Rywal. Śmierć w December. Tom 5 - Caroline Grimwalker i Leffe Grimwalker

Kup ebooka

25.90 zł
19.43 zł (9,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Mag­gan Frej zdą­żyła jesz­cze po­my­śleć, że tra­fiła chyba do pie­kła, za­nim ko­lejny cios mu­ska jej głowę. Gdyby się nie uchy­liła, by­łoby za­pewne po niej. Dzwoni jej w pra­wym uchu, a skóra pie­cze ją w miej­scu zra­nie­nia.

Wczoł­guje się pod stół, wo­kół wszystko wy­daje się ta­kie nie­ostre. Kiedy pró­buje wstać po dru­giej stro­nie, śli­zga się na za­krwa­wio­nej po­sadzce.

"To moja krew czy ko­goś in­nego?", prze­myka jej przez głowę.

Nie ma po­ję­cia. Wie je­dy­nie, że w pią­tek wie­czo­rem po­ło­żyła dzieci do łó­żek i otwo­rzyła drugą bu­telkę wina. Jest pewna, że do­kład­nie za­mknęła drzwi i okna. Nie za­po­mina się o ta­kich rze­czach, je­śli ma się za sobą ta­kie przej­ścia jak ona. Mimo to znie­na­cka wy­rósł za nią za­ma­sko­wany męż­czy­zna. Gdyby nie zo­ba­czyła jego od­bi­cia w ekra­nie te­le­wi­zora...

Kiedy pod­nosi się te­raz z pod­łogi, męż­czy­zna ob­cho­dzi stół. Trzyma w ręce krótką że­liwną rurkę, prze­wraca jedno z krze­seł, a ją ogar­nia strach.

Pusz­cza się bie­giem.

"Dzieci...", my­śli.

Nie może po­zwo­lić, żeby wła­my­wacz do­brał się do tego, co ma naj­cen­niej­sze.

Jest prze­ko­nana, że sama zgi­nie, ale je­śli tylko dzieci prze­żyją, bę­dzie szczę­śliwa.

Twardy przed­miot ude­rza ją w plecy. Roz­lega się ło­mot, gdy upada on na pod­łogę. Ten typ mu­siał rzu­cić w nią rurką. Mag­gan się za­trzy­muje, pod­nosi me­ta­lowy przed­miot, ni­g­dzie jed­nak nie wi­dzi na­past­nika.

"Co się tu, do cho­lery, dzieje?" - za­sta­na­wia się.

To on musi za tym stać. Jo­han. Znie­na­wi­dził ją, bo wy­stą­piła o roz­wód, ale prze­cież było to sześć lat temu. Cze­kałby aż tak długo, żeby się na niej ze­mścić?

Roz­wód prze­czoł­gał ich oboje. Pie­kielna ba­ta­lia są­dowa o opiekę nad dziećmi. Łącz­nie sie­dem zgło­szeń do po­mocy spo­łecz­nej. Awan­tury i prze­py­chanki, aż sąd zde­cy­do­wał, że to jej na wy­łącz­ność przy­pad­nie prawo do opieki. Prze­są­dziła o tym agre­sja Jo­hana.

Szlo­cha­jąc, Mag­gan ostroż­nie się cofa. Mocno trzyma rurkę. Nie wie, gdzie po­ło­żyła te­le­fon, i nie ma sensu krzy­czeć. Nikt jej nie usły­szy. Naj­bliżsi są­sie­dzi miesz­kają ki­lo­metr od niej. Na­gle ża­łuje, że się tu w ogóle prze­pro­wa­dziła. Cho­ciaż... na­le­ża­łoby ra­czej po­wie­dzieć: ucie­kła. Stać ją było tylko na wy­na­jem tego domku, bo Jo­han do­słow­nie pu­ścił ją z tor­bami. Jak skoń­czona idiotka brała na sie­bie wszyst­kie kre­dyty. Na­wet wtedy, gdy za­czął ją już bić. Mag­gan czuje, jak pod pa­niką i stra­chem ro­śnie w niej dawno za­siana wście­kłość. Chwyta się jej z ca­łych sił. Zgrzyta zę­bami i mówi pod no­sem:

- Ten du­pek nie bę­dzie so­bie po­zwa­lać.

Kiedy w domu ga­sną świa­tła, wstrzy­muje od­dech. Bez­piecz­niki są w przed­po­koju, przy scho­dach. To je­dyna droga na górę - do dzieci.

Mag­gan jest prze­ko­nana, że to on się z nią bawi. Jej oczy po­woli przy­zwy­cza­jają się do ciem­no­ści, ale w domu pa­nuje zi­mowy mrok, więc musi po­stę­po­wać ostroż­nie.

Na od­głos, który roz­lega się za nią, serce pod­ska­kuje jej aż do gar­dła.

Wy­wija rurką, ale tra­fia tylko w pustkę.

- Od­puść so­bie. - Szept roz­lega się na prawo od niej, dużo bli­żej, niż się spo­dzie­wała. Mag­gan znów bie­rze za­mach i na­biera w płuca wię­cej po­wie­trza.

- Prze­stań, Jo­han - sa­pie, nie­na­wi­dząc sie­bie za ten bła­galny ton. W od­po­wie­dzi roz­lega się śmiech. Po­nury, sy­czący, włosy na rę­kach stają jej dęba.

Mag­gan cofa się, aż wpada na ścianę. Po omacku prze­suwa się w lewo, do­ciera do drzwi pro­wa­dzą­cych do du­żego po­koju. Przy ko­minku są wi­dełki.

Nie­spo­dzie­wany cios w usta po­wala ją na plecy, na­past­nik rzuca się na nią z pię­ściami. Kiedy okłada ją po twa­rzy, Mag­gan gubi rurkę. Stara się osła­niać, ale od czasu do czasu któ­ryś z cio­sów tra­fia. Ból ma swoje gra­nice, Mag­gan do­brze o tym wie, w pew­nym mo­men­cie tak się na­sila, że or­ga­nizm nie­mal się wy­łą­cza i nic się nie czuje. Ale w tej chwili każde jego ude­rze­nie na­dal prze­szywa jej ciało. A może na­wet i du­szę.

Jest przy­zwy­cza­jona do by­cia bitą, tym ra­zem robi jed­nak coś, czego jesz­cze nie pró­bo­wała.

Od­daje mu. Dra­pie i stara się do­się­gnąć do jego oczu.

On chwyta ją za ręce. Woń jego per­fum mie­sza się z za­pa­chem wina z jej od­de­chu. Ze smro­dem jej wła­snego stra­chu.

Udaje się jej tra­fić w szyję, męż­czy­zna char­czy. To dla niej szansa. Mag­gan przy­po­mina so­bie tre­ning sa­mo­obrony i zrzuca z sie­bie na­past­nika.

Czołga się ka­wa­łek, po czym z tru­dem staje na nogi. Bie­gnie do scho­dów i tego, co jako je­dyne na­daje sens jej ży­ciu.

Do dzieci...

Ma­tilda i Pa­trik prze­stali już py­tać, gdzie się po­dziewa tata.

- Stój - sły­szy za sobą, jed­nak po­wo­duje to do­dat­kowy przy­pływ ener­gii. Wszystko ją boli, ale ja­kimś cu­dem wy­krze­suje w so­bie siły.

Musi je­dy­nie wejść na górę, do po­koju dzieci, i za­dzwo­nić pod sto dwa­na­ście z te­le­fonu Pa­trika. Za­mknąć drzwi i wy­trzy­mać do przy­jazdu po­li­cji.

W po­ło­wie scho­dów lą­duje twa­rzą na jed­nym ze stopni. Pod­ciął jej nogi. Świat wo­kół niej kręci się jak na ka­ru­zeli, na­past­nik ściąga ją za nogę po scho­dach.

Nie krzy­czy. Żeby nie obu­dzić dzieci. "Czy to nie chore?", my­śli. Osła­nia twarz rę­kami, czuje, jak jedno czy dwa że­bra ła­mią się jej pod­czas tej prze­jażdżki na dół.

Mag­gan pró­buje kop­nąć na­past­nika drugą nogą i tra­fia go w ra­mię, ob­raca się tak, żeby ude­rze­nia o stop­nie przyj­mo­wać na plecy, do­póki on nie pusz­cza jej na dole na zimną ka­mienną po­sadzkę w przed­po­koju. Ciąg od drzwi - Mag­gan pro­siła wła­ści­ciela, żeby w wol­nej chwili coś z tym zro­bił - działa otrzeź­wia­jąco na jej zmy­sły. Daje jej siłę, żeby po raz ostatni ze­brać się w so­bie.

Już ma kop­nąć tego męż­czy­znę w ko­lano, gdy wtem wi­dełki ko­min­kowe prze­bi­jają jej pierś. Ni­gdy nie czuła po­dob­nego bólu. Jest tak na­gły. Tak głę­boki. Tak pa­lący. Tak... osta­teczny. Do Mag­gan do­ciera ta świa­do­mość: Za­raz umrze.

- Wy­zwolę cię - szep­cze głos. Wy­ciąga wi­dełki z jej piersi, ale tylko po to, żeby znów ją nimi dźgnąć, i jesz­cze raz, i jesz­cze. Mag­gan ma roz­bie­gany wzrok. Za­trzy­muje go na okrą­głym okienku w drzwiach domu. Wi­dzi za nimi bez­gło­śnie spa­da­jące cięż­kie płatki śniegu. Tam ucieka. Z dala od bólu. Aż cał­kiem znika w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści, gdzie ból już nie ist­nieje.

- Dzieci... - To ostat­nie słowo, które szepce przed śmier­cią.

2

Cho­ciaż John Wa­gner czeka w środku, cały się trzę­sie. W związku z kry­zy­sem ener­ge­tycz­nym prze­wod­ni­cząca rady miej­skiej Cla­ire Olo­fs­son zde­cy­do­wała o przy­krę­ce­niu tem­pe­ra­tury o dwa stop­nie we wszyst­kich lo­ka­lach sa­mo­rzą­do­wych w De­cem­ber. Kom­plet­nie po­ro­niony po­mysł, je­śli wziąć pod uwagę, ile prądu idzie na jej wy­my­sły z oka­zji Hal­lo­ween, a wkrótce za­pewne także Bo­żego Na­ro­dze­nia. Zo­stał w każ­dym ra­zie w kurtce i chu­cha na dło­nie, roz­glą­da­jąc się wo­kół. Czuje się tu nie­swojo.

Za­wsze na­le­żał do tych, któ­rzy trzy­mają się z boku.

Te­raz przy­glą­dają mu się za­cie­ka­wione, nie­śmiałe spoj­rze­nia. Kiwa głową i się wita. Ma­cha dwóm czter­na­sto­lat­kom, któ­rym wy­daje się, że dys­kret­nie pstry­kają mu fotki, po czym po­chy­lają się nad te­le­fo­nami, żeby wrzu­cić je do me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Istny cud, że - w ta­kich stro­jach - jesz­cze nie za­mar­zły. Mają zde­cy­do­wa­nie zbyt krót­kie bluzki. Do tego jedna jest ubrana w sło­necz­nie żółtą spód­nicę do ko­lan i białe sne­akersy. Bez raj­stop. John do­staje dresz­czy już na samą myśl o tym, jak po ostat­niej lek­cji ta dziew­czyna bę­dzie szła do domu lub szkol­nego au­to­busu. Kręci głową. Tę­sk­nie spo­gląda na ko­lejkę do punktu wy­da­wa­nia po­sił­ków, ni­g­dzie nie do­strzega jed­nak kawy ani na­wet nie wy­czuwa jej aro­matu. W grun­cie rze­czy nie jest to może wcale ta­kie dziwne.

Dwu­pię­trowy bu­dy­nek z brą­zo­wej ce­gły. Pod­sta­wówka przy parku wy­gląda rów­nie de­pry­mu­jąco co wszyst­kie inne szkoły, które wi­dział John. Po­li­cjant czuje się nie­swojo, sie­dząc w sto­łówce, pod­czas gdy starsi ucznio­wie plot­kują o nim po ką­tach.

Klasy od czwar­tej do szó­stej mają za­ję­cia w od­dziel­nym bu­dynku ka­wa­łek da­lej, a przed­szkole i na­ucza­nie po­cząt­kowe prze­nio­sły się do no­wego gma­chu po dru­giej stro­nie ulicy. "Je­śli jest w nim rów­nie zimno jak tu­taj - my­śli John - to na­prawdę żal tych ma­lu­chów". Robi, co może, żeby stłu­mić w so­bie iry­ta­cję spo­wo­do­waną za­in­te­re­so­wa­niem, ja­kie starsi ucznio­wie oka­zują mu z dy­stansu.

Po przy­jeź­dzie do De­cem­ber Joh­nowi Wa­gne­rowi nie do końca udało się za­szyć, a po tym wszyst­kim, co się tu wy­da­rzyło - po­ra­chun­kach gan­gów, prze­trzy­my­wa­niu za­kład­ni­ków w hu­cie, pla­dze mor­derstw na ko­bie­tach i tym pie­przo­nym zbi­rze za­ży­na­ją­cym pięć osób, to tylko kilka przy­kła­dów z ca­łej gamy zła - me­dia za­częły krą­żyć po mie­ście jak roz­ju­szone ćmy. Nie było też więk­szym za­sko­cze­niem, że ro­iło się od spe­ku­la­cji na te­mat Johna Wa­gnera. Po­li­cjant ze Sztok­holmu, który prze­niósł się do ma­łego mia­steczka De­cem­ber, po tym jak jego żona i syn znik­nęli.

Stał się sławny, cho­ciaż je­dyne, na czym mu za­le­żało, to po­zo­stać nie­wi­dzial­nym.

W ko­lejce po je­dze­nie banda na­sto­lat­ków o gło­sach oscy­lu­ją­cych mię­dzy dzie­ciń­stwem a do­ro­sło­ścią wy­dziera się na całe gar­dło. Na twa­rzy Johna wy­wo­łuje to uśmiech. Sam do­brze pa­mięta, jak to było. Ten wstyd, że głos go za­wo­dzi za­wsze wtedy, gdy naj­bar­dziej mu za­leży na tym, żeby do­brze wy­paść. Po­tem ude­rza go ko­lejna myśl i marsz­czy brwi.

Może Mat­tias ni­gdy tego nie do­świad­czy.

Może - ina­czej, niż John to so­bie wy­obra­żał - ni­gdy nie bę­dzie mu dane chi­cho­tać pod no­sem, kiedy jego syn bę­dzie prze­cho­dził mu­ta­cję.

"Nie, nie wolno mi na­wet tak my­śleć - po­sta­na­wia. - Sara i Mat­tias żyją, znajdę ich".

Wi­zyta tu­taj to wła­śnie krok w tym kie­runku. Aku­rat w chwili, kiedy John czuje, że łzy na­pły­wają mu do oczu, a do tego po­woli nad­ciąga atak mi­greny, drzwi otwie­rają się i z kuchni sto­łówki wy­cho­dzi dy­rek­tor szkoły, z któ­rym John nie da­lej jak chwilę temu od­był krótką roz­mowę. Dy­rek­to­rowi to­wa­rzy­szy star­sza ko­bieta w zie­lo­nym siat­ko­wym czepku na wło­sach, nie­bie­skich pla­sti­ko­wych klap­kach i żół­tych gu­mo­wych rę­ka­wicz­kach. Serce staje Joh­nowi w gar­dle. Pod­nosi się z miej­sca, a kiedy dy­rek­tor pod­cho­dzi do niego z chudą sta­ruszką, John do­kłada wszel­kich sta­rań, żeby przed­sta­wić się z jak naj­ser­decz­niej­szym uśmie­chem na ustach.

- Jak już mó­wi­łem... Może Anita bę­dzie w sta­nie panu po­móc - mówi dy­rek­tor, po czym prze­pra­sza i od­cho­dzi, a Anita, która ma metr pięć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu i spra­wia wra­że­nie na pół zmu­mi­fi­ko­wa­nej, po­dejrz­li­wie świ­druje Johna wzro­kiem.

- Wy­gląda pani, jakby ba­dała wła­śnie miej­sce zbrodni - żar­tuje po­li­cjant i wska­zuje na strój ku­charki.

- Ha! - pry­cha sta­ruszka nad­spo­dzie­wa­nie szorstko i marsz­cząc nos, ściąga gu­mowe rę­ka­wice i roz­gląda się wśród na­sto­lat­ków. - W tym miej­scu aż roi się od prze­stęp­ców. Cho­lerni gów­nia­rze. - Po­tem po­ka­zuje drzwi pro­wa­dzące na ze­wnątrz. - No cóż, skoro mam do­dat­kową prze­rwę, żeby z pa­nem po­roz­ma­wiać, mo­żemy to chyba zro­bić na dwo­rze. Przy oka­zji za­czerpnę so­bie "świe­żego po­wie­trza" - do­daje zna­cząco i wy­ciąga z kie­szeni bia­łego far­tu­cha paczkę pa­pie­ro­sów. - Cho­ciaż przez chwilę nie będę czuła smrodu tego na­sto­let­niego ki­sielu w majt­kach, we­gety i prze­po­co­nych stro­jów gim­na­stycz­nych.

- Pro­szę pro­wa­dzić - od­po­wiada z uśmie­chem John, wy­ko­nu­jąc za­chę­ca­jący gest.

"Ta ko­bieta to cho­dząca hi­sto­ria", my­śli.

Na ze­wnątrz pa­nuje taki mróz, że po­wie­trze wy­daje się ostre jak brzy­twa i nie­mal pie­cze w twarz. Niebo jest in­ten­syw­nie błę­kitne, Joh­nowi bra­kuje chmur, które wcze­śniej wi­siały nad do­liną. Za­kłada, że mimo wszystko choć tro­chę za­trzy­my­wały tu cie­pło. Kiedy do De­cem­ber przy­cho­dzi praw­dziwa zima, to za­zwy­czaj się nie pa­tycz­kuje. Od pierw­szych opa­dów śniegu w Hal­lo­ween nie mi­nął jesz­cze ty­dzień, ale już tem­pe­ra­tura spa­dała za dnia do mi­nus dzie­się­ciu stopni, a nocą po­dwa­jała wy­nik. John od­krył, że so­ple lodu mogą two­rzyć się na­wet na rzę­sach. Spo­koj­nie mógłby się obejść bez tej wie­dzy.

"I co mi się nie po­do­bało w sza­ro­brą­zo­wej sztok­holm­skiej brei", wzdy­cha w du­chu.

- No więc... - za­gaja sta­ruszka, za­pa­liw­szy już pa­pie­rosa i wy­pu­ściw­szy z ust gi­gan­tyczny ob­łok dymu. Do tego stop­nia nie było wia­tru, że ob­łok pod­ry­fo­wał po­woli, bar­dzo po­woli przez szkolne po­dwó­rze. - Chciał pan ze mną po­roz­ma­wiać o ja­kiejś by­łej uczen­nicy?

- O mo­jej żo­nie - wy­ja­śnia John. - Sa­rze Barke. Ona i mój syn znik­nęli bez śladu cztery mie­siące temu. Sara do­ra­stała tu, w mie­ście, cho­dziła do tej szkoły, a dy­rek­tor po­wie­dział, że pani jako je­dyna z obec­nej za­łogi pra­co­wała w tam­tym okre­sie.

- A tam­ten okres to...?

- Po­czą­tek lat dzie­więć­dzie­sią­tych - od­po­wiada John. - Sara za­częła siódmą klasę je­sie­nią dzie­więć­dzie­sią­tego pierw­szego, a szkołę skoń­czyła w dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym.

- Do­bry Boże - mam­ro­cze Anita z pa­pie­ro­sem zwi­sa­ją­cym z ust. - To wieki temu. Będę mu­siała się temu bli­żej przyj­rzeć. - Wska­zuje na zdję­cie w dłoni Johna, a on je jej po­daje. Sta­ruszka przy­trzy­muje je w wy­cią­gnię­tej przed sie­bie ręce.

John wi­dzi do­kład­nie, kiedy to się dzieje - kiedy Anita roz­po­znaje Sarę. Pa­trzy, jak ku­charce mi­ni­mal­nie roz­sze­rzają się źre­nice, pe­łen zdzi­wie­nia od­dech staje się krótki, a spoj­rze­nie ciem­nieje. Joh­nowi przy­spie­sza puls.

- Pra­co­wa­łam tu wtedy od dzie­się­ciu lat. W przy­szłym roku idę na eme­ry­turę, je­śli Bóg da i, jak to się mówi, do tego czasu nie kopnę w ka­len­darz. Musi pan wie­dzieć, że przez ten czas prze­wi­nęło się tu wielu uczniów...

John sły­szy do­mnie­mane "ale" i de­li­kat­nie prze­kręca mu się w żo­łądku. Zna do­brze to pod­nie­ce­nie i nie­cier­pli­wie po­ga­nia ku­charkę:

- Ale...?

- Ale ją pa­mię­tam - od­po­wiada Anita i od­daje mu zdję­cie. - Nie dla­tego, że wi­dzia­łam ją ja­koś czę­sto. Dużo czę­ściej wi­dy­wa­łam Annę-Ma­rię.

- Annę-Ma­rię?

- Cho­dziła z nią do klasy. Miła dziew­czyna. Zde­cy­do­wa­nie zbyt miękka.

- Ale... co z Sarą? - pyta John i za­nosi się kasz­lem, kiedy Anita wy­dmu­chuje z płuc jesz­cze jedną chmurę dymu. Tym ra­zem za­wisa wo­kół nich ni­czym prze­sy­cona ni­ko­tyną mgła.

- Z Sarą, no cóż... - Wzrok ku­charki staje się na chwilę nie­obecny. Po­tem po­ciąga no­sem. - Musi pan po­roz­ma­wiać z... No, jak mu tam, kur­czaki, było? - Dra­pie się po siatce na włosy, głę­boko za­ciąga pa­pie­ro­sem, tak że ten znika do po­łowy, i pstryka so­bie pal­cami tuż przed twa­rzą. Mimo to nie daje rady so­bie "tego" przy­po­mnieć. Po­tem roz­pro­mie­nia się i ci­ska nie­do­pa­łek na zie­mię. - Za mną - oświad­cza i nad­zwy­czaj ener­gicz­nie wcho­dzi z po­wro­tem do szkoły.

John gasi pa­pie­rosa bu­tem i ru­sza za nią, w jego piersi na­ra­sta po­czu­cie od­re­al­nie­nia.

"Anna-Ma­ria...? - za­sta­na­wia się. - O co w tym, kurna, cho­dzi...? A te­raz jesz­cze ja­kiś typ...?"

Jest pe­wien, że Anita roz­po­znała Sarę. Ale nie ma też wąt­pli­wo­ści, że wiąże się z tym ja­kaś de­li­katna kwe­stia. Na ogół lu­dzie py­tani o za­gi­nio­nych cie­szą się, że mogą po­móc. Leży to w ich na­tu­rze. Ale ton głosu i za­cho­wa­nie Anity trudno jed­no­znacz­nie zin­ter­pre­to­wać.

Ku­charka nie za­trzy­muje się, mija sto­łówkę i wcho­dzi na ko­ry­tarz, gdzie pod ścia­nami stoją rzę­dem wą­skie nie­bie­skie szafki. Czuć tu li­no­leum i... na­sto­lat­kami. Nie jest to do końca przy­jemny za­pach, co do tego John musi przy­znać jej ra­cję. Skrę­cają w prawo i do­cho­dzą do wi­szą­cej na ścia­nie ga­bloty. Anita za­trzy­muje się przed nią, wo­dzi ręką po szyi i wy­ciąga za­wie­szone na łań­cuszku oku­lary do czy­ta­nia. Za­kłada je i pod­cho­dzi do szyby.

- Tu­taj. - Wska­zuje na zdję­cie za po­sre­brza­nym pu­cha­rem. - To z nim po­wi­nien pan po­roz­ma­wiać.

Pu­char jest na­grodą za zwy­cię­stwo w kon­kur­sie ma­te­ma­tycz­nym. Na zdję­ciu wi­dać czte­rech chłop­ców i dziew­czynkę.

- Z tym blon­dy­nem po le­wej? - pyta John, na­chy­la­jąc się do ga­bloty.

- Tak. Trzy­mali się ra­zem, nie­ustan­nie. Cho­lera wie dla­czego. - Anita jesz­cze raz przy­gląda się zdję­ciu, po czym krzy­czy: - Chri­stian! Tak, miał na imię Chri­stian. Nie­sa­mo­wite, jak pa­mięć czło­wieka bywa za­wodna.

- A czemu niby mie­liby się nie trzy­mać? - pyta John, ro­biąc zdję­cie fo­to­gra­fii za szybą i no­tu­jąc imię.

Anita pry­cha.

- Był z niego do­bry chło­pak. Mą­dry, jak sam pan wi­dzi. Ta szkoła wy­grała na­ro­dowy kon­kurs ma­te­ma­tyczny tylko raz, kiedy był aku­rat w dru­ży­nie. Miał przed sobą przy­szłość. Trudno po­wie­dzieć, co ta­kiego wi­dział w tej... - Urywa. Za­pewne do­ciera do niej, że John na­po­mknął, że Sara to jego żona, a w głębi du­szy jest naj­wy­raź­niej do­brze wy­cho­wana. - To z nim po­wi­nien pan po­roz­ma­wiać - po­wta­rza więc je­dy­nie. - Na na­zwi­sko miał chyba Öh­man. Je­śli ktoś wie coś o pana za­gi­nio­nej żo­nie w tam­tym okre­sie, to tylko on. Przy­pusz­czam, że mu­siała go ocza­ro­wać wy­glą­dem, tak jak wszyst­kich in­nych.

"Tak jak i mnie? - Ta myśl po­ja­wia się tak na­gle, że John nie ma szansy jej po­wstrzy­mać. - Czy tak wła­śnie było? Czy to moż­liwe, że tak go ujęła uroda Sary, że na nic in­nego nie zwra­cał uwagi? Jak choćby na to, że ni­gdy nie mó­wiła o swoim do­ra­sta­niu?"

Pieką go po­liczki. Musi aż za­mknąć oczy i zła­pać się za czoło. Mi­grena wraca, wbi­ja­jąc ostre kolce w mięk­kie, czułe tkanki. Mdło­ści się na­si­lają. John bie­rze głę­boki wdech, pod­nosi po­wieki i wła­śnie chce za­py­tać Anitę, co ta ma na my­śli, kiedy spo­strzega, że ku­charka so­bie po­szła. Jej słowa o Sa­rze po­zo­stają w jego umy­śle ni­czym zło­śliwe, skrze­czące ptaki.

Kiedy w kie­szeni kurtki od­zywa się te­le­fon, John przez chwilę za­mie­rza go nie od­bie­rać. On także jest jed­nak w grun­cie rze­czy do­brze wy­cho­wany i po trze­cim sy­gnale wzdy­cha i wy­ciąga apa­rat. Na wy­świe­tla­czu wi­dzi imię sze­fo­wej - Mona.

"Może cho­dzi o ja­kąś do­brą no­winę", usi­łuje so­bie wma­wiać, na­ci­ska­jąc "od­bierz".

- John - za­czyna Mona. - Mu­sisz po­je­chać pod ad­res, który przed chwilą ci wy­sła­łam. I to jak naj­szyb­ciej.

- Coś się stało?

- Można tak po­wie­dzieć. Zna­leź­li­śmy mar­twą ko­bietę.

- Niech to szlag. Czy to ten sam spra...

Mona zde­cy­do­wa­nie mu prze­rywa.

- Omó­wimy wszystko już na miej­scu. Ta sprawa to nasz prio­ry­tet, John. I wy­maga od nas cho­ler­nej dys­kre­cji.

3

John zbliża się do bu­dynku, który wy­daje się zło­wrogi. Dawna huta stali - mimo li­ftingu - wciąż wy­gląda pa­skud­nie. Pre­cy­zyj­niej John nie jest w sta­nie tego ująć. Sara po­wie­dzia­łaby za­pewne, że ten bu­dy­nek roz­ta­cza złą aurę.

Przy­kryta płachtą ofiara wciąż leży na zmro­żo­nej ziemi. John czuje kłu­cie w żo­łądku - za każ­dym ra­zem, gdy wi­dzi mar­twą ko­bietę, wy­daje mu się, że to jego żona.

- To nie ona - za­pew­nia go Mona, jakby czy­tała w nim jak w otwar­tej księ­dze.

- Okej. - Prze­łyka gulę nie­po­koju. - Skąd więc ta dys­kre­cja?

- To Lena Ac­ker­mann.

John chce na­po­mknąć coś o tym, że wszy­scy są równi wo­bec śmierci i Ac­ker­man­no­wie nie sta­no­wią w tej kwe­stii żad­nego wy­jątku, ale daje so­bie spo­kój. Mona jest ze­stre­so­wana i wy­cień­czona.

Zbliża się więc do zwłok, uwa­ża­jąc jed­nak, żeby nie po­dejść zbyt bli­sko. Valle jest już na miej­scu i roz­ło­żył po­mo­sty.

- Kim do­kład­nie jest w ro­dzi­nie?

- To wnuczka Evy i Rolfa Ac­ker­man­nów. Ich dzie­dziczka. Sio­stra Carla i Ro­bina.

Na wspo­mnie­nie Evy i Rolfa Ac­ker­man­nów oraz dra­matu za­kład­ni­ków, który ro­ze­grał się w mie­ście kilka ty­go­dni wcze­śniej, John aż się wzdryga. Sta­rzy Ac­ker­man­no­wie nie byli - de­li­kat­nie mó­wiąc - do rany przy­łóż.

- An­ga­żo­wała się ja­koś w ro­dzinne in­te­resy?

Mona wy­ciąga przed sie­bie rękę i po­ru­sza nią na boki.

- Sły­sza­łeś chyba, jak to się mówi: pierw­sze po­ko­le­nie do­ra­bia się for­tuny, dru­gie nią za­rzą­dza, trze­cie prze­pusz­cza.

John wciąga rę­ka­wiczki. Prze­szywa go chłód i za­pi­suje so­bie w pa­mięci, żeby na przy­szłość wkła­dać za­wsze ka­le­sony i pod­ko­szu­lek z dłu­gim rę­ka­wem. Cho­ciaż mrozy w Sztok­hol­mie są gor­sze ze względu na dużą wil­got­ność, tu­taj dają się one zde­cy­do­wa­nie bar­dziej we znaki. Szcze­gól­nie je­śli ktoś - tak jak on - nie jest do nich przy­zwy­cza­jony.

- Żad­nych śla­dów na śniegu? - rzuca to py­ta­nie w lo­do­wate po­wie­trze przed sobą.

- Sher­lock Hol­mes z cie­bie - szcze­rzy się na to Valle, który my­śli, że było skie­ro­wane do niego.

- Zmie­rzy­łeś jej już tem­pe­ra­turę? - pyta John, kiedy Ju­liette i Axel roz­sta­wiają na­miot.

- Jesz­cze nie, ale uznał­bym, że od mo­mentu zgonu mi­nęło co naj­mniej dwa­na­ście go­dzin, bo śnieg za­czął pa­dać wczo­raj wie­czo­rem. - Valle od­gar­nia biały puch. - Mu­siała tu przyjść za­pewne stam­tąd. - Wska­zuje pa­skudny bu­dy­nek.

John zerka w tamtą stronę, po czym znów pa­trzy na Lenę Ac­ker­mann. Na­miot już stoi i Valle ściąga płachtę ze zwłok. Odór od razu ude­rza Johna, mimo że mróz i tak go przy­głu­szył.

Bie­gunka i krew mię­dzy no­gami, za­sty­głe na ustach wy­mio­ciny.

- O kurwa.

- Tak, chyba można tak śmiało po­wie­dzieć. - Valle po­ciera czoło nad­garst­kiem.

Lena Ac­ker­mann, która wy­gląda na dwa­dzie­ścia, góra dwa­dzie­ścia kilka lat, ma na so­bie cienki ja­sno­fio­le­towy szla­frok z sa­tyny. Nic wię­cej. I jest boso.

- Do­kąd się wy­bie­ra­łaś? - mam­ro­cze pod no­sem John.

- Ob­sta­wiam starą elek­trow­nię - od­po­wiada za nią Valle i wska­zuje w kie­runku jed­nej z ma­te­ria­ło­wych ścian na­miotu.

- Wy­glą­da­łoby to na za­tru­cie lub na­prawdę so­lidny roz­strój żo­łądka, gdyby, rzecz ja­sna, nie ta krew. Ja­kieś rany? - pyta John.

- Cała jest w ra­nach. Są na ko­la­nach, sto­pach, dło­niach, rę­kach. Ktoś się z nią nie cac­kał.

John uważ­nie ogląda je­den z pal­ców. Bra­kuje na nim pa­znok­cia, a opuszki są po­ra­nione, jakby ko­bieta pró­bo­wała wy­dra­pać so­bie drogę ucieczki.

- Bę­dzie z tym urwa­nie głowy, całe szczę­ście, że mam ty­dzień urlopu. - Valle uśmie­cha się i wstaje.

- O tym mo­żesz za­po­mnieć. - Mona wtyka głowę do na­miotu i po­ciera dło­nie, żeby się roz­grzać. - Żad­nych urlo­pów, do­póki sprawa nie zo­sta­nie roz­wią­zana. Wy­star­czy, że Frank jest da­lej chory. Bez cie­bie po pro­stu nie dam rady. Kiedy już się tu ro­zej­rzysz, chcia­ła­bym, że­byś prze­ana­li­zo­wał ostat­nie dni ży­cia Leny Ac­ker­mann. Przy­go­tuj li­stę osób, które warto we­zwać na prze­słu­cha­nie. Cho­dzi­łeś już w tych bu­tach. Znów je włóż.

- Ależ kur...

- Valle, wiesz prze­cież, ja­kie są za­sady. Mo­głeś so­bie wy­brać inny za­wód - szcze­rzy się Mona i znów znika.

- Za­sta­na­wia­łem się nad tym - mam­ro­cze.

John też wy­cho­dzi z na­miotu. Kuli się, kiedy wiatr roz­wiewa mu włosy. Wkłada ręce do kie­szeni i idzie z Moną w stronę domu.

- Cie­kawe, co ona niby po­ra­biała na tym od­lu­dziu.

Mona pry­cha.

- Miesz­kała tu­taj. Wy­re­mon­to­wała te bu­dynki za kilka mi­lio­nów, kiedy pro­duk­cja stali prze­nio­sła się w ca­ło­ści do no­wej fa­bryki. Naj­wy­raź­niej jest taka moda. Żeby prze­ra­biać stare nie­ru­cho­mo­ści prze­my­słowe na miesz­ka­nia, a ona zaj­mo­wała cały ten bu­dy­nek.

- Sama?

- Tak, ale po­łowa służy za ga­raż dla jej nie­zli­czo­nych sa­mo­cho­dów. Za­ba­wek bo­ga­czy i ta­kich tam.

- By­li­śmy w domu?

- Nie, ślu­sarz już je­dzie, ale jedno wy­daje się dziwne. Dom jest za­mknięty na cztery spu­sty. A alarm włą­czony.

Johna ogar­nia złe prze­czu­cie, które prze­nosi go do dnia znik­nię­cia Sary. Zerka za sie­bie na sto­jący w ogro­dzie na­miot, gdzie w sa­ty­no­wym szla­froku leży obrzy­dli­wie bo­gata ko­bieta - mar­twa. Ko­bieta, która naj­wy­raź­niej w środku nocy wy­szła z domu, żeby przejść się po śniegu na bo­saka, a wcze­śniej za­mknęła drzwi i uzbro­iła alarm.

"Jak więc wy­szła? - prze­myka mu przez głowę. - I kto, do cho­lery, za­mknął te drzwi... Czy ta osoba wciąż jest w środku?"

4

Kim Cor­dell sie­dzi u Toma O'Con­nora i czeka. Już samo to wy­daje się jej wy­star­cza­jąco chore. Do­wódca mi­li­cji, na­zi­sta. Z ob­se­sją na punk­cie apo­ka­lipsy. Je­śli do­dać jesz­cze, że - jak do­piero co się do­wie­działa - to jej oj­ciec... W do­datku ty­dzień wcze­śniej przy­pad­kiem go po­strze­liła...

"Świat to je­den wielki cyrk. A ja naj­wy­raź­niej je­stem klau­nem", kręci głową.

Ze ścian spo­glą­dają na nią brą­zowe szklane oczy wy­pcha­nych afry­kań­skich ga­zeli. Na sto­liku stoi ogromny głu­szec z roz­ło­żo­nym w wa­chlarz ogo­nem i szyją wy­cią­gniętą w za­sty­gły na wieki krzyk. Na pod­ło­dze leży skóra krowy. Kim od­no­to­wuje to wszystko i ogar­nia ją mo­men­talne zwąt­pie­nie. "Co jest nie tak z tymi ma­cho, że tak chęt­nie ota­czają się isto­tami, które sami za­mor­do­wali?", za­sta­na­wia się, do­strze­ga­jąc wo­kół sie­bie je­dy­nie śmierć, roz­pacz i cier­pie­nie. Oświe­tlają to dro­gie lampy od Tif­fany'ego, a uzu­peł­niają ob­razy olejne z mo­ty­wami my­śliw­skimi w gru­bych zło­tych ra­mach.

Tom wcho­dzi do po­koju, a Kim wstaje z miej­sca. Tak ten szaj­bus działa na lu­dzi. Aż nie chce się wie­rzyć, że zbliża się do sześć­dzie­siątki. Kim może zro­zu­mieć, dla­czego to wła­śnie on zo­stał przy­wódcą tych po­gu­bio­nych męż­czyzn ży­ją­cych w gó­rach. Ma... cha­ry­zmę. Aurę, którą roz­ta­cza wo­kół sie­bie. Na­wet te­raz, gdy prze­suwa się po­woli, trzy­ma­jąc jedną rękę przy­ci­śniętą mocno do brzu­cha.

"Bo... go tam po­strze­li­łam", prze­la­tuje Kim przez głowę, kiedy znów siada na so­fie.

Tom pod­cho­dzi do ka­napy na­prze­ciwko i też siada. Wolno, bar­dzo wolno.

- Jak... tak...? - Kim wska­zuje głową jego brzuch.

Po­liczki ją pieką i prze­klina tę swoją przy­pa­dłość, że czer­wieni się z byle po­wodu. Tom O'Con­nor po­syła jej pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie. Jak­kol­wiek Kim bar­dzo się stara, nie jest w sta­nie my­śleć o nim jak o Jacku Fern­strömie, bo tak się na­prawdę na­zywa. Te­raz męż­czy­zna roz­siada się na ka­na­pie w ame­ry­kań­skim stylu, pom­pa­tycz­nej jak wszystko w tym domu, i wy­pusz­cza po­wie­trze, kon­tro­lo­wa­nie, jakby każdy ruch spra­wiał mu ból. Jedną rękę ma za­ban­da­żo­waną. To wła­śnie tam tra­fił go mor­derca Bello Umar.

- A jak my­ślisz? - mówi i pod­chwy­tuje jej wzrok. Pa­trzy na nią lo­do­wato.

- Ja­sne, okej. Tak, może to... czy­ste wa­riac­two i na nie­wiele się to zda, ale chcia­ła­bym cię prze­pro­sić - cią­gnie Kim. Chce wy­py­tać Toma o ty­siące rze­czy, ale żeby skło­nić go do mó­wie­nia, musi naj­pierw tro­chę się pod­li­zać, nie uro­dziła się wczo­raj. Poza tym na­prawdę nie chciała go po­strze­lić. - To był wy­pa­dek - za­pew­nia. - Pró­bo­wa­łam za­strze­lić tego, no... No jak mu tam.

- Cho­dzi ci o tego czar­nu­cha. - Tom, krzy­wiąc się, zmie­nia po­zy­cję. - Też mia­łem taki za­miar i mo­żesz być pewna, że je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­rego tu jesz­cze sie­dzisz, a nie le­żysz w le­sie w ja­kimś dole, jest to, że do­się­gnął mnie nie­za­mie­rzony frien­dly fire. Nie jest to jed­nak stan per­ma­nentny. Ta­kie w ży­ciu rzadko się zda­rzają. Wszystko może się szybko zmie­nić.

Kim aż się wzdryga i prze­łyka ślinę. "Czy on wła­śnie grozi śmier­cią wła­snej córce?" - prze­myka jej przez głowę. Jed­no­cze­śnie pie­cze ją w żo­łądku. Za­wsze miała krótki lont i te­raz już wie dla­czego.

"Co za pie­przony idiota", bu­rzy się w du­szy, po czym mówi:

- Że­bym miała ja­sność: przez te wszyst­kie lata, przez które pro­wa­dzi­li­śmy w De­cem­ber rów­no­le­głe ży­cia, ty cały czas wie­dzia­łeś, że je­stem twoją... że je­stem twoim... - Przy pierw­szym po­dej­ściu nie daje rady tego z sie­bie wy­du­sić, po­tem, czer­piąc siły z wście­kło­ści, wy­krztu­sza jed­nak: - ...że je­steś moim oj­cem?

Tom unosi brwi i krótko się śmieje, po­tem chwyta się za brzuch w miej­scu po kuli.

- A prze­glą­da­łaś się kie­dyś w lu­strze? Ilu ta­kich ir­landz­kich ru­dziel­ców wy­stę­puje w De­cem­ber? Wszy­scy mó­wią, że by­stra z cie­bie dziew­czyna, ja zaś mu­szę stwier­dzić, że to ta­kie pie­prze­nie, skoro ni­gdy nie zwró­ci­łaś uwagi na tak ude­rza­jące po­do­bień­stwo.

Kim za­ci­ska pię­ści na ko­la­nach.

- Może i tak, ale czło­wiek spo­dziewa się chyba, że przy­po­mina ro­dzi­ców także pod in­nymi wzglę­dami, nie tylko z wy­glądu? A je­śli cho­dzi o in­te­li­gen­cję, to mu­szę przy­znać, że z na­szej dwójki to ty wy­cią­gną­łeś krót­szą słomkę. Nie są­dzisz? Gnieź­dzisz się tu w gó­rach z bandą ja­kichś sza­leń­ców i przy­go­to­wu­jesz na na­dej­ście końca świata, za­miast czer­pać z ży­cia peł­nymi gar­ściami.

Tom nie od­po­wiada. Tylko na nią pa­trzy. I ma bez wąt­pie­nia ra­cję. Wi­dać wy­raź­nie, że są ze sobą spo­krew­nieni. Kiedy raz się to zo­ba­czy, nie spo­sób tego od­zo­ba­czyć. O ile jed­nak Kim po­świę­ciła ży­cie na po­ma­ga­niu in­nym, o tyle on... stał się gór­skim trol­lem z ob­ja­wami pa­ra­noi.

Tom wzdy­cha i wy­gła­dza so­bie ko­szulę.

- Czego więc ode mnie chcesz?

Ta­kie bez­po­śred­nie py­ta­nie oka­zuje się obez­wład­nia­jące. Wszystko tylko gma­twa. Kim od­chrzą­kuje. Ma ochotę na­pić się wody albo kawy, ale orien­tuje się, że nie ma jak, bo Tom nie za­ofe­ro­wał jej nic do pi­cia.

- A jak ci się, kurna, wy­daje? - wy­myka się jej tak bez­po­śred­nio i szorstko, że aż ją samą to za­ska­kuje.

Tom dra­pie się po czole.

- Nie mam tego, czego chcesz. Chyba to ro­zu­miesz? Nie je­stem two­imi za­gi­nio­nymi ko­rze­niami, które ja­koś ulo­kują cię w kon­tek­ście. W hi­sto­rii. We wspól­no­cie. To tak nie działa. Ja tak nie dzia­łam. Nie two­rzę wspól­not na ba­zie ge­nów, tylko prze­ko­nań, a żeby do niej na­le­żeć, ty, moja droga Kim Cor­dell, masz nie­stety zbyt mocno wy­prany mózg przez trą­biące o do­bru, le­wi­cu­jące, zglo­ba­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwa. Masz moje geny, to fakt. I trzeba ci wie­dzieć, że są to do­bre geny. Ni­gdy na nic nie cho­ro­wa­łem. Pro­szę, nie mu­sisz mi dzię­ko­wać. Poza tym je­ste­śmy dwójką ob­cych so­bie lu­dzi i jak dla mnie może tak po­zo­stać. Nie mam tego, czego szu­kasz, że­bym mógł ci to dać.

Kim ob­niża głos:

- Ma­jor... bab­cia, mia­łaby na ten te­mat inne zda­nie. Zdaje się, że dla niej ro­dzina była... naj­waż­niej­sza.

Na twa­rzy Toma od razu od­ma­lo­wuje się ból.

"Tu go mam - my­śli Kim, po ci­chu trium­fu­jąc. - Zna­la­złam jed­nak w nim ja­kąś sła­bość. Czy to nie ty­powe? Dla wszyst­kich cho­ler­nych dzia­dów matki są wraż­liwą kwe­stią".

- Może ci się wy­daje, że coś o niej wiesz, ale to są tylko rze­czy, które ona sama po­sta­no­wiła ci po­ka­zać - ce­dzi po­woli Tom, ale w jego gło­sie po­brzmiewa nowa nuta. Mimo wszystko ma ja­kieś uczu­cia. Na­wet je­śli stara się je ukryć. - I tyle - do­daje. - Kie­dyś też to zro­zu­miesz. Ale to już nie moja rola, żeby cię edu­ko­wać. Nie mam naj­mniej­szej chęci cię po­znać. I w ogóle. Przy­kro mi, je­śli po­zba­wiam cię złu­dzeń, bo może tak to so­bie wy­obra­ża­łaś albo może o tym ma­rzy­łaś, ale nic na to nie po­ra­dzę. A naj­więk­szą przy­sługą, jaką mogę ci wy­świad­czyć, jest by­cie z tobą szcze­rym. Nie grać w żadne gierki.

Kim wstaje. Nie wie, co od­po­wie­dzieć. Nie, o ni­czym ta­kim nie ma­rzyła.

- Świet­nie - rzuca w końcu. - Ale nie­gra­nie w żadne gierki za­kłada chyba też udzie­le­nie szcze­rych od­po­wie­dzi na za­da­wane py­ta­nia, prawda?

Tom sztyw­nieje na ka­na­pie.

- Nie je­stem ani tro­chę za­in­te­re­so­wana uda­wa­niem two­jej córki - kon­ty­nu­uje Kim. - Tego mo­żesz być, kurna, pewny. Ale mam kilka py­tań, na które chcę po­znać od­po­wie­dzi, o ile tylko je znasz, bo ina­czej bę­dziesz wła­śnie grał w gierki i bę­dzie wi­dać jak na dłoni, że wszystko to tylko fa­sada. Kry­jąca go­tu­jące się w to­bie uczu­cia trzy­mane pod po­krywką. Do mnie. Do mo­jej mamy. Do swo­jej mamy. A tak nie może chyba być, prawda?

Kiedy twarz Toma czer­wie­nieje, Kim już wie, dla­czego sama tak ob­lewa się ru­mień­cem. Od­zy­skaw­szy pew­ność sie­bie, unosi dłoń.

- Nie mu­sisz wsta­wać, wi­dzę, jaki je­steś słaby. Na ra­zie mam tylko jedno py­ta­nie i so­bie pójdę: Dla­czego zo­sta­wi­łeś mamę?

- Przez cie­bie - od­po­wiada szybko i opry­skli­wie Tom.

Ręka Kim bez­wied­nie wę­druje do ust.

- Mó­wi­łaś, że ocze­ku­jesz szcze­ro­ści. Naj­wy­raź­niej je­steś twarda jak cho­lera. I ja­sne, je­śli tylko chcesz, to będę szczery. Zo­sta­wi­łem twoją matkę, bo chciała cię uro­dzić. Dla mnie była wy­łącz­nie dziew­czyną, z którą od czasu do czasu sy­pia­łem. Nie chcia­łem mieć wtedy dziecka i nie chcę mieć go te­raz. Ani z nią, ani z ni­kim in­nym. Kiedy wojna ras już wy­buch­nie, zbiorę wo­kół sie­bie praw­dziwą ro­dzinę. Wspólne geny nie spra­wią, że bę­dziesz się do niej za­li­czać. Nie chcę cię, cza­isz?

Spoj­rze­nie Kim robi się mętne.

- Wojna ras...? Mój Boże. Okej. Czaję i to jesz­cze jak - od­po­wiada za­chry­płym gło­sem. - Dzięki za szcze­rość. Resztę py­tań prze­ślę i ocze­kuję, że od­po­wiesz na nie rów­nie szcze­rze. Mo­żesz olać in­nych. I ja też się od cie­bie od­cze­pię. Ni­gdy nie będę twoją córką. Umowa stoi?

Tom de­li­kat­nie się uśmie­cha.

- No nie, mimo wszystko je­steś cał­kiem by­stra.

Kiedy Kim opusz­cza go­spo­dar­stwo mi­li­cji, w uszach dzwo­nią jej słowa: "Nie chcę cię".

5

Przy­odzianą w sa­tynę, za­mar­z­niętą na ka­mień i ubru­dzoną wy­mio­ci­nami Lenę Ac­ker­mann pod­nie­siono z ziemi i owi­nięto bre­zen­tem, bo ze względu na po­zy­cję, w ja­kiej za­mar­zła, nie było szansy wło­żyć jej do worka na zwłoki.

John ma chwilę wol­nego - nie­długo czeka go wi­zyta w szpi­talu, żeby do­wie­dzieć się, co René może mu po­wie­dzieć o przy­czy­nach jej śmierci - ale na ra­zie je­dzie wolno przez cen­trum De­cem­ber. Musi przy­znać, że Cla­ire Olo­fs­son jest sku­teczna. Mi­nął za­le­d­wie ty­dzień od wiel­kiego jar­marku z oka­zji Hal­lo­ween, na któ­rym po­strze­lono mor­dercę, Bella Umara. I Toma O'Con­nora.

John nie do końca się orien­tuje, jak Kim czuje się po tym, co się stało. Ma wra­że­nie, że nie ra­dzi so­bie z tym tak, jak za­le­ca­łaby swoim pa­cjen­tom, ale cóż, jest jak jest. Ła­two wy­ro­ko­wać w cu­dzej spra­wie, trud­niej roz­wią­zać wła­sne pro­blemy.

Z parku w cen­trum znik­nęły już de­ko­ra­cje in­spi­ro­wane du­chami, a ich miej­sce za­stą­piły ozdoby bo­żo­na­ro­dze­niowe, ja­kich John jesz­cze nie wi­dział. Ja­sne, Sztok­holm sły­nie ze świą­tecz­nie przy­stro­jo­nych wi­tryn i jest w nim za­wsze pod do­stat­kiem pięk­nych in­sta­la­cji, mię­dzy in­nymi w ty­go­dniu no­blow­skim, gdy lau­re­aci zjeż­dżają się do mia­sta i jest fe­sti­wal świa­teł, ale to tu­taj... Ru­dolf na spółkę ze skrza­tami pra­cu­ją­cymi w warsz­ta­cie Świę­tego Mi­ko­łaja mu­sieli wy­ci­snąć z sie­bie do cna na­strój świą­teczny. A je­śli wziąć pod uwagę, że tu i ów­dzie wciąż stoją pod­no­śniki, z któ­rych roz­wie­szane są ko­lejne świa­tełka, wy­daje się, że końca jesz­cze nie wi­dać.

Inna sprawa, że nie wi­dać też końca za­lewu dzien­ni­ka­rzy na­pły­wa­ją­cych do mia­sta. W trak­cie krót­kiej prze­jażdżki po cen­trum John wi­dzi dwa sa­mo­chody na­le­żące do TV4, je­den z SVT i kilka in­nych, które - jak się do­my­śla - przy­wio­zły tu wol­nych strzel­ców li­czą­cych na to, że zro­bią ma­te­riał ży­cia, znajdą gdzieś cie­płą po­sadkę i będą mo­gli prze­stać chał­tu­rzyć. John aż się wzdryga. Każda z sie­dzą­cych w tych sa­mo­cho­dach osób chęt­nie prze­pro­wa­dzi­łaby z nim wy­wiad na wy­łącz­ność.

John wie, że po­wi­nien był zo­stać przy sta­rej hu­cie, wy­staw­nym domu Leny Ac­ker­mann, i po­móc Val­lemu w oglę­dzi­nach miej­sca zna­le­zie­nia zwłok. Szcze­gól­nie że pa­nuje taki ziąb. Musi jed­nak spraw­dzić trop Chri­stiana Öh­mana pod­su­nięty przez tamtą ku­charkę.

Skręca do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wej czę­ści De­cem­ber zwa­nej Ma­łym Hol­ly­wood - gdzie wille bu­duje się na po­kaz i wszystko epa­tuje bo­gac­twem. Mieszka tu­taj nie­wiele osób, jest może dwa­dzie­ścia do­mów - lub pa­ła­ców, jak na­le­ża­łoby je chyba okre­ślić. W Sztok­hol­mie nie wy­dano by po­zwo­le­nia na bu­dowę żad­nego z nich, ale w ma­łych mia­stecz­kach obo­wią­zują inne za­sady - tu chce się za­trzy­mać bo­ga­czy. Może w grę wcho­dzą ła­pówki.

Męż­czy­zna, któ­rego John ma od­wie­dzić, mieszka w willi przy­po­mi­na­ją­cej trzy ogromne kon­te­nery nieco nie­dbale usta­wione je­den na dru­gim. No­wo­cze­sne, ale mimo wszystko nudne. Okna pa­no­ra­miczne, wy­so­kie ogro­dze­nie ze stali do­okoła po­sia­dło­ści i fon­tanna po­środku ma­łego ronda przed do­mem.

Wszystko wy­daje się dro­gie. Ta­kie wra­że­nie robi zwłasz­cza pod­jazd, gdzie stoją dwa spor­towe sa­mo­chody i mer­ce­des G63 6x6, który kosz­to­wał za­pewne wię­cej niż dom Johna w Sztok­hol­mie.

Po­li­cjant w Joh­nie od razu za­czyna się gło­wić, czy Chri­stian han­dluje nar­ko­ty­kami, bo jak ina­czej można do­ro­bić się w De­cem­ber ta­kiej for­tuny, je­śli nie jest się wła­ści­cie­lem huty?

Pod­jeż­dża do słupka z do­mo­fo­nem, opusz­cza szybę i na­ci­ska przy­cisk. Pa­trzy w ka­merę przy bra­mie.

- Tak?

- John Wa­gner, po­li­cja. Mam kilka py­tań.

- Mam kilku ad­wo­ka­tów - od­po­wiada dźwięczny głos.

- Nie będą po­trzebni, nie jest pan o nic po­dej­rzany.

- O co więc cho­dzi?

- O Sarę Barke.

Na chwilę za­pada ci­sza, po­tem roz­lega się bu­cze­nie i brama po­woli się otwiera, a John wjeż­dża na te­ren po­se­sji.

"Za­czyna się nie­źle", my­śli i bar­dzo uważa na to, żeby nie za­par­ko­wać zbyt bli­sko ca­cek Chri­stiana. Nie stać go, żeby któ­reś przy­pad­kiem po­ry­so­wać.

Do­ra­stał w dość bied­nej ro­dzi­nie. Ro­dzice byli pro­ści i John mu­siał no­sić ubra­nia po in­nych, do­póki nie prze­rósł wszyst­kich i nie prze­stał się w nie mie­ścić. Już kiedy miał pięt­na­ście lat, mie­rzył metr osiem­dzie­siąt i był mu­sku­larny jak oj­ciec. To tam­tego lata inni prze­stali mu pod­ska­ki­wać. Jako naj­po­staw­niej­szy w szkole stał się chorą in­stan­cją wła­dzy. Ni­gdy jed­nak nie był bo­gaty i nie za­po­wia­dało się, żeby miało się to zmie­nić. "Nie jest to spra­wie­dliwe, że nie­któ­rzy aż do tego stop­nia śpią na pie­nią­dzach", prze­mknęło mu przez głowę i roz­po­znał w tym spo­sób my­śle­nia swo­jego ojca, nie­prze­jed­na­nego so­cjal­de­mo­kraty. I bud­dy­sty. Mimo to oj­ciec na bar­dzo wielu pa­trzył z góry, tyle tylko że z in­nych po­bu­dek niż lu­dzie z pie­niędzmi. Coś w ro­dzaju od­wró­co­nego na­sta­wie­nia klasy wyż­szej, zgod­nie z któ­rym bo­gaci i lu­dzie bez so­lid­nego wy­kształ­ce­nia znaj­dują się na sa­mym dole dra­biny spo­łecz­nej i nie za­słu­gują na sza­cu­nek.

"Za żadne pie­nią­dze tego świata nie da się ku­pić roz­woju oso­bi­stego - ma­wiał oj­ciec Johna. - Bo ten wy­maga czasu, ta­lentu i za­in­te­re­so­wa­nia in­nymi war­to­ściami. Nie pie­nię­dzy".

Mama nie cho­dziła na wy­bory i nie za­bie­rała głosu w żad­nych spra­wach, które wią­zały się z po­li­tyką, przez co tata miał więk­sze pole do po­pisu i nikt nie kwe­stio­no­wał jego osą­dów. "Może i się nie my­lił, ale w każ­dym ra­zie nie miał do końca ra­cji", my­śli te­raz John, jesz­cze raz zer­ka­jąc na spor­towe auta.

Wy­siada z sa­mo­chodu i bie­rze ze sobą lap­top Sary. Trzyma go tak, jakby niósł wazę z dy­na­stii Ming. Jakby była to je­dyna rzecz, dzięki któ­rej może zbli­żyć się do prawdy, choć wcale nie jest pewny, czy aby na pewno chce ją po­znać. Kom­pu­tery i te­le­fony stały się pa­mięt­ni­kami współ­cze­snego spo­łe­czeń­stwa. Po­li­cyjni in­for­ma­tycy pró­bo­wali się już do niego wła­mać, bez skutku, więc John do­stał go z po­wro­tem, kiedy śledz­two utknęło w mar­twym punk­cie.

Drzwi otwiera mu szczu­pły męż­czy­zna z za­cze­sa­nymi do tyłu wło­sami, w wor­ko­wa­tych ubra­niach, które kosz­tują wię­cej niż cała za­ku­piona w sie­ciówce gar­de­roba Johna. Chri­stian ma w uchu kol­czyk z dia­men­tem, a na palcu ma­sywny złoty sy­gnet.

"Nie ma ob­rączki", prze­la­tuje Joh­nowi przez głowę, kiedy po­daje rękę go­spo­da­rzowi.

- A więc to ty je­steś tym po­li­cjan­tem Sary? - pyta Chri­stian bez zbęd­nych for­mal­no­ści i tylko pa­trzy na jego dłoń, jakby była w smar­kach. Nie od­wza­jem­nia ge­stu.

- Tak, chyba tak.

- Spraw­dzi­łem cię na szybko, część osób są­dzi, że... ty to zro­bi­łeś.

- Pew­nie na­wet sporo. - Joh­nowi przy­cho­dzi do głowy, że też po­wi­nien był spraw­dzić Chri­stiana, za­nim tu przy­je­chał, na to jest już jed­nak za późno.

- Cóż, cie­kawe... Wejdź.

John wcho­dzi do holu utrzy­ma­nego w kli­nicz­nej czy­sto­ści. Na sto­liku na klu­cze stoi śro­dek do de­zyn­fek­cji. Na bia­łych ścia­nach wi­szą dzieła sztuki i ka­mery, mar­mu­rowa po­sadzka, ra­sowy kot o dłu­giej bia­łej sier­ści, który ma ich obu w naj­więk­szym po­wa­ża­niu, i szklane schody pro­wa­dzące na pię­tro.

Wcho­dzą do sa­lonu, który wy­daje się rów­nie zimny i ano­ni­mowy co hol. Mimo no­wo­cze­sno­ści wszystko śmier­dzi tu odzie­dzi­czoną for­tuną. Na szkla­nym stole ko­lejny śro­dek do de­zyn­fek­cji. Wi­dok na je­zioro Trol­l­sjön i całą do­linę. Ta­ras z ja­cuzzi i gril­lem. Za wodą w od­dali znaj­duje się wy­na­jęty przez Johna dom. Jawi mu się jak mi­kro­sko­pijne czer­wone gó­wienko mu­chy.

- Czym się zaj­mu­jesz? - pyta po­li­cjant i staje w oknie.

- IT, żeby nie wcho­dzić w szcze­góły.

- Je­steś obrzy­dli­wie bo­gaty.

- Ja­koś wiążę ko­niec z koń­cem - pry­cha Chri­stian i na­lewa so­bie drinka. Joh­nowi nie pro­po­nuje, ale to na­wet le­piej. - A więc Sara?

John siada na so­fie, Chri­stia­nowi drży ką­cik ust. Drże­nia nie wy­wo­łuje jed­nak uśmiech, ra­czej obrzy­dze­nie.

- By­li­ście z Sarą naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi?

Chri­stian par­ska śmie­chem.

- Nie wiem, czy tak bym to okre­ślił. Sara... była spe­cy­ficzna i nie miała przy­ja­ciół. Dzika i nie­da­jąca się ujarz­mić, ale na swój spo­sób by­li­śmy so­bie bli­scy, tak przy­pusz­czam. Aż coś jej od­biło i wy­je­chała z De­cem­ber.

- Dla­czego się stąd wy­pro­wa­dziła?

- Za­wsze się nad tym za­sta­na­wia­łem. Po pro­stu znik­nęła. - Chri­stian upija łyk drinka. Nie siada, tylko da­lej spo­gląda na je­zioro. - Ko­cham to mia­sto, ale robi coś z czło­wie­kiem.

- Cały czasu tu miesz­ka­łeś?

- Nie, wy­je­cha­łem kilka lat po Sa­rze, na stu­dia do Sztok­holmu, po­tem je rzu­ci­łem i wró­ci­łem na stare śmieci.

- A kiedy by­łeś w Sztok­hol­mie, nie mia­łeś kon­taktu z Sarą?

- Nie, Sara... My­śla­łem, że chce za­cząć wszystko od nowa i trzy­mać się jak naj­da­lej od wszyst­kiego, co wiąże się z De­cem­ber. A ja też wo­la­łem nie mieć z nią nic wspól­nego, Sara była... jest tok­syczna. Nie za­uwa­ży­łeś?

- Nie - mówi John. - Była ide­alną matką i żoną.

- Żar­tu­jesz?

- Nie, dla­czego?

- To nie ta Sara, jaką znam, to zna­czy, zna­łem. Mimo wszystko do­brze, że się zmie­niła.

- W jaki spo­sób się zmie­niła?

- Dla­czego tu przy­sze­dłeś? My­ślisz, że Sara jest w De­cem­ber?

- Tak... nie... może.

Chri­stian pa­trzy Joh­nowi w oczy i siada na fo­telu, jedną nogę daje na pod­ło­kiet­nik, w szklance dzwoni lód.

- Nie są­dzę, że­bym umiał ci po­móc, je­śli mam być szczery. Zna­łem dawną Sarę, a i to tak so­bie. Sara ni­gdy nie mó­wiła o tym, co skry­wała w środku, je­śli ro­zu­miesz, co mam na my­śli. Nic o uczu­ciach, ro­dzi­cach i ta­kich tam. Ni­gdy nie zga­dzała się, żeby ktoś przy­szedł do niej do domu, i nie są­dzę, żeby ktoś ją na­prawdę znał. Ale kiedy by­łem na­sto­lat­kiem, uwa­ża­łem, że jest su­per. No wiesz... za­nim doj­rza­łem. Za­baw­nie spę­dzało się z nią czas. Za­wsze coś się działo. Jakby pró­bo­wała za­po­mnieć lub prze­sło­nić swoje ży­cie, mogę to zro­zu­mieć te­raz, kiedy do­ro­słem, ale wtedy nie ro­zu­mia­łem. Sara lu­biła dresz­czyk emo­cji.

- Dresz­czyk emo­cji?

- Wszystko, co nie­bez­pieczne. Raz, pod sam ko­niec na­szej przy­jaźni, pra­wie nas za­biła. Ukra­dła sa­mo­chód i chciała spraw­dzić, jak szybko jeź­dzi. W końcu wy­pa­dli­śmy z drogi da­leko w polu, na całe cho­lerne szczę­ście nie mie­li­śmy za­pię­tych pa­sów. Wy­le­cie­li­śmy przez przed­nią szybę, sa­mo­chód był kom­plet­nie ska­so­wany. Wtedy wi­dzia­łem ją chyba po raz ostatni. W końcu na­wet ja przej­rza­łem na oczy i za­czą­łem trzy­mać się od niej z dala. A po­tem wy­nio­sła się z mia­sta.

- To ja­kiś żart?

Chri­stian się za­śmiał.

- Nie­stety nie. Ra­czej Sara w pi­gułce. Żyła na gra­nicy.

John nie wie­rzy wła­snym uszom. Wy­daje się to zu­peł­nie nie­po­do­bne do Sary.

- Je­steś pewny, że nie miała złej sio­stry bliź­niaczki?

- Na bank. - Chri­stian zerka na drogi ze­ga­rek. - Coś jesz­cze? Za dzie­sięć mi­nut mam calla z Hong­kon­giem.

John waha się chwilę. Gapi się na kom­pu­ter, który może być pa­mięt­ni­kiem Sary. Tylko co, je­śli Chri­stian coś w nim znaj­dzie i to usu­nie? Żeby chro­nić Sarę albo sa­mego sie­bie? Nic z tego, co mó­wił, nie przy­po­mina Joh­nowi jego Sary, a ża­den czło­wiek nie prze­cho­dzi chyba aż tak grun­tow­nej me­ta­mor­fozy, prze­pro­wa­dziw­szy się po pro­stu do no­wego mia­sta.

- A tak na mar­gi­ne­sie, co wiesz o An­nie-Ma­rii?

- To dziew­czyna, któ­rej Sara nie­na­wi­dziła. W za­sa­dzie nie wiem czemu, ale mo­żesz ją chyba sam za­py­tać. Anna-Ma­ria mieszka w Lyc­kan.

John za­pi­suje to w te­le­fo­nie.

- To kom­pu­ter Sary? - pyta Chri­stian. Na­ci­ska bu­telkę ze środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym i czy­ści nim dło­nie. - Mogę zer­k­nąć?

John bie­rze głę­boki wdech, rów­nie do­brze może być to wes­tchnie­nie roz­pa­czy. Po­daje kom­pu­ter Chri­stia­nowi i ma wra­że­nie, jakby wła­śnie od­dał cząstkę swo­jego wła­snego serca.

- Chcesz, że­bym się do niego wła­mał, prawda?

- A da się?

- Bitch, ple­ase. Dzi­siaj już nie zdążę, ale zro­bię to ju­tro i dam ci znać. Masz wi­zy­tówkę albo może prze­air­dro­puj mi swój nu­mer?

- Prze­air­dro­puj?

- Jezu. Po­daj mi po pro­stu nu­mer te­le­fonu.

Kiedy John od­jeż­dża, nie wie, co my­śleć o Sa­rze. Prze­cież na­wet nie chciała jeź­dzić z nim i Mat­tia­sem ko­lejką gór­ską. Nie mie­ści mu się w gło­wie, że mo­gła ukraść sa­mo­chód. Pła­ciła ra­chunki tego sa­mego dnia, kiedy tra­fiały do skrzynki, nie prze­kra­czała ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści i prak­tycz­nie nie piła al­ko­holu. Ewen­tu­al­nie kie­li­szek rie­slinga od wiel­kiego dzwonu.

Czy czło­wiek może prze­jeść aż taką me­ta­mor­fozę?

Do­świad­cze­nie pod­po­wiada mu, że nie. Wszy­scy prze­stępcy, któ­rych po­słał za kratki i któ­rzy obie­cy­wali ni­gdy wię­cej nie zła­mać prawa, wcze­śniej czy póź­niej wra­cali do pier­dla. Sam John prak­tycz­nie się nie zmie­nił, od­kąd skoń­czył pięt­na­ście lat. Ale je­śli to, co mó­wił Chri­stian, to prawda... John nie może być już ni­czego pewny. Kiedy Sara twier­dziła, że w De­cem­ber po­zo­sta­wiła cząstkę swo­jej du­szy, John brał to za­wsze za po­zy­tywne wspo­mnie­nie. Te­raz jed­nak ude­rza go myśl, że rów­nie do­brze mo­gło to zna­czyć coś bar­dzo mrocz­nego.

- Kim ty, kurna, je­steś, Saro? - szep­cze pod no­sem, wy­jeż­dża­jąc z Ma­łego Hol­ly­wood. - Gdzie ty, kurna, je­steś?

6

Harry - he­mo­fo­biczny asy­stent le­ka­rza me­dy­cyny są­do­wej Re­négo Hof­f­manna - tra­dy­cyj­nie jest bar­dzo blady na twa­rzy. Wpusz­cza Johna do przed­sionka kost­nicy w piw­nicy szpi­tala, gdzie po dwóch stro­nach po­miesz­cze­nia znaj­dują się wy­su­wane chłod­nie na zwłoki.

Z ma­łego gło­śnika do­biega pod­cast - dwie pro­wa­dzące dys­ku­tują o tym, jak roz­po­znać, że znaj­du­jące się w pro­ce­sie roz­kładu zwłoki na­leżą do ko­biety. Harry po­ciąga no­sem i pa­trzy przez wi­zjer scep­tycz­nie.

- Boże drogi - mówi i dło­nią w la­tek­so­wej rę­ka­wiczce wy­ko­nuje za­ma­szy­sty ruch w kie­runku sali sek­cyj­nej. - Czło­wie­kowi się wy­daje, że wi­dział już wszystko...

- ...a po­tem przy­cho­dzę ja i do­star­czam ci ko­lejne zwłoki - do­daje John. - Jedne gor­sze od dru­gich.

Harry'emu drży prawe oko, kiedy przy­gląda się Joh­nowi. Żeby to w ogóle zro­bić, musi - ze względu na zna­czącą róż­nicę wzro­stu - od­chy­lać głowę do tyłu. Harry bie­rze wdech, jakby chciał coś do­dać, ale naj­wy­raź­niej się roz­my­śla. Po­tem pa­trzy na drzwi z okrą­głym okien­kiem i znów wy­ko­nuje gest ręką.

- Jest tam w środku.

- Jak zwy­kle.

- Boże, fakt - od­po­wiada Harry współ­czu­ją­cym gło­sem. - Je­śli ktoś po­trze­bo­wałby w tym mie­ście wa­ka­cji, to wła­śnie nasz biedny René. Lu­dzie mie­liby li­tość i zro­bili so­bie prze­rwę od tego cią­głego... za­bi­ja­nia. Cho­ciaż na święta.

John kiwa głową i po­sta­na­wia nie wy­pro­wa­dzać Harry'ego z błędu. Jest do­kład­nie na od­wrót, w okre­sie świą­tecz­nym prze­stęp­czość wzra­sta. Czę­ściowo z po­wodu chla­nia w Szwe­cji nie­od­zow­nie wią­żą­cego się z ce­le­bro­wa­niem świąt, czę­ściowo dla­tego, że spo­ty­kają się w tym okre­sie lu­dzie, któ­rzy w za­sa­dzie nie po­winni się byli w ogóle wi­dy­wać. Na­gle nie mają wy­boru: Wiel­ka­noc, Mid­som­mar, Boże Na­ro­dze­nie i tak da­lej na­leży spę­dzać z ro­dziną.

- Do­kąd się wy­bie­rasz? - pyta tylko i pa­trzy, jak Harry ściąga rę­ka­wiczki. Pod pierw­szą parą ma drugą. Kiedy spo­strzega py­ta­jący wzrok Johna, roz­pro­mie­nia się:

- René uczy mnie wielu przy­dat­nych rze­czy. Ma­łych tri­ków. Je­śli włoży się od razu dwie pary rę­ka­wi­czek, można ścią­gnąć te zu­żyte i pra­co­wać da­lej, nie tra­cąc czasu na wkła­da­nie no­wych. Chcia­łem być ar­ty­stą, ale co zro­bić? Hajs się musi zga­dzać.

- Jezu - wzdy­cha John. - Na­pięty gra­fik.

- Mó­wi­łem prze­cież. - Harry ściąga także drugą parę. Już chce je wci­snąć do kie­szeni bia­łego far­tu­cha, ale się re­flek­tuje, marsz­czy nos, przy­dep­tuje pe­dał śmiet­nika i wrzuca je do środka. - A od­po­wia­da­jąc na twoje py­ta­nie, wy­bie­ram się na lancz. O ile tylko uda mi się coś prze­łknąć. Po tym, co dziś wi­dzia­łem, nie jest to prze­są­dzone.

- Może mimo wszystko po­wi­nie­neś sku­pić się na by­ciu ar­ty­stą.

- Ha! - pry­cha Harry. - Mam czynsz do opła­ce­nia i aż tak do­bry nie je­stem.

John dzię­kuje i się że­gna, w głębi du­szy za­sta­na­wia­jąc się, jak czło­wiek z ta­kim... uspo­so­bie­niem jak Harry mógł wpaść na po­mysł, żeby pra­co­wać przy ludz­kich zwło­kach. Kiedy otwiera drzwi do sali sek­cyj­nej, pa­to­log René Hof­f­mann stoi przy bia­łej me­ta­lo­wej ma­szy­nie, która wy­gląda jak gi­gan­tyczny pra­stary chrząszcz, i coś czyta z ma­lut­kiego ekranu. Na jed­nym z dwóch sto­łów ze stali nie­rdzew­nej leży przy­kryte ciało.

W środku pach­nie ba­na­nem, któ­rego koń­cówkę René wkłada so­bie do ust, po czym od razu wy­rzuca skórkę.

Ja­rze­niówka gło­śno brzę­czy i John od­wraca wzrok. Od mi­go­czą­cego świa­tła zda­rza mu się cza­sem do­stać mi­greny.

- John Wa­gner - mówi René i przy­ja­ciel­sko daje mu znak, żeby wszedł do środka. Prze­jeż­dża dło­nią po kru­czo­czar­nym prze­działku, jakby chciał go przy­gła­dzić. - Mo­żesz wziąć ochra­nia­cze z pu­dełka przy drzwiach. Nie zdą­ży­łem jesz­cze prze­płu­kać pod­łogi.

John z obrzy­dze­niem za­uważa, że pod­łoga w zie­lone cętki jest to tu, to tam upstrzona do­dat­ko­wymi pla­mami. Krew, za­pewne także wy­mio­ciny, a być może na­wet inne od­chody.

- Sprzą­taczka zło­żyła wy­po­wie­dze­nie? - pyta i wciąga na buty nie­bie­skie ochra­nia­cze, po czym ru­sza do stołu sek­cyj­nego, wy­mi­ja­jąc obrzy­dli­stwa na pod­ło­dze.

René kręci głową i staje obok niego.

- Panna Ac­ker­mann i wszystko to, co tra­fiło tu ra­zem z nią na tym bre­zen­cie, w który ją owi­nę­li­ście, za­częło się po dro­dze... to­pić. W ta­kich sy­tu­acjach my­cie i wy­cie­ra­nie pod­łogi to za­da­nie Harry'ego, ale nie mia­łem serca dłu­żej go tu trzy­mać. Był, jak może wi­dzia­łeś, tym już dość mocno wy­czer­pany.

John wska­zuje na przy­kryte ciało.

- Jak da­leko za­sze­dłeś?

René ściąga cienki ma­te­riał i do pasa od­sła­nia mar­twą Lenę Ac­ker­mann. Ema­nu­jącą spo­ko­jem. Bladą. Le­żącą w na­tu­ral­nej po­zy­cji. Umytą i wy­tartą, i z du­żym na­cię­ciem w kształ­cie li­tery Y na klatce pier­sio­wej.

- Piękna, bo­gata i mar­twa, naj­gor­sze po­łą­cze­nie. Za­raz ją po­zszy­wam i to by było na tyle - od­po­wiada.

John gwiż­dże.

- Szybka ro­bota.

- W za­sa­dzie, wcale nie aż tak szybka - mówi René i zerka na ze­gar nad drzwiami. - Dwie go­dziny i czter­dzie­ści pięć mi­nut, od­kąd do­sta­tecz­nie roz­mar­zła. Nie­raz uda­wało mi się zejść po­ni­żej dwóch go­dzin. Ru­tyna i tyle. Pierw­szą sek­cję ro­bi­łem przez pięć i pół go­dziny.

- A więc co ta­kiego zna­la­złeś?

René za­ma­szy­stym ru­chem po­ka­zuje na ra­miona, dło­nie i stopy Leny Ac­ker­mann.

- W pierw­szej chwili są­dzi­łem, że to ob­ra­że­nia obronne. Ta­kie ty­powe, ale przyj­rza­łem się bli­żej i za­uwa­ży­łem, że wcale nie.

John przy­gląda się pal­cowi, na któ­rym bra­kuje pa­znok­cia. Po­ob­cie­ra­nym sto­pom, bar­kom i ra­mio­nom.

- Jak to, czyli nie po­wstały, kiedy się bro­niła?

René kręci głową.

- Z tego, co tu wi­dzę, nikt nie za­ata­ko­wał Leny Ac­ker­mann. Jej ob­ra­że­nia przy­po­mi­nają ra­czej przy­padki, w któ­rych lu­dzie pró­bo­wali... jak by to po­wie­dzieć... wy­do­stać się z miejsc, gdzie prze­trzy­my­wano ich siłą. Po­bra­łem oczy­wi­ście wszyst­kie sto­sowne próbki na wy­pa­dek, gdyby moje wra­że­nie miało oka­zać się błędne, ale je­stem skłonny się za­ło­żyć o na­prawdę wiele, że mam ra­cję.

John, nieco oso­wiały, wo­dzi wzro­kiem po na­gim ciele mło­dej ko­biety. Które - poza wspo­mnia­nymi ob­ra­że­niami - wy­gląda nad­zwy­czaj... cało. To zna­czy, je­śli po­mi­nąć duże Y po­środku i głę­boką ranę w czaszce po tym, jak René prze­pi­ło­wał kość, żeby wy­jąć mózg.

- Ale... - mówi John z wa­ha­niem. - Z ja­kiego po­wodu w ta­kim ra­zie umarła?

René po­ka­zuje na kratkę dre­na­żową w no­gach stołu sek­cyj­nego, te­raz kli­nicz­nie czy­stą, ale John mimo wszystko ro­zu­mie i po­woli kiwa głową.

- Wy­dzie­liny. Wy­glą­dało to na za­tru­cie albo po­tężny roz­strój żo­łądka - cią­gnie René. - Jak do­bry by­łeś z che­mii?

John kręci głową.

- Raz da­łem się na­brać na ten mem, no wiesz, że trzeba za­bro­nić mo­no­tlenku di­wo­doru, bo po­wo­duje każ­dego roku setki ty­sięcy zgo­nów. Po krót­kim za­sta­no­wie­niu pod­pi­sa­łem pe­ty­cję i do­piero Sara, pę­ka­jąc ze śmie­chu, wy­ja­śniła mi, w czym rzecz.

Na to René Hof­f­mann też par­ska gło­śnym śmie­chem.

- Jest w tym tro­chę ra­cji. Woda fak­tycz­nie po­wo­duje setki ty­sięcy zgo­nów rocz­nie. Ale okej, ro­zu­miem, wy­ja­śnię to więc jak naj­pro­ściej. Przy­pusz­czam, że Lena Ac­ker­mann zo­stała otruta. I że otruto ją tlen­kiem ar­senu. - Świ­druje wzor­kiem Johna, który wy­raź­nie wy­tęża mózg, po czym się roz­pro­mie­nia.

- Ar­sze­nik?

Le­karz są­dowy prze­chyla głowę.

- Do­brze, cho­ciaż i tak, i nie.

- Tak mi się sko­ja­rzyło i po pro­stu zga­dy­wa­łem. Ale... jak to i tak, i nie?

René Hof­f­mann pod­cho­dzi do żu­ko­po­dob­nej ma­szyny, która ci­cho pika. Przez chwilę czyta coś na ekra­nie, po czym znów ob­raca się do Johna.

- Spek­tro­metr mas po­twier­dził wła­śnie, że moje po­dej­rze­nia były trafne.

- Nie ro­zu­miem - przy­znaje John. - To jest to ten ar­sze­nik czy nie?

- Czy­sty ar­sen - wy­ja­śnia René - to czter­na­sty pier­wia­stek naj­czę­ściej wy­stę­pu­jący w sko­ru­pie ziem­skiej, który w czy­stej po­staci nie jest dla lu­dzi szcze­gól­nie śmier­telny, bo na­sze ciała wchła­niają go na­prawdę opor­nie. Z ko­lei w pro­ce­sie spa­la­nia na przy­kład rudy czy cze­goś po­dob­nego czy­sty ar­sen prze­kształca się w tri­tle­nek diar­senu i po­wstaje tru­ci­zna, którą Aga­tha Chri­stie tak chęt­nie wy­ko­rzy­sty­wała w swo­ich kry­mi­na­łach. A na mar­gi­ne­sie, wie­dzia­łeś, że pra­co­wała w ap­tece, za­nim zo­stała pi­sarką?

- Nie mia­łem o tym po­ję­cia, nie czy­ta­łem żad­nej jej książki - przy­znaje John.

René wy­daje się au­ten­tycz­nie za­sko­czony.

- Cóż, w ta­kim ra­zie po­le­cam ci wszystko, co na­pi­sała. Inna cie­ka­wostka: wie­dzia­łeś, że w śre­dnio­wiecz­nej Fran­cji tri­tle­nek diar­senu tak po­wszech­nie sto­so­wano do po­zby­wa­nia się lu­dzi, że za­częto go na­zy­wać po­udre de suc­ces­sion?

- To zna­czy? - John z mi­nuty na mi­nutę czuje się co­raz głup­szy, wie­dza pa­to­loga jest wręcz przy­tła­cza­jąca.

- Nie patrz na mnie z ta­kim po­dzi­wem - mówi, jakby czy­tał w my­ślach Johna. - Od razu to po­dej­rze­wa­łem i pod­czas sek­cji zdą­ży­łem so­bie wy­go­oglo­wać sporo cie­ka­wo­stek. Po­udre de suc­ces­sion zna­czy tyle co "pro­szek dzie­dzi­cze­nia".

- A po­do­bno męż­czyźni nie mają po­dziel­nej uwagi - pry­cha John. - Więc ta ma­szynka wła­śnie po­twier­dziła, że cho­dzi o tle­nek ar­senu?

- Co naj­mniej. Je­śli było coś wię­cej, to się tego do­wiemy, gdy przyjdą z la­bo­ra­to­rium pełne wy­niki. Ale spek­tro­metr mas jest bar­dzo szybki, je­śli tylko mu się po­wie, czego się szuka. No wiesz, jak na lot­ni­sku: po­bie­rają próbkę i spraw­dzają ją pod ką­tem nie­le­gal­nych sub­stan­cji.

John przy­gryza górną wargę i mówi za­my­ślony:

- Pro­szek dzie­dzi­cze­nia... Tak. Tak to się chyba od­bywa w ta­kich przy­pad­kach...

René kiwa głową:

- Pie­nią­dze, mi­łość albo chęć ze­msty. Od­wieczna święta trójca mo­ty­wów.

- Ale... nie wy­ja­śnia to, czemu zna­le­ziono ją przed do­mem. Za­mknię­tym od we­wnątrz. Do tego ubraną w sam szla­frok i z go­łymi no­gami w środku zimy.

- Za­gadka za­mknię­tego po­koju, tylko na od­wrót - od­po­wiada z po­wagą René. - Nie "Jak mor­derca wszedł do środka?", tylko...

- Jak, do cho­lery, wy­szła z niego ofiara? - do­kań­cza John. W kie­szeni brzę­czy mu te­le­fon i John wi­dzi na wy­świe­tla­czu nu­mer, który igno­ro­wał już dwu­krot­nie. Za­pewne ja­kiś na­trętny dzien­ni­karz. Ma dość od­po­wia­da­nia na ich głu­pie py­ta­nia, od­rzuca roz­mowę i znów pa­trzy na Re­négo, który wska­zuje na pa­lec Leny Ac­ker­mann z wy­rwa­nym pa­znok­ciem.

- To chyba bę­dzie naj­lep­sza wska­zówka w po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi na twoje py­ta­nie.

7

Kim i John sie­dzą na­prze­ciwko Rolfa i Evy Ac­ker­man­nów w naj­więk­szej re­zy­den­cji w Ma­łym Hol­ly­wood. Od Rolfa czuć cy­ga­retki, od Evy - per­fumy. Oboje cuchną bo­gac­twem.

- A gdzie jest Carl? - pyta John.

- Skąd niby mamy to wie­dzieć? - Eva Ac­ker­mann za­ci­ska usta i pa­trzy na Johna jak na idiotę.

- My­śla­łem, że tu może zaj­rzał w związku ze śmier­cią sio­stry...

- Bę­dzie mu­siał pan z nim po­roz­ma­wiać od­dziel­nie. - Ko­bieta strze­puje z rę­kawa pa­proch.

Ma ubra­nia szyte na miarę, bi­żu­te­rię i ide­alną fry­zurę - styl, któ­rego ża­den no­wo­bo­gacki nie zdo­łałby od­two­rzyć, jak­kol­wiek by się sta­rał.

To nie to, my­śli Kim, roz­glą­da­jąc się po du­żym po­koju na­zwa­nym przez Evę nie da­lej jak chwilę temu sa­lo­nem. Tylko ich to­talna aro­gan­cja w sto­sunku do wszyst­kich lu­dzi nie­ma­ją­cych pie­nię­dzy. Nie­mal po­garda, którą do­strzega w oczach tej dwójki, mimo że ich wła­śnie po­trze­bują. Cho­ciaż w grun­cie rze­czy pew­nie głów­nie Johna.

"W tym, że mną gar­dzą, nie ma może nic dziw­nego - my­śli. - Ostat­nio, kiedy się spo­tka­li­śmy, nie udało mi się prze­mó­wić do ro­zumu An­to­niowi Alva­re­zowi i do tego na­zwa­łam ich po­rą­ba­nymi".

Kim nie jest w za­sa­dzie pewna, dla­czego w ogóle uczest­ni­czy w tym spo­tka­niu w domu Ac­ker­man­nów, ale John chciał, żeby się z nim tu­taj wy­brała.

- Sły­sza­łem, że ktoś gro­ził Le­nie, to prawda? - pyta John gło­sem, któ­rego Kim jesz­cze u niego nie sły­szała.

- Pyta pan o to, czy ktoś chciał za­bić Lenę? Tak, ani tro­chę w to nie wąt­pię. Chcę jed­nak pod­kre­ślić, że nie było w tym ani krzty jej winy. Była nad wy­raz miła.

Kim musi stłu­mić śmiech.

Lena nie była ani tro­chę miła. Tylko rów­nie aro­gancka jak jej dziad­ko­wie. Nikt jej nie lu­bił. Ob­ra­cała się wy­łącz­nie wśród in­nych mło­dych lu­dzi z bo­ga­tych do­mów i gdy wy­cho­dzili na mia­sto, za­cho­wy­wali się tak, jakby całe De­cem­ber było na ich usługi.

- Ro­zu­miem - mówi John i gdyby Kim nie wie­działa, jak jest na­prawdę, po­my­śla­łaby, że jest przed­się­biorcą po­grze­bo­wym. - Ale wra­ca­jąc do gróźb... to prawda czy tylko wy­my­sły?

- Oczy­wi­ście, że to prawda - pry­cha Eva i za­kłada ko­smyk asce­tycz­nego pa­zia za jedno ucho, a ich oczom uka­zuje się ogromny kol­czyk ze szma­rag­dami. - Je­ste­śmy Ac­ker­man­nami, to wy­star­cza ho­ło­cie, żeby nas nie­na­wi­dzić. Lu­dzie nie poj­mują, że bez nas to mia­sto dawno by wy­marło, nie mó­wiąc już o tym, że w ogóle nie by­łoby tu mia­sta. A Lena do tego prze­wyż­szała wszyst­kich urodą, coś ta­kiego bywa solą w oku.

- Ro­zu­miem, że musi to być dla pań­stwa trudne. Lena zde­cy­do­wa­nie zbyt młodo umarła...

- Zo­stała za­mor­do­wana. - Eva Ac­ker­mann prze­szywa wzro­kiem Johna.

- Tak, może i tak, tego jesz­cze nie wiemy, ale, rzecz ja­sna, ni­czego nie wy­klu­czamy.

- Może i tak? Czy pan kom­plet­nie zgłu­piał, mło­dzień­cze? My­śli pan, że na­sza mała Lenka po­peł­niła sa­mo­bój­stwo? Mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać z kimś in­nym? Na przy­kład z tamtą kom­pe­tentną po­li­cjantką, która na­prawdę nas słu­chała, kiedy zo­stali wzięci za­kład­nicy, i która po­strze­liła Alva­reza, pod­czas gdy wy dwoje zaj­mo­wa­li­ście się nie wia­domo czym?

Kim szybko chrząka, wi­dząc, jak w Joh­nie bu­dzi się gniew.

- Pani Ac­ker­mann - mówi naj­ła­god­niej, jak tylko może. - Je­ste­śmy skłonni przy­znać, że w tam­tej sy­tu­acji zo­stało pod­ję­tych sporo złych de­cy­zji. Ale to, że tu je­ste­śmy, nie ma nic wspól­nego ze sprawą za­kład­ni­ków. Je­ste­śmy tu ze względu na Lenę. Pań­stwa wnuczkę. Je­śli tylko zo­stała za­mor­do­wana, John znaj­dzie na to do­wód. Jest...

- Zo­stała za­mor­do­wana - szep­cze Eva, po­ka­zu­jąc po raz pierw­szy pęk­nię­cie w nie­na­gan­nej fa­sa­dzie.

- Ja też tak uwa­żam - za­pew­nia ją John. - Ale po­trze­bu­jemy pań­stwa po­mocy, naj­le­piej więc bę­dzie, je­śli pu­ścimy w nie­pa­mięć to, co było, i sku­pimy się na chwili obec­nej. Wie­dzą pań­stwo, kto gro­ził Le­nie?

- Wszel­kie groźby za­pi­sy­wała w jed­nym pliku, ale to wszystko, co na ten te­mat wiem - od­zywa się na­gle Rolf i za­pala ko­lejną cy­ga­retkę. Wy­daje się ty­pem czło­wieka, który po­zwala, żeby żona grała pierw­sze skrzypce, po­chła­niała cały tlen i... cóż, wszystko inne. Sam stoi w tle. Te­raz do­daje: - Była chyba taką, no, in­flu­en­cerką i czę­sto jeź­dziła do Sztok­holmu i ?re. Przej­rzyj­cie może jej te­le­fon i kom­pu­ter.

- Tak, zro­bimy to. Coś jesz­cze mogą nam pań­stwo po­wie­dzieć? Po­dej­rze­wają pań­stwo ko­goś? - pyta John.

- Na po­cze­ka­niu nikt nie przy­cho­dzi mi do głowy. Ale oczy­wi­ście, Lena miała też za­zdro­snych fol­lo­wer­sów. Stu­dio­wała prawo i rzadko by­wała w De­cem­ber. Pro­szę ro­bić swoje, a znaj­dzie pan mor­dercę. A kiedy już się to panu uda, chcia­ła­bym się do­wie­dzieć o tym jako pierw­sza. - W gło­sie Evy Ac­ker­mann po­brzmiewa już zu­peł­nie inna nuta.

"Bar­dziej zło­wiesz­cza", my­śli Kim.

8

Kiedy Kim i John wsia­dają do sa­mo­chodu i od­jeż­dżają z Ma­łego Hol­ly­wood, John wy­daje się za­fra­so­wany. Na mo­ment za­trzy­muje się jesz­cze przed do­mem, który wy­gląda jak kilka pu­de­łek po bu­tach usta­wio­nych jedno na dru­gim, po czym je­dzie da­lej.

- Nad czym tak my­ślisz? - pyta Kim i po­pra­wia pas.

- Ja­koś nie mogę się po­ła­pać w tym mie­ście. Jak­bym tra­fił do Twin Pe­aks. Z każ­dym dniem czuję się co­raz bar­dziej jak w fil­mie. Po­ja­wiają się do­dat­kowe kom­pli­ka­cje, lu­dzie stają się ot tak jesz­cze dziw­niejsi. Da­vid Lynch byłby za­chwy­cony, gdyby tu miesz­kał.

Kim się śmieje:

- A ja to co? Je­stem może tą, która cho­dzi i roz­ma­wia z ka­wał­kiem drewna?

John wcale się aż tak nie myli, choć Kim wi­działa za­wsze w De­cem­ber ra­czej małe mia­steczko z Ko­cha­nych kło­po­tów. Może tylko o pół tonu mrocz­niej­sze. Po­ka­zuje ręką na to, co wi­dać przed sa­mo­cho­dem, i do­daje:

- W każ­dym ra­zie nie mamy tu na ra­zie tań­czą­cych kar­łów, któ­rzy mó­wi­liby wspak. Nie zro­zu­mia­łeś jesz­cze po pro­stu du­szy tego mia­sta, John. Ale przyj­dzie to z cza­sem. Pew­nego dnia, po­wiedzmy, że za ja­kieś dwa­dzie­ścia lat, bę­dziesz się za­sta­na­wiać, kiedy ten czas mi­nął i czy na­prawdę miesz­ka­łeś kie­dy­kol­wiek w Sztok­hol­mie.

- Jezu, nieee. Poza tym mówi się "osoby ni­sko­ro­słe". Nie karły. W sto­licy wiemy ta­kie rze­czy - do­rzuca, mru­ga­jąc przy tym okiem, żeby Kim nie miała wąt­pli­wo­ści, że to tylko żart.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sie­dzą w Lyc­ko­slan­ten. Peł­nym lu­dzi i gło­śnym, jak to w pią­tek w dniu wy­płaty.

- Nie mogę na­dą­żyć za Ac­ker­man­nami - mówi John, kiedy Max przy­niósł im już piwo i whi­sky i po­ło­żył na stole dwie karty. - Ich wnuczka nie żyje, a oni za­cho­wują się tak... sam nie wiem... jakby cho­dziło o biz­nes. Nie pła­czą, nie złosz­czą się, są prze­raź­li­wie chłodni. Z tego, co ro­zu­miem, ro­dzice Leny za­mie­rzają wró­cić z Ame­ryki Po­łu­dnio­wej do­piero na sam po­grzeb. - Kręci głową i pije. - Jak można być tak nie­czu­łym?

Kim się uśmie­cha. Lubi Johna, gdy jest taki jak te­raz. Kiedy po­ka­zuje swoje uczu­cia, jakby miała oczy­wi­ste prawo je po­znać. To na ogół rzadko spo­ty­kana ce­cha u męż­czyzn z jego ogólną... twar­do­ścią. John Wa­gner bywa nie­wzru­szony i nie­ugięty, kiedy to ko­nie­czne, może cza­sem na­wet wtedy, gdy nie jest to aż tak po­trzebne, ale ni­gdy w sto­sunku do niej. Przy niej wy­daje się szczery. Otwarty. Wraż­liwy. Po­cią­ga­jący. "Pew­nie dla­tego tak na niego lecę", uświa­da­mia so­bie Kim i bie­rze łyk al­ko­holu, żeby skie­ro­wać my­śli na inny tor.

- Za­pewne z przy­zwy­cza­je­nia - od­po­wiada. - I nie można za­po­mi­nać, że to stary ród. Przy­pusz­czam, że chłód emo­cjo­na­lny mógł tam być spo­so­bem na prze­trwa­nie.

- Ale mimo wszystko. Czy oni nie mają uczuć?

- Mają, po pro­stu le­piej je ukry­wają lub za­grze­bują. Sam po­myśl, do­ra­sta­jąc, mu­sia­łeś prze­żyć w bez­względ­nym świe­cie biz­nesu. Twoi ro­dzice są twar­dzi jak ka­mień, a po­ka­zy­wa­nie sła­bo­ści to nie­mal wy­rok śmierci. Twoi dziad­ko­wie są tacy sami. Kształ­tu­jesz więc dzieci na wła­sny ob­raz i po­do­bień­stwo.

- Ale lu­dzie się prze­cież roz­wi­jają, bądź co bądź, jest rok dwa ty­siące dwu­dzie­sty trzeci. A skoro o tym mowa... - John na­gle jakby gubi wą­tek i pa­trzy na ha­ła­śliwy lo­kal. Kim zna już to spoj­rze­nie i za­cho­wa­nie. My­śli Johna po­wę­dro­wały już w inną stronę.

- Tak? - pyta, kiedy mil­czą już nie­mal mi­nutę.

- No więc skoro mowa o roz­woju... Je­stem tu już pe­wien czas, wę­szę to tu, to tam... - Prze­łyka ślinę. - ...w spra­wie Sary i... Jak by to po­wie­dzieć? Jest tak, jak­bym przy­je­chał do mia­sta z jedną żoną, ale im dłu­żej tu po­zo­staję, tym wy­raź­niej ona zmie­nia się w ko­goś in­nego. To, co lu­dzie o niej mó­wią, kurna, to, co na­wet ty o niej po­wie­dzia­łaś... Wy­gląda na to, że kiedy do­ra­stała, była zu­peł­nie inną osobą niż ko­bieta, z którą wzią­łem ślub. - Dłu­bie przy ety­kietce piwa. Od­rywa cien­kie pa­ski i sta­ran­nie układa z nich sto­sik na stole.

- Do czego zmie­rzasz? - pyta Kim i nie może się po­wstrzy­mać, żeby też nie zdra­pać pa­pierka w jed­nym z ro­gów. Przez tę sprawę robi się jej... no jak? Tro­chę nie­swojo. Ale też... przy­kro. Bo John jest tak nie­skoń­cze­nie smutny.

"I dla­tego, że za każ­dym ra­zem, kiedy mówi o Sa­rze, w jego gło­sie po­brzmiewa mi­łość", na­suwa się Kim, ale od­pę­dza od sie­bie tę myśl, bio­rąc duży łyk piwa.

- Sam nie wiem - od­po­wiada John. - Czy to w ogóle moż­liwe? Nad tym się chyba tak gło­wię. Czy to moż­liwe, żeby Sara przez całe dzie­ciń­stwo i mło­dość tu­taj w De­cem­ber była jedną osobą, a póź­niej... stała się kimś zu­peł­nie in­nym? Tą ko­bietą, którą zna­łem? Nie znaj­duję sen­sow­nego wy­ja­śnie­nia. O ile kom­plet­nie nie zro­biła mnie w ba­lona i nie prze­ko­nała, że jest kimś, kim wcale nie była. Ale w ta­kim ra­zie mu­sia­łaby być naj­lep­szą oszustką w kraju. - Wzdy­cha i wy­raź­nie wi­dać, że sam sie­bie tym za­drę­cza. Że sam się oskarża.

Kim wie, co John po­wi­nien te­raz usły­szeć, i za­mie­rza mu to po­wie­dzieć. Nic in­nego nie wcho­dzi w ra­chubę.

- Część ba­dań do­wo­dzi, że oso­bo­wość czło­wieka jest z grub­sza ukształ­to­wana w wieku około dwu­na­stu lat. Póź­niej oczy­wi­ście można się zmie­nić, ale... wy­maga to cho­ler­nie dużo pracy. Więc ja­sne, moż­liwe, że tak wła­śnie było, John. Ja­kiś mą­dry czło­wiek po­wie­dział kie­dyś: "Wszystko, co nie jest nie­moż­liwe, jest moż­liwe". Może coś się stało z Sarą, coś, co na­prawdę ją skło­niło do tego, żeby grun­tow­nie się zmie­nić. Z pew­no­ścią prze­pro­wadzka do in­nego mia­sta mo­gła być wy­zwa­la­czem, ale sama zmiana wy­ma­gała też sporo pracy, cięż­kiej, świa­do­mej celu i nie­rzadko wy­czer­pu­ją­cej emo­cjo­nal­nie... - Robi krótką prze­rwę, roz­waża w swoim su­mie­niu, po czym do­po­wiada: - Ale z tego, co opo­wia­da­łeś o Sa­rze, wnio­skuję, że jest osobą, która by­łaby w sta­nie po­do­łać ta­kiemu wy­zwa­niu. Ewi­dent­nie. Nie są­dzę, żeby cię okła­my­wała, John. Nie... na­prawdę tak nie są­dzę. - Kła­dzie dłoń na jego i z ca­łych sił stara się zi­gno­ro­wać wy­wo­łane przez to mro­wie­nie w piersi.

Kiedy John pod­nosi wzrok, wy­daje się jej taki wdzięczny, że Kim nie­mal ma ochotę się ro­ze­śmiać i jed­no­cze­śnie za­lać łzami. Jak może być tak kom­pletny i tak roz­bity za­ra­zem? John prze­jeż­dża pal­cem pod okiem i nieco się pro­stuje.

- Dzię­kuję - mówi. - Na­wet nie wiesz, ile to dla mnie zna­czy...

Kim za­biera rękę i ma­cha do Maksa, że przy­da­dzą się jesz­cze dwie whi­sky.

- Ale... - po­dej­muje John bar­dziej sto­no­wa­nym gło­sem. - Lena Ac­ker­mann to ka­wał suki na równi po­chy­łej, czy to do tego do­szli­śmy?

Kim re­cho­cze:

- W punkt. Można się zmie­nić, ale więk­szość lu­dzi zde­cy­do­wa­nie nie gar­nie się do tego, żeby kom­pli­ko­wać so­bie ży­cie i wy­ko­ny­wać zbędną pracę. Ła­twiej być tym, kim się jest, i trzy­mać się z in­nymi, po­dob­nymi so­bie. Lena Ac­ker­mann była już w pełni ukształ­to­wana jako dwu­na­sto­latka, ot Ac­ker­man­nówna z krwi i ko­ści, która miała prze­jąć in­te­resy, gdy dziad­ko­wie i ro­dzice umrą. Je­stem pewna, że jej przy­szłość była z góry usta­lona. Dy­plom z prawa to po pro­stu pierw­szy etap tego planu.

- Ale Carl Ac­ker­mann wy­daje się inny. In­te­re­suje się śro­do­wi­skiem i w ogóle.

Kim prze­chyla głowę i splata ręce przed sobą na stole.

- Carl Ac­ker­mann nie różni się od nich ani tro­chę. Jak­kol­wiek bo­ha­ter­sko za­cho­wy­wał się pod­czas sprawy z za­kład­ni­kami. To jest to tylko gra, a wiele uszło mu w ży­ciu pła­zem.

Te­raz to John po­chyla się nad sto­łem, na­śla­duje Kim i też splata ręce, ale w jego oczach znów po­ja­wia się iskierka.

- Już wcze­śniej coś o tym na­po­my­ka­łaś, ale nie za­ła­pa­łem. Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

- Carl Ac­ker­mann jest winny śmierci pew­nej dziew­czyny. Ta­kie plotki krążą w każ­dym ra­zie po mie­ście. Był wtedy na­sto­lat­kiem. O ile mi wia­domo, pro­wa­dził pod wpły­wem, ale wszystko za­mie­ciono ele­gancko pod dy­wan i sprawę za­mknięto, okre­śla­jąc jako nie­szczę­śliwy wy­pa­dek. Na­wet nie wsz­częto po­stę­po­wa­nia przy­go­to­waw­czego. Skoń­czyło się to do­kład­nie tak jak te inne sprawy, które An­to­nio Alva­rez na­zy­wał pod­czas prze­trzy­my­wa­nia za­kład­ni­ków ma­chloj­kami. Czyli na ni­czym. Oni... za­mia­tają wszystko pod dy­wan. Albo płacą in­nym za mil­cze­nie, za­leży, jak na to spoj­rzeć.

- Mó­wi­łem prze­cież, ależ to jest cho­lerne mia­sto.

- Nie za­mie­rzasz prze­słu­chać Carla?

- Jesz­cze nie, mu­szę wie­dzieć wię­cej, za­nim ko­go­kol­wiek we­zwę na prze­słu­cha­nie.

- John Wa­gner? - od­zywa się na­gle młody męż­czy­zna, który pod­szedł do ich sto­lika.

- Tak - od­po­wiada zmę­czony John. - W czym mogę po­móc?

- An­ton Fran­zén, dzien­ni­karz fre­elan­cer. - Kim z emo­cji pra­wie sika w majtki. Tyle razy sły­szała ten głos, że ma wra­że­nie, jakby nie­mal przy­jaź­niła się z tym dzien­ni­ka­rzem.

- Nie je­stem za­in­te­re­so­wany - od­po­wiada John.

- Mam tylko kilka py­tań. Nic wię­cej, po­tem dam już panu spo­kój.

- Nie udzie­lam ko­men­ta­rzy, na­prawdę.

- Na­wet o tym, że o do­cho­dze­niu, które pan pro­wa­dzi, pi­szą na fo­rum pa­tro­lo­by­wa­tel­ski.net? - An­ton Fran­zén wy­kłada na stół kilka zdjęć. Kim od razu po­znaje, co przed­sta­wiają. To fotki, które sama zro­biła ukrad­kiem na po­ste­runku. Zdję­cia zwłok An­niki Lars­son tuż po wy­cią­gnię­ciu ich z Trol­l­sjön i po­tem na stole sek­cyj­nym.

Z ser­cem w gar­dle Kim sięga po whi­sky.

"Ożeż kurwa mać!", my­śli.

- A co pan po­wie o tym, że po De­cem­ber biega być może se­ryjny mor­derca?

Kim le­d­wie może od­dy­chać. Naj­pierw ją zmro­ziło, a po­tem śmier­tel­nie się wy­stra­szyła. Je­śli wyj­dzie na jaw, że to ona zro­biła i udo­stęp­niła te zdję­cia, bę­dzie po niej. John wię­cej jej już nie za­ufa, a ona ni­gdy, prze­ni­gdy tego so­bie nie da­ruje.

- Mó­wił pan, że z ja­kiej jest ga­zety? - pyta John lo­do­wato jak pin­gwin z od­mro­żo­nym tył­kiem.

- Nic na ten te­mat nie mó­wi­łem. Je­stem fre­elan­ce­rem i pi­szę do róż­nych ga­zet.

- Tak czy ina­czej, nie je­stem za­in­te­re­so­wany - od­po­wiada John, z tru­dem od­ry­wa­jąc wzrok od zdjęć.

- Po­cze­kamy, zo­ba­czymy - kwi­tuje An­ton. - Wcze­śniej czy póź­niej bę­dzie pan mu­siał od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nia.

- Jak mam to ro­zu­mieć? - od­zywa się John.

- Mi­łego wie­czoru - rzuca An­ton Fran­zén i robi im zdję­cie. Kim udaje się za­sło­nić ręką, ale John spra­wia wra­że­nie, jakby go to w ogóle nie ob­cho­dziło. - Zdję­cia może pan za­cho­wać. - Męż­czy­zna od­cho­dzi i siada przy ba­rze.

- Wiesz, kto to? - pyta Kim, z mie­sza­nymi uczu­ciami wpa­tru­jąc się w plecy dzien­ni­ka­rza.

- Za­kła­dam, że ja­kiś za­du­fany w so­bie La Motte, który na Fa­ce­bo­oku dum­nie okre­śla się mia­nem dzien­ni­ka­rza, choć nie ma za sobą ani jed­nego dnia rze­tel­nej dzien­ni­kar­skiej ro­boty.

- A więc nie. An­ton Fran­zén pro­wa­dzi pod­cast o róż­nych zbrod­niach. True crime. Ma setki słu­cha­czy i...

- Aha. Niech so­bie drąży. Nie dbam o to, w tej chwili in­te­re­suje mnie tylko jedno. - Po czym zgar­nia wy­druki zo­sta­wione przez dzien­ni­ka­rza i je od­wraca. - Ktoś z po­li­cji zro­bił naj­wy­raź­niej zdję­cia taj­nym ma­te­ria­łom ze śledz­twa i wrzu­cił je na ja­kieś pie­przone fo­rum w in­ter­ne­cie.

- Tak, co za ma­sa­kra. - Kim z tru­dem za­cho­wuje spo­kój i znów ma­cha do bar­mana, cho­ciaż kiedy o tym my­śli, przy­da­łaby się jej cała bu­telka. Max jest jed­nak za­jęty za­mó­wie­niami i nie wi­dzi jej ręki.

To wszystko ozna­cza, że An­ton Fran­zén jest na fo­rum - już samo to jest prze­ra­ża­jące. Bę­dzie mu­siała za­cho­wać ostroż­ność, żeby się nie do­wie­dział, że to ona wrzu­ciła tam te zdję­cia.

Na­gle Kim wstaje bez słowa i za­kłada kurtkę.

John pa­trzy na nią zdzi­wiony.

- A ty do­kąd?

- Ja... mu­szę rano wstać - kła­mie. - Mam sporo do zro­bie­nia, za­nim się zo­ba­czymy.

- Okej, przy­jadę po cie­bie o dzie­wią­tej - od­po­wiada John, po­dejrz­li­wie zer­ka­jąc na Fran­zéna.

"Na szczę­ście - my­śli Kim - nie za­uwa­żył chyba mo­jej bu­rzy emo­cji".

- Ja­sne - od­po­wiada i zmu­sza się do uśmie­chu. Ca­łuje Johna w po­li­czek, a po­tem prze­dziera się do wyj­ścia.

Wy­cho­dzi na świeże po­wie­trze i zde­ner­wo­wana głę­boko wciąga po­wie­trze. Musi wró­cić za­raz do domu i jak naj­szyb­ciej usta­lić, który z pro­fi­lów na­leży do An­tona Fran­zéna, żeby raz na za­wsze go za­blo­ko­wać.

Bóg je­den wie, ile już się do­wie­dział.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki