Ryzykant - Aniela Wilk

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

BRUCE

Analizował. Każdy krok, punkt po punkcie, miał rozpisany. Każdą ewentualność, pomysł, trop. To, co niemożliwe, i to, co zaledwie prawdopodobne. Powiesił w pokoju, w którym pomieszkiwał, tablicę korkową i zapisywał na przyszpilonych do niej karteczkach hasła, te zaś z kolei łączył czerwonymi nitkami.

Wyglądało to upiornie. Jak pajęczyna wykonana przez krzyżaka na ciężkim kwasie. Tyle tropów, niewiadomych, ślepych zaułków. Nie widział jednak rozwiązania, drogi, którą mógłby podążać.

- Kurwa - jęknął, strącając kubek z biurka. Spojrzał raz jeszcze na swoją tablicę. Olśnienie jednak nie nadeszło. Dalej wyglądała jak sen wariata, jak plansza z thrillera, w którym ten dobry rozszyfrowuje działania tego złego, aby w rezultacie być krok przed nim.

Wilczur miał poczucie, że się cofa, zamiast ruszyć do przodu. Tym bardziej, że utknął na tym zadupiu bez kontaktu ze światem. Wściekły spoglądał na wycięte z gazety zdjęcie Axa, na którym gnojek tryumfował, chociaż w oficjalnych wywiadach wyrażał ubolewanie nad stratą w ludziach.

- Oczywiście, że straciłeś, kurwa, mnie - warczał, celując w jego wysokie czoło rzutką. Był w tym coraz lepszy, trafiał bezbłędnie między oczy.

Oficjalnie sprawa wyglądała tak, że USA tryumfowały, bo za sprawą agencji rozbito ostatecznie ostatnie kolumbijskie organizacje związane z przerzutem kokainy. To było zakończenie wojny z FARC. Koniec, finito. Wedle prasy Kolumbia była teraz krajem mlekiem i miodem płynącym, żadnej koki, żadnych partyzantów, żadnych lewych interesów i handlu narkotykami. Tak głosiły media i było to jak najdalsze od prawdy, ale zwykły czytelnik miał mieć jasny przekaz - Ameryka znów wygrała! Gówno prawda. Do dwa tysiące siedemnastego w przerzut koki zaangażowany były nie tylko kartele, lecz także rząd Kolumbii - akcja zakręcona i pojebana do tego stopnia, że w sieci powiazań i zależności sam czart by się nie rozeznał.

Ax stał się celebrytą. Wilczur lada dzień spodziewał się zobaczyć jego kaprawą gębę w Tańcu z gwiazdami. Facet był czysty jak łza, jak anioł z barokowych ołtarzy, świecił idealnie gładką dupą.

- Chcesz piwo? Chodź na pomost. - Z parteru dobiegł go podniesiony głos Roberta. Bruce ostatni raz spojrzał na swoją tablicę, obiecując sobie, że wróci tak szybko, jak będzie to możliwe. Robert sugerował mu już kilka razy, że to nie jest normalne, że potrzebuje pomocy specjalisty, że - w końcu - on też przechodził dokładnie przez to samo gówno, tyle że po Iraku.

- Ustaliłeś coś? - zapytał, kiedy dostał od weterana puszkę jasnego piwa.

Robert siedział na wędkarskim rozkładanym krzesełku w kolorze fuksji. Wielki niczym góra łysy facet o jasnych jak lód oczach i starannie wystylizowanym zaroście. Wyglądał jak ktoś, kto z miejsca wysyła cię do piekła. Koleś był diabłem. Nikim innym, ale prawdziwym diabłem, na pozornej emeryturze. Żołnierz idealny, lojalny, zdyscyplinowany, karny i perfekcyjnie wyszkolony. Walczył na wszystkich możliwych frontach i we wszystkich wojnach. Aż do dnia, kiedy, po kolejnej misji, na oczach dzieciaków z przedszkola numer 151 zabił człowieka. Facet wprawdzie był pedofilem, owszem, ale niewiele to pomogło Robertowi - miał nasrane w papierach, jak mówił. Wypadł z obiegu. Szukał dla siebie teraz miejsca, żebrząc o michę jak bezpański pies, byleby tylko ktoś wziął go do roboty, jedynej, na jakiej się znał.

