Ryzykant - Kazimierz Zarzyka

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W świat

Było ładne lipcowe letnie sobotnie popołudnie. Rozpoczynał się czas odpoczynku po pracy. Temperatura około 25 stopni w cieniu, miły oddech wiejskiego lata. W średniej wielkości bieszczadzkiej wsi w pobliżu Leska, przy Domu Ludowym zgromadziło się wielu jej mieszkańców w różnym wieku, aby bawić się na urządzonym wiejskim festynie. Był festynowy bufet, tańce na wolnym powietrzu, a grała kapela ludowa. Słońce było jeszcze dość wysoko. Za wcześnie na zabawę dorosłych, więc dzieci i nastolatki miały dużo miejsca do ćwiczeń tanecznych i robienia psikusów. Starsi zaś witali się i grupowali, aby pogadać i wypić jakiś mocniejszy trunek, sadowiąc się w cieniu pobliskich drzewek. Antek, z kilka lat od siebie młodszym bratem, szedł w stronę Domu Ludowego.

Z kilkunastu metrów machał do nich na powitanie szkolny kolega Antka, Staszek ps.Pyzal. Tak go tu wszyscy nazywali. Obrażanie się na taką ksywkę - było bezcelowe, bo każdy we wsi miał jakąś. Były to dobre wyróżniki, wśród kilku grup tubylców o takich samych nazwiskach w grupie. Skąd taka ksywka? Po urodzeniu Staszka, jego ojciec poszedł koło miejscowego sklepiku, poczęstować wódką z tej okazji gromadzących się tam codziennie wieczorem tubylców. Zapytali go.

- Jaki ten twój synek?

- Ładny, grubiutki pyzal! - Pochwalił się szczęśliwy tata. -Tak już ksywka dla niego była gotowa - pyzal - i tak zostało! - Cześć pyzal! - Cześć bury! Przywitali się według swych ksywek.

- No! Nie widzieliśmy się parę ładnych lat! - zagadnął Antek.

- Musimy pogadać, jak się żyło!

- Pogadamy, ale nie o suchej gębie! odpowiedział Pyzal.

- Dzisiaj ja zapraszam kolegów i stawiam wszystkim!

- Tylko pomóżcie mi zabrać te napoje z bufetu, bo nie dam rady...

- Chodźmy, gdzieś dalej od hałasu, w spokojne miejsce! - Proponuję do mnie pod lipy, tam będzie ciszej i na uboczu. - Doradzał Antek, którego gospodarstwo sąsiadowało z Domem Ludowym (tam był bufet), jak też z folwarkiem, gdzie pod wielką rozłożystą lipą była podłoga do tańców i grała kapela.

- Trzeba by jakieś siedzenia i stolik - powiedział Pyzal.

- Krzesła weźmiemy ode mnie, a za stolik będzie wóz z paką, jak nie znajdziemy coś lepszego. - Zarządził Antek. Tak też zrobili. Na razie było ich siedmiu, czyli "grupa dyskusyjna" w sam raz... Przyciągnęli pod leszczyny konny wóz, zostawiając tylko dolne deski, które przykryte papierem pakowym i kartonami - służyły za stół biesiadny. Rozłożyli na nim butelki z wódką i napojami, szklanki i przekąski na talerzach. Po obu stronach ustawili krzesła, przyniesione z domu Antka. Za chwilę zaczynały się chłopskie pogaduchy w codziennym, chłopskim dosadnym języku - podlewane alkoholem. Po krótkim ogólnym zagajeniu, wszyscy zaczęli zadawali pytania pyzalowi, po długiej jego nieobecności we wsi. Nikt tego nie powiedział, ale z sytuacji wyczuwało się, że dziś w centrum uwagi będzie pyzal. Pyzal był mężczyzną dosyć tęgim, wzrostu około metr osiemdziesiąt. Pochodził z niebogatej, małorolnej chłopskiej rodziny. Jak na tamte czasy, był dobrze (choć niewysoko) wykształcony, bo miał prawo jazdy na wszystko: od roweru do autobusu włącznie. Kierowców zaś, rozbudowująca się gospodarka lat PRL-u bardzo potrzebowała. Był brunetem, dość ruchliwym i hałaśliwym. Miał naturę przywódcy, ryzykanta, który uczestniczył prawie we wszystkich awanturach - do których wciągał go najlepszy kolega (szczupły i słaby, ale zadziorny), ksywka- sznyt. Ustalone standardy postępowania, czy zachowania, pyzal uważał raczej za niedokładne i szeroko umowne straszaki dla naiwnych ludzi, których nie warto raczej przestrzegać. Jego Ogólnie poczucie humoru było kątem rozwartym i miało ponad 320 stopni. Lubił ryzykować i przewodzić, prawie nie zwracając uwagi na następstwa. W ciągu ostatnich kilku lat był mało widziany, bo przyjeżdżał do swego domu (i dziewczyny) w tym czasie kilka razy, i to tylko na naście godzin. Nie było więc okazji spotkać się z kolegami. Teraz się to udało, więc trzeba dobrze to wykorzystać. - Chłopy, brać się za robotę, rozlewać, bo uschniemy! - Poganiał pyzal. Wypito "za nasze zdrowie" i wymieniono kilka zdawkowych zdań. - Pyzal! Opowiadaj o sobie, czasu jest do rana dużo, to chętnie posłuchamy. - Dobra, ale będziemy robić przerwy na przepitkę, żeby gardła nie uszkodzić. Przy tak wielu różnych pytań do niego - Pyzal obiecał opowiedzieć wszystko po kolei. Nie śpieszył się z rozpoczęciem powiększając ciekawość... Zaczął opowiadanie...

- W naszej wsi wtedy, jak wiecie, nie miałem sensu siedzieć. Można było się udusić! Ani kogo poderwać, ani gdzie zarobić, ani za co wypić... Pojechałem niedaleko (około Tarnowa) trochę w zachodnią stronę, gdzie pola nie są zagonowe jak tu, ale setkami hektarów. Najpierw chciałem sprawdzić, czy to prawda, że najlepsze są trzy rzeczy: zapalić papierosa "Sport", wypić flaszkę "wódki czystej" i wypierniczyć dziewkę z PGR-u. Poszedłem więc do roboty w PGR. Te rzeczy okazały się prawdziwe tylko, że nie można tego robić w nieskończoność, bo chociaż dobre, to jednak powszednieją i chłopa wyniszczają... Chociaż nie może być inaczej, bo wszystko w świecie musi się ruchać, a ja też lubię tę robotę, bo się nie kurzy i hałasu dużego nie ma, tylko trochę stękania. Jednak po pewnym czasie dziewki stają się mniej ciekawe i potrzebne na tyle, żeby ciągle w górę nie sterczało, bo się na traktorze o portki ocierało. Zacząłem robić na "Buldogu"[1]. W PGR robiłem chyba około czterech miesięcy, bo chociaż te trzy rzeczy można było spełniać maksymalnie, to inne były do kitu. Płacili słabo, a jak to na roli, trzeba było się tłuc w glinie, błocie i smarach. Jeszcze chcieli, żebym im maszyny rolnicze naprawiał. Po tym czasie to miejsce stało się dla mnie nieciekawe i poniekąd nudne. Nie chciałem już długo w tym cyrku zostać. Na szczęście w porę przyszedł jakiś kułak i namawiał mnie, żebym poszedł robić do niego w polu na "Buldogu". Obiecywał więcej grosza niż tu, więc się zgodziłem. Po dwu tygodniach, po wypłacie, pojechałem do niego. Pola ornego miał w pagórkowatym terenie (takim jak u nas), czyli nie za bardzo dobrego do obróbki maszynami i "Buldogiem", około 100 hektarów. Był to niezły bamber! Miał murowany dom i duże zabudowania gospodarcze. Robiłem w polu, od rana do wieczora. W pobliżu nie było nikogo do wyruchania. Z tym było źle, bo gospodarstwa rozrzucone daleko od siebie, a jakieś imprezy, czy zabawy, były rzadko, daleko i nie było osobowego auta, żeby dojechać. Chłop miał kiepską babę, nie do użytku w te klocki i nie miał też córek do rozprawiczenia. Zaczęło mi to dokuczać... Raz udało mi się, jak ślepej kurze ziarno - niespodziewanie wyruchać mężatkę, około trzydziestki. Wpadła jak śliwka w kompot. Zobaczyłem ją na skraju zagajnika i podjechałem do niej. Szukała grzybów. Zacząłem nawijać, ale nie długo to trwało, bo widać było, że jest obeznana w tematach damsko-męskich i wiedziała czego chcemy. Mówiła, że szuka rydzów, no i znalazła zdrowego, dorodnego, czerwonego - w moich portkach! Po chwili kwiczała pod nim na trawie, jak mała świnka do lochy. Przeleciałem ją kilka razy. Myślałem, że załatwię następne pukania, ale była tajemnicza i za cholerę nie dała się namówić. Może się kogoś bała albo nie miała możliwości? Lepszy rydz niż nic - pomyślałem, a co użyłem, to moje... Robiłem całe dnie traktorem, nikogo nie widząc. Traktor się psuł. Trzeba było samemu się męczyć z naprawą. Raz i drugi, chłop, po tygodniu przy wypłacie zaczął gderać i pieniędzy dla mnie oszczędzać. Coraz bardziej zaczynało mnie to wszystko wkurzać! Kiedy przy ostatniej wypłacie dał mi tylko połowę zarobku ( bo nie ma pieniędzy), postanowiłem z tym skończyć. Za dwa dni, jak było trochę zmoczone deszczem pole, cichcem spakowałem swoje bambetle i pojechałem do roboty. Koło pola, przy zagajniku, był mały wąwóz, głęboki na około 7 metrów. Zajechałem nieco wyżej, rozpędziłem trochę traktor, w ostatniej chwili przyhamowałem, żeby było widać poślizg, wyskoczyłem i puściłem cholernego "Buldoga" w paryję!

- Widzisz głupi chłopie! Kmiotku jeden! Tak się załatwia z Pyzalem interesy! - powiedziałem głośno do siebie... Poczułem wielkie zadowolenie! Stałem chwilę i cieszyłem się z mojego dokonania... Zdałem sobie sprawę, że po trzech miesiącach roboty w PGR i trzech u chłopa - jestem znów prawdziwie wolny! Tak, ale co dalej? Przecież gdzieś się muszę podziać. Nie będę pod namiotem pasł się na trawie. Na szczęście świat jest tak duży, że znajdzie się miejsce i dla pyzka. Trzeba się udać na Śląsk. Tam jest przemysł., duże budowy i robotników zawsze potrzebują, a płace są większe. Tak zrobię!