3
- Masz, napij się wody - powiedział Mortka.
Sięgnął do plecaka po bidon i podał Justine. Wciąż drżała, po policzkach płynęły jej łzy, które wycierała nerwowo wierzchem dłoni. Wzięła od niego wodę i wypiła kilka łyków. Nagle zgięła się wpół i zaczęła kasłać. Komisarz podniósł rękę, żeby uderzyć ją w plecy, ale ona gestem dała mu znak, że to nie jest potrzebne. Czekał więc cierpliwie, aż dojdzie do siebie. Kiedy w końcu się uspokoiła, powtórnie sięgnął do plecaka. Tym razem wyjął czekoladowy baton, lekko już roztopiony, i podał jej.
- Masz. Przyda ci się trochę cukru.
Odtrąciła jego rękę w zaskakująco agresywny sposób. Kiedy podniosła na niego wzrok, jej oczy błyszczały groźnie.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie - warknęła.
Przez moment nie wiedział, jak powinien zachować się w tej sytuacji, a potem po prostu schował baton z powrotem do plecaka, odłożył go na ziemię i przeszedł kilka metrów w stronę lasu, tuż za załom kamiennego wału. Kucnął i oddychał głęboko. Gdy zamknął oczy, pod powiekami natychmiast pokazało mu się odnalezione przed chwilą ciało. Na szczęście rozmazane, niewyraźne, pozbawione szczegółów. Nie zdążył mu się przyjrzeć, żeby zapamiętać cokolwiek poza tym, że tam było.
Pomyślał, że trzeba mieć jego szczęście, aby odnaleźć ludzkie zwłoki na romantycznym spacerze z dziewczyną.
Kiedy Justine napisała, że udało jej się wygospodarować kilka wolnych dni i chętnie odwiedzi go w Polsce, postanowił spędzić z nią czas poza Warszawą. Od paru miesięcy źle się czuł w tym mieście. Był wiecznie zmęczony, niewyspany, drażliwy. Chodząc ulicami, miał wrażenie, że ten cały beton dookoła zaraz wgniecie go w ziemię. Rzadko kiedy spotykał się z ludźmi, większość czasu spędzał w mieszkaniu, próbował czytać, oglądać telewizję i choć regularnie bywał na siłowni oraz biegał na coraz dłuższe dystanse, dni przemykały mu przez palce i sam był zdziwiony, kiedy okazało się, że już nadeszła wiosna. Wiedział, że powinien iść z tym do psychologa, poprosić o pomoc, a przynajmniej sprawdzić, czy nie ma depresji. I na pewno by to zrobił, gdyby tylko w dalszym ciągu mieszkał w Hadze. Tam nie miałby z tym problemu. W Polsce nie potrafił się przemóc. Wciąż zastanawiał się, co by się stało, gdyby o tej wizycie dowiedzieli się jego znajomi, jak by zareagowali. Co było o tyle niedorzeczne, że po tylu latach za granicą mało kogo tu znał.
Dlatego zaproponował jej wypad w Karkonosze. Spędził tam przecież kilka miesięcy podczas jakiegoś głupiego programu wymiany doświadczeń pomiędzy jednostkami policji. Trafił do niego w ramach kary za coś, czego jego szef co prawda nie potrafił lub nie chciał mu udowodnić, a co, jak obaj wiedzieli, zrobił. Podobało mu się wtedy w górach. Przynajmniej do czasu, kiedy przez przypadek wpakował się w kolejne wielowątkowe i skomplikowane śledztwo, a na koniec o mało co nie zginął. A teraz ku swojemu zaskoczeniu zorientował się, że cieszy się z powrotu. Szczególnie że wracał z kobietą, którą... którą... Miał przez chwilę problem, żeby dokończyć tę myśl, a potem doszedł do wniosku, że lepiej, jeśli jednak nie będzie się nad tym zastanawiać.
Gdy wrócił do Justine, ciągle siedziała na ziemi ze spuszczoną głową. Mortka postanowił dać jej jeszcze trochę czasu. Minął ją bez słowa i wspiął się na kamienny wał. Na górze stanął przy samej krawędzi wyłomu, mniej więcej dwa, dwa i pół metra od ciała. Nie zbliżał się bardziej, bo nie chciał zanieczyszczać miejsca zbrodni, a raczej, poprawił się zaraz w myślach, miejsca znalezienia zwłok. Bo przecież nie mógł mieć pewności, że właśnie tutaj doszło do morderstwa. O ile w ogóle do niego doszło, bo przecież tego też jeszcze nie wiedzieli. Na razie jedynie odnaleźli ciało.
