Wyspa
Wiatr powoli ustawał, znaczy zbliżał się wieczór. Nie było stąd słychać szumu morza, ale nikt nie był tu na wakacjach. Tu, znaczy w centrum niczego. Miejsce, z którego widać skaliste zbocza i bezkres Morza Śródziemnego. Łagodniejsze zejścia upstrzone są pojedynczymi budynkami, jak trądzik, który opuszcza twarz.
Budynki były okazałe, na pewno świetne dla rodzin. Każdy znalazłby swój kąt. Znalazłby, gdyby domy były ukończone. Świeciły pustkami jak cała wyspa. Dziury w murach, które mogły być oknami. Mogły być, gdyby tylko ktoś chciał wstawić w nie szyby. Obraz jak po bitwie.
Miejsce idealne dla niektórych śmiałków. Należała do nich Afrodyta, lekarz z zawodu, fotograf z zamiłowania. Mieszkała po bardziej żywotnej części wyspy, w stolicy skupiającej większość mieszkańców tego zakątka świata. Praca w szpitalu była jej marzeniem od dziecka, kochała pomagać ludziom. Ale dopiero spacery z aparatem maksymalizowały jej spełnienie.
Tak było i tym razem, kiedy jak młoda kozica wdrapywała się coraz wyżej, ze swoim aparatem w dłoniach. Na ramieniu miała czarną torbę z obiektywami i zapasową baterią. Nigdy nie wiadomo po jakim czasie trafi się to perfekcyjne ułożenie obiektów w kadrze. Czasami całe wieczory spędzała w górach, żeby dostrzec to, czego podświadomie szukała.
Tym razem jej uwagę przykuł dom, a właściwie to, co miało się nim stać w przyszłości. Miała ciężki dzień w pracy, dlatego nie szukała ujęć wielkich czy wesołych. Chciała smutku, pustki, czegoś co odwzoruje jej obecny humor. Jej wieloletni pacjent zmarł niemal na jej rękach.
Nie była pewna czy robi dobrze. Zbliżając się do budynku, nasilało się w niej uczucie łamania prawa, mimo że uznawała to za irracjonalne. Nikogo tu nie było i nie miało prawa być. Przekroczyła próg, stawiając stopę prosto w obślizgłej mazi.
Podskoczyła jak rażona prądem i wybiegła przed dom. Zaczęła nerwowo ścierać z podeszwy klejącą substancję, zostawiając ciągnące się po trawie gluty. Szybko się zorientowała, że to prawdopodobnie stary, rozmaślony owoc, który został przeniesiony tutaj przez jakieś ptactwo. Wzięła głęboki oddech i postąpiła w kierunku budynku.
Tym razem już spoglądała pod nogi, żeby nic jej nie zaskoczyło ponownie. Przestąpiła nad owocową papką i przeszła w głąb domu. Niedoszły salon robił wrażenie, był przestronny i dobrze oświetlony. Dodatkowo, było z niego wyjście na taras. Na pewno świetnie spędzałoby się w nim wieczory z przyjaciółmi, pomyślała.
Nie znalazła w nim jednak tego czegoś. Przeszła w kierunku kolejnych pomieszczeń, z nadzieją na mroczniejszy, przygnębiający widok. Parter niestety nie przyniósł odpowiedniej inspiracji, więc skierowała swoje kroki na schody.
Piętro było podzielone na kilka pomieszczeń. Prawdopodobnie miała tu mieszkać rodzina z dwojgiem, lub nawet trojgiem dzieci, a każde z nich miałoby swój własny pokój. Mały kącik do nauki i zabawy. Obchodziła pokoje z uwagą, ale ciągle nic. Ostatnia nadzieja była w niedoszłej sypialni rodziców, przynajmniej tak sobie wyobrażała układ pomieszczeń. Kolejne przestronne pomieszczenie z dużymi dziurami na okna balkonowe. Rozciągał się z nich widok na dolinę oraz na ogród, w którym stało jedno drzewo oliwne.
Kiedy Afrodyta podeszła bliżej okien usłyszała szuranie. Serce zabiło jej mocniej, pomyślała, że to właściciele przyjechali jednak doglądać posesji. W normalnych warunkach schowałaby się pod łóżko. W normalnych warunkach nie stałaby tu gdzie stoi.
Szuranie wydawało się coraz bliższe, a młoda pani doktor nie mogła się ruszyć. Nie wiedziała co robić. Wyjrzała przez okno, żeby sprawdzić wysokość. W najlepszym razie nic jej nie będzie, może też złamać nogę przy odpowiedniej ilości pecha. Była gotowa podjąć ryzyko, szuranie było coraz donioślejsze. Zbyt długie wahanie sprawiło, że było już za późno.
W otworze drzwiowym pojawił się kot. Mały puszek, czarny z białym pyszczkiem i paroma łatkami. Początkowo dziewczyna uwierzyła, że to on robił taki hałas, lecz dotarło do niej, że to głupie. Strach jej nie odpuszczał. Kotek do niej podszedł, otarł się o nogi i spojrzał jej w oczy. Miał w nich coś, co zmieniło paraliż Afrodyty w panikę. Skoczyła.
