Ryzykowny układ - Caitlin Kittredge

Reflow text when sidebars are open.
O szóstej nad ranem srebrna poświata skąpała ulicę i schłodziła skórę Pete do temperatury powietrza. Ceglana ściana cmentarza East Cemetery kłuła ją w plecy, nie pozwalając zasnąć, Pete obserwowała bramę cmentarza z kutego żelaza, zamkniętą nowoczesnym łańcuchem i kłódką, która pozbawiała tę scenerię wszelkiej tajemniczości.
Słowo "śmieszne" pasowało chyba najlepiej. Miała cholernie dość tego, że sterczy tu po czterech godzinach snu i czeka na spełnienie się obietnicy złożonej jej przez cień Jacka Wintera.
"Bridget Killigan zostanie odnaleziona jutro przy wejściu na cmentarz Highgate".
Pete wsadziła do ust papierosa i zapaliła go z westchnieniem żalu. Czy nie obiecywała wszystkim, którzy coś dla niej znaczyli, że rzuci nałóg? Co najmniej kilka razy....
Było jednak wcześnie rano i zimno. Pete włożyła cienką kurtkę i teraz dygotała. Wciąż miała przed oczami Bridget Killigan, uśmiechającą się do niej ze szkolnego zdjęcia sześciolatkę. Dym połaskotał ją w gardło i Pete wydmuchała go. Nie potrafiła pozbyć się obrazu Bridget, tak jak nie mogła zrobić tego samego z twarzą Jacka. Wciąż widziała buzię dziewczynki i czuła, jak przez palce przeciekają jej kolejne sekundy.
Nagle rozległ się płacz. To był płacz Bridget Killigan. Pete gwałtownie podniosła głowę i papieros wypadł jej z ust na chodnik. Przydeptała go i ruszyła ulicą przed siebie. Nasłuchiwała wiecznie obecnych odgłosów ruchu ulicznego, trzaskania drzwi mieszkań w pobliskim bloku oraz ujadania psów. Nie chciało jej się wierzyć, że zwariowała do tego stopnia, iż słyszy widmowy płacz.
Szloch dobiegał spod nisko zwieszonego drzewa o błyszczących liściach, niedaleko bramy, która oddzielała cmentarz od ulicy, a świat żywych od świata umarłych. Przepełniony bólem płacz niósł się z wiatrem.
Pete rozsunęła gałęzie i zobaczyła Bridget Killigan, zgarbioną na poszyciu z bluszczu, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Pete wzięła na ręce szlochającą dziewczynkę, która nawet na nią nie spojrzała. Pete wiedziała, że mała już nigdy nie popatrzy na nic rozumnymi oczami.
- Jest w szoku - orzekł Ollie, kiedy Bridget i jej zapłakani rodzice wsiedli do karetki, która ruszyła w gęstniejący z minuty na minutę poranny ruch uliczny. - Biedactwo, pewnie nieźle się nacierpiało.
Pete zapaliła piątego papierosa.
- To nie szok - odparła.
Ollie wydobył czysty notes z niebieską okładką i odwrócił stronę, ponieważ Bridget została już odnaleziona i nie było potrzeby wracać do wcześniejszych zapisków.
- W takim razie, co to było twoim zdaniem?
Pobielałe oczy bez jednej łzy, wpatrujące się w nicość.
Pete głęboko zaciągnęła się papierosem.
- To było jakieś pieprzone nawiedzenie.
Ollie pokręcił głową. Grzywka o mysim kolorze opadła mu przy tym na twarz.
- Cokolwiek to było, Caldecott, wymyśl cholernie dobrą historię, w jaki sposób udało ci się znaleźć tego dzieciaka. Wiem, że jesteś dobra, ale tym razem to jakieś czary.
Pete zamrugała oczami.
- Coś ty przed chwilą powiedział?
- Czary - powtórzył Ollie. - Diabelska magia. Idziesz w konkretne miejsce i znajdujesz dziewczynkę, która jest zbyt wstrząśnięta, żeby opowiedzieć nam, co się stało.
Pete milczała. Gdyby tylko Ollie Heath wiedział, jak często mija się z prawdą zaledwie o włos! Poprawiał kołnierzyk, przywracając się do porządku i niejako "resetując", żeby zmierzyć się z nowymi problemami i zawiłościami, które niosła ze sobą kolejna sprawa.
- Powiedz mi - odezwał się po chwili - skąd dostałaś cynk? Wtedy przez telefon?
- Ach, wtedy - odparła Pete, gasząc papierosa na ceglanym murze i patrząc, jak dym wzbija się w powietrze z martwego popiołu. - To nie było istotne.
Scotland Yard wessał Pete. Przekładane papiery i dzwoniące telefony; inspektorzy tkwiący po uszy w swoich zmartwieniach i tajemnicach, obciążeni nierozwiązanymi sprawami.
Pete usiadła przy podwójnym biurku, które dzieliła z Olliem, i zakryła oczy dłońmi, które wydawały się tak szorstkie jak papier ścierny - malutkie ziarenka niemal wbijały jej się pod powieki.
Ależ chciało jej się palić.
- Komisarz chce cię widzieć. - Ollie dotknął jej ramienia i Pete wzdrygnęła się. Za każdym razem, gdy zbliżała się do Jacka, stawała się nerwowa i wyalienowana.
Chciała mu uwierzyć i na tym polegał problem. Wypowiedział to słowo leniwie: "Magia".
Pete poczuła wewnętrzną presję, aby przyznać, że jest to takie samo wyjaśnienie jak każde inne. Jednak nie mogła się jej poddać. Zapamiętała głos Connora i jego silne dłonie zaciskające się na jej ramionach. "Posłuchaj mnie, dziewczyno, i to dobrze. Nie ma czegoś takiego jak to, o czym mówił Winter".
Nie ma czegoś takiego jak magia.
- Dzięki, Ollie - odparła z westchnieniem.
- Wciąż wyglądasz jak gówno zza krzaka - powiedział szczerze Ollie, sadowiąc się w fotelu i stukając o blat biurka sfatygowanym egzemplarzem "Timesa".
- Też cię kocham, Ollie. - Pete odsunęła krzesło. Komisarz Newell będzie miał przygotowany cały zestaw pytań dotyczących sprawy Killigan. Pete odparła uderzenie w jedyny znany sobie sposób - weszła do gabinetu Newella z ofensywnym nastawieniem.
- Nie wiem, jak się tam znalazła, ani kto ją porwał - oświadczyła od progu. - Nic nie powiedziała. Newell, na miłość boską, ona została oślepiona.
Komisarz zamrugał oczami.
- Dziękuję za tę zwięzłą aktualizację, Caldecott. Wezwałem cię jednak w innej sprawie.
Pete wstrzymała oddech, mając nadzieję, że to koniec z papierosami. Jasna cholera, jeszcze wczoraj zamierzała rzucić palenie. Spotkanie z Jackiem wydobyło na światło dzienne wszystkie jej stare wady.
- Przepraszam, sir. W jakiej sprawie chciał się pan ze mną widzieć?
- Dyrektor postanowił nazwać niewielki zewnętrzny parking imieniem komisarza Caldecotta seniora, twojego ojca - dodał Newell na wypadek, gdyby Pete zapomniała, kim był komisarz Caldecott senior. Przyglądał się jej uważnie. - Jeśli nie jest to dla ciebie zbyt trudne, to napisz krótką notkę, która zostanie wyryta na tabliczce z jego nazwiskiem.
"Co za pieprzona głupota". Connor zakaszlał ze szpitalnego łóżka, skurczony w sobie, ale nadal gotów do walki. "Powiedz mu, żeby sobie wsadził ten parking - robiłem, co do mnie należało, i nie prosiłem o nic więcej".
- Oczywiście, sir - odparła Pete, powtarzając sobie w duchu: żeby tylko nie zapytał o Bridget Killigan.
