Rytuał Szpaków. Shield of Sparrows. Tom II - Devney Perry

Reflow text when sidebars are open.
Treow było grobowcem.
Część wspólna stała pusta. W wieżach strażniczych nie wystawiono wart. Podmuch wiatru porwał szczeble sznurowej drabiny, kołysząc nią tam i z powrotem z cichym skrzypieniem. Domek na drzewie ponad nią był tak samo pusty jak reszta obozowiska.
Gdzie była Odessa? Powinna tu być.
Panika płynąca w moich żyłach przyprawiała mnie o zawrót głowy. Uniosłem palce do ust i zagwizdałem. Przenikliwy dźwięk odbił się od drzew, nim połknął go las.
A gdy rozpłynął się w powietrzu, nie zostało nic poza ciszą.
Chłód przemknął mi po kręgosłupie.
Coś było nie tak. Mogła zgubić drogę w ciemnościach po wyjściu z Ellderu, ale o świcie znalazłaby właściwy szlak.
W oddali poniósł się tętent kopyt. Wstrzymałem oddech, licząc, że to Odessa i Evie, lecz na grzbiecie siedziała jedna osoba, a jej włosy były wyraźnie białe i gładkie, nie dzikie i rude.
Cathlin zatrzymała cętkowaną klacz i zeskoczyła na ziemię. Przywiązała konia do tego samego pnia, do którego ja uwiązałem Aurindę.
Czarna sierść mojego ogiera wciąż była wilgotna od potu po wyczerpującej jeździe z fortecy do obozowiska.
- Powinnaś była zostać w Ellderze - powiedziałem do Cathlin.
Stanęła u mojego boku, a pasmo jej białych włosów uniosło się na wietrze.
- Byłeś wściekły. Martwiłam się, że...
- Że skrzywdzę własną żonę? - Rozdrażniony wypuściłem powietrze nosem.
Tak, byłem wściekły. Przestraszony. Spanikowany. Zdezorientowany. Ale prędzej wbiłbym sobie nóż w serce, niż skrzywdził Odessę.
- Nie. - Przycisnęła obie dłonie do zaróżowionych policzków. - Po prostu się martwiłam. Nie wiem, co mam myśleć, Ransom.
- Ja też nie.
Obraz kruksa, kobiety, wypalił mi się w pamięci. Jak to możliwe? Cóż to była za magia? A może mój umysł płatał mi figle?
Wyszedłem z fortecy przekonany, że utknąłem w koszmarze. Nawet kiedy znalazłem Aurindę i osiodłałem go przed drogą do Treow, miałem wrażenie, że poruszam się we mgle. Że działam mechanicznie, dopóki nie wybudzę się z tego snu.
- Jej włosy - wyszeptała Cathlin.
Kruks przemienił się z bestii w piękność. W kobietę, która miała z Odessą tak wiele wspólnych rysów, od włosów po nos i delikatny podbródek, że nie dało się nie dostrzegać tego podobieństwa.
A jej krew...
- Myślisz, że Odessa wie?
- Nie. - Nie chciałem wierzyć, że ukryłaby przede mną coś takiego.
Sięgnąłem do kamizelki i wyciągnąłem pukiel obciętych włosów zmiennokształtnej. Owinąłem jedwabisty lok wokół palca, pozwalając, by pomarańczowe, truskawkowe i miedziane refleksy odbiły światło. Potem puściłem pasma na wiatr.
- Spalili ciało? - zapytałem.
- Tak.
- Dobrze.
- Gdzie są wszyscy? - zapytała Cathlin, rozglądając się po drzewach. - Wieże strażnicze były puste, kiedy obok nich przejeżdżałam.
- Odeszli. Treow jest opuszczone.
Gdzie jesteś, Cross? Gdzie, do diabła, jesteś?
Zdążyłem już dwa razy obejść całe obozowisko. Wołałem Odessę i Evie, aż głos mi się załamał, a gardło zaczęło piec żywym ogniem.