***
- Co ci się stało? - zapytał.
- Przewróciłam się na skałach, to nic takiego - odparła, zasłaniając otarcie na ręce.
- Musisz dokładniej patrzeć pod nogi - uśmiechnął się, zarzucił na siebie fartuch i ruszył w kierunku sal.
Afrodyta też założyła lekarski kitel, lecz jeszcze nie wyszła z pokoju. Ciągle myślała o tym, co się stało wczoraj. Tłumaczyła sobie, że to przez zmęczenie, bo to niemożliwe, żeby zobaczyć coś takiego. Może to stres spowodował, że zwariowała w tamtej chwili. Nie potrafiła rozstrzygnąć.
- Idziesz? - inny kolega po fachu wyrwał ją z letargu. - Zaczynamy obchód, powinnaś przy tym być.
- Jasne, już idę.
Obchód przebiegł zwyczajnie, nie mieli obecnie na oddziale żadnego trudnego przypadku. Wszyscy pacjenci już wychodzili ze swoich schorzeń i urazów, część z nich już dostała wypisy.
Koło południa Afrodyta udała się do pracowni rentgenowskiej, zobaczyć wyniki prześwietlenia jednego z jej pacjentów. Miały wykazać, że z płucami wszystko w porządku. Czekał już na nią kolega radiolog.
- Na moje oko wszystko jest dobrze, zerknij - wskazał jej palcem zdjęcie.
Zaczęła się przyglądać i zamarła. Przy podstawie prawego płuca zauważyła niewielki biały kształt, przypominał gwóźdź. To było niemożliwe, pomyślała, i przetarła oczy.
- Ciężka noc? - zagadnął. Odwróciła się w jego stronę.
- Tak, nie mogłam spać, stąd moja nadwrażliwość - skończyła pocierać powieki. Jeszcze raz zerknęła na obraz, był w porządku. - Pacjent zdrów, można go wypisać - zakomunikowała i wyszła.
Pomyślała, że musi się napić kawy. Liczyła, że to ją pobudzi i przestanie widzieć niestworzone rzeczy. Weszła do pokoju lekarskiego, akurat nikogo nie było. Zrobiła sobie mocną, czarną. Lubiła jej smak, bez ani grama cukru.
Poczuła nadchodzące nowe siły, kiedy ciepły płyn zaczął spływać jej przełykiem. To było oczywiste placebo, prawdziwe efekty przyjdą później, ale ważne, że działało. Otrzeźwiło ją. Otworzyły się drzwi.
- W końcu trochę spokoju, co? - zapytał lekarz. - Ostatnie dni dały w kość. Odreagowałaś już jakoś?
- Powiedzmy.
- Ja to zrobię jutro, idę z żoną na kolację do tej nowej restauracji. Kolega już był i polecał.
- Może kiedyś też zobaczę - odpowiedziała beznamiętnie.
- Coś się stało? - zapytał przejęty.
- Nie, po prostu ostatnio mam jakieś zwidy. Pewnie zmęczenie.
- Na pewno. Ja też ostatnio widzę jakieś dziwne rzeczy, a potem się okazuje, że coś się dziwnie ułożyło, w jakiś kształt. Spoko, przejdzie ci - uspokajał ją.
- Na pewno - odparła bez przekonania.
Nie odpowiedział, nie widział sensu w ciągnięciu tej konwersacji. Wyszedł, więc lekarka znów została sama. Schowała twarz w dłoniach, chciała gdzieś zniknąć. Kochała swoją pracę, ale akurat dzisiaj nie miała na to wszystko siły. Wróci do domu i położy się plackiem. Przynajmniej taki miała plan.
Godziny mijały, a Afrodyta czuła się powoli coraz lepiej. Praca pozwalała jej zapomnieć. Nawet udało jej się uśmiechnąć, kiedy to jeden z pacjentów zaczął ją komplementować. Dawno nikt tego nie robił, powiedziała do siebie w myślach.
Po pracy zdecydowała się na małe zakupy, żeby poprawić sobie humor. Przeszła się wzdłuż kilku uliczek w poszukiwaniu jakiegoś interesującego ją sklepu. Przeciskała się między grupami ludzi, zaparkowanymi na ulicy samochodami i skuterami, wielokrotnie znosząc różnicę wzniesień.
Plusem wąskich uliczek był cień, który dawał wytchnienie przy tak wysokich temperaturach. Nawet ona, przyzwyczajona przez całe życie do greckiej pogody, miewała czasem dosyć. W końcu udało jej się znaleźć odpowiedni sklep.
Weszła do niego i wpadła w labirynt wieszaków. To była jej chwila dla siebie. Wybrała słuszną ilość odzieży, z którą udała się do przymierzalni. Mieszała ze sobą rzeczy, tworząc różne stylizacje, lecz żadna nie przypadła jej do gustu. Przeglądała się w ostatniej z nich, była wystarczająco dobra, żeby skusić się na kupno.