Rytuał. Jakub Mortka. Tom 7 - Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Po tylu la­tach to miej­sce wciąż pach­niało krwią.

Po­ja­wiał się tam tak czę­sto, jak tylko mógł. Za­wsze nocą. Prze­my­kał wśród cieni. Prze­kra­dał się po­mię­dzy szorst­kimi pniami gór­skich drzew. Jego stopy od­bi­jały się ci­cho od ka­mie­ni­stej ziemi, a zimne po­wie­trze owie­wało mu twarz. Przy­zy­wany przez tę woń, ku­szony echem ostat­niego, peł­nego prze­ra­że­nia krzyku i wspo­mnie­niem spły­wa­ją­cych po jej po­licz­kach łez.

Mi­nął ko­lejny za­kręt na krę­tej dro­dze. Po­ru­szał się z za­ska­ku­jącą dla niego sa­mego szyb­ko­ścią i świe­żo­ścią. Jakby każdy po­ko­nany metr od­mła­dzał jego ciało, a prze­strzeń i czas spla­tały się ze sobą, żeby mógł po­wró­cić nie tylko do tam­tego miej­sca, lecz także do tam­tej chwili.

Za­marł, kiedy usły­szał przed sobą głosy. Rzu­cił się w bok. Scho­wał w ciem­no­ści. Przy­warł do ziemi. I ob­ser­wo­wał. Wkrótce zo­ba­czył dwa pro­mie­nie la­ta­rek, które wę­dro­wały po ziemi, prze­śli­zgi­wały się po tra­wie, po­roz­rzu­ca­nych do­okoła gła­zach i pną­cych się pio­nowo w górę świer­kach. Wstrzy­mał od­dech, a po­tem sko­czył do przodu, zbli­ża­jąc się do in­tru­zów.

To była jego zie­mia. Jego święte miej­sce. Nie mieli prawa tu prze­by­wać.

- Zna­la­złeś?

Ko­biecy głos. Miękki i dźwięczny, ale dało się w nim usły­szeć zmę­cze­nie.

- Tak. Już kilka mi­nut temu.

- Na­prawdę?

- Nie, kurwa! Nie na­prawdę! Prze­cież jak­bym zna­lazł, to­bym ci po­wie­dział! Co ty my­ślisz? Że mi się po­doba ta­kie je­ba­nie się tu­taj po nocy?!

Drugi głos na­le­żał do męż­czy­zny. Ra­czej mło­dego. Z tru­dem pa­nu­ją­cego nad emo­cjami. Kiedy zmru­żył oczy, był w sta­nie do­strzec ciemne kon­tury ich syl­we­tek. On był wy­soki i szczu­pły. Po­chy­lał się jed­nak nad zie­mią, jakby zła­mało go wpół. Ona była sporo niż­sza od niego. Tęż­sza. Pro­mień jej la­tarki zbli­żył się do niego, oświe­tla­jąc jego ob­ci­sły ro­we­rowy strój i skra­wek ka­sku na gło­wie.

- Ale nie mu­sisz być taki wredny.

- A ty nie mu­sisz za­da­wać głu­pich py­tań.

Ko­bieta sap­nęła tak gło­śno, jakby wy­pusz­czała parę z głębi swo­jego ciała.

- To ty zgu­bi­łeś klu­cze, nie ja.

- Dzięki za przy­po­mnie­nie - rzu­cił ką­śli­wie.

Po­cze­kał, aż znowu sku­pią się na po­szu­ki­wa­niach, i sko­czył do przodu. Trzy duże kroki i przy­warł do ko­lej­nego drzewa. Czuł, że drżą mu płatki nosa. W ustach zbie­rała się ślina, a jego serce pło­nęło gnie­wem.

- Może wra­cajmy po pro­stu do domu - za­pro­po­no­wała ko­bieta.

Męż­czy­zna prych­nął zi­ry­to­wany.

- I co wtedy? - rzu­cił. - Nie mamy klu­czy! Jak niby do­sta­niemy się do środka?

- Nie wiem. Ślu­sa­rza we­zwiemy?

- O tej po­rze? Niby skąd?

Po­krę­ciła głową.

- Mó­wi­łam, że ten plan wy­cieczki jest zbyt am­bitny.

- Nie! Nie był zbyt am­bitny! - wark­nął męż­czy­zna. - Gdy­byś nie po­sta­no­wiła ro­bić so­bie pie­przo­nej se­sji zdję­cio­wej, to już dawno by­li­by­śmy przy sa­mo­cho­dzie!

- I co by nam to dało, skoro i tak zgu­bi­łeś klu­cze?

- Zgu­bi­łem klu­cze, bo się tu za­trzy­ma­li­śmy, bo jej wy­so­kość mu­siała so­bie, kurwa, od­po­cząć.

- Bo twój plan był zbyt am­bitny. Mó­wi­łam ci prze­cież, że mogę nie dać rady.

Mach­nął tylko w od­po­wie­dzi ręką i w mil­cze­niu wró­cił do prze­szu­ki­wa­nia oko­licy.

- Trzeba było ko­muś zo­sta­wić za­pa­sowe klu­cze - ode­zwała się.

- Ale nie zo­sta­wi­li­śmy, okej. A te­raz nie mamy jak do­stać się do domu. I może za­miast tyle ga­dać, weź się do ro­boty.

Ko­bieta za­sty­gła na mo­ment i po pro­stu przy­glą­dała się to­wa­rzy­szą­cemu jej męż­czyź­nie.

On na­to­miast wy­ko­rzy­stał ten mo­ment, żeby zbli­żyć się do nich jesz­cze bar­dziej. Czuł, jak z każ­dym kro­kiem na­pi­nają mu się mię­śnie, jak ro­śnie w nim pod­nie­ce­nie, jak w gar­dle ro­dzi się ryk dra­pież­nika. Wy­obra­żał już so­bie, jak na nich spada. Jak jego pa­zury roz­ry­wają im gar­dła. Jak pię­ści miaż­dżą ko­ści. Nie­malże po­tra­fił po­czuć słodki za­pach ich krwi.

To była jego zie­mia. Jego święte miej­sce.

Wła­śnie wtedy ko­bieta nie­spo­dzie­wa­nie wró­ciła do swo­ich po­szu­ki­wań. Pro­mień jej la­tarki padł pro­sto na niego. Wy­dała z sie­bie pe­łen prze­ra­że­nia krzyk. On na­to­miast sko­czył w bok, znowu cho­wa­jąc się za naj­bliż­szym drze­wem.

- Co się dzieje? - za­py­tał męż­czy­zna, pod­cho­dząc do niej.

- Ktoś tam był!

Męż­czy­zna po­świe­cił la­tarką pro­sto w las.

- Zda­wało ci się.

- Ktoś tam był!

Męż­czy­zna raz jesz­cze po­świe­cił w stronę gę­stwiny. Pro­mień la­tarki prze­śli­zgi­wał się raz po le­wej, raz po pra­wej stro­nie drzewa, za któ­rym się ukry­wał. W pew­nym mo­men­cie po­czuł jego miękki do­tyk na swo­jej skó­rze. Za­ci­snął zęby i przy­kuc­nął, szy­ku­jąc się do skoku.

- Wra­cajmy do sa­mo­chodu - po­wie­dział męż­czy­zna.

Se­kundę po­tem usły­szał ich od­da­la­jące się kroki. Wyj­rzał zza drzewa. Męż­czy­zna szedł tuż za ko­bietą, co pe­wien czas się ob­ra­cał i zer­kał w stronę lasu. W końcu pod­nie­śli le­żące z boku ro­wery, włą­czyli lampki i po­śpiesz­nie od­je­chali. Coś w nim wyło, żeby rzu­cić się za nimi w po­goń, ale po­wstrzy­mał się.

Opu­ścił swoją kry­jówkę. Pod­szedł do miej­sca, gdzie wcze­śniej znaj­do­wali się ro­we­rzy­ści. Na­gle po­czuł pod sto­pami coś ostrego. Schy­lił się i pod­niósł pęk klu­czy. Ob­ra­cał go przez chwilę w dłoni, a po­tem rzu­cił da­leko przed sie­bie. Klu­cze upa­dły gdzieś na roz­cią­ga­ją­cej się przed nim gór­skiej łące.

Ode­tchnął. Ro­we­rzy­ści znik­nęli. Był tu­taj sam. W miej­scu, gdzie wszystko się za­częło. Gdzie na­stą­piła prze­miana. Gdzie z ko­goś zwy­czaj­nego stał się be­stią. I był nią już tak długo, że nie­mal za­po­mniał, jak to jest być zwy­kłym czło­wie­kiem.

Ta dwójka te­raz zdą­żyła uciec. Ale wie­dział, że pew­nej nocy znowu tu­taj ko­goś spo­tka.

I wtedy be­stia za­ata­kuje.

3

- Masz, na­pij się wody - po­wie­dział Mortka.

Się­gnął do ple­caka po bi­don i po­dał Ju­stine. Wciąż drżała, po po­licz­kach pły­nęły jej łzy, które wy­cie­rała ner­wowo wierz­chem dłoni. Wzięła od niego wodę i wy­piła kilka ły­ków. Na­gle zgięła się wpół i za­częła ka­słać. Ko­mi­sarz pod­niósł rękę, żeby ude­rzyć ją w plecy, ale ona ge­stem dała mu znak, że to nie jest po­trzebne. Cze­kał więc cier­pli­wie, aż doj­dzie do sie­bie. Kiedy w końcu się uspo­ko­iła, po­wtór­nie się­gnął do ple­caka. Tym ra­zem wy­jął cze­ko­la­dowy ba­ton, lekko już roz­to­piony, i po­dał jej.

- Masz. Przyda ci się tro­chę cu­kru.

Od­trą­ciła jego rękę w za­ska­ku­jąco agre­sywny spo­sób. Kiedy pod­nio­sła na niego wzrok, jej oczy błysz­czały groź­nie.

- Nie trak­tuj mnie pro­tek­cjo­nal­nie - wark­nęła.

Przez mo­ment nie wie­dział, jak po­wi­nien za­cho­wać się w tej sy­tu­acji, a po­tem po pro­stu scho­wał ba­ton z po­wro­tem do ple­caka, odło­żył go na zie­mię i prze­szedł kilka me­trów w stronę lasu, tuż za za­łom ka­mien­nego wału. Kuc­nął i od­dy­chał głę­boko. Gdy za­mknął oczy, pod po­wie­kami na­tych­miast po­ka­zało mu się od­na­le­zione przed chwilą ciało. Na szczę­ście roz­ma­zane, nie­wy­raźne, po­zba­wione szcze­gó­łów. Nie zdą­żył mu się przyj­rzeć, żeby za­pa­mię­tać co­kol­wiek poza tym, że tam było.

Po­my­ślał, że trzeba mieć jego szczę­ście, aby od­na­leźć ludz­kie zwłoki na ro­man­tycz­nym spa­ce­rze z dziew­czyną.

Kiedy Ju­stine na­pi­sała, że udało jej się wy­go­spo­da­ro­wać kilka wol­nych dni i chęt­nie od­wie­dzi go w Pol­sce, po­sta­no­wił spę­dzić z nią czas poza War­szawą. Od paru mie­sięcy źle się czuł w tym mie­ście. Był wiecz­nie zmę­czony, nie­wy­spany, draż­liwy. Cho­dząc uli­cami, miał wra­że­nie, że ten cały be­ton do­okoła za­raz wgnie­cie go w zie­mię. Rzadko kiedy spo­ty­kał się z ludźmi, więk­szość czasu spę­dzał w miesz­ka­niu, pró­bo­wał czy­tać, oglą­dać te­le­wi­zję i choć re­gu­lar­nie by­wał na si­łowni oraz bie­gał na co­raz dłuż­sze dy­stanse, dni prze­my­kały mu przez palce i sam był zdzi­wiony, kiedy oka­zało się, że już na­de­szła wio­sna. Wie­dział, że po­wi­nien iść z tym do psy­cho­loga, po­pro­sić o po­moc, a przy­naj­mniej spraw­dzić, czy nie ma de­pre­sji. I na pewno by to zro­bił, gdyby tylko w dal­szym ciągu miesz­kał w Ha­dze. Tam nie miałby z tym pro­blemu. W Pol­sce nie po­tra­fił się prze­móc. Wciąż za­sta­na­wiał się, co by się stało, gdyby o tej wi­zy­cie do­wie­dzieli się jego zna­jomi, jak by za­re­ago­wali. Co było o tyle nie­do­rzeczne, że po tylu la­tach za gra­nicą mało kogo tu znał.

Dla­tego za­pro­po­no­wał jej wy­pad w Kar­ko­no­sze. Spę­dził tam prze­cież kilka mie­sięcy pod­czas ja­kie­goś głu­piego pro­gramu wy­miany do­świad­czeń po­mię­dzy jed­nost­kami po­li­cji. Tra­fił do niego w ra­mach kary za coś, czego jego szef co prawda nie po­tra­fił lub nie chciał mu udo­wod­nić, a co, jak obaj wie­dzieli, zro­bił. Po­do­bało mu się wtedy w gó­rach. Przy­naj­mniej do czasu, kiedy przez przy­pa­dek wpa­ko­wał się w ko­lejne wie­lo­wąt­kowe i skom­pli­ko­wane śledz­two, a na ko­niec o mało co nie zgi­nął. A te­raz ku swo­jemu za­sko­cze­niu zo­rien­to­wał się, że cie­szy się z po­wrotu. Szcze­gól­nie że wra­cał z ko­bietą, którą... którą... Miał przez chwilę pro­blem, żeby do­koń­czyć tę myśl, a po­tem do­szedł do wnio­sku, że le­piej, je­śli jed­nak nie bę­dzie się nad tym za­sta­na­wiać.

Gdy wró­cił do Ju­stine, cią­gle sie­działa na ziemi ze spusz­czoną głową. Mortka po­sta­no­wił dać jej jesz­cze tro­chę czasu. Mi­nął ją bez słowa i wspiął się na ka­mienny wał. Na gó­rze sta­nął przy sa­mej kra­wę­dzi wy­łomu, mniej wię­cej dwa, dwa i pół me­tra od ciała. Nie zbli­żał się bar­dziej, bo nie chciał za­nie­czysz­czać miej­sca zbrodni, a ra­czej, po­pra­wił się za­raz w my­ślach, miej­sca zna­le­zie­nia zwłok. Bo prze­cież nie mógł mieć pew­no­ści, że wła­śnie tu­taj do­szło do mor­der­stwa. O ile w ogóle do niego do­szło, bo prze­cież tego też jesz­cze nie wie­dzieli. Na ra­zie je­dy­nie od­na­leźli ciało.

Za­czął mu się przy­glą­dać. Na­le­żało do męż­czy­zny, ra­czej mło­dego, choć trudno było to de­fi­ni­tyw­nie stwier­dzić, bo miał zmal­tre­to­waną twarz, jakby ktoś kil­ka­krot­nie ude­rzył go ka­mie­niem. Nie unie­moż­li­wiało to iden­ty­fi­ka­cji, ob­ra­że­nia nie wy­glą­dały aż tak po­waż­nie, choć pa­trząc z tej od­le­gło­ści i pod tym ką­tem, Mortka miał pro­blemy, żeby do­kład­niej przyj­rzeć się ciału. Wy­darte ka­wałki mięsa, szcze­gól­nie w oko­li­cach twa­rzy i wsze­la­kich tka­nek mięk­kich, wska­zy­wały na to, że do­brały się do niego ptaki i drobne gry­zo­nie, któ­rych mu­siało być tu­taj za­trzę­sie­nie. Od pasa w górę męż­czy­zna był pół­nagi, stopy miał bose, a na klatce pier­sio­wej wid­niały liczne rany, naj­praw­do­po­dob­niej za­dane no­żem, cho­ciaż coś tu bu­dziło w ko­mi­sa­rzu nie­po­kój.

Po­cząt­kowo uznał, że de­nat nie mógł za­dać so­bie ta­kich ob­ra­żeń sa­mo­dziel­nie, ale przy­po­mniał so­bie opo­wie­ści o sa­mo­bój­cach i sa­mo­bój­czy­niach, któ­rzy po­tra­fili kil­ka­krot­nie pchnąć się no­żem w klatkę pier­siową. Rany na gło­wie mo­gły po­wstać w wy­niku upadku, a reszty do­ko­nali oko­liczni pa­dli­no­żercy. Tyle że bra­ko­wało noża. Mógł co prawda wy­le­cieć męż­czyź­nie z dłoni i spaść po jed­nej albo dru­giej stro­nie muru, a te­raz le­żeć gdzieś w le­sie albo na łące, wśród traw i krze­wów.

Czyli cho­dziło o coś in­nego.

Na­gle do niego do­tarło, kiedy pa­trzył na jego stopy. Ni­g­dzie do­okoła nie do­strzegł ani bu­tów, ani ubra­nia, ale gdyby ten przy­szedł tu­taj boso, stopy miałby brudne, po­ra­nione, a nie czy­ste.

Ozna­czało to, że był tu­taj ktoś jesz­cze. Ktoś, kto po wszyst­kim, co się wy­da­rzyło, za­brał ze sobą rze­czy męż­czy­zny. I naj­praw­do­po­dob­niej na­rzę­dzie zbrodni.

Ko­mi­sarz po­czuł ulgę, kiedy wresz­cie do­szedł do tego wnio­sku i upew­nił się o jego słusz­no­ści. Oraz sa­tys­fak­cję, jakby wła­śnie roz­wią­zał bar­dzo skom­pli­ko­wane rów­na­nie ma­te­ma­tyczne. Albo jedną z tych po­krę­co­nych krzy­żó­wek.

Praca w Eu­ro­polu da­wała mu przede wszyst­kim pie­nią­dze. Po raz pierw­szy w ży­ciu god­nie za­ra­biał i nie mu­siał się oba­wiać tego, że ja­kaś nie­spo­dzie­wana ka­ta­strofa jak awa­ria auta albo znisz­czona kurtka wy­czysz­czą jego konto do zera. Poza tym czuł sa­tys­fak­cję z pracy i był dumny z tego, co zro­bił przez ostat­nie lata. Nie­mniej po­le­gała ona w głów­nej mie­rze na pi­sa­niu ra­por­tów, pil­no­wa­niu, żeby od­po­wied­nie do­ku­menty tra­fiły na od­po­wied­nie biurko, i wresz­cie uma­wia­niu spo­tkań. Pod ko­niec naj­czę­ściej zresztą były to po pro­stu te­le­kon­fe­ren­cje. Ucie­szył się więc, że wciąż to miał. Że po tylu la­tach w Ha­dze cią­gle po­tra­fił pa­trzeć jak po­li­cjant i do­strze­gać rze­czy, które umy­kały zwy­kłym lu­dziom.

A po­tem za­uwa­żył ko­lejną rzecz. Tuż przy ciele. Dwa przed­mioty, jakby pla­sti­kowe słupki, w któ­rych do­piero po chwili roz­po­znał wy­pa­lone nie­mal do końca świece. Oraz wy­cho­dzące spod ciała białe roz­ma­zane kre­ski, jakby zwłoki po­ło­żono na ja­kimś wy­ko­na­nym na szczy­cie muru ma­lunku.

- Szlag - wy­szep­tał.

Ostroż­nie zszedł z wału. Prze­stra­szył się, kiedy nie zna­lazł Ju­stine w miej­scu, gdzie ją zo­sta­wił. Na szczę­ście ode­szła le­dwo kil­ka­na­ście me­trów od muru. Sta­nął obok niej, a gdy po­cią­gnęła no­sem, pod­su­nął jej paczkę chu­s­te­czek i za­wa­hał się, nie­pewny, jak ona za­re­aguje.

Za­śmiała się tylko, a po­tem wzięła chu­s­teczkę, wy­smar­kała się i scho­wała ją do kie­szeni.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa.

- Nie ma za co.

- Za­cho­wa­łam się jak suka.

Mortka zro­bił minę, która mo­gła zna­czyć co­kol­wiek, bo w tym mo­men­cie ani za­prze­cze­nie, ani zgo­dze­nie się z nią nie wy­da­wało mu się do­brym po­my­słem.

- To nie był pierw­szy trup, któ­rego zo­ba­czy­łam w ży­ciu - cią­gnęła. - Na­wet nie je­den z pierw­szych. Na­oglą­da­łam się ich w pracy. Wi­dzia­łam prze­je­cha­nego przez pi­ja­nego kie­rowcę sie­dem­dzie­się­cio­let­niego dziadka, który ja­kimś cu­dem wciąż trzy­mał pod pa­chą pre­zent uro­dzi­nowy dla wnuczka. Wi­dzia­łam dwu­dzie­sto­let­nią Al­gierkę, którą za­szty­le­to­wał jej dwu­dzie­sto­jed­no­letni chło­pak. Ona le­dwo co przy­je­chała do Fran­cji, a jemu od­biło po nar­ko­ty­kach. Ich mała có­reczka wciąż tkwiła przy jej piersi i pró­bo­wała ssać, kiedy przy­je­cha­li­śmy. Wi­dzia­łam na­prawdę chore ak­cje, Ja­cques.

- Wiem.

- A tu­taj się roz­kle­iłam, jak­bym przez całe ży­cie grzecz­nie pra­co­wała w urzę­dzie przy biurku. Bo się nie spo­dzie­wa­łam, Ja­cques. Po pro­stu się tego nie spo­dzie­wa­łam. Nie w ta­kiej chwili.

Nie mu­siała tłu­ma­czyć, o jaką chwilę jej cho­dzi. Prze­cież mieli się na­mięt­nie ko­chać w na­prawdę dziw­nym, cho­ciaż ma­low­ni­czym miej­scu, a za­miast tego na­tra­fili na trupa i na coś, co na pierw­szy rzut oka wy­glą­dało jak mord ry­tu­alny.

- Za­dzwo­nię po po­li­cję - stwier­dził Mortka, cie­sząc się w du­chu, że to nie on bę­dzie mu­siał się tym zaj­mo­wać.

Chwy­ciła go za ra­mię, tak mocno wbi­ja­jąc w nie palce, że aż syk­nął z bólu.

- Pro­szę, nie.

- Słu­cham?

- Nie dzwońmy po po­li­cję - po­wtó­rzyła.

Za­sko­czony po­trzą­snął głową. Przez chwilę wy­da­wało mu się, że coś jest nie tak z jego zna­jo­mo­ścią fran­cu­skiego. Bo prze­cież Ju­stine nie mo­gła mieć na my­śli tego, co wła­śnie po­wie­działa.

- Po­ju­trze mam lot po­wrotny - oznaj­miła. - Je­śli zgło­simy to na po­li­cję, przy­trzy­mają mnie tu­taj. Będę mu­siała prze­dłu­żyć po­byt.

- To chyba ja­koś da się za­ła­twić, prawda? Prze­bu­ko­wać bi­let i tak da­lej.

- Ale nie wia­domo, ile to po­trwa, za­nim po­zwolą mi wró­cić. A po­tem na pewno będą jesz­cze wzy­wali na do­dat­kowe prze­słu­cha­nia.

- Tak, ale prze­cież nie będą cię wzy­wać do Pol­ski. Na pewno da się to za­ła­twić ja­koś zdal­nie albo po­przez wi­zytę w kon­su­la­cie. W Bor­de­aux jest na­sza pla­cówka?

- Pierre nie wie, że tu je­stem! - krzyk­nęła i chwy­ciła Mortkę za ko­szulkę. - Po­wie­dzia­łam mu, że wy­jeż­dżam na bab­ski week­end z ko­le­żan­kami z Eu­ro­polu. I że le­cimy do Hisz­pa­nii, żeby się wy­grzać na plaży, za­nim zwalą się tam tu­ry­ści. Wiesz, o czym my­ślę przez cały czas, jak tu­taj z tobą je­stem? Jak mu, kurwa, wy­tłu­ma­czę, że przez ten ty­dzień nie zro­bi­łam żad­nych zdjęć! I jak są­dzisz, co on so­bie po­my­śli, kiedy do­wie się, że na prze­słu­cha­nia w spra­wie mor­der­stwa wzywa mnie pol­ska po­li­cja?

Pu­ściła go, a on z tru­dem prze­łknął ślinę.

- Ja to ro­zu­miem - skła­mał, bo tak na­prawdę nic nie ro­zu­miał, a już naj­bar­dziej jej roz­pa­czy i stra­chu przed tym, że Pierre się o nim do­wie. Ja­ku­bowi wy­da­wało się, że mają to już za sobą. Że jej mąż o nim wie, a przy­naj­mniej do­my­śla się jego obec­no­ści w ży­ciu Ju­stine. Prze­cież tych dwoje żyło ra­czej obok sie­bie niż ra­zem. Nie mieli na­wet dzieci ani żad­nego wspól­nego zwie­rzaka. - Ale ten czło­wiek zo­stał za­mor­do­wany i...