Jeśli zabrał je mój ojciec, jeśli zrobił im krzywdę, miałem gdzieś wszelkie przysięgi krwi, które złożyłem - wyrwałbym mu wszystkie kończyny po kolei. A jeśli nocą zaatakował je inny rodzaj potwora, modliłem się, żeby Odessa znalazła bezpieczną kryjówkę.
- Odessa i Evie powinny tu być - powiedziałem. - Wysłałem je do lochów i powiedziałem, że spotkam się z nimi tutaj.
Kolory odpłynęły z policzków Cathlin.
- Gdzie ona się podziewa? - Przeciągnąłem dłonią po twarzy. - Nie powinienem był pozwolić jej odejść.
Cathlin położyła dłoń na moim ramieniu.
- Znajdziemy je.
To ja je znajdę. Tutaj albo w sferach.
- Zobacz, co leżało na ulicy nieopodal padoku. - Cathlin podeszła do juków i wyjęła dwa noże.
Noże Odessy.
Oba ostrza były splamione krwią.
Szlag. Nie podobało mi się to, że ich nie ma. Że jest gdzieś tam, pozbawiona ochrony. Beze mnie.
Trzask gałęzi sprawił, że i ja, i Cathlin obróciliśmy się gwałtownie w stronę części wspólnej. Serce zamarło mi w piersi, gdy spomiędzy drzew wyszła Mariette.
- Obrońco. - Opiekunka się skłoniła. - Cathlin.
- Gdzie są wszyscy, Mariette? - zapytała Cathlin.
- Odeszli. - Włosy wisiały jej byle jak na ramionach, siwe pasma wysunęły się z ciasnego koka. Jej ciemnobrązowe oczy były zmęczone i przekrwione. Miała na sobie gruby szary płaszcz, a na plecach dźwigała wypchaną po brzegi torbę. - Wychodziłam ostatnia. Minęłam już ostatnią wieżę strażniczą, kiedy usłyszałam gwizd i zawróciłam. Król i jego żołnierze przejechali tędy przed świtem i ostrzegli nas przed zwiadowcą kruksów. Podążamy za jego karawaną do Allesarii.
- Czy Odessa i Evie były z nim? - zapytałem.
- Nie widziałam ich. - Pokręciła głową. - Król nie przybył z licznym oddziałem. Miał przy sobie może ze dwudziestu żołnierzy. Zebrali zapasy, ale nie zabawili tu długo.
- Cholera. - Zacisnąłem szczęki. - Powinnaś już iść. Dogoń resztę podróżnych.
Niech ucieka z Treow, póki jeszcze ma szansę.
Mariette zawahała się na moment, a jej wzrok powędrował do domku na drzewie nad moją głową. Domku Odessy. Przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby czuła się nieswojo, porzucając Treow. Jakby miała go już więcej nie zobaczyć. Ale to zawahanie minęło, i tak szybko, jak się pojawiła, pospieszyła dalej, lawirując między grubymi pniami, aż końcu zniknęła.
- Jeśli nie ma jej z twoim ojcem, to gdzie jest? - zapytała Cathlin, obracając się powoli wokół własnej osi.
Gdzie? Gdzie, do diabła, podziewała się moja żona?
Lęk, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałem, osiadł głęboko w moich kościach. Zmroził mi krew.
- Ile osób wie o kruksie?
- Niewiele. Niewielu przeżyło noc.
- Wróć do Ellderu. Zapłać strażnikom za milczenie w sprawie kruksa, tej kobiety. I komukolwiek jeszcze będzie trzeba. - Podszedłem do Aurindy i przywiązałem noże Odessy do siodła zapasowym rzemieniem. - Zostań z Zavierem. Czuwaj nad nim. Jeśli się obudzi, poślij wiadomość. Jeśli nie... pochowaj go obok mojej matki.
Oczy Cathlin napełniły się łzami.
- A dokąd dokładnie mam tę wiadomość posłać?
Wskoczyłem na siodło, odwracając się od ścieżki, którą podążyła Mariette. Odwracając się od drogi, która ostatecznie zaprowadziłaby mnie do Allesarii.
