44. Podpałka czekająca na iskrę
44
Podpałka czekająca na iskrę
Uważam ten format za najwygodniejszy, tak bowiem współpracowałam w przeszłości. Nigdy nie robiłam tego w taki sposób i z taką partnerką.
Rytm Wojny, s. 1
Kaladin biegł przez ciemne korytarze Urithiru, z Teftem na ramionach, i wydawało mu się, że słyszy, jak z każdym krokiem depcze swoje życie.
Widmowy trzask, jakby rozbijanego szkła.
Każdy bolesny krok oddalał go coraz bardziej od rodziny, od spokoju.
Coraz głębiej w ciemność. Podjął decyzję. Nie mógł zostawić przyjaciela
na łasce wrogów. I choć w końcu wpadł na pomysł, by zdjąć zakrwawione
buty - zawiesił je sobie na sznurówkach na szyi - wciąż czuł, jakby
pozostawiał za sobą splamione ślady.
Na burze. Co zamierzał osiągnąć sam jeden? Faktycznie sprzeciwił się
rozkazowi królowej, by się poddać.
Próbował pozbyć się takich myśli i biec dalej. Później nadejdzie czas na
rozważanie tego, co zrobił. Na razie musiał odnaleźć bezpieczną
kryjówkę. Wieża nie była już domem, ale twierdzą wroga.
Syl śmigała przed nim, sprawdzając każde skrzyżowanie tuneli. Burzowe
Światło dodawało mu sił, ale obawiał się tego, co się stanie, kiedy się
skończy. Czy utraci siły? Czy padnie na ziemię na środku korytarza?
Dlaczego przed odejściem nie wziął więcej kul od rodziców albo Laral?
Nawet nie pomyślał, żeby zabrać topór burzoformy. Pozostał właściwie
bezbronny, pomijając skalpel. Był zbyt przyzwyczajony do Syl jako
Włóczni Odprysku, ale jeśli ona nie mogła się przeobrazić...
Nie, pomyślał. Żadnych myśli. Myśli są niebezpieczne. Po prostu się
ruszaj.
Podążył naprzód, polegając na Syl, która pośpieszyła klatką schodową.
Najłatwiejszym sposobem, by nie dać się złapać, było znalezienie
kryjówki na niezamieszkanych kondygnacjach, może gdzieś na dziesiątym
albo jedenastym piętrze. Wbiegał po dwa schodki, Światło pulsujące w żyłach dodawało mu sił. Jego własny blask był wystarczającym źródłem
światła. Teft zaczął mamrotać cicho, może w reakcji na poruszenia.
Dotarli na szóste piętro i ruszyli na siódme. Tam Syl poprowadziła go
dalej w głąb. Choć Kaladin próbował je ignorować, ciągle słyszał echa
swojej porażki. Krzyki ojca. Własne łzy...
Był tak blisko. Tak blisko.
Stracił orientację w niekończących się tunelach. Na podłodze nie
wymalowano wskazówek, więc ufał Syl. Podfrunęła do skrzyżowania, kilka
razy zatoczyła krąg i wystrzeliła w prawo. Dotrzymywał jej kroku, choć z każdą chwilą coraz bardziej odczuwał ciężar Tefta.
- Daj mi chwilę - szepnął do niej na następnym skrzyżowaniu, po czym
oparł się o ścianę, wciąż z Teftem na ramionach, i wyjął z kieszeni
odłamek.
Nieduży topaz emanował słabym blaskiem, bardzo potrzebnym, gdyż Burzowe
Światło, które miał w sobie, zaczynało się wyczerpywać. A nie pozostało
mu wiele kul.
Sapnął pod ciężarem przyjaciela, po czym zmusił się, żeby się
wyprostować. Mocno trzymał Tefta obiema rękami, a kulę ściskał w dwóch
palcach. Skinął na Syl i ruszył za nią, zadowolony, że wciąż nie
zabrakło mu sił. Mógł unieść Tefta bez Światła. Mimo że kilka ostatnich
tygodni spędził jako chirurg, jego ciało wciąż pozostawało ciałem
żołnierza.
- Powinniśmy udać się wyżej. - Syl unosiła się obok niego jako
świetlista wstęga. - Poradzisz sobie?
- Zaprowadź nas co najmniej na dziewiąte piętro.
- Kiedy tylko natrafimy na klatkę schodową. Tak naprawdę nie znam tej
części wieży...
Ruszyli dalej, a on powrócił do starego, znajomego nastawienia. Ciężar
Tefta na ramionach niewiele się różnił od dźwigania mostu. Sprawiał, że
Kaladin przypomniał sobie tamte czasy. Bieganie z mostem. Jedzenie
potrawki.
Patrzenie, jak jego przyjaciele umierają... przerażenie każdego dnia...
Te wspomnienia nie dawały mu pocieszenia. Ale rytm kroków, dźwiganie
ciężaru, panowanie nad ciałem w czasie przeciągającego się marszu... to
przynajmniej było znajome.
Podążył za Syl w górę kolejnymi schodami, a później jeszcze jednymi.
Następnie ruszyli długim tunelem - ułożenie skalnych warstw przypominało
tu fale na wzburzonej sadzawce. Kaladin się nie zatrzymywał.
Aż nagle coś go zaniepokoiło.
Nie umiał wskazać, co kazało mu mieć się na baczności, ale pod wpływem
instynktu zasłonił kulę i uskoczył w boczne przejście. Wślizgnął się do
alkowy i ukląkł, by zsunąć Tefta z ramion. Przycisnął dłoń do ust
nieprzytomnego, by uciszyć jego mamrotanie.
Po chwili podfrunęła do niego Syl. Widział ją w ciemnościach, ale nie
rozświetlała otoczenia. Wepchnął drugą rękę do kieszeni, mocno ściskając
kulę, by swoim blaskiem nie zdradziła jego obecności.
- O co chodzi? - spytała Syl.
Kaladin pokręcił głową. Nie wiedział, ale nie chciał się odzywać. Kulił
się - z nadzieją, że Teft nie zacznie mamrotać ani poruszać się zbyt
głośno - a bicie serca odbijało się echem w jego uszach.
I wtedy w korytarzu, który opuścił, pojawił się słaby czerwony blask.
Syl natychmiast śmignęła, by ukryć swoje światło za ciemną sylwetką
Kaladina.
Blask przybliżył się, ukazując samotny rubin i parę płonących czerwienią
oczu. Oświetlały one przerażającą twarz. Była niemal całkowicie czarna,
ze śladami czerwonego marmurkowania pod oczami. Długie ciemne włosy,
które wyglądały, jakby utkano z nich również prostą szatę z jednego
kawałka tkaniny. To była istota, z którą Kaladin walczył w Palenisku,
ta, którą zabił w płonącej komnacie rezydencji. Choć Stopiony odrodził
się w nowym ciele, Kaladin rozpoznawał po wzorach na skórze, że to ta
sama osoba. Przybyła, by się zemścić.
Stopiony najwyraźniej nie dostrzegł Kaladina kryjącego się w ciemności,
choć na dłuższą chwilę zatrzymał się na przecięciu tuneli. Na szczęście
ruszył dalej drogą, którą wcześniej podążał Kaladin.
Na burze... Kaladin ostatnim razem pokonał tego stwora bez Burzowego
Światła, ale tylko dlatego, że wykorzystał jego arogancję. Wątpił, by
tym razem istota dała mu się tak łatwo zabić.
Ci pieśniarze w klinice... któryś z nich wspomniał, że jeden ze
Stopionych mnie szukał. Nazwali go Ścigającym. Ta istota... przybyła do
wieży specjalnie po to, by go odnaleźć.
- Podążaj za nim - wyszeptał samym ruchem warg, odwracając się do Syl i licząc, że go zrozumie. - Ja znajdę bardziej odosobnioną kryjówkę.
Jej linia światła stworzyła na krótką chwilę świetlisty obraz glifu
kejeh, który oznaczał "potwierdzenie", i pofrunęła za Ścigającym. Już
nie mogła zbytnio oddalić się od Kaladina, ale przez jakiś czas mogła za
nim podążać. Mógł mieć jedynie nadzieję, że zachowa ostrożność, bo
niektórzy ze Stopionych widzieli spreny.
Kaladin znów zarzucił sobie Tefta na barki, po czym wyruszył w mrok,
pozwalając sobie jedynie na odrobinę światła. Przebywanie w głębi wieży,
tak daleko od nieba i wiatru, zawsze miało w sobie coś przytłaczającego
- ale w ciemności było gorsze. Aż za łatwo mógł sobie wyobrazić, że
zostanie uwięziony tutaj bez kul i przez wieczność będzie wędrował w tym
kamiennym grobowcu.
Skręcił jeszcze kilka razy, z nadzieją, że znajdzie kolejne schody
prowadzące wyżej. Niestety, Teft znów zaczął mamrotać. Zaciskając zęby,
Kaladin wszedł do pierwszego pomieszczenia, które udało mu się znaleźć -
komnaty z wąskim otworem wejściowym. Tam położył Tefta i próbował
stłumić wydawane przez niego odgłosy.
Po chwili do środka wpadła Syl, a Kaladin aż podskoczył.
- On się zbliża - syknęła. - Poszedł tylko kawałek dalej niewłaściwym
korytarzem, po czym przystanął, popatrzył na ziemię i się cofnął. Nie
sądzę, by mnie dostrzegł. Podążałam za nim dość długo, by zobaczyć, jak
zatrzymał się w miejscu, gdzie jakiś czas temu się ukrywałeś. Znalazł
tam niewielki ślad krwi na ścianie. Wyprzedziłam go, ale on wie, że
jesteś w pobliżu.
Na burze. Kaladin spojrzał na swoje zakrwawione ubranie, a później na
Tefta - który mamrotał, mimo wszelkich wysiłków, by go powstrzymać.
- Musimy odciągnąć Ścigającego - szepnął Kaladin. - Bądź gotowa odwrócić
jego uwagę.
Kaladin zostawił przyjaciela w ciemności i odrobinę się wycofał.
Zatrzymał się w pobliżu przecięcia tuneli, ściskając skalpel. Nie miał
żadnego światła poza Syl, kilka pozostałych kul schował do czarnej
sakiewki.
Odetchnął głęboko kilka razy i szeptem wyłożył Syl plan. Odpłynęła dalej
w głąb czarnego korytarza, pozostawiając go w całkowitych ciemnościach.
Nigdy nie udało mu się odnaleźć czystej pustki umysłu, jakiej niektórzy
żołnierze podobno doświadczali w walce. Nie był nawet pewien, czy
chciałby czegoś takiego. Zapanował jednak nad sobą, oddychał płytko i czujnie nasłuchiwał.
Swobodny, rozluźniony, ale gotowy zapłonąć. Jak podpałka czekająca na
iskrę. Był gotów wciągnąć Burzowe Światło z reszty kul, ale zamierzał
zwlekać z tym do ostatniej chwili.
W korytarzu po prawej rozległy się kroki, a na ścianach pojawił się
słaby czerwony blask. Kaladin wstrzymał oddech i oparł się plecami o ścianę.
Ścigający zamarł tuż przed dotarciem do skrzyżowania i Kaladin wiedział,
że istota dostrzegła Syl, która miała przefrunąć w pewnej odległości.
Uderzenie serca później szuranie potwierdziło, że Ścigający porzucił
skorupę ciała - a czerwona wstęga światła popędziła za sprenem.
Odwrócenie uwagi zadziałało. Syl go odciągnie.
Orientowali się, że Stopieni nie mogli zranić sprenów - dało się to
zrobić jedynie za pomocą Ostrza Odprysku. Co jednak również było
tymczasowe - można było pociąć sprena Ostrzem Odprysku, nawet posiekać
go na kawałki, a on w swoim czasie wracał do siebie w Krainie Umysłu.
Eksperymenty potwierdziły, że jedynym sposobem, by je rozdzielić, było
przechowywanie rozdzielonych połówek w klejnotach.
Kaladin dał mu dziesięć uderzeń serca, a później wyjął niewielką kulę
jako źródło światła i wybiegł na korytarz. Poświęciwszy jedynie krótkie
spojrzenie porzuconemu ciału Ścigającego, wpadł do komnaty, w której
zostawił Tefta.
Zadziwiające, jak duży przypływ energii dawało znalezienie się tak
blisko walki. Bez trudu zarzucił sobie przyjaciela na ramiona i odbiegł
- jakby znów napełniło go Burzowe Światło. Wykorzystując kulę, wkrótce
odnalazł klatkę schodową. Chciał wbiec na wyższą kondygnację, ale słaby
blask dochodzący z góry kazał mu się zatrzymać.
Z góry odbijały się echem głosy mówiące w rytmach. I z dołu też, jak
sobie uświadomił. Porzucił tę klatkę schodową, ale dwa korytarze dalej
dostrzegł odległe światła i cienie. Wślizgnął się w boczny korytarz, pot
spływał z niego strumieniami, a strachospreny - jak bryły mazi -
wyłaniały się z kamienia u jego stóp.
Znał to uczucie. Przemykanie się w ciemności. Ludzie z lampami,
poruszający się metodycznie, polujący na niego. Oddychając ciężko,
pociągnął Tefta w inny boczny korytarz, lecz wkrótce zauważył światła
również i tam.
Wróg tworzył pętlę powoli zaciskającą się wokół jego pozycji. Ta wiedza
sprawiła, że wróciły wspomnienia nocy, gdy zawiódł Nalmę i pozostałych.
Nocy, kiedy - podobnie jak przy wielu innych okazjach - on przeżył, choć
wszyscy inni zginęli. Kaladin nie był już zbiegłym niewolnikiem, ale
uczucie pozostało.
- Kaladinie! - Syl podleciała do niego. - Prowadziłam go na skraj tej
kondygnacji, ale wpadliśmy na zwykłych żołnierzy i on zawrócił. Chyba
zrozumiał, że próbowałam odwrócić jego uwagę.
- Jest tu kilka oddziałów. - Kaladin ukrył się w ciemności. - Może cała
kompania. Na burze. Ścigający musiał zabrać wszystkich żołnierzy
wysłanych do przeszukania domów na piątym piętrze.
Wstrząsnęło nim to, w jakim tempie zastawili pułapkę. Musiał przyznać,
że pewnie wynikało to z faktu, iż pozwolił żołnierzowi uciec i powiadomić pozostałych.
Cóż, wątpił, by wróg znalazł czas, by przywłaszczyć sobie jedną ze
stworzonych przez Navani map tego poziomu. Z pewnością nie umieścili
straży w każdym korytarzu i na każdej klatce schodowej. Zaciskająca się
wokół niego sieć musiała mieć luki.
Zaczął szukać. Ruszył bocznym korytarzem, ale dostrzegł zbliżające się
cienie. I w następnej klatce schodowej też. Byli nieustępliwi i byli
wszędzie. A on nie znał tej okolicy lepiej od nich. Kręcił się
korytarzami, aż dotarł do ślepego zaułka. Szybko przeszukał pobliskie
komnaty, lecz nie znalazł drogi ucieczki, a kiedy obejrzał się przez
ramię, usłyszał głosy. Mówili po azirsku - i z rytmami.
Z rosnącym przerażeniem odstawił Tefta, odliczył kule i znów wyjął
skalpel. Racja. Musiał... zabrać broń pierwszemu żołnierzowi, którego
zabije. Najlepiej włócznię. Coś długiego, jeśli miał przetrwać walkę w tych korytarzach.
Syl wylądowała na jego ramieniu i przybrała postać młodej kobiety
siedzącej z rękami na kolanach.
- Będziemy musieli się przebić - szepnął Kaladin. - Jest szansa, że w tę
stronę poślą tylko paru żołnierzy. Zabijemy ich, wyślizgniemy się z pętli i uciekniemy.
Pokiwała głową.
Ale to nie brzmiało jak "paru żołnierzy". I był pewny, że słyszał wśród
nich ostrzejszy, bardziej donośny głos. Ścigający nadal za nim podążał,
być może wykorzystując niewielkie ślady krwi na ścianach lub podłodze.
Kaladin wciągnął Tefta do jednej z komnat, po czym stanął w drzwiach i czekał. Nie uspokoił się, ale był przygotowany. Trzymał skalpel w taki
sposób, by móc wbić go od góry w miejsce między skorupą a szyją. Stojąc
tak, czuł, jak przytłacza go ciężar wszystkiego. Ciemność, na zewnątrz i w środku. Wyczerpanie. Groza. Wokół pojawiły się ponurospreny, jak
poszarpane fragmenty materiału, niczym proporce przymocowane do ścian.
- Kaladinie, czy moglibyśmy się poddać? - zapytała cicho Syl.
- Ten Stopiony nie przybył tu, by wziąć mnie do niewoli, Syl.
- Jeśli umrzesz, znów zostanę sama.
- Wyślizgiwaliśmy się z trudniejszych sytuacji... - Urwał, kiedy
spojrzał na nią, siedzącą na jego ramieniu. Wydawała się znacznie
mniejsza niż zwykle. Nie mógł zmusić się do wypowiedzenia dalszych słów.
Nie mógł kłamać.
Światło zaczęło wypełniać korytarz, zbliżało się do niego.
Kaladin mocniej zacisnął palce na skalpelu. W głębi duszy zawsze
wiedział, że do tego dojdzie. Samotny w ciemności, oparty plecami o ścianę, przeciwko przytłaczającej liczbie wrogów. Chwalebna śmierć, ale
Kaladin nie chciał chwały. Już w dzieciństwie odrzucił to głupie
marzenie.
- Kaladinie? - odezwała się Syl. - Co to? Na podłodze?
W prawym rogu pojawił się słaby fioletowy blask. Niemal niewidoczny,
nawet w ciemności. Kaladin porzucił stanowisko przy drzwiach i przyjrzał
mu się. W kamieniu biegła żyła granatów, a jej niewielka część świeciła.
Kiedy próbował domyślić się dlaczego, blask się poruszył - przesunął
wzdłuż żyły kryształu. Kaladin podążył za nim do otworu wejściowego i patrzył, jak prześlizguje się przez korytarz do pomieszczenia po drugiej
stronie.
Po krótkim wahaniu schował broń i znów wziął Tefta na ramiona. Wytoczył
się na korytarz i usłyszał, że jeden ze zbliżających się wrogów
powiedział coś po azirsku. Brzmiał niepewnie, jakby zauważył jedynie
jego cień.
Na burze. Co on wyprawiał? Gonił widmowe światła, jak gwiazdospreny na
niebie? W tej niewielkiej komnacie światło prześlizgnęło się po podłodze
i ścianie, ukazując coś, co wyglądało na klejnot zanurzony głęboko w kamieniu.
- Fabrial? - odezwała się Syl. - Napełnij go!
Kaladin odetchnął Burzowym Światłem i obejrzał się przez ramię. Głosy na
zewnątrz i cienie. Zamiast zachować Burzowe Światło na czas walki,
wypełnił polecenie Syl i wepchnął Światło w klejnot. Po tym została mu
zawartość dwóch, może trzech odłamków. Był właściwie bezbronny.
Ściana pękła pośrodku. Zapatrzył się na poruszające się kamienie, ale na
szczęście zrobiły to bezgłośnie. Rozsunęły się na tyle, że mógł przejść.
Niosąc Tefta, wszedł do ukrytego korytarza. Za jego plecami drzwi
zasunęły się gładko, a światło klejnotu zgasło.
Kaladin wstrzymał oddech, gdy usłyszał głosy w pomieszczeniu po drugiej
stronie, po czym przycisnął ucho do ściany i nasłuchiwał. Niewiele
zrozumiał - jakaś kłótnia, w której chyba uczestniczył Ścigający.
Kaladin martwił się, że zauważyli zamykające się drzwi, ale nie słyszał
drapania ani uderzeń. Z pewnością dostrzegli jednak spreny, które
przyciągnął, i wiedzieli, że jest blisko.
Nie mógł się zatrzymać. Fioletowe światełko na podłodze zamigotało i poruszyło się, więc dźwigając Tefta, podążył za nim kolejnymi
korytarzami. W końcu dotarli do ukrytej klatki schodowej, której - na
szczęście - nikt nie pilnował. Wspiął się nią na wyższy poziom, choć
każdy krok był coraz trudniejszy, a po piętach deptały mu
wyczerpaniospreny. Mimo wszystko szedł dalej, aż światło zaprowadziło go
na dziesiąte piętro, a później do kolejnej ciemnej komnaty.
Przytłaczająca cisza świadczyła, że dotarli do części wieży, której wróg
nie przeszukiwał. Miał ochotę osunąć się na ziemię, ale światło
pulsowało uporczywie na ścianie - a Syl zachęciła go, żeby na nie
spojrzał.
Kolejny zagłębiony klejnot, ledwie widoczny. Wykorzystał resztkę
Burzowego Światła, by go napełnić, i prześlizgnął się przez drzwi, które
się otworzyły. W całkowitej ciemności położył Tefta na ziemi i poczuł,
że drzwi zamknęły się za nim.
Nie miał siły, by rozejrzeć się po otoczeniu, jedynie osunął się z drżeniem na zimną kamienną podłogę.
I w końcu pozwolił sobie zasnąć.
45. Odważne serce, przenikliwy i przebiegły umysł
45
Odważne serce, przenikliwy i przebiegły umysł
Dziewięć lat wcześniej
Eshonai powiedziano, że tworzenie map świata odzierało go z tajemnicy.
Niektórzy ze słuchaczy upierali się, że dzicz powinna pozostać
niezbadana - kraina sprenów i wielkoskorupów - a próbując zamknąć ją na
papierze, ryzykowała, że ukradnie jej tajemnice.
Uznała to za śmieszne. Dostroiła się do Podziwu, kiedy weszła do lasu -
wokół drzew podskakiwały życiospreny, jaskrawozielone kulki z wystającymi białymi kolcami. Bliżej Strzaskanych Równin było bardziej
płasko, i tylko gdzieniegdzie wyrastały skałopąki. Tu jednak rośliny
wzrastały bujnie.
