Rozdział 7
Zabrali mnie do pokoju przesłuchań między dwoma solidnymi facetami w typie oddziałów zombie, a trzeci ubezpieczał jakieś sześć metrów z tyłu,
idąc z wyciągniętym paralizatorem. Gdzieś w trakcie aresztowania ktoś
przyjrzał się mojej kartotece, albo Nikki przekazała wiadomość:
uważajcie na tego skurwiela.
- Jak leci z audytem? - zapytałem ich radośnie, gdy wszyscy wsiedliśmy
do windy.
Rękojeść paralizatora mocno walnęła mnie za uchem, posyłając chwiejnie
na zamknięte drzwi. Musiałem się o nie oprzeć obiema rękami, żeby nie
wylądować na podłodze. Czarne plamy w oczach, grzmot krwi w uszach.
- Próbował sięgnąć po twoją pałkę, Paco. Widziałeś?
Barczysty gliniarz po lewej sapnął.
- Mógł próbować. Choć byłoby to strasznie głupie.
- No właśnie. - Lufa broni ostro dźgnęła mnie w dolną część pleców. Jej
właściciel nachylił się. - Po czymś takim człowiek może sikać krwią
przez tydzień.
- Oczywiście musielibyśmy obejrzeć nagranie monitoringu - stoicko
skomentował Paco. - To znaczy, żeby mieć pewność.
- Jasne, później. Ale wiesz, te systemy ciągle mają jakieś awarie. Sam
widziałem coś takiego. Możesz stracić całe godziny nagrania. - Pstryknął
mi palcami przy uchu. - O tak.
- Wtedy zostałoby tylko nasze słowo.
- Myślicie, że Nikki miałaby z tym problem?
- Osobiście nie sądzę.
Ponure chichoty całej trójki. Uniosłem głowę i popatrzyłem na ich
zniekształcone odbicie w aluminiowych drzwiach windy. Wyglądali, jak
stwory przeciskające się tu z jakiegoś innego wymiaru. Albo mężczyźni
powyginani w nieludzkie kształty przez okrutne obce siły.
- Masz jeszcze jakieś ważne pytania, Veil?
Nie odpowiedziałem. Winda zadzwoniła i stanęła. Ostrożnie się
wyprostowałem i przestałem opierać się dłońmi o drzwi w chwili, gdy
zaczęły się rozsuwać. Bliźniaki zombie wyprowadziły mnie na korytarz.
Jak większość współczesnych budynków w Bruździe, komendę główną policji
zbudowano okazałą i wysoką, a pokoje przesłuchań mieściły się na górnych
piętrach. Stanęliśmy przed sięgającą od podłogi do sufitu szybą dającą
świetny widok na migotanie i rozbłyski świateł Bradbury. Dzięki
szybkiemu wyłapaniu kilku punktów charakterystycznych - wieży INKOL w swej skrzącej się, nocnej chwale, bulwaru Hayek ciągnącego się prosto
jak strzelił przez centrum, olbrzymiego bloku budynku Praw Wydobywczych
na sześćdziesiątej drugiej ulicy - zorientowałem się, że okno zwrócone
jest z grubsza na południe. Moje spojrzenie instynktownie szukało skraju
świateł, ciemniejszej równiny poza nimi oraz potężnej obecności ściany
jeszcze dalej. Trudno powiedzieć, czy dało się je faktycznie zobaczyć z tej odległości, czy tylko wzrok podpowiadał szczegóły.
- Chodź, dupku. Już to widziałeś.
Jakby na złość jego słowom, na niebie zamigotała i rozciągnęła się
niespokojna fioletowa zorza - luźne fotony z okolicy pasma UV uciekające
z jakiejś wysokoenergetycznej regulacji między warstwami Laminy. Przez
kilka uderzeń serca wszyscy staliśmy jak zaczarowani.
- To musi być z deszczu, nie? - mruknął Paco.
Chwila minęła. Drugi z oddziału zombie burknął.
- To może być cokolwiek. Technologia Laminy; kto wie, co oni robią tam
każdej cholernej godziny dnia i nocy? Doprowadzimy tego hibskiego gnojka
czy nie?
Wzdłuż krzywizny korytarza, nabierając tempa, oddalając się od widoku, i do przejścia z licznymi drzwiami po obu stronach. Obok każdych jarzył
się niebieski lub czerwony panel informujący o zajętości. Sądząc po
liczbie czerwonych i gęstości ruchu w korytarzu, noc musiała być
pracowita. Przed jednymi z drzwi stała parka ze Zgodności Kontraktowej,
żując przemysłowe ilości ziela pobudzającego i śmiejąc się głośno ze
swoich kiepskich żartów. Poczułem poruszenie wspomnień na tyle żywe, że
prawie dało się je uznać za nostalgię. Nieco dalej obok nas przeszła
nieskazitelna prawniczka mówiąca szybko do swoich okularów, ciągnąc za
sobą zapach drogich perfum. Połysk jej garsonki oraz idealna jasna skóra
wręcz krzyczały o systemach molekularnych Marstechu, bez wątpienia
jakimś najnowszym, niemożliwie drogim produkcie. Inny prawnik, już nie
tak dobrze ubrany i pachnący, siedział na ławce przed kolejnymi drzwiami
ze zdjętymi okularami, zaciskając czubkami palców nasadę nosa i mrugając
podsiniałymi oczami sugerującymi, że przydałoby mu się coś z towaru
żutego przez ludzi z ZK.
Znajdź obrońcę z urzędu.
Stanęliśmy przed dziewiątymi drzwiami z prawej i Paco stuknął czerwony
panel sygnetem. Drzwi się otworzyły, a ja zostałem pchnięty do środka.
Wąskie okno z drugiej strony prezentowało wycinek tego samego nieba,
które widziałem po drodze. Spracowany kompozytowy stół na środku pokoju,
parę tanich krzeseł z włókien węglowych po obu stronach. Plecami do okna
siedziała Chinka w garniturze, ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi na
udach. Elegancja na poziomie kosztownej prawniczki miniętej w korytarzu
i coś na stole przed nią - mała, płytka miseczka wypełniona żebrowaniem
i przypłaszczonym guzkiem na środku. Całość wyglądała jak odwrócony
grzyb z metalu i czerni. Zagłuszacz rezonansowy, podobny do jednego z nowszych modeli Sennheisera. Kosztowna zabawka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Na Strip Marinera trafiłem wczesnym wieczorem, a w górze na Laminie
znowu próbowali deszczu. Z raczej ograniczonym powodzeniem. Z paprykowego nieba opadała z przerwami zimna, rzadka mżawka.
Nie przyglądałem się uważnie, byłem zbyt zajęty. Z tego, co słyszałem,
to jakiś świeżo napisany podprogram, dzieło konsultantów z lepszego
końca branży, zakodowany, skompilowany i wypuszczony luzem gdzieś tam w górze, pośród rozległych, migotliwych warstw z pajęczych nici, które
zapewniały ciepło dolinie. Musieli się też solidnie przyłożyć do
marketingu, bo ulice były dość gęste jak na wieczór w środku tygodnia.
Kiedy zaczęło padać, można było mieć wrażenie, że ogląda to całe miasto.
Wszędzie, gdzie się spojrzało, stali ludzie gapiący się w górę z wygiętymi szyjami.
Też posłałem w niebo kwaśne spojrzenie, ale się nie zatrzymałem, zamiast
tego przepychałem się przez stojące mi na drodze grupy rozmawiających
gapiów i ekogeeków. Każdy, kto liczył na zmoczenie tym czymś, musiał się
przygotować na dłuższe czekanie. Zwodzeni żarliwymi obrazami marketingu
ludzie często zapominali, że na Marsie nic nie spada szybko, a niezależnie od nowego kodu ta próba wywołania ulewy nie miała szans na
złamanie podstawowych praw fizyki. Obiecany deszcz przeważnie unosił się
i przesuwał poruszany podmuchami w górze, z pogardą traktując mizerne
ciążenie, a w świetle zachodzącego słońca wyglądał jak krwistoczerwona
mgiełka.
Jasne, ładnie wyglądał, ale niektórzy mieli sprawy do załatwienia.
Otaczał mnie bulwar Strip - pięciopiętrowe fasady z czasów Osiedlenia z pobrużdżonego, starego nanobetonu, z dawno wyczerpanymi procedurami
samonaprawy. Teraz ich nieaktywne powierzchnie zostały wyrzeźbione przez
dziesięciolecia huraganowych wiatrów i niesionego nim piasku w coś
wyglądającego bardziej jak połacie raf koralowych podczas odpływu niż
obiekty wzniesione ludzką ręką. W dawnych czasach inżynierowie INKOL
pilnowali, by się nie wychylać - budynki rozmieszczono po obu stronach
szerokiego kanału wykopanego między odsłoniętymi fundamentami, z identycznymi strukturami po obu stronach. Kanał miał sześćdziesiąt
metrów szerokości i trzy kilometry długości z lekkim zakrzywieniem
podążającym za linią uskoku struktur geologicznych dna doliny. Kiedyś
mieściły się tu ogrody hydroponiczne i wypielęgnowane tereny rekreacyjne
dla pierwotnych kolonistów, wszystko przykryte szklanym dachem. Parki,
welodromy, kilka małych amfiteatrów i boisk sportowych, a nawet -
podobno - basen albo trzy. Z darmowym wstępem dla wszystkich.
Kto by pomyślał.
Teraz dach zniknął, a z nim cała reszta. Zburzone, rozebrane, usunięte.
Zamiast nich rozciągał się tu podrapany i zaśmiecony, zagłębiony w ziemi
bulwar, pełen straganów i ulicznych budek rywalizujących o wciśnięcie
przechodniom jak najtańszych produktów. "Kupujcie póki gorące, kupujcie
teraz!". Przecenione szpile kodu z zeszłego sezonu, półinteligentna
biżuteria, Marstech z logo, kradziony lub podrabiany - musiał być przy
tych cenach - i tanie żarcie, mnóstwo, parujące z miliona woków i patelni. Na obrzeżach trzymali się uliczni farmaceuci, oferując
Dwadzieścia Sposobów na Szybkie Wydostanie się z Własnej Głowy, na
rogach czekali chłopcy i dziewczęta oferujące prostszą drogę takiej
samej ucieczki. Pewnie można by argumentować, że wciąż był to swoisty
ośrodek rekreacji, jednak krążący obecnie po Strip duch zabawy wygląda
dość mizernie i krzykliwie, a trafiając na niego, lepiej nie patrzeć mu
prosto w oczy.
Dla tych, którzy mimo wszystko pragną go spotkać, dotarcie na dół
możliwe jest przez długie tunele z ruchomymi chodnikami, wybite bez
cienia elegancji przez oryginalne struktury - umieszczono je na końcach
większości poprzecznych ulic, gdzie docierają do budowli z czasów
Osiedlenia, otaczając je z obu stron architekturą znacznie mniej skuloną
i hermetyczną, stworzoną z myślą o pokoleniu, które nagle mogło Wyjść Na
Zewnątrz. Na końcach przecznic obok skromnych, pobrużdżonych zapleczy
Starego Osiedlenia znienacka wyrastają wysokie, pełne aspiracji
konstrukcje Otwartego Powietrza. Wchodzisz na ruchomy chodnik pod
ciężkim, wysokim sufitem ze starego nanobetonu, a niekończący się pas
tworzywa zabiera cię w dół, na drugą stronę.
Albo - jeśli jesteś nowy na Marsie, prosto z promu, lub podnieca cię
nostalgia - robisz to, co turyści, i zjeżdżasz wielką, starą windą
towarową na jednym z końców kanału. Bliźniacze platformy o powierzchni
tysiąca metrów kwadratowych każda, wciąż wędrujące w górę i w dół niczym
powolny ruch płuc olbrzyma, gładko jak w dniu uruchomienia. Wszystkiemu
towarzyszą tandetne, sztucznie historyczne komunikaty nakazujące
odsunięcie się od krawędzi, grzmiące z głośników wokół platformy. Do
tego wirujące żółtym światłem koguty i cały ten cyrk. Ponura sprawność
ciężkiego sprzętu starej Rubieży, zachowana do dzisiaj ku uciesze
turystów.
Jednakże niezależnie od tego, którą wybierzesz drogę - platformy wind
czy sunące w nieskończoność pasy - wrażenie będzie praktycznie takie
samo. Opadasz powoli w trzewia czegoś wielkiego i zapewne szkodliwego
dla zdrowia.
Może być.
Zjechałem tunelem z końca Alei Żurawia, dzięki czemu znalazłem się mniej
więcej kilometr od miejsca, w którym chciałem się znaleźć, co przy
pasjonatach pogody tłoczących się na ulicach oznaczało powolny marsz.
Kiedy wyszedłem z tunelu, wbrew wszelkim oczekiwaniom trafiłem na
prawdziwy deszcz padający na poziomie ulicy. Uderzał mnie w twarz, gdy
przeciskałem się przez tłumy, i moczył kołnierz, oblepiając wierzch
dłoni i brwi kropelkami wilgoci, od których dawno zdążyłem się
odzwyczaić. Uczucie było dość przyjemne, choć z drugiej strony chwilowo
wszystko takie było.
Trzy dni od przebudzenia i jadę na ogniu.
W górze, za dawno niepotrzebnymi osłonami burzowymi na górnych poziomach
budynków zaczynały się zapalać wczesne światła, sugerując zmysłowe
tajemnice wnętrz. Nazwy klubów i loga trzymały się starej architektury
jak plaga olbrzymich świecących chrząszczy i pareczników. A na
deszczowym niebie zaczęły się pojawiać pierwsze żelobłony, rozciągając
prawie niewidoczne skrzydła z mydlanych baniek. Przez ich powierzchnie
przebiegały srebrzyste iskierki wstępnych impulsów, jak odkasływanie
przy oczyszczeniu gardła. Obrazy zamigotały i rozpoczęło się trwające
całą noc pompowanie obrazów.
Pomyślałem, że ze względu na prom z Ziemi, który zadokował właśnie tego
ranka, będziemy bombardowani montażami dla ultraturystów albo
standardowymi reklamami Vector Red i Horkan Kumba Ultra. Tego wieczoru
jednak przodował deszcz - nastrojowe, pełne emocji nagrania prężnych
młodych ciał brykających na nocnych ulicach w ulewach, jakich na żywo
nie widział nikt w promieniu pięćdziesięciu milionów kilometrów stąd.
Kompletnie przemoczone cienkie ciemne ubrania, przetarte i z rozdarciami, nieco stylizowane na favela, klejące się do krzywizn i krągłości, sterczące sztywno sutki, wystające spod tkanin kawałki
gładkich, mokrych ciał. Do tego powtarzany ze wszystkich ekranów tekst
reklamowy.
maczanka particle slam - poczuj wilgoć! kod opracowany w ramach
współpracy particle slam z partnerem strategicznym, inicjatywą
kolonizacyjną.
Jasne, znowu dzieło INKOL - wszechobecnej, wszechmocnej korporacyjnej
akuszerki obecności ludzi w kosmosie. Kilka wieków temu, gdy
rozpoczynali działalność, można było z przekonaniem nazwać ich keiretsu
o szczególnym obszarze zainteresowania, ale współcześnie byłoby to jak
przypinanie plakietki jaszczurka na tyranozaurze. Formalnie racja, ale
gubi skalę. Jeśli coś ma związek z ludzką obecnością gdziekolwiek w Układzie Słonecznym lub międzyplanetarnym transportem i handlem, INKOL
jest właścicielem, wykonawcą lub sponsorem. Albo za chwilę znajdzie się
w jednej z tych ról. Ich przepływ kapitału to krew ekspansji, a wykorzystanie dawnej struktury prawnej na Ziemi stanowi wszechobecne
ramy, które to wszystko spajają. Ich rzekomo oparta na konkurencyjności
dynamika rynków jest nie bardziej rzeczywista czy istotna niż taneczne
kroki i wypięte ciała smukłych młodych istot w przyjemnym i miłym
deszczu na żelobłonowych ekranach.
