Rządy wilków. Dylogia Król z bliznami. Tom 2 - Leigh Bardugo

-
Proszę czekać

5. Zoya

5 Zoya

Zoya spa­ce­ro­wała w tę i z powro­tem po kamien­nej posadzce sali w wyso­kiej wieży ratu­sza Os Kervo. Hiram Schenck się spóź­niał, a ona nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, że robił to celowo, by ją ura­zić. Po tym, jak ker­cheń­skie wła­dze poznały tajem­nicę izmar­sja - zabój­czych i nie­wy­kry­wal­nych okrę­tów pod­wod­nych Niko­łaja - Ravka stra­ciła wszelką prze­wagę w nego­cja­cjach z wyspiar­skim pań­stew­kiem i rzą­dzącą nim Radą Kupiecką. Schenck zamie­rzał dopil­no­wać, by Zoya miała tego pełną świa­do­mość.

Musiała zacho­wać spo­kój, być dyplo­matą, nie żoł­nie­rzem. Ina­czej urwie Schenc­kowi ten kudłaty rudy łeb.

Za oknem morze roz­bi­jało się o pod­stawę słyn­nej latarni mor­skiej. Powia­dano, że to Sankt Vla­di­mir Nie­mą­dry powstrzy­mał napie­ra­jące fale przez czas nie­zbędny na wymu­ro­wa­nie potęż­nego falo­chronu i wyso­kiej latarni. Zoya przy­pusz­czała, że Vla­di­mir był po pro­stu potęż­nym akwa­ty­kiem.

Cho­ciaż nie dość potęż­nym, pomy­ślała teraz. W podzięce za te sta­ra­nia uto­nął w zatoce.

Nie powinno jej tu być. Jej miej­sce było na fron­cie, wśród szkwal­ni­ków. U boku króla.

- Nie możemy ryzy­ko­wać, że Fjerda odkryje nasze plany - powie­dział jej Niko­łaj. - Musisz się spo­tkać z Schenc­kiem.

- A jeżeli Fjer­da­nie zaata­kują od strony morza?

- Nie prze­ła­mią usta­wio­nej przez Sturm­honda blo­kady.

Mówiąc to, brzmiał bar­dzo pew­nie. Miał dar do prze­ma­wia­nia z prze­ko­na­niem. Sturm­hond, legen­darny kor­sarz i alter ego króla Ravki, posłał flotę swo­ich stat­ków do ochrony ravkań­skiego wybrzeża. Teo­re­tycz­nie król i Trium­wi­rat mogli się w tej kwe­stii zdać na ravkań­ską mary­narkę wojenną, ale Niko­ła­jowi nie podo­bały się jej zbyt bli­skie związki z Ravką Zachod­nią. Nie ufał jej, zwłasz­cza obec­nie, gdy stawka w grze była tak wysoka.

Na szczę­ście wia­do­mość od Niny przy­szła w samą porę, zdążą się jesz­cze przy­go­to­wać. No i przy­naj­mniej Nina na­dal żyła.

- Każ jej wra­cać - nale­gała Zoya, pil­nu­jąc się, by do jej głosu nie zakra­dła się bła­galna nuta.

Ale król odmó­wił.

- Jest nam tam potrzebna.

Niech przy­płyną, myślała Zoya. Niech Jarl Brum i ci jego prze­klęci łowcy cza­row­nic ude­rzą od strony morza. Ja i moi szkwal­nicy zgo­tu­jemy im ser­deczne powi­ta­nie.

Oparła głowę o chłodne kamienne obra­mo­wa­nie okna. Jakaś jej cząstka cie­szyła się, że nie musi w tej chwili towa­rzy­szyć kró­lowi i zno­sić prze­ni­kli­wych spoj­rzeć Tamar. W uszach wciąż dźwię­czał jej głos tam­tej Sulijki; przed oczami miała jej twarz, kiedy stała bez lęku pod cedrem. Khaj pa ve. "Widzimy cię".

Była wojow­niczką, gene­ra­łem, gri­szą noszącą smo­cze łuski na nad­garst­kach. Dla­czego więc te słowa napa­wały ją tak wiel­kim lękiem?

Spoj­rzała na zega­rek zawie­szony na wysa­dza­nej klej­no­tami dewizce przy­pię­tej do szarfy kefty, otrzy­many w pre­zen­cie od króla. Kopertę zdo­bił wize­ru­nek smoka owi­nię­tego wokół drzewa pigwo­wego. Wyko­nana z muszli uchowca tar­cza opa­li­zo­wała w świe­tle. Srebrne wska­zówki odmie­rzały ucie­ka­jący czas.

- Spóź­nia się - prych­nęła.

- Może zabłą­dził - zasu­ge­ro­wał ner­wo­wym tonem hra­bia Kiri­gin.

Zawsze się przy niej dener­wo­wał, to już się robiło nudne. Był jed­nak bar­dzo zamożny, a jego per­ma­nent­nie dobry humor dosko­nale kon­tra­sto­wał z suro­wo­ścią Zoi. Przy Kiri­gi­nie trudno było cokol­wiek trak­to­wać poważ­nie. Poza tym jego ojciec był spe­ku­lan­tem wojen­nym - czyli prze­stępcą w świe­tle ravkań­skiego prawa, ale prze­stępcą nie­zwy­kle popu­lar­nym wśród zachod­nio­ra­vkań­skiej ary­sto­kra­cji, która poważ­nie się przy jego pomocy wzbo­ga­ciła.

- Mój zega­rek wska­zuje, że ma jesz­cze dwie minuty, zanim będzie go można uznać za spóź­nio­nego w ści­słym zna­cze­niu tego słowa - dodał hra­bia.

- Nasz król nie ma ani jed­nej minuty do stra­ce­nia - odpa­ro­wała Zoya.

Kiri­gin poczer­wie­niał. Zabęb­nił pal­cami w stół.

- No tak. Tak, oczy­wi­ście.

Znów odwró­ciła się do okna. Wyraź­nie czuła zakło­po­ta­nie Kiri­gina, jego gor­li­wość i pra­gnie­nie. Ude­rzyły w nią jak nagły sztorm, poryw wia­tru, który porwał ją z nóg i cisnął w prze­paść. W jed­nej chwili stała pew­nie na pod­ło­dze osło­necz­nio­nej kom­naty w Os Kervo i patrzyła na morze - a w następ­nej patrzyła na sto­jącą przed nią śliczną kru­czo­włosą dziew­czynę, któ­rej nie­bie­skie oczy były wpa­trzone w dal. Wycią­gnęła rękę, żeby dotknąć jej gład­kiego policzka.

- Zoyu?

Otrzą­snęła się w samą porę, żeby odtrą­cić dłoń Kiri­gina.

- Nie pozwo­li­łam ci mnie doty­kać.

- Prze­pra­szam. - Zła­pał się za dłoń takim gestem, jakby Zoya zła­mała mu palec. - Wyda­łaś mi się taka... zagu­biona.

Bo tak było. Spu­ściła wzrok na migo­tliwe czarne okowy na prze­gu­bach dłoni. Wyglą­dały jak kaj­dany, ale czuła się z nimi cał­kiem swoj­sko, jakby ich chłodny dotyk na skó­rze od zawsze był jej prze­zna­czony. Moc. Jej pra­gnie­nie - jak bicie serca, mia­rowe, nie­ustę­pliwe. Wszy­scy gri­szo­wie odczu­wali tę pokusę, która po zdo­by­ciu ampli­fi­ka­tora jesz­cze się nasi­liła.

"Otwórz drzwi, Zoyu".

Ni­gdy nie miała pew­no­ści, czy głos roz­le­ga­jący się w jej gło­wie należy do niej, czy do Jurisa. Wie­działa tylko, że jego obec­ność w jej wnę­trzu jest fak­tem; żaden wytwór wyobraźni nie mógł być aż tak iry­tu­jący. Cza­sami wyczu­wała jesz­cze drugi umysł, pra­stary, ukryty głę­biej niż Juris; umysł, który nie nale­żał do czło­wieka, ba, który ni­gdy nie był umy­słem ludz­kim - i wtedy w całym świe­cie wokół niej zacho­dziła zmiana. Nagle zaczy­nała sły­szeć słu­żą­cych wymie­nia­ją­cych się w kuchni szep­ta­nymi plo­tecz­kami albo czuła zapach kwit­ną­cych jabłoni w odle­głym o bli­sko pięt­na­ście mil sadzie w Yelince. Wszystko to mogła znieść, ale emo­cje, nagłe zato­pie­nie się w cudzym bólu albo rado­ści... To było dla niej zbyt wiele.

A może po pro­stu tracę zmy­sły, pomy­ślała.

Nie można było tego wyklu­czyć po tym, co widziała w Fał­dzie, po tym, co zro­biła - zamor­do­wała świętą opę­taną żądzą znisz­cze­nia, zato­piła ostrze w sercu smoka i w sercu przy­ja­ciela. Oca­liła Niko­ła­jowi życie. Ura­to­wała Ravkę przed Eli­za­vetą. Ale nie zdo­łała zapo­biec powro­towi Zmro­cza, prawda? Teraz wbrew sobie zasta­na­wiała się, czy ma jaką­kol­wiek szansę oca­lić swoją ojczy­znę przed wojną.

- Zamy­śli­łam się. - Strzą­snęła rękawy nie­bie­skiej kefty. - Nic wię­cej.

- Aha. - Kiri­gin nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

- Nie słu­ży­łeś w armii, prawda?

- Nie, nie słu­ży­łem.

Hra­bia zajął miej­sce u szczytu dłu­giego pro­sto­kąt­nego stołu ozdo­bio­nego her­bem Ravki Zachod­niej: wci­śniętą pomię­dzy dwa orły latar­nią mor­ską. Był ubrany w musz­tar­dową mary­narkę i czer­woną jak koral kami­zelkę, które w połą­cze­niu z jego bladą kar­na­cją i inten­syw­nie rudymi wło­sami upo­dab­niały go do egzo­tycz­nego ptaka szu­ka­ją­cego grzędy, na któ­rej mógłby przy­siąść.

- Pod­czas wojny domo­wej ojciec ode­słał mnie do Nowo­zie­mia. - Odchrząk­nął. - Zoyu... - zaczął, ale kiedy zmro­ziła go wzro­kiem, natych­miast się zmi­ty­go­wał: - Pani gene­rał, czy zechcia­łaby pani roz­wa­żyć odwie­dziny w mojej posia­dło­ści nie­opo­dal Carievy?

- Trwa wojna, Kiri­gin.

- Po woj­nie. Latem, na przy­kład. Mogli­by­śmy się wybrać na wyścigi.

- Jesteś pewien, że będzie jakieś "po woj­nie"?

Kiri­gin wyraź­nie się zdzi­wił.

- Król jest wyśmie­ni­tym tak­ty­kiem - odparł.

- Nasze siły są zbyt nie­liczne. Jeżeli król nie zdoła zatrzy­mać Fjer­dan pod Nez­kii, wojna skoń­czy się, zanim się zacznie. Jeśli mamy wygrać, potrze­bu­jemy posił­ków.

- Dosta­niemy je! - zapo­wie­dział Kiri­gin. Zoya zazdro­ściła mu opty­mi­zmu. - Pew­nego dnia znów zapa­nuje pokój. Zresztą nawet w cza­sie wojny mogli­by­śmy się na chwilę wymknąć: dys­kretna kola­cja, oka­zja do roz­mowy, moż­li­wość lep­szego pozna­nia się. Zwa­żyw­szy na zbli­ża­jący się kró­lew­ski ślub...

- Plany króla nie powinny cię inte­re­so­wać.

- Natu­ral­nie. Pomy­śla­łem jed­nak, że teraz będziesz mogła...

Zoya odwró­ciła się do Kiri­gina. Prąd prze­pły­nął przez nią z trza­skiem, wiatr wzbu­rzył jej włosy.

- Co dokład­nie będę mogła?

Uniósł ręce w takim geście, jakby pró­bo­wał ją zatrzy­mać.

- Mia­łem na myśli...

Wie­działa, co miał na myśli. Od mie­sięcy krą­żyły plotki o niej i Niko­łaju - plotki, do któ­rych roz­po­wszech­nia­nia sama się przy­czy­niała, żeby ukryć fakt, że król skrywa w sobie demona, nad któ­rym zapa­no­wa­nie wymaga ogrom­nego wysiłku. Dla­czego więc słowa Kiri­gina tak bar­dzo ją teraz roz­zło­ściły?

Wzięła głę­boki wdech.

- Posłu­chaj, Kiri­gin. Jesteś przy­stojny, uro­czy, bar­dzo... życz­liwy.

- Jestem? - powtó­rzył z waha­niem. - No jestem - dodał już pew­niej­szym tonem.

- Ow­szem, jesteś. Ale róż­nimy się tem­pe­ra­men­tem.

- Myślę, że gdy­byś tylko...

- Tu nie ma żad­nego "tylko".

Jesz­cze raz ode­tchnęła głę­boko, żeby zapa­no­wać nad ner­wami i gło­sem. Usia­dła przy stole. W ciągu ostat­nich kilku lat Kiri­gin dowiódł, że jest odda­nym przy­ja­cie­lem króla, kiedy udo­stęp­nił swoją rezy­den­cję do pro­wa­dze­nia prób nad nową bro­nią. Nie był złym czło­wie­kiem. Powinna się posta­rać i być dla niego miła.

- Wydaje mi się, że wiem, jakie masz ocze­ki­wa­nia - powie­działa.

Kiri­gin poczer­wie­niał jesz­cze bar­dziej.

- Szcze­rze w to wąt­pię - odparł.

Zoya przy­pusz­czała, że w wyobra­że­niach hra­biego prze­wi­jają się sple­cione w uści­skach ciała, a także - być może - wizja, w któ­rej śpiewa jej pio­senki przy akom­pa­nia­men­cie lutni, ale posta­no­wiła oszczę­dzić im obojgu tych obra­zów.

- Zapro­sisz mnie na ele­gancką kola­cję. Oboje wypi­jemy za dużo wina. Prze­ko­nasz mnie, żebym opo­wie­działa ci o sobie, o cią­żą­cej na mnie pre­sji, o mojej smut­nej prze­szło­ści. Być może uro­nię łzę albo dwie. Będziesz mnie słu­chał z uwagą i czu­ło­ścią i w jakiś spo­sób zdo­łasz prze­nik­nąć sekret mojej natury. Tak to sobie wyobra­żasz?

- Może nie do końca, ale... Tak! - Nachy­lił się w jej stronę. - Chcę poznać praw­dziwą cie­bie, Zoyu.

Się­gnęła nad sto­łem i wzięła go za rękę. Jego dłoń była lepka od potu.

- Hra­bio Kiri­gi­nie... Emilu. Moja natura nie skrywa żad­nych tajem­nic. Nie odsło­nię przed tobą żad­nej innej mnie. Nie dam ci się oswoić. Służę kró­lowi, jestem gene­ra­łem Dru­giej Armii, która w tej chwili sta­wia czoło nie­przy­ja­cie­lowi pozba­wiona mojego dowódz­twa.

- Ale gdy­byś tylko...

Puściła jego rękę i okla­pła na krze­śle. Tyle, jeśli cho­dzi o bycie miłą.

- Wojna czy nie wojna, jeśli usły­szę z two­ich ust jesz­cze jedno czułe słówko, jesz­cze jedno zapro­sze­nie, ogłu­szę cię i pocze­kam, aż jakiś ulicz­nik zakosi ci buty. Rozu­miemy się?

- Buty?!

Czer­wony na twa­rzy Hiram Schenck wszedł bez puka­nia. Na kla­pach sta­tecz­nego urzęd­ni­czego gar­ni­turu miał okru­chy cze­goś, co wyglą­dało jak jajko na twardo. Jego pycha ude­rzyła Zoyę jak fizyczny cios. Cały wprost pro­mie­niał pew­no­ścią sie­bie.

- Dzień dobry - powie­dział, spla­ta­jąc dło­nie. - Na Dłoń Ghe­zena, ależ tu zimno!

- Spóź­nił się pan.

- Tak? Diuk Radi­mov podaje prze­pyszne obiady. Zna­ko­mity gospo­darz, zna­ko­mity... Wasz król mógłby się od niego sporo nauczyć.

Radi­mov i jego kom­pani z Ravki Zachod­niej podej­mo­wali ker­cheń­skich dygni­ta­rzy w wiel­kim stylu. Led­wie Fałda została uni­ce­stwiona i udało się zjed­no­czyć Ravkę, poja­wiły się pogło­ski o sece­sji. Zacho­dowi nie podo­bało się, że wrzuca mu się na kark długi wschod­niej czę­ści kraju, a groźba wojny z Fjerdą pod­wa­żyła więk­szość dyplo­ma­tycz­nych wysił­ków Niko­łaja zmie­rza­ją­cych do obła­ska­wie­nia Ravki Zachod­niej. Jej miesz­kańcy nie chcieli wysy­łać swo­ich dzieci na front, tak jak nie chcieli, żeby z ich podat­ków finan­so­wano wojnę, w któ­rej triumf był mocno wąt­pliwy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Kró­lowa Makhi

1 Kró­lowa Makhi

Kró­lowa Makhi Kir-Taban, Zro­dzona z Nie­bios, pocho­dziła z dłu­giej linii kró­lo­wych.

I wszyst­kie one były głu­pie, pomy­ślała. Serce zabiło jej żywiej, gdy czy­tała trzy­mane w dłoni zapro­sze­nie. Gdyby nie ich głu­pota, nie była­bym dzi­siaj w takich tara­pa­tach.

Po jej twa­rzy nie było znać zło­ści. Na policz­kach nie poja­wiły się rumieńce. Była kró­lową i zacho­wy­wała się sto­sow­nie do zaj­mo­wa­nego sta­no­wi­ska: plecy pro­ste, poza ide­alna, nie­wzru­szony wyraz twa­rzy. Palce jej nie zadrżały, cho­ciaż każdy mię­sień w ciele aż się rwał, żeby zetrzeć list na proch.