- Doskonale - powiedział Newell. - To wszystko, możesz odejść.
Co za ulga. I papieros, czekający na zewnątrz.
- Pani inspektor. - odezwał się oficjalnie Newell. Pete, która zmierzała do drzwi, zatrzymała się w miejscu.
- Tak, panie komisarzu?
- Niech pani nie myśli, że nie poproszę o pełny raport w sprawie Killigan, kiedy tylko dziewczynka zostanie wypisana ze szpitala.
Niech cię szlag, Jack.
- Oczywiście, sir. - Pete skinęła głową z szacunkiem i umknęła z gabinetu.
- Ktoś przysłał ci kurierem dokumenty - poinformował Ollie, wskazując głową płaską, jasnobrązową paczkę na biurku Pete. Z tyłu, w miejscu odbiorcy znajdowała się naklejka biura architektonicznego Terry'ego. Pete rozerwała kopertę otwieraczem do listów, bardziej stanowczo i brutalnie niż zwykle.
Ciasne, regularne zastępy czarnych czcionek maszerowały od lewej do prawej i Pete zaklęła pod nosem, po czym wcisnęła na telefonie guzik zewnętrznej linii i zadzwoniła do Terry'ego do pracy.
- Mówi Hanover.
- To nie jest cena, którą uzgodniliśmy, palancie - rzuciła Pete do słuchawki.
Słysząc to, Ollie uniósł brwi, a potem dyplomatycznie wycofał się, żeby napełnić kubek do herbaty gorącą wodą.
Terry westchnął po drugiej stronie słuchawki.
- Agentka nieruchomości wyceniła mieszkanie z myślą o szybkiej sprzedaży, tak jak chciałaś. Przecież twierdziłaś, że nie chcesz marnować czasu, targując się o mieszkanie, tylko je sprzedać.
- Owszem. - Pete odwróciła się plecami do pokoju i wbiła wzrok w zalecenia Ministerstwa Zdrowia, wiszące nad jej biurkiem. - Chcę sprzedać mieszkanie, ale za cenę, którą podaliśmy agentce.
- Od tamtej pory rynek nieruchomości poszybował w dół. Martha powiedziała...
- Kim, do jasnej cholery, jest Martha?
Pete wyobrażała sobie, jak Terry poci się podczas odpowiedzi:
- Nowa agentka nieruchomości, panna Tabram.
- Ta asystentka Susan, która wieszała ci się na szyi, kiedy przyszłam, żeby podpisać papiery związane z czekami kredytowymi w ubiegłym tygodniu?
- Spotykamy się. - Terry wydawał się zbyt zrelaksowany.
Pete miała dwie możliwości do wyboru: wsiąść do samochodu, pojechać do jego biura i wsadzić mu szkicowy ołówek do ucha - czego nie mogła zrobić, albo powiedzieć: "Podnieś cenę, Terry. Nie zamierzam tracić czasu na użeranie się z tobą" i rzucić słuchawką z odgłosem łamanych kości, co właśnie uczyniła, i to z przyjemnością.
- Teraz naprawdę mam ochotę na fajkę - powiedziała do Olliego, kiedy ponownie usiadł za biurkiem. - Terry zamówił mi jedzenie na naszej pierwszej randce i od tamtej pory nie przestał wtłaczać mi do gardła swoich cholernych opinii.
Recepcjonistka przeszła przez labirynt biurek i dotknęła ramienia Pete.
- Przepraszam, że panią niepokoję, pani inspektor, ale w pokoju gościnnym czekają na panią cztery osoby.
Pete z tęsknotą zacisnęła palce wokół pomiętej paczki papierosów, którą schowała do kieszeni.
- To nie żadne cholerne pismaki, co? - spytał podejrzliwie Ollie. - Wydzwaniają tu bez przerwy z biura PR, że ktoś chce zrobić z tobą wywiad, Pete.
Szyld na budynku, ledwie trzymający się na zawiasach, optymistycznie głosił: HOTEL. Niżej widniał mniejszy, mocno zatarty złoty napis: Grand Montresor.
Malutkie purpurowe astry porastały gęsto popękane betonowe schody, wyglądając z każdej szczeliny, w odwiecznej walce człowieka z naturą.
Pete ostrożnie przestąpiła nad nimi, żeby nie uszkodzić ani jednego kwiatu, a potem weszła w pachnący środkiem dezynfekującym mrok. Montresor, podobnie jak wszystkie domy w okolicy, czasy świetności miał dawno za sobą. Wyróżniał się jak ciemne ognisko infekcji na twarzy Bloomsbury. Pete zastanawiała się, jak to jest, że informacje zawsze zdobywa się w najpodlejszych i najmroczniejszych miejscach w jej mieście.
Kiedy podeszła do recepcji, siedzący za kontuarem mężczyzna rodem z filmu o wampirach machnął ze zniecierpliwieniem egzemplarzem magazynu "Hello!".
- Słucham?
- Czy może mi pan powiedzieć, kto zatrzymał się w pokoju pod numerem dwudziestym szóstym? - spytała Pete, starając się, żeby jej głos zabrzmiał uprzejmie, a jednocześnie oficjalnie. Zdała sobie sprawę, że będzie ją to kosztowało więcej niż wymuszony uśmiech i szczebiotliwy ton, żeby doczekać się jakiejś reakcji ze strony faceta, który tylko chrząknął.
Rozwinęła kartkę, którą dostała od Olivera Heatha - swojego kolegi zza biurka w policji londyńskiej. "Grand Montresor, Bloomsbury przy King's Cross, pokój 26 o 15:00".
- Powiedział, że ma informacje na temat porwania tej małej Killigan. - Ollie wzruszył ramionami, przeciągając samogłoski w sposób charakterystyczny dla mieszkańca środkowej Anglii. - Zastrzegł, że inspektor śledczy musi być sam i nie wolno mu się spóźnić.
Sześcioletnia Bridget Killigan zniknęła z placu zabaw przy szkole podstawowej, skąd miał ją odebrać ojciec, który się spóźniał. Zazwyczaj w takich sytuacjach Pete mówiła rodzicom, by nie tracili nadziei. Zapewniała, że ich dziecko się odnajdzie, a rodzinom nic nie zagraża. W większości przypadków dziecko porywał rodzic, którego sąd pozbawił opieki nad nim; starszy kolega ze szkoły, który traktował to jak żart. Bywało, że znikało z własnej woli, po czym gubiło się w metrze i lądowało w Brixton. Obcy porywali dzieci w bajkach, a nie w Londynie Pete Caldecott.
Kiedy przydzielono jej sprawę Bridget Killigan, Pete poczuła ucisk w klatce piersiowej, który zwiastował niewyjaśnioną zbrodnię. Dziewczynka nie miała rozwiedzionych rodziców ani odrażających wujków. Pete przeczuwała, że jeśli Bridget Killigan się odnajdzie, to tylko martwa.
Recepcjonista patrzył na nią spode łba, więc Pete pokazała mu nakaz.
- Czy winda działa? - spytała.
Mężczyzna prychnął.
- A jak pani myśli, pani inspektor?
Pete westchnęła z rezygnacją i zaczęła wspinać się po schodach. Przecież chciała spędzać więcej czasu na siłowni, prawda? W wieku dwudziestu ośmiu lat można było zostać inspektorem śledczym tylko w jeden sposób - spędzając każdą wolną chwilę nad sprawą, którą się prowadziło. W każdym razie, jeśli nie chciało się znosić nieustających szeptów, w jaki sposób inspektor Caldecott zapracowała na swoją pozycję, odsuwając na boczny tor starszych i bardziej doświadczonych kolegów po fachu.
