Rozdział I
Nad drzewami za oknem restauracji zawisła ogromna burzowa chmura,
rozdęta, apokaliptyczna, trupio sina w popołudniowym słońcu. Na takich
chmurach galopują walkirie.
- No więc - zagadnął Charlie z twarzą do połowy ukrytą w cieniu - jak
myślisz, czy to zwierzę od dawna nie żyje?
Martin spojrzał na stół.
- Nic nie widać pod tą papką.
- Ta papka, jak ją nazwałeś, to sos żurawinowy - poprawił go Charlie.
- Właśnie że papka - upierał się Martin. - Sam zobacz, jaka papkowata.
Charlie pochylił głowę tak nisko nad talerzem pełnym grudkowatego,
szkarłatnego sosu, jak gdyby chciał umoczyć w nim twarz. Wąchał sos,
żeby sprawdzić, z czego jest zrobiony. Próbował również ustalić, czy
polany nim sznycel cielęcy został rozmrożony na tyle niedawno, by można
było usprawiedliwić zuchwały dopisek w karcie: "Świeże mięso własnego
uboju".
Nie podnosząc głowy, powiedział:
- To jest mieszanka konserwowych pomidorów, niedogotowanej cebuli i przyprawy ziołowej Spice Island prosto ze słoika. Główna funkcja sosu
polega na ukrywaniu tego, że polany nim sznycel cierpi na uwiąd starczy.
- Masz zamiar to napisać? - zapytał Martin.
W jego głosie Charlie usłyszał wyzwanie. Wyprostował się i spojrzał
Martinowi prosto w oczy.
- Muszę być praktyczny, nie tylko krytyczny. Gdzie jeszcze może się
pożywić zgłodniały komiwojażer, który w jesienne deszczowe popołudnie
przemierza dolinę Housatonic? - Wziął widelec, wytarł go starannie w serwetkę i dodał: - Chyba napiszę po prostu: "Sos żurawinowy był niezbyt
żurawinowy".
- To się nazywa wykręcać kota ogonem - stwierdził Martin. Z rozbawieniem
obserwował, jak Charlie podnosi na końcu widelca cały sznycel i uważnie
ogląda z obu stron, jak gdyby próbował ustalić płeć cielaka.
- Czasami trzeba być wyrozumiałym - oświadczył Charlie. - To prawda, że
sznycel jest okropny, a sos jeszcze gorszy, ale w okolicy nie znajdziemy
nic lepszego. Poza tym jadałem już bardziej nieapetyczne dania. W hotelu
"Imperial" w Filadelfii kiedyś podano mi befsztyk tatarski, w którym
znalazłem krowią wargę z włosami. Kelner próbował mi wytłumaczyć, że to
jest befsztyk tatarski po napoleońsku. Powiedziałem, że raczej po
fryzjersku.
Na twarzy Martina pojawił się ten dziwaczny łobuzerski uśmieszek
piętnastolatka, który udaje, że z zainteresowaniem słucha wszystkich
nudnych, odgrzewanych anegdotek czterdziestoletniego ojca. Chłopak
zaczął grzebać widelcem w swoim gulaszu z kluskami.
- Nie odebrałem ci apetytu? - zapytał Charlie.
Martin potrząsnął głową.
- Ale chyba odebrałeś tym paniom.
Wskazał na dwie siwowłose matrony z Nowej Anglii, które siedziały przy
sąsiednim stoliku i gapiły się na Charliego zza okularów, których szkła
połyskiwały niczym monety.
Charlie obrócił się na krześle i uśmiechnął się do matron dobrotliwie
jak ksiądz. Zawstydzone sąsiadki zajęły się swoją smażoną rybą.
- Tutaj jest dobre jedzenie - oznajmił Charlie. - Wszystkie jarzyny
uprawiają sami, podają świeże bułeczki, a kiedy przypadkiem upuszczą
czyjś lunch na podłogę, zwykle wyrzucają go do śmieci. Opowiadałem ci,
jak kiedyś w "Royalty Inn" w Seattle kelner upuścił sałatkę z homara w służbowej windzie? Tak... i zgarnął ją między dwie karty win, i podał na
zjeździe legionistów. Nic dziwnego, że legioniści wynaleźli gorączkę
legionową.
- Owszem, chyba mi opowiadałeś - odparł Martin i powoli zaczął jeść.
Spadły pierwsze krople deszczu. W powietrzu wisiała dziwna, złowroga
cisza, którą mąciło jedynie szczękanie noży i widelców.
- To miejsce ma wdzięk - dodał Charlie. - W naszych czasach wdzięk jest
rzadkim towarem. A dla wielu ludzi, rozumiesz, wdzięk jest równie ważny
jak jedzenie. Czasami nawet ważniejszy. Jeśli zabierasz dziewczynę na
obiad, żeby ją potem przelecieć, to co cię obchodzi, że cebula w sosie
żurawinowym jest niedogotowana?
Martin doskonale wiedział, że Charlie próbuje z nim rozmawiać jak
mężczyzna z mężczyzną. Kiedy jednak tak siedzieli obok siebie, ojciec i syn, dwie ciemne sylwetki na tle szarego październikowego nieba, widać
było, że są sobie obcy. Zbyt wiele było przerw w rozmowie, zbyt wiele
nieznanych obszarów, zbyt wiele pytań, których ojciec zwykle nie musi
zadawać synowi.
- Jak twój gulasz? - zainteresował się Charlie. - Nie wiedziałem, że
lubisz gulasz.