Deszcz - ten prawdziwy, w realnym świecie - raptownie ustał. Przez
chwilę powietrze nie niosło żadnej wody, tworząc długą, pełną napięcia
przerwę, a potem zaczęło się znowu, tym razem żałośnie powoli. Trudno
było ocenić, czy nowy kod działa dobrze - ta przerwa mogła być elementem
procedur oszczędzania energii, pauzą obliczoną na osiągnięcie efektu
dramatycznego albo zwykłym błędem kodu. Pasjonaci ekokodu stali
porozrzucani na całym Strip, wpatrując się zmrużonymi oczami w niebo i dyskutując z przejęciem.
- Mówiłem ci, że to rozwiążą. Particle Slam to solidna firma, gościu.
Zupełnie coś innego niż ci z Dziewiątej Ulicy. Czujesz to na twarzy?
- Odrobinę. Jak dla mnie to standardowe gówniane siąpienie.
- Och, wal się. Siąpienie w ogóle by nie dotarło tu, na dół. Patrz, tam
już się robią kałuże.
Minąłem rozmawiających i obszedłem kałuże, zapamiętując szczegóły na
później. Particle Slam - nigdy o nich nie słyszałem. Ale przywykłem do
takich rzeczy po przebudzeniu. Ekokodowanie to dynamiczna dziedzina
nawet na Ziemi, a tutaj, dzięki zdjęciu wszelkich hamulców i błogosławieństwu wolnego rynku jest tak darwinowska, że można się
zmęczyć od samego myślenia o niej. Firma koderska może tu przejść od
największej sensacji do kości dinozaura w czasie krótszym, niż prom
potrzebuje na lot w obie strony. Lekcja dla próbującego zarobić na życie
przyziemnego byłego przechwytywacza: gdy umierasz dla świata na cztery
miesiące, w tym czasie mnóstwo może cię ominąć.
Choć pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.
Każdego wieczoru Strip budzi się do ospałego życia niczym szturchnięta
uszkodzona neonówka. Błyska, wypala się i osiada, świecąc stale skosem z drugiej strony ulicy względem starej dzielnicy Bradbury'ego jak
tajemniczym uśmiechem, jak wezwaniem dla chętnych ciem. Widziałem to
kiedyś z niskiej orbity - dryfowałem wybudzony po zakończeniu misji na
zbuntowanym frachtowcu, o której wolałbym zapomnieć. Nie miałem nic do
roboty poza snuciem się po cichych pokładach i wyglądaniem przez okno na
obracającego się w dole Marsa. Dogoniliśmy terminator nad Gangesem i Eos, a gdy zapadła noc, zobaczyłem, jak przesuwa się tam Bruzda.
Złowieszcze ściany kanionów biegnące tysiące metrów w głąb skorupy Marsa
z olbrzymimi stertami i zwałami tektonicznego śmiecia na rozległym dnie
między nimi. Tu i tam kropki słabych świateł osiedli, gęstnące i splatające się w jedno w miarę zbliżania do dużej jasnej plamy
Bradbury'ego dalej w głębi doliny. I tam, w samym sercu starego miasta,
ten duży, wykrzywiony uśmiech długości trzech tysięcy metrów.
Wszędzie w mieście korporacyjne loga i promocyjne panele INKOL
rozjarzają niebo płynnym kryształowym ogniem, robiąc wszystko, by
odsunąć napierający obcy mrok. Są jednak granice tego, co lojalność
marce i poczucie przynależności mogą osiągnąć w walce z tym mrokiem, a czające się w tobie siły dobrze o tym wiedzą. Głęboko w środku, gdzie
kryje się podstawa człowieczeństwa, zegar nieustannie tyka, odsłaniając
ciemne karty niczym stale przegrywająca ręka. Tylko kwestią czasu jest,
kiedy to sobie uświadomisz. A kiedy przychodzi ta chwila, czujesz zimny
dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
Prędzej czy później pojedziesz na tym i rozbijesz się na pokusie Strip
jak wszystkie inne ćmy.
Sądziłem, że jestem inny.
Jak wszyscy.
Cienkie jak igła brzęczenie przy uchu, nieuniknione ukłucie. W bezsensownym odruchu rozdrażnienia klepnąłem się po szyi - kodmar już
odleciał, dokładnie zgodnie z projektem. Nawet w standardowym ziemskim
ciążeniu małe gnojki były dużo szybsze od prawdziwych moskitów, na
których je wzorowano, a tutaj, po dostosowaniu do lokalnych warunków,
były jak małe żądlące iskry na wietrze. Dotknięcie, wkłucie, ładunek
dostarczony. Zostałeś ukłuty.
Nie żebym narzekał. Wiadomo przecież, że jeśli tu żyjesz, musisz być
kłuty. Inaczej nie da się żyć. To ostatnia Rubież, gościu, jesteś tu
tylko drobnym elementem nieustannych aktualizacji Ludzkości Ostatniej
Rubieży.
Problem w tym, że na cztery miesiące wypadłem z obiegu i ominęło mnie
tyle aktualizacji, że teraz bierze mnie na cel każdy cholerny
nieorganiczny kodmar w okolicy. Po trzech dniach czułem się jak
pieprzona ludzka poduszeczka na szpilki. Od wkłuć swędziała mnie cała
odsłonięta skóra. Nowe procedury wymiany gazowej dla płuc, aktualizacja
melatoniny do wersji 8.11.4, łatki do najnowszych - i mocno
niestabilnych - inhibitorów osteopenii, osłony rogówkowe 9.1. I tak
dalej.
Za część tego syfu zapłaciłeś, by otrzymywać go, gdy tylko wyjdą nowe
modyfikacje, inne to dar od INKOL z głębi jego skupionego na wydajności
małego serduszka. Jednakże to wszystko musi zostać zrównoważone,
dopasowane i zoptymalizowane pod kątem wydajności, a potem poprawione na
nowo, wersja za wersją, aktualizacja za aktualizacją, wkłucie za
wkłuciem.
Tak dochodzimy do uzależnienia, od którego nie uwolnisz się nigdy, jak
długo będziesz mieszkał gdziekolwiek poza Ziemią.
Nie żebym narzekał.
***
Vallez Girlz mieścił się dokładnie tam, gdzie zostawiłem go cztery
miesiące temu. Ten sam podniszczony front, tuż za wyjściem z ruchomego
chodnika z bulwaru Friedman, wciąż błyskał tym samym zapętlonym filmem
reklamowym z pięciometrowych ekranów po obu stronach wejścia. Niezmienna
obskurna muzyka w stylu Fuktronic plus infradźwięki z ukrytych
głośników. Na ekranie po prawej dostrzegłem pęknięcie w miejscu, gdzie
walnąłem w niego głową, i chyba coś było nie tak z wyświetlaczem, bo
nagranie tancerek ciągle rozpadało się w konfetti skorygowanych
elektronicznie ciał i włosów przeplatanych obrazami podskakujących,
odcieleśnionych oczu z długimi rzęsami, unoszących się jak łzy w nieważkości.
A może to miało tak wyglądać.
Za szybko pędzisz, chłopie. Gdzie wyciek?
Jadę. Nagrzany.
Zmusiłem się do zmniejszenia tempa, by dopasować się do tłumu.
Nieśpieszne szuranie z rękami w kieszeniach i kapturem osłaniającym
przed falami mżawki. Dało mi to dość czasu, by ocenić przód klubu. Luźny
tłumek chętnych do wejścia, kręcących się w rytmie słyszanej i poddźwiękowej Fuktroniki. W drzwiach tradycyjnie dwóch solidnie
zbudowanych gości, okulary w formie klasycznej opaski wokół głowy. I ten
sam przestarzały skaner Zarządu portu wiszący szeroko nad nadprożem o wyglądzie zrywającego się do lotu prehistorycznego nietoperza. Sal
Quiroga, wieczny sknera - kupił skaner na wyprzedaży wymienianego
sprzętu dziewięć lat temu, a podobno nawet wtedy wywarł nacisk na kogoś
w biurze Zarządu portu, żeby jeszcze obniżyć cenę. "Plecy", powiedział
mi kiedyś, "to podstawa tego miejsca. Bez pleców równie dobrze możesz
wracać na Ziemię".
Pusty śmiech, bo dla większości stałych mieszkańców Bruzdy jedyny
sposób, by kiedykolwiek dostać się na Ziemię, to bardzo szerokie plecy.
Poza Loterią Długiego Spadku - Każdego roku pięćdziesiąt cudownych
biletów na powrót do domu! Tym razem to możesz być Ty! Zagraj, by
wygrać! - nikt tu raczej nie rozdaje biletów. Z Marsa do domu nie leci
nikt, kto nie ma niezwykłego szczęścia, wielkiego bogactwa lub aktywnego
kontraktu z INKOL.
Dobrze wiem, tkwię tu już dość długo.
Przeszedłem jeszcze pięćdziesiąt metrów, być może, by uhonorować tych
cudownych zwycięzców, a potem zawróciłem i ruszyłem z powrotem. Wchodząc
po stopniach prowadzących do drzwi, zrzuciłem kaptur. Nie miały sensu
próby ukrywania się. Kiedy pracujesz na bramce - a zdarzyło mi się to
robić raz czy dwa przez te lata - nic nie aktywuje wewnętrznych alarmów
tak, jak klient próbujący ukryć twarz. "O nie, stary, nic z tego. Teraz
mnie obudziłeś".
Nie chciałem jeszcze budzić tych gości, musiałem podejść bliżej, więc
dopasowałem wyraz twarzy do wzbudzonego przez Fuktronikę konsumenckiego
pożądania i spojrzałem w puste szkła okularów prawego bramkarza, gdy
zerknął w moją stronę. Nie znałem go - a dobrze pamiętam ludzi, którzy w przeszłości skopali mi tyłek - więc on też nie mógł mnie znać. Choć w tych czasach nie znaczyło to wiele. Musiał sprawdzać listę wyświetlaną
przez okulary. Systemy rozpoznawania twarzy, przekleństwo wciskających
się na krzywy ryj w całej ekliptyce.
Dostrzegłem zesztywnienie jego sylwetki, gdy oprogramowanie wyświetliło
ostrzeżenie, a potem rozluźnienie towarzyszące przyswojeniu danych.
Zobaczyłem, jak wykrzywia wargę.
- Dom? - Uwaga powędrowała w bok, gdzie jego kumpel obmacywał bardzo
oszczędnie osłonięte krzywizny próbujące wejść do środka. Dotknął
okularów przy uchu, zrobił coś z Fuktroniką, zmniejszając głośność
dźwięków. - Hej, Dom. Pamiętasz tego żałosnego pierdolonego hiba,
którego razem z Rico wywaliliście parę miesięcy temu?
Dom zerknął w naszą stronę, wyraźnie zirytowany.
- Hib? Co za pieprzony hib? Mówisz o tym gościu...? - Jego głos ucichł,
gdy mnie zobaczył. Twarz rozjarzył szeroki uśmiech. - Ten gość.
- Chyba niektórzy nigdy się nie uczą, nie?
- Przyszedłem spotkać się z Salem - powiedziałem spokojnie.
- Tak? - Dom niedbale zacisnął prawą dłoń i przyjrzał się jej, jakby
była jakimś narzędziem, którego zakup rozważał. - Cóż, Sal nie chce cię
widzieć. Poprzednim razem też nie chciał się spotykać. Pamiętasz, jak
się to skończyło?
- Tym razem się ze mną zobaczy.
Wymienili spojrzenie - błysk nieprzyjemnego rozbawienia w oczach.
Towarzysz Doma westchnął.
- Słuchaj, chłopie... to spokojna noc, prawda? Zrób nam wszystkim
przysługę i spierdalaj, zanim będziemy musieli ci zrobić coś brzydkiego.
Na moje usta wypłynął uśmiech.
Jadę na ogniu.
- Nie mogę, panowie.
Dom prychnął. Sięgnął do mnie...
Chwyciłem go za nadgarstek, szybko. Musisz być szybki - przy ciążeniu
nieco poniżej 0,4 standardowego ziemskiego, masa i pęd dają bardzo
kiepski zwrot inwestycji. Siła uderzenia musi pochodzić z szybkości.
Szarpnąłem jego mały i serdeczny palec do tyłu u podstawy i wykręciłem z dużą siłą. Rozległ się taki dźwięk, jakby pękał, a ja zablokowałem mu
rękę, sprowadzając go na kolana w nagłym wstrząsie i bólu. Gdy się
zginał, kopnąłem mocno w brzuch.
Puściłem, pozwalając mu opaść na ziemię.
Normalnie nie przechodziło się przez bramkarzy na Strip w taki sposób,
to twardzi ludzie, byli żołnierze gangów z Wyżyn, przeważnie tacy,
którzy nie radzą już sobie z rzadkim powietrzem i nie stać ich na nowsze
turbowspomagania, które pomogłyby to rozwiązać. Wracają więc do Doliny,
w kociołek Bradbury'ego i znajdują sobie pracę dla mięśniaków. Jako
człowiek, który sam doświadczył niepowodzeń w karierze, nie mam im tego
za złe. Wykonują potrzebną pracę, taką, którą sam czasami się
zajmowałem, i przeważnie robią to dobrze.
Ci dwaj jednak weszli mi w drogę, a wszystko, co mówiło o mnie ich
wcześniejsze doświadczenie i oprogramowanie, było błędne.
Nie mieli szans.
Drugi sięgnął po paralizator w kaburze przy pasku na plecach. Błędny
ruch i za późno - ja byłem za blisko, a on zbyt wolny. Pewnie skutek
lekkiego szoku: to w ogóle nie powinno się dziać. Zrobiłem krok w jego
stronę, zablokowałem ruch, zanim zdołał uwolnić broń, i uderzyłem go w gardło. Podciąłem go, gdy zatoczył się do tyłu, i pomogłem mu znaleźć
się na ziemi mocnym uderzeniem dłoni w pierś. To załatwiło sprawę nawet
przy 0,4 g. Uderzył w ziemię plecami, dusząc się i machając rękami.
Schyliłem się i zabrałem mu paralizator, a potem go odwróciłem i strzeliłem z przyłożenia.
Ostry trzask i syk jak przy wylewaniu rozgrzanego oleju z patelni -
zobaczyłem falowanie koszuli w miejscu, gdzie przebiły się przez nią
kryształki. Jego oczy błysnęły białkami, a ciało wyprężyło się w łuku
ogarnięte gwałtownym spazmem. Ostra fala ziemistego smrodu opróżnionych
jelit, chrapliwy, zdławiony dźwięk z głębi gardła. Spieniona ślina na
zaciśniętych wargach. Kurczowo rozłożona dłoń gorączkowo uderzała w pierś, jak skrzydło uwięzionego ptaka.
Z boku Dom zerwał się na mnie z ziemi. Do niego też strzeliłem, a potem
ostrożnie przeszedłem między dwoma wyprężonymi ciałami, pod
rozciągniętym w górze skanerem i przez drzwi.
Rozdział 2
W klubie wszystko było przyciemnione i domyślnie błękitne. Przecisnąłem
się przez niezbyt gęsty tłumek ciał i niewyraźnych twarzy, unikając
jaskrawych wiązek punktowych reflektorów przecinających podmorski mrok,
by oświetlać tańczących. Tu i tam w sklepionej przestrzeni rozbłyskiwały
subtelniejsze plamy jasności emitowane przez świetlikowe korpusy
robaczków nastrojonych do zbierania się wokół emitujących feromony ciał
dziewczyn z Vallez, dyskretnie nie naprzykrzając się klientom. Ze ścian
dobiegały powolne rytmy i falujące dźwięki - jakiś archiwalny remiks
kriopopu, który niejasno kojarzyłem sprzed paru lat. "Długi upadek
śpiącego" czy inne tego typu gówno. Ale spójrz na dobrą stronę,
gościu... Żadnych syren, alarmów i zaburzenia rytmu tańca na parkiecie.
Schowany w kieszeni paralizator był własnością lokalu, nie mógł więc
aktywować żadnych ostrzeżeń podczas mojej wędrówki przez salę. I byłem
przekonany, że nie dałem Domowi ani jego kumplowi dość czasu na
wciśnięcie żadnych przełączników, zanim wylądowali na ziemi.
Dwie, góra trzy minuty - zapewne tyle miałem czasu, nim bajzel
zostawiony przy drzwiach wykipi i podąży za mną do środka. Wbijałem się
w serce klubu, pilnując swobodnych i niewzbudzających czujności ruchów.
Nic się nie dzieje, chłopaki, możecie dalej gapić się na prezentowane
towary. Nie przejmujcie się wielkim facetem z nieprzyjemną gębą, to nie
wasz problem i nie chcecie, żeby nim się stał.
Dostrzegłem Sala siedzącego przy dużym stole na antresoli w towarzystwie
poważnie wyglądających gości z Hellas. Żadnych niespodzianek,
przynajmniej dla mnie. Zachodzi zauważalny brak oficjalnej współpracy
między INKOL a Chińczykami z krateru, co obie strony odziedziczyły w całości po macierzystych blokach władzy na Ziemi. Jednakże o ile
długotrwałe animozje geopolityczne na Ziemi zniechęcają do
fraternizacji, na Marsie umiarkowany handel znajdzie sobie sposób.
Pieniądze z Krateru skapywały do Bruzdy tylnymi drzwiami już od
dziesięcioleci i wyglądało na to, że Salvador Quiroga podpiął się do
źródełka tak samo jak wszyscy.
Nieśpiesznie wszedłem po szerokich spiralnych schodach wyciętych w tylnej ścianie klubu i dostałem się na antresolę. Muzyka była tu
przyciszona, mieszając się z brzmieniem głosów w głośnej rozmowie.
Szedłem, omijając platformy do tańca, kierując się na Sala przy stole na
galerii. Gdy się zbliżałem, jedna z ubranych w garnitury postaci
przeprosiła, wstała i odwróciła się, ruszając w stronę łazienek.
Minęliśmy się na tyle blisko, żeby się dotknąć. Nie miałem pojęcia, czy
na mnie spojrzała, czy nie - w słabym świetle szkła jej okularów
wyglądały na całkowicie czarne.
Przy stole przed sobą zobaczyłem jeszcze czworo podobnych do niej:
garnitury i jednakowe okulary ukrywające indywidualne różnice. Na ile
mogłem stwierdzić, trzech mężczyzn i jedna kobieta, wszyscy emanujący
taką samą cichą, niewzruszoną siłą. Kamienna widownia wsłuchująca się w chrypliwy głos rozkręconego w pełni Sala Quirogi. Choć świetnie władał
hiszpańskim i quechua, tego wieczoru, z szacunku do gości, mówił po
angielsku. Sądząc po słowach, zmiana języka była największym ustępstwem,
na jakie był gotów.
- ...i jeśli sądzicie, przyjaciele, że będę siedział spokojnie dla
takiego procentu, to przyszliście do nie tego cholernego klubu. Nie
macie u mnie takich pleców. Nie zapominajcie, kto wam tu otworzył drzwi.
Nie zamierzam...
Opadłem na zwolnione krzesło.
- Cześć, Sal.
Krótkotrwała fala panicznych ruchów wokół stołu. Jeden z Kraterowców
sięgnął po coś pod marynarką, ale zrezygnował, gdy towarzysz położył
dłoń na jego ramieniu. Podobne drgnięcie przebiegło przez ochronę za
plecami Sala - dwoje miejscowych o twardych twarzach i luźnych ubraniach
prawie ukrywających opancerzenie pod spodem. Zauważyłem, że ta po prawej
zaczęła subwokalizować do opaski na szyi, i domyśliłem się, że próbuje
rozmawiać z ludźmi przy drzwiach.
Powodzenia.
Quiroga zdjął okulary, żeby jego ciężkie spojrzenie nabrało większej
mocy.
- Coś ty, kurwa, za jeden?
- No wiesz? Poczułem się dotknięty.
- Tak? - Zerknął na opancerzonego ochroniarza po lewej. - Tupac dotknie
cię znacznie mocniej, jeśli nie powiesz mi, kim, do cholery, jesteś i co
robisz przy tym stole.
Kobieta nachyliła się i wyszeptała mu coś do ucha. Musiała aktywować
rozpoznawanie twarzy, tak jak goście przy drzwiach, znajdując
dopasowanie i wszystko, co mieli na mój temat. Czyli przynajmniej
nazwisko i niedawną przeszłość.
Na twarzy Quirogi odbiło się spóźnione rozpoznanie.
- Schudłeś? - zapytał z zainteresowaniem.
- Trzy dni temu wyszedłem ze zbiornika, Sal. Nie mam nastroju na
pogaduszki. - Swobodnym ruchem wymierzyłem z paralizatora w ruszającego
do przodu Tupaca. - Nie.
Znieruchomiał. Pomijając tych z wadami serca i w podeszłym wieku,
"nieśmiercionośny" to mniej więcej uczciwy opis paralizatora. Pomija on
jednak szczegóły tego, jak przyjemne jest zaliczenie wielokrotnych
ataków padaczkowych uderzających jak lot przez kolejne szklane drzwi,
czucie wędrujących wzdłuż nerwów ociekających kwasem krocionogów,
idących zwinąć się w głębi mózgu, obesranie się i zsikanie w chwili
trafienia i leżenie bezradnie w kolejnych spazmach ze smrodem
wypełniającym nozdrza do czasu, aż ładunek w końcu się wyczerpie.
Jeśli raz oberwiesz z czegoś takiego, bardzo się starasz unikać powtórki
tego doświadczenia.
Kiwnąłem głową Tupacowi - mądry człowiek, nie róbmy głupot - i opuściłem paralizator z powrotem na podołek. Stojąca po drugiej stronie
Sala kobieta nawet nie drgnęła, ale patrzyła na mnie zza szkieł z niewzruszonym spokojem. Szukając otwarcia, nawet najmniejszego.
Sal w tym czasie jakby przypomniał sobie, że ma gości.
- Słuchaj, mam tu pieprzone spotkanie - warknął. - Nie wiem, o czym
chcesz rozmawiać, Veil, ale...
- Synthia.
- Syn... - zatchnęło go. Zajarzył. Roześmiał się. - Kurwa, serio?
Powiedz, proszę, powiedz mi, że nie przyszedłeś tu znowu w tej
sprawie. Ty kretynie. Poprzednim razem wiadomość nie dotarła?
- Owszem. Dowiedziałem się, że złamałeś umowę i mimo wszystko ją
załatwiłeś.
- Pieprzona suka mnie okradła!
- Popełniła głupi błąd i zdawała sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie
przyszła do mnie. Żałowała.
Uśmiechnął się pogardliwie.
- Jasne, na koniec tak.
- Zawarliśmy umowę. - Postarałem się mówić beznamiętnym tonem. - Ty
odzyskasz towar, ona odejdzie. Odzyskałeś swój towar.
Westchnął. Odgrywając, być może przed gośćmi: "zobaczcie, wszyscy tu
jesteśmy rozsądnymi ludźmi, to tylko interesy".
- Naprawdę uważasz, że mogłem pozwolić, by jedna z moich tancerek
odwaliła coś takiego i po prostu odeszła? Myślisz, że wieści by się nie
rozeszły?
- Myślę, że zawarliśmy umowę, a ty ją złamałeś.
- Słuchaj...
- A kiedy próbowałem tu wejść i o tym porozmawiać, kazałeś swoim gorylom
przy drzwiach mnie pobić, a potem wykopać z powrotem na Strip.
- Kazałem im niczego nie połamać. Powiedziałem, żeby cię nie zabili.
- Owszem, i to był twój drugi błąd.
Jak pyknięcie lodu topiącego się w szklance. Zimna cisza napierająca
pomimo nieustannego rytmu klubowej muzyki. Quiroga wpatrywał się we mnie
przez chwilę i coś drgnęło w jego twarzy. Przybrał obleśny uśmiech.
- Pieprzyłeś ją, prawda?
Nie odpowiedziałem.
- No wiesz... jak inaczej miałaby zapłacić ci za coś takiego? Musiałeś
dostać przynajmniej ze dwa bardzo dobre lody.
- To nie ma żadnego znaczenia.
- Wiesz, że ona tak naprawdę wcale nie była nią? Nasza Synthia.
Nachyliłem się.
- Kimkolwiek była, Sal... dla mnie była klientką.
Znowu drgnięcie mięśni twarzy. Kobieta po jego prawej powoli robiła
bardzo mały kroczek w bok. Spojrzałem jej w oczy i bardzo nieznacznie
pokręciłem głową.
Kraterowcy przyglądali się temu wszystkiemu bez słowa.
- Klientka - prychną Quiroga. - Nie jesteś już pieprzoną Czarną
Grodzią, Veil.
- To nie ma znaczenia. Przyszła do mnie po ochronę i takie zlecenie
przyjąłem. - Znowu spojrzałem mu w oczy. - Myślisz, że wieści by się nie
rozeszły?
Tym razem bezruch trwał dłużej. Usłyszałem to niewyraźnie przez muzyczne
tło i głosy gości - brzmienie panicznych rozmów z dołu i z głębi, przy
drzwiach. Kończył się mój okres karencji - czas załatwić sprawę.
Uniosłem wolną dłoń, otwartą i luźną, jakbym prosił o pozwolenie na
odezwanie się.
- Rozumiesz chyba, że mamy tu problem do rozwiązania. A żeby to było
możliwe, musisz spojrzeć na coś, co mam ci do pokazania. Tu, w kieszeni.
- Poklepałem się po lewej piersi. - Spokojnie, Sal, nie zamierzam cię
zastrzelić. Daję na to moje słowo.
Bardzo powoli, ze wzrokiem wciąż utkwionym w jego ochronie i ich
napiętych twarzach, wsunąłem dłoń pod kurtkę i wyciągnąłem schowany tam
przedmiot. Zauważyłem osłabienie napięcia na twarzy kobiety, gdy
dostrzegła, że to nie broń. Tupac dalej wpatrywał się we mnie, jakby
chciał mnie złamać na pół i wyjeść wnętrzności. Jego spojrzenie
przeniosło się na obiekt w mojej dłoni, gdy położyłem go na stole.
Dostrzegłem, jak marszczy brwi.
Niezgrabny, dziesięciocentymetrowy cylinder podobny do wąskiej puszki z napojem, z matowoszarą powłoką z kompozytu, złączami u podstawy, gdzie
powinien zostać podłączony do czegoś innego, i z małym pustym ekranem
dotykowym u góry. Istniała spora szansa, że faceci przy drzwiach mogliby
powiedzieć Salowi, na co patrzy, ale Tupac i kobieta byli z wyższej
półki - mięśniaki z miasta, trafili tu zapewne po zaliczeniu kariery w ochronie korporacyjnej lub policji Bradbury i nigdy w życiu nie widzieli
na własne oczy obozu pracy na Wyżynach.
Choć na pewno skanowali okularami...
- Co to, do cholery, ma być? - W głosie Sala wyraźnie usłyszałem ulgę. -
Nie jestem w nastroju na żarty, Veil. Lepiej...
Ładunek flary ratunkowej wybuchł mu prosto w twarz.
***
Dziki biały ogień tryskający we wszystkie strony na antresoli. Zatrzymał
w ruchu tancerki na platformach, odrywając od nich cienie, jakby
pozbawiał je mrocznych dusz. Skasował wszystko, wybielił salę.
Na Wyżynach używa się zmodyfikowanych wyrzutni latawców do wypuszczenia
całego pakietu tysiące metrów w powietrze, skąd zalewa okolicę
gwałtownym blaskiem, otwiera spadochron i bardzo powoli opada, jarząc
się jak miniaturowe słońce. Nawet gdy jest tak wysoko, masz plamy przed
oczami, jeśli spróbujesz skupić wzrok na świetle. Sal Quiroga dostał
takim samym wybuchem z niecałego metra i natychmiast stracił wzrok. Nie
wiem, czy w pakiecie było dość ultrafioletu, by wypalić mu też
siatkówkę, ale z pewnością wrzasnął, jakby tak było.
Zasłonił twarz dłońmi i krzycząc, spróbował wstać, ale potknął się na
krześle i poleciał do tyłu.
W chwili rozbłysku flary w moich oczach wysunęły się z boków
opatentowane przesłony migawkowe, osłaniając je przed światłem. W rozmytym, żółtawym obrazie zza ich bariery zobaczyłem ochronę Sala
odsuwającą się w oślepieniu, sięgającą po broń i próbującą poradzić
sobie z sytuacją. Strzeliłem do obojga z paralizatora, posyłając w powietrze między nami chmary drobnych kryształków, bezgłośnie w ryku
paniki i wypełniającej klub muzyce. Ładunki przebiły się przez ich
pancerze, ubrania i ciała, zwolniły neuronowe zatyczki i spięły wszystko
od stóp do głów. Zobaczyłem, jak się szarpią i padają na podłogę.
Powietrze wypełniły odległe krzyki.
W górę z krzesła, skokiem nad stołem, na ziemię po drugiej stronie. Sal
Quiroga leżał przede mną, wijąc się na podłodze, z dłońmi wciąż
przyciśniętymi do oczu, wyrzucając strumień skierowanych do mnie
inwektyw i obietnic śmierci. Szturchnięty moim butem cylinder przewrócił
się i sturlał ze stołu, wciąż płonąc, a potem spadł na podłogę i potoczył się dalej. Po ścianach wokół i suficie ganiały fale oszalałych
cieni, wywołując wrażenie, jakby cały klub drżał ogarnięty trzęsieniem
ziemi. Burza białego ognia nie ustawała, grzebiąc nas w swoim sercu.
Upuściłem paralizator, żeby uwolnić dłonie. Mocno kopnąłem Quirogę w żebra. Szarpnął się i zwinął z bólu. Stanąłem nad nim okrakiem i obróciłem go mocniej, na brzuch. Przykucnąłem, przełożyłem rękę wokół
jego gardła i oparłem kolano na kręgosłupie.
- To ci się spodoba, Sal - wysyczałem mu do ucha. - Podstawą są plecy.
Rozdział 3
Policja Bradbury znalazła mnie kilka godzin później w knajpce Uchu na
Ferrite Drive. Sprawnie im poszło, ale z drugiej strony w sumie nie
próbowałem się ukrywać. Siedziałem sam przy oknie, widział mnie każdy
przechodzący. Przede mną na stole stał talerz z prawie nietkniętym
jedzeniem - jedziesz na ogniu: wiesz, że należy jeść, ale nie masz na to
ochoty - i pusty kieliszek po szocie tuż obok. Oprócz kieliszka butelka
z poziomem płynu niższym o dobre kilka palców niż w chwili, gdy ją
zamówiłem. Znają mnie w Uchu. Kilka lat temu oddałem właścicielowi kilka
przysług i teraz trzyma za barem butelkę mark on mars z moim imieniem.
Jej utrzymanie musi go sporo kosztować, ale moje przysługi też nie były
tanie.
Po drugiej stronie zroszonej deszczem szyby podjechał zgrabny czarny
pełzacz bmw. Nieoznakowany samochód i brak mundurów u ludzi, którzy z niego wysiedli, ale nie potrzebowali ich, by było widać, kim są. Minęli
moją część okna, kierując się do drzwi. Usłyszałem, jak rozsuwają się za
moimi plecami. Z nowo przybyłymi do środka wdarł się podmuch zimnego
powietrza z ulicy, mrożąc skórę na karku. Poczułem, jak do mnie
podchodzą, a chwilę później usiadła na wolnym miejscu z drugiej strony
stołu.
- Cześć, Veil.
- Nikki.
Dobrze wyglądała, ale to nic nowego. Andyjskie rysy, skóra w kolorze
café con leche, wręcz niemożliwie kobaltowe oczy za przejrzystymi
szkłami okularów. Do tego gęsta chmura sięgających ramion włosów
metyski, kruczoczarnych z pasmami srebrnych spiralek.
- Mogę coś dla ciebie zrobić? - spytałem.
Obróciła głowę i brzegiem dłoni strzepnęła z włosów trochę deszczu od
Particle Slam.
Opadły na blat stołu i talerz ledwie napoczętego jedzenia.
- Czy możesz coś dla mnie zrobić? No cóż, pewnie mógłbyś przestać
mordować pomniejszych gości z PZ w mojej jurysdykcji.
- To było trzy lata temu, pani porucznik. Dawne dzieje. Od kiedy tak
długo trzyma pani urazę?
Posłała mi sztuczny uśmiech i boleśnie kopnęła mnie pod stołem w piszczel. Regulaminowe buty ze stalowymi wkładkami na czubkach.
Stęknąłem, próbując nie skulić się z bólu.
- Nie rób ze mnie idiotki, Veil.
- W życiu bym się nie odważył - zapewniłem.
- Dwie godziny i czterdzieści siedem minut temu wszedłeś do klubu
Salvadora Quirogi na Strip. Unieszkodliwiłeś bramkarzy i poszedłeś
prosto do jego stołu na antresoli, jakbyś wiedział, że tam będzie.
Usiadłeś, zacząłeś rozmowę. Mamy to wszystko w dokumentacji z kamer
monitoringu. Dwie minuty później Quiroga nie żył ze złamanym
kręgosłupem. Więc. - Czubkami palców rozmazała po stole jedną z większych kropli wody. - Może mi powiesz, co się stało?
- A co wynika z nagrania?
Z ponurą miną kiwnęła głową, a gliniarz stojący za mną wylądował na
mojej szyi i plecach jak lawina. Talerz i sztućce zagrzechotały od
uderzenia, a kieliszek podskoczył i zleciał. Nikki Chakana złapała
chwiejącą się butelkę, zanim spotkał ją taki sam los. Gliniarz
przygniótł mnie do stołu, wykręcając głowę w stronę swojej szefowej.
Chakana uważnie przyjrzała się etykiecie butelki.
- Dziwię się, że stać cię na coś takiego. Nie ma żadnego pieprzonego
nagrania, Veil. Aktywowany przez ciebie ładunek flary wysycił wszystkie
układy na antresoli przez cały czas działania. Zdziwiony?
- Mhm. - Rozmowa z połową twarzy przyciśniętą do blatu stołu nie była
najwygodniejszym sposobem prowadzenia rozmowy. - O tym... nie
pomyślałem.
- Oczywiście, z pewnością nie przyszło ci to do głowy. Po co poszedłeś
do Quirogi?
- Był mi winien pieniądze.
Trzymający mnie gliniarz odchrząknął.
- I z tego powodu go zabiłeś?
Wyszczerzyłem się do stołu.
- Musisz być nowy. Z trupa niczego się nie wyciśnie, gościu. Prosta
sprawa... porucznik jeszcze ci tego nie wyjaśniła?
Osłonięta rękawem munduru ręka trzymająca mi głowę docisnęła mocniej.
Poczułem ukłucia bólu w skroniach. Zebrałem się w sobie i sięgnąłem do
tyłu lewą ręką najdalej, jak mogłem, próbując złapać go za jaja. Źle
oceniłem, ledwie otarłem się o jego nogę, ale wzdrygnął się od
dotknięcia i osłabił nacisk. Wykręciłem się, korzystając z okazji, i palcami drugiej ręki wymierzyłem w jego oczy. Krzyknął, a na mnie
rzuciła się reszta, przynajmniej jeszcze dwóch. Ktoś chwycił mnie za
rękę i wygiął ją prawie do granicy złamania. Warknąłem i wyprowadziłem
kopnięcie. Ktoś inny wyciągnął jakąś broń i przycisnął mi lufę do
gardła. Przy uchu zabrzmiał napięty damski głos.
- Jeśli kopniesz jeszcze raz, to cię rozwalę!
Szarpnąłem się i zdołałem odsunąć pistolet. Jego lufa boleśnie wbiła mi
się w bok głowy.
- No to dalej, nie cackaj się! Zrób to!
Chakana klasnęła językiem i w jednej chwili ze mnie zeszli.
Nie odsunęli się daleko i było ich całkiem sporo, z wyszczerzonymi na
mnie zębami. Policjantka z bronią wciąż mierzyła do mnie bardzo wrogo -
z nieprzyjemnie wyglądającego glocka sandmana, standardowej broni
policyjnej. Gdyby nacisnęła spust, nic nie zostałoby z mojej głowy.
Chwila na oddech. Wszyscy trochę poprawiliśmy sobie ubrania.
Z drugiej strony stołu Nikki Chakana patrzyła na mnie zmrużonymi oczami.
- Kiedy wyszedłeś ze zbiornika, Veil?
- Trzy dni temu.
- Och, do kurwy! - Popatrzyła na talerz nietkniętego jedzenia i wciąż
trzymaną w dłoni butelkę mark on mars. - Jak mogłam to przegapić? Dobra,
zgarnijcie go i zabierzcie do pełzacza. Wracamy na komisariat.
***
Kierując się jakimś znakiem, którego nie zauważyłem, zignorowali klatkę
aresztu z tyłu pełzacza i zamiast tego wepchnęli mnie na siedzenie w drugim rzędzie, między faceta, który mnie przyciskał do stołu, i kobietę
z pistoletem z bronią przy moim gardle. I tak poczułem dobiegającą z tyłu lekką woń środka odkażającego i środków uspokajających.
Chakana wsiadła z przodu, obok kierowcy.
- Pojedź Osiemnastą, a potem Sojuza - poleciła. - Jeśli teraz spróbujemy
jechać przez centrum, utkniemy przynajmniej na godzinę. Pieprzone parady
deszczowe.
W przytulnym mroku rozbłysły łagodne światła aktywowanego panelu.
Odchrząknął silnik magnetyczny bmw, pełzacz uniósł się na zadzie ze
stopu i włączyliśmy się do ruchu. Zauważyłem, że Chakana próbuje ukryć
szerokie ziewnięcie.
- Mogłeś nam powiedzieć, że nie śpisz dopiero trzy dni - powiedziała nie
oglądając się na mnie.
- Mogła pani zapytać.
Rozparła się na fotelu i oparła obutą stopę o przedni panel.
- Zapytałam. Z tego, co pamiętam.
- Wcześniej. Mogła pani zapytać wcześniej. - Zerknąłem na towarzyszy po
bokach i zostałem ostentacyjnie zignorowany. - Mogło nam to oszczędzić
trochę kłopotów.
Kierowca parsknął.
- Wciąż masz się za kogoś wyjątkowego, gównojadzie?
- On jest wyjątkowy - odparła Chakana zmęczonym głosem. - W tym
problem. To jakby wejść na ring i spróbować aresztować Corky'ego Svobodę
po drugim dzwonku. Mój błąd, byłam nieuważna. Problem niewyspania.
Jestem na nogach już prawie trzydzieści godzin na rozkazach Mulhollanda.
- Pomyślałbym raczej, że to robota Sakariana - odezwałem się. -
Pucowanie wszystkiego na wysoki połysk dla gości z Ziemi. Pilnowanie,
żeby wszystko wyglądało, jak należy, gdy dotrze tu nowy zestaw profisów.
- Zamknij się, nie masz prawa mówić o takich rzeczach.
- Odniosłem wrażenie, że chciała pani, żeby mówił.
- Nie. - Chakana wygięła plecy, walcząc z ograniczeniami fotela. Prawie
usłyszałem chrupot kręgów przy rozluźnianiu napięcia. - Chcę, żebyś się
przyznał. Ale bez obaw, dopilnujemy tego.
- Nie mogę się doczekać.
- Będziesz musiał. Przesiedzisz w celi tydzień albo dwa, Veil. Chwilowo
mam mnóstwo spraw na głowie. Wiesz, ważnych spraw, więc do czasu, aż
twoje ciało dojdzie do poziomu metabolizmu pozwalającego na nieco lepszą
współpracę, nie zamierzam tracić więcej czasu na ciebie. Och, a co to,
do cholery, ma być?
Reflektory pełzacza wychwyciły gęstwę ludzi blokujących ulicę z przodu.
Ruchoma gęstwa splątanych ciał przewalających się wzdłuż linii starcia,
z żelobłonowymi transparentami chwiejącymi się pijacko w deszczu w rytm
przepychania właścicieli plecakowych projektorów. Zauważyłem pośród nich
trochę mundurowych z miejscowej policji i trochę innych, których
rozpoznanie zajęło mi chwilę. Kilka postaci leżących na betonie solidnie
obrywało.
Kierowca prychnął.
- Wygląda na demonstracje Pablito.
Wyhamował łagodnie dwadzieścia metrów przed chaosem blokującym nam
drogę. Gliniarz siedzący przy mnie z prawej dźwignął się nieco i wyjrzał
do przodu, zaglądając przez ramię Nikki Chakany.
- Znowu Pablito? Myślałem, że to ucichło parę miesięcy temu.
- Wiedzą, że właśnie przyleciał prom. - Chakana machnęła przed siebie. -
Patrz na żele. Czerwona planeta, Czerwone ręce. Nie ma sprawiedliwości
na Marsie. Chcą się pokazać przed ludźmi z Ziemi. Kurwa mać, kto tu
dowodzi?
- To nie twoi ludzie, Nikki. Te mundury z tyłu to MG4, prywatna firma.
Wasi ludzie tylko zapisują numerki.
- Chyba kazałam ci się zamknąć.
- Dobra. - Wzruszyłem ramionami. - Kto to Pablito?
Żadnej odpowiedzi, wszyscy wpatrywali się w bajzel przed nami. Chakana
robiła się nerwowa, walcząc z chęcią wyjścia z pojazdu i przejęcia
dowodzenia. Sakarian miał czystsze ręce w czasach, gdy to on zajmował
jej stanowisko, ale też nigdy nie lubił osobiście się angażować.
Kierowanie wydziałem zabójstw było dla niego tylko przystankiem na
drodze, windą na najwyższe piętro, i pojechał nią z tupetem
karierowicza. Prowadził wydział w sposób bardzo zhierarchizowany,
dowodząc zza biurka i ściśle zgodnie z procedurami. Na ulicach widziało
się go tylko, kiedy trzeba było odstawić teatrzyk na potrzeby wiadomości
w celu ograniczenia strat, gdy coś poszło bardzo nie tak. Dla kontrastu
Nikki Chakana dla zasady trzymała się z daleka od dziennikarzy i pozwalała, by tymi sprawami zajmowały się boty od PR-u. Wątpię, żeby we
wszystkich archiwach Marsa znalazło się więcej niż sto sekund publicznie
dostępnych nagrań jej twarzy. Społeczeństwo prawie nie wie o jej
istnieniu. Jednak za każdym razem, gdy jej ludzie napotykali kłopoty na
ulicach, oficjalne czy nie, było duże prawdopodobieństwo, że siedziała w samym środku.
- Mogę się cofnąć i pojechać Jedenastą - zaproponował kierowca. -
Zobaczymy, czy...
- Pieprzyć to. Zostań tutaj. - Chakana sięgnęła do kieszeni kurtki po
elektryczny kastet i założyła go na prawą dłoń. Ładowaniu broni
towarzyszył ostry, wznoszący się pisk. Wdusiła przycisk otwarcia drzwi i kiedy się unosiły, odwróciła się na fotelu i posłała mi ostre
spojrzenie. - Siedź na dupie, Veil. A wy dwoje... pilnujcie go. Jedzie
na ogniu, cały jego metabolizm szuka wymówki, żeby się wyżyć. Jeśli
będzie sprawiał jakieś kłopoty, nie hamujcie się. Połamcie coś.
A potem wyszła, schylając się pod wciąż unoszącymi się drzwiami;
stawiając długie kroki, poszła przez deszcz w stronę zamieszek.
Zobaczyłem, jak łapie za kołnierz jednego z ludzi na obrzeżach w mundurze MG4, i nie wyglądało to zbyt przyjaźnie. Zaczęła na niego
wrzeszczeć, choć nie dało się usłyszeć słów przez odgłosy gniewnego
tłumu. Kierowca zrobił coś z pulpitem sterowniczym i drzwi opadły z powrotem, odcinając deszcz i hałas.
- To kto to Pablito? - spróbowałem znowu.
Po lewej parsknęła policjantka, która przystawiła mi pistolet do gardła.
- Co się stało z twoimi okularami, cwaniaku?
- Leżą w domu, ładują aktualizacje. - Co było prawdą, choć zasadniczym
powodem zostawienia ich był fakt, że nagranie ze sprzętu mogło stanowić
dowód w sprawie. - Od końca Tauro leżałem w śpiączce hibernoida i niezbyt były mi potrzebne w tym czasie.
- Naprawdę jesteś hibem, co? - zapytał z zainteresowaniem gliniarz z prawej. - To musi być paskudne obciążenie życia. Nie sądziłem, że
jeszcze robią takich jak ty.
- Jestem strzałem z przeszłości. To... kim jest Pablito?
- Jakiś nic nieznaczący palant wygrał loterię we Vrishika. - Siłacz
chyba wybaczył mi przepychanki w knajpie Uchu. - Zaraz potem zniknął i nikt nie zdołał go znaleźć, więc nie załapał się na lot do domu. Związki
pracownicze przez całe tygodnie potem wrzeszczały o morderstwie,
korupcji i wojnie klasowej. Do wszystkiego wtrącili się Sakranici. Kilka
razy doszło do zamieszek na wyżynach, musieli interweniować federalni i rozbić parę głów. Tutaj też trochę się działo, w końcu wkroczył
Sakarian, uruchomił duże śledztwo w sprawie zaginięcia.
Vrishika - ostatni pełny miesiąc marsjańskiej zimy i większa część
siedemnastu ubiegłych miesięcy. Większość tego czasu przespałem, moja
przedostatnia śpiączka hibernoida w tym marsjańskim roku i ewidentnie to
wszystko mnie ominęło. Przyzwyczajasz się do tego. Jak przesypiasz
cztery miesiące z każdych dwunastu, podczas gdy reszta świata dalej się
kręci, z niezliczonymi wewnętrznymi żartami i trendami mody, to gubisz
mnóstwo plotek odnoszących się do bieżących spraw.
W wystudiowany sposób uniosłem brew.
- Siedemnaście miesięcy, co? I wciąż go nie znaleźli? Nawet kawałków?
Ponury ruch głową w stronę przedniej szyby bmw i narastającego chaosu
demonstracji.
- A jak myślisz?
- Może właśnie go znaleźli - zasugerował kierowca. - To by obudziło całą
sprawę na nowo.
Pistoleciara z lewej pokręciła głową.
- Wiedzielibyśmy. Zresztą Sakarian zamknąłby to miejsce na sztywno zaraz
po ogłoszeniu wiadomości.
To miejsce - powoli dotarło do mnie, że przód demonstracji ustawił się w stronę tego, co musiało być nowym budynkiem Horkan Kumba Ultra. Kiedy
szedłem spać, dopiero szykowali to miejsce w Tauro, ale wtedy nie było
jeszcze widać za wiele powyżej fundamentów. Co było dość standardowe w przypadku budowli nanotechowych - całe tygodnie robót przygotowawczych,
cichy syk leży procedur, a potem któregoś dnia budzisz się i widzisz
olbrzymi pomnik korporacyjnych dochodów i kolonialnej synergii. Oddział
HKU zajmujący się lotami kosmicznymi, Vector Red Haulage, jeszcze na
początku roku wygrał odnowienie kontraktu na usługi promowe, zatem ich
licencja na drukowanie pieniędzy będzie ważna przez kolejne trzy
dziesięciolecia. Cóż, pewnie na coś trzeba wydawać te wszystkie
pieniądze.
- To jaka jest najpopularniejsza teoria? - spróbowałem. - Przypadkowa
śmierć czy jakiś zazdrosny gnojek?
- Stawiam raczej na zazdrosnego gnojka - ponuro odpowiedziała
Pistoleciara. - Gdyby to był wypadek, już by go znaleźli.
- Zależy od tego, jak bardzo szukali. Kto dostał sprawę, Cycki w górę
Tomayro?
W pojeździe zapadła nagła, mroźna cisza, gdy wszyscy znaleźli coś bardzo
ciekawego na zewnątrz.
- W porządku. To na którym miejscu Pebble Rodriguez w tym roku
wylądowała na Ścianie 101?
Trochę poruszeń, jeszcze trochę ciszy, ale chyba już nie tak lodowatej.
- Była druga - burkliwie powiedział facet z prawej. - Ciągle ma problem
ze ścięgnem, co wchodzi w paradę przy długich krokach.
- Serio? Myślałem, że naprawili to jeszcze wiosną.
Pistoleciara prychnęła.
- To nie ma nic wspólnego ze ścięgnem, Frank. Problem w tych pieprzonych
turbo Osmotecha, których się trzyma. Nigdy nie powinna była podpisywać
kontraktu z tymi dupkami.
- Hej, to było mnóstwo forsy - wtrącił się kierowca.
- Owszem, a teraz patrz, jak zmieniają ją w królika doświadczalnego dla
każdego kawałka niedopracowanego kodu, jaki schodzi z linii. Osmotech ma
w dupie sport, chcą tylko...
- Ona wraca.
- Nie widzę tego, stary. Nie z usterką ścięgna i...
- Nie, ona wraca. - Kierowca wskazał przez przednią szybę na zbliżającą
się sylwetkę Nikki Chakany. Wcisnął przycisk otwarcia drzwi. - Wygląda
na to, że pojedziemy.
- Jasne, albo będziemy rozwalać łby - skomentował osiłek. - Wygląda na
wkurzoną.
Zgodziłem się z nim w duchu. Na twarzy Chakany rysował się grymas godny
medalu. Dotarła do pełzacza i wsunęła się w połowie do środka.
- Cóż powiedzieć, to pierdolony bajzel. Muszę tu zostać, bo inaczej ci
idioci z MG4 spieprzą to wszystko tak bardzo, że rozwiną się zamieszki
na pełną skalę. Pieprzony komisarz nie znalazłby nawet Olympus Mons,
gdyby był wrzodem na jego dupie. Frank, naprawdę przydałbyś mi się do
wzmocnienia przekazu. Wy dwoje poradzicie sobie z dowiezieniem tego
gościa samodzielnie?
- Absolutnie - rzuciła Pistoleciara, a kierowca krótko przytaknął.
- Dobrze. - Chakana przygniotła mnie spojrzeniem. - Wiesz, jak to
działa, Veil. Będziesz grzeczny, to wylądujesz w podwyższonym
standardzie, ale jeśli zaczniesz się rzucać, to spędzisz tydzień w izolatce.
- Jakość, Wybór, Wolność - zaintonowałem. - Miło widzieć przestrzeganie
artykułów.
Dostałem za to krzywy uśmiech. Ale patrzyła mi w oczy, przekazując
istotny tekst.
- Ostrzegam cię, Veil - nawet nie śnij o zmuszeniu mnie, żebym znów po
ciebie przyszła.
Nie widziałem wyraźnie twarzy kierowcy, ale bez problemu dostrzegłem
reakcję Pistoleciary. Teraz i ona się krzywiła. Trudno było mieć do niej
pretensje - przekaz Chakany był równie subtelny, jak reklamy Particle
Slam.
"Veil", brzmiał przekaz. "Wiem, że w twoim obecnym stanie mógłbyś teraz
rozerwać tę dwójkę na strzępy i zwiać łatwiej, niż Pebble Rodriguez
wspina się na drabinę, ale jeśli to zrobisz, to będzie musiała ci pomóc
Pachamama i jej wszyscy cierpiący święci, gdy znowu cię złapiemy, bo
zrobię ci z tyłka pieprzonego Jezusa".
- Panujemy nad tym, poruczniku - rzuciła z urazą Pistoleciara.
Chakana wciąż patrzyła mi w oczy. Kiwnąłem głową.
- Panują, Nikki. Dowiozą mnie.
- No dobrze. Naima, wpisz go i zamknij, a potem wróć tu z komisariatu.
Powiem ci, jeśli będziemy potrzebować dodatkowego wsparcia. Chodźmy,
Frank.
Mięśniak nacisnął przycisk otwierania drzwi i wysiadł. Przyglądaliśmy
się, jak idą z powrotem w tłum, choć miałem wrażenie, że Pistoleciara
robi to nieco tęsknie. A potem kierowca włączył silnik i pełzacz obudził
się do życia. Obejrzał się na mnie przez ramię, gdy cofał bmw.
- Nie sprawiaj problemów - warknął. - Wiesz, co dla ciebie dobre.
Uderzam Naimę w twarz łokciem i łamię jej nos. Walę nią w dół przez
siedzenie, odbieram jej glocka. Wbijam go pod żebra, naciskam spust...
dwa strzały jeden po drugim, dla pewności. Obracam pistolet w stronę
kierowcy, nim zdąży znacząco zareagować - widzę, jak jego usta
wykrzywiają się do krzyku, który nie zdąży wydobyć się z gardła - i rozwalam mu głowę na kawałki, rozpryskując ją po całej przedniej szybie
i jarzącej się desce rozdzielczej.
Jadę na ogniu.
Spuściłem wzrok na swoje dłonie leżące bez ruchu na kolanach.
- Żadnych kłopotów - powiedziałem cicho. - Nawet mi to nie przyszło do
głowy.
Rozdział 4
Nie sądziłem, że jeszcze robią takich jak ty.
Tak? To jesteś głupszy, niż na to wyglądasz.
Myślisz, że po Jacobsenie wszyscy po prostu odpuścili i zgodzili się
grzecznie zachowywać? Jeden dobrze wychowany, łysiejący szwedzki
specjalista od genetyki pisze raport dla ONZ, groźnie macha palcem po
sali, i nagle jest po wszystkim? Na całej Ziemi agencje rządowe i dobrze
finansowani partnerzy korporacyjni dostrzegają swój błąd, odkładają
narzędzia i łkają? Biedne jak myszy kościelne kobiety nie sprzedają już
przyszłych dzieci zaszczepionych w ich jajnikach, żeby mogły wykarmić te
dzieciaki, które zdążyły urodzić wcześniej? Błyskotliwi młodzieńcy w nowoczesnych laboratoriach inżynierii genetycznej nie kupują już
surowców na kilogramy? Biedne państwa, których ostatnimi istotnymi
zasobami są tereny daleko od wszystkiego, nie sprzedają już ich na
potrzeby tak zwanych "placówek badawczych", bez zadawania zbędnych
pytań? Rzecznicy rządów i korporacyjne działy public relations nie
kłamią na ten temat, a szemrane agencje ochrony nie dostają zleceń na
ukrywanie tego wszystkiego?
Z jakiej pieprzonej planety się urwałeś?
***
Kiedy mnie wsadzali, na wszystkich ekranach komisariatu odtwarzano
nagranie promu. Pół setki powtarzanych ujęć chwili dokowania - na środku
ekranu szczyt nanokratownicy Wells, jak olbrzymi grafitowy mlecz
rozkwitający na niskiej orbicie, zbliżający się nos promu sunącego przez
czerń, chwila pierwszego kontaktu, objęcie ramieniem dokowym, pocałunek
z języczkiem. Obrazy z wnętrza kokpitu ze szczerzącym się do kamery,
niezbyt zapracowanym pilotem. Grupy kwarantannowe w windzie sunącej w górę nanokratownicy, ludzie wyglądający masywnie i na częściowo
stopionych w swoich skafandrach. Wplecione w to wszystko pojedyncze
zdjęcia pasażerów promu - świeże mięso dla uczty medialnej. Nowi profi,
rozpoczynające świeże, trwające od trzech do pięciu lat kontrakty z kosmicznymi gażami, ultraturyści - bohaterowie sportu i ekranu z towarzyszącymi im ekipami filmowymi i świtą, do tego może jakiś
niezależny turysta albo trzech.
Zwykła przymusowa siła robocza skazana na transport też była na
pokładzie, ale ich twarzy nie zobaczy się na żadnych wielkich
ekranach.
Witaj na Marsie, gościu.
U dołu ekranów pasek z nieustannie przesuwającym się tekstem po
angielsku, hiszpańsku i keczua. Słowa informowały o innych ważnych
wydarzeniach, ale większość nie zdołała się przebić do jakichś obrazów.
Nawet sukces deszczu Particle Slam nie mógł zrzucić informacji o przybyciu promu na więcej niż kilka dziesięciosekundowych segmentów tu i tam - zwilżone deszczem nocne ulice, mżawka na wietrze. Wiwatujące
tłumy. A teraz wracamy do głównego tematu. Przyleciał prom!
- Wciąż wszyscy oglądacie to gówno? - zapytałem Naimę, gdy staliśmy w kolejce do skanu siatkówki. - Przecież siedzi już tam cały dzień.
Wzruszyła ramionami.
- To znajdź kanał, który tego nie wyświetla.
Spróbowałem, gdy już znalazłem się w celi. W ścianie naprzeciw pryczy
osadzono poobijany i lekko pęknięty plastikowy ekran. Włączyłem go i przerzuciłem przynajmniej kilkanaście kanałów, zanim poddałem się i pozwoliłem lecieć kaskadzie obrazów z komentarzem. Jedyną alternatywą
było wyłączenie go i wpatrywanie się w ściany, a na to obecnie nie
miałem nastroju. Kiedy jedziesz na ogniu, jesteś boleśnie świadom
każdego szczegółu otoczenia, twój umysł żąda ich i łapie je, jak
umierający z głodu łapie mięso. Nigdy nie jestem do końca pewien, czy to
skutek uboczny cykli będący elementem fizjologii hibernoidów, czy drobny
bonus dorzucony przez projektantów, by lepiej wypełnić specyfikację
misji. Niezależnie od źródła jestem na to skazany.
Siedziałem i oglądałem telewizję, analizując nagrania pod kątem każdej
wskazówki i informacji.
Przez ekran przewijały się standardowe jak z biblioteki ujęcia wnętrza
promu - długie rzędy kapsuł kriogenicznych w ładowni, przenoszone teraz
na pokład, żeby wypuścić pasażerów, migające niebiesko odbitym światłem
skanerów. Sterty enigmatycznych struktur podobnych do skrzyń i migające
kontrolki w serwerowni. Kajuty załogi zaśmiecone rzeczami osobistymi w nieważkości i chaosie dwóch dni podchodzenia do dokowania. Przewody,
zejściówki i korytarze, a tam... tylko przez kilka sekund kamera
przejeżdża po niepozornym, hermetycznie zamkniętym włazie w trzewiach
statku. Wcale nie jest czarny, wbrew opowieściom i filmom nigdy takie
nie są - ale nalepki i błyski na nieskazitelnej białej powierzchni
sprawiają, że nie mam wątpliwości. wykonawcze systemy awaryjne.
pokładowe reagowanie wypadkowe. ostrzeżenie: właz uzbrojony i wyposażony
w system alarmowy - nie ingerować. brak dostępu dla załogi poza tym
punktem.
Oczywiście nie zdołasz tego przeczytać w czasie, przez który widać obraz
na ekranie, ale wcale nie musiałem. Wiedziałem, co tam jest napisane.
W górnej środkowej części włazu zielona obwódka, pulsująca powoli jak
bicie serca. Był tam.
On albo ona. Choć kobiety były dużo rzadsze, niż sugerowały
przestylizowane imersyjniaki z seksem i walką w kosmosie. Owszem, one
też w tym pracują, ale nie ma ich wiele i zasadniczo nie robią tego tak
długo.
W moim przypadku było to plus minus dwanaście lat i wcale nie przestałem
z powodu przemożnej chęci założenia rodziny albo innej ścieżki kariery.
Bycie przechwytywaczem nie działa w ten sposób. Kiedy jesteś
przygotowywany do tej roli, jeszcze zanim się urodziłeś, musiałbyś mieć
w genach coś bardzo mocnego, by zapragnąć wyjścia, a mnie nigdy nie
wezwało nic, co pasowałoby do tego opisu. Blond Vaisutis TransSolar
Enforcement i Security Logistics przygotowały mnie do określonego celu i umieściły w niebiosach jako ich niezrównanego strażnika.
A gdy nadszedł koniec, odrzuciło mnie właśnie Blond Vaisutis.
Położyłem się na pryczy i zamknąłem oczy. Znowu zobaczyłem zielone
pulsowanie obramowania.
Na jak długo się położyłeś, śpiący w mrozie bracie?
Tylko jedna podróż czy zamknęli go na nieskończone pętle, jak Reuben
Groell przewidywał, że stanie się normą?
Gnoje traktują nas jak czysty ładunek, marudzi którejś nocy nad
szklaneczkami Mark on Mars u Uchu. Tam i z powrotem, tam i z powrotem,
tam i pieprzone z powrotem. I wiesz, teraz, jak nie podpiszesz klauzuli
o braku wybudzenia, możesz się pożegnać z połową przyzwoicie płatnych
kontraktów. Mówię ci, bracie, masz szczęście, że wyszedłeś z tego wtedy,
kiedy to zrobiłeś.
Tak też można na to patrzeć.
Zauważył mój wyraz twarzy, zanim spuściłem wzrok na drinka, żeby go
ukryć. Daj spokój, Hak, nie o tym myślałem. Jasne, że Blond Vaisutis cię
wyruchało, wiem o tym. Wyruchali mnóstwo ludzi. To pieprzona
międzyplanetarna firma egzekucyjna, tym się zajmują. Ale poważnie?
Naprawdę chciałbyś do nich wrócić nawet, gdybyś mógł? Znowu zanurzyć się
w Wielkim Chłodzie, zawsze zastanawiając się, czy przy następnym
wybudzeniu trafi ci się śmiertelny przypadek mroźnej gorączki z Ganimedesa?
Daj spokój, Rube. Kiedy ostatnio słyszałeś, żeby mroźna wysypka kogoś
zabiła?
To nie znaczy, że tak się nie dzieje. Myślisz, że by nam powiedzieli?
Myślę, że technologia poszła do przodu, bracie. I szczerze mówiąc, w tej pracy jest mnóstwo innych rzeczy, które martwią mnie znacznie
bardziej.
Tak? Alkohol sprawiał, że zaczął się robić agresywny. Na przykład?
Nieważne.
Zielona obwódka pulsuje pod powiekami jak kac, jak stary żal.
Jak ty potrafisz ze sobą żyć, przechwytywaczu?
Carla Wachowski, z dystansu w korytarzu do stanowiska łączności, z kropelkami krwi Arko na krótko ściętych włosach i nienawiścią w mrocznych oczach.
Żaden problem, odpowiadam z uśmiechem. Przeważnie śpię.
