, w Mo­skwie be­stial­stwo Iwana Groź­nego.

Ma­gna­tom wio­dło się u nas zna­ko­mi­cie, szlach­cie na ogół wcale do­brze, na­wet chłopu jesz­cze nie naj­go­rzej. Ogra­ni­czone w pra­wach po­li­tycz­nych mia­sta prze­ży­wały okres roz­kwitu, jaki już ni­gdy w przy­szło­ści po­wtó­rzyć się nie miał.

Mo­ra­li­ści na­rze­kali na bez­kar­ność sil­nych, roz­pa­sa­nie, gwałty i prze­moc. Mieli nie­wąt­pli­wie słusz­ność, ale... Ja­kiś czas póź­niej, kiedy oby­czaje po­psuły się jesz­cze bar­dziej, pe­wien Włoch po­uczał ro­da­ków, że po­dró­żu­jąc po Rze­czy­po­spo­li­tej, trzeba wy­strze­gać się dwóch rze­czy: no­sze­nia szty­letu i cheł­pie­nia się do­ko­na­nymi za­bój­stwami. I jedno, i dru­gie fa­tal­nie wi­dziane w Sar­ma­cji!

Zmarły w 1572 roku ksiądz Sta­ni­sław Gór­ski - twórca słyn­nego zbioru do­ku­men­tów hi­sto­rycz­nych Acta To­mi­ciana oraz Tek swego imie­nia - wy­prze­dził Pio­tra Skargę, na­le­żał do wcze­snych w na­szych dzie­jach wiesz­czów ża­łob­nych. Prze­po­wia­dał upa­dek pań­stwa wsku­tek roz­stroju we­wnętrz­nego. Za­uwa­żyć na mar­gi­ne­sie wy­pada, że i Fran­cji wró­żono pod­ów­czas za­gładę. Lu­dzie lu­bują się za­zwy­czaj w snu­ciu prze­wi­dy­wań po­li­tycz­nych. Szcze­gól­nie gu­sto­wali w nich ci, któ­rych re­for­ma­cja na­uczyła się­gać po Stary Te­sta­ment, ob­fi­tu­jący w pro­roc­twa. Z wiel­kiego mnó­stwa za­po­wie­dzi nie­które mogą się cza­sem spraw­dzić. Ksiądz Gór­ski bia­dał mię­dzy in­nymi nad upad­kiem or­to­dok­sji ka­to­lic­kiej, osła­bie­niem zna­cze­nia kleru, zde­cy­do­wa­nie po­tę­piał szla­checki ruch re­for­ma­tor­ski. Uzna­wał to wszystko za ob­jawy zgubne.

Zu­peł­nie od­osob­niony nie był. Nun­cjusz pa­pie­ski Alojzy Lip­po­mano na­zwał nasz kraj po pro­stu "pie­kłem". Przy­słany nad Wi­słę w cha­rak­te­rze naj­wcze­śniej­szego pio­niera re­ak­cji ka­to­lic­kiej, szybko zra­ził so­bie ogół i lę­kał się o wła­sne ży­cie, nie bez prze­sady pew­nie. Rzecz­po­spo­lita nie mo­gła się po­do­bać dzia­ła­czom, w któ­rych wzbu­dzają od­razę ta­kie zja­wi­ska, jak wol­ność my­śli, su­mie­nia i słowa.

W Pol­sce i na Li­twie pa­no­wała ona jak ni­g­dzie in­dziej, a na­wet spię­trzała się nie­jako w spo­sób oso­bliwy. Za­ja­dłymi wro­gami arian byli w tym cza­sie kal­wi­ni­ści oraz lu­te­ra­nie. Bi­skupi ła­ciń­scy sprze­ci­wiali się ich po­my­słom wy­pę­dze­nia an­ty­try­ni­ta­rzy, po­nie­waż uwa­żali słusz­nie, że taki de­kret siłą faktu rów­nałby się uzna­niu praw po­zo­sta­łych wy­znań pro­te­stanc­kich. "Wojna wśród he­re­ty­ków to po­kój dla Ko­ścioła" - ma­wiał kar­dy­nał Sta­ni­sław Ho­zjusz. I oto na­gle główny w Rze­czy­po­spo­li­tej pro­tek­tor kal­wi­ni­zmu, sam po­tężny Mi­ko­łaj Ra­dzi­wiłł Czarny, za­czyna ota­czać arian opieką. Do Kal­wina pi­suje, braci pol­skich wpusz­cza do swej "po­gasz­toł­dow­skiej" ka­mie­nicy w Wil­nie. Po­zwala im za­ło­żyć tam zbór i szkołę. Póź­niej za­grozi po­dobno, że po­zrzuca ze scho­dów prze­sad­nych ra­dy­ka­łów, ale w ra­chubę biorą się czyny, a nie przed­śmiertne iry­ta­cje sta­rego czło­wieka.