- Nie lubię - odparł Martin. - Ale nie miałem wielkiego wyboru. Ta ryba
wygląda, jak gdyby zdechła ze starości.
- Nie wyśmiewaj się ze starości - ostrzegł Charlie. - Starość zasługuje
na szacunek.
- W takim razie twój sznycel jest najbardziej szacownym kawałkiem mięsa,
jaki widziałem w życiu.
Charlie kroił cielęcinę z profesjonalną dokładnością.
- Nie jest najgorszy, uwzględniając cenę netto, miejsce i porę roku.
- Zawsze tak mówisz. Słyszę to, odkąd skończyłem pięć lat. Powiedziałeś
tak o pierwszej rękawicy baseballowej, którą mi kupiłeś.
Charlie odłożył widelec.
- Tłumaczyłem ci. Muszę być praktyczny, nie tylko krytyczny. Muszę
pamiętać, że większość ludzi nie jest specjalnie wybredna.
- Ty zjadłbyś wszystko, prawda? - powiedział Martin jadowicie, po raz
pierwszy używając takiego tonu wobec ojca.
Charlie popatrzył z troską na syna.
- To mój zawód - powiedział wreszcie, jakby to wszystko wyjaśniało.
Przez parę minut jedli w milczeniu. Charlie zawsze czuł się nieswojo,
kiedy rozmowa zamierała. Miał tyle do powiedzenia, tyle do wyjaśnienia,
a jednak nie potrafił wyrazić tego, co czuje. Jak mógł wyjaśnić synowi,
że żałuje każdej minuty, którą spędził z dala od niego, skoro nie
przeszkadzało mu w tym nic oprócz własnych wypaczonych ambicji?
Nosił z sobą plastikowy portfel, napęczniały od pogiętych fotografii, a każda była dla niego równie bolesna jak kolejne stacje drogi krzyżowej.
Oto Martin w wieku trzech lat bawiący się na podwórku jaskrawoczerwonym
wozem strażackim, z oczami przymrużonymi w letnim słońcu. A to Martin na
koncercie w szkole podstawowej, ubrany jak Paul Revere1, bez uśmiechu,
z niepewną miną. Zdjęcie zrobiono w 1978 roku, kiedy Charliego nie było
w domu przez ponad cztery miesiące. A tutaj Martin po zwycięstwie swojej
drużyny baseballowej w międzyszkolnych rozgrywkach, z ręką podniesioną
triumfalnie przez jakiegoś ryżego, gorylowatego faceta, którego Charlie
nie znał.
Charlie stracił to wszystko. Zamiast tego jadał obiady w hotelach całej
Ameryki, Charlie McLean, inspektor restauracyjny, zapomniany gość na
niezliczonych zapomnianych bankietach. Ale jak miał wyjaśnić Martinowi,
że musiał to robić i co to dla niego znaczyło? Puste hotelowe pokoje z telewizorem hałasującym za każdą ścianą; okna na piętnastym piętrze z bezdusznym widokiem na szyby wentylacyjne i mokre ulice, po których
płynęły jak krew tylne światła przejeżdżających samochodów. Każdy
posiłek zjadany samotnie. Takie życie przypominało pokutę.
Obserwując twarz ojca, Martin powiedział:
- Zdaje się, że burza tędy przejdzie.
- Tak - mruknął Charlie. - Tutaj, w Litchfield Hills, istnieje legenda,
że burze są wywoływane przez dawne indiańskie demony, zwane Wielkimi
Staruchami. Szaman z plemienia Narragansettów walczył z tymi demonami,
pokonał je i przykuł do chmur, żeby nie mogły uciec. Ale czasami demony
budzą się i wpadają w złość, potrząsają łańcuchami, zgrzytają zębami -
to powoduje burze.
Martin odłożył widelec.
- Tato? Zamówisz mi jeszcze jeden seven up?
- Wiesz - powiedział Charlie - możesz do mnie mówić Charlie. To znaczy
nie musisz, ale jeśli chcesz, to proszę bardzo.
Martin nic nie odpowiedział. Charlie wezwał kelnerkę.
- Proszę podać jeszcze jeden seven up bez wiśni i jeszcze jeden
kieliszek chardonnay.
- Pan tu nie jest na wakacjach - powiedziała kelnerka.
To nie było pytanie. Kelnerka miała na sobie błękitną satynową sukienkę,
która przylegała ściśle jak elastyczny bandaż do jej bioder i pośladków,
podkreślając wszystkie mankamenty figury. Była nawet ładna, ale lewa
połowa jej twarzy nie pasowała do prawej, co nadawało jej wygląd
megiery. Jej włosy barwy żółtka sterczały sztywno na wszystkie strony.
- Jesteśmy tu przejazdem - oświadczył Charlie, mrugając do Martina.
Gdzieś w oddali zagrzmiało. Charlie z uśmiechem wskazał na okno. -
Opowiadałem właśnie synowi o tych indiańskich demonach przykutych
łańcuchami do chmur.
Kelnerka przestała pisać na bloczku i wytrzeszczyła na niego oczy.
- Słucham?
- To taka legenda. - Martin pospieszył ojcu na pomoc.
- Pan nie żartuje - rzuciła kelnerka. Zerknęła na talerz Charliego. -
Okropnie panu nie smakuje ta cielęcina, co?