Król Niko­łaj Lan­cov, Wielki Książę Udovy, Naj­wyż­szy Władca Wiel­kiej Ravki, oraz Księż­niczka Ehri Kir-Taban, Córka Nie­bios, Naj­wznio­ślej­sza Potom­kini rodu Taban, mają zaszczyt zapro­sić Kró­lową Makhi Kir-Taban na cere­mo­nię zaślu­bin, która odbę­dzie się w kaplicy kró­lew­skiej w Os Alcie.

Do ślubu został mie­siąc. Dość czasu, żeby służba Makhi zdą­żyła spa­ko­wać sto­sowne suk­nie i klej­noty, zebrać wierny orszak i przy­szy­ko­wać oddział Tavgha­radu - eli­tar­nej gwar­dii ochra­nia­ją­cej kró­lew­ską rodzinę od cza­sów, gdy pierw­sza Taban zasia­dła na tro­nie. Dość czasu, by dotrzeć na miej­sce - czy to drogą lądową, czy też na pokła­dzie nowego luk­su­so­wego statku powietrz­nego, który nie­dawno zbu­do­wali jej inży­nie­ro­wie.

Dość czasu, by sprytna kró­lowa zdą­żyła wsz­cząć wojnę.

Na razie jed­nak musiała grać swoją rolę na uży­tek mini­strów zebra­nych przed nią w sali rady. Jej matka zmarła zale­d­wie przed mie­sią­cem. Korona mogła wró­cić na skro­nie babki Makhi, ale Leyti Kir-Taban dobie­gała osiem­dzie­siątki i miała ser­decz­nie dość rzą­dze­nia pań­stwem; zamie­rzała prze­nieść się na wieś, zmie­niać zabój­czo przy­stoj­nych kochan­ków jak ręka­wiczki i sku­pić się na hodo­wa­niu uko­cha­nych róż, dała więc Makhi swoje bło­go­sła­wień­stwo i wyco­fała się z życia publicz­nego. Makhi została koro­no­wana dosłow­nie parę dni po śmierci matki - pano­wała więc od nie­dawna, zamie­rzała jed­nak dopil­no­wać, by jej pano­wa­nie trwało jak naj­dłu­żej, a pod­dani żyli spo­koj­nie i dostat­nio. Do tego potrze­bo­wała popar­cia lojal­nych mini­strów, któ­rzy w tej chwili wpa­try­wali się w nią jak w obra­zek. Na ich twa­rzach malo­wało się wycze­ki­wa­nie.

- Nie ma żad­nej oso­bi­stej wia­do­mo­ści od Ehri - zauwa­żyła, roz­siadł­szy się wygod­nie na tro­nie. Poło­żyła liścik na kola­nach. Zmarsz­czyła brwi. - To nie­po­ko­jące.

- Powin­ni­śmy się rado­wać - zauwa­żył mini­ster Nagh.

Miał na sobie ciem­no­zie­loną urzęd­ni­czą mary­narkę z mosięż­nymi guzi­kami, taką samą, jakie nosili inni mini­stro­wie. W klapę wpiął dwa skrzy­żo­wane klu­cze, sym­bol Shu Hanu. Tłu­mek biu­ro­kra­tów przy­wo­dził na myśl las suro­wych drzew.

- Czyż nie na to wła­śnie liczy­li­śmy? - cią­gnął Nagh. - Mał­żeń­stwo pie­czę­tu­jące sojusz mię­dzy naszymi pań­stwami?

Może wy fak­tycz­nie na to liczy­li­ście, pomy­ślała Makhi. Naj­chęt­niej nie wyściu­bia­li­by­ście nosa zza gór.

- Istot­nie - przy­znała z uśmie­chem. - Po to wła­śnie zary­zy­ko­wa­li­śmy wysła­nie naszej dro­giej księż­niczki Ehri do takiego dzi­kiego kraju. Powinna była jed­nak dołą­czyć odręcz­nie pisany list, dać znać, że wszystko w porządku.

Mini­ster Zihun odkaszl­nęła.

- Wasza Nie­biań­ska Wyso­kość, Ehri może nie być szczę­śliwa... - zaczęła. - Może po pro­stu pogo­dziła się z losem. Ni­gdy nie pra­gnęła życia na świecz­niku, a co dopiero życia z dala od jedy­nego domu, jaki kie­dy­kol­wiek znała.

- Pocho­dzimy z rodu Taban. Pra­gniemy tego, co jest potrzebne kra­jowi.

Mini­ster z sza­cun­kiem pochy­liła głowę.

- Natu­ral­nie, Wasza Wyso­kość. Czy mamy przy­go­to­wać odpo­wiedź?

- Sama się tym zajmę - odparła kró­lowa. - To będzie wyraz sza­cunku. Warto dobrze wejść w ten nowy sojusz.

- Dosko­nale, Wasza Wyso­kość - powie­dział Nagh, jakby Makhi wyko­nała wyjąt­kowo udane dygnię­cie.

Z jakie­goś powodu jego apro­bata roz­draż­niła ją bar­dziej niż ewen­tu­alny sprze­ciw.

Wstała. Posłuszni pro­to­ko­łowi mini­stro­wie zgod­nie zro­bili krok w tył. Makhi zeszła z tronu, gwar­dzistki z Tavgha­radu zajęły miej­sca i ruszyły za nią dłu­gim kory­ta­rzem do kom­nat kró­lew­skich. Jedwabny tren jej sukni wzdy­chał i szem­rał na mar­mu­ro­wej posadzce jak któ­ryś z nie­spo­koj­nych dorad­ców. Dokład­nie znała liczbę kro­ków dzie­lą­cych ją od pry­wat­nych apar­ta­men­tów; prze­mie­rzyła tę drogę mnó­stwo razy w towa­rzy­stwie matki, a wcze­śniej babki. Teraz też odli­czała je wstecz - pięć­dzie­siąt sześć, pięć­dzie­siąt pięć - pró­bu­jąc się uspo­koić i oczy­ścić umysł.

Wyczu­wała za ple­cami obec­ność mini­stra Yer­weia, mimo że ryt­miczny tupot butów Tavgha­radu zagłu­szał szu­ra­nie jego miękko obu­tych stóp. Czuła się jak śle­dzona przez ducha. Gdyby kazała gwar­dzist­kom pode­rżnąć mu gar­dło, zro­bi­łyby to bez waha­nia. A potem, gdy byłaby sądzona za mor­der­stwo - w Shu Hanie nawet kró­lową mógł cze­kać taki los - zgod­nie zezna­wa­łyby prze­ciwko niej.

Dotarł­szy do apar­ta­men­tów, prze­szła pod zło­co­nym łukiem i zna­la­zła się w nie­wiel­kim pokoju gościn­nym wyło­żo­nym jasno­zie­lo­nym mar­mu­rem. Odpra­wiła cze­ka­jącą tu służbę i zwró­ciła się do Tavgha­radu:

- Nie prze­szka­dzaj­cie nam.

Yer­wei prze­szedł za nią przez salo­nik i pokój muzyczny aż do wiel­kiego salonu, w któ­rym nie­gdyś Makhi sia­dy­wała u stóp matki i słu­chała opo­wie­ści o pierw­szych kró­lo­wych z rodu Taban, wojow­nicz­kach, które w towa­rzy­stwie wier­nych oswo­jo­nych soko­łów przy­były z naj­wyż­szych Gór Siku­rzoi, by objąć wła­dzę w Shu Hanie. "Taban yenok-yun", tak je nazy­wano. "Burza, która nie prze­mi­nęła". To one zbu­do­wały ten pałac, pozo­sta­jący po dziś dzień dzie­łem sztuki i cudem inży­nie­rii, a teraz, przez tę krótką chwilę, ot, zale­d­wie kilka odmie­rzo­nych kro­ków w trium­fal­nym mar­szu rodu Taban, nale­żał do Makhi.

Weszli do Sali Zło­tego Skrzy­dła i od razu poczuła się lepiej. Prze­sy­cona zło­tym świa­tłem kom­nata roz­brzmie­wała szme­rem pły­ną­cej wody. Ciąg iden­tycz­nych smu­kłych łuków obra­mo­wy­wał naj­pierw taras, a potem także widok na wypie­lę­gno­wane żywo­płoty i bul­go­czące fon­tanny w roz­po­ście­ra­ją­cym się w dole kró­lew­skim ogro­dzie. Jesz­cze dalej roz­cią­gały się śliw­kowe sady Ahm­rat Jen z drze­wami usta­wio­nymi w równe sze­regi jak żoł­nie­rze kar­nych puł­ków. W Ravce zapa­no­wała zima, ale tutaj, w Shu Hanie, bło­go­sła­wio­nej kra­inie, na­dal świe­ciło cie­płe słońce.

Wyszła na taras. Był jed­nym z wielu miejsc, w któ­rych czuła, że może bez­piecz­nie roz­ma­wiać, z dala od wścib­skich oczu i cie­kaw­skich uszu słu­żą­cych i szpie­gów. Na stole z zie­lo­nego szkła wysta­wiono karafki z winem i pół­mi­sek póź­nych fig. W ogro­dzie dostrze­gła sio­strze­nicę, Akeni, bawiącą się z synem jed­nego z ogrod­ni­ków. Makhi już posta­no­wiła, że jeżeli z żad­nym z kró­lew­skich fawo­ry­tów nie uda jej się spło­dzić córki, to wła­śnie Akeni pew­nego dnia odzie­dzi­czy po niej tron. Nie była naj­star­szą z dziew­czy­nek w rodzie Taban, za to z całą pew­no­ścią była wśród nich naj­by­strzej­sza. Wła­ści­wie to dziwne, zwa­żyw­szy że jej matka miała w sobie tyle głębi co pła­ski talerz.

- Cio­ciu Makhi! - zawo­łała z dołu Akeni. - Zna­leź­li­śmy pta­sie gniazdo!

Syn ogrod­nika nie mógł się zwró­cić wprost do kró­lo­wej, nawet na nią nie spoj­rzał. Stał bez słowa obok przy­ja­ciółki, wbi­ja­jąc wzrok w swoje sfa­ty­go­wane san­dałki.

- Tylko nie doty­kaj­cie jajek! - ostrze­gła ich Makhi. - Może­cie popa­trzeć, ale nie doty­kaj­cie.

- Nie dotknę ich. Chcesz kwia­tek?

- Przy­nie­ście mi żółtą śliwkę.

- Ale śliwki są kwa­śne!

- Przy­nie­ście mi śliwkę, a ja opo­wiem wam bajkę.

Makhi odpro­wa­dziła wzro­kiem dzieci, które pognały pod mur oka­la­jący ogród od połu­dnia. Owoce wisiały wysoko na drze­wach; zerwa­nie ich wyma­gało czasu i pomy­sło­wo­ści.

- To dobre dziecko - ode­zwał się Yer­wei. Stał pod jed­nym z łuków za jej ple­cami. - Choć może nieco zbyt ule­głe, żeby być dobrą kró­lową.

Makhi udała, że go nie sły­szy.

- Księż­niczka Ehri żyje - dodał.

Zła­pała karafkę i zrzu­ciła ją z tarasu na dół, gdzie naczy­nie roz­trza­skało się na kamien­nych pły­tach.

Zerwała zasłony z okien i paznok­ciami podarła je na strzępy.

Zato­piła twarz w jedwab­nych podusz­kach i wrza­snęła.

Nie zro­biła żad­nej z tych rze­czy.

Rzu­ciła zapro­sze­nie na stół i zdjęła z głowy masywną koronę, wykutą z czy­stej pla­tyny i wysa­dzaną szma­rag­dami; od jej cię­żaru zawsze bolał ją kark. Odło­żyła ją obok fig i nalała sobie wina. Powinni się tym zająć słu­żący, ale w tej chwili nie miała ochoty ich oglą­dać.

Yer­wei wyśli­znął się na taras i bez pyta­nia poczę­sto­wał się winem.

- Twoja sio­stra nie powinna żyć - powie­dział.

Księż­niczka Ehri Kir-Taban - uko­chana przez lud, uwiel­biana z powo­dów, któ­rych Makhi ni­gdy nie potra­fiła zro­zu­mieć. Nie była mądra, ładna ani inte­re­su­jąca; umiała tylko się mazać i przy­gry­wać na kha­tu­urze, a mimo to wszy­scy ją ubó­stwiali.

Ehri miała zgi­nąć. Co poszło nie tak? Makhi wszystko sta­ran­nie zapla­no­wała, powinni mieć z głowy zarówno króla Niko­łaja, jak i księż­niczkę Ehri, a wina za ich śmierć miała spaść na Fjerdę. Pod pre­tek­stem pomsz­cze­nia śmierci uko­cha­nej sio­stry Makhi zamie­rzała następ­nie wma­sze­ro­wać do pozba­wio­nego króla i steru kraju, zgar­nąć gri­szów, wcie­lić ich do pro­gramu two­rze­nia kher­gu­udów i wyko­rzy­stać Ravkę jako bazę, w któ­rej popro­wa­dzi wojnę z Fjerdą.

Dobrze wybrała swoją agentkę: Mayu Kir-Kaat nale­żała do oso­bi­stego Tavgha­radu księż­niczki Ehri. Młoda i uta­len­to­wana wojow­niczka nie tylko świet­nie wła­dała sza­blą, ale - co waż­niej­sze - była podatna na naci­ski. Jej słu­żący w woj­sku brat-bliź­niak znik­nął bez śladu. Rodzi­nie powie­dziano, że zgi­nął w walce, ale Mayu domy­śliła się prawdy: został wybrany do tego, by stać się kher­gu­udem; przy­jęty do pro­gramu Żela­zne Serce, miał stać się sil­niej­szy i bar­dziej śmier­cio­no­śny, choć zara­zem mniej ludzki. Mayu bła­gała, by go zwol­nić, zanim przej­dzie osta­teczną prze­mianę, i przy­wró­cić do zwy­kłej służby woj­sko­wej.

Kró­lowa Makhi wie­działa, że pro­ce­dura prze­miany w kher­gu­uda - wzmoc­nie­nia kości stalą gri­szów albo przy­twier­dze­nia mecha­nicz­nych skrzy­deł do ple­ców - jest bole­sna. Cho­dziły jed­nak słu­chy, że pro­ces jest bar­dziej zło­żony; że pod­dani mu żoł­nie­rze zostają prze­mie­niani na różne strasz­liwe spo­soby; że pod­czas prze­miany kher­guud traci jakąś klu­czową cząstkę sie­bie, tak jakby ból wypa­lał z niego to, co czy­niło go czło­wie­kiem. Oczy­wi­ście Mayu Kir-Kaat nie chciała, żeby jej brat podzie­lił ten los. Byli bliź­nię­tami, keb­ben; łączyła ich naj­bliż­sza z moż­li­wych więzi. Mayu była gotowa ode­brać życie sobie i kró­lowi, byle tylko oca­lić brata.

Makhi odsta­wiła kie­li­szek i zamiast wina nalała sobie wody. Pod­czas zbli­ża­ją­cych się wyda­rzeń musiała zacho­wać trzeź­wość myśle­nia. Mamka powie­działa jej kie­dyś, że też miała mieć brata-bliź­niaka, ale chłop­czyk przy­szedł na świat mar­twy.

- Pożar­łaś jego siłę - wyszep­tała mamka.

Już wtedy Makhi wie­działa, że pew­nego dnia zosta­nie kró­lową. Co by było, gdyby jej bra­ci­szek uro­dził się żywy? Kim by wtedy była?

Teraz nie miało to żad­nego zna­cze­nia.

Król Ravki żył i miał się dosko­nale. Jej sio­stra rów­nież.

Źle się stało - tyle że kró­lowa nie miała pew­no­ści, jak bar­dzo źle. Czy Niko­łaj Lan­cov wie­dział o spi­sku? Czy Mayu stra­ciła zimną krew i zdra­dziła księż­niczce Ehri praw­dziwy plan? Nie. Nie­moż­liwe. Makhi nie chciała w to wie­rzyć. Więź keb­ben była na to zbyt silna.

- To zapro­sze­nie wygląda jak pułapka.

- Więk­szość mał­żeństw jest pułap­kami.

- Oszczędź mi swo­jego poczu­cia humoru, Yer­weiu. Jeżeli król Niko­łaj wie...

- Może cokol­wiek udo­wod­nić?

- Ehri może być cał­kiem roz­mowna. Wiele zależy od tego, co ona wie.

- Twoja sio­stra to łagodna dusza. Nie uwie­rzy­łaby, że jesteś zdolna do takiego pod­stępu, a już z całą pew­no­ścią nie powie­dzia­łaby złego słowa prze­ciwko tobie.

- W takim razie wyja­śnij mi to! - Makhi ude­rzyła dło­nią w stół, przy­ci­ska­jąc zapro­sze­nie do blatu.

- Może się zako­chała? Podobno król potrafi być cza­ru­jący.

- Nie bądź śmieszny.

Ehri zajęła miej­sce Mayu w Tavgha­ra­dzie, a Mayu prze­brała się za księż­niczkę. Mayu miała zbli­żyć się do króla Niko­łaja, zamor­do­wać go, a następ­nie ode­brać sobie życie. Z punktu widze­nia księż­niczki Ehri na tym sprawa miała się zakoń­czyć. Jed­nakże pod­czas póź­niej­szego zamie­sza­nia nale­żało się spo­dzie­wać pokaź­nej liczby ofiar śmier­tel­nych i rolą Tavgha­radu było dopil­no­wa­nie, żeby Ehri zna­la­zła się wśród nich; gwar­dzistki dostały wpraw­dzie przy­dział do ochrony księż­niczki, ale pod­le­gały tylko i wyłącz­nie kró­lo­wej. Mini­stro­wie nie mieli o niczym poję­cia. Co zatem poszło nie tak?

- Musisz przy­jąć zapro­sze­nie - pouczał ją Yer­wei. - Wszy­scy mini­stro­wie tego ocze­kują, to urze­czy­wist­nie­nie ich pla­nów poko­jo­wych. Uwa­żają, że powin­naś być zachwy­cona.

- Twoim zda­niem nie byłam dosta­tecz­nie zachwy­cona?

- Wyglą­da­łaś tak samo jak zawsze: kró­lowa ide­alna. Tylko ja dostrze­głem sygnały.

- Zda­rza się, że ludzie, któ­rzy widzą za dużo, tracą oczy.

- Zda­rza się rów­nież, że kró­lowe, które są prze­sad­nie nie­ufne, tracą tron.

Odwró­ciła się gwał­tow­nie w jego stronę.

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

Tylko Yer­wei znał prawdę, i to prawdę wykra­cza­jącą poza szcze­góły planu zamor­do­wa­nia ravkań­skiego króla i sio­stry Makhi. Peł­nił rolę oso­bi­stego medyka jej matki i babki i był obecny przy łożu śmierci tej pierw­szej, kró­lo­wej Keyen Kir-Taban, Zro­dzo­nej z Nie­bios, gdy ta wybrała na swoją następ­czy­nię nie Makhi, lecz Ehri. Kró­lowa z rodu Taban miała pełne prawo wska­zać dzie­dziczkę tronu, ale nie­mal zawsze zaszczyt ten przy­pa­dał naj­star­szej córce. Tak było przez setki lat, a prze­zna­cze­niem Makhi było zosta­nie kró­lową. Uro­dziła się do tej roli, a potem została do niej wycho­wana. Siłą dorów­ny­wała gwar­dzist­kom z Tavgha­radu, świet­nie jeź­dziła konno i była zna­ko­mi­tym stra­te­giem, pod­stęp­nym niczym pająk. Mimo to jej matka wybrała Ehri - łagodną, słodką, kochaną, wiel­bioną przez lud Ehri.

- Obie­caj mi - powie­działa matka. - Obie­caj, że usza­nu­jesz moją wolę. Przy­się­gnij na Sześć Żoł­nie­rek.

- Obie­cuję - odparła szep­tem Makhi.

Yer­wei sły­szał to wszystko. Wśród dorad­ców matki wyróż­niał się naj­dłuż­szym sta­żem i Makhi nie miała w grun­cie rze­czy poję­cia, jak długo stąpa po ziemi. Wyglą­dał, jakby w ogóle się nie sta­rzał. Spoj­rzała wtedy na niego, spoj­rzała w te wod­ni­ste oczy w pomarsz­czo­nej twa­rzy, zasta­na­wia­jąc się, czy powie­dział matce o dziele, które wspól­nie pod­jęli, o pota­jem­nych eks­pe­ry­men­tach i naro­dzi­nach pro­gramu kher­gu­udów. Wszystko to prze­pa­dłoby, gdyby Ehri zasia­dła na tro­nie.

- Ale Ehri wcale nie chce rzą­dzić... - pró­bo­wała opo­no­wać.

- Tylko dla­tego, że zawsze spo­dzie­wała się, że ty będziesz kró­lową.

Makhi ujęła dłoń matki w swoją.

- Powin­nam nią być - powie­działa. - Uczy­łam się. Tre­no­wa­łam.

- Nikt nie wpoił ci łaska­wo­ści. Żaden nauczy­ciel nie nauczył cię miło­sier­dzia. Masz serce żądne wojny, nie wiem dla­czego.

- Mam sokole serce - odparła z dumą Makhi. - Serce Shu Hanu.

- Masz sokolą wolę. To nie to samo. Przy­się­gnij mi, że zro­bisz, o co pro­szę. Pocho­dzisz z rodu Taban. Pra­gniemy tego, co jest potrzebne kra­jowi. A ten kraj potrze­buje Ehri.

Makhi nie pła­kała, nie pró­bo­wała się spie­rać. Po pro­stu zło­żyła przy­sięgę.

A potem matka wydała ostat­nie tchnie­nie. Makhi pomo­dliła się do Sze­ściu Żoł­nie­rek i zapa­liła świece zmar­łym kró­lo­wym z rodu Taban. Ucze­sała się i przy­gła­dziła jedwab sukni. Wkrótce będzie musiała przy­brać błę­kit, kolor żałoby. A miała co opła­ki­wać: w jed­nej chwili stra­ciła matkę i koronę.

- Powiesz Ehri? - zapy­tała Yer­weia. - Czy ja mam to zro­bić?

- O czym?

- Matka...

- Nic nie sły­sza­łem. Cie­szę się, że nie cier­piała.

Tak zawarli pakt nad sty­gną­cym cia­łem matki. I tak naro­dziła się nowa kró­lowa.

Teraz Makhi oparła się o balu­stradę i zacią­gnęła ogro­do­wymi aro­ma­tami - wonią jaśminu i słod­kich poma­rań­czy. Wsłu­chała się w śmiech sio­strze­nicy i syna ogrod­nika. Przej­mu­jąc należną sio­strze koronę, nie spo­dzie­wała się, jak nie­wiele pro­ble­mów to roz­wiąże; nie prze­wi­działa, że będzie musiała stale rywa­li­zo­wać z miłą, niczego nie­świa­domą Ehri. Tylko jedno mogło poło­żyć kres jej cier­pie­niu.

- Pojadę na ślub sio­stry - zde­cy­do­wała. - Ale naj­pierw muszę wysłać wia­do­mość.

- Co zamie­rzasz? - Yer­wei pod­szedł bli­żej. - Zda­jesz sobie sprawę, że twoi mini­stro­wie prze­czy­tają list, nawet jeśli go opie­czę­tu­jesz?

- Nie jestem głu­pia.

- Można być nie­mą­drym, nie będąc głu­pim. Jeżeli... - Yer­wei urwał w pół słowa.

- Co się stało? - zdzi­wiła się Makhi.

Spoj­rzała w tym samym kie­runku co on. Cień padł na sad śliw­kowy za pała­co­wym murem. Spo­dzie­wała się zoba­czyć sta­tek powietrzny, ale niebo było puste. Cień tym­cza­sem rósł, roz­le­wał się jak plama i pędził w ich stronę. Dotknięte prze­zeń drzewa waliły się na zie­mię, ich gałę­zie czer­niały, a potem zni­kały bez śladu. Po jego przej­ściu zosta­wały smużki dymu i popie­lata zie­mia.

- Co to takiego? - spy­tał z zapar­tym tchem Yer­wei.

- Akeni! - zawo­łała kró­lowa ile sił w płu­cach. - Akeni, zejdź z drzewa! Złaź i wra­caj tutaj, natych­miast!

- Ale ja zbie­ram śliwki! - odkrzyk­nęła ze śmie­chem dziew­czynka.

- Powie­dzia­łam: natych­miast!

Akeni nie się­gała wzro­kiem za mury, nie widziała nad­cią­ga­ją­cej bez­gło­śnie fali zagłady.

- Straż! - zawo­łała kró­lowa. - Pomóż­cie jej!

Było już jed­nak za późno. Cień prze­śli­znął się nad murem, czer­niąc złote cegły, i opadł na śliwę, jakby czarny całun otu­lił Akeni i syna ogrod­nika i uci­szył ich śmiech.

- Nie! - krzyk­nęła Makhi.

- Kró­lowo... - ode­zwał się naglą­cym tonem Yer­wei. - Powin­naś stąd iść.

Ale nisz­czy­ciel­ski cień znie­ru­cho­miał przy skraju fon­tanny, jego skraj ryso­wał się na ziemi wyraź­nie jak gra­nica przy­pływu na plaży. Wszystko, czego tknął, stało się szare i mar­twe; wszystko, co leżało poza nim, pozo­stało zie­lone, bujne i pełne życia.

- Akeni... - zaszlo­chała Makhi.

Tylko wiatr jej odpo­wie­dział, powiał znad sadu i roz­snuł ostat­nie blade macki cie­nia. Został jedy­nie słodki zapach kwia­tów, szczę­śli­wych, niczego nie­świa­do­mych, zwró­co­nych ku słońcu.

2. Nina

2 Nina

Sma­ku­jąc w ustach sło­nawe powie­trze, Nina chło­nęła zgiełk bazaru: nawo­ły­wa­nia han­dla­rzy, jazgo­ta­nie mew nad por­tem w Djer­hol­mie, pokrzy­ki­wa­nia mary­na­rzy na stat­kach. Prze­nio­sła wzrok na szczyt urwi­ska, gdzie nad mia­stem góro­wał Lodowy Dwór o wyso­kich bia­łych murach lśnią­cych jak odsło­nięta kość, i powstrzy­mała prze­szy­wa­jący ją dreszcz. Miło było znów zna­leźć się na otwar­tej prze­strzeni, z dala od klau­stro­fo­bicz­nych cel Bia­łej Wyspy, ale nie mogła się oprzeć wra­że­niu, że pra­stary gmach ją obser­wuje. Wydało jej się, że sły­szy jego szept:

- Wiem, kim jesteś. To nie jest twoje miej­sce.

- Zamknij się, z łaski swo­jej - mruk­nęła.

- Co? - spy­tała Hanne. Szły we dwie nabrze­żem.

- Nic - odparła pośpiesz­nie Nina.

Roz­ma­wia­nie z nie­oży­wio­nymi budow­lami ni­gdy nie jest dobrym zna­kiem. Za długo była sama, nie tylko w Lodo­wym Dwo­rze, ale w ciele Mili Jan­ders­dat, któ­rej twarz i kształty - dzieło for­ma­torki - skry­wały sekret jej praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Posłała Lodo­wemu Dwo­rowi jesz­cze jedno zło­wiesz­cze spoj­rze­nie. Powia­dano, że jego mury są nie do zdo­by­cia; że nie zmo­gła ich żadna najeźdź­cza armia. Jej przy­ja­ciele sobie pora­dzili: zabrali Fjer­da­nom jeden z ich wła­snych czoł­gów i za jego pomocą wybili w murze otwór. Ale teraz? Czuła się jak mysz, wielka blon­d­włosa mysz zaku­tana w zbyt grube spód­nice i pod­gry­za­jąca fun­da­menty lodo­wej twier­dzy.

Przy­sta­nęła przy stra­ga­nie kra­wiec­kim, któ­rego wie­szaki ugi­nały się pod cię­ża­rem tra­dy­cyj­nych kami­ze­lek i szali noszo­nych z oka­zji Vinetkälli. Wbrew sobie dała się Djer­hol­mowi zauro­czyć od pierw­szego wej­rze­nia. Był schludny w spo­sób, w jaki schludne mogły być tylko fjer­dań­skie mia­steczka: domy malo­wane na różowo, nie­bie­sko i żółto, stło­czone nad wodą i tulące się do sie­bie, jakby chciały roz­grzać się nawza­jem. Więk­szość miast, które widziała (ile ich było? Iloma języ­kami w nich mówiła?), pobu­do­wano wokół rynku albo jed­nej głów­nej ulicy. Djer­holm był inny. W jego żyłach pły­nęła słona woda, a rynek przy­le­gał do morza: z roz­sta­wio­nych na nabrzeżu skle­pów, kra­mów i wozów sprze­da­wano świeże ryby, suszone mięso i cia­sta owi­jane wokół rożna, pie­czone na roz­ża­rzo­nych węglach i opró­szane cukrem. Kamienne sale Lodo­wego Dworu były wynio­słe i zimne; tu, na dole, pano­wały oży­wie­nie i zamęt.

Gdzie­kol­wiek spoj­rzała, dostrze­gała sym­bole Djela - gałę­zie jego świę­tego jesionu, poza­pla­tane w serca i ozdobne węzły z myślą o zimo­wym świę­cie Vinetkälla. W Ravce szy­ko­wano się teraz do święta Sankt Niko­łaja. I do wojny. Ta świa­do­mość cią­żyła jej każ­dego wie­czoru, gdy kła­dła się spać; każ­dego dnia ści­skała ją w gar­dle i wydu­szała oddech z piersi. Jej roda­kom gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo, a ona nie wie­działa, jak im pomóc. Zamiast tego sie­działa na tyłach wroga, zajęta oglą­da­niem dzier­ga­nych cza­pe­czek i sza­licz­ków.

Obok niej stała Hanne zaku­tana w płaszcz koloru kwia­tów ostu, w któ­rym jej płowa skóra lśniła wła­snym bla­skiem nawet w tak pochmurny dzień jak dzi­siaj. Krótko przy­cięte włosy nakryła ele­gancką weł­nianą cza­peczką, żeby nie­po­trzeb­nie nie zwra­cały uwagi. Nina szcze­rze nie­na­wi­dziła zamknię­tych prze­strzeni Lodo­wego Dworu, ale musiała przy­znać, że Hanne cierpi bar­dziej od niej - ona naprawdę potrze­bo­wała ruchu, biegu, jazdy kon­nej, świe­żych woni śniegu i sosen, przy­tul­nej gościny lasów. Z wła­snej woli towa­rzy­szyła Ninie w Lodo­wym Dwo­rze, ale nie można było mieć wąt­pli­wo­ści, że dłu­gie dni uprzej­mych debat przy nud­nych posił­kach odci­skają na niej swoje piętno. Nawet ta odro­bina wol­no­ści - wycieczka na targ pod okiem rodzi­ców i straż­ni­ków - przy­wra­cała jej błysk w oku i rumieńce na policz­kach.

- Mila! - zawo­łała Ylva. - Hanne! Nie odda­laj­cie się za bar­dzo!

- Jak­by­śmy były dziećmi. - Hanne prze­wró­ciła oczami i wzięła do ręki leżący na wozie han­dla­rza kłę­bek nie­bie­skiej wełny.

Nina obej­rzała się przez ramię. Rodzice Hanne - Jarl i Ylva Bru­mo­wie - znaj­do­wali się dosłow­nie parę jar­dów za ich ple­cami i ścią­gali na sie­bie pełne podziwu spoj­rze­nia: oboje wysocy i szczu­pli, Ylva w cie­płych brą­zo­wych weł­nach, Brum w znie­na­wi­dzo­nym przez Ninę czar­nym mun­du­rze ze srebr­nym wil­kiem drüskelle na ręka­wie. Za nimi szło dwóch mło­dych łow­ców cza­row­nic, dłu­go­wło­sych, gładko ogo­lo­nych blon­dy­nów - dopiero po zakoń­cze­niu szko­le­nia i wysłu­cha­niu słów Djela w dniu święta Hringkälla będą mogli zapu­ścić brody. A potem ruszą rado­śnie w świat, by mor­do­wać gri­szów.

- Tato? Szy­kuje się jakieś przed­sta­wie­nie. - Hanne wska­zała miej­sce przy nabrzeżu, w któ­rym budo­wano wła­śnie pro­wi­zo­ryczną scenę. - Możemy iść popa­trzeć?

- Mam nadzieję, że nie jest to któ­raś z tych ker­cheń­skich trup? - Brum zmarsz­czył lekko brwi. - Z tymi ich maskami i spro­śnymi żar­tami...

Nie­stety nie, pomy­ślała smęt­nie Nina. Tęsk­niła do sza­lo­nych ket­ter­dam­skich ulic. Wola­łaby setkę rubasz­nych, zgieł­kli­wych spek­ta­kli Kome­die Brute od nie­ma­ją­cej końca pię­cio­ak­to­wej fjer­dań­skiej opery, na któ­rej była zmu­szona wysie­dzieć poprzed­niego wie­czoru; gdyby nie Hanne, która co rusz sprze­da­wała jej sójkę w bok, nie­chyb­nie by przy­snęła.

- Nie chrap - wyszep­tała w któ­rymś momen­cie Hanne. Łzy spły­wały jej po policz­kach, gdy despe­racko usi­ło­wała powstrzy­mać się od śmie­chu.

Na widok jej zaczer­wie­nio­nych policz­ków i wil­got­nych oczu matka pokle­pała ją po kola­nie.

- Wzru­sza­jąca histo­ria, nie­praw­daż?

Han­nie nie pozo­stało nic innego jak ski­nąć głową i moc­niej ści­snąć dłoń Niny.

- Ależ Jarl... - zwró­ciła się teraz Ylva do męża. - Jestem prze­ko­nana, że to nie będzie nic zdroż­nego.

- No dobrze - ustą­pił Brum i wszy­scy ruszyli w stronę sceny; han­dlarz wełną był nie­po­cie­szony. - Cho­ciaż zdzi­wi­ły­by­ście się, jak bar­dzo zmie­niło się to mia­sto: zepsu­cie, here­zja, a wszystko tu, w naszej sto­licy. Spójrz­cie. - Wska­zał witrynę sklepu, obok któ­rego prze­cho­dzili. Daw­niej dzia­łał tam rzeź­nik, ale sklep spło­nął, okna były powy­bi­jane, a ściany uczer­nione sadzą. - Dwie noce temu tłum wdarł się do sklepu. Zna­le­ziono dwa ołta­rze: jeden poświę­cony rze­ko­mej Sło­necz­nej Świę­tej, drugi tej... Jak ona się nazywa? Lin­nea od Wód?

- Leoni - popra­wiła go pół­gło­sem Hanne.

Nina sły­szała o napa­dzie na sklep od swo­ich ludzi w Hring­sie, siatce szpie­gow­skiej wal­czą­cej o wyzwo­le­nie gri­szów na tery­to­rium Fjerdy. Towary z jatki wylą­do­wały na ulicy, kre­densy i regały poroz­bi­jano i roz­wle­czono, żeby zna­leźć ukryte reli­kwie: pali­czek z palca Sło­necz­nej Świę­tej i nama­lo­waną przez ama­tora ikonę pięk­nej Leoni z wło­sami zaple­cio­nymi w war­ko­cze, która roz­po­ście­rała ramiona, by wysą­czyć tru­ci­znę z rzeki i oca­lić mia­sto.

- To nawet gor­sze niż po pro­stu odda­wa­nie czci świę­tym - cią­gnął Brum, dźga­jąc powie­trze pal­cem, jakby poczuł się oso­bi­ście przez nie ura­żony. - Ci ludzie twier­dzą, że gri­szo­wie są uko­cha­nymi dziećmi Djela. Że ich moc jest w rze­czy­wi­sto­ści dowo­dem jego bło­go­sła­wień­stwa!