Albo i ci ka­to­licy pol­scy! 7 lu­tego 1571 roku ze­brało się tłum­nie całe miesz­czań­stwo lu­bel­skie. Od­czy­tano re­skrypt kró­lew­ski za­bra­nia­jący aria­nom po­bytu w tym mie­ście. Uchwa­lono na­wet su­rowe roz­po­rzą­dze­nia do­dat­kowe. Nie wolno było od tej pory uży­czać lo­kali na zgro­ma­dze­nia i na­bo­żeń­stwa ka­ce­rzy, za­da­wać się z nimi. Na wszelki wy­pa­dek za­bro­niono rów­nież za­trud­niać na­uczy­cieli do­mo­wych, uwa­ża­nych wi­docz­nie za ele­ment szcze­gól­nie po­dej­rzany, po­datny na zgubne no­winki. Oby­wa­tele nie­po­słuszni tym po­sta­no­wie­niom, szu­ka­jący prze­ciwko nim pro­tek­cji szlachty lub ma­gna­tów, mieli być z grodu wy­pę­dzeni, a mie­nie ich kon­fi­sko­wane.

Wszystko po­tul­nie uchwa­lono, nie wy­ko­nano ni­czego. Aku­rat w tym cza­sie skrajny i rdzen­nie ro­dzimy odłam braci pol­skich ob­rał so­bie Lu­blin za sie­dzibę stałą. Miesz­kał już tam Mar­cin Cze­cho­wic, a także Jan Nie­mo­jew­ski, czło­wiek mo­ral­nie prze­piękny. To on wła­śnie - za­możny szlach­cic z Wiel­ko­pol­ski - zja­wiał się na sej­mach "w odzie­niu bar­dzo pro­stym i pod­nisz­czo­nym, bez sza­bli, bez ju­ków po­dróż­nych, bez służby i to­wa­rzy­stwa". De­mo­krata nie tylko w teo­rii zrzekł się urzędu sę­dziego, po­zwra­cał dzier­żone kró­lewsz­czy­zny i pra­co­wał wła­sno­ręcz­nie.

Zwo­len­nicy prze­śla­do­wa­nia Nie­mo­jew­skich sta­no­wili na ra­zie wy­raźną mniej­szość.

Oby­wa­tele tego dziw­nego pań­stwa zda­wali so­bie sprawę, jak wiele oso­bi­ście osią­gnęli. "Tak za­kwit­nęła Pol­ska, iż ża­den na­ród pod świa­tem wol­no­ści i swo­bód więt­szych nie ma nad nas" - na­pi­sano za­raz po zgo­nie Zyg­munta Au­gu­sta. Bez­i­mienny au­tor przy­to­czo­nych słów na­le­żał - nie­stety! - do tej grupy, która mnie­mała, że "oj­czy­zna od przod­ków na­szych tak jest mą­drze po­sta­no­wiona, iż prze­cho­dzi ro­zumy mą­drych onych sta­no­wiec rze­czy­po­spo­li­tych, co pi­szą o Li­kurgu, So­lo­nie, Ro­mu­lu­sie...".

Prze­po­wied­nie nie­uchron­nego upadku były sta­now­czo przed­wcze­sne. Za­chwyty nad ustro­jem obłędne. Z uzna­niem można za to mó­wić o nie­któ­rych tre­ściach wy­peł­nia­ją­cych jego wą­tłe ramy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki