ROZDZIAŁ 7
Komisarz Aleksanderski z Komendy Rejonowej Policji Warszawa V na Bielanach z niedowierzaniem spoglądał w dół, pod swoje nogi. Był już policjantem dość długo, za dwa lata powinien przejść na emeryturę, i naprawdę sporo już w życiu widział, lecz czegoś takiego jeszcze nie. Mężczyzna leżący na ziemi miał twarz pociętą nożem. I to jeszcze nie byłoby nic takiego dziwnego, niezwykłe były liczba i rodzaj tych nacięć. Deszcz, który padał z przerwami od dwóch tygodni - choć teraz na szczęście właśnie akurat nie - wymył z tej twarzy i z wnętrza ran krew, przez co wyglądała ona, jakby ktoś dokonał na niej sekcji. Ale tylko na niej.
- Patrz! - Jego partner uniósł ostrożnie krawędź kurtki denata.
Na mokrej koszulce oblepiającej ciało trupa widać było kilkanaście śladów, prawdopodobnie po nożu. Ich rozmoczone krawędzie zachowały jeszcze blady odcień czerwieni.
- Zginął pewnie od tego. To na twarzy moim zdaniem zostało zrobione później.
Komisarz kucnął i przyjrzał się z bliska cięciom. Były... dziwne. Tylko to słowo przychodziło mu do głowy. Liczba ran kłutych na brzuchu i klatce piersiowej świadczyła, że sprawca działał w stanie dużego wzburzenia, silnych emocji, które w ten sposób właśnie rozładował. Lecz rany na twarzy nie były chaotyczne, nie zostały zadane w morderczym szale. Zupełnie jakby... morderca się w ten sposób bawił. Policzki denata rozcięto, i to z obu stron. Oba nozdrza były rozerwane. Powieki również zostały przecięte, w dodatku tak, żeby odsłonić oczy. Wyglądało to, jakby sprawcą kierowała głównie ciekawość. Do tego dochodziło kilka nacięć na skórze czoła. Nacięć przypominających rysowane od niechcenia wzory.
- Dziwne... - Jego partner myślał, zdaje się, o tym samym. - Widziałeś kiedyś coś podobnego? Musiał to zrobić jakiś świr...
- I to nielichy... - odparł komisarz i wstał. - Dzwoń po prokuratora. I po ekipę. Będą mieli sporo roboty. Kto ma dzisiaj dyżur?
- Jakaś nowa.
Aleksanderski jeszcze raz spojrzał na trupa z góry. Jego ułożenie wydawało się nienaturalne, jakby ktoś upozował go po śmierci. Ręce i nogi rozrzucone były na bok i zgięte w specyficzny sposób. Przypominał... przypominał ludzika ze znaku drogowego obwieszczającego bliskość przejścia dla pieszych. Kto mógł zrobić coś takiego? I po co? Komisarz spotkał się już parę razy z upozowaniem zwłok, ale nigdy w taki sposób. Mordercy robili takie rzeczy zazwyczaj z trzech powodów: żeby ukryć prawdziwy motyw lub upozorować samobójstwo; żeby dodatkowo po śmierci upokorzyć ofiarę; lub wręcz przeciwnie - żeby oddać jej swego rodzaju hołd, układając jej ciało w godnej pozycji, przypominającej tę z katafalku. Tu, jak się wydawało, w grę nie wchodziła żadna z tych przyczyn. Więc jaka?
Rozejrzał się po okolicy. Ciało leżało na chodniku wiodącym przez środek sporego skweru znajdującego się pomiędzy dużymi, dziesięciopiętrowymi blokami. Znalazła je szesnastoletnia dziewczyna, która wyprowadzała rano swojego psa. Wyglądało to trochę tak, jakby trup szedł po chodniku. Czy o to w tym wszystkim chodziło? Ułożenie ciała miało coś wskazać? Kierunek, w którym należało pójść, aby coś odkryć?
Komisarz polecił gestem swojemu partnerowi, żeby pozostał przy zwłokach, a sam ruszył w stronę, w którą zdawał się biec leżący na ziemi ludzik.
Wyłożona betonową kostką ścieżka wiodła w kierunku wielkiego bloku i parkingu przed nim. Było nieco po siódmej rano; ludzie właśnie wsiadali do samochodów, by odwieźć dzieci do szkoły i pojechać do pracy. Nikt, całe szczęście, nie zauważył leżących w oddali na chodniku zwłok. Oszczędziło im to kłopotu z odganianiem gapiów.
Aleksanderski podszedł do stojących tu samochodów, potem zaczął krążyć między nimi. Nie znalazł jednak niczego dziwnego ani odbiegającego od normy. Zajrzał przez zamkniętą kratę do wolnostojącego śmietnika - tu również nie zauważył niczego niezwykłego. Spojrzał na wznoszącą się nad nim bryłę bloku. Może więc chodziło o budynek? Może to, co wskazywało ułożenie zwłok, znajdowało się w którymś z mieszkań? Jeśli tak, komisarz sam tego nie sprawdzi. Były ich przecież setki.
Chyba że... Nagle przyszło mu to do głowy. Chyba że ludzik na chodniku nie tyle biegł w jakimś kierunku, ile przed czymś uciekał.
Te bloki i ten zamknięty śmietnik trzeba będzie oczywiście sprawdzić, na razie jednak warto przyjrzeć się tej drugiej możliwości. Ruszył z powrotem w kierunku trupa. Zbliżając się do niego, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł odruch wymiotny. W tej twarzy było coś nieludzkiego. Widział wiele zmasakrowanych zwłok, lecz na ich, często potwornie zniekształconych, obliczach dało się mimo wszystko odczytać ślady jakichś ludzkich emocji - tych zastygłych w ich pośmiertnym wyrazie, jak i tych odczuwanych przez ludzi, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Ta twarz przypominała raczej maskę jakiegoś azjatyckiego demona. Jej rozcięte policzki, opuszczona nienaturalnie szczęka, odsłonięte zęby, rozcięte nozdrza i wybałuszone oczy nadawały jej wyraz groteskowego niemal przerażenia.
Gdy do niej podchodził, odczuł naraz jakiś metafizyczny, podskórny lęk. Wzdrygnął się i odwrócił wzrok. I wtedy zrozumiał coś jeszcze: pomylił się, myśląc, że morderca bawił się, robiąc te wszystkie nacięcia, że kierowała nim tylko ciekawość podobna do tej, z jaką kot bawi się upolowaną przed chwilą myszą. Ten, kto to zrobił, zrobił to celowo. Ta twarz, podobnie jak ułożenie zwłok, była przekazem, wiadomością wysłaną światu przez zabójcę. Pytanie tylko, jaka była jej treść.
Minął wreszcie trupa i ruszył dalej wyłożonym kostką chodnikiem. Uważnie przypatrywał się jego nawierzchni, trawie po obu stronach i mijanym co jakiś czas ławkom. Niczego ciekawego nie dostrzegł.
Ścieżka doprowadziła go do drogi, przy której parkowały samochody. Tu też niczego nie zauważył. Ani w samochodach, ani pomiędzy nimi, ani w koszu na śmieci, który też sprawdził. Po drugiej stronie ulicy widniał wzniesiony z białej cegły mur, zza którego wystawały korony drzew. Cmentarz Wawrzyszewski. Może chodziło właśnie o niego? Przeszedł przez jezdnię, potem przez pas zieleni i dotarł pod ścianę. Wejście było z innej strony. Już miał ruszyć wzdłuż muru w poszukiwaniu bramy, gdy wtem coś dostrzegł. Białą kartkę formatu A4, pofałdowaną i mokrą od deszczu, leżącą na trawie pod murem cmentarza. O tym, że nie znalazła się tam przypadkiem, świadczyło to, że przyciśnięto ją kamieniem.
Podszedł do niej i kucnął. Kamień był dość spory, więc zasłaniał większość arkusza, lecz nawet mimo tego dało się na niej dostrzec ślady druku. Litery były rozmyte i zamazane; Aleksanderski nie potrafił ich odczytać, rozmieszczenie wyrazów wskazywało jednak, że był to rodzaj wiersza. Na górze, tuż nad krawędzią kamienia, widniały dwa słowa napisane wersalikami. Był to najwyraźniej tytuł. Tyle udało mu się odczytać: "ODROBINA NICOŚCI".
*
Siedział tak już chyba trzecią godzinę. Z kapturem wciąż na głowie, z twarzą umazaną krwią tamtego. Z zamkniętymi oczami. Próbował zrozumieć to, co się stało. Ale nie tylko. Bał się ruszyć, żeby nie stracić tego czegoś. Tego, czego nawet nie potrafił nazwać. Tego stanu uniesienia, mocy, łaski...
Nigdy wcześniej tak się nie czuł. Nawet wtedy, na parkingu pod supermarketem. Pewnie dlatego, że tamto stało się w zasadzie przypadkiem; że było zaskoczeniem także dla niego samego. Teraz podszedł do sprawy o wiele bardziej świadomie. Co nie znaczy, oczywiście, że zupełnie na zimno...
Otworzył powoli oczy. Zaschnięta krew ściągała mu skórę. Nie ubrudził się nią niechcący. Nie ochlapała mu twarzy, gdy raz za razem, ogarnięty ekstatycznym niemalże uniesieniem, lecz jednocześnie obserwujący to wszystko jakby z pewnego dystansu, wbijał ostrze w pierś tamtego. Być może parę kropel opryskało go wówczas, nie wiedział. Sam się nią wysmarował, już po wszystkim.
Było to dziwne; do tej pory czuł lekkie zażenowanie na to wspomnienie. Ale nie wzięło się znikąd. Nie było też jakimś wymysłem jego chorej wyobraźni. Czytał o tym kiedyś - albo oglądał w jakimś filmie - że gdy myśliwy upoluje swoją pierwszą w życiu zwierzynę, inny myśliwy, starszy i bardziej doświadczony, smaruje mu twarz krwią jego ofiary. A to była jego pierwsza ofiara. Pierwsza upolowana ofiara. Bo tamtego gościa na parkingu trzepnął trochę niechcący, niczym kierowca sarnę na drodze.
Uśmiechnął się. Napięta skóra lekko zabolała. Poczuł się, jakby pękała na nim skorupa oblepiająca jego prawdziwą twarz. Symptomatyczne uczucie. Może właśnie na tym to polegało? Na tym, że właśnie pęka na nim maska. Ta, którą nosił przez całe dotychczasowe życie. Ta, za którą ukrywał prawdziwego siebie. Przypomniał sobie nagle reklamę pewnego napoju. "Bądź sobą!" - nawoływało hasło zachęcające do jego kupna. Zaśmiał się cicho. Chyba właśnie je realizował.