Od tych słów Ninę zakłuło w sercu. Mat­thias tak wła­śnie mówił, tuż przed śmier­cią. Przy­jaźń z Hanne pomo­gła jej zale­czyć tamtą ranę. Ta misja, ten nowy cel też pomo­gły, ale ból nie znik­nął i przy­pusz­czała, że już ni­gdy nie znik­nie. Życie Mat­thiasa zostało skra­dzione, nie miał szans zna­leźć wła­snego celu w życiu.

Zro­bi­łem swoje, naj­droż­sza. Chro­ni­łem cię do samego końca.

Prze­łknęła grudę w gar­dle.

- Hanne? - wykrztu­siła z wysił­kiem. - Mia­ła­byś ochotę na wodę mio­dową?

Wola­łaby wpraw­dzie wino, może nawet coś jesz­cze moc­niej­szego, ale Fjer­dan­kom nie wolno było pić alko­holu - na pewno nie w miej­scu publicz­nym.

Sprze­dawca uśmiech­nął się do nich, ale na widok mun­duru Bruma roz­dzia­wił usta ze zdu­mie­nia.

- Komen­dant Brum! Gorący napój dla pań­skiej rodziny? Coś na pokrze­pie­nie w ten chłodny dzień?

Bar­czy­sty kupiec miał gruby kark i sumia­ste rude wąsy. Wyta­tu­owane na prze­gu­bach dłoni kręgi fal zdra­dzały, że w prze­szło­ści mógł być żegla­rzem. Albo kimś wię­cej.

Patrząc, jak kupiec i Brum podają sobie ręce, Nina doznała oso­bli­wego poczu­cia roz­dwo­je­nia. Bli­sko dwa lata temu, nie­da­leko miej­sca, w któ­rym się teraz znaj­do­wali, wal­czyła z tym czło­wie­kiem. Zmie­rzyła się z dowódcą drüskelle w swo­jej praw­dzi­wej postaci, jako Nina Zenik, z jurdą parem buzu­jącą w żyłach. Nar­ko­tyk pozwo­lił jej sta­wić czoło setce żoł­nie­rzy, uczy­nił ją nie­wraż­liwą na kule i na zawsze zmie­nił jej dar gri­szów: od tam­tej pory posia­dła wła­dzę nad umar­łymi. Oszczę­dziła wów­czas Bruma, ale zdarła mu skalp. To za jej sprawą był dziś łysy, a pod­stawę czaszki oka­lała mu wąska bli­zna, jak gruby, różowy szczu­rzy ogon.

To Mat­thias ubła­gał ją o łaskę - dla swo­jego ludu i dla czło­wieka, który był dla niego jak drugi ojciec. Po dziś dzień nie była pewna, czy dobrze zro­biła, przy­sta­jąc na jego prośbę. Gdyby zabiła Bruma, nie pozna­łaby Hanne, może w ogóle nie wró­ci­łaby do Fjerdy. Może Mat­thias na­dal by żył. Kiedy za dużo roz­my­ślała o prze­szło­ści, zatra­cała się w niej i błą­dziła wśród wszyst­kiego, co mogło być, a nie było - a teraz nie mogła sobie na to pozwo­lić. Mimo fał­szy­wej toż­sa­mo­ści i mistrzow­sko prze­for­mo­wa­nej przez Genyę twa­rzy nie prze­stała być gri­szą, żoł­nierką Dru­giej Armii i ravkań­skim szpie­giem.

Zacho­waj czuj­ność, Zenik, zbesz­tała się w duchu.

Brum chciał zapła­cić sprze­dawcy wody mio­do­wej, ale ten odmó­wił przy­ję­cia pie­nię­dzy.

- To pre­zent z oka­zji Vinetkälli, komen­dan­cie. Niech twoje noce będą krót­kie, a twój puchar zawsze pełny.

Od strony sceny dobie­gły wesołe dźwięki fuja­rek i bęb­nów obwiesz­cza­jące począ­tek przed­sta­wie­nia. Kur­tyna poszła w górę, odsła­nia­jąc nama­lo­wane urwi­sko, pod któ­rym roz­ło­żył się malutki targ. Widzo­wie zare­ago­wali entu­zja­stycz­nymi okla­skami: oto mieli przed sobą Djer­holm, mia­sto, w któ­rym się znaj­do­wali, opa­trzone trans­pa­ren­tem Histo­ria Lodo­wego Dworu.

- Widzisz, Jarl? - ode­zwała się Ylva. - Żad­nych beze­ceństw. Porządna, patrio­tyczna histo­ria.

Brum spoj­rzał z roz­tar­gnie­niem na zega­rek.

Na co on tak czeka? - zdzi­wiła się Nina.

Roko­wa­nia pomię­dzy Fjerdą i Ravką trwały, Fjerda nie wypo­wie­działa jesz­cze wojny, ale Nina czuła, że bitwa jest nie­uchronna. Brum będzie do niej parł za wszelką cenę. Prze­ka­zała wszyst­kie infor­ma­cje, jakie udało jej się zdo­być, kiedy pod­słu­chi­wała go pod drzwiami i pod­czas posił­ków, ale to nie wystar­czyło.

Brzęk­nęły czy­nele i roz­po­częła się opo­wieść o Egmon­dzie, małym geniu­szu, który już w dzie­ciń­stwie pro­jek­to­wał i budo­wał nie­zwy­kłe zamki i inne wspa­niałe gma­chy. Akro­baci poroz­cią­gali dłu­ga­śne pasma jedwab­nych nici, two­rząc z nich nie­bo­tyczną rezy­den­cję z mnó­stwem sza­rych iglic i lśnią­cych łuków. Publika kla­skała z zapa­łem, ale aktor o wynio­słym wyra­zie twa­rzy - ary­sto­krata, który nie zamie­rzał pła­cić za swój wymyślny nowy dom - prze­klął Egmonda i młody, przy­stojny archi­tekt został zakuty w kaj­dany i zawle­czony do sta­rego zamku, który stał nie­gdyś na szczy­cie wzno­szą­cego się nad por­tem urwi­ska.

Sce­ne­ria się zmie­niła: Egmond sie­dział w celi, dud­nie­nie bęb­nów zapo­wia­dało nadej­ście potęż­nego sztormu. Błę­kitne jedwabne fale prze­lały się przez scenę, sym­bo­li­zu­jąc powódź: woda pode­szła pod zamek, w któ­rym znaj­do­wali się król i kró­lowa Fjerdy.

Praca szpiega nie spro­wa­dzała się do opa­no­wa­nia języka i przy­swo­je­nia sobie paru lokal­nych zwy­cza­jów, dla­tego Nina znała rów­nież fjer­dań­skie mity i legendy. W tej czę­ści opo­wie­ści Egmond powi­nien dotknąć korzeni drzewa, które roz­sa­dziły ścianę celi, i - czer­piąc z mocy Djela - użyć siły świę­tego jesionu do wzmoc­nie­nia murów zamku, oca­lić króla i kró­lową i poło­żyć fun­da­menty pod budowę potęż­nego Lodo­wego Dworu.

Zamiast tego na scenę wyszły trzy postaci: kobieta oble­czona w czer­wone papie­rowe róże, młoda dziew­czyna w bia­łej peruce, z wień­cem z jele­niego poroża na szyi, i czar­no­włosa kobieta w nie­bie­skiej sukni.

- A to kto? - nastro­szył się Brum.

Zbio­rowe sap­nię­cie, z jakim widzo­wie wstrzy­mali oddech, wyja­śniało wszystko: na scenę wyszły Sankta Liza­beta od Róż, Sło­neczna Święta Alina Star­kov oraz - to było zna­ko­mite posu­nię­cie, zda­niem Niny - Zoya Nazy­alen­sky, burzowa wiedźma.

Każda ze świę­tych poło­żyła jedną dłoń na ramie­niu Egmonda, a drugą przy­tknęła do ściany celi. Poskrę­cane pasma tka­niny miały sym­bo­li­zo­wać roz­ra­sta­nie się i roz­wi­ja­nie jesionu Djela, niczym roz­cho­dze­nie się korzeni pod zie­mią.

- Dość tego! - powie­dział Brum.

Jego pod­nie­siony głos poniósł się nad tłu­mem. Na pozór brzmiał cał­kiem spo­koj­nie, ale Nina wychwy­ciła w nim draż­liwą nutę. Brum ruszył w stronę sceny. Drüskelle podą­żyli za nim, się­ga­jąc po zawie­szone u pasa pałki i bicze.

- Pogoda się psuje - dodał Brum. - Dokoń­czy­cie póź­niej.

- Zostaw­cie ich w spo­koju! - zawo­łał z tłumu jakiś męż­czy­zna.

Gdzieś roz­pła­kało się dziecko.

- Czy to część przed­sta­wie­nia? - zapy­tała skon­ster­no­wana kobieta.

- Powin­ny­śmy iść - powie­działa Ylva, pró­bu­jąc odcią­gnąć Hanne i Ninę od sceny.

Ale gęst­nie­jący tłum napie­rał w prze­ciw­nym kie­runku.

- Rozejść się - pole­cił wład­czym tonem Brum. - Sta­wia­nie oporu będzie karane aresz­tem i grzywną.

Nagle nad por­tem prze­to­czył się grzmot - praw­dziwy burzowy grzmot, nie meta­liczny tur­kot teatral­nych bęb­nów. Ciemne chmury zasnuły niebo tak szybko, jakby zapa­dał zmierzch. Morze ożyło, fale się spie­niły, statki na kotwi­cach się roz­ko­ły­sały.

- Djel się zło­ści - powie­dział ktoś w tłu­mie.

- To święci się złosz­czą! - odkrzyk­nął ktoś inny.

- Rozejść się! - powtó­rzył Brum, prze­krzy­ku­jąc tumult nad­cią­ga­ją­cej burzy.

- Patrz­cie!

Od zatoki pędziła ku nim fala. Rosła z każdą chwilą, ale zamiast roz­trza­skać się o falo­chron, wspięła się na nabrzeże i ściana wzbu­rzo­nej wody zawi­sła nad tłu­mem. Ludzie zaczęli krzy­czeć, a fala jakby skrę­ciła się w powie­trzu i runęła w dół - pro­sto na Bruma i jego żoł­nie­rzy. Oba­liła ich na zie­mię i roz­pra­so­wała na bruku.

Gapie jesz­cze przez chwilę wstrzy­my­wali oddech, a potem zgod­nie wybuch­nęli śmie­chem.

- Jarl! - Ylva rzu­ciła się Bru­mowi na pomoc.

- Zacze­kaj, mamo - powstrzy­mała ją Hanne. - Na pewno wolałby nie oka­zy­wać sła­bo­ści.

- Sankta Zoya! - zawo­łał ktoś. - To ona spro­wa­dziła burzę!

Kil­koro widzów uklęk­nęło.

- Święci! - roz­legł się inny głos - Święci widzą i chro­nią swo­ich wier­nych.

Morze się burzyło, fale wyglą­dały, jakby tań­czyły.

Brum dźwi­gnął się na nogi, czer­wony na twa­rzy i prze­mo­czony do suchej nitki.

- Wsta­wać! - wark­nął, poma­ga­jąc wstać mło­dym pod­ko­mend­nym. W następ­nej chwili wpa­ro­wał w tłum, żeby wywlec poboż­ni­siów za koł­nierz. - Natych­miast wstań­cie z kolan albo aresz­tuję was wszyst­kich za wichrzy­ciel­stwo i here­zję!

- Myślisz, że posu­nę­ły­śmy się za daleko? - spy­tała Hanne szep­tem i ści­snęła dłoń Niny.

- Raczej nie dość daleko - odparła pół­gło­sem Nina.

Samo przed­sta­wie­nie i wielka fala miały tylko odwró­cić uwagę. Akto­rzy wysta­wia­jący sztukę nale­żeli do siatki Hringsy. Fala była dzie­łem akwa­tyka dzia­ła­ją­cego dys­kret­nie z pokładu jed­nego z cumu­ją­cych w por­cie stat­ków. Teraz zaś, kiedy Jarl Brum i jego ludzie wryli się w ciżbę, sprze­dawca wody mio­do­wej - który na samym początku przed­sta­wie­nia skrył się w pobli­skim zaułku - wyko­nał szybki gest rękami, jakby roz­ga­niał chmury.

Słońce wyj­rzało zza chmur, jego pro­mie­nie padły na znisz­czony dwa dni wcze­śniej sklep rzeź­nika. Ściana sklepu z początku wyda­wała się pusta - dopóki kra­marz nie odkor­ko­wał butelki pod­rzu­co­nej mu przez Ninę do wózka. Chmura amo­niaku owio­nęła mur, na któ­rym obja­wiła się nagry­zmo­lona wia­do­mość: Lin­hol­menn fe Djel ner werre peje.

"Dzieci Djela są wśród was".

To była tania jar­marczna sztuczka, w prze­szło­ści Nina i inne sie­roty wyko­rzy­sty­wali ją do prze­ka­zy­wa­nia sobie taj­nych wia­do­mo­ści - ale, jak nie­dawno nauczyła się w Ket­ter­da­mie, pod­stawą każ­dego dobrego prze­krętu było efek­towne wido­wi­sko. Dookoła niej ludzie gapili się na wypi­sane na ścia­nie słowa, poka­zy­wali pal­cami na morze, które nagle się uspo­ko­iło, i na chmury odpły­wa­jące z powro­tem w dal. Sprze­dawca wody mio­do­wej nie­dba­łym gestem zatarł ręce i wró­cił do swo­jego kramu.

Czy to coś zmieni? Tego nie wie­działa, ale takie i podobne małe cuda wyda­rzały się ostat­nio w całej Fjer­dzie. W Hja­rze uszko­dzona łódź rybacka miała wła­śnie pójść na dno, gdy cała zatoka zamar­zła i żegla­rze bez­piecz­nie wró­cili po lodzie do domu, oca­liw­szy przy tym cały połów. Następ­nego ranka na murze kościoła poja­wił się wize­ru­nek świę­tej latarni mor­skiej Sankt Vla­di­mira.

W Fel­sted mimo chłod­nej aury jabło­nie w sadzie buch­nęły kwie­ciem, jakby muśnięte cie­płym doty­kiem Sankt Feliksa. Oka­zało się, że konary drzew są przy­stro­jone gałąz­kami jesionu: sym­bo­lem bło­go­sła­wień­stwa Djela.

Połowa miesz­kań­ców małego Kje­reku nagle zapa­dła na ospę ogni­stą, co ozna­czało dla nich nie­mal pewny wyrok śmierci. Tyle że następ­nego dnia o świ­cie jeden z gospo­da­rzy doświad­czył wizji: nad mia­stecz­kiem uno­siła się Sankta Ana­sta­sia w wieńcu z jesio­no­wych liści na gło­wie. Miesz­kańcy prze­bu­dzili się zdrowi, bez gorączki i wrzo­dów na skó­rze.

Cuda były dzie­łem Hringsy i szpie­gów Dru­giej Armii. Akwa­tycy skuli zatokę lodem, ale wcze­śniej wywo­łali sztorm, który uszko­dził łódź. Szkwal­nicy ścią­gnęli na Fel­sted wcze­sny przy­mro­zek, a żoł­nie­rze słońca wywo­łali kwit­nie­nie drzew. Agenci Hringsy nie spro­wa­dzili wpraw­dzie ospy na Kje­rek, ale dopil­no­wali, by na miej­scu zna­leźli się soma­tycy, któ­rzy uzdro­wili miesz­kań­ców. Co się zaś tyczy wizji Ana­sta­sii... To naprawdę nie do wiary, jak wiele można zdzia­łać za pomocą rudej peruki i odro­biny teatral­nego oświe­tle­nia.

A potem nie­zwy­kła plaga zaata­ko­wała pół­noc Djer­holmu. Nina nie miała poję­cia, skąd się wzięła, czy była natu­ral­nym zja­wi­skiem, czy dzie­łem jakie­goś zbun­to­wa­nego agenta Hringsy, sły­szała jed­nak plotki o tym, że to zemsta Bez­gwiezd­nego Świę­tego za prze­śla­do­wa­nia reli­gijne i aresz­to­wa­nia doko­ny­wane przez ludzi Bruma.

Z początku wąt­piła, czy ich cuda cokol­wiek zmie­nią; bała się, że wszel­kie ich wysiłki zostaną zlek­ce­wa­żone jak dzie­cinne żar­ciki i do niczego nie dopro­wa­dzą. Tym­cza­sem fakt, że Brum anga­żo­wał coraz więk­sze siły i środki w próbę wyru­go­wa­nia kultu świę­tych, wskrze­sił w niej utra­coną nadzieję.

Komen­dant wró­cił do nich cięż­kim kro­kiem, z twa­rzą wykrzy­wioną w gry­ma­sie gniewu. Trudno go było poważ­nie trak­to­wać, kiedy wyglą­dał jak zmo­kła kura, któ­rej w dodatku w każ­dej chwili może wysko­czyć z buta zabłą­kana ryba. Mimo to Nina spu­ściła głowę i przy­brała obo­jętny wyraz twa­rzy. Brum był w tej chwili nie­bez­pieczny jak gotowa do deto­na­cji mina; co innego być znie­na­wi­dzo­nym, co innego zaś - wyśmie­wa­nym. Ale o to jej wła­śnie cho­dziło: żeby Fjerda prze­stała widzieć w Bru­mie i jego drüskelle ludzi, któ­rych należy się bać, i dostrze­gła, kim są naprawdę - zestra­cha­nymi tyra­nami, któ­rymi należy pogar­dzać, zamiast się im przy­po­chle­biać.

- Odpro­wa­dzę rodzinę do Lodo­wego Dworu - mruk­nął do swo­ich ludzi. - A wy spisz­cie nazwi­ska, wszyst­kie. Wszyst­kich akto­rów i wszyst­kich widzów na placu.

- Ale tłum...

Brum zmru­żył groź­nie oczy.

- Nazwi­ska - powtó­rzył z naci­skiem. - To mi śmier­dzi robotą Hringsy. Jeżeli gri­szo­wie są w mojej sto­licy, cho­dzą po moich uli­cach, chcę o tym wie­dzieć.

Gri­sza mieszka w twoim domu, pomy­ślała z satys­fak­cją Nina.

- Nie szar­żuj - ostrze­gła ją pół­gło­sem Hanne.

- Za późno.

Wsie­dli do prze­stron­nego powozu. Król i kró­lowa poda­ro­wali Bru­mowi jeden z tych nowych, hała­śli­wych pojaz­dów, które nie wyma­gały zaprzę­ga­nia koni, ale Ylva wolała pojazd nie­par­ska­jący czar­nym dymem i nie gro­żący zepsu­ciem się na stro­mym pod­jeź­dzie do Lodo­wego Dworu.

- Po co ci to, Jarl? - zagad­nęła Ylva, gdy otu­lił ich kom­fort aksa­mit­nych sie­dzeń. - Im ostrzej zare­agu­je­cie na te przed­sta­wie­nia, tym śmie­lej będą je wysta­wiali.

Nina spo­dzie­wała się, że Brum wybuch­nie gnie­wem, on jed­nak długo mil­czał, patrząc przez okno na falu­jące w dole szare morze. Kiedy w końcu prze­mó­wił, jego głos był spo­kojny i mia­rowy, a gniew okieł­znany.

- Powi­nie­nem był nad sobą zapa­no­wać - przy­znał i wziął żonę za rękę.

Nina zwró­ciła uwagę, jak silny wpływ miał ten drobny gest na Hanne, dostrze­gła w jej oczach prze­lotny cień wyrzu­tów sumie­nia. Jej samej łatwo było nie­na­wi­dzić Bruma, widzieć w nim wyłącz­nie złego czło­wieka, któ­rego należy znisz­czyć. Był jed­nak ojcem Hanne i w takich chwi­lach jak ta - kiedy był łagodny, roz­sądny, sym­pa­tyczny - zupeł­nie nie wyglą­dał na potwora. Był po pro­stu czło­wie­kiem, który chce dla swo­jego kraju jak naj­le­piej.

- Pro­blem nie ogra­ni­cza się jed­nak do burdy na tar­go­wi­sku - pod­jął znu­żo­nym gło­sem. - Jeżeli ludzie zaczną postrze­gać naszych wro­gów jako świę­tych...

- Mamy prze­cież fjer­dań­skich świę­tych - pod­su­nęła jakby z nadzieją Hanne.

- Ale oni nie są gri­szami.

Nina ugry­zła się w język. Może są, może nie są. Sënj Egmond, wielki archi­tekt, miał się ponoć modlić do Djela, by ten wzmoc­nił fun­da­menty Lodo­wego Dworu dla ochrony przed sztor­mem. Ist­niały jed­nak także inne legendy, takie, w któ­rych modlił się do świę­tych. Nie­któ­rzy wie­rzyli, że doko­ny­wane przez niego cuda nie miały nic wspól­nego z boską inter­wen­cją i były efek­tem dzia­ła­nia daru gri­szów; że Egmond był po pro­stu uta­len­to­wa­nym fabry­ka­to­rem, zdol­nym kształ­to­wać metal i kamień wedle swej woli.

- Fjer­dań­scy święci byli praw­dzi­wymi świę­tymi ludźmi - mówił dalej Brum. - Wybrań­cami Djela, nie tam­tych... demo­nów. Ale to nie wszystko. Roz­po­zna­ły­ście trze­cią z tych para­du­ją­cych po sce­nie świę­tych? To była Zoya Nazy­alen­sky, gene­rał Dru­giej Armii. W tej kobie­cie nie ma nic świę­tego ani natu­ral­nego.

- Kobieta jest gene­ra­łem? - zapy­tała Hanne z miną nie­wi­niątka.

- O ile takie coś można w ogóle nazwać kobietą. Jest uoso­bie­niem wszyst­kiego co ohydne i odra­ża­jące. Gri­szo­wie to esen­cja Ravki. Fjer­da­nie wyzna­jący tych fał­szy­wych świę­tych... ślu­bują lojal­ność obcemu pań­stwu, i to pań­stwu, z któ­rym za chwilę będziemy w sta­nie wojny. Dla­tego ta nowa reli­gia sta­nowi poważ­niej­sze zagro­że­nie niż ewen­tu­alna porażka na polu bitwy. Jeżeli stra­cimy tych ludzi, prze­gramy, zanim walka w ogóle się roz­pocz­nie.

Pod warun­kiem, że zro­bię, co do mnie należy, dopo­wie­działa w duchu Nina.

Musiała liczyć na to, że miłość zwy­kłych Fjer­dan do wła­snych synów i córek prze­waża nad nie­na­wi­ścią, jaką żywią wobec gri­szów, i że więk­szość z nich zna kogoś, kto musiał znik­nąć: przy­ja­ciel, sąsiadka, może nawet ktoś z rodziny; kobieta, która porzu­ciła rodzinę i całe dawne życie z obawy przed odkry­ciem jej mocy; chło­piec porwany nocą z domu, pod­dany tor­tu­rom, a następ­nie zamor­do­wany przez sie­pa­czy drüskelle. Może dzięki jej małym cudom Fjerda zyska coś, wokół czego będzie mogła się zjed­no­czyć. Może znaj­dzie powód, by odrzu­cić nie­na­wiść i strach, które od dawna sta­no­wiły broń w rękach Bruma.

- Obec­ność Appa­rata podaje w wąt­pli­wość wszystko, o co wal­czymy - cią­gnął Brum. - Jak mam wyru­go­wać obce wpływy z naszych miast, jeżeli w sercu naszego rządu zasiada here­tyk? My wycho­dzimy na hipo­kry­tów, a on ma szpie­gów w każ­dym kącie.

Ylva się wzdry­gnęła.

- Roz­ta­cza nie­po­ko­jącą aurę - powie­działa.

- To wszystko na pokaz. Ta broda, te ciemne szaty... Lubi stra­szyć kobiety swo­imi dzi­wacz­nymi oświad­cze­niami i cza­je­niem się w naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cych miej­scach, ale w grun­cie rze­czy jest zwy­kłym kra­czą­cym pta­szy­skiem. Poza tym potrze­bu­jemy go, jeśli mamy osa­dzić Demi­dova na tro­nie. Popar­cie kapłana będzie dla Ravkań­czy­ków bar­dzo ważne.

- Zala­tuje od niego cmen­ta­rzem - powie­działa Hanne.

- To tylko kadzi­dło. - Brum zabęb­nił pal­cami o półkę pod oknem. - Trudno powie­dzieć, w co naprawdę wie­rzy. Twier­dzi, że król Ravki jest opę­tany przez demony, a święci nama­ścili Vadika Demi­dova na pra­wo­wi­tego władcę kraju.

- Skąd w ogóle wziął się ten Demi­dov? - zacie­ka­wiła się Nina. - Bar­dzo chcia­ła­bym go poznać.

- Dobrze go pil­nu­jemy, na wypa­dek gdyby jakie­muś ravkań­skiemu zabójcy przy­szła ochota go odstrze­lić.

Szkoda, pomy­ślała Nina.

- Naprawdę jest Lan­co­vem? - dopy­ty­wała dalej.

- Ma więk­sze prawo do tronu niż ten bękart Niko­łaj.

Powóz zatrzy­mał się z szarp­nię­ciem i zaczęli wysia­dać. Nim stopa Niny zdą­żyła dotknąć żwiru na ścieżce, żoł­nierz pod­biegł do Bruma i wrę­czył mu zło­żony arkusz papieru. Ninie mignęła kró­lew­ska pie­częć: srebrny wosk i wilk Grim­je­rów w koro­nie na gło­wie.

Brum zła­mał pie­częć i prze­czy­tał list. Kiedy pod­niósł wzrok, serce Niny zamarło. Mimo upo­ko­rze­nia, jakiego doświad­czył w por­cie, Brum pro­mie­niał.

- Już czas - powie­dział.

Ylva uśmiech­nęła się smutno w odpo­wie­dzi.

- Zatem zosta­wisz nas. Co wie­czór będę cze­kała z ser­cem peł­nym lęku.

- Bez obaw. - Brum scho­wał list do kie­szeni mun­duru. - Nie mają z nami szans. To nasz czas.

Miał rację. Fjer­da­nie mieli czołgi. Mieli też jeń­ców - gri­szów uza­leż­nio­nych od parem. Ich zwy­cię­stwo było prze­są­dzone. Zwłasz­cza że Ravka została cał­kiem sama, bez sojusz­ni­ków.

Powin­nam tam być, pomy­ślała Nina. Tam jest moje miej­sce.

- Udaje się pan w daleką podróż? - zapy­tała.

- By­naj­mniej. Milu, nie lękaj się! Aż tak nie­wiele wiary we mnie pokła­dasz?

Odpo­wie­działa wysi­lo­nym uśmie­chem.

- Skądże. Po pro­stu oba­wiam się o pań­skie bez­pie­czeń­stwo, jak my wszyst­kie. Cze­kaj­cie, wezmę wasze płasz­cze, a wy wejdź­cie już do środka, ogrzej­cie się. Powin­ni­ście nacie­szyć się każdą wspólną chwilą przed wyjaz­dem komen­danta.

- Jesteś praw­dzi­wym bło­go­sła­wień­stwem, Milu - przy­znała z czu­ło­ścią Ylva.

Nina wzięła od niej płaszcz, zabrała także okry­cia Hanne i Bruma... i od razu się­gnęła do kie­szeni, do któ­rej komen­dant wło­żył list.

Nad­cią­gała wojna.

Nina musiała powia­do­mić króla.

3. Niko­łaj

3 Niko­łaj

Niko­łaj pró­bo­wał uspo­koić ner­wo­wego rumaka, pokle­pu­jąc go po zadzie. Sta­jenny suge­ro­wał, że król nie powi­nien dosia­dać wierz­chowca imie­niem Puenta, ale Niko­łaj miał sła­bość do małej sro­ka­tej kla­czy z kośla­wymi uszami. Puenta na pewno nie była naj­pięk­niej­szym oka­zem w kró­lew­skich staj­niach, potra­fiła za to nie­zmor­do­wa­nie biec przez wiele mil i była z natury nie­wzru­szona jak kamień. Zazwy­czaj, bo aku­rat w tej chwili nie mogła ustać spo­koj­nie w miej­scu, krę­ciła się, tań­czyła na boki i szar­pała wodze. Nie podo­bało jej się to miej­sce.

Niko­łaj wcale jej się nie dzi­wił.

- Powiedz­cie, że nie widzę tego, co mi się wydaje, że widzę - ode­zwał się, żywiąc skromną nadzieję w sercu.

- A co ci się wydaje, że widzisz? - spy­tała Tamar.

- Masowe znisz­cze­nia. Pewną zagładę.

- Nie do końca pewną - zapro­te­sto­wała Zoya.

Niko­łaj spoj­rzał na nią z ukosa. Ścią­gnęła czarne włosy w kucyk i prze­wią­zała gra­na­tową wstążką. Było to nie­zwy­kle prak­tyczne roz­wią­za­nie, miało jed­nak tę wadę, że odczu­wał nie­ustanną pokusę roz­wią­za­nia wstążki.

- Czyż­bym wyczu­wał opty­mizm u mojego naj­bar­dziej pesy­mi­stycz­nego gene­rała?

- Praw­do­po­dobną zagładę - spre­cy­zo­wała i deli­kat­nie ścią­gnęła wodze swo­jej bia­łej kla­czy. Wszyst­kie konie były nie­spo­kojne.

Jutrzenka zakra­dła się do Yar­je­no­szu, różowa poświata kła­dła się na uli­cach i dachach. Na pastwi­skach pod mia­stem pasło się stado kuców, które mimo gęstej i dłu­giej zimo­wej sier­ści przy­tu­py­wały z zimna. Cała scena mogłaby być uro­kliwa - kra­jo­braz jak ze snu, w sam raz dla mala­rza pra­cu­ją­cego na zle­ce­nie boga­tego kupca z nad­mia­rem gotówki i nie­do­stat­kiem dobrego smaku - gdyby nie połać mar­twej popie­la­tej ziemi, pla­miąca oko­licę jak kleks roz­chla­pa­nego atra­mentu. Pora­żony plagą obszar cią­gnął się od odle­głych wybie­gów na tere­nie stad­niny aż do skra­jów mia­steczka.

- Dwie mile? - zga­dy­wał Niko­łaj, sza­cu­jąc roz­miar znisz­czeń.

- Co naj­mniej - potwier­dził Tolya przy­glą­da­jący się oko­licy przez długą lunetę. - Może nawet trzy.

- Dwa razy więk­szy obszar niż pod Bala­ki­re­vem.

- Jest coraz gorzej - zauwa­żyła Tamar.

- Nie wia­domo - zaopo­no­wał Tolya. Podob­nie jak sio­stra, miał na sobie oliw­ko­wo­bru­natny mun­dur. Mimo chłodu pod­wi­nął rękawy, odsła­nia­jąc musku­larne ramiona z wyta­tu­owa­nymi wize­run­kami słońca. - To jesz­cze nie musi być żadna pra­wi­dło­wość.

- To Ravka! - prych­nęła Tamar. - Tu może być tylko gorzej.

- To jest pra­wi­dło­wość. - Spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu Zoi prze­śli­znęło się po wid­no­kręgu. - Ale czy to jego pra­wi­dło­wość?

- A w ogóle jest taka moż­li­wość? - spy­tał Tolya. - Trzy­mamy go zamknię­tego w sło­necz­nej celi, odkąd... powró­cił.

Powró­cił.

Oso­bli­wie to brzmiało, tak jakby Zmrocz po pro­stu wró­cił z waka­cji na Wyspie Tuła­czej, gdzie dla roz­rywki szki­co­wał ruiny zam­ków i zaja­dał się lokal­nymi potra­wami. Jakby wcale nie został przy­wró­cony do życia w pra­sta­rym rytu­ale zapla­no­wa­nym przez krwio­żer­czą świętą mającą sła­bość do psz­czół.

- Sta­ram się nie lek­ce­wa­żyć naszego zna­mie­ni­tego więź­nia - powie­dział Niko­łaj. - Jeśli zaś cho­dzi o to, co jest, a co nie jest moż­liwe...

Prawdę mówiąc, to słowo stra­ciło dla niego wszelki sens. Sta­nął oko w oko ze świę­tymi, był świad­kiem ich uni­ce­stwie­nia i sam omal nie zgi­nął, a na koniec został opę­tany przez demona. Dawno nie­ży­jący czło­wiek zmar­twych­wstał na jego oczach. Był też pewien, że w ciele sto­ją­cej obok niego kobiety skrywa się duch pra­sta­rego smoka. Jeżeli "moż­liwe" było rzeką, to rzeka ta dawno wystą­piła z brze­gów.

- Patrz­cie - powie­dział Tolya. - Dym.

- I jeźdźcy - dodała Tamar. - Będą kło­poty.

Na obrze­żach mia­sta, bli­sko miej­sca zaata­ko­wa­nego przez plagę, Niko­łaj dostrzegł grupę kon­nych. Wiatr niósł ich pod­nie­sione głosy.

- Sulij­skie wozy - zauwa­żyła oschle Zoya.

Roz­legł się strzał.

Spoj­rzeli po sobie i ruszyli z kopyta na dół, w dolinę.

Dwie grupy ludzi stały naprze­ciwko sie­bie w cie­niu olbrzy­miego cedru, tuż poza gra­nicą obszaru, na któ­rym plaga pozba­wiła zie­mię wszel­kiego życia. Znaj­do­wali się na skraju sulij­skiego obo­zo­wi­ska i było oczy­wi­ste, że wozy usta­wiono w spo­sób zapew­nia­jący nie tylko wygodę, ale także ochronę. Ni­gdzie nie było widać dzieci, Sulij­czycy przy­go­to­wali się na odpar­cie ataku - może dla­tego, że zawsze musieli być na to przy­go­to­wani. Stare prze­pisy ogra­ni­cza­jące im moż­li­wość podró­żo­wa­nia i posia­da­nia ziemi znie­siono, zanim ojciec Niko­łaja zasiadł na tro­nie, ale uprze­dzeń nie dało się rów­nie łatwo wykre­ślić z kodek­sów. A w cięż­kich cza­sach Sulij­czy­kom zawsze żyło się trud­niej. Sto­jąca przed nimi tłusz­cza - nie było na to innego dobrego okre­śle­nia - była tego naj­lep­szym dowo­dem.

- Odstąp­cie! - zawo­łał Niko­łaj, gdy tylko zna­leźli się bli­żej, ale tylko dwie osoby odwró­ciły się na dźwięk jego głosu i spoj­rzały na nich.

Tolya wysfo­ro­wał się naprzód i pchnął cięż­kiego rumaka wprost mię­dzy dwie zwa­śnione grupy.

- W imie­niu króla naka­zuję wam zło­żyć broń! - zagrzmiał. Wyglą­dał jak święty-wojow­nik, który z kart książki zstą­pił na świat.

- Impo­nu­jące - przy­znał Niko­łaj.

- Popi­suje się - powie­działa Tamar.

- Nie bądź małost­kowa. Kiedy czło­wiek jest wielki jak dąb, powi­nien mieć z tego tytułu jakieś przy­wi­leje.

Zarówno miesz­kańcy mia­steczka, jak i Sulij­czycy cof­nęli się o krok, roz­dzia­wiw­szy usta na widok odzia­nego w mun­dur olbrzyma z Shu Hanu z potęż­nymi, wyta­tu­owa­nymi rękami. Niko­łaj roz­po­znał Kiryła Mirova, miej­sco­wego guber­na­tora. Mirov zbił mają­tek na han­dlu solo­nym dor­szem i pro­duk­cji nowych środ­ków loko­mo­cji gwał­tow­nie wypie­ra­ją­cych tra­dy­cyjne wozy i powozy. Nie wywo­dził się z ary­sto­kra­cji, był nato­miast sza­le­nie ambitny. Chciał być trak­to­wany poważ­nie jako przy­wódca, dla­tego stale czuł, że ma coś do udo­wod­nie­nia. Z takimi zawsze są kło­poty.

- Dzień dobry! - zawo­łał wesoło Niko­łaj, w lot chwy­ta­jąc pod­su­niętą przez Tolyę oka­zję. - Czyż­by­śmy spo­tkali się wszy­scy na wcze­snym śnia­da­niu?

Ludzie z mia­steczka zgięli się w głę­bo­kich ukło­nach. Sulij­czycy tego nie zro­bili. Nie uzna­wali kró­lów.

- Wasza Wyso­kość - ode­zwał się Mirov, szczu­pły męż­czy­zna z obwi­słymi policz­kami jak z roz­to­pio­nego wosku. - Nie mia­łem poję­cia, że Wasza Wyso­kość jest w pobliżu. Gdy­bym wie­dział, wyje­chał­bym na spo­tka­nie.

- Co tu się dzieje? - zapy­tał spo­koj­nie Niko­łaj, sta­ra­jąc się nie popaść w oskar­ży­ciel­ski ton.

- Zobacz­cie, co zro­bili z naszymi polami! - wykrzyk­nął jeden z ludzi Mirova. - I z mia­stem! Dzie­sięć domów znik­nęło, roz­wiały się jak dym! Dwie rodziny prze­pa­dły bez śladu, i jesz­cze Gavosz, nasz tkacz.

"Roz­wiały się jak dym". Podobne sygnały docho­dziły z innych rejo­nów Ravki: plaga ude­rzała zni­kąd, fala cie­nia zagar­niała mia­sta, zie­mie uprawne, porty, a wszystko, czego tknęła, roz­pły­wało się w nicość, zni­kało jak zdmuch­nięty pło­mień świecy. Zosta­wiała po sobie pola i lasy cał­ko­wi­cie pozba­wione życia. Podobno ludzie nazy­wali ją "kiły­kłavą", wam­pi­rem, mitycz­nym potwo­rem.

- To nie tłu­ma­czy, dla­czego doby­li­ście broni - zauwa­żył z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem Niko­łaj. - Wyda­rzyło się coś strasz­nego, ale Sulij­czycy nie są temu winni.

- Ich obóz pozo­stał nie­tknięty - zauwa­żył Mirov. Niko­ła­jowi nie podo­bała się mia­rowa kaden­cja jego głosu: co innego pró­bo­wać uspo­koić war­czą­cego psa, a co innego nego­cjo­wać z czło­wie­kiem, który się oko­pał na umoc­nio­nej pozy­cji. - To... to coś, ta potwor­ność nad­cią­gnęła dosłow­nie kilka dni po tym, jak zja­wili się na naszej ziemi.

- Na waszej ziemi? - powtó­rzył Sulij­czyk sto­jący w samym środku swo­jej grupy. - Sulij­czycy zamiesz­ki­wali wszyst­kie kra­iny po tej stro­nie Morza Praw­dzi­wego w cza­sach, gdy nie miały one jesz­cze nazw!

- I co tu zbu­do­wa­li­ście? - zapy­tał rzeź­nik w brud­nym far­tu­chu. - Nic. To są nasze domy, nasze sklepy i warsz­taty, nasze pastwi­ska i nasze stada.

- Oni są prze­klęci - dodał Mirov takim tonem, jakby stwier­dzał jakiś oczy­wi­sty fakt, na przy­kład poda­wał suma­ryczną wiel­kość zeszło­rocz­nych opa­dów albo cenę psze­nicy. - Każdy to wie.

- Nie cier­pię, kiedy nie dopusz­cza się mnie do sekre­tów, ale ni­gdy nie sły­sza­łem o takiej klą­twie - przy­znał Niko­łaj. - Poza tym taka sama kata­strofa wyda­rzyła się także w innych miej­scach. To zja­wi­sko natu­ralne; jeden z moich mate­rial­ni­ków już je ana­li­zuje i wkrótce znaj­dzie reme­dium.

Efek­towny zle­pek kłamstw pod­lany opty­mi­zmem. Cóż, odro­bina prze­sady jesz­cze nikomu nie zaszko­dziła.

- Bez­praw­nie wkro­czyli na zie­mie hra­biego Nereń­skiego!

- Jestem kró­lem Ravki - odparł Niko­łaj z całym monar­szym maje­sta­tem Lan­co­vów. - To z mojej łaski hra­bia zarzą­dza tymi zie­miami. Oświad­czam, że ci ludzie są tu mile widziani i znaj­dują się pod moją ochroną.

- Powie­dział król-bękart - burk­nął rzeź­nik.

Zro­biło się cicho jak makiem zasiał.

Zoya zaci­snęła pię­ści. Grzmot prze­to­czył się nad polami.

Niko­łaj pod­niósł dłoń w pojed­naw­czym geście. Tej wojny nie mogli wygrać siłą.

- Zechciał­byś powtó­rzyć? - popro­sił.

Rzeź­nik spo­chmur­niał i poczer­wie­niał. Wyglą­dał, jakby mógł lada chwila umrzeć na serce, chyba że wcze­śniej zabije go wła­sna głu­pota.

- Powie­dzia­łem, że jesteś bękar­tem nie­god­nym dosia­dać tego fiku­śnego konika.

- Sły­sza­łaś, Puenta? Nazwał cię "fiku­śnym koni­kiem". - Niko­łaj ponow­nie spoj­rzał na rzeź­nika. - Mówisz, że jestem bękar­tem. Dla­czego? Powta­rzasz po naszych wro­gach?

Nie­pewny szmer w tłu­mie. Szu­ra­nie stóp. Ale nikt się nie ode­zwał.

To dobrze, pomy­ślał Niko­łaj.

- Czy teraz to Fjerda jest waszym zwierzch­ni­kiem? - Jego głos poniósł się nad tłu­mem miej­sco­wych i Sulij­czy­ków. - Zamier­za­cie się uczyć ich języka? Pokło­nić się przed ich kró­lem i kró­lową z pra­wego łoża, kiedy ich czołgi prze­kro­czą gra­nice Ravki?

- Nie! - zawo­łał Mirov i splu­nął na zie­mię. - Ni­gdy!

Jeden zała­twiony.

- To Fjer­da­nie nabili waszą broń kłam­stwami o moim pocho­dze­niu. Mają nadzieję, że zwró­ci­cie się prze­ciwko mnie, prze­ciwko swoim kra­ja­nom, któ­rzy strzegą w tej chwili naszych gra­nic, gotowi bro­nić ich za wszelką cenę. Mają nadzieję, że wyrę­czy­cie ich w krwa­wym wojen­nym dziele.

Oczy­wi­ście kła­mał, ale kró­lo­wie robią to, co chcą, a bękarty to, co muszą.

- Nie jestem zdrajcą - wark­nął rzeź­nik.

- A mówi­łeś jak zdrajca - wytknął mu Mirov.

Rzeź­nik wypiął pierś.

- Wal­czy­łem w osiem­na­stym pułku. Mój syn też się zacią­gnie.

- Założę się, że pogo­ni­łeś kota paru Fjer­da­nom, co? - spy­tał Niko­łaj.

- A pew­nie, że pogo­ni­łem! - przy­tak­nął rzeź­nik.

Ale męż­czy­zna sto­jący za nim nie był zachwy­cony.

- Nie chcę, żeby moje dzieci wal­czyły w kolej­nej woj­nie - powie­dział. - Niech wiedźmy idą w pierw­szym sze­regu.

Przy­wo­łany przez Zoyę pio­run roz­darł z trza­skiem powie­trze.

- Gri­szo­wie popro­wa­dzą natar­cie - odparła. - A ja pierw­sza przyjmę kulę, jeśli będzie trzeba.

Ludzie Mirova cof­nęli się przed nią.

- Powi­nie­nem ci podzię­ko­wać. - Niko­łaj się uśmiech­nął. - Kiedy Zoya posta­na­wia zostać boha­terką, potrafi być prze­ra­ża­jąca, czyż nie?

- Jesz­cze jak! - zakwi­lił rzeź­nik.

- Zgi­nęli ludzie - nie ustę­po­wał Mirov, wal­cząc o zacho­wa­nie resz­tek auto­ry­tetu. - Ktoś musi odpo­wie­dzieć...

- A kto odpo­wiada za susze? - Głos Zoi prze­ciął powie­trze jak dobrze naostrzony miecz. - Trzę­sie­nia ziemi? Hura­gany? Czy tym wła­śnie jeste­śmy? Isto­tami, które lamen­tują przy pierw­szych zapo­wie­dziach pro­ble­mów? Czy może jed­nak jeste­śmy Ravkań­czy­kami: prag­ma­tycz­nymi, nowo­cze­snymi, nie­bę­dą­cymi już więź­niami sta­rych prze­są­dów?

Nie wszy­scy mia­stowi byli zachwy­ceni, ale nie­któ­rzy dali się sku­tecz­nie zga­nić. W innym życiu Zoya byłaby strasz­liwą guber­na­torką: pro­sta jak trzcina, z wiecz­nie skwa­szoną miną, zdolna dopro­wa­dzić każ­dego męż­czy­znę do posi­ka­nia się ze stra­chu. Jedna Sulijka przy­glą­dała się jej jed­nak podejrz­li­wie, a Zoya - na którą zawsze można było liczyć, że na zuchwałe spoj­rze­nie odpo­wie wzro­kiem zdol­nym spo­pie­lać lasy - albo niczego nie zauwa­żyła, albo celowo ją igno­ro­wała.

- Khaj pa ve - powie­działa kobieta. - Khaj pa ve.

Niko­łaj był zain­try­go­wany, ale chwi­lowo miał na gło­wie pil­niej­sze sprawy.

- Wiem, że to wątła pocie­cha, ale powin­ni­śmy poroz­ma­wiać o tym, jaką rekom­pen­satę może wam zapew­nić korona za utra­cone domy i zie­mię. Oso­bi­ście...

- Poroz­ma­wiam z guber­na­to­rem - weszła mu w słowo Zoya.

Niko­łaj zamie­rzał sam roz­mó­wić się z Miro­vem, który - prze­wraż­li­wiony na punk­cie swo­jego sta­tusu - mógł być podatny na uroki monar­chii, ale Zoya już pchnęła klacz w stronę guber­na­tora.

- Bądź cza­ru­jąca - rzu­cił za nią pół­gło­sem.

Posłała mu ser­deczny uśmiech i mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo.

- Będę.

- To było bar­dzo prze­ko­nu­jące.

Natych­miast spo­waż­niała.

- Od lat jestem zmu­szona patrzeć, jak pod­li­zu­jesz się wszyst­kim w Ravce. Nauczy­łam się paru sztu­czek.

- Nikomu się nie pod­li­zuję.

- Ow­szem, zda­rza ci się - wtrą­cił Tolya.

- Może i tak - zgo­dził się Niko­łaj. - Ale jestem w tym prze­uro­czy.

Patrzył, jak Zoya zsuwa się z koń­skiego grzbietu, bie­rze Mirova pod ramię i odpro­wa­dza na stronę. Nie­wiele bra­ko­wało, żeby guber­na­to­rowi dosłow­nie opa­dła szczęka - czę­sty sku­tek uboczny urody Zoi i ota­cza­ją­cej ją mor­der­czej aury. Może jed­nak ist­niały dla niego rze­czy bar­dziej odu­rza­jące od sta­tusu.

Zoya jed­nak nie zamie­rzała wcale wyko­rzy­sty­wać swo­jej prze­wagi nad guber­na­to­rem. Zoya ucie­kała. Nie miała ochoty na kon­fron­ta­cję z tamtą Sulijką, a to już było zupeł­nie nie w jej stylu. W każ­dym razie kie­dyś byłoby nie w jej stylu, bo od czasu bitwy w Fał­dzie, odkąd stra­ciła Jurisa, Zoya się zmie­niła. Niko­łaj miał wra­że­nie, że ogląda ją z pew­nej odle­gło­ści, jakby odsu­nęła się o krok od wszyst­kich i wszyst­kiego - a przy tym pozo­stała tą samą kobietą co zawsze, jej pan­cerz był na swoim miej­scu, a ona szła przez świat z pre­cy­zją i gra­cją, nie tra­cąc czasu na litość.

Niko­łaj zwró­cił się do Sulij­czy­ków:

- Lepiej by było, gdy­by­ście przed zmierz­chem stąd odje­chali. Dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa.

Ich przy­wódca cały się naje­żył.

- Czym­kol­wiek jest to okro­pień­stwo, nie mie­li­śmy z nim nic wspól­nego.

- Wiem, ale po zapad­nię­ciu nocy zdrowy roz­są­dek może się oka­zać nie­wy­star­cza­jący.

- Czy tak wła­śnie wygląda opieka ze strony króla Ravki? Ogra­ni­cza się do pole­ce­nia, żeby­śmy czmych­nęli w mrok?

- To nie pole­ce­nie, tylko dobra rada. Mógł­bym wysta­wić zbrojne straże wokół waszego obozu, ale przy­pusz­czam, że nie byli­by­ście tym zachwy­ceni.

- Słusz­nie przy­pusz­czasz.

Niko­łaj nie chciał jed­nak zosta­wiać Sulij­czy­ków na pastwę losu.

- Jeśli chce­cie, mogę zawia­do­mić hra­binę Gre­cynę, udo­stępni wam swoje pola.

- Przyj­mie Sulij­czy­ków na swo­jej ziemi?

- Jeżeli odmówi, nie dosta­nie ani jed­nej z nowych młoc­karni, które roz­pro­wa­dzamy wśród far­me­rów.

- Król posłu­guje się nie tylko bro­nią, ale i szan­ta­żem.

- Król rzą­dzi ludźmi, nie świę­tymi. Cza­sem modli­twa to za mało.

Sulij­czyk par­sk­nął śmie­chem.

- Pełna zgoda.

- Co takiego powie­dzia­łaś do gene­rał Nazy­alen­sky? - zapy­tał Niko­łaj sto­jącą obok przy­wódcy kobietę. Silił się na poufały ton.

- Nazy­alen­sky - powtó­rzyła i się roze­śmiała.

Niko­łaj uniósł brwi.

- Wła­śnie. Co jej powie­dzia­łaś?

- Yej menina enu jebra zheji, yepa Korol Rezni.

Sulij­czyk też się roze­śmiał.

- Mówi, że jej słowa były prze­zna­czone dla pani gene­rał, nie dla cie­bie, Królu...

- Ten frag­ment zro­zu­mia­łem - uciął Niko­łaj.

Korol Rezni. Król z bli­znami. Spo­śród licz­nych przy­dom­ków, jakimi go obda­rzano, ten z pew­no­ścią nie był naj­gor­szy, ale na dźwięk tych słów demon w nim drgnął.

Spo­koj­nie. Zawar­li­śmy prze­cież umowę, prawda?

Tyle że demon nie był wiel­kim zwo­len­ni­kiem logiki.

Następną godzinę Niko­łaj i Tamar poświę­cili na roz­mowy z tymi spo­śród Sulij­czy­ków, któ­rzy mieli coś do powie­dze­nia na temat plagi. Następ­nie spo­tkali się z Tolyą i Zoyą.

- I co? - zapy­tał Niko­łaj, gdy wra­cali konno na szczyt wzgó­rza.

- To samo co w Bala­ki­re­vie - odparł Tolya. - Plama cie­nia prze­wa­la­jąca się nad zie­mią jak zbyt szybko nad­cią­ga­jący zmierzch. Wszystko, czego cień dotknie, pada ofiarą plagi: żywy inwen­tarz, budynki, nawet ludzie roz­pły­wają się w dym. Zostaje po nich tylko jałowa zie­mia.

- Zale­d­wie wczo­raj prze­cho­dzili tędy piel­grzymi - powie­działa Zoya. - Wyznawcy Bez­gwiezd­nego. Twier­dzą, że to kara za pano­wa­nie nie­wier­nego króla.

- To nie­uczciwe - sprze­ci­wił się Niko­łaj. - Mam w sobie mnó­stwo wiary.

- W co? - Tolya uniósł brew.

- W solidną inży­nie­rię i jesz­cze lep­szą whi­sky. Czy Mirov i jego kum­ple prze­ła­mali się z piel­grzy­mami chle­bem i dali posłuch ich zdra­dziec­kim sło­wom?

- Nie - odparła z nie­jaką satys­fak­cją Zoya. - Dosta­tecz­nie wielu z nich pamięta wojnę i znisz­cze­nie Novo­kri­bir­ska przez Zmro­cza. Prze­pę­dzili tych fana­ty­ków w czerni na cztery wia­try.

- Nie ma to jak yar­je­no­ska tłusz­cza... A co ci powie­działa ta kobieta?

- Nie mam poję­cia - odparła Zoya. - Nie znam sulij­skiego.

Tamar zer­k­nęła na nią podejrz­li­wie.

- Spra­wia­łaś wra­że­nie, jak­byś ją zro­zu­miała. I jak­byś czym prę­dzej chciała zejść jej z oczu.

Czyli nie tylko Niko­łaj to zauwa­żył.

- Nie żar­tuj - zbyła ją Zoya. - Mia­łam robotę do wyko­na­nia.

Tolya ski­nął głową na Niko­łaja.

- Sulij­czycy chyba za tobą nie prze­pa­dają, co?

- Raczej nie mają powodu, żeby mnie lubić - przy­znał Niko­łaj. - Nie powinni żyć w naszym pań­stwie w usta­wicz­nym stra­chu. Za mało zro­bi­łem dla zapew­nie­nia im bez­pie­czeń­stwa.

Kolejna z jego licz­nych pora­żek. Odkąd zasiadł na tro­nie, pro­wa­dził wojnę na zbyt wielu fron­tach jed­no­cze­śnie: Zmrocz, Fjer­da­nie, Shu Han, jurda parem i jesz­cze ten prze­klęty demon w jego gło­wie.