- Nie jest najgorsza - odparł Charlie, nie patrząc na kelnerkę. Nie
wolno mu było, podobnie jak pozostałym pięciu inspektorom, rozmawiać o posiłkach czy obsłudze z kierownictwem wizytowanych restauracji. Za
ujawnienie swojej tożsamości groziła natychmiastowa dymisja. Jego
pracodawcy uważali, że jeśli inspektor się ujawni, może otrzymywać
propozycje łapówek. Co gorsza, może przyjmować te propozycje. Kolega
Charliego, Barry Hunsecker, opłacał większość swoich alimentów z łapówek, ale żył w nieustannym strachu, dopóki nie został przyłapany i wyrzucony z pracy.
Kelnerka nachyliła się i szepnęła do Charliego:
- Nie ma się czego wstydzić. To paskudztwo. Niech pan tego nie je, jeśli
pan nie ma ochoty. Nikt panu nie każe tego zjeść. Załatwię, żeby pan
zapłacił tylko za gulasz.
- Nie trzeba - odparł Charlie. - Sznycel jest całkiem smaczny.
- Jeśli ten sznycel jest smaczny, to ja jestem Chinką. - Kelnerka oparła
ręce na biodrach i zmierzyła wzrokiem kapryśnego klienta.
- Jest smaczny - powtórzył Charlie. Przecież nie mógł jej wyjaśnić, że
musi zjeść wszystko, wepchnąć w siebie całą porcję, ponieważ to należy
do jego zawodowych obowiązków. Powinien również zamówić deser, kawę i sery i odwiedzić toaletę, żeby sprawdzić czystość ręczników.
- Ano, wzięłam pana za smakosza - powiedziała kelnerka. Nagryzmoliła
"7-up + char" i wsadziła bloczek do kieszeni.
- Za smakosza? - zdziwił się Charlie. Podniósł lekko głowę.
W ostatnich promieniach słońca jego twarz zdradzała wiek, ale nic
więcej. Okrągła twarz mężczyzny po czterdziestce, którą - niczym
pęknięcia na miśnieńskiej porcelanie - uszlachetniały zmarszczki wokół
oczu, przydające mu kultury i doświadczenia. Włosy miał krótko obcięte i starannie zaczesane, jak gdyby ciągle wierzył w ideały z 1959 roku.
Nieduże dłonie zdobiła samotna złota obrączka. Nosił szarą sportową
marynarkę w cętki i zwykle szare spodnie. Jedynym elementem
wyróżniającym się w jego wyglądzie był zegarek - złoty
osiemnastokaratowy Corum Romulus. Otrzymał go w bardzo smutnych
okolicznościach i często o tym myślał.
Przez dwadzieścia jeden lat nikt nie odgadł, w jaki sposób Charlie
zarabia na życie. Zazwyczaj ta anonimowość przynosiła mu satysfakcję,
zaprawioną lekką goryczą; czasami jednak czuł się tak samotny i zagubiony, że aż ściskało go w gardle.
- Naturalnie ten lokal schodzi na psy, odkąd kierownictwo przejęła pani
Foss - oświadczyła kelnerka takim tonem, jakby wszyscy doskonale
wiedzieli, kim jest pani Foss i dlaczego jej działania są tak
destrukcyjne. Zacisnęła usta. - Pani Foss i reszta Fossów.
- Ilu dokładnie jest tych Fossów? - zapytał Charlie.
Martin zasłonił ręką usta, by ukryć rozbawienie. Lubił, kiedy jego
ojciec żartował sobie z ludzi.
- Ano, jest ich sześcioro, jeśli policzyć Ednę Foss Lawrence. Dawniej
oczywiście było siedmioro, ale Ivy zaginęła dwa lata temu, tydzień przed
Świętem Dziękczynienia.
Charlie kiwnął głową, udając, że pamięta zniknięcie Ivy Foss, jakby to
było wczoraj.
- Wygląda na to, że gdzie Fossów sześć, tam nie ma co jeść - zażartował.
- Ta baba nie potrafi nawet odgrzać puszki fasoli - oświadczyła
kelnerka. - Przyniosę panu rybę, zgoda? Powinnam pana ostrzec przed tą
cielęciną.
Rozległ się ostry trzask i cała restauracja zamigotała jak w scenie z filmu Macka Senneta2. Jedna z matron przycisnęła ręce do twarzy i krzyknęła: "Litości!". Przez chwilę widać było tylko jaskrawozielony
ślad błyskawicy odbity na siatkówce. Potem uderzył piorun. Od huku
zadźwięczały talerze, zadzwoniły szklanki, zabrzęczały szyby w starych
kolonialnych oknach.
- Chyba Bóg mi rozkazuje, żebym grzecznie zjadł mięso do końca -
stwierdził Charlie.
- Mówiłeś, że to demony - przypomniał Martin.
- Nie wierzę w demony.
- A w Boga wierzysz?
Charlie zmrużonymi oczami przyjrzał się Martinowi. Deszcz zaczął bębnić
w szyby.
- Czy to ci zrobi jakąś różnicę, jeśli powiem, że nie wierzę?
- Marjorie zawsze twierdziła, że trzeba w coś wierzyć.
- Dlaczego do mamy zwracasz się po imieniu, a do mnie nie?
- A dlaczego nigdy mi nie powiesz, że coś ci nie smakuje?
Charlie spojrzał na talerz. Potem po raz pierwszy od lat odłożył nóż i widelec, chociaż jeszcze nie wyskrobał talerza do czysta.
- Może trudno ci to zrozumieć, ale kiedy zaczniesz pracować, będziesz
musiał wykonywać swoje obowiązki niezależnie od osobistych opinii.
- Nawet jeśli nie masz szacunku dla siebie?
Charlie milczał przez chwilę. Potem powiedział:
- Jeśli zależy ci na naszej przyjaźni, przestań cytować przy mnie matkę.
Martin się zarumienił. Podeszła kelnerka i postawiła na stole zamówione
napoje.
- Oszczędził pan żołądkowi dodatkowych męczarni - zauważyła, zabierając
talerz Charliego.
- Na deser weźmiemy szarlotkę - oznajmił Charlie.
- Czy panu życie niemiłe?! - zawołała kelnerka.
Deszcz zalewał parking i szeleścił w cisowym żywopłocie otaczającym
restauracyjny ogród. Znowu oślepiająco błysnęło i kolejny grzmot
wstrząsnął jadalnią. Charlie łyknął wina i pożałował, że nie jest
zimniejsze i bardziej wytrawne. Martin patrzył w okno.
- Mogłeś zamieszkać u Harrisonów - odezwał się Charlie.
Martin zmarszczył brwi, jak gdyby zobaczył coś za oknem, ale nie
wiedział, co to jest.
- Nie chciałem mieszkać z Harrisonami. Chciałem pojechać z tobą. Poza
tym Gerry Harrison to taki obciachowiec.
- Nie wyrażaj się - upomniał go Charlie. Otarł usta serwetką. - I właściwie co to znaczy "obciachowiec"?
- Ktoś tam jest na dworze - powiedział Martin.
Charlie odwrócił się na krześle i wyjrzał do ogrodu. Zobaczył tylko
pochyły trawnik, otoczony krzywo przyciętym żywopłotem. Pośrodku
trawnika stał stary kamienny zegar słoneczny, przechylony ze starości, a jeszcze dalej garbiła się mokra, opleciona pnącym mchem, na wpół
rozwalona szopa.
- Nikogo nie widzę - powiedział Charlie. - Zresztą, kto by tam stał na
deszczu.
- Patrz... tam! - przerwał mu Martin i pokazał ręką.
Charlie wytężył wzrok. Pomimo deszczu zalewającego szyby przez chwilę
zdawało mu się, że ktoś stoi na lewo od szopy, osłonięty welonem pnączy
niczym oblubienica. Ktoś ciemny, pochylony, z niepokojąco bladą twarzą.
Kimkolwiek był, mężczyzną czy kobietą, stał nieruchomo i wpatrywał się w okno restauracji, podczas gdy ulewa chłostała ogród tak zaciekle, że
było to niemal śmieszne; zupełnie jak sztorm na planie filmowym, gdzie
aktorów oblewa się co pewien czas wiadrami wody.
Błyskawica zajaśniała po raz trzeci, jeszcze silniej niż poprzednio. Na
ułamek sekundy światło wybieliło wszystkie zacienione miejsca w ogrodzie. Ale ten, kto ukrywał się wśród cieni, zniknął. Pozostały tylko
pnącza, zrujnowana szopa i krzaki przygięte pod nieubłaganą chłostą
deszczu.
- Złudzenie optyczne - stwierdził Charlie.
Martin nie odpowiedział, tylko ciągle patrzył w okno.
- Duch? - podsunął Charlie.
- Nie wiem - odparł Martin. - Po prostu miałem jakieś niesamowite
uczucie.
Kelnerka wróciła z dwiema porcjami szarlotki i dzbankiem wiejskiej
śmietanki. Krzywiła się, przechodząc między stolikami. Za nią szła
niska, otyła kobieta w obszernej błękitno-turkusowej sukni. Raziła
groźnym autorytetem, toteż Charlie domyślił się od razu, że jest to
słynna pani Foss, pod której kierownictwem "Żelazny Imbryczek" schodzi
na psy.
Pani Foss nosiła okulary przypominające tylne reflektory plymoutha fury
z 1958 roku. Wokół ust miała gęstą sieć zmarszczek.
- Halo, witam! - zawołała. - Zawsze miło widzieć nowych gości.
Charlie wstał niezręcznie i uścisnął jej dłoń, wiotką i miękką, ale
kłującą od brylantów.
- Harriet mówiła mi, że nie smakowała panu cielęcina - oznajmiła pani
Foss. Zmarszczki wokół jej ust pogłębiły się.
- Nie była najgorsza - odparł Charlie, starannie unikając wzroku
Martina.
- Pan jej nie zjadł - oskarżyła go pani Foss. - Zwykle klienci
wyskrobują talerz.
Protekcjonalny ton nie uszedł uwagi człowieka, który jadał i sypiał w ponad czterech tysiącach amerykańskich lokali.
- Przepraszam, jeśli dołożyłem pani zmywania - powiedział Charlie.
- Zmywanie nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o to, że pan nie zjadł
swojego obiadu.
Charlie spuścił wzrok i zaczął się bawić łyżeczką.
- Widocznie nie byłem taki głodny, jak myślałem.
- Nigdzie w okręgu Litchfield nie znajdzie pan lepszej restauracji,
gwarantuję panu - oświadczyła pani Foss.
Charlie miał wielką ochotę powiedzieć, że w takim razie niech Bóg
zmiłuje się nad okręgiem Litchfield, ale kelnerka Harriet wtrąciła:
- "Le Reposoir".
Pani Foss odwróciła się do Harriet, dziko błyskając oczami.
- Nie wymawiaj przy mnie tej nazwy! - warknęła, aż policzki jej się
zatrzęsły. - Nawet szeptem!
- Domyślam się, że to konkurencyjna restauracja? - podsunął Charlie,
żeby osłonić Harriet przed straszliwym gniewem pani Foss.
Błyskawica zajaśniała za oknem i na sekundę wszystko stało się białe.
- Ten lokal nie zasługuje nawet na miano mordowni, a co dopiero
restauracji - prychnęła pani Foss.