Zaczął mu się przyglądać. Należało do mężczyzny, raczej młodego, choć trudno było to definitywnie stwierdzić, bo miał zmaltretowaną twarz, jakby ktoś kilkakrotnie uderzył go kamieniem. Nie uniemożliwiało to identyfikacji, obrażenia nie wyglądały aż tak poważnie, choć patrząc z tej odległości i pod tym kątem, Mortka miał problemy, żeby dokładniej przyjrzeć się ciału. Wydarte kawałki mięsa, szczególnie w okolicach twarzy i wszelakich tkanek miękkich, wskazywały na to, że dobrały się do niego ptaki i drobne gryzonie, których musiało być tutaj zatrzęsienie. Od pasa w górę mężczyzna był półnagi, stopy miał bose, a na klatce piersiowej widniały liczne rany, najprawdopodobniej zadane nożem, chociaż coś tu budziło w komisarzu niepokój.
Początkowo uznał, że denat nie mógł zadać sobie takich obrażeń samodzielnie, ale przypomniał sobie opowieści o samobójcach i samobójczyniach, którzy potrafili kilkakrotnie pchnąć się nożem w klatkę piersiową. Rany na głowie mogły powstać w wyniku upadku, a reszty dokonali okoliczni padlinożercy. Tyle że brakowało noża. Mógł co prawda wylecieć mężczyźnie z dłoni i spaść po jednej albo drugiej stronie muru, a teraz leżeć gdzieś w lesie albo na łące, wśród traw i krzewów.
Czyli chodziło o coś innego.
Nagle do niego dotarło, kiedy patrzył na jego stopy. Nigdzie dookoła nie dostrzegł ani butów, ani ubrania, ale gdyby ten przyszedł tutaj boso, stopy miałby brudne, poranione, a nie czyste.
Oznaczało to, że był tutaj ktoś jeszcze. Ktoś, kto po wszystkim, co się wydarzyło, zabrał ze sobą rzeczy mężczyzny. I najprawdopodobniej narzędzie zbrodni.
Komisarz poczuł ulgę, kiedy wreszcie doszedł do tego wniosku i upewnił się o jego słuszności. Oraz satysfakcję, jakby właśnie rozwiązał bardzo skomplikowane równanie matematyczne. Albo jedną z tych pokręconych krzyżówek.
Praca w Europolu dawała mu przede wszystkim pieniądze. Po raz pierwszy w życiu godnie zarabiał i nie musiał się obawiać tego, że jakaś niespodziewana katastrofa jak awaria auta albo zniszczona kurtka wyczyszczą jego konto do zera. Poza tym czuł satysfakcję z pracy i był dumny z tego, co zrobił przez ostatnie lata. Niemniej polegała ona w głównej mierze na pisaniu raportów, pilnowaniu, żeby odpowiednie dokumenty trafiły na odpowiednie biurko, i wreszcie umawianiu spotkań. Pod koniec najczęściej zresztą były to po prostu telekonferencje. Ucieszył się więc, że wciąż to miał. Że po tylu latach w Hadze ciągle potrafił patrzeć jak policjant i dostrzegać rzeczy, które umykały zwykłym ludziom.
A potem zauważył kolejną rzecz. Tuż przy ciele. Dwa przedmioty, jakby plastikowe słupki, w których dopiero po chwili rozpoznał wypalone niemal do końca świece. Oraz wychodzące spod ciała białe rozmazane kreski, jakby zwłoki położono na jakimś wykonanym na szczycie muru malunku.
- Szlag - wyszeptał.
Ostrożnie zszedł z wału. Przestraszył się, kiedy nie znalazł Justine w miejscu, gdzie ją zostawił. Na szczęście odeszła ledwo kilkanaście metrów od muru. Stanął obok niej, a gdy pociągnęła nosem, podsunął jej paczkę chusteczek i zawahał się, niepewny, jak ona zareaguje.
Zaśmiała się tylko, a potem wzięła chusteczkę, wysmarkała się i schowała ją do kieszeni.
- Przepraszam - powiedziała.
- Nie ma za co.
- Zachowałam się jak suka.
Mortka zrobił minę, która mogła znaczyć cokolwiek, bo w tym momencie ani zaprzeczenie, ani zgodzenie się z nią nie wydawało mu się dobrym pomysłem.
- To nie był pierwszy trup, którego zobaczyłam w życiu - ciągnęła. - Nawet nie jeden z pierwszych. Naoglądałam się ich w pracy. Widziałam przejechanego przez pijanego kierowcę siedemdziesięcioletniego dziadka, który jakimś cudem wciąż trzymał pod pachą prezent urodzinowy dla wnuczka. Widziałam dwudziestoletnią Algierkę, którą zasztyletował jej dwudziestojednoletni chłopak. Ona ledwo co przyjechała do Francji, a jemu odbiło po narkotykach. Ich mała córeczka wciąż tkwiła przy jej piersi i próbowała ssać, kiedy przyjechaliśmy. Widziałam naprawdę chore akcje, Jacques.
- Wiem.
- A tutaj się rozkleiłam, jakbym przez całe życie grzecznie pracowała w urzędzie przy biurku. Bo się nie spodziewałam, Jacques. Po prostu się tego nie spodziewałam. Nie w takiej chwili.
Nie musiała tłumaczyć, o jaką chwilę jej chodzi. Przecież mieli się namiętnie kochać w naprawdę dziwnym, chociaż malowniczym miejscu, a zamiast tego natrafili na trupa i na coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak mord rytualny.
- Zadzwonię po policję - stwierdził Mortka, ciesząc się w duchu, że to nie on będzie musiał się tym zajmować.
Chwyciła go za ramię, tak mocno wbijając w nie palce, że aż syknął z bólu.
- Proszę, nie.
- Słucham?
- Nie dzwońmy po policję - powtórzyła.
Zaskoczony potrząsnął głową. Przez chwilę wydawało mu się, że coś jest nie tak z jego znajomością francuskiego. Bo przecież Justine nie mogła mieć na myśli tego, co właśnie powiedziała.
- Pojutrze mam lot powrotny - oznajmiła. - Jeśli zgłosimy to na policję, przytrzymają mnie tutaj. Będę musiała przedłużyć pobyt.
- To chyba jakoś da się załatwić, prawda? Przebukować bilet i tak dalej.
- Ale nie wiadomo, ile to potrwa, zanim pozwolą mi wrócić. A potem na pewno będą jeszcze wzywali na dodatkowe przesłuchania.
- Tak, ale przecież nie będą cię wzywać do Polski. Na pewno da się to załatwić jakoś zdalnie albo poprzez wizytę w konsulacie. W Bordeaux jest nasza placówka?
- Pierre nie wie, że tu jestem! - krzyknęła i chwyciła Mortkę za koszulkę. - Powiedziałam mu, że wyjeżdżam na babski weekend z koleżankami z Europolu. I że lecimy do Hiszpanii, żeby się wygrzać na plaży, zanim zwalą się tam turyści. Wiesz, o czym myślę przez cały czas, jak tutaj z tobą jestem? Jak mu, kurwa, wytłumaczę, że przez ten tydzień nie zrobiłam żadnych zdjęć! I jak sądzisz, co on sobie pomyśli, kiedy dowie się, że na przesłuchania w sprawie morderstwa wzywa mnie polska policja?
Puściła go, a on z trudem przełknął ślinę.
- Ja to rozumiem - skłamał, bo tak naprawdę nic nie rozumiał, a już najbardziej jej rozpaczy i strachu przed tym, że Pierre się o nim dowie. Jakubowi wydawało się, że mają to już za sobą. Że jej mąż o nim wie, a przynajmniej domyśla się jego obecności w życiu Justine. Przecież tych dwoje żyło raczej obok siebie niż razem. Nie mieli nawet dzieci ani żadnego wspólnego zwierzaka. - Ale ten człowiek został zamordowany i...
- I co z tego?! Moje małżeństwo ma się rozlecieć z tego powodu?! Pewnie na końcu i tak się okaże, że to jakiś lokalny pijaczek, który pokłócił się z innym żulem.
Mortka dobrze przyjrzał się ciału i był pewien, że to nie jest żaden lokalny pijaczek.
- Boisz się, że twoje małżeństwo się rozleci? - zapytał.
Justine gwałtownie posmutniała. Odwróciła się do niego plecami, bo nie chciała, żeby widział teraz jej twarz. Położył jej dłoń na ramieniu, chociaż obawiał się tego, że ona ją odtrąci. Nie zrobiła tego. Uścisnęła ją mocno, a potem spojrzała mu prosto w oczy.
- Mówiłam ci, że się z nim nie rozwiodę, Jacques - powiedziała. - A to teraz... To i tak miało być pożegnanie.
- Pożegnanie? - powtórzył za nią. - Pożegnanie?! A kiedy niby zamierzałaś mi powiedzieć, że to jest pożegnanie?
- Jacques...
- Przestań, kurwa, nazywać mnie Jacques! - ryknął. - Mam na imię Jakub! Kuba! Nawet wy, Francuzi, jesteście w stanie to powtórzyć!
- Kuba...
- Pożegnanie jest wtedy, kiedy obie strony wiedzą, że się żegnają. A nie wtedy, kiedy jedna coś sobie wymyśla i nic nie mówi drugiej!
- A co myślałeś, że się stanie, Kuba?! - krzyknęła. - Że rzucę wszystko?! Zostawię całe swoje życie?! Karierę, znajomych, przyjaciół i męża po to, żeby żyć z tobą w Polsce i robić tutaj niby co?! W Polsce! Kuba... - Potrząsnęła głową, jakby sama nie wierzyła, że musi tłumaczyć mu oczywiste rzeczy. - W Hadze było nam ze sobą dobrze, ale to była Haga. A teraz jest życie.
- Justine...
- A może ty zamierzałeś przeprowadzić się do Francji? - przerwała mu. - Nawet nie do Bordeaux. Do Lyonu albo do Paryża. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Pojawił się w twojej głowie choć raz taki pomysł?
Jego mina starczyła jej za całą odpowiedź.
- Znaleźliśmy ciało - powiedział cicho.
Machnęła ręką.
- Przecież nie możemy udawać, że nic się nie stało. Ktoś kogoś zabił, a ty chcesz to po prostu zignorować?
- Nie - odparła. - Chcę, żebyś mnie w to nie mieszał.
- Ale też tutaj jesteś.
- W takim razie zawieź mnie do Wrocławia. Znajdę jakieś połączenie do Francji i wrócę do domu. Ty przyjedziesz tutaj jutro. Sam. I wtedy odnajdziesz ciało i zadzwonisz na policję. Kiedy ja będę tysiące kilometrów stąd.
- Jesteś policjantką. Wiesz, że w takim śledztwie liczy się każda godzina.
- Daj spokój! Przecież on tutaj leży co najmniej od kilku dni! Jeden dzień więcej, jeden dzień mniej niewiele zmieni.
- Zostawiliśmy ślady.
- Niby jakie? Kilka obsypanych kamieni. Nie zbliżałam się do samego ciała. Ziemia jest kamienista, sucha i twarda, więc nie ma odcisków moich butów. Do jutra nie będzie żadnego dowodu, że kiedykolwiek tu byłam. A nawet jeśli znajdą mój włos, powiesz, że pewnie przyczepił się do twojego ubrania i tutaj spadł.
Mortka stał bez ruchu, jakby nogi wrosły mu w ziemię, ale w środku się w nim gotowało. Wszystko, czego się nauczył, całe jego doświadczenie mówiło mu, że to błąd. Że nie zważając na protesty Justine, powinien wyjąć komórkę, wybrać numer i opowiedzieć, co się właśnie stało.
- Proszę cię, Kuba. Zrób dla mnie tę jedną ostatnią rzecz. Nie mieszaj mnie w to. To tylko jeden dzień. Jeden dzień, który nic nie zmieni.
Nieprawda, pomyślał. To jeden dzień i jedna prośba, która zmieni wszystko. Przynajmniej między nimi.
- Wracajmy do samochodu - powiedział. - I pośpieszmy się, zanim ktoś nas zauważy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki