5
Przyodzianą w satynę, zamarzniętą na kamień i ubrudzoną wymiocinami Lenę Ackermann podniesiono z ziemi i owinięto brezentem, bo ze względu na pozycję, w jakiej zamarzła, nie było szansy włożyć jej do worka na zwłoki.
John ma chwilę wolnego - niedługo czeka go wizyta w szpitalu, żeby dowiedzieć się, co René może mu powiedzieć o przyczynach jej śmierci - ale na razie jedzie wolno przez centrum December. Musi przyznać, że Claire Olofsson jest skuteczna. Minął zaledwie tydzień od wielkiego jarmarku z okazji Halloween, na którym postrzelono mordercę, Bella Umara. I Toma O'Connora.
John nie do końca się orientuje, jak Kim czuje się po tym, co się stało. Ma wrażenie, że nie radzi sobie z tym tak, jak zalecałaby swoim pacjentom, ale cóż, jest jak jest. Łatwo wyrokować w cudzej sprawie, trudniej rozwiązać własne problemy.
Z parku w centrum zniknęły już dekoracje inspirowane duchami, a ich miejsce zastąpiły ozdoby bożonarodzeniowe, jakich John jeszcze nie widział. Jasne, Sztokholm słynie ze świątecznie przystrojonych witryn i jest w nim zawsze pod dostatkiem pięknych instalacji, między innymi w tygodniu noblowskim, gdy laureaci zjeżdżają się do miasta i jest festiwal świateł, ale to tutaj... Rudolf na spółkę ze skrzatami pracującymi w warsztacie Świętego Mikołaja musieli wycisnąć z siebie do cna nastrój świąteczny. A jeśli wziąć pod uwagę, że tu i ówdzie wciąż stoją podnośniki, z których rozwieszane są kolejne światełka, wydaje się, że końca jeszcze nie widać.
Inna sprawa, że nie widać też końca zalewu dziennikarzy napływających do miasta. W trakcie krótkiej przejażdżki po centrum John widzi dwa samochody należące do TV4, jeden z SVT i kilka innych, które - jak się domyśla - przywiozły tu wolnych strzelców liczących na to, że zrobią materiał życia, znajdą gdzieś ciepłą posadkę i będą mogli przestać chałturzyć. John aż się wzdryga. Każda z siedzących w tych samochodach osób chętnie przeprowadziłaby z nim wywiad na wyłączność.
John wie, że powinien był zostać przy starej hucie, wystawnym domu Leny Ackermann, i pomóc Vallemu w oględzinach miejsca znalezienia zwłok. Szczególnie że panuje taki ziąb. Musi jednak sprawdzić trop Christiana Öhmana podsunięty przez tamtą kucharkę.
Skręca do najbardziej prestiżowej części December zwanej Małym Hollywood - gdzie wille buduje się na pokaz i wszystko epatuje bogactwem. Mieszka tutaj niewiele osób, jest może dwadzieścia domów - lub pałaców, jak należałoby je chyba określić. W Sztokholmie nie wydano by pozwolenia na budowę żadnego z nich, ale w małych miasteczkach obowiązują inne zasady - tu chce się zatrzymać bogaczy. Może w grę wchodzą łapówki.
Mężczyzna, którego John ma odwiedzić, mieszka w willi przypominającej trzy ogromne kontenery nieco niedbale ustawione jeden na drugim. Nowoczesne, ale mimo wszystko nudne. Okna panoramiczne, wysokie ogrodzenie ze stali dookoła posiadłości i fontanna pośrodku małego ronda przed domem.
Wszystko wydaje się drogie. Takie wrażenie robi zwłaszcza podjazd, gdzie stoją dwa sportowe samochody i mercedes G63 6x6, który kosztował zapewne więcej niż dom Johna w Sztokholmie.
Policjant w Johnie od razu zaczyna się głowić, czy Christian handluje narkotykami, bo jak inaczej można dorobić się w December takiej fortuny, jeśli nie jest się właścicielem huty?
Podjeżdża do słupka z domofonem, opuszcza szybę i naciska przycisk. Patrzy w kamerę przy bramie.
- Tak?
- John Wagner, policja. Mam kilka pytań.
- Mam kilku adwokatów - odpowiada dźwięczny głos.
- Nie będą potrzebni, nie jest pan o nic podejrzany.
- O co więc chodzi?
- O Sarę Barke.
Na chwilę zapada cisza, potem rozlega się buczenie i brama powoli się otwiera, a John wjeżdża na teren posesji.
"Zaczyna się nieźle", myśli i bardzo uważa na to, żeby nie zaparkować zbyt blisko cacek Christiana. Nie stać go, żeby któreś przypadkiem porysować.
