Rozdział 2
Sałatki i kanapki sprzedawane w kawiarniach, do których chodził przed pracą jeść śniadanie, przestały mu smakować. Zaczął w nich wyczuwać chemię, którą były faszerowane, czasami lekką nieświeżość, ale nade wszystko gorycz - taką wypływającą z jego własnej wątroby. Kawy nie były dobre, Justyna ich nie lubiła, zwłaszcza od kiedy mieli własny ekspres. Mówiła, że śmierdzą jak pomyje...
Westchnął ciężko i ugryzł kolejny kawałek kanapki z kurczakiem, którą beznamiętnie przeżuwał, patrząc przez szybę na korek w Alejach Jerozolimskich. Popił zimną już latte i zerknął na wibrującą na blacie komórkę. Kot dzwonił drugi raz. Nie odbierał, nie miał siły ani ochoty. Znowu wytłumaczy, że nie słyszał, kiedy jechał samochodem. Póki nie dobijał się do niego Brenner, nie było strachu, że to coś pilnego.
Czuł się fatalnie. Świat w listopadowej aurze był szary i mokry. Chciało mu się na przemian płakać albo krzyczeć. Miał ochotę uderzać pięścią w ścianę albo położyć się i nie wstawać...
Kilka dni wcześniej Justyna zapytała nieśmiało, czy nie wybierają się do psychologa. Przepadły im dwie sesje i terapeutka dzwoniła z pretensją, że straciła ten czas, a mogła poświęcić go komuś innemu. Zagroziła, że następnym razem i tak wystawi im rachunek. Odburknął, że nie ma czasu i potrzeby, żeby tam chodzić. I to był chyba ostatni raz, kiedy się odezwał do żony.
Zacisnął mocno pięść i uderzył nią o stół. Był zły. Fale wściekłości zalewały go jedna po drugiej. Wiedział, że gdyby poszli na terapię, psycholożka zaczęłaby drążyć temat i wypytywać o powody jego stanu. A on chciał być zły, chciał czuć wciąż tę wściekłość na Justynę, nie chciał tego czegoś w sobie stłumić. Terapia zaś wyciągnęłaby z niego przyczynę gniewu i mogłaby pokazać, że jest bezsensowny... Nie wiedział, jak jest w rzeczywistości. Nie znał źródła tego stanu... nie chciał go poznać.
Oddychał szybko i przez moment nic nie widział na oczy, bo właśnie kolejna taka fala przetaczała się przez jego umysł. Nienawidził JEJ. O, jak bardzo jej teraz nienawidził! Widział, jak usuwa mu się z drogi, jak patrzy na niego przerażona... Naprawdę to wszystko dostrzegał, ale tym bardziej go to zachowanie rozjuszało, budząc w nim coś, czego w sobie jeszcze nie znał. Czuł się z tym zaskakująco dobrze, więc wolał jeszcze bardziej podsycać w sobie złość i jeszcze bardziej tłamsić nim Justynę niż czuć tę bezradność, kiedy nie chciało mu się nawet wstać rano z łóżka.
Wydawało się w tym momencie, że zaraz straci ten animusz, więc pomyślał, że trzeba go sobie jakoś podładować. Przed oczami natychmiast stanęła mu postać matki. Gdyby do niej zadzwonił i wyznał, jak nienawidzi swojej żony, ona by go wsparła...
Złapał za telefon z zamiarem zadzwonienia do Zofii, ale przypomniał sobie, że ma nowy aparat, w którym nie ma numeru do matki. W tym momencie komórka zawibrowała i odruchowo wcisnął zieloną słuchawkę.
- Meyer - usłyszał gniewny głos Brennera. Poczuł na plecach gęsią skórkę i szybko przyłożył telefon do ucha.
- Y... tak, jestem, szefie.
- Raczysz zjawić się dziś w pracy?
- No tak... jest przed ósmą...
- Czy ty się dobrze czujesz? - prawie krzyczał. - Mieliśmy zacząć odprawę wcześniej. Nie wiem, gdzie się podziewasz, ale jeśli nie dotrzesz tu za kwadrans, to cię przeczołgam jak burego szweja.
- Już jadę. - Naprawdę zapomniał. Zerwał się z krzesła i wypadł z kawiarni.
Kwadrans szybko minął, a jeszcze nie wydostał się ze śródmieścia. Kiedy udało mu się dotrzeć do Biura, jego szef zabijał go zimnym spojrzeniem. Odprawa już trwała. Kowalski coś referował, Kot kręcił z politowaniem głową, ale poza tym nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przycupnął na jednym z foteli, starając się nie robić zamieszania. Ostatnio kiepsko mu się pracowało, miał zaległości, trudno mu się było skupić. Początkowo Brenner jakoś tego nie komentował, kładąc to na karb przeżyć po porwaniu Justyny, ale z dnia na dzień robił się coraz bardziej zły i poirytowany. Tego dnia był tym bardziej rozgniewany, że planował poprosić Łukasza na rozmowę w cztery oczy tuż przed zebraniem, ale kolejne spóźnienie podwładnego zaprzepaściło te zamiary.
Kiedy wydawało się, że odprawa dobiegła końca, Brenner chciał zawołać Meyera do siebie, żeby przynajmniej porządnie go opieprzyć, zanim zajmie się innymi pilnymi sprawami, jednak poczuł, jak komórka w kieszeni jego spodni informuje go o nowej wiadomości. Zerknął na ekran.
"Justyna!" - Serce zabiło mu mocniej. Spojrzał na twarz Łukasza i poczuł, jak fala gorąca zalewa mu łysą głowę. Już wiedział, że te dwa zdarzenia mają coś ze sobą wspólnego.
"Możesz się ze mną teraz spotkać w kawiarni za rogiem? Chcę pogadać. To ważne".
Stracił na chwilę orientację w tym, co się dzieje. Kiedy się ocknął, stał przed nim Kot z pytającą miną.
- Słyszał mnie pan? - Głos Tomka był spokojny.
- Nie - odpowiedział szczerze. - Czego chcesz?
- Pogadać.
- Nie teraz. O czternastej. - Odwrócił się na pięcie w stronę swojego biurka, ale nagle znowu spojrzał na Kotowicza. - Chyba że to coś bardzo pilnego.
- Nie... - Machnął ręką i uśmiechnął się niewyraźnie. - Będę o czternastej.
Brenner usiadł za biurkiem i wybrał numer Justyny.
- Co się stało? - zaczął bez zbędnych wstępów.
- Możesz? - zapytała cicho.
- A ty nie możesz przyjść do nas? - odpowiedział pytaniem, zerkając przez szklaną ścianę na skulonego przy swoim biurku Meyera.
- Wolałabym nie...
- Rozumiem. - Westchnął ciężko. - Daj mi dziesięć minut.
Przyszedł szybciej, niż się zapowiadał. Usiadł obok niej i ścisnął jej chudą dłoń. W jego oczach widziała troskę, ale też jakiś rodzaj oczekiwania na to, co ma mu powiedzieć.
- Nie jest za dobrze, co? - odezwał się po chwili. Justynie jakoś słowa nie przychodziły na usta. Pokręciła tylko głową, a w oczach pojawiły się łzy. - Co się dzieje?
- Przestał się do mnie odzywać. - Ledwo było ją słychać.
- Jak to przestał? - Rafał zmarszczył brwi. - Dlaczego?
- Powiedziałam mu o Afganistanie.
- O czym?! - Czuł, że robi mu się duszno.
- O moim pobycie w prywatnym wojsku w Afganistanie.
- Byłaś... byłaś najemnikiem? - Roześmiał się nerwowo, ale zaraz spoważniał. - Razem z nimi, tak? Z Mrozowskim i tym całym Gogolem?
Potwierdziła skinieniem głowy.
- Jak mogłem się nie domyślić? - Potarł dłonią łysinę. - Prawie mi to powiedzieli. I Łukasz się na to obraził?
- Nie wiem. - Uniosła lekko ramiona. - Po prostu milczy i odsuwa się ode mnie coraz bardziej. Sypia często na kanapie, niby że ogląda telewizję. Nie je w domu śniadań, późno wraca. Czasami... czuję, że pił.
Brenner pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Przepraszam... to ja cię na to namówiłem...
- Nie! - przerwała mu gwałtownie. - To nie ma znaczenia. Takie są fakty, taka jest moja przeszłość, nic tego nie zmieni. On... po prostu nie chce ze mną być.
- To jakaś bzdura - prychnął Rafał. - Opowiadasz głupoty. Co to zmienia, czym się wcześniej zajmowałaś? Co to zmienia dla was, dla waszego małżeństwa?
Nic nie odpowiedziała, po policzkach płynęły jej łzy.
- Pogadam z nim, potrząsnę nim trochę, bo należy mu się łomot... nie tylko za to.
- Nie rób tego - szepnęła.
- Dlaczego?
- Ja zawsze czułam, że to nie potrwa wiecznie. Zawsze wiedziałam, że w końcu mnie zostawi...
- Co ty opowiadasz?! - W jego głosie słychać było przerażenie.
- Ta jego matka... tak strasznie mnie nienawidziła, robiła mu z mózgu sieczkę... Poza tym... kim ja jestem? Nic sobą nie reprezentuję...
- Justyna! - Przerwał jej nagle. - Z tobą jest coś nie tak. Pleciesz trzy po trzy. Powinnaś z kimś pogadać, pobyć trochę w innym środowisku, z normalnymi ludźmi.
- Normalnymi? - Roześmiała się przez łzy.
- Tak! Justyna, ty i twój durnowaty mąż przechodzicie straszny kryzys, bo niedawno doszło w waszym życiu do wielkiej tragedii... Zapomniałaś, co się stało?
Pokręciła głową i zaraz ją opuściła.
- To obudziło w was wszystko, co najgorsze. Jakieś demony, czasem już zapomniane lęki... Meyer poznaje właśnie swoją ciemną stronę mocy, a ty nie powinnaś brać tego na siebie.
- To co mam zrobić? - Wytarła nos w chusteczkę.
Brenner nabrał powietrza.
- Może nie powinienem znowu udzielać ci rad, żeby nie wyszło, że coś popsułem... Ale jedyne rozsądne rozwiązanie, które przychodzi mi do mojej łysej głowy, jest takie: zrób to, co sama czujesz. Pamiętaj, twój wybór jest najlepszy. - Uśmiechnął się do niej i potargał krótką czuprynę brązowych włosów. - Gdy zostałaś porwana, wiedziałaś, co robić. Gdy tu wróciłaś, też wiedziałaś, jak rozwalić całe towarzystwo... Zastosuj tę samą zasadę do swojego małżeństwa i bez emocji oceń, jaki ruch będzie najlepszy. Zgoda?
Kiwnęła lekko głową i delikatnie się do niego uśmiechnęła. Przez ułamek sekundy zobaczyła w jego twarzy rysy Krokodyla, mimo że byli tak różni. Jego słowa obudziły bardzo silne wspomnienie i przyprawiły ją o mocniejsze bicie serca. Zawstydziła się tego, zwłaszcza że przecież o Krokodyla jej mąż miał, jak się zdawało, największe pretensje.
"Jak się zdawało... Bo o co mu właściwie chodzi, nie mam bladego pojęcia" - pomyślała w nagłym przypływie jasnego myślenia.
- Pojadę do domu - westchnęła cicho i zaczęła zbierać szalik i czapkę z krzesła obok.
- Zaczekaj. - Rafał się podniósł. - Odwiozę cię. Pójdę po samochód i zgarnę cię za parę minut sprzed kawiarni.
Nie zaprotestowała, bo nawet nie dał jej na to szansy. Wyszedł z lokalu i zaraz zniknął. Zacisnęła mocno dłonie na szaliku i zagryzła wargi niemal do krwi. Te jego słowa... To była jak odpowiedź na kołaczące się po jej głowie od kilku dni myśli.
"Zrób to, co sama czujesz". - Ciągle dzwoniło jej w uszach.
Pomyślała więc znowu o tym, co czuje i co chce zrobić. Za każdym razem ta idea powodowała, że robiło jej się lżej na sercu. Tyle że nie wyobrażała sobie, że wprowadza to w życie. Do teraz.
Przed kawiarnią pojawiło się auto Brennera.
- Nie mówiłeś mu? - upewniła się, gdy zajęła miejsce pasażera.
- Oczywiście, że mu powiedziałem. Od razu na wejściu wyznałem, że miałem właśnie małe rendez-vous z jego żoną w kawiarni za rogiem, ponieważ on jest frajerem, który postanowił rozpieprzyć swoje udane małżeństwo.
Nie mogła się nie roześmiać. Jej serce, do tej pory ściśnięte lękiem i żalem, zaczęło wreszcie bić normalnym rytmem.
- Powiedz mi - zaczął po chwili Rafał - jak sprawy w firmie?
- Nic szczególnego. - Wzruszyła ramionami. - Robię to, co robiłam. Tyle że czasem jestem proszona o jakąś analizę, za którą dostaję trochę więcej pieniędzy.
- Odpowiada ci to?
- Niezupełnie. - Skrzywiła się. - Myślałam, że jak zostanę w domu, będzie mi łatwiej polubić tę firmę, ale ja zwyczajnie czuję się wykorzystywana.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Już im nie ufam - powiedziała cicho.
- Jak to? - Spojrzał na nią przenikliwie. Władowali się właśnie w wielki korek w centrum i wyglądało na to, że podróż zajmie im sporo czasu.
- Jak by ci to powiedzieć... Uważam, że Jakubowski i Słotwiński coś ukrywają.
- Ale w jakiej sprawie?
- Na przykład mojego porwania. - Zerknęła na niego niepewnie.
- To dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej?
- A po co miałabym to robić?
- Justyna! - Czuła, że jest zirytowany. - To całe śledztwo tkwi w martwym punkcie. Jeśli nie zdobędziemy wystarczających dowodów na kapusiów z naszej komórki, może im się upiec... To znaczy Wieśkowi się prawdopodobnie upiecze, bo nic na niego nie mamy. Najgorsze jest to, że on nic nie mówi i wcale nie chce wychodzić na wolność. Rozumiesz to?
- Rozumiem. Boi się czegoś...
- Tak. Każda informacja jest na wagę złota. Prosiłem cię, żebyś przyszła wcześniej. To także w twoim interesie, bo z dowodami na porywaczy też mamy kłopot.
Odwróciła głowę na chwilę w drugą stronę, rozważając, czy chce powiedzieć to, co wie.
- To nie Anna Adamiak zleciła moje porwanie - wyszeptała w końcu.
Rafał, który chciał zmienić pas, o mało nie zderzył się z autem obok.
- Co?! Jak to...
- Uważam, że Słotwiński o tym wie. I prezes też.
Brenner mrugał przez chwilę powiekami. Usta miał otwarte, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobywał.
- Skąd... skąd o tym wiesz? - wydusił w końcu.
- Nie mogę zdradzić źródła tej informacji.
- Dlaczego?
Uśmiechnęła się, choć wcale nie chciała.
- Czy ktoś już ci mówił, że sprawa jest polityczna?
Spojrzał na nią zdumiony, znowu z otwartymi ustami.
- Mówił ci. - Skinęła lekko głową. - To nie pytaj mnie o źródło, tylko o to, co wiem. Wiem, że nie ona zlecała, ale kto za tym stoi, już nie mam pewności.
- Może oni? - Zmarszczył czoło. - Może ten twój dyrektor...
- Też o tym myślałam. - Zmrużyła oczy. - Ale raczej nie.
- To dlaczego uważasz, że on z prezesem coś kryją?
- Bo myślę, że wiedzą, kto zlecał. I myślę, że wiedzą dużo, dużo więcej.
Brenner potarł czoło drżącą dłonią.
- Podam się do dymisji - wyszeptał, kręcąc głową.
- Twój szef cię puści? - Uśmiechnęła się znowu.
- Justyna... Co ty wiesz tak naprawdę?
- Będzie dla ciebie lepiej, jeśli pozostaniesz w nieświadomości.
- A jaki to ma wpływ na ciebie?
- Nie rozumiem.
- Czy to, co wiesz... te twoje "źródła" są dla ciebie groźne?
Skrzywiła się z niesmakiem.
- Te moje "źródła" są upierdliwe do granic wytrzymałości. Ale raczej mi nie zagrażają. Przeciwnie...
- Przeciwnie? - W Rafale wezbrała fala ciekawości.
- Dam sobie radę, Rafał. - Jej oczy mówiły, że jest pewna tego, co mówi. - Z tym sobie poradzę... Gorzej z moim małżeństwem.
Pokiwał głową i zjechał wreszcie z ronda.