- Masz siedzieć na dupie i cieszyć się urlopem - odpowiedział mu Robert, nabijając na haczyk białego robaka. Stworzonko jeszcze beznadziejnie wiło się na zaostrzonym drucie, kiedy najemnik cisnął nim w wodę: razem z żyłką, ciężarkiem, spławikiem i całym tym wędkarskim gównem, o jakim Bruce nie miał zielonego pojęcia. Patrzyli obaj na poruszający się na powierzchni wody kolorowy kawałek balsy. Było to z pewnością jedno z najnudniejszych zajęć, jakie tylko Wilczur mógł sobie wyobrazić.

- I niby gapienie się na spławik jest dobrym pomysłem? - mruknął, częstując się piwem i siadając na pomoście. Krzywił się i syczał, bo rana, chociaż dobrze zszyta, dawała o sobie znać. Zrezygnował już z antybiotyku, ale środki przeciwbólowe pakował w siebie jak cukierki.

Było zimno. Wprawdzie nie padał śnieg i temperatura utrzymywała się minimalnie na plusie, ale i tak świat dookoła wyglądał, jakby miał porządnego doła: szary, zgniłozielony i zasnuty ołowianymi chmurami. Duża wilgotność wysysała z człowieka chęć do życia. Wilczur nie wiedział nawet, jaki był dzień tygodnia, wszystko przeciekało mu przez palce, beznadziejnie tonęło w burym klimacie i melancholii.

- Wiem, co ci łazi po łbie, stary. Jednak teraz polowanie na Axa nie ma większego sensu.

- Dlaczego? - warknął.

Najemnik wzruszył ramionami, nie zaszczycając rozmówcy nawet spojrzeniem i wpatrując się w spławik. Niesamowicie wkurwiało to byłego agenta. Nie ruszył się jednak nawet o cal. Mocniej zacisnął dłoń na puszce. Drżała mu lekko powieka. Miał dosyć siedzenia i, chociaż rozsądek faktycznie kazał pozostawać w ukryciu - nawet jeśli jedynie ze względu na rany, które wciąż jeszcze potrzebowały czasu na zaleczenie - nosiło go. Głowę miał przepełnioną, a serce bez przerwy napędzane adrenaliną.

- Bo zapadł się pod ziemię. - Głos Roberta był spokojny, cichy, nudny, jak ten spławik niewzruszony. Mężczyzna poderwał wędkę i przesunął przynętę pod wodą o dobry metr w lewo. Zdecydowanie tam woda musiała być bardziej mokra. Spławik zaczął podrygiwać. Robert się napiął.

- Gówno, doskonale wiesz, gdzie jest. Albo możesz wiedzieć! - Wilczur warknął na niego. - Co chwilę widzę jego ryj w wieczornych lokalnych wiadomościach.

Spławik znieruchomiał, a Wilczur kontynuował swoje powarkiwania:

- Nie traktuj mnie jak ułomnego. Jedyne, czego chcę, to jego łba, i doskonale wiesz, że go zdobędę!

- Tak, wiem - przytaknął Robert.

- Więc ruszmy się!

Były żołnierz pokręcił głową.

- Nie ma opcji. Nie teraz. Przede wszystkim, przypominam ci, że twoje wnętrzności zszywał weterynarz. Nie, że mu nie ufam, ale na twoim miejscu jeszcze bym trochę posiedział i poobserwował własne ciało. Drugi raz cię nie będę nawet zbierał, to bez sensu. Ax jest świadom, że możesz być niezbyt zachwycony tym, co zrobił, jest więc obstawiony przez ochronę jak te ostatnie nosorożce w Afryce. Tu żrą trawę, a obok stoi gwardia pod bronią i strzelają do każdego na horyzoncie.

- Jakie, kurwa, nosorożce?!