Oczywiście przemawia przeze mnie czas misji. Jadę na ogniu - obudziłem
się ledwie pięć godzin temu, a starcie w kokpicie skończyło się przed
dziesięcioma minutami. Czułem się, jakbym miał miedziane kable w żyłach,
a twarz wykrzywiał mi szalony adrenalinowy śmiech. Wisieliśmy w nieważkości, Carla i ja, naprzeciw siebie, oddaleni o ponad siedem
metrów. Mam standardową na misjach pokładową szczotę heckler i koch z przyciętą lufą, a ona ręczny przecinak monofilamentowy i nienawiść. To
może się skończyć tylko w jeden sposób.
Ty pierdolona korporacyjna pizdo!! - krzyczy.
Rzuca się na mnie z wysuniętym włączonym przecinakiem.
Gwałtownie otwieram oczy i siadam na pryczy.
Dość tego syfu, Hak. Dawne dzieje.
Ale i tak nie mogłem przestać się zastanawiać nad klauzulą braku
wybudzenia, o której mówił Reuben. Jak daleko mogą się posunąć różne
agencje i korporacje pod parasolem INKOL, jeśli tylko będą miały cień
szansy. I to bez uwzględniania zwyczajowych nadużyć, do których
dopuszczał się blok pekiński.
Jasne, jasne, wiem - stara paranoja w nowych szatach. Ale z drugiej
strony to duży Układ Słoneczny, z mnóstwem kryjówek. Sporo w nim miejsca
na zapomniany ośrodek kiogeniczny w gotowości, podpięty do jakiejś
skatalogowanej i zapomnianej asteroidy czy pomniejszego księżyca albo po
prostu spadający w niekończącej się ciszy po orbicie gdzieś za Pasem.
Zimny, odległy i samotny, ale hej, przecież śpisz i dostajesz za to
kasę, więc w czym problem?
Nie sądziłem, że jeszcze robią takich jak ty.
Hej, pewnie już nie robią - mają nas tylu przygotowanych i ukrytych
gdzieś po kątach, że już nie muszą.
***
Termin "podwyższony standard" może wywołać niewłaściwe skojarzenia.
Cela, do której mnie wsadzili, miała mniej więcej cztery na pięć metrów,
włącznie z niszą na kabinę prysznicową i latrynę. Żadnych okien ani
ozdób, tylko ściany wyłożone tłumiącym uderzenia plastikiem i sufit ze
świecącymi płytkami. Pryczę zrobiono z jednego kawałka formowanego
polimeru przyspawanego do ściany i podłogi z przyklejoną warstwą pianki
pamięciowej grubości trzech palców. Dysza na jednym końcu każdego
wieczoru dziesięć minut przed zgaszeniem świateł dozowała siatkę
izolenową - miałem kilka sekund sygnału ostrzegawczego z generatora, a potem materiał opadał z dyszy jak szarozielona wata cukrowa. Należało
owinąć się nią w celu uzyskania idealnej temperatury do snu, a rano
spłukać po użyciu. Przynajmniej w teorii. Wyższej klasy izoleny
rozpełzały się po ciele, szukając różnic temperatur, rozciągając lub
zbierając włókna w zależności od potrzeb i starając się utrzymać
jednolitą temperaturę całego ciała, ale tutejszy produkt raczej do nich
nie należał i głównie po prostu przylepiał się do skóry. Rano zaczynał
się już sam rozkładać.
Nie zamierzałem tu spać, ale wiedziałem, że po zgaszeniu świateł
temperatura w celi spadnie o kilka stopni, więc kiedy dysza udzieliła mi
swego skromnego błogosławieństwa, owinąłem się materiałem wokół ramion i usiadłem po turecku na pryczy. Czekałem. Zastanawiając się, czy ktoś
mnie obserwował, i rozmyślając, czego oczekiwał. Rozpowszechnione jest
błędne przekonanie, że ludzie tacy jak ja nie potrafią znieść braku
aktywności w części cyklu krótko po obudzeniu, że tego typu zamknięta
przestrzeń stanowi swego rodzaju torturę psychologiczną dla
przechwytywacza.
Jasne.
Czekanie w ciasnej przestrzeni?
Spróbuj dziewiętnastu godzin upchnięty w moduł próżniowy udający kopułę
łączności, czekając, aż jedna z miliardów gwiazd w dole w końcu ujawni
swój prawdziwy kształt - rabusia z Pasa szukającego unieruchomionej
rakietą ofiary.
Spróbuj pełnego tygodnia zabarykadowania w kokpicie promu krótkiego
zasięgu, gdy spada ku swemu celowi, a zbuntowana załoga szuka sposobu na
obejście umieszczonych przez ciebie w systemie nawigacyjnym i silnikach
pułapek.
Spróbuj jedenastu godzin samotnego skradania się i walki w korytarzach i galeriach barki przetwarzania rudy, ukrywania, ataku i ponownego
ukrywania się, aż przetrzebisz przeciwników do resztek dość osłabionych
i wystraszonych, by się poddać i wypełnić polecenia.
Ciasne przestrzenie to część naszej pracy - w każdym razie tego, co
kiedyś robiłem - i żaden przechwytywacz, który nie potrafi zdobyć się na
cierpliwość w zamknięciu, nie przetrwa zbyt długo.
Świecące płytki na suficie zaczęły przygasać - pora snu w areszcie.
Krzywiłem się i trochę ciaśniej owinąłem się lepkim szalem z izolenu.
Uwagę luźno skupiłem na ekranie - teraz jaśniejszym w kontraście z ciemną celą - i pozwoliłem, by strumień obrazów przelał się przeze mnie
niczym nieustannie rozwijający się obrazowy koan. Pomyśl, pielgrzymie,
o gładkim i kojącym chaosie miliarda poszczególnych ostrych znaczeń,
ocierających się o siebie, aż ich krawędzie zetrą się na gładko...
Standardowe sztuczki przechwytywaczy - pogrążyłem się w tym, odczuwając
stan bliski komfortowi.
I nagle, ruch-kliknięcie, tak po prostu, moją uwagę zwróciła zmiana
wzoru na obrazie. Inny porządek niekończącego się cyklu zdjęć pasażerów
z promu w segmentach wiadomości. Nowy reportaż z grupą jakichś sześciu
mężczyzn i kobiet w poważnych strojach biznesowych z promocyjnymi
uśmiechami korporacji noszonymi tak, jak ja kaburę z glockiem. W lewym
górnym rogu ekranu nowy migający czerwienią panel pulsował obietnicą...
z ostatniej chwili, z ostatniej chwili...
Zeskoczyłem w mroku z pryczy i pogłośniłem.
Akurat na czas - kolaż wiadomości zgasł zastąpiony starannie
zaciemnionym studiem, z wyróżnionym punktowym oświetleniem poważnie
wyglądającą prezenterką. Dopasowany żakiet, niewielki dekolt w bluzce z rozpiętymi górnymi guzikami, świetne włosy i oczy. Za jej plecami z planu szybko uciekało kilka osób z obsługi technicznej. Zabrzmiał sygnał
nadawanych co godzinę wiadomości, a potem ucichł powoli. Prezenterka
popatrzyła do kamery.
Jednakże pod pancerzem ekranowego opanowania dostrzegłem napięcie
wymykające się wokół oczu. Uśmiech miała przygaszony w stosunku do
zwykłej mocy i nerwowo poprawiała kołnierzyk. Żeby tak nią wstrząsnąć,
musiało się wydarzyć coś bardzo dużego. Na miłość Pachamamy, nawet
odchrząknęła, zanim w końcu się odezwała.
- Dobry wieczór, oglądają państwo Program Pierwszy Valles. Dzisiejsze
wydarzenie dnia związane jest ze świeżo przybyłym promem z Ziemi, gdzie
niedawno wybudzona wysokiej rangi urzędniczka Inicjatywy Kolonijnej
wydała następujące oświadczenie.
W głębi studia za nią jaskrawo rozbłysła żelobłona. Zmienił się kąt
kamery, przemykając skośnie nad ramieniem prezenterki, by wypełnić żelem
cały kadr. Gdzieś w hotelowym lobby ustawiono pulpit do prezentacji.
Stała za nim rzeczniczka, w stroju i zachowaniu całkowicie niepodobna do
prezenterki. Włosy miała zgolone do krótkiej szczeciny i była ubrana w prosty pokładowy kombinezon, który wcale nie wyglądałby nie na miejscu
na aparatczyku Sakranitów, a poza pustym spojrzeniem kogoś świeżo
wybudzonego jej południowoazjatyckie rysy kryły mniej emocji niż świeżo
wyrenderowany interfejs recepcjonistki przed aktywacją protokołów
interaktywnych. Prezenterki i prezenterzy wiadomości zwyczajowo
przedstawiani są jako eleganccy i skłonni do flirtu, zapraszając
widownię do pozostania z nimi na dłużej. Ta kobieta nie zapraszała do
niczego i nie emanowała niczym, poza prostym komunikatem: "słuchajcie,
gnidy, bo powiem to tylko raz".
I wcale nie była tak wysoko postawiona, jak automatycznie założył Valles
- przede wszystkim nie miała na twarzy tak popularnych na Ziemi tatuaży
stopnia. Ktokolwiek faktycznie stał za tym oświadczeniem - a zapewne
wkrótce się o tym przekonamy - patrzyliśmy na żołnierkę, i kogoś w rodzaju rzecznika prasowego, prezentującą warunki.
- W imieniu Inicjatywy Kolonijnej, Komitetu Nadzoru Ziemskiego i Sekretarza Generalnego Ngoebi Karlssena niniejszym informuję, że miasto
Bradbury i wszystkie przyległe dzielnice kolonii Valles Marineris
zostają poddane nadzwyczajnemu audytowi. Powołujemy się na artykuł
osiemnasty, ze wszystkimi wiążącymi się z nim zapisami prawnymi i egzekucyjnymi wchodzącymi w życie z tą chwilą. Zwracam się do wszystkich
obywateli kolonii: zachowajcie spokój i dalej zajmujcie się swoimi
sprawami. Postępowanie to nie powinno w żaden sposób zaburzyć waszego
życia. Zespół audytu spodziewa się prowadzić kontrolę w sposób
minimalnie wpływający na życie codzienne i przy pełnej współpracy
obecnych władz Doliny.
Do tego czasu zdążyłem już podnieść szczękę z podłogi celi i zacząłem
się śmiać. Nie mogłem się powstrzymać.
- Niedługo zostaną opublikowane dalsze oświadczenia i szczegółowe
informacje dla społeczeństwa.
Rozdział 5
Dolinę ogarnął szok.
Resztę nocy przesiedziałem w celi, oglądając, jak wszystko kipi. Sceny
złowieszczych tłumów w całym mieście i większych osiedlach w górę i dół
Bruzdy. Gniewny vox populi rozbrzmiewał zgromadzony na dziesiątkach
ulicznych rogów, w halach fabrycznych i obozach roboczych. Na ile mogłem
stwierdzić, jak na razie żadnej przemocy, ale z drugiej strony sporo
ludzi spało. Nie wiadomo, jak potoczą się sprawy, gdy obudzi się reszta
Doliny. A na razie ziemski prom siedział sobie grzecznie w doku na
szczycie nanokratownicy Wells, wciąż zamknięty w ramach ostatnich
procedur kwarantanny i, pomimo nieustannego analizowania nagrania pod
każdym możliwym kątem przez całą noc i na różnych kanałach, ani prom,
ani moduł wyjściowy nie wykazywały żadnych zewnętrznych oznak zmian lub
aktywności. W środku szykowały się jakieś niespodzianki, ale jeszcze
potrwa, zanim się z niego wyłonią. W przeciwieństwie do retoryki
Najpierw Mars INKOL wcale nie jest stadem hien ani stadem żarłocznych
rekinów, czy jaki tam będzie w tym miesiącu modny drapieżnik - bardziej
przypomina rozgwiazdę zwaną "koroną cierniową", która skrada się do
ofiary w żółwim tempie, a potem wyrzuca na nią żołądek, by ogarnąć ją i strawić w całości. Na swój sposób wcale nie jest mniej drapieżny, ale
działa powoli i uparcie.
Być może, mając na względzie właśnie to, ludzie Mulhollanda odczekali
prawie do świtu, zanim wypuścili oficjalne oświadczenie. Albo,
pomyślałem kwaśno, może aż tyle czasu potrzebowali na przygotowanie
czegoś, co nadawało się do upublicznienia. Wyrzucenie wysokiej klasy
pracujących kobiet zajmujących tej nocy jego sypialnię, starcie mu z twarzy ich płynów oraz SNDRI z oczu, wbicie mu w mózg trochę
przytomności. Ach, no proszę...
- Obywatele Doliny, współpionierzy. - Poważna przerwa. - Rozumiem, że
niektórzy z was mogą czuć się zaniepokojeni oświadczeniem INKOL
opublikowanym wcześniej tej nocy. Nie ma jednak powodów do niepokoju...
Wystroili go do transmisji - spodnie z kombinezonu, bez żadnego śladu
nazwy marki, i luźna, ciemna koszula robocza z podwiniętymi rękawami.
Nawet zdjął swoje okulary, żeby lepiej odgrywać szczery wyraz twarzy
przed kamerą. Gubernator Boyd Mulholland - swój człowiek z ludu,
uśmiechnięty przybrany ojciec mieszkańców pogranicza ludzkości. Siwe
włosy przycięte centymetr dłużej, niż wymagałoby wojsko, rysy twarzy
stanowiące odpowiednią mieszankę elegancji pudełka czekoladek i ogorzałości. Oto człowiek bez pretensji i wsparcia rządów czy wielkich
korporacji, człowiek, który mógłby z tobą pójść na piwo po pracy,
kimkolwiek jesteś, który starłby pot z czoła i wyklinał pogodnie na
swędzenie nieekranowanego marsjańskiego słońca na twojej skórze i jego,
bo, do cholery, to ciężary obywatelstwa pogranicza, z których obaj
cieszycie się niezależnie od stanowiska i pensji.
Oto człowiek taki jak ty. Człowiek, któremu możesz zaufać.
- Prawdę mówiąc, wręcz cieszymy się z audytu, bo daje nam szansę na
pokazanie ludziom na Ziemi, jak wiele osiągnęliśmy. - Nachylił się nieco
do kamery. - Moi współtowarzysze pionierzy, nie mamy nic do ukrycia i mnóstwo do zyskania w świeżej ocenie mocnych i słabych stron naszej
kolonii. Temu właśnie służą audyty, dlatego są przeprowadzane. Chcę więc
wszystkich zapewnić, że nie dzieje się tu nic złego, nie ma się czym
przejmować. Na Marsie nic się nie dzieje i pracujemy dalej. Prawdę
mówiąc, pragnę serdecznie powitać funkcjonariuszy Nadzoru i pragnę,
żebyście i wy ich powitali. Niech zobaczą, jak załatwiamy sprawy tu, na
pograniczu, niech doświadczą obecności tutaj, na granicy ludzkiej
ekspansji, ponieważ ostatecznie...
Uśmiechnąłem się szeroko.
Nie wysyła się uderzeniowego zespołu audytowego przez dwieście milionów
kilometrów próżni międzyplanetarnej tylko po to, żeby podsunąć komuś
kilka wskazówek dotyczących zarządzania kolonią. Nadzór Ziemski był
bardzo długą ręką prawa INKOL, z głębokimi symbiotycznymi powiązaniami z rządem w domu i uprawnieniami egzekucyjnymi wychodzącymi daleko poza
kwestie handlowe. Nie wzywa się ich, jeśli coś na ostatniej Rubieży nie
jest bardzo nie tak. To była poważna operacja i ta świadomość wprost
emanowała z twarzy Mulhollanda. Wyglądał jak człowiek zmuszony do
połykania w nieważkości zepsutych ostryg.
