ROZDZIAŁ 2
RACHEL
Była rozdygotana nie tylko przez ziąb i przeszywający lodowaty wiatr, ale i wewnątrz niej coś zamarzało na kość. Czuła, że nie potrafi opanować drżenia dłoni i dolnej wargi, a jednocześnie nie miała pewności, czy uda jej się utrzymać emocje na wodzy i nie wybuchnąć płaczem.
- Musi pani zostawić tu płaszcz - poinformowała ją niska pracownica prosektorium, ubrana w formalny, granatowy uniform. Na jej piersi widniała srebrna plakietka z imieniem i nazwiskiem, ale Rachel nie widziała najlepiej bez okularów, a po prawdzie miała w dupie, jak nazywa się ta Azjatka o wyuczonym miłym uśmiechu.
- Dziękuję - odpowiedziała machinalnie.
Miała problemy z rozpięciem płaszcza przez niekontrolowane drżenie dłoni. Powinna wziąć się w garść, co powtarzała sobie na okrągło jak mantrę. Prowadziła w końcu dom pogrzebowy! Przygotowywała ludzi na ich ostatnią drogę i nie miała problemu z widokiem trupa! Nawet jeśli akurat trup, którego do niej przywieziono, okazywał się na przykład motocyklistą z wypadku i przypominał siekane mięso, a nie człowieka.
Wdech - wydech. Wdech!
Azjatka prowadziła ją podziemnymi korytarzami, a te sprawiały wrażenie, jakby miały prowadzić do brzucha ziemi, a nie szpitala. Jarzeniówki starego typu chybotały, obrzucając otoczenie chemicznym światłem, a jedna z nich nieprzyjemnie warczała, mrugając jak wściekła. Ściany do połowy wysokości wyłożono białymi kafelkami, a resztę pomalowano przed wieloma laty pistacjowo zieloną farbą, która odchodziła od tynku pewnie na skutek solidnych deszczy i wody podmywającej budynek. Śmierdziało tu środkami do dezynfekcji. Dobre kilkanaście lat temu ktoś porozwieszał na pustych ścianach stare plakaty zdjęte z sal wykładowych akademii medycznych - przestarzałe plansze informujące o zagrożeniu HIV, przypadkowe schematy lub portrety anatomiczne.
- Przepraszam, mogłabym jeszcze skorzystać z toalety?
- Oczywiście. Poczekam tutaj na panią - odpowiedziała najbardziej służbowym tonem, jaki udało jej się wydobyć. Jako pracownik prosektorium często miała właśnie takich gości jak Rachel, zaproszonych do identyfikacji zwłok bliskich. Zostawianie jej samej nie byłoby dobrym posunięciem, zdarzało się, że ludzie mdleli, doświadczali koszmarnych ataków paniki, a nawet czasem uciekali w ostatniej chwili.
Rachel wpadła do toalety i dopadła do umywalki jak zagubiony na pustyni do szklanki wody. Ochlapała twarz, potarła mocno oczy, a dopiero potem spojrzała na swoje odbicie. Darowała sobie wcześniej robienie makijażu. Patrzyła w oczy zmęczonej kobiecie, która w ostatnich tygodniach ze zmartwienia dorobiła się pewnie solidnej porcji siwych włosów oraz zmarszczek. Oddychała głęboko, w duchu nakazując sobie wziąć się w garść. Przecież nie wierzyła, że Alice została w bestialski sposób zamordowana, a potem porzucona. Nie, to nie zdarzało się normalnym ludziom, takie akcje miały miejsce jedynie w filmach.
Nie Alice, nie ona. Musiało stać się coś innego.
Rachel nie mogła uwierzyć, że twarz, którą oglądała w lustrze, należała do niej. Nawet pomijając zmarszczki i siwe włosy - miała w sobie coś odczłowieczającego. Jakby musiała przekonywać samą siebie, że to ona, że to ta sama Rachel sprzed zniknięcia siostry. Chaos wdarł się w jej poukładany świat i rujnował wszystko, co zdołała zbudować.
Ochlapała raz jeszcze twarz, wydmuchała nos w papierowy ręcznik i skorzystała z toalety. Wdech - wydech.
- Możemy iść - poinformowała, po nałożeniu na dłoń odrobiny żelu przeciwbakteryjnego i opuszczeniu łazienki.
- Oczywiście.
Nie przerażały jej metalowe blaty ani małe, wbudowane w ścianę lodówki na zwłoki. Cały osprzęt od stołu do sekcji po wagi, miarki, kleszcze, piły - to wszystko znała, widziała nie raz. Przerażał ją chłód, bo chłód oznaczał utrzymywanie ciał w odpowiedniej temperaturze, a to zaś oznaczało, że jeśli w jednej z tych lodówek znajduje się Alice, to nie da się już nic zrobić. Tak wygląda koniec, najbardziej ohydny koniec, jaki można sobie wyobrazić, a na to na pewno nie zasługiwała.
W pomieszczeniu był lekarz, który przeprowadzał autopsję, do tego Azjatka w ochronnej odzieży i jakiś koleś z policji czy innych służb - przedstawiał się, ale nie zapamiętała danych - stał za metalowymi drzwiami. Pisał coś na komórce, zupełnie niezainteresowany, przebywał tutaj jedynie ciałem odzianym w tani garnitur bez krawata.
- Jest pani gotowa? - zapytał lekarz.
- Tak, do cholery! Bardziej nie będę! Proszę się ze mną nie obchodzić jak z jajkiem, na litość boską! - prawie wykrzyczała mu to w twarz. Potrzebowała pomocy specjalisty, zdolnego terapeuty, ale wkurwiało ją, że tę rolę tak chętnie przyjmowały ledwie znane jej osoby.
Asystentka otworzyła lodówkę, a z niej na metalowym łóżku wyjechało ciało przykryte płótnem z kartką zawieszoną na dużym palcu u stopy. Rachel przestała oddychać. Czuła, że po policzkach płyną jej łzy, bezwiednie, bezwolnie, nie miała na nie wpływu. Reakcja obronna organizmu na skrajny, wręcz zwierzęcy strach.
Azjatka rozsunęła poły materiału, a serce Rachel zamarło, by po sekundzie zacząć bić z siłą młota pneumatycznego. Czuła, że kolana jej miękną i że zaraz się przewróci. Musiała chwycić się stołu.
- Proszę pani?
Pokręciła energicznie głową.
- To nie ona! - wychrypiała dziwnym głosem przez ściśnięte gardło. Ledwo co głoski uwalniały się z krtani. Odetchnęła. - Boże święty, to nie ona! - prawie krzyczała, szlochając przez ogarniającą ją nagłą ulgę. Miała problemy ze złapaniem powietrza i musiała kucnąć, przytrzymując się metalowego stołu. Wiele w życiu widziała, ale ujrzenie w prosektorium zmarłej obcej kobiety okazało się najtrudniejszym przeżyciem. Obezwładniająca ulga, po której znów jej zmęczony umysł przypomniał, że to oznaczać może tylko to, że ciała Alice jeszcze nie znaleziono. Albo nie znajdą go wcale. Nigdy. Być może do końca życia przyjdzie jej radzić sobie z beznadzieją oczekiwania na cud.
Azjatka podała jej szklankę wody. Dopytywała, czy wszystko jest okej, było, o ile "okej" w jakikolwiek sposób mogło odnosić się do kogoś, kto musiał stawić się w kostnicy na rozpoznaniu zwłok.
- Mogłaby mnie pani odprowadzić? Obawiam się, że zgubiłabym się w tym labiryncie korytarzy.
- Oczywiście.
Nie umiała zebrać myśli w drodze do domu. Nienawidziła się za to, że wpadło jej do głowy coś, co przyjęło kształt żalu - owszem, odczuła ulgę, ale jednocześnie panikę, że to nie koniec. Gdyby Alice leżała na tamtym stole, ta przerażająca niepewność zostałaby zakończona, mogłaby pożegnać się z siostrą. Teraz dalej tkwiła w wielkiej niewiadomej, w strachu o każdy dzień. Wystarczy, że ktoś zadzwoni z nieznanego numeru - jej serce znów zacznie galopować jak oszalałe. Nienawidziła się za żal, który śmiała odczuwać.
Zaparkowała pod domem i bezskutecznie wciskała guzik pilota od automatycznej bramy. Zdechł. Kolejny raz serwisant nie spisał się jak trzeba. Walnęła w kierownicę, wyładowując złość, a miała w sobie jej zaskakująco dużo, jak nigdy wcześniej. Uderzała w martwy przedmiot raz za razem, aż trafiła w klakson, a jego sygnał ją otrzeźwił.
Wysiadła z samochodu wprost w siąpiący deszcz ze śniegiem. Pogoda była paskudna: ziąb wcinał się pod ubrania, kąsał ciało. Musiała wstukać kod na bramie, zresetować hasło, odczekać. Zajęło jej to dokładnie tyle czasu, aby przemarznąć na kość. Spojrzała na uśpiony dom: niania pewnie jeszcze jest z Olivierem, zdążył wrócić już z dodatkowych zajęć. Budynek zaś - klasyczny, utrzymany w wiktoriańskim stylu, z przytuloną do jednej ze ścian nowoczesną bryłą zakładu - wydawał się uśpiony, gdyby nie smużką dymu unosząca się z komina i światło w salonie. Musiała przyznać, jej zakład wpisywał się w atmosferę ponurej zimy.
Brama w końcu ruszyła. Nieskończenie powoli, jak się wydawało, a wtedy Rachel dostrzegła zaparkowanego w dole ulicy czarnego vana. Zmrużyła oczy. Wydawało jej się, nie - była pewna! - że widziała już to auto albo bardzo do niego podobne. Gdy teraz o tym myślała, to faktycznie niepokojąco często widywała ciemne samochody w okolicy.
- Kurwa mać - syknęła, uzmysławiając sobie, że być może od wielu dni ciągnie za sobą ogon. Po prostu ten samochód wydawał jej się znajomy, jakby za każdym razem, w każdym momencie, kiedy wychodziła do miasta, taki wóz stał gdzieś wciśnięty w tło. Przypadek? Wrzuciła pilota do kieszeni płaszcza i ruszyła w dół ulicy. Z każdym krokiem coraz bardziej zdeterminowana i coraz bardziej wściekła. Nie czuła deszczu. Zimna. Za to ogarniały ją rosnące z każdą sekundą frustracja i zwyczajne ludzkie wkurwienie.
- Hej! - krzyknęła, kiedy samochód zadrżał, co oznaczało, że za przyciemnianymi szybami siedział kierowca i uruchomił silnik.
Zaczęła biec, napędzana adrenaliną. Ktokolwiek znajdował się w samochodzie, ona wydusi z niego, o co mu właściwie chodziło. Miał przestać ją nachodzić, przestać śledzić i w tej samej sekundzie wypierdalać z jej życia. Nie życzyła sobie jego obecności.
- Hej, zatrzymaj się! - wrzasnęła, kiedy samochód odjechał z piskiem opon.
Minął ją. Przez zaciemnione szyby nie mogła zobaczyć nawet twarzy. Pokazała mu środkowy palec, wkurzona jak stado diabłów. Frustracja stawała się nienośna, a dla zdrowia psychicznego potrzebowała jednej rzeczy dziejącej się po jej myśli. Nie wiedziała jeszcze, co to takiego powinno być, ale odzyskanie kontroli i decyzyjności stało się w tym momencie jej małym, ale zawsze, priorytetem.
Mimo wszystko oglądała się cały czas przez ramię. Lodowaty robak strachu zamieszkał między jej łopatkami i podgryzał skórę karku.
- Wszystko w porządku, proszę pani? - zapytała Anita, dziewczyna od ponad dwóch lat opiekująca się jej synem.
Jako jedyna zdołała wytrzymać dość długo z nadwrażliwym chłopcem oraz domem, za którym ciągnęła się opinia, że jest nie tyle nawiedzony, co po prostu nieodpowiedni do podjęcia normalnej pracy. Anita miała jednak na tyle rozsądku, aby mieć w poważaniu opinie i zdania postronnych. Kochała całym sercem rezolutnego chłopca, a z jego matką, jako pracodawczynią, dogadywała się świetnie. Studiowała na ostatnim roku pedagogikę specjalną.
Rachel zatrzymała się w pół drogi z korytarza do kuchni. Co miała właściwie odpowiedzieć? Czuła, że absolutnie nic nie jest w porządku, że tkwi w jakimś absurdzie. Wzięła głębszy wdech. To ani kontynuacja rozmowy, ani nawet sama odpowiedź, którą można by uznać za normalną i przejść do porządku dziennego.
Anita o tym wiedziała. Nie znała, co prawda, szczegółów, ale miała świadomość, że po pierwsze: zaginęła siostra jej pracodawczyni, po wtóre: Rachel sobie z tym nie radzi, przez co często pije. I chociaż robi wszystko, aby to ukryć, pewnie ze wstydu, to jednak pomija szczegóły, a te ją zdradzają. Jak chociażby rachunek od dostawcy, kilka opróżnionych butelek więcej w piwnicy.
- Tak. Wszystko gra - odpowiedziała, wymuszając grzeczny uśmiech.
Czuła się zmęczona w sposób skrajny, ostateczny. Jedyne, o czym marzyła, to kąpiel, Netflix i solidna butelka wina na znieczulenie. Znowu. Nie dręczyło ją poczucie winy, to rodzaj resetu. W dodatku jej myśli uciekły w stronę okazanego jej dziś ciała kobiety. Dla niej była obca, a to przyniosło jej ulgę, dla kogoś jednak to będzie żona, mama, siostra - ktoś rozpozna w zwłokach ukochaną osoby. Zupełnie jakby stała się teraz współwinna żalu i tragedii innej rodziny.
- Może jest coś, co mogłabym dla pani zrobić? Nie wiem... - zapytała, wzruszając ramionami, z udawaną nonszalancją opierając się o framugę. - Może zakupy albo zabrałabym małego na noc? Albo została z nim tutaj?
Rachel chciało się wyć. Nawet jakaś szczeniara widziała w niej już tylko wrak, którym należało się zająć. Okej, Anita była miła, uczynna, i całkiem szczerze ją lubiła, a co jeszcze bardziej dobijające w tym momencie, to to, że właściwie nie miała przy sobie nikogo tak serdecznego, jedynie niańkę swojego syna. Szlag do kwadratu!
- Nie, nie... nie trzeba, chętnie spędzę wieczór z synem - odparła, ale po sekundzie, może dwóch, doznała olśnienia. Zapytała: - Nie działo się może coś podejrzanego podczas mojej nieobecności? Czy nie kręcił się tutaj ktoś obcy. Nie zwróciłaś może uwagi? - dociekała, przypominając sobie czarnego vana, którego kierowca ewidentnie obserwował dom. A może tylko jej się wydawało? Przepłoszyła jakiegoś Boga ducha winnego człowieka, bo zachowywała się jak wariatka i paranoiczka.
Cóż, dziewczynę zaskoczyło to pytanie i nawet nie była do końca pewna, czy dobrze je usłyszała. W końcu pokręciła głową, zaprzeczając.
- Nie... nikogo nie widziałam, ale też nie wychodziliśmy z młodym, bo padał deszcz.
- Jasne.
- Na pewno niczego pani nie potrzebuje?
- Na pewno. Dziękuję, jesteś kochana - odpowiedziała Rachel ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem.
Anita faktycznie chciała jej pomóc, przejmowała się nią. Nie chodziło jedynie o relacje zawodowe, jakie ma się z pracodawczynią i to okazało się niespodziewanie miłe i potrzebne, więc podeszła i objęła ją mocno, a dziewczyna poklepała ją po plecach.
- Zawsze może pani na mnie liczyć.
Mimo wszystko wspomnienie samochodu nie dawało jej spokoju. Po kolacji zapytała Oliviera, czy widział jakieś obce auta w okolicy. Młody jak na kilkulatka miał niezłego świra na punkcie motoryzacji, więc pomyślała, że mógł coś zarejestrować.
- Nie, ale tata ma wziąć niedługo nowe z salonu - odpowiedział i wepchnął do ust precla posypanego sezamem.
Rachel przewróciła oczami. To nie czas na rozmowy o nowych zabawkach jej eks.
Wieczorem, grubo po dwudziestej drugiej, nie mogła zasnąć. Jeśli chodziło o niespodziewanego gościa w czarnym vanie - jego obecność bardzo gładko przeszła w niej do uczucia graniczącego z obsesją.
Przede wszystkim - jej siostra zaginęła - nikt z otoczenia Alice nie miał pojęcia, co się mogło stać, gdzie przebywa i czy w ogóle żyje. Zniknęła ze świata żywych, jak pochowana za życia. Dręczyło ją to upiorne, dojmujące uczucie, że nie mogła nic zrobić. Owszem, rozmawiała z agencją, z policją, wszyscy mówili, że trwa dochodzenie, że wszystkie służby są postawione w stan gotowości, i tym podobne. Była jednak realistką, a ktoś powiedział jej o handlu żywym towarem i ta opcja przerażała ją najbardziej, chociaż śledząc doniesienia medialne, takie porwania nie zdarzały się często w Kanadzie, a przecież to tam - oficjalnie - Alice widziano po raz ostatni. Potem kontaktowała się z ludźmi z firmy, jednak widziana żywa była w Vancouver. Z nieznajomym facetem. Z TYM facetem! Rozmawiała z częścią swojej ekipy, opis jej towarzysza pasował do opisu kolesia, którego Rachel przyłapała w mieszkaniu siostry pewnego ranka niedługo przed jej wyjazdem.
Wiedziała, czuła, że te szczątki informacji muszą być ze sobą połączone, że jest jakiś schemat, brakowało jednak motywu. To jak pamiętać część piosenki, zalążek rytmu, ale wiedziała, że umykało jej coś istotnego, jakaś klamra, schemat.
Poświęcała na rozwiązanie zagadki niemal całą swoją energię i teraz, kiedy po nocy schodziła do podjazdu z latarką, czuła, że znajduje się pewnie o kroczek od kolejnego śladu. Było zimno, mróz chwycił w nocy bardzo mocno, a padający przez cały dzień deszcz ze śniegiem niesamowicie podniósł wilgotność powietrza, miała więc uczucie, że z każdym wdechem w jej płucach osadzają się całe kryształki lodu, ścinając krew i pęcherzyki płucne. Mimo to pokonywała kolejny raz tę samą trasę: dom - podjazd - dom - ogród - podjazd. Sama nie wiedziała, czego szukała. Czegoś dziwnego, niecodziennego, zmienionego? Sama prosiła się o kłopoty.
Miała jednak przeczucie, intuicję, że coś tutaj nie grało.
U sąsiada rozszczekał się pies i natychmiast pomyślała, że na pewno zwąchał kogoś obcego, kogoś, kto ją obserwuje.
- Masz paranoję - zdiagnozowała sama siebie na głos. Poświeciła latarką na pusty podjazd. Nikogo tam nie było, ani teraz, ani w ciągu dnia, poczucie zagrożenia jednak nie minęło. Znów pojawił się niechciany gość - żal. Wolałaby najgorsze działanie niż bezczynność i oczekiwanie.
Jedyne, czym mogła w tym momencie się zająć, zważywszy na godzinę, to butelka i samotność w wielkim domu. Podobno miała jaja, nocując z nieboszczykami pod jednym dachem. Miała. Jutro z samego rana mieli przywieźć panią Smith - zmarła niedawno po przegranej walce z rakiem. Znała ją. Miła kobieta z okolic, w których Rachel się wychowywała.