W Brusie się zagotowało. Nie znosił bezczynności, tej przymusowej zwłaszcza. W tym momencie nie mógł jednak nic na to poradzić. Ta farma znajdowała się w dupie świata, mógłby, co prawda, bez większego problemu ukraść samochód Robertowi, ale to spowodowałoby, że straciłby jedyną przychylną mu duszę. No i zyskałby jeszcze jednego wroga. A tych więcej nie potrzebował - cały świat był ich pełny! Użycie telefonu, kart płatniczych, wyjście na jakąkolwiek ulicę gdziekolwiek w całym kraju, to, co dla zwykłego człowieka było czymś oczywistym i naturalnym, dla niego stanowiło pułapkę. Doskonale wiedział, jak bardzo amerykańskie społeczeństwo jest inwigilowane, i świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie może się pokazać. Wystarczy jedno zdjęcie na Facebooku i ściągnie sobie na głowę wszystkie służby kraju. Nawet strażak będzie chciał mu nakopać do dupy. W końcu był zaginionym seryjnym mordercą.

- Kurwa! - krzyknął, wstając. Brzuch zapiekł, aż łzy stanęły mu w oczach.

- Uspokój się.

- Pierdol się! - warknął, rzucając gniewnie niedopitą puszkę piwa w ten przeklęty, nieruchomy spławik.

Robert zaklął, podrywając się na równe nogi. Odkopnięte krzesełko sturlało się z pomostu do wody. Podszedł do Wilczura w dwóch krokach. Popchnął go, a ten się zachwiał, zrobił dwa kroki w tył, spiął się, gotów do walki i obrony. Czekał na sygnał, impuls, znak do ataku.

- Mógłbyś przestać z łaski swojej zachowywać się jak skończony fiut?! Źle ci, że cię wyciągnąłem z tamtego domu? Spod lufy tamtego pojeba? Źle?! - krzyczał. - Jak chcesz, to zastrzelę cię za domem, oszczędzisz wszystkim krwi!

- Robert!

- Nie! Zamknij się. Siedź na dupie i ciesz się, że żyjesz. Dostaniesz swój czas, ale, kurwa, nie w tym momencie, okej?

- Powiedz mi chociaż, co z Alice - wysyczał.

Miał ochotę przypierdolić Robertowi, tak po prostu, bo pewnie to by oczyściło atmosferę. W dupie miał swoje obrażenia, w dupie mógłby mieć nawet tę zemstę, gdyby tylko dostał gwarancję, że Alice nic nie grozi, że jest bezpieczna. O ile jednak miał pewność co do swojego życia i życia Axa, o tyle o Alice nikt nie wiedział nic. Jedynie to, że nie było ciała.

Tylko tyle - bezpieczna, żywa. Z nim lub bez niego. Robert przyznał, że nie znaleźli jej ciała w domu. Ani krwi, ani żadnych innych śladów. Istniało więc prawdopodobieństwo, że przeżyła. Przecież była tak cenna dla Axa, była jedyną, która miała dostęp do skrytki po Adamie. Jedyną, która mogła odebrać zdeponowany majątek.

Robert nie odpowiedział od razu. Zawahał się.

- Nic. Zaginęła.

- Co?

- Zaginęła. Dwa lata nad tym siedzisz i nie wiesz...

- Wiem! - ryknął, przerywając mu.

Odszedł dwa kroki, może trzy. Zatoczył koło, jakby był zamkniętym w klatce drapieżnikiem. Czas przeciekał mu przez palce, ale Robert miał rację: wychylenie się z ukrycia tylko po to, aby dać upust frustracji, było bez sensu. Nie w kraju najeżonym kamerami, nie, mając przeciw sobie wszystkich federalnych!

Rozluźnił się. Opuścił nieco ramiona, spoglądając prawie przepraszająco na Roberta.

- Mamy jakiś plan na teraz?

- No. - Cmoknął. - Ja muszę iść po nowy osprzęt, bo jakiś debil wrzucił puszkę do jeziora i szlag trafił mi spławik! - warknął, ruszając w kierunku domu. Nie miał zamiaru kontynuować rozmowy. Wiedział, że Bruce myśli chaotycznie, że kieruje się emocjami, a nie racjonalnym podejściem do sprawy.

Były agent został sam na pomoście. Kręgi po wrzuconym w toń śmieciu zastąpiły te po kroplach deszczu. Chłód wchodził pod ubrania, ziąb gryzł w odkryte części ciała. Najważniejsze, że żył. Drugim, co się liczyło, było to, że Ax wciąż żył, a zdecydowanie nie powinien. Na samą myśl o Alice i jej zniknięciu Bruce cierpiał.

Wiedział, że zachowuje się irracjonalnie i emocjonalnie, jakby był jakimś cholernym amatorem. Wiedział, że w tym stanie będzie popełniał błędy, dlatego potrzebował Roberta - by myślał za niego, kiedy w Wilczurze gotowała się krew. Nie radził sobie z izolacją i brakiem zajęcia. Skierował się za dom, do drewutni - rąbanie zmarzniętych drew było tym, co pozwalało mu się wyciszyć. Wprawdzie groziło też rozejściem się świeżej rany i poważnym krwotokiem wewnętrznym, a możliwe, że i martwicą jelit, ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że mógł zająć czymś głowę, uwolnić nadmiar energii, że mógł powtarzać tę idiotyczną czynność aż do momentu, w którym ze zmęczenia dosłownie zaczynał rzygać, aż do wycieńczenia. Tylko wtedy czuł, że żyje. Wówczas zwykle wracał do swojej nory, gapił się na tablicę, pił piwo, oglądał programy informacyjne. Ignorował wszystkich poza Robertem. Dlatego też siostra byłego żołnierza miała permanentnie złamane serce.

Miała dwadzieścia kilka lat, na imię Kate. Wpadała zwykle bez zapowiedzi. Uzupełniała im lodówkę, spiżarkę, czasem coś ogarnęła w domu. Zawsze długo i na osobności rozmawiała z Robertem.

ROZDZIAŁ 2

RACHEL

Była rozdygotana. Niemal nie czuła chłodu i przeszywającego do kości lodowatego wiatru, wewnątrz niej coś zamarzało na kość. Nie mogła opanować drżenia dłoni i dolnej wargi.

- Tutaj proszę zostawić płaszcz, proszę pani - poinformowała ją niska pracownica prosektorium. Była ubrana w granatowy uniform. Na piersi widniała srebrna plakietka z imieniem, ale Rachel nie widziała bez okularów najlepiej, poza tym miała w dupie, jak nazywa się ta Azjatka o miłym, wyuczonym uśmiechu.

- Dziękuję - odpowiedziała machinalnie.

Miała problemy z rozpięciem płaszcza przez niekontrolowane drżenie dłoni. Powinna wziąć się w garść, powtarzała to sobie jak mantrę. Prowadziła w końcu dom pogrzebowy! Przygotowywała ludzi na ich ostatnią drogę, nie miała problemu z widokiem trupa! Nawet jeśli akurat trup, którego do niej przywieziono, był na przykład motocyklistą z wypadku i przypominał siekane mięso, a nie człowieka.

Wdech - wydech. Wdech! Azjatka prowadziła ją podziemnymi korytarzami, jakby zmierzały do brzucha ziemi. Jarzeniówki starego typu świeciły chemicznym światłem, co jakiś czas któraś z nich nieprzyjemnie warczała, mrugając jak wściekła. Ściany wyłożone były do połowy wysokości białymi kafelkami, reszta pomalowana została przed wieloma laty pistacjową farbą, która odchodziła od tynku pewnie na skutek solidnych deszczów i wody podmywającej budynek. Śmierdziało środkami do dezynfekcji. Dobre kilkanaście lat temu ktoś rozwiesił na pustych ścianach stare plakaty zdjęte z sal wykładowych w akademiach medycznych - przestarzałe plakaty informujące o zagrożeniu HIV, przypadkowe schematy lub portrety anatomiczne.

- Przepraszam, mogłabym skorzystać jeszcze z toalety?

- Oczywiście. Poczekam na panią tutaj - odpowiedziała Azjatka najbardziej służbowym tonem, na jaki udało jej się zdobyć. Jako pracownica prosektorium często miała właśnie takich gości jak Rachel, zaproszonych do identyfikacji zwłok bliskich. Zostawianie ich samych nie było dobrym posunięciem, zdarzało się, że ludzie mdleli, doświadczali koszmarnych ataków paniki, czasem uciekali w ostatniej chwili.

Rachel wpadła do toalety i dopadła do umywalki. Ochlapała twarz, wytarła mocno oczy, potem dopiero spojrzała na swoje odbicie. Makijaż sobie dziś darowała. Patrzyła w oczy zmęczonej kobiecie, która w ostatnich tygodniach dorobiła się solidnej porcji siwych włosów oraz zmarszczek ze zmartwienia. Oddychała głęboko, w duchu nakazując sobie wziąć się w garść. Przecież nie wierzyła w to, że Alice została w bestialski sposób zamordowana, a potem porzucona. Nie, to nie zdarzało się normalnym ludziom, takie akcje miały miejsce jedynie w filmach. Nie Alice, nie ona. Musiało stać się coś innego.

Nie mogła uwierzyć, że twarz, którą oglądała, należała do niej. Nawet pomijając zmarszczki i siwe włosy - miała w sobie coś nieludzkiego. Musiała samą siebie przekonywać, że to ona, że to ta sama Rachel sprzed zniknięcia siostry. Chaos wdarł się w jej poukładany świat i rujnował wszystko, co zdołała zbudować.

Ochlapała raz jeszcze twarz. Wydmuchała nos w papierowy ręcznik. Skorzystała z toalety. Wdech - wydech.

- Możemy iść - poinformowała, wychodząc i nakładając na dłoń odrobinę żelu przeciwbakteryjnego.

- Oczywiście.

Nie przerażały jej metalowe stoły. Ani małe, wbudowane w ścianę lodówki na zwłoki. Cały osprzęt, od stołu do sekcji po wagi, miarki, kleszcze, piły - to wszystko znała, widziała. Przerażał ją chłód. Bo chłód oznaczał utrzymywanie ciał w odpowiedniej temperaturze, to zaś znaczyło, że jeśli w jednej z tych lodówek będzie Alice, to nie da się już nic zrobić. Tak wygląda koniec, najbardziej ohydny koniec, jaki można sobie wyobrazić, a na który na pewno nie zasługiwała.

W pomieszczeniu był lekarz, który przeprowadzał autopsję. Do tego Azjatka w ochronnej odzieży. Jakiś koleś z policji czy innych służb - przedstawiał się, ale nie zapamiętała - stał za metalowymi drzwiami. Pisał coś na komórce, zupełnie niezainteresowany, był tutaj jedynie ciałem w tanim garniturze bez krawata.

- Jest pani gotowa? - zapytał lekarz.

- Tak, do cholery! Bardziej nie będę! Proszę się ze mną nie obchodzić jak z jajkiem, na litość boską! - prawie wykrzyczała mu w twarz. Potrzebowała pomocy specjalisty, terapeuty, ale wkurwiało ją, że tę rolę tak chętnie brały na siebie osoby, które ledwo co znała.

Asystentka otworzyła lodówkę. Wyjechało ciało przykryte płótnem. Kartka na dużym palcu u stopy. Rachel przestała oddychać. Czuła, że łzy same płyną jej po policzkach, bezwiednie, bezwolnie, nie miała na nie wpływu. Reakcja obronna organizmu na skrajny, zwierzęcy strach.

Azjatka rozsunęła poły materiału. Serce Rachel zamarło. Po sekundzie zaczęło bić z siłą młota. Czuła, że kolana jej miękną i że zaraz się przewróci. Musiała podeprzeć się o stół.

- Proszę pani?

Pokręciła energicznie głową.

- To nie ona! - wychrypiała dziwnym głosem przez ściśnięte gardło. Odetchnęła. - Boże święty, to nie ona! - prawie krzyczała, szlochając z powodu nagłej ulgi, jaką odczuła.