- Wszy­scy żyjemy w stra­chu - zauwa­żyła Zoya i pona­gliła konia do galopu.

- Cóż, jest to jakiś spo­sób na zmianę tematu - przy­znał Tolya.

Pośpie­szyli za nią, a gdy wje­chali na grzbiet wzgó­rza, Tamar odwró­ciła się i spoj­rzała na wielką ranę pozo­sta­wioną przez plagę na polach.

- W jed­nej kwe­stii Bez­gwiezdni mają rację: to ma jakiś zwią­zek ze Zmro­czem.

- Też się tego oba­wiam - przy­znał Niko­łaj. - Wszy­scy widzie­li­śmy pia­sek w Fał­dzie: jest szary i mar­twy, dokład­nie tak samo, jak obszary pora­żone plagą. Myśla­łem, że po zapad­nię­ciu się Fałdy Cie­nia i roz­pro­sze­niu ciem­no­ści skry­wana przez nie wcze­śniej zie­mia zdoła się sama uzdro­wić.

- Ale tam nic nie uro­sło - powie­dział Tolya. - To zie­mia prze­klęta.

Tym razem Niko­łaj nie potra­fił zbyć tych słów jak uczy­niłby w przy­padku zwy­czaj­nego prze­sądu. W doli­nie Tula znaj­do­wały się naj­święt­sze ravkań­skie zie­mie, na któ­rych Sankt Feliks miał upra­wiać swój sad - albo las cier­niowy, w zależ­no­ści od tego, w którą wer­sję legendy czło­wiek wolał wie­rzyć. Tam rów­nież pierw­szy raz odbyło się obis­baya, rytuał mający oddzie­lić bestię od czło­wieka. Jed­nakże Zmrocz splu­ga­wił to wszystko. Pod­jęte przez niego próby two­rze­nia wła­snych ampli­fi­ka­to­rów i wyko­rzy­sta­nie do tego merzo­sti ska­lały jego moc i prze­mie­niły Tulę w mroczną kra­inę, w któ­rej roiło się od potwo­rów. Cza­sem Niko­łaj powąt­pie­wał, czy kie­dy­kol­wiek zdo­łają się na dobre pozbyć spu­ści­zny Zmro­cza.

Naj­pierw musisz zmie­rzyć się z fak­tem, że sam nie jesteś bez winy, pomy­ślał.

Naj­wyż­sza pora przy­znać przed samym sobą, jakie jest praw­dziwe zna­cze­nie plagi.

- Nie ma innego wytłu­ma­cze­nia - powie­dział. - Fałda się roz­sze­rza. Z naszej winy.

- Tego nie wie­cie... - zaczęła Tamar.

- Wiemy - ucięła lodo­wa­tym tonem Zoya.

Niko­łaj przy­po­mniał sobie trzę­sie­nia ziemi odczu­walne w całej Ravce i poza jej gra­ni­cami, kiedy roz­pę­kły się gra­nice Fałdy. Eli­za­veta została poko­nana. Troje świę­tych, gri­szów obda­rzo­nych nie­skoń­czoną mocą, zgi­nęło gwał­towną śmier­cią. Niko­łaj usi­ło­wał prze­trwać obis­baya i pozbyć się swo­jego demona. Bez powo­dze­nia: moc Zmro­cza prze­trwała w nim, a teraz i sam Zmrocz znów kro­czył po świe­cie. To musiało mieć swoje kon­se­kwen­cje.

- Pobie­rzemy próbki gleby, ale i bez tego wiemy, co tu się dzieje - powie­dział.

- Świet­nie - zgo­dziła się Tamar. - To wasza wina. Jak możemy to powstrzy­mać?

- Musimy zabić Zmro­cza - odparła Zoya.

Tolya prze­wró­cił oczami.

- To twoja odpo­wiedź na każde pyta­nie.

Zoya wzru­szyła ramio­nami.

- Skąd mamy wie­dzieć, dopóki nie spró­bu­jemy?

- A co z demo­nem uwię­zio­nym w ciele króla? - spy­tała Tamar.

- To detal. - Zoya zmarsz­czyła brwi.

- Mogli­by­śmy jesz­cze raz spró­bo­wać obis­baya - pod­su­nął Tolya. - Odkry­łem nowy tekst, w któ­rym...

- Ostat­nim razem omal przy tym nie zgi­nął! - wark­nęła Zoya.

- To detal - odparł Niko­łaj. - Musimy roz­wa­żyć tę moż­li­wość.

- Po ślu­bie - powie­działa Zoya.

- Ow­szem - przy­tak­nął Niko­łaj, pró­bu­jąc wykrze­sać w sobie choć odro­binę entu­zja­zmu. - Po ślu­bie.

Zoya zapa­trzyła się na hory­zont.

- Pro­szę cię, powiedz, że poczy­ni­łeś jakieś postępy z księż­niczką Ehri.

- Wyobra­ża­nie sobie, że znów prze­bi­jam sobie cier­niem serce, przy­cho­dzi mi z więk­szą łatwo­ścią niż uwo­dze­nie księż­niczki.

- Z pew­no­ścią wymaga więk­szej fine­zji - zgo­dziła się z nim. - A tej ci nie bra­kuje.

- To nie do końca brzmi jak kom­ple­ment...

- Bo nim nie jest. Masz wię­cej uroku oso­bi­stego niż rozumu. Jest to wpraw­dzie iry­tu­jące, ale w deli­kat­nej mate­rii dyplo­ma­tycz­nej powinno być zaletą.

- Prawdę mówiąc, pra­wie nie mia­łem oka­zji z nią poroz­ma­wiać - przy­znał.

Zamie­rzał zapro­sić Ehri na ucztę w dniu świę­tych, ale jakoś się nie zło­żyło. Zda­wał sobie sprawę, że naprawdę powi­nien z nią poroz­ma­wiać. Ba, musiał to zro­bić, jeśli chciał mieć jaką­kol­wiek nadzieję na reali­za­cję swo­ich pla­nów. Jed­nakże od tam­tej fatal­nej nocy, kiedy zgi­nął Isaak, a kobieta, którą wszy­scy brali za Ehri, oka­zała się zabój­czy­nią, uni­kał towa­rzy­stwa księż­niczki: praw­dziwa Ehri została zamknięta w odosob­nie­niu, w luk­su­so­wych apar­ta­men­tach w prak­tyce sta­no­wią­cych wię­zie­nie. Jej gwar­dzistki z Tavgha­radu trzy­mano w naj­przy­tul­niej­szej czę­ści lochów, pod dawną staj­nią, zabój­czyni zaś - dziew­czyna, która pchnęła Iza­aka nożem w serce, myśląc, że zabija króla - tra­fiła pod klucz i w dal­szym ciągu lizała rany. Jeśli zaś cho­dzi o innego więź­nia Niko­łaja... No, ten miał naprawdę wyjąt­kową poje­dyn­czą celę.

- Ehri mięk­nie, ale jest uparta - dodał.

- To pożą­dana cecha u kró­lo­wej - zauwa­żyła Zoya.

- Tak myślisz?

Obser­wo­wał jej twarz, nie mógł się powstrzy­mać. Zer­k­nęła w jego stronę tak szybko, że pra­wie mógłby to zło­żyć na karb swo­jej wyobraźni: błysk błę­kitu, jak niebo, które mignęło wśród gałęzi drzew. Zna­cze­nie tego spoj­rze­nia? Coś. Albo nic. Łatwiej byłoby wyczy­tać przy­szłość z chmur.

Przy­trzy­mu­jąc wodze jedną ręką, Zoya popra­wiła ręka­wiczki.

- Za nie­spełna mie­siąc przy­je­dzie kró­lowa Makhi i będzie ocze­ki­wała nie­za­po­mnia­nej cere­mo­nii - przy­po­mniała. - Jeżeli nie­do­szła panna młoda nie zechce współ­pra­co­wać, wyszy­ku­jesz sobie poważny incy­dent dyplo­ma­tyczny.

- Incy­dent i tak może mu się przy­tra­fić - zauwa­żyła Tamar.

- To prawda, ale jeśli nie doj­dzie do ślubu, nie będzie się musiał mar­twić Fjer­da­nami, Shu Hanem ani Fałdą.

- Naprawdę? - zdzi­wił się Niko­łaj.

- Naprawdę. Bo wtedy Genya cię zamor­duje. Masz poję­cie, ile wysiłku wło­żyła w pla­no­wa­nie tej fety?

Niko­łaj wes­tchnął.

- Będzie ślub. Zamó­wi­łem już gar­ni­tur.

- Gar­ni­tur! - Zoya wznio­sła oczy ku niebu. - Ele­ganc­kie wdzianko na wła­sny pogrzeb. Poroz­ma­wiaj z Ehri. Ocza­ruj ją.

Miała rację - i to wła­śnie naj­bar­dziej draż­niło Niko­łaja.

W pierw­szej chwili ucie­szył się na widok jeźdźca zbli­ża­ją­cego się od strony obo­zo­wi­ska, potem jed­nak powaga malu­jąca się na twa­rzy przy­by­sza zmro­ziła mu serce. Posłańcy nio­sący dobre wie­ści ni­gdy się tak nie śpie­szą.

- O co cho­dzi? - zapy­tał, gdy jeź­dziec do nich dołą­czył.

- Przy­był latacz z Os Alty, Wasza Wyso­kość - wysa­pał zzia­jany posła­niec. - Wia­do­mość od Ter­mita.

I podał kró­lowi zapie­czę­to­wany list.

Kątem oka Niko­łaj dostrzegł, jak Zoya pochyla się w sio­dle; naj­chęt­niej wyrwa­łaby mu list z ręki. "Ter­mit" był pseu­do­ni­mem ope­ra­cyj­nym Niny Zenik.

Prze­biegł list wzro­kiem. Miał nadzieję, że będą mieli wię­cej czasu, ale dzięki Ninie zyskali przy­naj­mniej uczciwą szansę, żeby powal­czyć.

- Musimy wra­cać do obozu - zwró­cił się do posłańca. - Jedź przo­dem i każ przy­go­to­wać dwa lata­cze.

Goniec znik­nął w tuma­nie kurzu.

- Zaczęło się, prawda? - spy­tała Zoya.

- Fjerda ruszyła. Tamar, będziesz musiała zawia­do­mić Davida i naszych fabry­ka­to­rów. Ja wyślę latacz do naszych ludzi na zacho­dzie.

- Poci­ski nie są jesz­cze gotowe - przy­po­mniała Tamar.

- Wiem, ale Fjer­da­nie nie będą cze­kać. - Niko­łaj odwró­cił się do Zoi. - Hiram Schenck jest w Os Kervo. Wiesz, co robić. To nasza jedyna szansa, żeby zała­twić tę sprawę, jak należy.

- Jeste­śmy przy­go­to­wani? - zapy­tał Tolya.

- W żad­nym razie, ale i tak damy im popa­lić - odpo­wie­działa mu sio­stra.

Drze­miący w Niko­łaju demon pod­niósł łeb, wyraź­nie oży­wiony tą myślą. Wojna przy­po­mi­nała ogień: nie­spo­dzie­wana, żar­łoczna i naj­ła­twiej­sza do powstrzy­ma­nia, zanim roz­hula się na dobre. Niko­łaj był gotów zro­bić wszystko, co w jego mocy, żeby ogra­ni­czyć pożogę. Bał się o sie­bie i swój kraj, byłby głup­cem, gdyby nie odczu­wał stra­chu, ale jakaś jego cząstka - może kor­sarz, może demon, a może książę, który pazu­rami wyszar­pał sobie drogę do tronu - nie mogła się docze­kać bitwy.

- Wyobraź­cie sobie, że wyda­je­cie przy­ję­cie - powie­dział i szarp­nął wodze, zmu­sza­jąc klacz do ruchu. - Teraz będzie tak samo: kiedy przyjdą goście, okaże się, kto jest waszym praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem.

4. Nina

4 Nina

Hanne sta­nęła przy łóżku Niny i obu­dziła ją potrzą­śnię­ciem za ramię. Serce Niny waliło jak mło­tem, pościel była mokra od potu. Mówiła przez sen? Śniła o lodzie i o wilku Mat­thiasa: Tras­sel jadł jej z ręki, ale kiedy przyj­rzała mu się uważ­nie, stwier­dziła, że śnież­no­biały pysk ma czer­wony od krwi. Poży­wiał się mię­sem trupa.

- Ktoś przy­szedł - powie­działa Hanne. - Ktoś z klasz­toru.

Nina usia­dła. Nocne powie­trze chło­dziło jej spo­cone ciało. Oprzy­tom­niała w oka­mgnie­niu i w tej chwili gwał­towne bicie serca nie miało już nic wspól­nego z roz­pły­wa­ją­cym się snem. Hanne uczyła się w klasz­to­rze w Gäfvalle, gdzie do spółki z Niną odkryły potworny plan Bruma, w który zaan­ga­żo­wane były Źró­dlane Panny i pobli­ska pla­cówka woj­skowa. Hanne z Niną zdo­łały pokrzy­żo­wać plany komen­danta i ura­to­wać gri­szów, a Nina bez żalu ska­zała Źró­dlaną Matkę na śmierć.

- Kto taki? - spy­tała szep­tem.

Zaku­tała się po szyję w weł­niany szla­frok i mocno się nim otu­liła. Wło­żyła kap­cie, ale i tak cie­szyła się, że kom­naty na Bia­łej Wyspie mają pod­grze­wane posadzki.

- Nie wiem. Matka kazała wezwać nas obie.

- Słodki Djelu... Nie mar­z­niesz? Włóż coś na sie­bie.

Hanne była w samej baweł­nia­nej koszuli noc­nej. Jej krótko przy­cięte rudawe włosy lśniły w bla­sku trzy­ma­nej przez nią lampy naf­to­wej.

- Jestem tak prze­ra­żona, że nie czuję zimna.

Razem zaczęły buszo­wać w nie­wiel­kiej gar­de­ro­bie łączą­cej zaj­mo­wany przez Ninę pokoik z więk­szą sypial­nią Hanne.

Fort w Gäfvalle został znisz­czony w wybu­chu zor­ga­ni­zo­wa­nym przez ekipę Niny. Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, jakie wtedy zapa­no­wało, Hanne i Nina zdo­łały się wykpić z całej sprawy, uda­jąc nie­wi­niątka. Jarl Brum nie miał poję­cia ani o praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści Niny, ani o tym, że to ona była odpo­wie­dzialna za znisz­cze­nie jego labo­ra­to­rium i pro­gramu tor­tur. Powi­tał w swoim domu Milę Jan­ders­dat ze świa­do­mo­ścią - cał­kiem słuszną - że pomo­gła jego córce oca­lić mu życie. Oczy­wi­ście nie zda­wał sobie sprawy, że gdyby to od niej zale­żało, wykoń­czy­łaby go raz na zawsze.

Od tam­tej pory żyły w prze­ko­na­niu, że wszystko to uszło im na sucho. Może się myliły; może kiedy kurz opadł, ktoś z klasz­toru odkrył i poskła­dał w całość ele­menty ich pod­stępu; może Źró­dlane Panny zna­la­zły wykra­dziony przez Hanne mun­dur drüskelle; może ktoś je widział, jak wywle­kały z wozu nie­przy­tom­nego Jarla Bruma.

- Masz.

Nina przy­trzy­mała Hanne szla­frok, żeby ta mogła się ubrać. Na fjer­dań­ską modłę uszyto go z gład­kiej sza­rej wełny, ale pod­bito obfi­cie gęstym futrem, tak jakby wszel­kie oznaki wygody i luk­susu nale­żało sta­ran­nie ukry­wać.

- Co robimy? - spy­tała Hanne. Cała się trzę­sła.

Nina okrę­ciła ją w miej­scu i prze­wią­zała szarfą.

- Nic - odparła. - Niech inni mówią.

- Nie musisz uda­wać mojej słu­żą­cej - przy­po­mniała jej Hanne. - Nie, kiedy jeste­śmy same.

- Nie prze­szka­dza mi to. - Nina skon­cen­tro­wała się na zawią­za­niu szarfy w ozdobną kokardę; nie chciała patrzeć w oczy Hanne, które w tym świe­tle lśniły jak płynna miedź. - Udamy cno­tliwe nie­wi­niątka, wyson­du­jemy, co wie­dzą, i wszyst­kiemu zaprze­czymy. A gdyby przy­szło co do czego, to byłam okrut­nym szpie­giem, który omo­tał cię swoją sie­cią.

- Nie powin­naś tyle czy­tać, naprawdę.

- A może to ty powin­naś czy­tać wię­cej? Masz lodo­wate ręce.

- Jestem prze­mar­z­nięta.

- To ze stra­chu. - Nina zaczęła roz­cie­rać dło­nie Hanne. - Użyj mocy, żeby spo­wol­nić bicie serca. Uspo­kój oddech.

- Hanne? - dobiegł z kory­ta­rza głos Ylvy.

- Zaraz przyjdę, mamo! Ubie­ram się! - Hanne zni­żyła głos: - Sama pod­ję­łam decy­zję, Nino. Nie pozwolę, żebyś wzięła całą winę na sie­bie.

- A ja nie pozwolę, żeby ci się stała krzywda tylko dla­tego, że wplą­ta­łaś się w sieć mojego pod­stępu.

- Dla­czego jesteś taka uparta?

Dla­tego, pomy­ślała Nina, że bywa­łam rów­nież nie­ostrożna i głu­pia i cza­sami obry­wali przez to nie­wła­ściwi ludzie. A Hanne dość już w życiu wycier­piała.

- Dość tego ponu­rac­twa - zapro­po­no­wała, uni­ka­jąc odpo­wie­dzi na pyta­nie. - Może Źró­dlane Panny mają dla nas jakiś miły pre­zent.

- No jasne. Że też od razu o tym nie pomy­śla­łam. Oby to był kucyk.