Jeśli Nikki Chakana wyrabiała ciężkie nadgodziny, sprzątając co gorsze
ulice Bradbury na potrzeby ładunku ultraturystów i nowych profi rekrutów
z promu, było to niczym w porównaniu z robotą, która właśnie wylądowała
na jej talerzu. Walący w drzwi Nadzór Ziemski był niczym zbiry ze
Zgodności Kontraktowej, budzący przed świtem jakiś burdel w obozie
robotniczym, i musiał wyciągnąć Mulhollanda z łóżka w pełnej panice, a korporacyjne kanalie od Eos do równiny Tharsis gorączkowo próbowały kryć
swe niewytarte dupska. Ktoś musiał to wszystko załatwić, i to szybko.
Ktoś musiał posprzątać dom. Przypuszczałem, że nasz szacowny gubernator
zostanie dość ostro spuszczony po brzytwie przez dowództwo BPD, jeśli to
do nich zwróci się o pomoc. W tym mieście nie zostaje się komisarzem bez
gotowości przymknięcia oka na parę nieprawidłowości, ale Peter Sakarian
był zasadniczo czysty. To właśnie przemawiało na jego korzyść, to było
powodem, dla którego dostał to stanowisko. Był bezpiecznym człowiekiem,
dzięki czemu Mulholland nie musiał pilnować swoich pleców o każdej
godzinie dnia i nocy.
I ta taktyka niniejszym spektakularnie wybuchła gubernatorowi w twarz.
Od czasu awansu Sakariana nowy komisarz nie krył swojej pogardy dla
metod Mulhollanda, a jeśli moje policyjne źródła były warte swoich
pieniędzy, ci dwaj nie raz ścierali się za zamkniętymi drzwiami. Wobec
tego gówna Sakarian będzie musiał zrobić olbrzymi krok do tyłu, złożyć
ręce na piersiach i przyglądać się, jak Nadzór Ziemski wiesza
Mulhollanda na haku.
A to zostawiało Nikki.
Będzie ganiać wszędzie jak ferrytowy chrząszcz w górze rdzy,
przegryzając się cząstka po zepsutej cząstce przez skorodowane kpiny
gubernatora z kolonialnej policji, przekształcając je w czystą rudę
prawidłowych procedur i czystego powietrza bez śladu winy. Zatykając
wycieki, ukrywając niewygodne dowody i świadków, prostując historie.
Innymi słowy, terraformując miejscowe warunki w jakąś lśniącą symulację
tego, co najwyraźniej spodziewali się tu zobaczyć ludzie żyjący na
Ziemi.
Powodzenia, pani porucznik.
Gdyby piszczel nie pulsowała mi wciąż upartym bólem, może nawet
zrobiłoby mi się żal tej suki.
***
To była długa noc, ale w końcu - co było tak pewne, jak obciąganie fiuta
przez lobbystę - nadszedł poranek i sufitowe kafelki z powrotem obudziły
się do życia. Drzwi do celi niechętnie uniosły się na czterdzieści
centymetrów i przez szczelinę wtoczył się zmyślny mały dron na kołach,
wioząc coś w rodzaju śniadania. Odszukał mnie, zapewne kierując się
temperaturą ciała, podjechał do pryczy, na której siedziałem po turecku,
i zatrzymał się tam jak radosny szczeniak. Z talerza dotarła do mnie woń
taniego drukowanego bekonu i ryżu z papryką.
Zmusiłem się do jedzenia - nachyliłem się, wziąłem dwoma palcami pasek
bekonu i go pogryzłem. Potem następny.
No, dalej, przechwytywaczu, musisz skądś brać kalorie.
Sięgnąłem po woskowaty plastikowy pojemnik będący elementem śniadania,
zdjąłem pokrywkę i napiłem się wodnistego napoju z kofeiną. To chyba nie
miała być kawa.
Na ekranie zobaczyłem Sakariana, uchwyconego przez kamery w korytarzu
Kwatery Głównej policji, złapanego między spotkaniami i wyraźnie z trudem powstrzymującego się od walnięcia dziennikarza w twarz. To duży
facet, masywny jak na marsjańskie standardy, z surowymi rysami
niełagodzonymi przez żadne ramki osprzętu czy okularów - zachował
wyposażenie wewnętrzne z czasów służby jako szeryf federalny - i wciąż
jest ewidentnie groźny, jeśli wiesz, na co patrzeć. Obecnie jednak
stopień nieco go hamuje.
- No dobrze, słucham. Kto pierwszy?
- Komisarzu Sakarian, czy zna pan pełny zakres audytu INKOL? Czy wie pan
o tym, że powołano się na artykuł osiemnasty?
Sakarian popatrzył na pytającego z góry, z pogardą rysującą się w wykrzywieniu ust, i czekał na pytanie warte odpowiedzi.
Drugi dziennikarz pośpiesznie wkroczył, by wykorzystać okazję.
- Uch, komisarzu, czy policja Bradbury będzie w pełni współpracować z funkcjonariuszami audytu? A jeśli tak, w jaki sposób planuje pan
dopilnowanie tego?
- Standardowo. Każdy, kto nie będzie w pełni współpracował, zostawi
odznakę na moim biurku.
- Co sądzi na ten temat gubernator Mulholland?
- Czemu pan jego nie zapyta?
- Ale prowadził pan spotkania z...
- Widział pan opublikowane dziś rano oświadczenie gubernatora?
- No, tak, ale...
- W takim razie wie pan o podejściu gubernatora tyle samo, co ja. Nie
jestem politykiem, moim zadaniem jest pilnowanie przestrzegania prawa. I prawo będzie przestrzegane.
- A co z Wyżynami, komisarzu?
Na sekundę spokój Sakariana osłabł.
Zauważyłem i z fascynacją wychyliłem się w stronę ekranu. Zadający
pytanie dziennikarz też to dostrzegł i rzucił się do wyłomu.
- Jak planuje pan rozwiązać problem jurysdykcji? Czy policja miejska
wykorzysta swoją przewagę nad regionalnymi szeryfami? Czy poleci pan
szeryfom federalnym przejęcie roli łączników?
Sakarian zdołał się opanować.
- Proszę sobie przeczytać statut.
- Według statutu...
- Komisarz nie ma czasu na więcej pytań - wtrącił się nadęty sekretarz,
gładko podchodząc z boku. - Proszę pana, jest pan potrzebny na
piętnastym piętrze.
Później, ciągnąc za tę samą obluzowaną nitkę, ta sama ekipa wiadomości
zawędrowała do jego wyżynnego odpowiednika - jakiegoś twardogłowego
zastępcy szeryfa w hrabstwie Zubrin, zbyt głupiego lub na tyle mającego
wszystko gdzieś, że powiedział, co naprawdę myśli. Czyste złoto dla
dziennikarzy.
- Jeśli o mnie chodzi, to nie widzę żadnego powodu, żeby ci goście z INKOL w ogóle tu przychodzili.
- Mówiąc "tu", ma pan na myśli rejony Wyżyn? - W głosie dziennikarza
było słychać bogate tony zachwytu, gdy zdał sobie sprawę, na kogo się
natknął. - Czy chodzi panu o jurysdykcję szeryfa?
Stróż prawa z Wyżyn przesunął żutą porcję jakiegoś pobudzającego ziela z jednej strony ust na drugą. Wciągnął powietrze przez zęby i przekrzywił
głowę przed kamerą.
- Mówię o Marsie - powiedział wyraźnie. - Mówię o całej cholernej
planecie. Czy to dla was dość jasne?
Dziennikarz dla większego efektu pozwolił, by cisza po tych słowach
nieco się przeciągnęła. Przewróciłem oczami.
- Czyli mówi pan... - Czemu nie dodać jeszcze jednej teatralnej pauzy. -
Że INKOL nie ma czego szukać na Marsie?
- Nie. Tego nie powiedziałem. Zapraszamy INKOL z pieniędzmi na
inwestycje, jak wszystkich innych. Mars jest otwarty na interesy. Mogą
tu ustanawiać swoje holdingi, kierować fabrykami i prowadzić projekty
badawcze, a jeśli chcą, nawet wypuszczać stąd statki do zewnętrznego
układu. Ale to już nie są czasy Osiedlenia. Wszyscy w Dolinie znamy
swoje miejsce i nie potrzebujemy tu ludzi z Ziemi, którzy będą nam
próbować mówić, jak mamy postępować.
- Ale statut marsjański jednoznacznie...
- Statut napisano wieki temu. I to na Ziemi, z myślą o jej korzyści.
Czemu coś takiego miałoby wciąż nas obowiązywać?
- Statut gwarantuje nam bezpieczeństwo. - W głosie dziennikarza pojawiła
się nuta sztywności. Już się zabawił, teraz pora wracać na
bezpieczniejszy grunt. - Bezpieczeństwo na poziomie międzyplanetarnym,
ale także na wypadek wrogiego wtargnięcia z Hellas.
Szeryf się wyszczerzył.
- Myślę, że poradzimy sobie ze wszystkim, co mogą na nas rzucić
Kraterowcy. Nie potrzebujemy floty z Ziemi, żeby załatwić takie
drobiazgi. Mars ma to pod kontrolą, Dolina nie potrzebowała Ziemi już od
ponad stulecia.
Wtedy odpuścili, kończąc segment. Ze studia zapewne poleciały ostre
słowa: "co ty, do kurwy, tam wyprawiasz? Chcesz stracić robotę czy co?
Co to za bzdury z wolnością wypowiedzi dla dupków?".
Dużo trudniej było zgadnąć, czy ktoś spróbuje w podobny sposób ostro
potraktować zastępcę szeryfa. Zapewne będzie to zależało od jego
bezpośredniego szefa, przebiegu służby oraz reputacji i znajomości,
które uzbierał po drodze.
Oraz jak bardzo obecnie brakowało im ludzi.
Wyżynne zasady. Tam, za granicami Bradbury, naprawdę był zupełnie inny
świat.
Rozdział 6
- Nie przylecieliśmy tutaj, by kogoś karać - z pełną wprawy pewnością
siebie skłamał do kamer dyrektor audytu Edward Tekele. - Zadaniem
Nadzoru Ziemskiego, zarówno w tym przypadku, jak i ogólnie, zgodnie z naszym statutem, jest zapewnienie jakości systemów i standardów
wprowadzonych z myślą o wszystkich obywatelach, zarówno tu, na Marsie,
jak i wszędzie indziej w sferze działań Inicjatywy Kolonijnej. To nasza
jedyna misja.
Wyglądał też odpowiednio: łagodne patrycjuszowskie rysy w antracycie,
krótko ścięte kręcone włosy przyprószone siwizną akurat na tyle, by
wzmocnić wrażenie senatorskiej powagi. Odczekali do późnego popołudnia,
zanim go wypuścili, i sądząc po reakcji mediów, warto było na niego
czekać. Pytania po jego słowach tryskały jak szampan z dobrze
wstrząśniętej butelki.
- Ilu audytorów sprowadził pan ze sobą?
- Czy Nadzór Ziemski wydał nakazy aresztowań dla jakichkolwiek wyższych
rangą pracowników INKOL?
- ...plany współpracy z miejscowymi władzami?
- Czy gubernator jest podejrzewany?
- ...czasu, do uzyskania wyników?
- Jakie kierunki śledztwa...
I nagły ogłuszający pisk sprzężenia, gdy osoba kontrolująca dźwięk
uznała, że wolna prasa robi się trochę zbyt nachalna. Edward Tekele
skrzywił się dobrotliwie i przeczekał zakłócenie.
Pisk ucichł. Odchrząknął.
- Bardzo proszę o zadawanie pytań pojedynczo i w kolejności, a ponieważ
moje okulary nie są zsynchronizowane z lokalną siecią, obawiam się, że
będę musiał prosić państwa o przedstawianie się. Może moglibyśmy zacząć
od, tak - gest w stronę pierwszego rzędu - od pani.
- Jak liczny...? Przepraszam, Aleks Rivera, ValleyCat Vibe. Jak liczny
jest zespół audytowy, który sprowadził pan ze sobą?
- Razem ze mną jest nas łącznie sto siedemnaście osób.
Cichy szum konsternacji pośród dziennikarzy obecnych fizycznie w budynku
na konferencji. Oraz fala ruchu w żelobłonach unoszących się za ich
plecami, gdy uczestniczący zdalnie wychylali się, by zaobserwować
reakcję sali.
W samym środku tego wszystkiego Rivera opanowała się i odpowiedziała,
prawie stłumiwszy wstrząs.
- To, eee... to bardzo dużo ludzi, dyrektorze Tekele. Naprawdę chce nas
pan przekonać, że mając w gotowości ponad setkę audytorów, nie myśli pan
o żadnych działaniach karnych?
- Jestem tego pewien, młoda damo. Jak już pani słyszała w mojej
obietnicy, to...
- Panie dyrektorze! - Gniewny, przesadnie dramatyczny ton, który uciął
wypowiedź Tekelego, był nie do pomylenia, przynajmniej w zakresie
strony, jeśli nie samego głosu. Męski, nastoletni, jednoznacznie
marsjański i prawie co do słowa dało się przewidzieć, co powie dalej. -
Czy spróbuje pan uchylić statut i artykuły Doliny? Czy wyprowadzi pan
uzbrojonych agentów na marsjański grunt?
Długa przerwa. Tekele wytężył wzrok, patrząc na pytającego, jakby w sali
nagle zrobiło się dużo ciemniej.
- Kim pan jest?
- Nazywam się DeAres Contado i jest nas legion. Jestem świadkiem na
rzecz Najpierw Mars Odcięty i pytam w imieniu Tymczasowej Rady
Obywatelskiej, czy to wtargnięcie w sprawy Doliny zostanie wymuszone z użyciem siły. Ilu członków pańskiego personelu ma przeszkolenie
wojskowe? Ilu z nich jest uzbrojonych? Obywatele Marsa mają prawo to
wiedzieć.
Zapadła niezręczna cisza. Ktoś zakaszlał. Prawie dało się wyczuć, jak
pozostali dziennikarze wywracają oczami.
Być może Tekele też to zauważył. Uśmiechnął się lekko.
- Myli mnie pan z admirałem, panie... Contado. - Krótkie śmiechy
rozproszone po sali. Tekele przeczekał, aż ustaną. - Mam też wrażenie,
że nawet admirał nie mógłby oczekiwać przejęcia kontroli nad Valles
Marineris z setką ludzi, niezależnie od ich uzbrojenia. Zatem odpowiedź
na pańskie pytanie brzmi: nie, oczywiście, że nie. Nie przybyliśmy tu
wprowadzać stanu wyjątkowego. Jesteśmy audytorami, nie piechotą morską,
nie zajmujemy się polityką. Przylecieliśmy tu z zamiarem współpracy z mechanizmami kontroli przestrzegania prawa kolonii. - Odmierzona pauza.
- No dobrze, czy mogę jeszcze kogoś uspokoić w sprawie braku planów
inwazji z naszej strony?
Kolejna fala śmiechu, choć jak poprzednia wyraźnie nerwowa, krótkotrwała
- wymuszony śmiech widowni, która nie czuła się dobrze z prowadzącym i nie była pewna, czyim kosztem będzie się śmiać podczas następnego
numeru.
- W takim razie jakieś inne pytania?
Na sali podniosła się ręka.
- Mike Tamang, Bradbury City Prowl. Czy obecnie ma pan przygotowane
jakieś nakazy aresztowania personelu Doliny?
- Nie.
- Kiedy spodziewa się pan zmiany tej sytuacji?
Tekele wydał się łagodnie obruszony.
- Spodziewam się, panie Tamang, że zmieni się to wtedy, gdy znajdziemy
dowody indywidualnych wykroczeń o nasileniu dostatecznym, by uzasadnić
nakaz aresztowania. Przynajmniej początkowo jesteśmy tu w celu poznania
faktów. Nasze dalsze działania będą podyktowane stwierdzonym stanem
rzeczy.
Prychnąłem. Jasne, a jeśli w to wierzycie, to mam na zapleczu
skamieniałą płytkę drukowaną marsjańskiej ur-kultury i mogę sprzedać
niedrogo.
Tekele na ekranie przyjmował pytania z żelobłon.
- Elena Montalban, Monitor Wyżyn - odezwał się obraz ogolonej głowy
kobiety z andyjskimi rysami. - Obiecano nam obszerny audyt prawie trzy
lata temu, ale nigdy do niego nie doszło. Teraz przybywa tu pan
praktycznie bez żadnego ostrzeżenia. Czy to ten sam audyt, spóźniony o trzy lata?
Znowu odmierzony uśmiech INKOL.
- Obawiam się, że na to pytanie nie mogę udzielić odpowiedzi. Zostałem
wyznaczony na stanowisko dyrektora audytu sześć miesięcy temu i czas ten
spędziłem na zbieraniu szczegółowych informacji, które będą nam
potrzebne tym razem. Audyt z roku dziewięćdziesiątego piątego i jego
anulowanie wykraczają poza moje kompetencje. Z drugiej strony mogę
zapewnić, że będziemy się zajmować bieżącymi sprawami.
- Nie wątpię. Jednak mimo wszystko muszą istnieć nierozwiązane kwestie,
które odziedziczył pan po odłożonej pracy. Co z nimi?
- Nie przypominam sobie niczego takiego. Oczywiście wszystkie audyty
opierają się na ciągłości danych, ale jeśli chodzi o jakieś konkretne
relikty sprzed trzech marsjańskich lat... to pytanie należałoby
skierować do moich przełożonych na Ziemi.
Niewygodne pytania dziennikarskie wysłane przez kilkaset milionów
kilometrów próżni do szefów najpotężniejszej organizacji korporacyjnej w Układzie Słonecznym. Powodzenia w staniu w tej kolejce, Eleno Montalban.
Jednakże Montalban nie odczytała sygnałów. Albo jej nie obchodziły.
- Dyrektorze Tekele, nie może pan na poważnie oczekiwać, że uwierzymy,
że nie zaznajomił się pan z historią wcześniejszych...
- Myślę, że pora na następne pytanie. Tak, tutaj z przodu.
Kamera już pośpiesznie przesuwała obraz, by skupić się na nowej osobie,
jednak nie aż tak szybko, by nie pokazać gwałtownego rozbłysku
towarzyszącego spalaniu jej żelobłony na skwarek.
***
Dla zasady oraz w ramach uporu, staram się nie być pod wrażeniem
niczego, co robi INKOL. Zwykle nie jest to zbyt trudne. Walić ich z całym tym pieprzeniem o akuszerowaniu ludzkości w kosmosie. Czas
odsłużony za kurtyną z Blond Vaisutis dość szybko pozbawił te teksty
uroku, a porzucenie na Marsie odarło mnie z wszelkich pozostałych
resztek szacunku. Cała Dolina stanowi szybką lekcję tego, co dzieje się
z korporacyjnymi dobrymi intencjami, gdy coś zagraża marginesowi zysku.
Mimo wszystko zespół audytu składający się ze stu siedemnastu osób
zasługiwał na zasłużony szacunek, nawet z mojej strony. Podczas kryzysu
Oligarchów na Tytanie wysłali tylko sześćdziesięcioro ludzi, a wtedy
było to uznawane za wielkie wydarzenie. Mieliśmy ich dwa razy tyle w samym bijącym sercu Bruzdy. Tekele mógł mówić, co chce, to naprawdę była
armia dokonująca inwazji i nikt z doświadczeniem zza sceny nie mógł
uwierzyć w nic innego.
Z pewnością nie wierzył nikt w Bradbury. Resztę dnia spędziłem,
oglądając serię wysokich rangą urzędników miejskich odstawiających
własne wariacje na jeden z dwóch tematów: przełykanie zgniłych ostryg o świcie, jak Mulholland, albo burkliwe zbywanie o standardowym zachowaniu
w wykonaniu Sakariana.
A to były te lepsze kawałki.
Reszta była nieustającym hałasem medialnym ładnych infografik
prezentujących potencjalne możliwości przebiegu audytu, puste rozmowy
gadających głów, komentujących, co to wszystko znaczy, i jeszcze
bardziej bezsensowne - gdy nie zostały ocenzurowane - uliczne wywiady z członkami społeczności uznanymi za bezpiecznych i dość głupich, by
pokazać się na ekranie. Wplecione w to wszystko pojedyncze sceny
protestów ulicznych, tu i tam, znikające zbyt szybko, by dostrzec coś
więcej niż kilka żelobłonowych transparentów, przemieszane w proporcji
dwa do jednego ze zdjęciami podnieconych tłumów zbierających się na
powitanie ultraturystycznych celebrytów przywiezionych tym razem przez
prom. Niektóre kanały informacyjne dorzucały nawet kawałki z deszczowej
parady poprzedniej nocy, by jeszcze bardziej namieszać. Była to
koktajlowa specjalność mediów Doliny - leniwe dziennikarstwo sprowadzone
do wycinków dźwięków i obrazów ugładzonych na tyle, by zaspokoić w widowni pragnienie nowości. Surowe widowisko wrzucano do blendera
obdzierano z wszelkiego przydatnego kontekstu, a potem rozpryskiwano po
kolektywnej twarzy oglądających jak niekończącą się serię wytrysków.
Dajcie nam minutę, a my damy wam... cóż, w zasadzie to, na co
zasługujecie, dupki.
I nic z tego nie potrafiło tak do końca ukryć kolosalnego niedostatku
faktów dostępnych aktualnie każdemu w machinie medialnej. Bardziej niż
cokolwiek innego przypominało mi to słuchanie wysokiego, cichego krzyku
powietrza uciekającego przez przebicie kadłuba w pustkę po drugiej
stronie.
W końcu to wyłączyłem. Zamiast tego zająłem się dysocjacyjnymi grami
myślowymi prosto z podręcznika szkoleniowego Blond Vaisutis. W większości nieco wyszedłem z wprawy, bo minęło trochę czasu, od kiedy
ostatnio potrzebowałem tych technik. Przez ostatnie kilka lat moją
podstawową techniką dysocjacyjną były modyfikowane opiaty i mark on
mars, ale przy odrobinie wysiłku powoli wróciły stare, wbite mi do głowy
zwyczaje. Zatopiłem się w głębi medytacji... i prawie przegapiłem
chrypliwy jęk dozownika izolenu przygotowującego się do wykaszlania
osłony na noc.
Wyglądało na to, że udało mi się już przetrwać cały dzień.
Sięgnąłem jedną ręką wzdłuż pryczy i zebrałem osłonę opadającą z dysz
jak cukrowa wata. Psychasteniczny trans odpłynął, gdy owijałem się
izolenem i pozwoliłem uwadze powrócić do ekranu. Jakiś samotny reporter
szybkim krokiem ścigał kobietę idącą ulicą, obrzucając ją pytaniami,
choć najwyraźniej nie miała ochoty stanąć, by na nie odpowiedzieć. Coś
znajomego było w postawie kobiety, sposobie ustawienia ramion, a może po
prostu w krótko ściętych, siwiejących włosach. Wcześniej wyciszyłem
dźwięki, więc teraz musiałem wstać z pryczy i podciągnąć je kilka
kresek, by usłyszeć słowa:
- ...czyli przypuszczalnie cieszy się pani z tego audytu?
- Serio? - Szorstka niecierpliwość tonu i tak zostawiła dość miejsca na
grubą warstwę zjadliwej ironii. - Tak pan przypuszcza?
- No cóż, właściwie wielokrotnie mówiła pani, że, uch, "Dolina dławi się
pod coraz cięższym jarzmem korporacyjnego wyzysku".
I wtedy oczywiście ją rozpoznałem. Błysk rozpoznania i towarzyszący mu
smutek. Jak wszyscy inni, postarzała się, od kiedy ostatnio ją
widziałem.
- Z pewnością - dalej naciskał reporter - musi się pani cieszyć, że ktoś
w końcu przybył, by ograniczyć ten wyzysk?
- Kto mówi, że oni przylecieli tu coś ograniczać?
- Dyrektor audytu Tekele ogłosił właśnie...
- Tekele jest płatną tubą tych samych interesów, które kierują Doliną.
On nie zmieni niczego, co ma jakiekolwiek znaczenie.
Martina Sakran - jedyna w swoim rodzaju, "nie kupujcie podróbek" córka
Tego człowieka, od lat dziedziczka Zmagań, a obecnie koronowana królowa
na wygnaniu tu, na Marsie, choć rządząca skurczonym i rozdrobnionym
krajem, którego dzikie i pokonane oddziały byłyby gorzkim rozczarowaniem
dla jej ojca. Przez lata raz czy dwa odwiedziłem jej pałac i nawet
biorąc poprawkę na moje zgorzknienie, nie byłem pod zbyt wielkim
wrażeniem. Są takie miejsca w Układzie Słonecznym, gdzie mutualistyczna
teoria polityczna i socjalizm techniczny wciąż przyciągają ludzi, ale
Bruzda do nich nie należy, co zapewne było powodem, dla którego Ziemia
po śmierci ojca tutaj właśnie porzuciła fille Sakrana. Robiła, co
trzeba, organizowała i pobudzała popleczników i sponsorów, jakich tylko
zdołała zebrać, ale tak naprawdę głównie pokrywała się politycznym
kurzem. Dziennikarz musiał się wykazać sporą inicjatywą, by ją odszukać.
Z pewnością było to coś, o czym nie pomyślał nikt inny. Co gwarantowało
publikację segmentu, a tym samym wypłatę dla nieustraszonego wolnego
strzelca prasy, nawet jeśli prawdziwym motywem redaktora prowadzącego
było wywołanie nieszkodliwego rozbawienia. Z tego, co słyszałem, Sakran
nie było już nawet na liście osób podlegających obserwacji.
- Czyli nie wierzy pani, by ziemski INKOL przejmował się naruszeniami
statutu Doliny? - nie ustępował reporter.
Martina Sakran szła dalej w ciszy. Odrobinę zwiększyła tempo i skręciła
za róg tego, w czym rozpoznałem plac Muska. W przedzie pojawiło się
trochę ludzkich postaci. Dotarło do mnie, że musiała być w drodze na
swoją własną demonstrację.
Niezniechęcony pan Nieustraszony też przyśpieszył, by dotrzymać jej
kroku.
- Twierdzi pani - teraz już trochę zdyszany - że te wszystkie miliony
wydane... na sprowadzenie tu audytorów... wszystkie przygotowania... te
wydatki... to lipa? Tylko kosmetyka?
Coś zmieniło się w ustawieniu ramion Sakran. Nie wiem, czy można by to
nazwać determinacją, wciąż były na to zbyt obwisłe, ale zatrzymała się i odwróciła do dręczyciela. Ładna, wąska twarz pod krótko przyciętymi,
siwymi włosami - ojciec zostawił jej kości policzkowe, oczy i sposób
zaciśnięcia szczęk. Jednakże życie spędzone na aktywizmie wyostrzyło to
wszystko, usunęło z kości każdy gram niepotrzebnego ciała, dając jej w zamian ostre rysy, kurze łapki i spojrzenie twarde jak stal.
- Słuchaj, palancie, nie mam czasu na uczenie cię ekonomii, którą
musiałbyś poznać, by zrozumieć, co naprawdę się tu dzieje. Ale spróbujmy
podstaw. Czy masz choćby najmniejsze pieprzone pojęcie, ile
bezpośrednich inwestycji korporacyjni partnerzy INKOL wpakowali w Dolinę
tylko przez ostatnie dwa lata?
- Ja, uch... - Oczywiście, że nie wiedział.
- Oficjalna kwota to sto dwadzieścia osiem trylionów marinów. Co na
podstawie wcześniejszych weryfikacji oznacza, że faktyczna wartość jest
większa o przynajmniej czterdzieści procent. Dotarło?
Nie dało się tego zobaczyć na ekranie, ale musiał przytaknąć. Sakran też
kiwnęła głową i wykrzywiła usta w uśmiechu. Wiedziała, że jest atrakcją
przedstawienia z dziwadłami, przynętą dla zwiększenia apetytu widowni,
lekką przekąską w medialnym bufecie. Zdawała sobie sprawę, że zapewne
krzyczy w pustkę, ale i tak skorzystała z okazji. Po dekadzie na
wygnaniu wcale nie zamierzała rezygnować.
Może nie potrafiła.
- Właśnie. Weźmy te słynne ileś tam milionów, nad którymi tak
biadoliłeś, ten rzekomy koszt przygotowania i realizacji tego audytu.
Jak według ciebie ma się to do kilkuset trylionów? Odpowiedź brzmi:
nijak. To garść regolitu rzucona w twarz burzy pyłowej na Tharsis.
Nieważne, jak mocno rzucisz, jak wysoko wymierzysz - to absolutnie
niczego nie zmieni.
Jakby dla podkreślenia jej słów, płytki na suficie nade mną zaczęły
przygasać. Prostokąt ekranu zrobił się nagle jaśniejszy w mroku, z patrzącą z niego ponurą przystojną twarzą nagle o tyle bardziej
izolowaną i nasyconą emocjami. Jakby zbierały się upiory przeszłości
Sakran, wysysając światło z przestrzeni wokół.
Poczułem mimowolny dreszcz empatii. Niewłaściwa polityka to nie jedyny
tutaj sposób na wygnanie.
- A teraz przepraszam - rzuciła z ponurym tonem przebijającym się przez
używaną wcześniej ironię - mam tam demonstrację do poprowadzenia.
Widzisz, nawet na Marsie niektórzy z nas rozumieją, jak głęboko sięgają
te kwestie. Nawet tutaj niektórzy z nas próbują zmienić sprawy na
poziomie, który ma znaczenie. Chodź i posłuchaj, może czegoś się
nauczysz.
Nie było jak się dowiedzieć, czy nasz dzielny reporter skorzystał z zaproszenia - segment został ucięty na ujęciu odchodzącej Martiny
Sakran, a potem wyświetlono reklamy. Sapnąłem, czując wspomnienia
budzące się w głowie do życia jak wystraszone ćmy. W swoim czasie
starłem się z wieloma Sakranitami, nawet jeszcze przed Carlą Wachowski -
w dawnych czasach piractwo motywowane politycznie było ryzykiem
zawodowym, z którym musiał się liczyć każdy przechwytywacz w zewnętrznym
układzie. Trudniej było sobie z nim poradzić niż z odmianami
skierowanymi bardziej na zysk, ale nie w tym...
Ciche kliknięcie od strony drzwi celi.
Spiąłem się lekko pod lepką osłoną izolenowego szala. Nie sądziłem, żeby
istniało duże ryzyko "wypadku" w monitorowanej celi. Zwłaszcza teraz, z szaleństwem kipiącym wokół audytu byłem zapewne ostatnim, o czym myślała
BPD, ale wydział miał długą historię współpracy z prywatnymi siłami
policyjnymi takimi jak MG4, gdzie artykuły w wygodny sposób ustępowały
przed prawami korporacji. W przypadku trafienia w taką dziurę można było
bardzo długo spadać w szarą strefę i mocno się połamać przy uderzeniu w ziemię.
Wokół brzegów drzwi pojawiło się słabe światło. Sufitowe kafelki
gwałtownie obudziły się do życia z pełną mocą, a drzwi wsunęły się do
zagłębienia, wystając tylko odrobinę. Do celi zajrzał nieznany mi
gliniarz w mundurze.
- Ty. Veil. Zabieraj dupę. Masz gościa.