- I co z tego?! Moje mał­żeń­stwo ma się roz­le­cieć z tego po­wodu?! Pew­nie na końcu i tak się okaże, że to ja­kiś lo­kalny pi­ja­czek, który po­kłó­cił się z in­nym żu­lem.

Mortka do­brze przyj­rzał się ciału i był pe­wien, że to nie jest ża­den lo­kalny pi­ja­czek.

- Bo­isz się, że twoje mał­żeń­stwo się roz­leci? - za­py­tał.

Ju­stine gwał­tow­nie po­smut­niała. Od­wró­ciła się do niego ple­cami, bo nie chciała, żeby wi­dział te­raz jej twarz. Po­ło­żył jej dłoń na ra­mie­niu, cho­ciaż oba­wiał się tego, że ona ją od­trąci. Nie zro­biła tego. Uści­snęła ją mocno, a po­tem spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Mó­wi­łam ci, że się z nim nie roz­wiodę, Ja­cques - po­wie­działa. - A to te­raz... To i tak miało być po­że­gna­nie.

- Po­że­gna­nie? - po­wtó­rzył za nią. - Po­że­gna­nie?! A kiedy niby za­mie­rza­łaś mi po­wie­dzieć, że to jest po­że­gna­nie?

- Ja­cques...

- Prze­stań, kurwa, na­zy­wać mnie Ja­cques! - ryk­nął. - Mam na imię Ja­kub! Kuba! Na­wet wy, Fran­cuzi, je­ste­ście w sta­nie to po­wtó­rzyć!

- Kuba...

- Po­że­gna­nie jest wtedy, kiedy obie strony wie­dzą, że się że­gnają. A nie wtedy, kiedy jedna coś so­bie wy­my­śla i nic nie mówi dru­giej!

- A co my­śla­łeś, że się sta­nie, Kuba?! - krzyk­nęła. - Że rzucę wszystko?! Zo­sta­wię całe swoje ży­cie?! Ka­rierę, zna­jo­mych, przy­ja­ciół i męża po to, żeby żyć z tobą w Pol­sce i ro­bić tu­taj niby co?! W Pol­sce! Kuba... - Po­trzą­snęła głową, jakby sama nie wie­rzyła, że musi tłu­ma­czyć mu oczy­wi­ste rze­czy. - W Ha­dze było nam ze sobą do­brze, ale to była Haga. A te­raz jest ży­cie.

- Ju­stine...

- A może ty za­mie­rza­łeś prze­pro­wa­dzić się do Fran­cji? - prze­rwała mu. - Na­wet nie do Bor­de­aux. Do Lyonu albo do Pa­ryża. Za­sta­na­wia­łeś się kie­dyś nad tym? Po­ja­wił się w two­jej gło­wie choć raz taki po­mysł?

Jego mina star­czyła jej za całą od­po­wiedź.

- Zna­leź­li­śmy ciało - po­wie­dział ci­cho.

Mach­nęła ręką.

- Prze­cież nie mo­żemy uda­wać, że nic się nie stało. Ktoś ko­goś za­bił, a ty chcesz to po pro­stu zi­gno­ro­wać?

- Nie - od­parła. - Chcę, że­byś mnie w to nie mie­szał.

- Ale też tu­taj je­steś.

- W ta­kim ra­zie za­wieź mnie do Wro­cła­wia. Znajdę ja­kieś po­łą­cze­nie do Fran­cji i wrócę do domu. Ty przy­je­dziesz tu­taj ju­tro. Sam. I wtedy od­naj­dziesz ciało i za­dzwo­nisz na po­li­cję. Kiedy ja będę ty­siące ki­lo­me­trów stąd.

- Je­steś po­li­cjantką. Wiesz, że w ta­kim śledz­twie li­czy się każda go­dzina.

- Daj spo­kój! Prze­cież on tu­taj leży co naj­mniej od kilku dni! Je­den dzień wię­cej, je­den dzień mniej nie­wiele zmieni.

- Zo­sta­wi­li­śmy ślady.

- Niby ja­kie? Kilka ob­sy­pa­nych ka­mieni. Nie zbli­ża­łam się do sa­mego ciała. Zie­mia jest ka­mie­ni­sta, su­cha i twarda, więc nie ma od­ci­sków mo­ich bu­tów. Do ju­tra nie bę­dzie żad­nego do­wodu, że kie­dy­kol­wiek tu by­łam. A na­wet je­śli znajdą mój włos, po­wiesz, że pew­nie przy­cze­pił się do two­jego ubra­nia i tu­taj spadł.

Mortka stał bez ru­chu, jakby nogi wro­sły mu w zie­mię, ale w środku się w nim go­to­wało. Wszystko, czego się na­uczył, całe jego do­świad­cze­nie mó­wiło mu, że to błąd. Że nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty Ju­stine, po­wi­nien wy­jąć ko­mórkę, wy­brać nu­mer i opo­wie­dzieć, co się wła­śnie stało.

- Pro­szę cię, Kuba. Zrób dla mnie tę jedną ostat­nią rzecz. Nie mie­szaj mnie w to. To tylko je­den dzień. Je­den dzień, który nic nie zmieni.

Nie­prawda, po­my­ślał. To je­den dzień i jedna prośba, która zmieni wszystko. Przy­naj­mniej mię­dzy nimi.

- Wra­cajmy do sa­mo­chodu - po­wie­dział. - I po­śpieszmy się, za­nim ktoś nas za­uważy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Stary golf wto­czył się z char­cze­niem na te­ren po­sia­dło­ści. Bianka wy­sia­dła z sa­mo­chodu i ostroż­nie za­mknęła drzwi, oba­wia­jąc się o po­kryte rdzą nad­proże. Stan auta był jed­nak naj­mniej­szym pro­ble­mem. Dużo bar­dziej mar­twił ją dziwny stu­kot pod­czas jazdy. W Ko­pal­nicy żyć bez sa­mo­chodu po pro­stu się nie dało. Wieś cią­gnęła się ki­lo­me­trami wzdłuż drogi na Ko­zią Górę. Był w niej tylko je­den sklep, do któ­rego pie­chotą z domu miała kil­ka­na­ście mi­nut, a więk­szy mar­ket, przy­chod­nia i urząd znaj­do­wały się do­piero w Sta­rej Ka­mie­nicy. Bianka nie miała te­raz pie­nię­dzy na me­cha­nika. Po­ży­czyć też od kogo nie miała. Szary znik­nął. Nie wia­domo zresztą, czy zdo­łałby coś wy­skro­bać. Po­zo­sta­wało jej więc tylko jeż­dże­nie gol­fem i mo­dle­nie się, żeby to, co tak stu­kało, nie od­pa­dło zbyt szybko.

Dziew­czyna wró­ciła do bramy. Za­mknęła ją za sobą i po­szła w stronę domu, ma­syw­nego ce­gla­nego bu­dynku sprzed po­nad stu lat. So­lidna nie­miecka ro­bota przez dzie­się­cio­le­cia opie­rała się lo­kal­nym wia­trom, sro­gim zi­mom i bez­li­to­snemu let­niemu słońcu. Od frontu dom był jed­no­pię­trowy, ale wbu­do­wano go spryt­nie w zbo­cze góry, tak że z ta­rasu na gór­nym pię­trze wy­cho­dziło się bez­po­śred­nio do sadu. Od dawna nikt się nim nie zaj­mo­wał, wła­ści­ciele po­zwo­lili, żeby za­rósł, i wła­śnie taki Biance bar­dziej się po­do­bał. Było w nim te­raz coś dzi­kiego i pier­wot­nego.

Bianka we­szła do środka. Nie pu­kała. Po pro­stu na­ci­snęła klamkę i pchnęła ra­mie­niem cięż­kie drzwi. W środku pa­no­wał przy­jemny chłód - ko­lejna za­leta przed­wo­jen­nych do­mów. Po­my­ślała, że tamci bu­dow­ni­czo­wie mu­sieli znać ja­kiś se­kret, bo po­sta­wione przez nich bu­dynki la­tem da­wały wy­tchnie­nie od upału, zimą zaś długo trzy­mały cie­pło. Ona miesz­kała w domu, który jej dzia­dek wy­bu­do­wał w PRL-u - la­tem za­mie­niał się w pie­kar­nik, a choć zimą wy­da­wali ma­ją­tek na ogrze­wa­nie, i tak mar­zli.

Usły­szała wro­gie szczek­nię­cie, a po­tem tu­pot psich łap. Z kuchni wy­biegł Kajko, kiedy jed­nak roz­po­znał Biankę, zwol­nił, prze­stał war­czeć i za­czął ma­chać ogo­nem. Dziew­czyna po­gła­dziła kun­dla po grzbie­cie.

- Chodź, obrońco domu - rzu­ciła. - Zo­ba­czymy, czy masz wodę.

Prze­szła z tup­ta­ją­cym za nią psem do kuchni. W mi­sce znaj­do­wała się jesz­cze resztka karmy. Bianka nie wie­działa, czy z ko­la­cji po­przed­niego dnia, czy ze śnia­da­nia, do­sy­pała więc tro­chę na wszelki wy­pa­dek, na­lała także czy­stej wody. Po­tem wró­ciła do przed­po­koju i po­wie­siła bluzę z kap­tu­rem na wie­szaku.

- Halo! Już je­stem! - krzyk­nęła w głąb domu.

Nikt nie od­po­wie­dział. Czyżby wła­ści­ciele wy­szli? Ale prze­cież zo­sta­wili otwarte drzwi. Po­czuła, że po ple­cach prze­cho­dzi jej dreszcz. Je­śli ich nie było, mo­głaby szybko zejść do piw­nicy, spró­bo­wać zna­leźć tam skarb, po­tem szybko od­je­chać i wró­cić na przy­kład po go­dzi­nie, a go­spo­da­rzom po­wie­dzieć, że spóź­niła się do pracy, bo miała pro­blem z sa­mo­cho­dem. Albo że mama go­rzej się po­czuła.

Tylko czy na­prawdę ich nie było? Nie wi­działa auta na pod­jeź­dzie, ale to prze­cież nic nie zna­czyło. Cza­sami trzy­mali je w sta­rej szo­pie, którą dawno temu prze­ro­bili na ga­raż.

- Halo! Już je­stem! - krzyk­nęła jesz­cze raz i znów od­po­wie­działa jej ci­sza. Kajko wy­ło­nił się z kuchni i spoj­rzał na nią z cie­ka­wo­ścią.

To mo­gła być jej szansa, ale Bianka, z na­tury ostrożna, po­sta­no­wiła nie ry­zy­ko­wać. Dla­tego naj­pierw obe­szła cały dół, spraw­dziła ła­zienki, sa­lon i po­kój go­ścinny, zaj­rzała na­wet do spi­żarki, a po­tem wdra­pała się po stro­mych drew­nia­nych scho­dach na pię­tro. Tu­taj mo­gła skie­ro­wać się do sy­pialni, ła­zienki, ko­lej­nego po­koju go­ścin­nego lub do ga­bi­netu, w któ­rym nie­gdyś pra­co­wał pan domu, a te­raz po pro­stu spę­dzał więk­szość czasu. Także dla­tego, że wła­śnie tam znaj­do­wało się bez­po­śred­nie wyj­ście na ta­ras i do sadu.

Zde­cy­do­wała się na ga­bi­net. Po­miesz­cze­nie było dość spore. Na cen­tral­nym miej­scu stało stare drew­niane biurko z kom­pu­te­rem, a na pół­kach nie­liczne książki i po­zła­cane, łusz­czące się fi­gurki. Lo­kalne na­grody biz­ne­sowe, które już od dawna nie ist­niały, a które nie­gdyś wła­ści­ciel zbie­rał hur­towo. Bianka po­dej­rze­wała, że po pro­stu je ku­po­wał.

Z po­ma­lo­wa­nych na po­ma­rań­czowo ścian zwi­sały tro­fea ło­wiec­kie. Łeb dzika, odyńca z wiel­kimi cio­sami, skóra lisa, wy­pchany ba­żant. Szklane oczy zwie­rząt dziw­nie błysz­czały na­wet w peł­nym świe­tle dnia. Biankę za­wsze przy­pra­wiało to o dresz­cze. Nie była żadną we­ganką ani eko­lożką, ale wy­da­wało jej się, że je­śli już za­bi­łeś zwie­rzę, trzeba je oskó­ro­wać i zjeść, a resztki gdzieś za­ko­pać. Tak na­ka­zy­wał sza­cu­nek. A nie wy­py­chać i ro­bić z nich dzi­waczne tro­fea, jakby za­strze­le­nie bez­bron­nego w star­ciu z my­śli­wym lisa sta­no­wiło nie wia­domo ja­kie osią­gnię­cie.

Gor­sze były jed­nak zdję­cia z wy­praw ło­wiec­kich do Afryki. Wy­ko­nano je lata temu. Zdą­żyły już wy­blak­nąć, stra­cić na in­ten­syw­no­ści, ale wciąż dało się na nich roz­po­znać wła­ści­ciela, krzep­kiego wtedy męż­czy­znę. Szcze­rzył się ze sztu­ce­rem w dłoni nad tru­chłem za­strze­lo­nej wła­śnie an­ty­lopy, ba­woła o ogrom­nych ro­gach, ze­bry czy na­wet ży­rafy. Ści­skało ją za serce, kiedy pa­trzyła na te piękne dzi­kie zwie­rzęta, które wi­działa tylko na fil­mach przy­rod­ni­czych i raz na wy­cieczce we wro­cław­skim zoo, a które on za­bi­jał w ra­mach roz­rywki pod­czas wa­ka­cyj­nego wy­padu.

Nie lu­biła ga­bi­netu. Nie lu­biła tu wcho­dzić. Dla­tego zde­cy­do­wała się spraw­dzić to po­miesz­cze­nie jako pierw­sze, żeby jak naj­szyb­ciej mieć je z głowy.

Drzwi pro­wa­dzące na ta­ras były otwarte. Po­my­ślała, że może w taki ładny dzień wła­ści­ciele wy­szli do sadu. Nie mieli ra­czej nic waż­nego do zro­bie­nia, mo­gli so­bie po pro­stu sie­dzieć na le­ża­kach i cie­szyć się ma­jo­wym słoń­cem na­wet w środku ty­go­dnia.

To nie­spra­wie­dliwe, stwier­dziła w du­chu, że nie­któ­rzy mają wszystko, a inni nic.

- Wi­dzia­łem cię - usły­szała chro­po­waty głos do­cho­dzący z tyłu.

Prze­stra­szona od­wró­ciła się bły­ska­wicz­nie.

Za jej ple­cami, w ką­cie ga­bi­netu, na pod­nisz­czo­nym skó­rza­nym fo­telu sie­dział męż­czy­zna. Si­wo­włosy, po­marsz­czony, strasz­nie się po­sta­rzał w ciągu ostat­nich kilku lat, cho­ciaż nie miał jesz­cze sie­dem­dzie­siątki. W jego wieku jej dzia­dek wciąż pra­co­wał na bu­do­wach. Oczy­wi­ście, nie no­sił już naj­cięż­szych rze­czy, ale ca­łymi dniami ma­chał ło­patą czy mie­szał ce­ment. Wła­ści­ciel na­to­miast wy­glą­dał tak, jakby za­raz miał się w so­bie za­paść. Kie­dyś był wiel­kim, mu­sku­lar­nym męż­czy­zną, te­raz wy­da­wał się o po­łowę mniej­szy.

- A! Tu­taj pan jest - po­wie­działa Bianka. - Wo­ła­łam z dołu, ale nikt nie od­po­wia­dał. Czy coś panu przy­nieść? Może do pi­cia?

- Wi­dzia­łem cię, Ja­gódko. Wi­dzia­łem cię z mło­dym chło­pa­kiem. Chcesz ode mnie odejść, Ja­gódko? Chcesz ode mnie uciec? Nie mo­żesz, Ja­gódko. Nie po tym wszyst­kim, co dla cie­bie zro­bi­łem. Poza tym mamy pracę, Ja­gódko. Za­da­nie. Pa­mię­tasz o piw­nicy, Ja­gódko? Mu­simy jej strzec! Mu­simy jej pil­no­wać!

Bianka wstrzy­mała od­dech. Nie po­do­bał jej się ten sło­wo­tok pły­nący z jego ust. Wy­da­wało się, że ni­gdy się nie skoń­czy. Na­zy­wał ją Ja­gódką. Cza­sami jej nie po­zna­wał i dla­tego tu­taj przy­cho­dziła - żeby się nim opie­ko­wać. Do­tąd, kiedy my­lił jej imię, w jego gło­wie sły­chać było coś po­dob­nego do wąt­pli­wo­ści. Wa­hał się, jakby sam so­bie zda­wał sprawę, że coś jest nie tak, ale nie wie­dział co. Te­raz jed­nak mó­wił zde­cy­do­wa­nym to­nem. I peł­nym zło­ści.

- Nie po­zwolę ci odejść, Ja­gódko! - krzyk­nął na­gle. - Nie po­zwolę ci odejść z żad­nym pie­przo­nym mło­dzi­kiem!

Po­de­rwał się z fo­tela za­ska­ku­jąco szybko jak na jego stan zdro­wia i wtedy zdała so­bie sprawę, że przez cały ten czas trzy­mał na ko­la­nach ka­ra­bin my­śliw­ski. Chwy­cił za broń i wy­ce­lo­wał w nią.

- Nie po­zwolę ci! - ryk­nął.

Zszo­ko­wana dziew­czyna nie po­tra­fiła wy­do­być z sie­bie głosu. Coś ści­snęło ją za gar­dło i ode­brało dech. Nogi zro­biły się mięk­kie i po­my­ślała, że za­raz ze­mdleje. Wy­da­wało się to na­wet szczę­śli­wym roz­wią­za­niem - przy­naj­mniej nie bę­dzie świa­doma swo­jej śmierci.

- Co to za ha­łasy? - usły­szała ko­biecy głos. - O! Już je­steś, Bianka.

Do ga­bi­netu we­szła żona wła­ści­ciela - Ja­goda. Miała na so­bie nie­bie­skie dżinsy i czarną ko­szulkę, na którą na­rzu­ciła ko­szulę w kratę. Lekko fa­lo­wane ciemne włosy się­gały jej ra­mion. Miała już po­nad czter­dzie­ści lat, ale na­wet bez ma­ki­jażu wy­glą­dała pięk­nie. Z gładką, świe­tli­stą skórą, by­strymi zie­lo­nymi oczami i de­li­kat­nym, życz­li­wym uśmie­chem. Bianka nie ro­zu­miała, jak wła­ści­ciel mógł je po­my­lić. Nie były na­wet do sie­bie po­dobne. Za­częła się za­sta­na­wiać, co te­raz my­śli so­bie męż­czy­zna, ja­kie pro­cesy za­cho­dzą w jego zmę­czo­nej gło­wie i czy to wszystko nie za­koń­czy się w ten spo­sób, że po pro­stu za­strzeli je obie.

- Wi­dzia­łem ją z ja­kimś mło­dym chłop­cem! - wy­krzyk­nął.

- Biankę? - za­py­tała Ja­goda.

- Nie! Ja­godę! Ona mnie zdra­dza!

Ko­bieta prze­chy­liła lekko głowę i przyj­rzała się mę­żowi.

- Ko­cha­nie... - po­wie­działa gło­sem, jakby pró­bo­wała uspo­koić nie­sforne dziecko. - To jest Bianka. Ona nam po­maga, pa­mię­tasz? Być może wi­dzia­łeś ją z ja­kimś chło­pa­kiem. Ja­goda to ja. Je­stem twoją żoną i cię nie zdra­dzam.

Męż­czy­zna zmarsz­czył czoło, jakby pró­bo­wał ją zro­zu­mieć. Ale nie po­tra­fił. Zdra­dzał to jego co­raz bar­dziej za­gu­biony wy­raz twa­rzy. Słowa Ja­gody, ich sens i zna­cze­nie cią­gle mu się wy­my­kały, w jego oczach po­ja­wił się smu­tek, bez­rad­ność, która szybko jed­nak zo­stała za­stą­piona czy­stą zwie­rzęcą wście­kło­ścią.

- Wi­dzia­łem ją! Wi­dzia­łem na wa­łach!

- Ko­cha­nie, ale kiedy ty po raz ostatni po­sze­dłeś na wały? By­łeś tam ze mną, i to dawno temu. Ni­kogo in­nego tam nie wi­dzie­li­śmy.

- Ona mnie zdra­dza! - ryk­nął męż­czy­zna, a po­tem przy­ło­żył ka­ra­bin do ra­mie­nia i wy­ce­lo­wał w Biankę. Dziew­czynka krzyk­nęła prze­stra­szona, za­sło­niła twarz przed­ra­mio­nami i sku­liła się od­ru­chowo.

Strzał jed­nak nie padł. Kiedy od­wa­żyła się otwo­rzyć oczy, zo­ba­czyła, że Ja­goda stoi przy mężu. Ostroż­nie i po­woli wyj­muje z jego rąk ka­ra­bin, od­kłada na bok, a po­tem głasz­cze go po ra­mie­niu i de­li­kat­nie, ale sta­now­czo sa­dza z po­wro­tem na fo­telu.

- Już wszystko w po­rządku, Bo­gu­siu - po­wie­działa, po czym na­chy­liła się nad nim i po­ca­ło­wała go w czoło.

Bianka nie cze­kała na to, co się da­lej wy­da­rzy. Sko­rzy­stała z oka­zji i ucie­kła. Po­rwała swoją bluzę z kap­tu­rem i po­śpiesz­nie wsia­dła do sa­mo­chodu. Chwy­ciła za kie­row­nicę, ale wtedy jej cia­łem wstrzą­snęły tor­sje. Otwo­rzyła drzwi i zwy­mio­to­wała na pod­jazd. A po­tem za­częła po pro­stu pła­kać.

1

- Jezu, jak tu pięk­nie - po­wie­działa Ju­stine.

Mortka po­my­ślał, że jego dziew­czyna, bo chyba jed­nak nią była, ma ra­cję. Cie­płe ma­jowe słońce pa­dało na jego twarz, prze­bi­ja­jąc się przez gę­stwinę li­ści. Wcho­dzili na nie­zbyt wy­soką górę, miała le­dwo tro­chę po­wy­żej sied­miu­set me­trów, ale była naj­wyż­szym wznie­sie­niem od tej strony. Co ozna­czało, że w tej chwili za ple­cami mieli ma­sywne stoki Kar­ko­no­szy i Gór Izer­skich, a przed sobą roz­le­głą dol­no­ślą­ską rów­ninę, na któ­rej prze­pla­tały się nie­liczne wzgó­rza, wstęgi róż­no­ko­lo­ro­wych pół upraw­nych i szare plamy miast.

- Wi­dać stąd Wro­cław? - za­py­tała Fran­cuzka.

Ob­ró­cił się tam, gdzie we­dług niego po­winna znaj­do­wać się sto­lica wo­je­wódz­twa. W od­dali do­strze­gał spory za­bu­do­wany ob­szar z blo­kami oraz wy­sta­ją­cymi w górę ko­mi­nami fa­bryk i elek­tro­cie­płowni. Ale czy to był Wro­cław? Nie miał zie­lo­nego po­ję­cia.

- Chyba nie - stwier­dził.

- Szkoda - po­wie­działa. - Po­pa­trzy­ła­bym so­bie jesz­cze na nasz ho­tel - do­dała i uśmiech­nęła się do niego fi­glar­nie.

We Wro­cła­wiu spę­dzili dwa pierw­sze dni jej po­bytu w Pol­sce. Mortka opro­wa­dzał ją po mie­ście, któ­rego sam do­brze nie znał, ale ze swo­jej roli wy­wią­zał się chyba cał­kiem nie­źle, bo Ju­stine wy­da­wała się za­do­wo­lona. Nie było to jed­nak in­ten­sywne zwie­dza­nie. Spali do późna, włó­czyli się po mie­ście, do­brze je­dli i kła­dli się spać pra­wie o świ­cie.

Na ko­lejne dni przy­je­chali w góry - tro­chę po­spa­ce­ro­wać, po­włó­czyć się po szla­kach, ale i tak naj­wię­cej czasu spę­dzali w po­koju ho­te­lo­wym i w oko­licz­nych re­stau­ra­cjach.

- To gdzie mnie za­bie­rasz? - za­py­tała.

Mortka zro­bił ta­jem­ni­czą minę. Bez słowa po­szedł do sa­mo­chodu. Za­trzy­mali się na po­bo­czu drogi, w środku lasu, nie­mal przy sa­mym znaku, który in­for­mo­wał, że da­lej może je­chać tylko służba le­śna. Otwo­rzył ba­gaż­nik to­yoty i wy­cią­gnął z niego tu­ry­styczny ple­cak. W środku miał wodę i tro­chę je­dze­nia. Za­rzu­cił go so­bie na plecy i za­piął pas bio­drowy. Za­mknął wóz i wró­cił do Ju­stine.