Prze­szły wąskim kory­ta­rzem jak ska­zane idące na szu­bie­nicę. Nina popra­wiła sta­ran­nie upiętą fry­zurę; we Fjer­dzie nie­za­mężne kobiety nie poka­zy­wały się publicz­nie z roz­pusz­czo­nymi wło­sami. Od nad­miaru tej sto­sow­no­ści stale bolała ją głowa, ale przy­naj­mniej jako Mila Jan­ders­dat zna­la­zła się w samym sercu Lodo­wego Dworu, ide­al­nym miej­scu do aran­żo­wa­nia cudów.

Po nume­rze, jaki wykrę­ciły na tar­go­wi­sku, Hanne stra­ciła część daw­nej pew­no­ści sie­bie.

- Jesteś pewna, że było warto? - zapy­tała ją tam­tego wie­czoru, gdy zostały same w swo­ich poko­jach. - Miesz­kańcy mia­steczka poniosą kon­se­kwen­cje. Ojciec nie znie­sie tego rodzaju here­zji, wpro­wa­dzi jesz­cze surow­sze zarzą­dze­nia, a za wszystko zapłacą nie­winni ludzie.

- Nie­winni już płacą - przy­po­mniała jej Nina. - Tyle że nie są Fjer­da­nami.

- Uwa­żaj, Nino, żebyś nie stała się tym, czym według mojego ojca jesteś - odparła Hanne, gdy kła­dły się do łóżek.

Nina musiała jej przy­znać rację, Zoya też zawsze rugała ją za lek­ko­myśl­ność, ale tym razem pro­blem pole­gał na tym, że ich dzia­ła­nia naprawdę przy­no­siły sku­tek. Ow­szem, nie bra­ko­wało fana­ty­ków w rodzaju Bruma, któ­rzy zawsze będą nie­na­wi­dzili gri­szów i pocią­gną za sobą tłumy roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych zwo­len­ni­ków. Jed­nakże reli­gia Sło­necz­nej Świę­tej zna­la­zła wyznaw­ców przed laty, gdy Alina Star­kov powstała, by uni­ce­stwić Fałdę Cie­nia i zgi­nąć męczeń­ską śmier­cią - i temu cudowi Jarl Brum nie mógł zaprze­czyć. A przez ostatni rok z całej Ravki napły­wały donie­sie­nia o innych cudach: pła­czą­cych posą­gach, mostach zbu­do­wa­nych z kości. Po obu stro­nach gra­nicy szep­tano o tym, że zaczyna się Czas Świę­tych. Ten ruch krzepł od dawna, ona musiała tylko odpo­wied­nio nim pokie­ro­wać.

Poza tym, gdyby nie wkra­dła się do Lodo­wego Dworu, Ravka nie dowie­dzia­łaby się o pla­no­wa­nej przez Fjer­dan inwa­zji.

Tylko jaką cenę przyj­dzie jej za to zapła­cić?

Przy­pusz­czała, że wkrótce się tego dowie.

Główna sala gościnna w apar­ta­men­tach Bru­mów na Bia­łej Wyspie pre­zen­to­wała się impo­nu­jąco: nie­bo­tyczne ściany z bia­łego mar­muru, wysoko wyskle­piony sufit, ogromny komi­nek wybu­do­wany z kamie­nia i ozdo­biony w taki spo­sób, by wyda­wało się, że obej­mują go gałę­zie świę­tego jesionu Djela. Wszystko to miało pod­kre­ślać wyjąt­kową pozy­cję komen­danta Jarla Bruma - pozy­cję, o któ­rej odzy­ska­nie musiał wal­czyć po tym, jak wróg wdarł się do Lodo­wego Dworu, a on sam został upo­ko­rzony w por­cie przez pewną gri­szę.

Odziany w mun­dur, z prze­wie­szo­nym przez ramię podróż­nym płasz­czem, Brum - z twa­rzą jak wykuta w kamie­niu - szy­ko­wał się do wyjazdu na front. Matka Hanne spra­wiała wra­że­nie lekko zatro­ska­nej, ale ona pra­wie zawsze tak wyglą­dała. W kominku trza­skał ogień.

Kobieta w śred­nim wieku, z kasz­ta­no­wymi wło­sami zaple­cio­nymi w skom­pli­ko­wane war­ko­cze, sie­działa wypro­sto­wana na jed­nym z obi­tych kre­mo­wym aksa­mi­tem foteli przy kominku. Jedną ręką przy­trzy­my­wała opartą na udzie fili­żankę z her­batą. Nie była zwy­kłą Źró­dlaną Panną: nosiła gra­na­towy far­tuch i pele­rynkę zastrze­żone dla Źró­dla­nej Matki, prze­ło­żo­nej wszyst­kich sióstr w zako­nie. Jej twarz była Ninie obca, a prze­lotne zer­k­nię­cie na Hanne upew­niło ją, że jej przy­ja­ciółka też nie roz­po­znaje przy­byszki. Zwa­żyw­szy, że Hanne spę­dziła w klasz­to­rze kilka lat, ta kobieta naj­wy­raź­niej nie odby­wała w nim nowi­cjatu. Kim zatem była? I co robiła w Lodo­wym Dwo­rze?

Nina i Hanne dygnęły.

Brum wska­zał gościa.

- Enke Berg­strin objęła wła­dzę w klasz­to­rze w Gäfvalle po nie­for­tun­nym znik­nię­ciu poprzed­niej Źró­dla­nej Matki - wyja­śnił.

- Nie zna­le­ziono jej? - spy­tała Nina tonem nie­win­nym jak gru­cha­nie nie­mow­lę­cia.

Nale­żało od razu zepchnąć Bruma do defen­sywy, jeżeli zamie­rzał kwe­stio­no­wać wyda­rze­nia w klasz­to­rze. Poza tym lubiła patrzeć, jak się wije.

Prze­stą­pił z nogi na nogę, zer­k­nął na żonę.

- Naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wała się w for­cie, kiedy doszło do eks­plo­zji - odparł. - Klasz­tor odbie­rał z fortu rze­czy żoł­nie­rzy do pra­nia.

W rze­czy­wi­sto­ści odbiór pra­nia był tylko przy­krywką dla wła­ści­wej dzia­łal­no­ści sióstr: opie­ko­wały się cię­żar­nymi gri­szami, które na roz­kaz Bruma uza­leż­niono od jurdy parem.

- Ale po co Źró­dlana Matka uda­wa­łaby się tam oso­bi­ście? - dopy­ty­wała Nina. - Mogła prze­cież wysłać nowi­cjuszkę albo któ­rąś ze Źró­dla­nych Sióstr.

Brum strzą­snął pyłek z kurtki mun­duru.

- To dobre pyta­nie. Może miała tam coś do zała­twie­nia. A może zamie­rzała przy­pil­no­wać sióstr.

A może moje nie­umarłe sługi wcią­gnęły ją do innego świata, dodała w myślach Nina. Któż to może wie­dzieć?

- Docie­kliwa z cie­bie dziew­czyna - zauwa­żyła nowa Źró­dlana Matka.

Miała sza­ro­nie­bie­skie oczy, srogą twarz, surowo zaci­śnięte usta. Czy wszyst­kie Źró­dlane Matki rodziły się z takim posęp­nym gry­ma­sem? Czy zaczy­nały tak wyglą­dać zaraz po tym, jak dostały awans?

- Pro­szę o wyba­cze­nie. - Nina jesz­cze raz dygnęła skrom­nie. - Nie uczy­łam się w klasz­to­rze i oba­wiam się, że moje maniery zdra­dzają ten brak wykształ­ce­nia.

- Nie zro­bi­łaś nic złego, Milu - zapew­niła ją Ylva. - Wszy­scy jeste­śmy zacie­ka­wieni.

- Bez względu na to, co się stało z poprzed­nią Źró­dlaną Matką, Enke Berg­strin objęła jej sta­no­wi­sko i po tra­ge­dii w Gäfvalle usi­łuje znów napro­wa­dzić klasz­tor na wła­ściwe tory - pod­jął Brum.

- Ale o co cho­dzi, papo? - spy­tała Hanne.

- Nie wiem - odparł ostrym tonem jej ojciec. - Źró­dlana Matka nie chciała z nami roz­ma­wiać pod waszą nie­obec­ność.

Źró­dlana Matka odsta­wiła her­batę.

- Po znisz­cze­niu fortu ele­menty nie­re­li­gijne zwięk­szyły swoje wpływy w Gäfvalle - powie­działa. - Klasz­tor był zmu­szony zapro­wa­dzić surow­szą dys­cy­plinę wśród uczen­nic i ogra­ni­czyć ich prawo do pry­wat­no­ści.

Ele­menty nie­re­li­gijne.

Nina roz­ko­szo­wała się tymi sło­wami. Gäfvalle było pierw­szym kro­kiem, pierw­szym wyre­ży­se­ro­wa­nym przez nią cudem, w któ­rym Leoni i Adrik oca­lili wio­skę przed ska­że­niem spusz­czoną z fabryki tru­ci­zną. Było to nie­od­po­wie­dzialne, skraj­nie nie­roz­ważne... i zadzia­łało jak cza­ro­dziej­skie zaklę­cie. Prak­tycz­nej sztuki oszu­stwa uczyła się od samego Kaza Brek­kera, a nie było lep­szego nauczy­ciela od niego. Dwoje gri­szów - fabry­ka­torka i ete­ryk - ura­to­wało wie­śnia­ków. Cud? Nie, po pro­stu dobrzy ludzie wytre­no­wani w uży­wa­niu swo­ich talen­tów i gotowi nara­zić się na prze­śla­do­wa­nia; dobrzy ludzie, któ­rzy dziś byli czczeni jako święci w mrocz­nych zaka­mar­kach i roz­świe­tla­nych bla­skiem świec kuch­niach Gäfvalle: Sankt Adrik Nie­fo­remny i Sankta Leoni od Wód.

- Co to ma wspól­nego z naszą córką? - zapy­tał surowo Brum.

- Pod­czas prze­szu­ka­nia klasz­toru zna­leź­li­śmy naj­róż­niej­sze zaka­zane przed­mioty, mię­dzy innymi malo­wane ikony i pogań­skie modli­tew­niki.

- To mło­dość - odparła Ylva. - W ich wieku też się bun­to­wa­łam. Skoń­czyło się tak, że wyszłam za mąż za drüskelle.

Na widok wymie­nio­nych przez Bru­mów ser­decz­nych spoj­rzeń Ninę nie­spo­dzie­wa­nie zakłuło w sercu. Ylva pocho­dziła z Hedjütów, jed­nego z pół­noc­nych ple­mion uwa­ża­nych za boskie, zamiesz­ku­ją­cego zapo­mniane wybrzeże nie­opo­dal Kenst Hjerte, Zła­ma­nego Serca. Czy w mło­do­ści przy­po­mi­nała swoją córkę? Czy była podob­nie uparta, prze­peł­niona miło­ścią do otwar­tych prze­strzeni i gołego nieba? Czy Jarl Brum, chło­pak-żoł­nierz ze sto­licy, wydał jej się tajem­ni­czy i obcy? Nina zakła­dała, że Brum zawsze był potwo­rem - a może dopiero z cza­sem się nim stał?

- Nie wolno nam tak myśleć - zaopo­no­wał teraz. - Te wpływy należy wyko­rze­nić, nim zagosz­czą u nas na dobre. W prze­ciw­nym razie cała Fjerda zbłą­dzi.

- Sama lepiej bym tego nie ujęła, komen­dan­cie. - Źró­dlana Matka poki­wała głową. - Dla­tego tu jestem.

- Chcesz powie­dzieć, że coś takiego zna­le­ziono w rze­czach Hanne? - zapy­tała ze zgrozą Ylva.

- W skrytce pod pod­łogą kaplicy zna­la­zły­śmy męski strój do jazdy kon­nej. A także kora­liki modli­tewne i ikonę Sankta Vasilki.

Sankta Vasilka, pomy­ślała Nina. Patronka nie­za­męż­nych kobiet. Ravkań­ska święta, o któ­rej powia­dano, że stała się pierw­szym żarp­ta­kiem.

- To nie­moż­liwe. - Brum sta­nął przed Hanne, jakby chciał jej bro­nić. - Hanne bywa tro­chę sza­lona, ale ni­gdy nie posu­nę­łaby się do odda­wa­nia czci wyna­tu­rze­niu.

- Ni­gdy - wyszep­tała Hanne. Nikt nie zwąt­piłby w malu­jący się na jej twa­rzy szczery zapał.

Nina z tru­dem powstrzy­mała uśmiech. Do licha, Hanne nie posu­nę­łaby się odda­wa­nia czci gri­szy, bo sama była gri­szą! Jako uzdro­wi­cielka, mimo że zmu­szona do ukry­wa­nia swo­jej mocy, stale znaj­do­wała spo­soby, by wyko­rzy­sty­wać ją do poma­ga­nia ludziom.

Źró­dlana Matka odęła wargi.

- Prze­by­łam zatem taki szmat drogi tylko po to, żeby poopo­wia­dać wam bajki, tak?

Ciszę, która zapa­dła po tych sło­wach, mąciło tylko trza­ska­nie ognia w kominku. Nina wyraź­nie wyczu­wała strach Ylvy i wście­kłość Bruma - a także bijącą od obojga nie­pew­ność. Zda­wali sobie sprawę, że Hanne bywała w prze­szło­ści nie­po­słuszna, ale jak daleko posu­nęła się tym razem? Tego nawet Nina nie była do końca pewna.

Hanne wzięła głę­boki wdech.

- Strój jeź­dziecki nale­żał do mnie - powie­działa.

Niech cię dia­bli, Hanne! - żach­nęła się w duchu Nina. Co ci powie­dzia­łam? Mia­ły­śmy wszyst­kiemu zaprze­czać!

- Och, Hanne! - Ylva przy­ci­snęła czubki pal­ców do skroni.

Brum poczer­wie­niał na twa­rzy.

Hanne wystą­piła naprzód z unie­sioną głową, pełna dumy i odzie­dzi­czo­nej po ojcu nie­złom­nej woli.

- Nie wsty­dzę się tego. - W jej gło­sie brzmiała nie­zmą­cona pew­ność sie­bie, cho­ciaż kiedy spoj­rzała Ninie w oczy, pośpiesz­nie odwró­ciła wzrok. - Nie wie­dzia­łam wtedy, kim jestem ani czego pra­gnę. Teraz wiem, gdzie chcę być: tutaj, z wami.

Ylva wstała i wzięła ją za rękę.

- A te ikony? Paciorki?

- Nic mi o nich nie wia­domo - odparła Hanne bez chwili waha­nia.

- Czy zna­le­ziono je razem ze stro­jem jeź­dziec­kim Hanne? - zary­zy­ko­wała pyta­nie Nina.

- Nie - przy­znała Źró­dlana Matka. - Były gdzie indziej.

Ylva przy­gar­nęła córkę do piersi.

- Twoja uczci­wość napawa mnie dumą - przy­znała.

- Źró­dlana Matko... - Głos Jarla Bruma był lodo­waty. - Jesteś wierną sługą Djela, ale to samo można powie­dzieć o drüskelle. Następ­nym razem zasta­nów się dobrze, nim przyj­dziesz do mojego domu, by oskar­żać moją córkę.

Źró­dlana Matka wstała. Kar­cące słowa Bruma nie wywarły na niej chyba wiel­kiego wra­że­nia.

- Służę temu kra­jowi - powie­działa. - Dbam o jego duchową pomyśl­ność. Tym­cza­sem to tutaj, pod tym dachem, prze­bywa Appa­rat, pogań­ski kapłan. Cho­dzą słu­chy o sze­rzą­cych się w tym mie­ście pogań­skich kul­tach. Nie dam się odwieść od mojej misji. - Przy­gła­dziła weł­niany far­tuch. - Cie­szę się jed­nak, że Hanne zna­la­zła swoje miej­sce w życiu. Przed odjaz­dem wysłu­cham jej spo­wie­dzi.

Hanne dygnęła ze spusz­czoną głową: uoso­bie­nie posłu­szeń­stwa.

- Tak, Źró­dlana Matko.

- Wysłu­cham rów­nież spo­wie­dzi Mili Jan­ders­dat.

Nina nie zdo­łała ukryć zasko­cze­nia.

- Byłam tylko gościem w klasz­to­rze, nie nowi­cjuszką.

- Czy nie masz duszy, Milu Jan­ders­dat?

Mam więk­szą duszę niż ty, zasu­szona pestko śliwki, odpa­ro­wała w duchu Nina. Nie mogła jed­nak dalej pro­te­sto­wać, nie przy Bru­mach. Poza tym w gło­wie krę­ciło jej się z ulgi. Nie zostały zde­ma­sko­wane. Próba oskar­że­nia Hanne o here­zję wyglą­dała groź­nie, ale i tak była niczym w porów­na­niu z tym, co Źró­dlana Matka mogła powie­dzieć. Skoro Matka Śliw­kowa Pestka kazała jej się wyspo­wia­dać z paru grzesz­ków, Nina z przy­jem­no­ścią zapewni jej ten kwa­drans roz­rywki.

- Ja pierw­sza - powie­działa, zwra­ca­jąc się do Hanne, i raź­nym kro­kiem prze­szła za Źró­dlaną Matką do małego salo­niku, który miał peł­nić rolę kon­fe­sjo­nału.

Pokój był wąski, led­wie mie­ściły się w nim biurko i mała kanapa. Źró­dlana Matka usia­dła przy biurku i zapa­liła lampę naf­tową.

- Woda sły­szy i rozu­mie - zamam­ro­tała.

- Lód nie wyba­cza - udzie­liła tra­dy­cyj­nej odpo­wie­dzi Nina.

- Zamknij drzwi.

Nina wyko­nała pole­ce­nie i posłała Źró­dla­nej Matce pro­mienny uśmiech, oka­zu­jąc goto­wość do współ­pracy.

Źró­dlana Matka odwró­ciła się do niej. Jej oczy miały szary kolor łupku.

- Witaj, Nino.