Drzwi do pokoju oznakowanego numerem dwadzieścia sześć niczym nie różniły się od innych drzwi w korytarzu, który pomalowano na kolor jajka rudzika. Pete podniosła rękę, żeby zastukać, ale zaraz ją opuściła. Oczywiście, próbowała ignorować swoją wiedzę. Nie da się wiedzieć czegoś, czego nie wydedukowało się na podstawie faktów. Uczucie ciśnienia za oczami, szepty z przyszłości, odbijające się echem w jej uszach - to musiał być wynik stresu albo niskiego poziomu cukru we krwi. Może raz czy dwa miała trafne przeczucie, to wszystko. Była dobra w swoim fachu. Nie było w tym nic pozaziemskiego.
Ponownie podniosła rękę i tym razem zapukała, pewnie i po trzykroć.
- Proszę wejść - wymamrotał ktoś w środku. - Drzwi są otwarte.
- To niezbyt rozsądne w tym mieście - odparła Pete, mając świadomość, że w najlepszym razie po drugiej stronie drzwi może się spodziewać niebudzącego zaufania informatora o chytrych oczkach, który usłyszał z piątej ręki jakąś historię o Bridget Killigan i postanowił zarobić parę funtów.
Przekręciła gałkę i weszła do środka, pilnując się na wypadek, gdyby za drzwiami czaił się psychopatyczny morderca.
- Oficer śledcza Caldecott. Chciał pan rozmawiać o Bridget Killigan?
Mężczyzna siedział zgarbiony na kanapie. Z ust zwisał mu zapalony papieros. Słońce wisiało nisko nad King's Cross, rozświetlając jego farbowane na platynowy kolor włosy i tworząc aureolę nad ziemistą twarzą o zapadniętych policzkach.
- Tak - potwierdził Jack Winter, wypuszczając dym nosem. - Chciałem.
Ostatnim razem, kiedy Pete go widziała, Jack był zakrwawiony i nieruchomy. Wzrok miał wbity w sklepienie grobowca. Pete przyglądała mu się przez moment, oba obrazy Jacka nakładały się na siebie: kapiące krople krwi i ból wykrzywiający twarz. Wówczas był młodszy i bardziej postawny. Nabrał ciała, śpiąc nocami na podłodze i walcząc przed klubem po swoich koncertach. Ale to już przeszłość. Jego rysy uległy wyostrzeniu, przybyło mu mnóstwo zmarszczek. Strzepnął popiół na parapet, a potem rozłożył długie ręce i nogi, wskazując Pete miejsce na łóżku.
- Jeśli chcesz, możesz usiąść.
Pete nie była w stanie się ruszyć. Stała jak wrośnięty w ziemię prastary dąb.
Zakrwawiony i nieruchomy. Martwy.
- Ty... - Pete wykrztusiła drżącym głosem. - To ty.
- Tak, ja też jestem trochę zdziwiony - odparł Jack, głęboko zaciągając się papierosem, jakby znajdował się pod wodą, a papieros dostarczał mu tlen. - Zadzwoniłem na policję, spytałem, kto zajmuje się sprawą Killigan i podali mi twoje nazwisko. Mało brakowało, a powiedziałbym: "Pieprzyć to".
Pete w końcu się ocknęła i zamrugała oczami, usiłując wrócić do rzeczywistości. W głowie kłębiło się jej tysiące pytań. Jack Winter żyje. Dobra. Do rzeczy.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Jack rzucił na ziemię niedopałek i zdeptał go wojskowym butem z wysoką cholewką.
- Do cholery, wiesz dobrze, o czym mówię, kapryśna dziwko.
- Ja nie... - zaczęła Pete, lecz Jack nie pozwolił jej dokończyć. Podniósł z łóżka znoszoną skórzaną kurtkę i zarzucił ją na kościste ramiona.
- Bridget Killigan zostanie odnaleziona jutro przy wejściu na cmentarz Highgate. Wolałbym pięćset funtów nagrody, ale ponieważ jesteś gliniarzem, wiem, że twoje szczere podziękowania będą musiały mi wystarczyć.
Jack minął Pete w drodze do drzwi, stawiając nogi niepewnie i chwiejnie, jak gdyby był przeziębiony. Pete doszła do wniosku, że jej umysł nie ogarnia sytuacji, powinna działać. Złapała więc Jacka za nadgarstek.
- Zaczekaj! Skąd o tym wiesz? Proszę.
Proszę, dodała w myślach, powiedz mi, dlaczego przez miniony czas nie dałeś ani razu znaku życia. Powiedz, jak udało ci się wtedy przeżyć.
- Puść mnie! - rzucił Jack.
Pete nie posłuchała go; szarpnął się w jej uścisku.
- Chcę tylko zamienić z tobą słowo po dwunastu latach. A ty nie?
- Nie - odparł Jack. - Powiedziałem, co miałem do powiedzenia, a teraz spadam do pubu. Puszczaj, pieprzona faszystko!
To mówiąc, Jack zdołał się wyrwać, odsłaniając przy tym na przedramieniu nabrzmiałe żyły i liczne nakłucia. Pete znieruchomiała, mogła jedynie patrzeć w niemym przerażeniu, jak Jack opuszcza rękaw.
- Jak długo? - spytała.
Jack wsadził papierosa do ust, po czym go zapalił.
- Jakby cię to w ogóle obchodziło.
Po tych słowach trzasnął sfatygowanymi drzwiami i momentalnie zniknął.
Po wyjściu z Grand Montresor Pete wybrała w komórce numer MG w Sussex, ale zaraz się rozłączyła. Potem zadzwoniła do Scotland Yardu. Ollie podniósł słuchawkę, ale Pete rozłączyła się znowu.
Co do cholery miała mu powiedzieć? A tak przy okazji, pamiętasz faceta, który padł martwy u moich stóp, kiedy miałam szesnaście lat? Widziałam go dzisiaj. Zgadza się. Przesyła buziaki dla dzieciaków.
Ollie nie był gotów udzielać rad, chyba że dotyczyły drużyny Leeds United albo tanich wakacji. MG też miała wystarczająco powodów, żeby uważać Pete za wariatkę. Po wydarzeniach na cmentarzu, gdy kilka tygodni później Pete zaczęła o nich mówić, MG nawrzeszczała na nią i uderzyła ją, domagając się wyjaśnień, co stało się z jej facetem.
"Sama chciałabym to wiedzieć, naprawdę" - odparła wtedy Pete, ale to nie wystarczyło. MG już nigdy jej nie zaufała. To ona przedstawiła siostrę Jackowi i zabrała ją na koncert Poor Dead Bastards. Ponieważ w przekonaniu MG cały świat kręcił się wokół niej, to była wina siostry, że Jack nie żyje. Pete zawiniła, bo nie zapobiegła temu, co się stało. Ojciec chciał, żeby pogodziły się z sytuacją i ze sobą, ale MG nie chciała o tym słyszeć.
Pete oparła głowę o kierownicę swojego mini coopera, bezskutecznie próbując zgrać obraz wychudzonego, mizernego mężczyzny z pokoju numer dwadzieścia sześć ze wspomnieniami, które towarzyszyły jej przez kilka lat. Nieczęsto je do siebie dopuszczała. Wystarczająco bolesne było wspomnienie ich pierwszego spotkania w Fiver's, kiedy Jack był już zakrwawiony i w strzępach, mimo że występ dopiero się zaczął. Ten obraz pozostał z nią - krzyczący i krwawiący Jack, i bez wątpienia żywy.
W snach dwa wizerunki Jacka - żywego i martwego - zlały się ze sobą i Pete często śniła, że stoi sama w Fiver's, a ze sceny śpiewa dla niej martwy wokalista.
W tym momencie zadzwoniła komórka. Wyrwana z zadumy Pete wzdrygnęła się, zrzucając telefon między siedzenie kierowcy a skrzynię biegów. Przeklinając pod nosem, z trudem wydobyła aparat ze szczeliny.
- Inspektor Caldecott.
- Gdzie jesteś?
Pete odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran. Czerwone litery obwieszczały: TERRY (PRACA). Wzięła głęboki oddech i wsadziła wszystko, czego była świadkiem w Grand Montresor do pustej szufladki z tyłu głowy, w której przechowywała informacje zbyt okropne albo nazbyt prawdziwe, żeby mogły ujrzeć światło dzienne.
- Pracowałam i wyłączyłam telefon.
Terry westchnął.
- Miałaś być u agenta nieruchomości o czwartej, żeby podpisać umowę sprzedaży.
Pete przekręciła kluczyk w stacyjce, budząc do życia zegar na desce rozdzielczej. Była 15:45.
- Terry, nie dam rady przebić się w kwadrans przez miasto - powiedziała. - Musimy to przełożyć na jutro.
- Pete, nie jesteśmy ze sobą, co oznacza, że nie możesz rozporządzać naszą wspólną własnością wedle własnego uznania. Chcę sprzedać mieszkanie do lata. Wyjeżdżam na wakacje do Hiszpanii i nie mam ochoty zawracać sobie tym głowy.
- Przebacz, że zakłócam ci wspaniałe wakacje - odparła Pete. - Chodzi tylko o ciebie, prawda?
- Kupiliśmy to mieszkanie razem, lecz nie jesteśmy już razem. Chcę dostać moje pieniądze i umyć od tego ręce. Nic więcej.
Pete niemal zdążyła zapomnieć o protekcjonalnym tonie Terry'ego, który sprawiał, że czuła się jak rekrut. Szybko sobie przypomniała.
- Pracuję - podkreśliła. - Nie mam dla ciebie czasu.
- Na tym zawsze polegał twój problem - odparł Terry i rozłączył się.
- Tobie również życzę miłego popołudnia - wymamrotała Pete, rzucając komórkę na tylne siedzenie.
Terry miał pracę, którą zaczynał i kończył codziennie o tej samej porze. Nigdy nie ubrudził sobie butów krwią i nie widział ludzi, którzy właśnie zmartwychwstali.
Pete ściskała kierownicę przez dobre trzydzieści sekund, zanim uspokoiła się na tyle, by móc prowadzić. Próbowała wymazać z pamięci twarz Jacka i zastąpić ją buzią Bridget Killigan, to jej losem powinna się przejmować, a nie Panem Powstałym z Cholernych Martwych.
"Bridget Killigan zostanie odnaleziona jutro przy wejściu na cmentarz Highgate".
- Chrzanienie - stwierdziła stanowczo Pete, ruszając sprzed krawężnika.
Astry amerykańskie rozkwitały u stóp Pete Caldecott, gdy spotkała Jacka Wintera - dokładnie tak samo, jak dwanaście lat temu, kiedy Jack umarł.
Owego dnia nierzucający się w oczy grobowiec w odległej części cmentarza Highgate tonął w małych purpurowych kwiatach. Jack zmiażdżył je butami, otwierając drzwi mauzoleum.
Pete czuła, jak ogarnia ją strach. Grobowiec cuchnął czymś gorzkim.
- Jack, nie jestem przekonana...
Uśmiechnął się.
- Boisz się, kotku? Nie masz czego. Jestem przy tobie.
Zagryzając usta, Pete przekroczyła jedną nogą próg grobowca, po chwili dostawiając drugą stopę. W pogrążonym w mroku wnętrzu zaszeptał nagle wiatr, marszcząc szkolną spódniczkę wokół jej kolan. Pete natychmiast cofnęła się do wejścia.
- Nie powinniśmy tu być.
Jack westchnął, przygładzając dłonią tlenione włosy, które sterczały mu z głowy niczym połyskujące w półmroku kolce. Trzy miesiące temu w klubie Pete zwróciła uwagę przede wszystkim na te włosy... Zdawały się rozpływać w świetle reflektorów, kiedy Jack uchwycił się mikrofonu niczym tonący i wrzasnął.
- Nie bądź głupia, Pete. Nikt cię tu przecież nie ugryzie. W każdym razie, jeszcze nie teraz. - Na twarzy Jacka znów zagościł diabelski uśmieszek i chłopak wyciągnął rękę w jej stronę. - Zapraszam cię w moje skromne progi.
Pete chwyciła jego dłoń, czując stwardniałe od grania na gitarze opuszki palców i, wykorzystując przypływ energii, weszła w głąb grobowca. Kamienna budowla była większa, niż wydawała się z zewnątrz i kiedy Pete zdecydowanie postawiła stopy na posadzce, twarde podeszwy jej butów zastukały o kamienie.
- Nie jestem głupia.
Jack roześmiał się i rzucił jej torbę z zielonego płótna, którą przyniósł ze sobą.
- Przepraszam, w takim razie musiałem pomylić cię z twoją siostrą.
Pete szturchnęła go w ramię.
- Natrząsasz się ze swojej dziewczyny, nie zapominaj. Jesteś szalony.
Jack złapał ją znowu za rękę i zamknął jej palce w swojej dłoni. Gdy Pete nie wyrwała się, jego oczy pociemniały.
- Nie masz o tym żadnego pojęcia.
Pete nie umknęła wzrokiem przed jego spojrzeniem. Przez chwilę oboje stali w milczeniu, głośno oddychając, aż w końcu Pete cofnęła dłoń.
- Myślałam, że przyszliśmy tu robić jakąś magię.
Jack odsunął się od niej.
- Ja też tak myślałem.
Wyciągnął z kieszeni kawałek kredy i zaczął rysować krzywy okrąg na kamiennych płytach. Z każdą chwilą powstawały kolejne linie i esy-floresy, zbiegające się w centrum koła.
- I tak będzie, skarbie. Muszę tylko dokończyć pewne przygotowania, by upewnić się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i nic nie będzie ci zagrażać. W końcu to twój debiut.
Sposób, w jaki to powiedział, mógł sprawić, że wszyscy koledzy z klasy Pete w szkole Our Lady of Penitence1 oblaliby się rumieńcem.
- Po co mnie tu sprowadziłeś? Te wszystkie bzdury z czczeniem starożytnego demona to sprawa MG, nie moja. Nie powinnam być tu sama z tobą. Jesteś zdecydowanie za stary.
- Cholera, mam dopiero dwadzieścia sześć lat - zaprotestował Jack. Dokończył okrąg, który przybrał ostatecznie kształt czegoś, co przypominało Pete klatkę. Potem wyjął z torby dwie grube świece - czarną i białą. - Zachowujesz się, jakbym stał jedną nogą w pieprzonym grobie, naprawdę.
- A ja mam szesnaście lat - wyszeptała pod nosem Pete. - Jeśli MG dowie się, że byliśmy tu razem, jeżeli tata kiedykolwiek się dowie...
- Poprosiłem cię, żebyś poszła ze mną, bo jesteś mi potrzebna - wyjaśnił Jack, przysiadając na piętach.
Poważny ton jego głosu wyrwał Pete z rozmyślań o siostrze i o tym, co by się stało, gdyby MG była świadkiem tej sceny. Pete była najstarsza, ale to MG miała moc wpadania w szał o iście atomowej sile rażenia. A tata - na pewno wysłałby Pete do zakonu, zamknął w wieży albo zrobił coś równie okrutnego, co w bajkach mieli w zwyczaju robić rozzłoszczeni ojcowie z krnąbrnymi córkami.
Pete zamrugała oczami.
- A do czego jestem "potrzebna"?
Jack otrzepał dłonie z kredy, wstał i zaczął się klepać po kieszeniach zniszczonych czarnych dżinsów w poszukiwaniu zapalniczki.
- Pomyślmy... Jesteś rozsądna, potrafisz zachować zimną krew w sytuacji kryzysowej i jesteś bardzo ładna. Który facet nie chciałby cię mieć przy sobie?
- Stul pysk! - rzuciła Pete. - Co by powiedziała MG, gdyby to usłyszała?
- MG? - odparł Jack. - Ona wie, jaki jestem. Nie powiedziałaby absolutnie niczego, bo nie zadaje pytań, a ja nie odpowiadam na nie. - Dalej przeszukiwał bezskutecznie nabijaną ćwiekami kurtkę. - Do jasnej cholery, masz może zapalniczkę?
Pete pogrzebała w plecaku, który nosiła do szkoły, i znalazła paczkę papierosów Silk Cut oraz jednorazową zapalniczkę, schowane w pudełku po tamponach. MG mogła traktować Pete w najlepszym razie z obojętnością, ale nauczyła ją kilku niezłych sztuczek.
- Dzięki - powiedział Jack, kiedy rzuciła mu zapalniczkę.
Zapalił świeczki i umieścił je u góry i na dole kręgu. Im dłużej Pete patrzyła na to, tym bardziej piekły ją oczy i czuła dzwonienie w głowie, więc odwróciła głowę w kierunku wąskiej strużki światła, która oznaczała powrót do świata żywych.
- Już prawie gotowe... - wymamrotał Jack. Wyjął z ukrytej kieszeni nóż sprężynowy. A może nóż zjawił się tak po prostu? Pete nie była pewna w tym słabym świetle. Jack skaleczył się w palec, wyciskając precyzyjnie trzy krople krwi na okręg z kredy.
Pete miała już wcześniej do czynienia z magią Jacka - proste uliczne sztuczki, takie jak znikające karty, królowa pik prześlizgująca się między jego zwinnymi palcami albo małe hokus-pokus w rodzaju papierosa, który wyjmował z kieszeni już zapalony.
Tu, w grobowcu, Pete pomyślała, że jest inaczej. To była prawdziwa magia. Ta myśl, rzecz jasna, wydawała jej się głupia. W końcu była córką oficera policji i pochodziła z rodziny Caldecottów - choć trochę mniej niż MG - i z zasady nie dawała wiary takim sprawom. Jack samą swoją obecnością sprawiał, że chciało się wierzyć. Roztaczał wokół siebie aurę odmieńca żyjącego pośród ludzi. Ludzie zaglądali mu w oczy i nawracali się, bo widać w nich było diabła tańczącego w jasnym płomieniu jego duszy.
Jack Winter sam był magią.
- Gotowa? - spytał, stojąc u góry kręgu.
Pete poczuła, jak wokół nich zbiera się coś gwałtownego i naelektryzowanego - niczym upiorna burza z zacinającym prosto w twarz deszczem.
- Co mam robić? - odpowiedziała pytaniem.
Jack skinął na nią i syknął, kiedy nieomal starła część narysowanych przez niego magicznych symboli.
- Słońce, uważaj na granicę kręgu. Nie chciałbym, żeby coś ucięło ci nogi w kolanach.
- Niech to szlag, poważnie? - Pete podejrzliwie przyjrzała się narysowanym liniom. Nie była swoją siostrą, która lubiła rozwodzić się nad "energią", a jednak wiedziała, kiedy tylko przyszła tu z Jackiem - głęboko i w sposób nie domagający się logicznych argumentów - że ma do czynienia z czymś nie z tego świata.
- Sam krąg nie skrzywdzi cię - wyjaśnił jej Jack - lecz nie wolno ci naruszyć symboli. Nie chciałabyś wypuścić na zewnątrz tego, co jest zamknięte w środku. Wierz mi. - Po tych słowach wziął Pete za rękę, kiedy się zbliżyła, i podniósł nóż. Pete szarpnęła się, ale Jack był szybszy. Błyskawicznym ruchem naciął jej dłoń.
- Auć! - syknęła rozdrażniona. Wszystkie pytania, które kłębiły jej się jeszcze przed chwilą w głowie, nagle zniknęły, ustępując miejsca czerwonej fali upojnej ekscytacji.
Pete nie zapytała, po co tu przyszli, gdy przemknęli obok budki strażnika przy wejściu na cmentarz i włamali się do tego grobowca, bo w przeciwieństwie do Jacka bała się. On nie lękał się niczego. Ani bandy skinheadów, którzy zrobili awanturę w klubie Fiver's, gdzie Jack grał ze swoim zespołem. Ani ojca Pete - oficera Caldecotta, który skutecznie przeganiał wszystkich próżniaków, z którymi umawiała się MG. Jack po prostu wyciągał rękę na powitanie, a ludzie byli gotowi rzucić się do Tamizy z mostu Tower Bridge, byle tylko znaleźć się obok niego i uszczknąć choć trochę z otaczającej go aury niebezpieczeństwa, która zdawała się przenikać wszystko, czego dotknął.
Kiedy kreda przesiąkła jej krwią, symbole zaczęły przybierać czerwony odcień, jak rumieniący się policzek. Pete wiedziała, że już się nie wycofa. Nie warto zadawać pytań. Jack jej potrzebował i ona tu jest.
- Wszystko w porządku, skarbie? - spytał, przyciskając pomiętą chusteczkę do rany i dociskając ją pięścią.
- Tak, nic mi nie jest. Jestem gotowa - zapewniła go Pete. Nie chciała myśleć, co może wypełznąć z grobowca pod wpływem zręcznych dłoni Jacka, ani czy w ogóle ma on wystarczającą moc, żeby nad tym zapanować. Wiedziała tylko, że wybrał ją - Pete Caldecott, która nie miała żadnych przyjaciół ani kolegów, nie wspominając o chłopaku - gdyby jakiś jej się trafił, chyba zagrałaby w lotto. Jack Winter, magik i wokalista zespołu Poor Dead Bastards2 chciał mieć ją przy sobie w tym ciemnym miejscu.
Jack zaprowadził Pete do czarnej świecy u stóp kręgu, a ona upewniła się, że trwa na nogach pewnie jak posąg. Jack nie mógł poznać, że ona się boi czy myśli, że to wszystko jest dziwne i podejrzane.
- Teraz przytrzymaj się mnie - polecił Jack, krzyżując jej poplamione krwią palce na znakach na podłodze. - Cokolwiek się zdarzy, nie puszczaj mnie, dobrze?
- A co może się zdarzyć? - Żołądek podjechał Pete do gardła.
Stojąc na swoim miejscu przy białej świecy, Jack uśmiechnął się diabolicznie.
- Zaraz się przekonamy.
Zaczął mówić coś po irlandzku - długie, rytmiczne zdania. Powinny brzmieć jak uroczyste wersy, wygłaszane przez odzianego w płaszcz kapłana przy kamiennym ołtarzu, ale w ustach chłopaka zlewały się, jak gdyby recytował zwrotki jednej ze swoich piosenek, będąc już po kilku kuflach piwa.
Przez moment nic się nie działo. Pete spojrzała ukradkiem na Jacka, czując niemal litość, ponieważ wydawał się skupiony na czymś, co miało być przerażające albo dziwne.
I wtedy coś się zdarzyło.
Pete poczuła szarpnięcie, jak gdyby gdzieś w ciemności spadła zasłona, oddzielając to, co przyjemne i prawdziwe. Coś kotłowało się pomiędzy nią a Jackiem i wokół nich. Pete miała wrażenie, że dostrzega ciemny dym, unoszący się w samym środku okręgu, kiedy Jack podniósł głos, zawodząc rytmicznie. Wreszcie owoce jego czaru stały się namacalne. Nakreślone kredą linie przywarły do niego, niczym kościste palce, powstrzymując widmowy kształt w miejscu.
Kiedy czar zmaterializował się, oczy Jacka rozbłysły błękitnym płomieniem, który powędrował w dół, po jego policzkach, ramionach i dłoniach, spowijając całą postać. Pete westchnęła, obserwując, jak kształt w okręgu przybiera coraz bardziej rzeczywistą formę, by w końcu stać się człowiekiem - widmowym mężczyzną utkanym z dymu. Linie namalowane kredą powstrzymały go tylko na moment, po czym zjawa skupiła uwagę na Pete. Nie miała oczu, a mimo to spojrzeniem przewiercała ją na wskroś. A potem ruszyła nieubłaganie, prosto w jej stronę.
- Jack? - Pete z trudem rozpoznała swój piskliwy głos. Widmowy mężczyzna miał już twarz, ślady białek pod powiekami i dłonie z nienaturalnie długimi palcami, które wyciągał w jej stronę, jakby chciał wydrapać jej oczy. W głowie Pete pojawiły się nagle szepty. Poczuła, jak gdyby ktoś ścisnął jej czaszkę obcęgami tak mocno, że krzyknęła na cały głos.
A Jack... Gdzie on był? Stał i przyglądał się uważnie dymowi, jak gdyby Pete była myszą, a on miłośnikiem pytonów.
- Jack - odezwała się znowu Pete, zmuszając każdy znieruchomiały mięsień w swoim ciele, aby przemówił. - Co to jest?
Jack przyklęknął na jedno kolano i szybko nakreślił kredą jakiś symbol na podłodze.
- Bainirseach - wyszeptał.
Widmowa postać zatoczyła się jak pijana albo jak ktoś, komu nagle wrzucono na barki ogromny ciężar. Mimo to wciąż zmierzała w stronę Pete, krok za krokiem.
- Ależ idiota ze mnie - syknął Jack, po czym nakreślił nowy symbol. Jednak mężczyzna nie zatrzymał się.
- Jack - powiedziała na głos Pete, słysząc w swoim głosie nutę paniki.
- Zamknij się wreszcie, dobra?! - krzyknął Jack.
Pete zobaczyła wyraz jego twarzy - w końcu dotarło do niego to, co ona już wiedziała. Nieważne jak. Przyszło jej to do głowy, gdy potworne ciśnienie ustąpiło. Zupełnie tak samo, jak wtedy, gdy budzisz się rano i nagle znasz rozwiązanie wczorajszego zadania z matematyki. Czary Jacka nie powiodły się. Widmowy potwór został obudzony i wypuszczony na wolność.
- Tylko tyle masz do powiedzenia?! - wrzasnęła. - Zrób coś!
Jack próbował. Pete zapewniała o tym, mimo że jej wspomnienia z tego dnia były szczątkowe i mało wiarygodne. Jack naprawdę próbował zatrzymać mężczyznę z dymu jak najdalej od Pete, lecz jedynym efektem jego starań okazały się krzyki, ciemność i krew.
Pete nie potrafiła zrozumieć, dlaczego uwierzyła Jackowi Winterowi. Czemu za każdym razem pokładała w nim zaufanie - jako dziecko i teraz. Dlaczego tak chętnie szła tam, dokąd ją prowadził? Nie miała najmniejszego powodu, żeby iść na cmentarz Highgate, czy choć przez chwilę uznać jego słowa za coś więcej niż tylko bełkot ćpuna.
A jednak poszła tam, wyposażona jedynie w przeczucie i ogarnięta lekkim niepokojem wywołanym wspomnieniami o Jacku. Pete doskonale wiedziała, co Connor miałby do powiedzenia w tej sprawie...
Kwatera główna Wydziału Zabójstw w New Scotland Yardzie, mieszcząca się już nie w pomieszczeniach należących do monarchii, lecz w kaplicy dla wojowników, którzy stąpali po ulicach i splątanych arteriach Londynu, była pogrążona w mroku. Lampka przy biurku Pete rzucała trochę światła, niczym oaza na pustyni ciemności, ale jej moc nie sięgała zbyt daleko.
Pete szukała Jacka Wintera nie w swoich snach, jak to robiła wiele razy wcześniej, kiedy śniąc, potykała się o kamienie nagrobne i poczerniałe zarośla, lecz za pomocą komputera, sprawdzając, co policja londyńska zebrała na temat dwunastu ostatnich lat, które Pete celowo pominęła.
Ekran wyrzucał po kolei: narkotyki, aresztowania, pomniejsze akty włóczęgostwa i inne drobne naruszenia prawa, które stanowiły meandry na drodze Jacka do rehabilitacji. Pacjent leczony ambulatoryjnie. Hospitalizowany. Leczony przymusowo. W więzieniu.
Życie nie oszczędzało Jacka. Na Pete wywarło to wrażenie porównywalne ze śmiercią Connora. Tym bardziej że Jack już raz umarł i Pete nie była jeszcze zdecydowana, czy czuje ulgę, czy raczej strach, widząc go wśród żywych. Jack z pewnością nie był zachwycony perspektywą spotkania, bez względu na tajemnicze powody, które nim kierowały.
W końcu wstała zza biurka i spojrzała na fluorescencyjne cyferki zegara. Minęła północ. Pete wyłączyła światło i wyszła z pomieszczenia. Rano odszuka Jacka i wyciągnie z niego, w jaki magiczny sposób odnalazł Bridget oraz po co. Dlaczego teraz? I dlaczego właśnie ją?
* * *
Na widok Pete Bill, zwany Chrząszczem, zaczął uciekać, ale złapała go za mankiet jedwabnej wiatrówki i Bill potknął się, wpadając na budkę telefoniczną na rogu dwóch ulic, gdzie spędził znaczną część swojego życia.
- Ja nic nie zrobiłem! - zawołał piskliwie. Był wzrostu Pete, lekko otyły, a jego oddech cuchnął nocą pełną kufli piwa i rozczarowaniem.
- Nie twierdziłam, że zrobiłeś coś złego. Wiesz, jak to mówią - tłumaczy się winny.
Bill osunął się wzdłuż ściany.
- Czego chcesz? - spytał. - Muszę obskoczyć kilka miejsc. Jestem legalnym biznesmenem.
- Sprzedawanie haszyszu na uczelni to w twoim przypadku faktycznie duży krok naprzód - zgodziła się Pete. Bill Chrząszcz zaczął osuwać się jeszcze niżej, strzelając oczami na boki w poszukiwaniu drogi ucieczki. Pete pomogła mu, kładąc go na brzuchu na chodniku.
- Bill, mój przyjaciel z Wydziału Przestępczości Zorganizowanej doniósł mi, że wciąż handlujesz heroiną.
- Nie... nie. Skończyłem z tym, od kiedy w okolicy pojawił się ten pieprzony żółtek... Jeśli wejdziesz mu w paradę, to skończysz z wyciętymi organami.
- W takim razie musiałeś mieć strasznego pecha, że dałeś się złapać tydzień temu z trzema gramami, prawda? Zrobimy tak. Powiesz mi to, co chcę wiedzieć, a zabiorę cię ze sobą i wsadzę do celi, gdzie poczekasz, aż Chińczycy staną się bardziej otwarci. Jeśli mnie wydymasz, to zostawię cię rozmazanego na asfalcie, na tym rogu.
Bill oparł czoło o chodnik i jęknął. W tej zapomnianej przez Boga i ludzi dzielnicy żadne z przejeżdżających aut nie zatrzymało się, żeby kierujący nim zobaczył, co się dzieje, zaś nieliczni przechodnie omijali Pete szerokim łukiem. Podniosła Billowi głowę czubkiem buta.
- Szukam pewnego gościa, nazywa się Jack Winter. Ma z metr osiemdziesiąt wzrostu i platynowe włosy. Pieprzony ćpun. Czy ten opis pasuje do kogoś, kogo ostatnio spotkałeś?
- Może i tak. Zanim coś powiem, załóż mi kajdanki.
- Kiedy indziej może byłabym bardziej chętna do współpracy - odparła Pete, czując, że ledwo trzyma się na nogach. - Przecież jestem rozsądną kobietą, prawda?
Po położeniu się do łóżka nie potrafiła zasnąć. Kiedy w końcu zamknęła oczy, w wyobraźni ujrzała dym na ciemnych kamieniach, oczy Jacka, jego dawny uśmiech oraz nowe ślady po igłach. Nagle zapragnęła wypić gorącą herbatę i pogapić się na nocny program w telewizji.
- Ale nie dzisiaj, nie tym razem - dodała. - Miejmy to za sobą.
- Winter nie bierze ode mnie dużo, ale zadaje się z gośćmi, którzy obstawiają galerie w Southwark, tam, gdzie nie zburzyli starych budynków i nie postawili w ich miejsce nowych, na które stać chyba tylko samego Boga - powiedział Bill Chrząszcz. - To wszystko co wiem, przysięgam.
Pete podniosła go z ziemi, zakuła w kajdanki z należytą ceremonią, a drugi koniec zapięła wokół latarni ulicznej.
- Hej! - wrzasnął Bill. - A co z moim aresztowaniem?
- Nie marudź - odparła Pete, otwierając telefon i wystukując numer. - Mark? Tu Pete Caldecott. Słuchaj, przymknęłam dla ciebie jednego gościa. Siedzi przypięty do słupa niedaleko Camden Lock. Trudno go przeoczyć.
Komisarz z Wydziału Narkotyków wybuchnął śmiechem.
- W takim razie się pospieszę.
- Nie ma takiej potrzeby. - Pete uśmiechnęła się do Billa. - On ma mnóstwo czasu. - Po tych słowach rozłączyła się i zwróciła się do aresztanta: - Zadowolony?
Bill Chrząszcz wydał z siebie żałosny dźwięk, który Pete potraktowała jako wyraz aprobaty. Wsiadła do mini coopera i włączyła silnik.
Róg, latarnia i przykuty do niej Bill Chrząszcz błyskawicznie zniknęli w tylnym lusterku, kiedy przejechała przez City i skierowała się na Blackfriar's Bridge, w kierunku doków Southwark.
Komisarz Ollie Heath właśnie wychodził, kiedy Pete osunęła się na krzesło za swoim biurkiem w przypominającym labirynt biurze Wydziału Zabójstw i Przestępstw Kryminalnych. Zatrzymał się i wygładził płaszcz na wydatnym brzuchu.
- Wyglądasz jak zmora.
- Wielkie dzięki.
- To przez tego nieudacznika, za którego miałaś wyjść za mąż? - spytał Ollie. - Jeśli będzie sprawiał ci problemy, mogę nasłać na niego drogówkę.
- To nie Terry - powiedziała Pete. - Tylko... ktoś, kogo znałam dawno temu.
- Nieprzyjemne spotkanie? - dociekał Ollie.
Oczy Jacka - niebieskie jak najzimniejsza część lodowca, rozszerzone i nieruchome. Skóra i platynowe włosy poplamione krwią. Pete wzdrygnęła się i spróbowała odgonić myśli, które wywołał w niej obraz twarzy Jacka. Zdawało jej się, że odrzuciła je na dobre, uznając za halucynacje i sny, skrywające okrutną prawdę.
- Nie, złe wspomnienia.
Ollie poklepał ją niezręcznie kilka razy po ramieniu. Pete zesztywniała i Ollie szybko cofnął pulchną rękę, wkładając ją do kieszeni.
- Nie pracuj do późna, Caldecott. Jeśli padniesz z wycieńczenia, to nie znajdziesz Bridget Killigan.
- Jasne. Dobranoc.
Ollie wyszedł do swojego wysprzątanego mieszkania, kota i telewizora. Pete miała ochotę zrobić to samo, ale dzisiaj wieczorem otaczało ją zbyt wiele duchów, żeby zdołała porządnie odpocząć. Jack, MG, Terry, tata. Ojciec wiedziałby, co robić. Czy można zaufać Jackowi - o ile ten mężczyzna w hotelu był Jackiem. W ostrym, bijącym z ekranu komputera świetle obejmującym pokój głównej ekipy dochodzeniowo-śledczej Pete była bardziej skłonna uwierzyć w to, że wszystko jej się przyśniło.
- Po co do mnie wróciłeś? - mruknęła pod nosem, kładąc głowę na złożonych na biurku dłoniach. Wiedziała, że to był Jack. Pete była pewna swoich przypuszczeń tylko kilka razy w życiu, także wtedy, gdy onkolog zrobił pierwsze zdjęcia rentgenowskie płuc Connora. Wiedziała, że on umrze. Próbowała zignorować intuicję, ponieważ uznanie tego, co widziała, za prawdziwe mogłoby poprowadzić ją w otchłań, do pamiętnego dnia w grobowcu...
- Przestań - wymamrotała Pete. Odpowiedział jej tylko widmowy głos Jacka: "Bridget Killigan zostanie odnaleziona jutro przy wejściu na cmentarz Highgate".
Pete usiadła prosto, żeby wypełnić papiery. Connor by ją wyśmiał nawet wówczas, kiedy pod koniec życia tkwił nieruchomo, podłączony przez całą dobę do aparatu tlenowego.
- Do diabła z tym - mruknęła wreszcie, zrezygnowana. Pozbierała swoje rzeczy i poszła korytarzem prowadzącym do tylnego wyjścia. Nocne powietrze było chłodne, a w deszczu i zapachu kołyszących się drzew czuło się nadchodzącą zimę. Zostawiwszy mini coopera na parkingu, postanowiła się przejść, aby raz jeszcze rozważyć argumenty przemawiające przeciwko temu, co usłyszała od Jacka Wintera. Po pierwsze, Jack nie żył. A po drugie, nawet kiedy żył, nie był godny zaufania.
Gdy jednak Pete zamknęła oczy, znów powróciły do niej twarz Jacka i jego słowa.
- Nie mam nic innego. - Pete westchnęła, idąc tak blisko brzegu, jak się dało, żeby nie wpaść do Tamizy. Nawet jeśli straciła kilka godzin, jeszcze nie przegrała. Bridget Killigan zniknęła trzy dni temu, jakby rozpłynęła się we mgle. - Nie mam nic innego - powtórzyła i o tak późnej godzinie miało to jakiś sens.
Bijący od Tamizy smród zgnilizny wypełniał ulicę, na której Pete wysiadła z auta. W powietrzu unosił się wilgotny chłód i zapach soli. Czyżby dało się także wyczuć atmosferę zagrożenia? Pete przywołała się do porządku. Nie było tu nic oprócz szeregu rozpadających się budynków mieszkalnych, które emanowały milczącą bezsilnością.
Chłopiec w taniej skórzanej kurtce drzemał na werandzie ostatniego domu w rzędzie. Prawdopodobnie poprzednio wypatrywał na terenie odkrytym jak strzelnica sportowa policji i członków rywalizujących ze sobą gangów narkotykowych. Pete kopnęła go dwukrotnie w stopę. Chłopak zachrapał i obrócił się we śnie, ale się nic obudził. Był równie niematerialny jak gorączkowy sen, w którym się pogrążył. Informacja o właścicielu nieruchomości, umieszczona na drzwiach, została zasmarowana wulgaryzmami i starta. Pete pomyślała, że nawet Susan - beztrosko wesoła agentka nieruchomości Terry'ego - opuściłaby ręce z rozpaczy.
Z wiszących na resztkach zawiasów i na wpół wyważonych kiedyś przez kopnięcie drzwi szczerzyła się kołatka w kształcie gargulca. Pete otworzyła drzwi. Natychmiast dobiegł ją smród lepkiej wilgoci oraz zbutwiałego drewna i łuszczącej się farby.
- Halo?
W oknach wisiały postrzępione zasłony i w upiornym, niebieskoszarym świetle Pete prawie potknęła się o przewrócone meble, pamiętające czasy Margaret Thatcher, oraz o stertę brudnych materacy i pomiętych koców, które przypominały ciała wykopane z ziemi.
Pete wyjęła kieszonkową latarkę i zaświeciła w kąty pomieszczenia, oświetlając czyjąś śpiącą, wychudłą twarz.