Cią­gle stała w tym sa­mym miej­scu. Przy spo­rym frag­men­cie zbo­cza, na któ­rym nie ro­sły żadne drzewa poza sa­motną, po­skrę­caną przez wiatr gru­szą. W pierw­szej chwili, kiedy tam tra­fili, wy­da­wało mu się, że to stary stok nar­ciar­ski, bra­ko­wało jed­nak ja­kiej­kol­wiek in­fra­struk­tury. Mieli stąd piękny wi­dok. Cie­szyli się nim w mil­cze­niu jesz­cze przez kilka mi­nut, aż Ju­stine lekko trą­ciła Mortkę łok­ciem.

- To idziemy? - za­py­tała.

Oto­czył ją ra­mie­niem, przy­cią­gnął do sie­bie i po­ca­ło­wał w czu­bek głowy. Po­czuł owo­cowy za­pach jej szam­ponu, de­li­katną woń per­fum i za­raz po­tem przy­jemne pod­nie­ce­nie, ja­kie go ogar­nęło.

Pu­ścił Ju­stine, uśmiech­nął się. Ona od­gar­nęła włosy z twa­rzy i za­ło­żyła je za ucho.

Po­znali się w Ha­dze, kiedy oboje byli na mi­sji w Eu­ro­polu. Po­ja­wili się w Ho­lan­dii mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie. Oboje znaj­do­wali się na ży­cio­wym za­krę­cie, cho­ciaż każde z nich z in­nego po­wodu. Po­szli do łóżka, a po­nie­waż obojgu im się spodo­bało, zro­bili to po raz ko­lejny. I jesz­cze ko­lejny. Aż oka­zało się, że są parą. Cho­ciaż Mortka nie wie­dział, czy to wła­ściwe okre­śle­nie. On był roz­wie­dziony, ale na nią w Bor­de­aux cze­kał mąż. Z któ­rym, jak kie­dyś mó­wiła, nie za­mie­rzała się roz­wo­dzić. Tylko że od­kąd przy­je­chała do Pol­ski, ani razu nie za­dzwo­niła czy na­wet nie na­pi­sała do Pierre'a. Wie­lo­krot­nie chciał ją za­py­tać, co to zna­czy, tyle że za każ­dym ra­zem gryzł się w ję­zyk. Bo czuł, że to nie jest wła­ściwy mo­ment. A może po pro­stu zwy­czaj­nie się bał.

Wy­da­wało mu się jed­nak, że jej przy­jazd musi coś zna­czyć. Oboje za­koń­czyli mi­sje w Eu­ro­polu i wró­cili do swo­ich kra­jów. Nie było więc tak, że wkrótce spo­tkają się w Ha­dze i jak gdyby ni­gdy nic będą kon­ty­nu­ować swój kil­ku­letni już ro­mans.

Po­szli szu­trową drogą i za­raz skrę­cili w lewo, obok sta­cji oczysz­cza­nia wody. Przed sobą mieli pa­no­ramę Gór Izer­skich. Nie za­chwy­cali się jed­nak długo wi­do­kiem, bo po po­ko­na­niu za­le­d­wie dwu­stu me­trów po­pro­wa­dził ją w gę­sty świer­kowy las. Wę­dro­wali te­raz wą­ską ścieżką. Wo­kół pa­no­wała zu­pełna ci­sza, prze­ry­wana tylko szu­mem wia­tru i śpie­wem pta­ków. Mortka zwol­nił, po­zwo­lił, żeby Ju­stine po­szła pierw­sza. Była szczu­pła, ale nie chuda. Tu­ry­styczne spodnie przy­jem­nie opi­nały jej po­śladki. Miała na so­bie białą ob­ci­słą bluzkę, a szyję prze­wią­zała czer­woną apaszką. Mortka przy­glą­dał się jej i po­my­ślał, że w tej wła­śnie chwili jest po pro­stu szczę­śliwy. I mógłby tak z nią wę­dro­wać jesz­cze dłu­gimi go­dzi­nami.

Ju­stine spoj­rzała na niego przez ra­mię.

- Przy­wio­złeś mnie tu­taj, w ten ciemny, straszny las, żeby mnie uwieść, Ja­cques? My­śla­łeś, że się prze­stra­szę, będę się w cie­bie wtu­lać, a ty wy­ko­rzy­stasz oka­zję? - za­py­tała.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Może...

Za­śmiała się.

- Przy­znam, że to by­łoby bar­dzo przy­jemne.

Zbli­żył się do niej, chwy­cił ją za bio­dra i przy­cią­gnął do sie­bie. Po­czuł, jak ocie­rają się o niego jej jędrne piersi, i na­tych­miast stward­niał.

- Na­prawdę? - za­py­tał i prze­łknął ślinę.

Ro­ze­śmiała się i wy­śli­zgnęła mu się jak małe zwinne zwie­rzątko.

- Za­czer­wie­ni­łeś się, Ja­cques! - za­wo­łała roz­ba­wiona.

- Nie­prawda - po­wie­dział, cho­ciaż miała ra­cję. Po­liczki go pa­liły, jakby był na­sto­lat­kiem, który po raz pierw­szy w ży­ciu zo­ba­czył nagą scenę w fil­mie. Od­wró­cił głowę i ode­tchnął dwa razy głę­boko, a po­tem sam się ro­ze­śmiał.

Ju­stine po­de­szła bli­żej i po­gła­skała go otwartą dło­nią po piersi.

- Bar­dzo dawno nie bzy­ka­łam się na dwo­rze - stwier­dziła lekko, jakby to była naj­bar­dziej na­tu­ralna i zwy­czajna rzecz na świe­cie.

- Mo­żemy to na­pra­wić.

Ro­zej­rzała się do­okoła i te­atral­nie po­krę­ciła prze­cząco głową.

- Tu­taj? Tu­taj nie.

- Czemu? Prze­cież nikt nas nie za­uważy. A na­wet je­śli, to co z tego? - za­py­tał.

- Pełno tu pa­ty­ków, chasz­czów i ga­łęzi. Ja­kaś mi się wbije w ty­łek. Nie, dzię­kuję. Znajdź lep­sze miej­sce, Ja­cques - rzu­ciła i ru­szyła w dal­szą drogę.

Mortka zro­bił krok za nią i na chwilę przy­sta­nął. Wsa­dził so­bie rękę do kie­szeni i po­pra­wił uło­że­nie pe­nisa. Wie­dział, że się z nim dro­czyła. Miała taką samą ochotę na seks jak i on, a może na­wet jesz­cze więk­szą, ale uwiel­biała prze­cią­gać ta­kie sy­tu­acje. Jemu, szcze­rze mó­wiąc, też się to po­do­bało. Lu­bił ro­snące mię­dzy nimi na­pię­cie, pod­nie­ce­nie, które od­bie­rało mu zdrowe zmy­sły i spra­wiało, że po­tra­fił my­śleć tylko o jej ciele. A ko­lejne od­rzu­ce­nia z jej strony tylko wszystko po­tę­go­wały. Aż do mo­mentu, kiedy na­prawdę my­ślał, że osza­leje. Cu­dow­nie po­tra­fiła się nim ba­wić. Kie­dyś za­sta­na­wiał się, czy Fran­cuzki po pro­stu tak mają, czy ona jest wy­jąt­kowa.

Prze­szli przez las i wy­szli na dużą, ob­fi­cie po­ro­śniętą zio­łami i tra­wami po­lanę. Ju­stine przy­sta­nęła, oczy jej się za­świe­ciły, po­sta­no­wił więc znów spró­bo­wać.

- Może tu­taj? - rzu­cił z uda­waną bez­tro­ską.

Zmarsz­czyła brwi, jakby za­sta­na­wiała się chwilę nad pro­po­zy­cją, a po­tem skrzy­wiła się prze­sad­nie.

- Tu­taj?! Fuj! Ty wiesz, ile żyje tu ro­bac­twa i róż­nych gry­zoni?!

- No cóż... - Roz­pacz­li­wie szu­kał w gło­wie ja­kichś ar­gu­men­tów, żeby ją prze­ko­nać.

- Ja­cques - po­wie­działa, nie­ocze­ki­wa­nie chwy­ta­jąc go dło­nią za kro­cze. Jęk­nął. - Wy­obraź so­bie, jak bym się po­czuła, gdy­bym le­żała naga pod tobą, a ty byś mnie po­su­wał tymi pięk­nymi, moc­nymi, dłu­gimi ru­chami, jak to tylko ty po­tra­fisz...

- Wy­daje mi się, że po­czu­ła­byś się cał­kiem do­brze.

Przy­ło­żyła mu pa­lec dru­giej ręki do ust.

- Cii... Jesz­cze nie skoń­czy­łam, Ja­cques. Wy­obraź so­bie, że ję­czę pod tobą, że moje całe ciało się spina, że je­stem tuż-tuż naj­pięk­niej­szego i naj­bar­dziej in­ten­syw­nego or­ga­zmu w moim ży­ciu, kiedy na­gle, nie­ocze­ki­wa­nie przed moją twa­rzą po­ja­wia się mysz po­lna? Albo nor­nica! O wę­żach na­wet nie wspo­mi­na­jąc! To by­łoby naj­gor­sze, Ja­cques! Naj­gor­sze!

Od­su­nęła się o dwa kroki i zro­biła za­wie­dzioną minę.

- To po to mnie tu spro­wa­dzi­łeś? - za­py­tała. - Żeby po­ka­zać mi ja­kąś łąkę?

- Nie.

Jemu miej­sce wy­da­wało się od­po­wied­nie. Nie wie­rzył, że Ju­stine na­gle za­częła bać się my­szy i węży. Poza tym tu­taj co naj­wy­żej mo­gli spo­tkać pa­dalca. Ale wie­dział też, że nie ma sensu jej na­ma­wiać. Ża­den, naj­lep­szy na­wet ar­gu­ment by jej nie prze­ko­nał. Bo te­raz cho­dziło o samą grę. Po­sta­no­wił więc uda­wać obo­jęt­ność.

- Chodź za mną - po­wie­dział i ru­szył przed sie­bie, nie oglą­da­jąc się na nią.

Gdy już się z nim zrów­nała, zer­kała na niego co rusz i za każ­dym ra­zem ką­ciki jej ust wę­dro­wały odro­binę wy­żej w górę.

Prze­cięli po­lanę i znów we­szli w las. Tu­taj nie było ścieżki ani szlaku. Mortka wy­pa­try­wał po­mię­dzy drze­wami celu ich wę­drówki. Nie znał tego miej­sca, mógł opie­rać się tylko na opi­sach ze stron in­ter­ne­to­wych i swo­jej in­tu­icji, ale wresz­cie do­strzegł to, czego szu­kał. Ka­mienny mur. Ni­ski, góra pół me­tra, ale sze­roki na trzy, cztery.

Przy­śpie­szył pod­eks­cy­to­wany. Ju­stine za nim. Z każ­dym kro­kiem mur rósł, po­sze­rzał się, aż nie­ocze­ki­wa­nie sta­nęli przed bu­dowlą z sza­rych, po­ro­śnię­tych po­ro­stami i mchem ka­mieni, która wzno­siła się na ja­kieś sześć me­trów. Była tak mon­stru­alna, że na mo­ment ode­brała im obojgu od­dech.

- Co to? - za­py­tała Ju­stine, za­dzie­ra­jąc głowę.

- No wła­śnie to jest za­bawne - po­wie­dział. - Nikt nie wie.

- Jak to? Prze­cież... To jest ogromne.

- Ogromne, choć to tylko frag­ment. Naj­le­piej za­cho­wany, naj­więk­szy, bo w oko­licy ta­kie mury cią­gną się na kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów, może na­wet wię­cej. Nikt tak na­prawdę nie wie, kiedy zo­stały zbu­do­wane. I nikt nie wie po co.

- Żar­tu­jesz?

- Nie.

Zro­biła krok do przodu. I do­tknęła ta­jem­ni­czego muru. Gła­dziła go, jakby był żywą istotą. Mortka sta­nął tuż za Ju­stine. Na­chy­lił się nad nią.

- Nie zro­bi­li­ście żad­nych ba­dań. W sen­sie wy, Po­lacy. Ar­che­olo­dzy.

- Coś tu ro­bili - wy­szep­tał jej pro­sto do ucha. - Ale da­lej nikt nie ma po­ję­cia, w ja­kim celu, kto i kiedy to zbu­do­wał. To wielka lo­kalna ta­jem­nica. Może mieć kil­ka­set lat albo kilka ty­sięcy. Być może wy­bu­do­wali to miej­scowi pa­ste­rze, żeby po­roz­dzie­lać pola. A może Cel­to­wie w ce­lach re­li­gij­nych. Kto to wie?

Ju­stine wpa­try­wała się w mur jak za­hip­no­ty­zo­wana. I Mortka do­sko­nale to ro­zu­miał. W tym miej­scu było coś nie­zwy­kłego, jakby uno­siła się tu dziwna, obca ener­gia. Czło­wiek in­stynk­tow­nie czuł, że staje na­prze­ciwko cze­goś, czego nie jest w sta­nie zro­zu­mieć ani wy­tłu­ma­czyć. Na­prze­ciwko ta­jem­nicy. I to od­bie­rało dech w pier­siach.

Jemu też by ode­brało, gdyby nie miał przed sobą Ju­stine.

Po­ca­ło­wał ją w kark. Ob­jął, po­pchnął de­li­kat­nie i przy­ci­snął do ściany. Stęk­nęła ci­cho. Wresz­cie zbli­żała się tak długo od­wle­kana przy­jem­ność. Po­szu­kała ustami jego ust. Po­ca­ło­wali się długo, na­mięt­nie i tak in­ten­syw­nie, że kiedy wresz­cie się od sie­bie ode­rwali, nie­mal stra­cili czu­cie w war­gach. Dło­nie i palce Mortki po­wę­dro­wały do bio­der Ju­stine. Po­gła­dziły jej uda, kro­cze i wresz­cie za­trzy­mały się na pa­sku. Roz­pięły go, a po­tem spodnie, żeby zsu­nąć je w dół.

Wła­śnie wtedy go po­wstrzy­mała.

- Nie - wy­szep­tała z tru­dem. - Nie tu­taj.

- A gdzie?

Jej wzrok po­wę­dro­wał ku szczy­towi muru.

- Na gó­rze.

Szybko ru­szyli wzdłuż muru, skrę­cili za jego za­ło­mem. Tam las się koń­czył i roz­cią­gała się ko­lejna roz­le­gła po­lana, a ra­czej kilka róż­nych po­lan, każda po­prze­cina mniej­szymi lub więk­szymi ka­mien­nymi mu­rami. Pra­wie ich jed­nak nie za­uwa­żyli, bo po przej­ściu kilku me­trów zna­leźli miej­sce, w któ­rym dało się wspiąć na górę. Wał lekko się tam ob­ni­żał, od­sła­nia­jąc sporą wy­rwę. Mortka zrzu­cił ple­cak.

- Bę­dzie nas tam wi­dać z da­leka - za­uwa­żył.

- I co z tego? - rzu­ciła Ju­stine.

Wsko­czyła na wy­łom i za­częła się wspi­nać. Roz­pięte spodnie nieco jej opa­dały, od­sła­nia­jąc frag­ment bie­li­zny. Czarną de­li­katną ko­ronkę. Pod­nie­ce­nie spra­wiało, że Mortka le­dwo po­tra­fił zła­pać od­dech. Po­żą­dał jej te­raz. Po­żą­dał jej cie­pła, jej mięk­ko­ści i jej wil­goci. Tylko to się li­czyło. Tylko te trzy rze­czy z ca­łego wiel­kiego świata. Po­żą­dał jej bar­dziej niż od­de­chu.

Na­gle Ju­stine, znaj­du­jąca się już pra­wie na sa­mym szczy­cie, krzyk­nęła prze­raź­li­wie. Noga jej się ob­su­nęła i po­le­cia­łaby w dół, gdyby nie zła­pał jej w ostat­niej chwili. Z tru­dem utrzy­mał rów­no­wagę i te­raz oboje stali sple­ceni cia­sno na ka­mien­nym ru­mo­wi­sku. Ko­bieta drżała w jego ra­mio­nach, a on stłu­mił w ustach prze­kleń­stwo, wpa­trzony w le­żące na szczy­cie muru roz­kła­da­jące się ludz­kie ciało.