- Przepraszam - powtórzył Charlie. - Osobiście nigdy o nim nie
słyszałem.
- Dla własnego dobra niech pan trzyma się od niego z daleka - radziła
pani Foss. - Ci wykolejeni Francuzi ze swoimi obrzydliwymi pomysłami -
mówiła z akcentem, który wskazywał, że wychowała się setki mil na
południe od okręgu Litchfield w stanie Connecticut. - Od kiedy otwarto
ten lokal, dzieci z sąsiedztwa chodzą okrężną drogą przez Allen's
Corners. Zapewniam pana, że nikt z miejscowych nigdy nie pójdzie tam na
obiad.
Charlie sięgnął do kieszeni swojej sportowej marynarki i wyjął
zniszczony notes w skórzanej oprawie.
- Jak się nazywa ten lokal?
- "Le Reposoir" - podpowiedziała Harriet, przechylając się przez ramię
pani Foss niczym papuga Długiego Johna Silvera. - "Le" jak Jerry Lee
Lewis, "repo" jak reporter, "soir" jak...
- Harriet! Stolik szósty! - wrzasnęła pani Foss.
- Idę, idę - burknęła Harriet, podnosząc rękę w geście obrony.
- Muszę pana przeprosić za Harriet - zatrajkotała pani Foss. - Obiecałam
jej matce, że dam Harriet posadę kelnerki. Nie nadawała się do niczego
innego. - Pani Foss postukała się w czoło. - Niedorozwinięta to może
przesada, ale geniuszem też nie jest.
Charlie kiwnął głową i schował notes do kieszeni marynarki.
- Różnie to bywa.
- Pan chyba nie zamierza odwiedzić tego lokalu? - zapytała pani Foss i wykonała gest w stronę jego marynarki.
- Czy jest jakiś powód, żeby tego nie robić?
- Mogę panu podać sto powodów. Od dawna znam tych ludzi. Kiedyś
prowadziłam restaurację na Chartres Street w Nowym Orleanie; "Czerwona
Fasola i Ryż Pauli Foss" - tak się nazywał ten lokal. Wtedy znałam
takich ludzi. Sfrancuziali i bardzo wytworni. Nazywaliśmy ich
celestynami. Nietowarzyscy, a właściwie tajemniczy. Tak, bardzo
tajemniczy.
- On tu znowu jest, popatrz - odezwał się Martin.
Charlie początkowo nie zrozumiał, o co chodzi.
- Tam za oknem, patrz! - ponaglił go Martin.
Pani Foss zerknęła na ogród.
- O czym ten chłopiec mówi?
Martin wstał i na sztywnych nogach podszedł do szerokiego francuskiego
okna. Matrony obejrzały się za nim. Chłopiec osłonił dłonią oczy i wpatrywał się w deszcz.
- Martin? - zapytał Charlie.
- Widziałem go - powiedział Martin, nie odwracając się. - Stał obok
zegara słonecznego.
Pani Foss popatrzyła na Charliego, a potem podeszła do chłopaka i stanęła obok.
- Tam nikogo nie ma, skarbie. To mój prywatny ogród. Nikt tam nie
wejdzie bez pozwolenia.
- Daj spokój, Martinie! - zawołał Charlie. - Chodź, szarlotka czeka.
Martin niechętnie odszedł od okna. Charlie pomyślał, że chłopiec wygląda
blado. Pewnie jest zmęczony podróżą. Charlie tak się przyzwyczaił do
spędzania całego dnia za kierownicą i za stołem, że zapomniał już, jak
męczący jest taki tryb życia. Przed trzema dniami wyruszyli z Nowego
Jorku na północny wschód autostradą Major Deegan. Przez ten czas
przejechali grubo ponad siedemset mil i jedli w dziewięciu hotelach i restauracjach, od przegrzanej "Rodzinnej Chatki" w White Plains z lepkimi czerwonymi winylowymi siedzeniami do pretensjonalnej "Garkuchni"
na przedmieściach Darien, utrzymanej w angielskim stylu, gdzie każde
danie miało dickensowską nazwę: bułki pana Micawbera, stek Dombeya i kurczęta Copperfielda.
- Nie wpuścisz go tutaj, prawda, tato? - odezwał się Martin głosem
zdławionym przez strach.
Charlie właśnie podnosił do ust pierwszy kęs szarlotki. Zawahał się z łyżką przy ustach. Nie słyszał takiego tonu, odkąd Martin był malutki.
- Co mówiłeś?
Martin szybko obejrzał się na okno.
- Nic. Już w porządku.
- Nie przejmuj się - uspokajał go Charlie. - Zjedz deser.
Martin powoli odsunął talerz.
- Nie jesteś głodny? - zapytał ojciec. - To dobre. Spróbuj. Chyba
najlepsze, co tu mają.
Martin potrząsnął głową. Charlie przez chwilę przyglądał mu się z ojcowską troską, po czym zajął się szarlotką.
- Mam nadzieję, że nic nie złapałeś. - Przełknął i sięgnął po kieliszek
wina. - Twojej matki nie będzie w domu jeszcze przez dziesięć dni, a ze
mną nie możesz zostać, jeśli się rozchorujesz.
- Wszystko w porządku - oświadczył Martin z niespodziewaną
gwałtownością. - Nie jestem chory, po prostu nie mam apetytu. Zrozum,
tato, przez te trzy cholerne dni zjadałem trzy cholerne posiłki
dziennie. W życiu tak się nie przejadłem.