Z kuchni, w której było więcej kapiącej rdzy i karaluchów niż w jakimkolwiek innym pomieszczeniu, Pete uciekła na skrzypiące schody i do wąskiego holu, z którego wchodziło się do sypialni. W pierwszym pokoju wciąż znajdowały się resztki tapety i żelazny szkielet łóżka, niczym w sierocińcu rodem z powieści Dickensa. Dziewczyna, która mogła być najwyżej w wieku Pete, kiedy poznała Jacka, spojrzała na nią wielkimi, czarnymi oczami. Jej wychudzone dziecko zakwiliło żałośnie.
- Przepraszam - wymamrotała Pete. - Szukam tylko... szukam przyjaciela.
Dziewczyna obserwowała ją w milczeniu, wstrzymując oddech.
- Nazywa się Jack Winter - ciągnęła zdesperowana Pete. - Nie ma go tutaj, prawda? - Nie było go też w kilkunastu innych squatach, które odwiedziła. Dlaczego miałby odnaleźć się akurat tutaj? Pewnie zniknął równie skutecznie jak... Cóż. Pete wolała nie kończyć tej myśli.
- Jest obok - szepnęła dziewczyna. Dziecko uchwyciło się powietrza wokół jej twarzy i jego płacz ucichł, kiedy matka pochyliła głowę, żeby je utulić, nie spuszczając wzroku z Pete.
- Aha - powiedziała Pete. - Dziękuję. - Wycofała się na klatkę schodową i weszła do kolejnego pokoju, ogarnięta podnieceniem i jednocześnie strachem, których nie miała prawa odczuwać, ponieważ pierwszą zasadą na długiej liście Pete Caldecott było: nie ufaj wynurzeniom ćpunów i szaleńców.
Okna sypialni wychodziły na ulicę i Tamizę; kiedyś ten widok był może coś wart, podobnie jak dom i ludzie śpiący lub mamroczący na podłodze.
Pete poświeciła latarką po kolei na każdą twarz. Większość z nich była biała, sama skóra i kości, zarośnięta i brudna, a czasem także pokryta zaschniętymi wymiocinami i krwią. W bladym świetle latarki oczy wpatrywały się w nią bez wyrazu.
Wreszcie Pete wyłuskała z ciemności platynową grzywę, skrywającą mizerną twarz Jacka, który zasłonił oczy ręką i zaklął pod nosem.
- Kto to?
Pete nie była w stanie się odezwać. Zesztywniała na widok Jacka, który jęknął i usiadł.
- Musisz mieć nie lada tupet, kimkolwiek jesteś. Zamierzałem wsadzić ci pięść w zęby, suko.
- To ja - wydukała w końcu Pete.
Jack na chwilę zmrużył oczy, a potem z westchnieniem opadł na materac.
- Czego chcesz?
W słabym świetle latarki Pete ujrzała w jego ręce jednorazową strzykawkę.
- Znaleźliśmy Bridget Killigan.
- Oczywiście - odparł Jack. - Przecież was powiadomiłem.
Pete przykucnęła i dotknęła jego ramienia. Jack wyrwał się i syknął z bólu, rozcierając drżącą rękę.
- Wynoś się stąd - powiedział.
- Jak to zrobiłeś? - spytała Pete. - Skąd wiedziałeś, gdzie ją znaleźć? Nie wyjdę stąd bez odpowiedzi.
Jack usiadł i pogrzebał w plastikowej reklamówce z Sainsbury. Kiedy nią potrząsał, przez palce przelatywały mu jednorazowe igły, poobijane pudełko po golarce, które służyło za podręczny zestaw narkomana, oraz puste woreczki z krystalicznym proszkiem.
Pete złapała go za nadgarstki.
- Jack, odpowiedz mi.
Jego twarz pokrywały krople potu i Pete zwalczyła w sobie pokusę, żeby je wytrzeć.
- Zostaw mnie - wychrypiał Jack. - Nie chcę cię więcej widzieć. Nigdy. - To mówiąc, wyrwał się, podniósł pusty woreczek foliowy i podniósł go do światła. - Cholera! - Spojrzał znów na Pete. - Jeszcze tu jesteś? Przecież kazałem ci wypieprzać stąd!
Pete wiedziała, że dawniej jego słowa wywarłyby na niej wstrząsające wrażenie. Raniły prosto w serce. Tak było kiedyś. Pokochała Jacka w momencie, kiedy zobaczyła, jak śpiewa.
- Nie - odparła Pete, wyrywając mu woreczek z ręki. - Musimy pogadać.
Jack rzucił się po plastikową torebkę.
- Oddaj mi ją! - zażądał.
- Tak bardzo ci na niej zależy? - Pete odsunęła igły i narkotyki poza zasięg rąk Jacka. - W takim razie musisz ze mną porozmawiać.
Jack rzucił się na nią jeszcze raz, aż w końcu usiadł, zrezygnowany, łypiąc spode łba.
- Niech to szlag trafi! Kiedy stałaś się taką dziką suką?
Pete rozprostowała i mięła woreczek w zaciśniętej pięści.
- Nie wiem, ale przypuszczam, że stało się to mniej więcej wtedy, gdy patrzyłam, jak umierasz.
- Przyszłaś tu tylko po to, żeby złapać mnie za jaja, czy chcesz coś konkretnego?
- Powiedz mi, skąd wiedziałeś o Bridget Killigan - zażądała Pete. - Staram się uwierzyć, że nie miałeś nic wspólnego z jej zniknięciem, ale przychodzi mi to z dużą trudnością.
Jack mruknął coś pod nosem, więc szturchnęła go w ramię zaciśniętą pięścią.
- Gadaj.
Jack otworzył oczy i spojrzał jej w twarz, oczarowując ją równie szybko jak wtedy, gdy miała szesnaście lat. Niech cię diabli, Jacku Winterze, pomyślała Pete. Przygryzła dolną wargę, starając się nie okazywać emocji.
- To proste, skarbie - powiedział Jack. - Magia.
Tak bardzo chciała mu uwierzyć! Wcześniej z pewnością by mu uwierzyła. Nawet z podrapaną, bladą i wymizerowaną twarzą to wciąż był Jack. Znowu karmił ją kłamstwami, jakby była głupią nastolatką.
- Jesteś draniem - szepnęła, cofając gwałtownie rękę. Nieważne, że liczyła na to, że Jack nie będzie robił sobie z niej żartów i powie coś, co przynajmniej będzie udawało prawdę.
- Przyganiał kocioł garnkowi - odparł Jack, po czym przekręcił się na bok i odwrócił głowę. Pete zamachnęła się i cisnęła plastikową reklamówką, która grzmotnęła o podłogę, a jej zawartość rozsypała się wokół.
- Ej! - wrzasnął Jack i rzucił się, żeby pozbierać rozsypane igły.
- Osobie, która oślepiła dziewczynkę, ujdzie to na sucho, bo jesteś dupkiem. Niech cię piekło pochłonie!
Jack wstał ze stężałą twarzą.
- Pete, rozejrzyj się wokół siebie - wychrypiał, chwytając ją za ramię. - Jesteśmy w piekle.
Nieruchoma postać, leżąca na materacu obok, poruszyła się.
- Zamknijcie się. Próbuję spać.
Pete przeszyła Jacka palącym wzrokiem.
- Puść mnie.
Jack skrzywił się.
- Zrobiłem to kilkanaście lat temu. - Po tych słowach wrócił na swój materac.
Pete wycofała się na klatkę schodową i biegiem rzuciła się w dół po pogrążonych w ciemności schodach. Wypadła na dwór. Opierając się o drzwi mini coopera, zachłystywała się zimnym powietrzem. Nie wiedziała, dlaczego Jack jest na nią wściekły, ale to bez znaczenia, prawda? Wciąż miała do czynienia z szarlatanem, który posługuje się dymem i karcianymi sztuczkami, by umknąć rzeczywistości. Pete potarła palcami oczy, żeby się nie rozpłakać.
Nie będę o nim myśleć, obiecała sobie w duchu. Nie dam mu moich łez. Nie pozwolę, żeby Jack Winter mnie dotykał.