Miała problemy ze złapaniem oddechu. Musiała kucnąć i przytrzymać się metalowego stołu. Wiele w życiu widziała, ale obca zmarła kobieta w prosektorium była najtrudniejszym przeżyciem. Obezwładniająca ulga, po której jej zmęczony umysł znów przypomniał, że to oznaczać może tylko tyle, że ciała Alice jeszcze nie znaleziono. Albo nie znajdą go wcale. Nigdy. Być może do końca życia będzie musiała radzić sobie z beznadzieją oczekiwania na cud.

Azjatka podała jej szklankę wody. Dopytywała, czy wszystko jest okej. Było, o ile "okej" w jakikolwiek sposób mogło się odnosić do kogoś, kto musiał stawić się w kostnicy na rozpoznanie zwłok.

- Mogłaby mnie pani odprowadzić? Obawiam się, że zgubię się w tym labiryncie.

- Oczywiście.

***

Nie potrafiła zebrać myśli. Przez chwilę poczuła żal i nienawidziła się za to, ale... owszem, czuła ulgę. Ale też ten okropny żal, że to jeszcze nie koniec. Gdyby Alice leżała na tamtym stole, coś byłoby zakończone, mogłaby pożegnać się z siostrą. Teraz dalej tkwiła w wielkiej niewiadomej, w strachu, co przyniesie każdy dzień. Wystarczy, że zadzwoni telefon - jej serce znów będzie galopować jak oszalałe. A jednak... Nienawidziła się za żal, który śmiała odczuwać.

Zaparkowała pod domem. Bezskutecznie wciskała guzik od pilota do automatycznej bramy, zdechł. Kolejny raz serwisant się nie spisał. Walnęła w kierownicę, wyładowując złość. A miała jej w sobie zaskakująco dużo. Jak nigdy wcześniej. Uderzała raz za razem, póki nie trafiła w klakson - sygnał ją otrzeźwił.

Wysiadła z samochodu wprost w siąpiący deszcz ze śniegiem. Pogoda była paskudna. Musiała wstukać kod na bramie, zresetować hasło, odczekać. Dokładnie tyle czasu, aby przemarznąć na kość. Spojrzała na uśpiony dom - klasyczna bryła w stylu wiktoriańskim, z przytuloną do jednej ze ścian nowoczesną bryłą zakładu pogrzebowego. Musiała przyznać, jej zakład wpisywał się w atmosferę ponurej zimy.

Brama w końcu ruszyła. Nieskończenie powoli, jak jej się wydawało. Nagle w dole ulicy dostrzegła zaparkowanego czarnego vana. Zmrużyła oczy. Wydawało jej się - nie! była pewna! - że widziała już to auto. Albo podobne. Kiedy teraz o tym pomyślała, to faktycznie, niepokojąco często widywała w tle ciemne samochody.

- Kurwa mać - syknęła, uzmysławiając sobie, że od wielu dni być może ciągnie za sobą ogon. Po prostu ten samochód wydawał jej się znajomy, jakby za każdym razem, kiedy tylko była na mieście, czaił się gdzieś wciśnięty w tło. Przypadek? Wcisnęła pilota w kieszeń płaszcza i ruszyła w dół ulicy. Z każdym krokiem coraz bardziej zdeterminowana i coraz bardziej wściekła. Nie czuła deszczu. Nie czuła zimna. Czuła rosnącą z każdą sekundę frustrację i zwyczajne, ludzkie wkurwienie.

- Hej! - krzyknęła, kiedy samochód zadrżał, co oznaczało, że kierowca uruchomił silnik.

Zaczęła biec, napędzana adrenaliną. Ktokolwiek siedzi w aucie, ona wydusi z niego, o co mu właściwie chodziło. Miał przestać ją nachodzić, przestać śledzić, wypierdalać w tej samej sekundzie z jej życia. Nie życzyła sobie.

- Hej, zatrzymaj się! - wrzasnęła, kiedy samochód odjechał z piskiem opon. Minął ją. Przez zaciemnione szyby nie mogła zobaczyć nawet kierowcy. Pokazała mu środkowy palec, wkurzona jak stado diabłów. Frustracja stawała się nienośna. Potrzebowała dla zdrowia psychicznego jednej rzeczy, która pójdzie po jej myśli. Nie wiedziała jeszcze, co to takiego powinno być, ale odzyskanie kontroli i decyzyjności było w tym momencie jej priorytetem.

Mimo wszystko cały czas oglądała się przez ramię.

***

- Wszystko w porządku, proszę pani? - zapytała Anita, dziewczyna, która od ponad dwóch lat opiekowała się jej synem. Jako jedyna zdołała wytrzymać dość długo z nadwrażliwym chłopcem oraz domem, za którym ciągnęła się opinia nie tyle nawiedzonego, ile po prostu nieodpowiedniego. Anita była jednak wystarczająco świadoma, aby mieć w poważaniu opinie i zdanie postronnych. Kochała całym sercem rezolutnego chłopca, z jego matką, jako pracodawczynią, dogadywała się świetnie. Studiowała na ostatnim roku pedagogiki specjalnej.

Rachel zatrzymała się wpół drogi z korytarza do kuchni. Co miała właściwie jej odpowiedzieć? Czuła, że absolutnie nic nie jest w porządku, że tkwi w jakimś absurdzie. Wzięła głębszy oddech. To nie była ani rozmowa, ani nawet sama odpowiedź, którą można by uznać za normalną i przejść do porządku dziennego.

Anita wiedziała o tym. Nie znała, co prawda, szczegółów, ale była świadoma, że po pierwsze: zaginęła siostra jej pracodawczyni, po wtóre: Rachel sobie z tym nie radzi, często pije. I chociaż robi wszystko, aby to ukryć, pewnie się wstydzi, to jednak pomija szczegóły, które ją zdradzają. Jak chociażby rachunek od dostawcy czy kilka opróżnionych butelek więcej w piwnicy.

- Tak. Wszystko gra - odpowiedziała Rachel, zmuszając się do uprzejmego uśmiechu. Czuła się wykończona. Marzyła o kąpieli, Netflixie i solidnej butelce wina na znieczulenie. Znowu. Nie czuła się winna, to był rodzaj resetu. W dodatku jej myśli uciekły w stronę ciała kobiety, które dziś jej pokazano. Dla niej była obca, więc przyniosła jej ulgę. Dla kogoś jednak to będzie żona, mama, siostra - ktoś rozpozna w zwłokach ukochaną kobietę. Zupełnie jakby była teraz współwinna żalu i tragedii innej rodziny.

- Może jest coś, co mogłabym dla pani zrobić? Nie wiem... - Anita wzruszyła ramionami z udawaną nonszalancją i oparła się o framugę. - Może zakupy albo zabrałabym małego na noc? Albo została z nim?

Rachel chciało się wyć. Skoro nawet jakaś szczeniara widziała w niej już tylko wrak, którym należało się zająć? Okej, Anita była miła, uczynna, lubiła ją całkiem szczerze, a poza tym, co było w tym momencie jeszcze bardziej dobijające, właściwie nie miała przy sobie innego tak serdecznego człowieka. Jedynie niańkę swojego syna. Szlag do kwadratu!

- Nie, nie... nie trzeba, chętnie spędzę wieczór z synem - odparła, ale po sekundzie, może dwóch doznała olśnienie. - Nie działo się może coś mojej nieobecności? Pytam, czy nie kręcił się ktoś obcy. Nie zwróciłaś może uwagi? - dopytywała, przypominając sobie czarnego vana, który ewidentnie obserwował dom. A może tylko jej się wydawało? Przepłoszyła jakiegoś Bogu ducha winnego człowieka, bo zachowywała się jak wariatka i paranoiczka.

Dziewczyna, cóż, była zaskoczona pytaniem. Nawet chyba wątpiła, czy dobrze je usłyszała. W końcu - pokręciła głową.

- Nie... nikogo nie widziałam, ale też nie wychodziliśmy z młodym, bo padał deszcz.

- Jasne.

- Na pewno niczego pani nie potrzebuje?

- Na pewno. Dziękuję, jesteś kochana - odpowiedziała ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem. Ona faktycznie chciała jej pomóc, przejmowała się. Nie chodziło jedynie o relacje zawodowe. To było niespodziewanie miłe i potrzebne Rachel. Podeszła i objęła ją mocno. Anita poklepała ją po plecach.

- Zawsze może pani na mnie liczyć.

***

Mimo wszystko wspomnienie samochodu nie dawało jej spokoju. Po kolacji zapytała Oliviera czy widział jakieś obce auta w okolicy. Młody, jak na kilkulatka, miał niezłego świra na punkcie motoryzacji, więc pomyślała, że mógł coś zarejestrować.

- Nie, ale tata ma wziąć niedługo nowe z salonu - odpowiedział, upychając do ust precla posypanego sezamem.

Rachel przewróciła oczami. To nie był czas na rozmowy o nowych zabawkach jej eks.

Wieczorem nie mogła spać. Jeśli chodzi o niespodziewanego gościa w czarnym vanie - bardzo gładko jego obecność wzbudziła w niej uczucie graniczące z obsesją.

Przede wszystkim: jej siostra zaginęła - nikt z otoczenia Alice nie miał pojęcia, co się mogło stać, gdzie przebywa, czy żyje. Zniknęła ze świata żywych, jak pochowana za życia. To było upiorne. Rachel nie mogła nic zrobić. Owszem, rozmawiała z agencją, z policją, wszyscy mówili, że trwa dochodzenie, że są zaangażowane wszystkie służby et cetera. Była jednak realistką. Ktoś powiedział jej o handlu żywym towarem. Ta opcja przerażała ją najbardziej, chociaż kiedy prześledziła doniesienia medialne, zrozumiała, że takie porwania nie zdarzały się w Kanadzie często, a przecież to tam - oficjalnie - Alice widziano po raz ostatni. Potem kontaktowała się z ludźmi z firmy, jednak ostatni raz siostra była w Vancouver. Z nieznajomym facetem. Z tym facetem! Rachel rozmawiała z częścią jej ekipy, opis towarzysza Alice pasował do opisu kolesia, którego przyłapała w jej mieszkaniu pewnego ranka niedługo przed jej wyjazdem.

Wiedziała, czuła, że te szczątki informacji muszą się ze sobą łączyć, że jest jakiś wzór. Brakowało jednak motywu. To jak pamiętać część piosenki, zalążek rytmu... Umykało jej coś istotnego, klamra, schemat.

Poświęcała na rozwiązanie tej zagadki niemal całą swoją energię. I teraz, kiedy po nocy schodziła na podjazd z latarką, czuła, że jest o kroczek od kolejnego śladu. Było zimno. Mróz chwycił w nocy mocno, a padający przez cały dzień deszcz ze śniegiem podniósł wilgotność powietrza, miała więc uczucie, że z każdym wdechem w jej płucach osadzają się kryształki lodu. Mimo to pokonywała kolejny raz tę samą trasę: dom - podjazd - dom - ogród - podjazd. Sama nie wiedziała, czego szukała. Anomalii? Czegoś dziwnego, niecodziennego? Prosiła się o kłopoty.

Miała jednak przeczucie, intuicję, coś tutaj nie grało. U sąsiada rozszczekał się pies. Pomyślała, że na pewno zwąchał kogoś obcego, kogoś, kto ją obserwuje.

- Masz paranoję - zdiagnozowała sama siebie na głos. Poświeciła latarką na pusty przecież podjazd. Nikogo tam nie było, ani teraz, ani w ciągu dnia. Poczucie zagrożenia jednak nie minęło. Znów się pojawił niechciany gość - żal. Wolałaby najgorsze działanie niż bezczynność i oczekiwanie.

Jedyne, co mogła w tym momencie zrobić, zważywszy na godzinę, to butelka i samotność w wielkim domu. Podobno miała jaja, nocując z nieboszczykami pod jednym dachem. Miała. Jutro z samego rana mieli przywieźć jej panią Smith - zmarła niedawno po przegranej walce z rakiem. Znała ją. Miła kobieta z okolicy, w której się wychowywała.