Ojciec popatrzył na niego ze zdziwieniem. Martin miał wypieki na twarzy,
jak gdyby nagle dostał gorączki.
- Kto cię nauczył takich wyrażeń? - zapytał Charlie cicho, ale z gniewem. - To matka tak cię podszkoliła? Cholerne to i cholerne tamto?
Ja tylko zadałem ci uprzejme pytanie.
Martin spuścił oczy.
- Przepraszam.
Charlie pochylił się do przodu.
- Co w ciebie nagle wstąpiło? Słuchaj, nie żądam, żebyś się zachowywał
jak archanioł Gabriel. Nigdy tego nie wymagałem. Ale byliśmy
przyjaciółmi, ty i ja. Przynajmniej tak powinno być między ojcem a synem, prawda?
Martin nie podniósł głowy. Charlie z teatralną przesadą dokończył
szarlotkę. Tak naprawdę uważał, że jest obrzydliwa. Kucharz dodał do
niej chyba z pół słoika cynamonu, na skutek czego smakowała jak
mahoniowe trociny. Zamierzał napisać w raporcie: "Ciasto świeże, dość
apetyczne, ale zbyt mocno przyprawione".
Deszcz bulgotał w żelaznych gardłach rynien. Francuskie okna były ciemne
jak okulary ślepca.
- Wiesz co, ta sytuacja jest już dostatecznie trudna, więc nie
powinniśmy jej pogarszać - zagadnął Charlie.
- Powiedziałem, że przepraszam.
Błyskawica na chwilę oświetliła ogród. Charlie ponownie odwrócił się do
okna i doznał uczucia, jakby ktoś przejechał mu szczotką po kręgosłupie.
Do szyby przywierała biała twarz, której oddech utworzył owalną plamę
pary na szkle. Twarz zaglądała do restauracji. Malowała się na niej
tęsknota zmieszana z lękiem.
To mogła być twarz dziecka. Sądząc po wzroście, nie był to nikt dorosły.
Charliemu niepokojąco przypominał Gapcia z Królewny Śnieżki, z pustymi
bladoniebieskimi oczami i rozdętą głową.
Charlie nigdy w życiu nie widział nic równie przerażającego jak to
oblicze cierpiącego dziecka. Błyskawica zamigotała po raz ostatni i zgasła, ogród okrył się ciemnością i twarz znikła. Charlie siedział
sztywno, z dłońmi płasko ułożonymi na stole, wpatrując się w okno.
Martin podniósł głowę i spojrzał na niego.
- Tato? - zapytał. A potem ciszej: - Tato...?
Charlie nie odrywał wzroku od pociemniałej szyby.
- Co ty tam zobaczyłeś w ogrodzie? - zapytał.
- Nic - odparł Martin. - Mówiłem ci.
- Mówiłeś, że kogoś widziałeś - nalegał ojciec. - Powiedz mi, jak on
wyglądał.
- Pomyliłem się i tyle. Chyba zobaczyłem krzak, sam nie wiem.
Charlie chciał już obsztorcować Martina, kiedy spostrzegł w oczach
chłopca coś, co go powstrzymało. To nie był gniew. Ani pogarda. To była
jakaś skryta, głęboka niechęć do dyskutowania o tym, co widział. Charlie
odchylił się do tyłu i przez chwilę przyglądał się Martinowi. Potem
podniósł rękę, żeby przywołać kelnerkę Harriet.
- Nie zamawiajcie kawy - poradziła Harriet, podchodząc do nich.
- Nie mam zamiaru. Proszę tylko ostatni kieliszek chardonnay i rachunek.
- Dopilnuję, żeby pani Foss nie dopisała do rachunku tej cielęciny.
- Proszę sobie nie robić kłopotu.
Harriet zabierała się już do odejścia, kiedy Charlie zatrzymał ją
podniesioną ręką.
- Harriet, powiedz mi coś. Czy pani Foss ma dzieci?
Harriet pogardliwie parsknęła.
- Troje... ale wystarczą za trzy tysiące. Darren prowadzi rachunki. Lloyd
zajmuje się zaopatrzeniem. I jest jeszcze Henry, ale o nim lepiej nie
mówić, niech mi pan wierzy. Henry jest naprawdę niesamowity.
- Chodzi mi o małe dzieci.
Martin podniósł wzrok. Jego nagłe zainteresowanie nie uszło uwagi
Charliego. Był pewien, że chłopiec widział tę postać w ogrodzie. Nie
rozumiał, dlaczego nie chce się do tego przyznać.
- Małe dzieci - powtórzyła Harriet - nie. Pyta pan o kilkuletnie
pędraki? Ona jest już na to za stara o dwieście lat.
Znajdująca się po drugiej stronie restauracji pani Foss wyłapała swoją
anteną lekceważący ton głosu Harriet. Podniosła głowę i spojrzała na
kelnerkę zwężonymi oczami.
- Harriet! - warknęła, a w tym jednym słowie zabrzmiało dziesięć
biblijnych pogróżek.
Płacąc rachunek, Charlie poinformował Martina:
- Może ty nic nie widziałeś, ale ja widziałem.
Chłopak nie odpowiedział. Charlie odczekał chwilę, ale postanowił na
razie go nie naciskać. Widocznie Martin miał jakiś powód, żeby nie mówić
o tym, co widział. Może po prostu nie miał do niego zaufania. Trudno mu
się dziwić, skoro Charlie nie spisywał się najlepiej w roli ojca.
- Gdzie będziemy nocować? - zapytał Martin.
- Według pierwotnego planu mieliśmy dojechać do Hartford i zatrzymać się
w "Welcome Inn".
- Ale teraz chcesz pojechać do tej francuskiej restauracji, o której
mówiliście?
- Miałem taki pomysł - przyznał Charlie. - Zawsze lubiłem poznawać nowe
miejsca. Poza tym wtedy będziemy mieli wolne popołudnie. Może pójdziemy
do kina albo do kręgielni. Jak ojciec i syn, prawda?
- Chyba tak.
Charlie zdobył się na uśmiech.
- No to chodźmy. Zaczekasz na mnie w samochodzie. Muszę jeszcze umyć
ręce, jak to mówią w wytwornym towarzystwie.
- Och, to znaczy, że musisz iść do WC.
Charlie poklepał syna po plecach.
- Właśnie, kolego.
Męska toaleta była słabo oświetlona. W rurach wyło, a pisuary wyglądały
jak odratowane z wraku Lusitanii. Pokryte brązowymi plamami lustro nad
umywalką zamieniało odbicie twarzy Charliego w portret pędzla
średniowiecznego duńskiego malarza. Przyjrzał się sobie uważnie i pomyślał, że widać po nim przemęczenie. To nieprawda, że życie zaczyna
się po czterdziestce. Wmawiają człowiekowi takie bzdury, żeby nie
pomaszerował prosto do łazienki i nie poderżnął sobie gardła od ucha do
ucha. W tym wieku człowiek zaczyna się już rozkładać. Najpierw
obumierają marzenia, potem ciało.
Nachylił się nad umywalką i namydlił ręce. Przez małe okienko po prawej
stronie wpadało trochę słabego, wodnistego światła. Za oknem Charlie
widział wierzchołki drzew i szare, przemykające chmury. Może po południu
pogoda się poprawi.
W westybulu "Żelaznego Imbryczka", wyłożonym czerwonym dywanem, stał
automat z papierosami. Charlie nie palił od jedenastu lat, ale teraz
kusiło go, żeby kupić paczkę. Tak musiało się objawiać napięcie wywołane
stałą obecnością Martina. Nie przywykł do codziennego okazywania uczuć.
Właśnie dlatego rzadko zostawał na dłużej w domu. Bał się, że jego
miłość zacznie się przecierać jak zużyta tkanina.
Zapinał płaszcz, kiedy zjawiła się pani Foss. Stała z założonymi rękami
i obserwowała go przez szkła okularów.
- Mam nadzieję, że jeszcze tu pana zobaczymy - powiedziała. - Obiecuję,
że następnym razem lepiej się postaramy.
- Dziękuję. Cielęcina była nie najgorsza.
Pani Foss otworzyła mu drzwi, oszklone i wzmocnione drucianą siatką.
- Mam nadzieję, że wyperswadowałam panu wizytę w "Le Reposoir".
Charlie zrobił enigmatyczną minę.
- To byłoby nierozsądne. Zwłaszcza z tym pańskim synem.
Charlie popatrzył na nią.
- Nie bardzo panią rozumiem.
- Skoro pan tam nie pójdzie, nie muszę panu tłumaczyć.
Poprawiła mu krawat z nieświadomą fachowością kobiety, która była
mężatką przez czterdzieści lat i wychowała trzech synów.
Charlie nie wiedział, co odpowiedzieć. Odwrócił się i wyjrzał na dwór,
gdzie na asfaltowym, pełnym kałuż parkingu stał jego jasnożółty
oldsmobil. Nowy samochód co dwa lata to była jedyna premia, jaką
otrzymywał od wydawców; zresztą nie tyle premia, ile prosta konieczność,
ponieważ przeciętnie przejeżdżał 55 000 mil w ciągu roku, a po
osiemnastu miesiącach takiej eksploatacji prawie każdy samochód zaczyna
się sypać.
Zobaczył Martina, który stał po drugiej stronie samochodu, osłaniając
głowę gazetą przed ostatnimi, rzadkimi kroplami deszczu. Charlie
zmarszczył brwi. Martin wymachiwał ręką w taki sposób, jak gdyby z kimś
rozmawiał. A jednak z miejsca, gdzie stał Charlie, nikogo nie było
widać.
Przez chwilę przyglądał się Martinowi, potem odwrócił się do pani Foss i podał jej rękę. Znowu te kłujące brylantowe pierścionki.
- Dziękuję za gościnność. Na pewno jeszcze tu zajrzę, jeśli będę w okolicy.
- Niech pan zapamięta, co panu mówiłam - dodała pani Foss. - Nikt nie
udziela takiej rady bez powodu.
- No, chyba nie - zgodził się Charlie.
Przeszedł przez parking, spoglądając na niebo, które stopniowo się
oczyściło. Nie zawołał Martina, ale kiedy podszedł bliżej, Martin nagle
ściągnął gazetę z głowy, odwrócił się i wybiegł przed maskę samochodu,
zadając ciosy urojoną szpadą, jak gdyby zmienił się w d'Artagnana. Teraz
zachowuje się jak typowy piętnastolatek, pomyślał Charlie. Ale dlaczego
urządza takie przedstawienie? Co on próbuje mi pokazać? A przede
wszystkim, co próbuje przede mną ukryć?
- Gotów do drogi? - zapytał. Szybko rozejrzał się po parkingu, ale
nikogo nie było w zasięgu wzroku. Tylko zmierzwiona trawa w ogrodzie i nieruchome drzewa, ociekające wodą. Tylko niebo odbite w kałużach,
niczym odblask innego świata.
- Myślisz, że mógłbym się nauczyć szermierki? - rzucił pytanie Martin,
parując i ripostując pchnięcia urojonych muszkieterów.
- Pewnie tak - odparł Charlie. - Chodź, mamy tylko trzy albo cztery mile
do Allen's Corners.
Otworzył drzwi samochodu i wsunął się za kierownicę. Na przedniej szybie
drżały przejrzyste krople deszczu. Martin wsiadł z drugiej strony i zapiął pas.
- W szkole są lekcje szermierki. Chodzi na nie Danny DeMarto. Są
fantastyczne.
Charlie włączył silnik oldsmobila i powoli wycofał się z parkingu.
- Może powinieneś poprosić matkę.
- To kosztuje tylko dwadzieścia pięć dolarów za lekcję.
- W takim razie na pewno powinieneś poprosić matkę. Poza tym... dlaczego
chcesz się uczyć szermierki? Lepiej naucz się grać na giełdzie.
- Sam nie wiem. Mógłbym dostać pracę w filmie, gdybym potrafił się
fechtować.
- W filmie? Czyżbym siedział obok ostatniego wcielenia Errola Flynna?
- Myślałem, żeby zostać kaskaderem albo kimś podobnym - całkiem poważnie
oświadczył Martin.
- To trochę zbzikowany pomysł - zaryzykował Charlie.
- No, na pewno nie zostanę restauracyjnym inspektorem - stwierdził
Martin. W jego głosie nie było pogardy, ale właśnie dlatego ta uwaga
zabolała jeszcze mocniej. Zwyczajny, prosty fakt.
Charlie wyjechał z parkingu i skręcił w prawo na drogę do Allen's
Corners. Przez dwie czy trzy minuty jechali w milczeniu. Po obu stronach
drogi wznosił się las dymiący mgłą niczym hałdy popiołów po masowej
kremacji.
Wreszcie Charlie zapytał niedbałym tonem:
- Z kim rozmawiałeś przed chwilą?
Martin wydawał się zmieszany.
- O co ci chodzi? Z nikim nie rozmawiałem.
- Na parkingu. Widziałem cię. Wymachiwałeś rękami, jakbyś z kimś
rozmawiał. Daj spokój, Martinie, przecież wiem, jak wygląda rozmowa.
Martin odwrócił się i zaczął wyglądać przez okno.
- Wcale cię nie sprawdzam ani nic z tych rzeczy - ciągnął Charlie. - Po
prostu próbuję się tobą opiekować. Przyznam również, że jestem ciekawy,
z kim mogłeś rozmawiać w tym zapomnianym przez Boga miejscu.
- Śpiewałem - wyjaśnił Martin. - No wiesz, udawałem, że gram na gitarze.
- Szarpnął struny niewidzialnego fendera.
Charlie zerknął na własne odbicie we wstecznym lusterku. Chciał
powiedzieć Martinowi, że jego obecne ruchy gitarzysty wcale nie
przypominają gestów wykonywanych na parkingu. Tamte były urywane,
zamaszyste, deklamatorskie, jak gdyby chłopiec coś wyjaśniał albo czegoś
żądał. Z pewnością nie przypominały urojonych akordów.
Martin sięgnął do przodu i włączył magnetofon. Zgiełkliwa rockowa muzyka
natychmiast wypełniła wnętrze samochodu. Chłopiec zaczął podśpiewywać do
taktu, czu-czu-czu, tak jak wtedy, kiedy był mały i naśladował warkot
plastikowej ciężarówki, mozolnie wjeżdżającej na skrzynię z zabawkami.
Proponując Martinowi tę podróż, Charlie nie zdawał sobie sprawy, że
chłopak będzie potrzebował w samochodzie jakiejś rozrywki. Charlie
zawsze prowadził w ciszy. Lubił słyszeć Amerykę przesuwającą się za
szybami auta mila za milą. To również była część kary.
- Tom Petty i "The Heartbreakers" - oznajmił Martin, uderzając w struny
urojonej gitary.
- Dziwne, że o nim nie słyszałem - zgryźliwie rzucił Charlie, a potem
pomyślał: Dlaczego ciągle gderam? Nic dziwnego, że syn uważa mnie za
zgreda.
Chłopak nie odpowiedział. Samochód płynął przez złocistą mgiełkę.
Charlie czuł się coraz bardziej nieswojo, jak gdyby razem z Martinem
przenieśli się w dziewiąty wymiar, niczym podróżni w Strefie mroku.
Zerknął ukradkiem na syna. Najnormalniejszy nastolatek pod słońcem.
Czasami bywał agresywny i złośliwy, ale to normalne u nastolatków.
Przynajmniej nie malował się i nie nosił kolczyków. Był zwyczajnym,
chudym chłopakiem z krótkimi włosami i bladą twarzą, w obcisłych
lewisach, obszernej kraciastej kurtce i kolorowych trampkach.
Może Charlie był za bardzo podejrzliwy, ponieważ tak mu zależało na
nawiązaniu kontaktu z synem. Może Martin mówił prawdę, może widział
tylko krzak w ogrodzie. Ale dlaczego powiedział: "Nie wpuścisz go tutaj,
prawda, tato?". Nie mówiłby tego o krzaku. I przecież rozmawiał z kimś
na parkingu, Charlie był tego pewien, chociaż parking wydawał się pusty.
Może mówił do siebie. Albo do kogoś, kto był tak mały, że schował się za
samochodem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Paul Revere (1735-1818) - amerykański złotnik i grawer, patriota okresu Rewolucji. [wróć]
Mack Sennet (1880-1960) - amerykański reżyser i producent filmowy pochodzenia kanadyjskiego. [wróć]