Dorastał w dość biednej rodzinie. Rodzice byli prości i John musiał nosić ubrania po innych, dopóki nie przerósł wszystkich i nie przestał się w nie mieścić. Już kiedy miał piętnaście lat, mierzył metr osiemdziesiąt i był muskularny jak ojciec. To tamtego lata inni przestali mu podskakiwać. Jako najpostawniejszy w szkole stał się chorą instancją władzy. Nigdy jednak nie był bogaty i nie zapowiadało się, żeby miało się to zmienić. "Nie jest to sprawiedliwe, że niektórzy aż do tego stopnia śpią na pieniądzach", przemknęło mu przez głowę i rozpoznał w tym sposób myślenia swojego ojca, nieprzejednanego socjaldemokraty. I buddysty. Mimo to ojciec na bardzo wielu patrzył z góry, tyle tylko że z innych pobudek niż ludzie z pieniędzmi. Coś w rodzaju odwróconego nastawienia klasy wyższej, zgodnie z którym bogaci i ludzie bez solidnego wykształcenia znajdują się na samym dole drabiny społecznej i nie zasługują na szacunek.
"Za żadne pieniądze tego świata nie da się kupić rozwoju osobistego - mawiał ojciec Johna. - Bo ten wymaga czasu, talentu i zainteresowania innymi wartościami. Nie pieniędzy".
Mama nie chodziła na wybory i nie zabierała głosu w żadnych sprawach, które wiązały się z polityką, przez co tata miał większe pole do popisu i nikt nie kwestionował jego osądów. "Może i się nie mylił, ale w każdym razie nie miał do końca racji", myśli teraz John, jeszcze raz zerkając na sportowe auta.
Wysiada z samochodu i bierze ze sobą laptop Sary. Trzyma go tak, jakby niósł wazę z dynastii Ming. Jakby była to jedyna rzecz, dzięki której może zbliżyć się do prawdy, choć wcale nie jest pewny, czy aby na pewno chce ją poznać. Komputery i telefony stały się pamiętnikami współczesnego społeczeństwa. Policyjni informatycy próbowali się już do niego włamać, bez skutku, więc John dostał go z powrotem, kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie.
Drzwi otwiera mu szczupły mężczyzna z zaczesanymi do tyłu włosami, w workowatych ubraniach, które kosztują więcej niż cała zakupiona w sieciówce garderoba Johna. Christian ma w uchu kolczyk z diamentem, a na palcu masywny złoty sygnet.
"Nie ma obrączki", przelatuje Johnowi przez głowę, kiedy podaje rękę gospodarzowi.
- A więc to ty jesteś tym policjantem Sary? - pyta Christian bez zbędnych formalności i tylko patrzy na jego dłoń, jakby była w smarkach. Nie odwzajemnia gestu.
- Tak, chyba tak.
- Sprawdziłem cię na szybko, część osób sądzi, że... ty to zrobiłeś.
- Pewnie nawet sporo. - Johnowi przychodzi do głowy, że też powinien był sprawdzić Christiana, zanim tu przyjechał, na to jest już jednak za późno.
- Cóż, ciekawe... Wejdź.
John wchodzi do holu utrzymanego w klinicznej czystości. Na stoliku na klucze stoi środek do dezynfekcji. Na białych ścianach wiszą dzieła sztuki i kamery, marmurowa posadzka, rasowy kot o długiej białej sierści, który ma ich obu w największym poważaniu, i szklane schody prowadzące na piętro.
Wchodzą do salonu, który wydaje się równie zimny i anonimowy co hol. Mimo nowoczesności wszystko śmierdzi tu odziedziczoną fortuną. Na szklanym stole kolejny środek do dezynfekcji. Widok na jezioro Trollsjön i całą dolinę. Taras z jacuzzi i grillem. Za wodą w oddali znajduje się wynajęty przez Johna dom. Jawi mu się jak mikroskopijne czerwone gówienko muchy.
- Czym się zajmujesz? - pyta policjant i staje w oknie.
- IT, żeby nie wchodzić w szczegóły.
- Jesteś obrzydliwie bogaty.
- Jakoś wiążę koniec z końcem - prycha Christian i nalewa sobie drinka. Johnowi nie proponuje, ale to nawet lepiej. - A więc Sara?
John siada na sofie, Christianowi drży kącik ust. Drżenia nie wywołuje jednak uśmiech, raczej obrzydzenie.
- Byliście z Sarą najlepszymi przyjaciółmi?
Christian parska śmiechem.
- Nie wiem, czy tak bym to określił. Sara... była specyficzna i nie miała przyjaciół. Dzika i niedająca się ujarzmić, ale na swój sposób byliśmy sobie bliscy, tak przypuszczam. Aż coś jej odbiło i wyjechała z December.
- Dlaczego się stąd wyprowadziła?
- Zawsze się nad tym zastanawiałem. Po prostu zniknęła. - Christian upija łyk drinka. Nie siada, tylko dalej spogląda na jezioro. - Kocham to miasto, ale robi coś z człowiekiem.
- Cały czasu tu mieszkałeś?
- Nie, wyjechałem kilka lat po Sarze, na studia do Sztokholmu, potem je rzuciłem i wróciłem na stare śmieci.
- A kiedy byłeś w Sztokholmie, nie miałeś kontaktu z Sarą?
- Nie, Sara... Myślałem, że chce zacząć wszystko od nowa i trzymać się jak najdalej od wszystkiego, co wiąże się z December. A ja też wolałem nie mieć z nią nic wspólnego, Sara była... jest toksyczna. Nie zauważyłeś?
- Nie - mówi John. - Była idealną matką i żoną.
- Żartujesz?
- Nie, dlaczego?
- To nie ta Sara, jaką znam, to znaczy, znałem. Mimo wszystko dobrze, że się zmieniła.
- W jaki sposób się zmieniła?
- Dlaczego tu przyszedłeś? Myślisz, że Sara jest w December?
- Tak... nie... może.
Christian patrzy Johnowi w oczy i siada na fotelu, jedną nogę daje na podłokietnik, w szklance dzwoni lód.
- Nie sądzę, żebym umiał ci pomóc, jeśli mam być szczery. Znałem dawną Sarę, a i to tak sobie. Sara nigdy nie mówiła o tym, co skrywała w środku, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Nic o uczuciach, rodzicach i takich tam. Nigdy nie zgadzała się, żeby ktoś przyszedł do niej do domu, i nie sądzę, żeby ktoś ją naprawdę znał. Ale kiedy byłem nastolatkiem, uważałem, że jest super. No wiesz... zanim dojrzałem. Zabawnie spędzało się z nią czas. Zawsze coś się działo. Jakby próbowała zapomnieć lub przesłonić swoje życie, mogę to zrozumieć teraz, kiedy dorosłem, ale wtedy nie rozumiałem. Sara lubiła dreszczyk emocji.
- Dreszczyk emocji?
- Wszystko, co niebezpieczne. Raz, pod sam koniec naszej przyjaźni, prawie nas zabiła. Ukradła samochód i chciała sprawdzić, jak szybko jeździ. W końcu wypadliśmy z drogi daleko w polu, na całe cholerne szczęście nie mieliśmy zapiętych pasów. Wylecieliśmy przez przednią szybę, samochód był kompletnie skasowany. Wtedy widziałem ją chyba po raz ostatni. W końcu nawet ja przejrzałem na oczy i zacząłem trzymać się od niej z dala. A potem wyniosła się z miasta.
- To jakiś żart?
Christian się zaśmiał.
- Niestety nie. Raczej Sara w pigułce. Żyła na granicy.
John nie wierzy własnym uszom. Wydaje się to zupełnie niepodobne do Sary.
- Jesteś pewny, że nie miała złej siostry bliźniaczki?
- Na bank. - Christian zerka na drogi zegarek. - Coś jeszcze? Za dziesięć minut mam calla z Hongkongiem.
John waha się chwilę. Gapi się na komputer, który może być pamiętnikiem Sary. Tylko co, jeśli Christian coś w nim znajdzie i to usunie? Żeby chronić Sarę albo samego siebie? Nic z tego, co mówił, nie przypomina Johnowi jego Sary, a żaden człowiek nie przechodzi chyba aż tak gruntownej metamorfozy, przeprowadziwszy się po prostu do nowego miasta.
- A tak na marginesie, co wiesz o Annie-Marii?
- To dziewczyna, której Sara nienawidziła. W zasadzie nie wiem czemu, ale możesz ją chyba sam zapytać. Anna-Maria mieszka w Lyckan.
John zapisuje to w telefonie.
- To komputer Sary? - pyta Christian. Naciska butelkę ze środkiem dezynfekującym i czyści nim dłonie. - Mogę zerknąć?
John bierze głęboki wdech, równie dobrze może być to westchnienie rozpaczy. Podaje komputer Christianowi i ma wrażenie, jakby właśnie oddał cząstkę swojego własnego serca.
- Chcesz, żebym się do niego włamał, prawda?
- A da się?
- Bitch, please. Dzisiaj już nie zdążę, ale zrobię to jutro i dam ci znać. Masz wizytówkę albo może przeairdropuj mi swój numer?
- Przeairdropuj?
- Jezu. Podaj mi po prostu numer telefonu.
Kiedy John odjeżdża, nie wie, co myśleć o Sarze. Przecież nawet nie chciała jeździć z nim i Mattiasem kolejką górską. Nie mieści mu się w głowie, że mogła ukraść samochód. Płaciła rachunki tego samego dnia, kiedy trafiały do skrzynki, nie przekraczała ograniczenia prędkości i praktycznie nie piła alkoholu. Ewentualnie kieliszek rieslinga od wielkiego dzwonu.
Czy człowiek może przejeść aż taką metamorfozę?
Doświadczenie podpowiada mu, że nie. Wszyscy przestępcy, których posłał za kratki i którzy obiecywali nigdy więcej nie złamać prawa, wcześniej czy później wracali do pierdla. Sam John praktycznie się nie zmienił, odkąd skończył piętnaście lat. Ale jeśli to, co mówił Christian, to prawda... John nie może być już niczego pewny. Kiedy Sara twierdziła, że w December pozostawiła cząstkę swojej duszy, John brał to zawsze za pozytywne wspomnienie. Teraz jednak uderza go myśl, że równie dobrze mogło to znaczyć coś bardzo mrocznego.
- Kim ty, kurna, jesteś, Saro? - szepcze pod nosem, wyjeżdżając z Małego Hollywood. - Gdzie ty, kurna, jesteś?