Istniała szansa, że Odessa wykorzysta wyryte na moim mankiecie znaki i wyruszy na poszukiwanie stolicy. Ale miałem przeczucie, że zabierze Evie gdzie indziej. Do miejsca, gdzie mogłaby ukryć moją siostrę przed naszym ojcem. Do miejsca, w którym czułaby się bezpiecznie.
- Do Quentisu.
Los Sparrow Wolfe spoczywał w rękach pięciu mężczyzn.
Pięciu królów Calandry.
Stali wokół owalnego stołu, skupieni na traktacie rozłożonym na żłobionej drewnianej powierzchni. Atrament na pergaminie wciąż jeszcze nie wysechł. Kleryk, który spisał dokument, pospiesznie zebrał swoje rzeczy, a potem czym prędzej wymknął się z pomieszczenia, gdy jego zadanie dobiegło końca.
Podziemna piwnica tonęła w mroku. Powietrze wypełniał zapach mokrego kamienia i gryzącego dymu. Jedna z lamp dogasała, w jej zbiorniczku prawie nie zostało już oleju po długich, przeciągających się godzinach negocjacji.
Sparrow stała pod kamienną ścianą jako milcząca obserwatorka dyskusji. W kominku trzaskał ogień, ale jego ciepło nie potrafiło przepędzić chłodu, który już zakradał się w jej kości. Zacisnęła zęby, żeby nie szczękać.
Ogarniało ją odrętwienie, które pełzło ku koniuszkom palców u rąk i nóg. Przy odrobinie szczęścia, którym mogła ją obdarzyć bogini Daria, to odrętwienie wkrótce przytępi również ból w jej sercu.
Żaden z pięciu królów nie poświęcał jej uwagi, nawet jej własny ojciec. Byli zbyt zajęci debatowaniem nad tym, kogo Sparrow poślubi.
Za mężczyznami unosił się Najwyższy Kapłan Vosterów. Odkąd wpłynął do piwnicy, jego bose stopy ani razu nie dotknęły podłogi. Nikłe światło wypłukało z bladej, białej skóry wszelki ślad koloru.
Jego oczy, te ciemne, jednolite sadzawki, pozostawały utkwione w traktacie. Gdy królowie dojdą do porozumienia, przypieczętuje ich przysięgi krwią.
Kapłan splótł dłonie przed sobą, a grube, ciemnozielone paznokcie wyrastające z jego palców były tak długie, że zawijały się ku jego szatom, burgundowej tkaninie ciemnej jak burzowa chmura wisząca nad sercem Sparrow.
Królowie byli ubrani w tkaniny o wyrazistych barwach, w czerwienie, zielenie, błękity i turkusy, a każdy z nich dumnie reprezentował swoje królestwo zarówno za pomocą koloru, jak i wyszytych na stroju emblematów.
Sparrow ubrana była w szarość, odcień równie pozbawiony nadziei jak ona sama.
Ów traktat był koniecznością. Powtarzała to sobie niezliczoną ilość razy. Miał położyć kres wojnom, które nękały ich kontynent od pokoleń. Miał związać pięć królestw Calandry na zawsze.
Albo znajdą sposób, by żyć razem. Albo umrą, próbując.
Rozsądna księżniczka, wychowana na taką przez ojca, początkująca polityczka, wiedziała, że to niezbędne do przetrwania. Ale młoda kobieta marząca o miłości zaczęła więdnąć w chwili, gdy rozmowę zdominowały ustalenia dotyczące małżeństwa.
Istniał powód, dla którego Sparrow znalazła się w tej piwnicy, coś, co miała zrozumieć dopiero, gdy już będzie za późno. Nie trafiła tutaj jako dziedziczka ojca. Nie była tu po to, by obserwować i się uczyć.
Była pionkiem, którym mieli handlować w imię pokoju.
Ci królowie ludzi obawiali się, że sama wymiana dóbr nie wystarczy, by utrzymać układy. Czym można było lepiej związać królestwa niż krwią? Przyszłymi pokoleniami. Dziećmi, które pewnego dnia urodzi. Dziećmi związanymi z dwoma królestwami.
Wokół stołu zapadła cisza, od której włoski na karku Sparrow stanęły dęba. Wyprostowała się bardziej, gdy królowie pokiwali głowami.
- Czy zatem jesteśmy zgodni? - zapytał Najwyższy Kapłan głosem gładkim niczym jej kasztanowe włosy.
Każdy z królów, łącznie z jej ojcem, wymamrotał:
- Tak.
Od każdego króla i jego przyszłych dziedziców oczekiwano, że po podpisaniu tego traktatu będą przestrzegać jego postanowień. Złamanie przysięgi oznaczałoby śmierć.
Zrzeknięcie się wolnej woli stanowiło przeciwieństwo jej natury Turanki. Jej ojciec najpewniej czuł to samo. Jednak Turah nie miała wyboru i musiała wziąć w tym udział. Ich królestwo było silne, lecz nie na tyle, by stawić czoło reszcie Calandry. Zwłaszcza gdy próbowali podnieść się po migracji kruksów.
Jej ojciec nie mógł zapobiec temu traktatowi, ale ten fakt wcale nie sprawiał, że łatwiej było jej pogodzić się z losem.
Wszyscy królowie jeden po drugim wyciągali sztylet lub nóż z pochwy. Rozcinali sobie dłonie, zanurzali pióra i kreślili swe imiona krwią.
Jej ojciec był ostatni. Z zawieszonym nad traktatem piórem, którego czubek lśnił czerwienią, rzucił jej długie spojrzenie. Litość i przeprosiny w jego stalowoszarych oczach sprawiły, że trudno jej było oddychać. Zielone pierścienie w jego tęczówkach rozbłysły na krótką chwilę, a potem opuścił wzrok na pergamin. Szorstki zgrzyt towarzyszący jego podpisowi był szybki, jak strzała przeszywająca jej serce.
Sparrow opuściła głowę, żeby królowie nie dostrzegli łez w jej oczach.
Koniec. Było po wszystkim.
Po migracji kruksów z Calandry została ruina. Teraz królestwa miały odbudowywać się wspólnie. Handlować wspólnie. Żyć wspólnie.
Wspólnie się rozmnażać.
Tej nocy Sparrow stała się klaczą rozpłodową niczym jej ukochana Helena.
Czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy Helenę? Czy kiedykolwiek wróci do Turah? A może zabiorą ją zaraz z tej nędznej piwnicy w Ozarcie do miasta w Genesisie, gdzie zaprezentują ją ludziom jako ich nową królową?
Czy ludzie z Genesisu znienawidzą ją tak, jak ich król, Tanis Oak, nienawidził jej ojca?
Na myśl, że resztę życia spędzi związana z mężczyzną, który gardził jej rodziną, jej ludem, zrobiło jej się niedobrze. Czy Tanis wyładuje swój gniew na niej? Czy będzie musiała cierpieć za rywalizację, która zaczęła się przed jej narodzinami?
Traktat zabraniał mu ją zabić, ale istniał los gorszy od śmierci.
Tanis, starszy od niej co najmniej o dziesięć lat, był jedynym nieżonatym królem w tym pomieszczeniu. A ona była jedyną księżniczką w Calandrze w wieku odpowiednim do płodzenia dzieci. Może kiedy urodzi mu syna, zapomni o niej. Jeśli bogowie okażą się miłosierni, zostawi ją w spokoju.
Sparrow zacisnęła powieki, gdy lęk i smutek próbowały się z niej wylać kolejnymi łzami. Bez wątpienia Tanisowi nie przypadłaby do gustu mazgajowata żona. A ona była Turanką.
Nie będzie płakać.
To bogowie byli temu winni. Dranie. Szóstka przeklęła Calandrę swoimi potworami. Kruksami. Przetrwała ostatnią migrację tylko po to, by zamienić jeden koszmar na drugi. Niech bogowie gniją w swoich sferach. I Voster także, z tymi swoimi przysięgami i magią służącą do manipulowaniu ludźmi.
Zacisnęła zęby tak mocno, że aż zgrzytnęły, ale wyprostowała plecy i zadarła brodę.
Poczuła na sobie spojrzenie Najwyższego Kapłana.
Nienawidziła go bardziej niż kogokolwiek w tym pomieszczeniu. Bez cienia skrupułów uwięzi ją tym traktatem. Jak metaliczny posmak krwi poczuła na języku smak nienawiści do jego magii.
Lekkim skinieniem głowy przywołał ją do stołu.
- Twoje imię i nazwisko?
- Sparrow Wolfe. - Jej głos był wyważony i spokojny, nie zdradzał, jak szaleńczo bije jej serce.
Przez długą chwilę patrzył na nią nieruchomo.
- Ten traktat będzie znany jako Przymierze Wróbli.
Inna księżniczka być może doceniłaby to, że nazwano traktat na jej cześć.
Sparrow przełknęła krzyk.
- Czy ty, Sparrow Wolfe, księżniczko Turah, ślubujesz dochować Przymierza Wróbli poprzez swój związek z Tanisem Oakiem, królem Genesisu? - zapytał Najwyższy Kapłan.
Wszyscy królowie w pomieszczeniu zdawali się wstrzymywać oddech, czekając na jej odpowiedź.
Oczy jej ojca zaszkliły się od łez, gdy skinął jej głową.
- Ja, Sparrow Wolfe, składam tę przysięgę - wyszeptała.
Nie patrząc jej w oczy, ojciec podał jej swój nóż.
Rozcięła sobie dłoń, powstrzymując najmniejsze choćby drgnięcie, gdy ostrze przecięło skórę. Podpisanie się krwią zajęło tyle, ile szybki ruch nadgarstkiem.
Potem obok jej imienia znalazło się imię Tanisa, a jego własna przysięga wybrzmiała na głos. Miał głos gładki i głęboki. Pozbawiony emocji i zimny.
Dreszcz przebiegł Sparrow po kręgosłupie.
Najwyższy Kapłan położył obie dłonie na traktacie i zamknął oczy.
Nie poczuła nic. Nie było żadnego widocznego śladu jego płynnej magii. Ale gdy otworzył oczy i uniósł dłonie, nie miała najmniejszych wątpliwości, że jest już związana tym traktatem.
Przymierzem Wróbli.
- Dokonało się. - Oświadczenie Najwyższego Kapłana wydarło jej powietrze z płuc. Tanis wymaszerował z piwnicy.
Pozostali królowie ruszyli za nim, wspinając się po schodach, które miały ich wyprowadzić z tej tajnej komnaty pod stolicą Ozarthu.
Najwyższy Kapłan przycisnął obie dłonie do serca i lekko się jej skłonił.
Przygryzła język, żeby zachować milczenie.
Potem zwinął traktat w równą tubę. Krew, jej atrament, ledwie zdążyła wyschnąć.
Gdy zostali sami, ojciec jakby stracił siły. Z jego płuc wyrwał się drżący oddech, ramiona opadły, a jego szeroka, potężna sylwetka skurczyła się na jej oczach.
Ten widok rozdarł jej duszę na pół.
Nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie kruksy. Gdyby nie było kolejnych migracji.
- Dlaczego Szóstka przeklęła nas tymi potworami? Dlaczego nas nienawidzą?
- Bo są małostkowymi bogami - odrzekł. - Bo tylko ludzie mają moc, by uczynić bogów nieistotnymi.
Sparrow wpatrywała się w ojca, chłonąc jego mocny profil.
- Nigdy więcej nie będę ich czcić. I nigdy nie zaufam Vosterowi.
- Ja też nie. - Uśmiechnął się do niej smutno i otworzył ramiona. - Wybacz mi, córko.
Osunęła się na jego pierś, czując mocny uścisk, w którym zamykał ją, odkąd była niemowlęciem.
- Co mam zrobić?
Pocałował ją we włosy.
- Bądź śmiała, moja Sparrow. Bądź odważna.