Jej bliscy często udawali się do lasu po drewno i grzyby, jednak zawsze
szli dokładnie tą samą drogą. Dzień marszu w górę rzeki i w głąb lasu,
zbiory, powrót. Tym razem postanowiła, że się rozdzielą - co ich bardzo
zaniepokoiło. Obiecała, że spotkają się w zwyczajowym obozie, po
przeprowadzeniu zwiadu wzdłuż całego zewnętrznego skraju lasu.
Po kilku dniach wędrówki dotarła do rzeki od drugiej strony. Teraz mogła
wrócić wzdłuż niej przez środek lasu i dotrzeć do obozu rodziny.
Przyniesie nową mapę, pokazującą, jak duży jest las, przynajmniej na
jednym brzegu.
Ruszyła wzdłuż strumienia, dostrojona do Radości, a towarzyszyły jej
pływające rzekospreny. Wszyscy tak się martwili, że w czasie burz była
sama. Cóż, kilkanaście razy w życiu spędziła burzę na otwartej
przestrzeni i bez trudu to przetrwała. A do tego mogła się schronić
między drzewami.
Rodzina i przyjaciele i tak się przejmowali. Całe życie przeżyli na
niewielkim obszarze, marząc o dniach, kiedy uda im się podbić jedno z dziesięciu starożytnych miast na skraju Strzaskanych Równin. Cóż za
ograniczony cel. Dlaczego nie wyruszyć dalej, zobaczyć, co jeszcze jest
na świecie?
Ale nie. Istniał tylko jeden możliwy cel - zdobyć jedno z miast. Znaleźć
schronienie za walącymi się murami, ignorując barierę, jaką stanowiły
lasy. Eshonai uznała to za dowód, że natura okazała się silniejsza od
tworów słuchaczy. Te lasy pewnie istniały, gdy starożytne miasta dopiero
wybudowano. Jednakże las wciąż rozkwitał, a one popadły w ruinę.
Nie można było ukraść tajemnic czegoś tak potężnego, po prostu to
badając. Można się było jedynie uczyć.
Usiadła w pobliżu kamienia i rozwinęła mapę wykreśloną na cennym
papierze. Jej matka była jedną z nielicznych we wszystkich rodzinach,
która znała Pieśń Wyrabiania Papieru, a Eshonai z jej pomocą
udoskonaliła proces. Piórem i tuszem wykreśliła bieg rzeki w miejscu,
gdzie wpadła do lasu, a później osuszyła tusz i zwinęła mapę.
Choć była pewna siebie, dostrojona do Zdecydowania, narzekania
pozostałych ostatnio wyjątkowo ją męczyły.
"Wiemy, gdzie jest las i jak do niego dotrzeć. Po co określać jego
wielkość? Co to da?".
"Rzeka płynie w tę stronę. Wszyscy wiedzą, gdzie ją znaleźć. Po co
umieszczać ją na papierze?".
Zbyt wielu z jej rodziny pragnęło udawać, że świat jest mniejszy niż w rzeczywistości. Eshonai była przekonana, że dlatego wciąż sprzeczali się
z innymi rodzinami słuchaczy. Gdyby świat składał się jedynie z ziem
wokół dziesięciu miast, walka o tę ziemię miałaby sens.
Ale ich przodkowie nie walczyli między sobą. Ich przodkowie zwrócili
twarze w stronę burzy i wymaszerowali, porzucając własnych bogów w imię
wolności. Eshonai zamierzała wykorzystać tę wolność. Zamiast siedzieć
przy ogniu i narzekać, zamierzała doświadczyć piękna, które dawała im
Pielęgnacja. I zadawać najważniejsze pytanie ze wszystkich.
"Co teraz odkryję?".
Eshonai szła dalej, oceniając bieg rzeki. Miała własne metody obliczania
odległości, a następnie sprawdzała swoje dzieło, przyglądając się mu pod
różnymi kątami. Rzeka płynęła przez wiele dni po zakończeniu burzy. Jak?
Kiedy pozostała woda odpłynęła lub została wypita, dlaczego ta rzeka nie
przestawała płynąć? Gdzie miała początek?
Rzeki i ich pokryte skorupą spreny ją fascynowały. Rzeki były znakami,
drogowskazami, drogami. Nie można było się zgubić, jeśli się wiedziało,
gdzie jest rzeka. Zatrzymała się na obiad w pobliżu jednego z zakoli i odkryła rodzaj kremlika, który był zielony jak drzewa. Nigdy wcześniej
nie widziała takiego odcienia. Musiała powiedzieć o nim Venli.
- Kradzież tajemnic natury - powiedziała z Rozdrażnieniem. - Czymże jest
tajemnica, jeśli nie niespodzianką, którą należy odkryć?
Dojadła ugotowane na parze haspery, zgasiła ognisko i rozpędziła
ogniospreny, po czym ruszyła dalej. Obliczała, że dotarcie do rodziny
zajmie jej półtora dnia. A później, jeśli znów ich pozostawi i obejdzie
las z drugiej strony, będzie miała jego kompletny obraz.
Było tyle rzeczy do zobaczenia, do poznania, do zrobienia. A ona
zamierzała odkryć je wszystkie. Zamierzała...
Co to było?
Zmarszczyła czoło i przystanęła. Nurt rzeki nie był teraz silny,
następnego dnia pewnie będzie ledwie ciurkać. Ponad jej bulgotaniem
słyszała dochodzące z pewnej odległości okrzyki. Czy to pozostali
wyruszyli, by ją odnaleźć? Pośpieszyła naprzód, dostrajając się do
Podekscytowania. Może nabrali chęci na odwiedzanie nowych miejsc.
Dopiero kiedy niemal dotarła do źródła dźwięków, uświadomiła sobie, że
coś było z nimi bardzo nie w porządku. Brzmiały płasko, bez śladu
rytmów. Jakby wydawali je umarli.
Po chwili wyszła zza zakrętu i ujrzała przed sobą coś o wiele
cudowniejszego - i bardziej przerażającego - niż mogła sobie wyobrazić.
Ludzie.
***
- "...Tępoforma straszliwa, myśli utracenie" - zacytowała Venli. -
"Spośród wszystkich najniższa, rozumu jej brak. By ją odnaleźć, nie
myślcie o cenie. Ona was odnajdzie i przyniesie żal".
Odetchnęła głęboko i usiadła wygodniej w namiocie. Była z siebie dumna.
Dziewięćdziesiąt jeden zwrotek, wyrecytowanych idealnie.
Jej matka, Jaxlim, pokiwała głową, nie przerywając tkania.
- To była jedna z twoich lepszych recytacji - powiedziała z Pochwałą. -
Jeszcze trochę ćwiczeń i przejdziemy do kolejnej pieśni.
- Ale... wszystko wypowiedziałam poprawnie.
- Pomyliłaś siódmą zwrotkę z piętnastą.
- Kolejność nie ma znaczenia.
- Zapomniałaś też o dziewiętnastej.
- Wcale nie. - Venli odliczyła je w głowie. Pracoforma? - ...Tak?
- Tak. Ale nie musisz być zawstydzona. Dobrze sobie radzisz.
Dobrze? Venli całe lata zapamiętywała pieśni, podczas gdy Eshonai nie
robiła właściwie nic użytecznego. Venli była lepsza niż dobra. Była
doskonała.
Ale... zapomniała o całej zwrotce? Spojrzała na matkę, która nuciła
cicho, pracując przy krośnie.
- Dziewiętnasta zwrotka nie jest aż tak ważna - stwierdziła Venli. -
Nikt nie zapomni, jak stać się robotnikiem. I tępoforma. Po co mamy
zwrotkę na jej temat? Nikt nie wybrałby jej z własnej woli.
- Musimy pamiętać o przeszłości - odparła matka w Rytmie Straty. -
Musimy pamiętać, przez co przeszliśmy, żeby dotrzeć tutaj. Musimy
pilnować, żeby się nie zapomnieć.
Venli dostroiła się do Rozdrażnienia. A wtedy Jaxlim zaczęła pięknie
śpiewać w rytmach. W głosie jej matki było coś niesamowitego. Nie był
potężny ani mocny, ale przypominał nóż - wąski, ostry, niemal płynny.
Ciął samą duszę Venli i wkrótce Rozdrażnienie zastąpił Podziw.
Nie, Venli nie była doskonała. Jeszcze nie. Ale jej matka tak.
Jaxlim śpiewała dalej, a Venli patrzyła urzeczona i czuła się
zawstydzona swoimi wcześniejszymi dąsami. Po prostu czasami było jej
bardzo ciężko. Siedziała tutaj, dzień po dniu, i zapamiętywała, podczas
gdy Eshonai się bawiła. Obie były już prawie dorosłe, Eshonai został
tylko rok, a Venli niewiele ponad dwa. Miały być odpowiedzialne.
Matka w końcu urwała po dziesiątej zwrotce.
- Dziękuję - powiedziała Venli.
- Za to, że zaśpiewałam coś, co słyszałaś tysiąc razy?
- Za przypomnienie mi, do czego mają doprowadzić moje ćwiczenia. - Venli
dostroiła się do Pochwały.
Matka dostroiła się do Radości i pracowała dalej. Venli podeszła do
wejścia do namiotu i wyjrzała na zewnątrz, gdzie członkowie rodziny
zajmowali się różnymi rzeczami, takimi jak rąbanie drewna i obalanie
drzew. Byli rodziną Pierwszego Rytmu i mieli szlachetne pochodzenie.
Jednakże, choć było ich wiele tysięcy, od lat nie panowali nad miastem.
Ciągle mówili, że wkrótce jedno z nich odzyskają. Wyprowadzą atak z lasu
tuż przed burzą i odzyskają prawowitą siedzibę. Był to doskonały i godny
cel, jednak Venli odkryła, że nie czuje satysfakcji, gdy patrzy na
wojowników robiących strzały i ostrzących starożytne metalowe włócznie.
Czy do tego ograniczało się życie? Ciągłej walki o te same dziesięć
miast?
Z pewnością było dla nich coś więcej. Z pewnością było coś więcej dla
niej. Nauczyła się kochać pieśni, ale chciała je też wykorzystać.
Odnaleźć tajemnice, które obiecywały. Czy Roshar stworzyłby kogoś
takiego jak Venli, by następnie kazać jej siedzieć w namiocie ze skóry i zapamiętywać słowa, aż w końcu przekaże je dalej i umrze?
Nie. Musiała mieć jakieś przeznaczenie. Coś wielkiego.
- Eshonai myśli, że powinniśmy nakreślić rysunki oznaczające zwrotki
pieśni - powiedziała Venli. - Stworzyć sterty papierów zapełnionych
obrazkami, żebyśmy nie zapomnieli.
- Twoja siostra czasami ma w sobie mądrość.
Venli dostroiła się do Zdrady.
- Nie powinna na tak długo opuszczać rodziny i samolubnie marnować
czasu. Powinna uczyć się pieśni tak samo jak ja. To również jej
obowiązek, jako twojej córki.
- Tak, masz rację. Ale Eshonai ma odważne serce. Musi jedynie się
nauczyć, że rodzina jest ważniejsza od policzenia wzgórz otaczających
obóz.
- Ja mam odważne serce!
- Ty masz przenikliwy i przebiegły umysł. Podobnie jak twoja matka. Nie
lekceważ własnych talentów tylko dlatego, że zazdrościsz drugiemu.
- Zazdroszczę? Jej?
Matka Venli nie przerywała tkania. Nie musiała wykonywać takiej pracy -
jej pozycja powierniczki pieśni była wysoka, być może najważniejsza w całej rodzinie. Jednakże matka zawsze starała się być zajęta. Mówiła, że
praca fizyczna dodaje siły jej ciału, a powtarzanie pieśni jest pracą
dla umysłu.
Venli dostroiła się do Niepokoju, później Pewności, i znów Niepokoju.
Podeszła do matki i usiadła na zydlu obok niej. Jaxlim emanowała
Pewnością, nawet oddając się czemuś tak prostemu jak tkanie.
Skomplikowany wzór jej skóry, składający się z falujących czerwonych i czarnych linii, był jednym z najpiękniejszych w obozie - jak prawdziwy
marmur. Eshonai odziedziczyła kolory po matce.
Venli, rzecz jasna, była podobna do ojca - głównie biel i czerwień,
połączone we wzorze bardziej przypominającym zawijasy. Wielu twierdziło,
że nie widzi małych plamek czerni na jej szyi, ale ona je dostrzegała.
Połączenie wszystkich trzech kolorów było niewiarygodnie rzadkie.
- Matko, chyba coś odkryłam - powiedziała z Podekscytowaniem.
- A cóż takiego?
- Znów eksperymentowałam z różnymi sprenami. Zabierałam je na burze.
- Zostałaś przed tym ostrzeżona.
- Nie zakazałaś mi, więc robiłam to dalej. Czy mamy zawsze robić tylko
to, co nam każą?
- Wielu mówi, że nie potrzebujemy niczego poza pracoformą i paroformą -
powiedziała matka z Zastanowieniem. - Mówią, że poszukiwanie innych form
to robienie kroku w stronę form mocy.
- A co ty mówisz?
- Zawsze tak bardzo przejmujesz się moim zdaniem. Większość dzieci,
kiedy osiągnie twój wiek, zaczyna rzucać wyzwanie swoim rodzicom lub ich
ignorować.
- Większość dzieci nie ma ciebie za matkę.
- Pochlebstwo? - spytała Jaxlim z Rozbawieniem.
- Nie... do końca. - Venli dostroiła się do Rezygnacji. - Matko, chcę
wykorzystywać to, czego się nauczyłam. Moją głowę wypełniają pieśni o formach. Jak mogę nie czuć pragnienia, by je odkryć? Dla dobra naszego
ludu.
Jaxlim w końcu przestała tkać. Odwróciła się na zydlu, zbliżyła do Venli
i złapała ją za ręce. Zamruczała, po czym zanuciła cicho do Pochwały -
czysta melodia, bez słów. Venli zamknęła oczy i pozwoliła, by pieśń ją
omyła, i wydawało jej się, że czuje wibracje skóry matki. Czuje jej
duszę.
Robiła to, od kiedy pamiętała. Polegała na niej i jej pieśniach. Od
kiedy ojciec odszedł, wyruszył na poszukiwanie wschodniego morza.
- Jestem z ciebie dumna, Venli. Dobrze sobie poradziłaś przez te
ostatnie lata, zapamiętując, kiedy Eshonai się poddała. Zachęcam cię do
dalszej pracy nad sobą, ale pamiętaj, nie wolno ci się rozproszyć.
Potrzebuję cię. Potrzebujemy cię.
Venli pokiwała głową, po czym zanuciła w tym samym rytmie, dostrajając
się do Pochwały w harmonii z matką. Czuła w tych palcach miłość, ciepło,
akceptację. I wiedziała, że cokolwiek się stanie, matka nią pokieruje.
Podtrzyma ją. Z pieśnią, która przebijała nawet burze.
Matka powróciła do tkania, a Venli znów zaczęła recytować. Wypowiedziała
całość i tym razem nie przegapiła zwrotki.
Kiedy skończyła, czekała, popijając wodę, z nadzieją na pochwałę matki.
Ale Jaxlim dała jej coś lepszego.
- Opowiedz mi o tych eksperymentach ze sprenami, które przeprowadzałaś.
- Próbuję odnaleźć wojnoformę! - powiedziała Venli z Niecierpliwością. -
W czasie burz trzymałam się w pobliżu skraju schronienia i próbowałam
przyciągnąć właściwe spreny. To trudne, bo większość sprenów ucieka
przede mną, kiedy wzmaga się wiatr. Jednak ostatnim razem czułam, że
jestem blisko. Kluczem jest bólospren. One zawsze kręcą się w okolicy w czasie burz. Jeśli uda mi się utrzymać jednego z nich blisko mnie,
sądzę, że będę mogła przyjąć formę.
Gdyby jej się to udało, byłaby pierwszym słuchaczem w wojnoformie od
wielu pokoleń. Od czasu, gdy ludzie i pieśniarze zniszczyli się nawzajem
w ostatniej bitwie. To było coś, co mogła dać swoim rodakom, coś, co
zostanie zapamiętane!
- Porozmawiajmy z Piątką. - Jaxlim wstała od krosna.
- Zaczekaj. - Venli wzięła ją za rękę i dostroiła się do Napięcia. -
Zamierzasz przekazać im, co ci powiedziałam? O wojnoformie?
- Naturalnie. Jeśli masz podążać dalej tą ścieżką, potrzebujemy ich
błogosławieństwa.
- Może powinnam jeszcze poćwiczyć. Zanim komukolwiek powiemy.
Jaxlim zanuciła z Reprymendą.
- To przypomina twoją odmowę śpiewania pieśni publicznie. Obawiasz się,
że znów narazisz się na porażkę, Venli.
- Nie. Oczywiście, że nie, matko. Po prostu sądzę, że byłoby lepiej,
gdybym wiedziała, że to na pewno się uda. Nim wywołam zamieszanie.
Dlaczego ktoś mógłby nie chcieć uzyskać pewności, zanim narazi się na
śmieszność, kiedy mu się nie uda? To nie znaczyło, że Venli była
tchórzem. Zamierzała przyjąć nową formę, choć nikt inny tego nie zrobił.
To było odważne. Chciała po prostu zapanować nad okolicznościami i tyle.
- Chodź ze mną - powiedziała Jaxlim z Pokojem. - Inni rozmawiali na ten
temat... zwróciłam się do nich, kiedy spytałaś mnie poprzednim razem.
Zasugerowałam starszym, że uważam przyjęcie nowych form za możliwe, i wierzę, że oni są gotowi spróbować.
- Naprawdę?
- Tak. Chodź. Docenią twoją inicjatywę. Ona też jest wśród nas rzadka, w tej formie. Jest o wiele lepsza niż tępoforma, ale i tak wpływa na nasze
umysły. Potrzebujemy innych form, wbrew temu, co mogą twierdzić
niektórzy.
Venli poczuła, że dostraja się do Podekscytowania, gdy opuściła z matką
namiot. Gdyby udało jej się uzyskać wojnoformę, czy to otworzyłoby jej
umysł? Uczyniłoby ją jeszcze odważniejszą? Uciszyło obawy i niepokoje,
które często czuła? Pożądała osiągnięć. Pragnęła uczynić ich świat
lepszym, mniej nudnym, bardziej ożywionym. Chciała być tą, która
poprowadzi swój lud do wielkości. Z kremu w stronę niebios.
Piątka zebrała się wokół ogniska wśród drzew i omawiała taktykę ataku w czasie nadchodzącej bitwy. Co ograniczało się głównie do decydowania,
jakie przechwałki wykrzyknąć i którzy wojownicy mają jako pierwsi rzucić
włóczniami.
Jaxlim podeszła do starszych i zaśpiewała pełną pieśń Podekscytowania.
Rzadki występ powierniczki pieśni, a każda zwrotka sprawiała, że Venli
stała coraz bardziej wyprostowana.
Po zakończeniu pieśni Jaxlim wyjaśniła, co powiedziała jej Venli. Starsi
byli rzeczywiście zainteresowani. Uświadamiali sobie, że nowe formy były
warte ryzyka. Pewna, że nie zostanie odrzucona, Venli wystąpiła do
przodu i dostroiła się do Zwycięstwa.
Kiedy jednak zaczęła, coś rozległo się pod miastem. Bębny wojenne?
Piątka chwyciła za broń - starożytne topory, włócznie i miecze, każdy
cenny i przekazywany z pokolenia na pokolenie, słuchacze bowiem nie
mieli jak tworzyć nowych metalowych broni.
Ale co to mogło być? Żadna inna rodzina nie zaatakowałaby ich na
pustkowiu. Nie wydarzyło się to od pokoleń, od czasu, gdy rodzina
Czystej Pieśni napadła na rodzinę Czwartej Części, by ukraść im broń. Ci
z Czystej Pieśni zostali za ten czyn odrzuceni przez wszystkich
pozostałych.
Venli została na miejscu, gdy starsi odeszli. Nie chciała brać udziału w potyczce - jeśli rzeczywiście o to chodziło. Była uczennicą powierniczki
pieśni, zbyt cenną, by ryzykować w bitwie. Miała nadzieję, że cokolwiek
to było, wkrótce się skończy, a ona będzie mogła powrócić do pławienia
się w szacunku starszych.
I dlatego jako jedna z ostatnich usłyszała o niewiarygodnym odkryciu
Eshonai. Jako jedna z ostatnich dowiedziała się, że ich świat zmienił
się na zawsze. I jako jedna z ostatnich odkryła, że jej wspaniała
deklaracja została całkowicie przyćmiona przez czyny lekkomyślnej
siostry.
46. Ciężar wieży
46
Ciężar wieży
Podchodzę do tego tekstu na równi z trwogą i nadzieją. I nie wiem,
która z nich powinna mną kierować.
Rytm Wojny, s. 1
Raboniel odmówiła Navani służących. Stopiona najwyraźniej sądziła, że
życie bez nich będzie dla niej utrudnieniem. Dlatego Navani pozwoliła
sobie na odrobinę dumy, kiedy wyszła z komnat pierwszego pełnego dnia
okupacji Urithiru. Włosy miała czyste i zaplecione, prostą havah
porządnie uprasowaną, i nałożony makijaż. Mycie w zimnej wodzie nie było
przyjemne, ale fabriale nie działały, zatem nie mogłaby się spodziewać
ciepłej wody nawet gdyby miała służbę.
Zaprowadzono ją do biblioteki w piwnicach Urithiru. Raboniel siedziała
za biurkiem Navani i przeglądała jej notatki. Po przybyciu Navani
ukłoniła się starannie, na tyle nisko, by okazać posłuszeństwo - ale nie
tak, by zasugerować podporządkowanie.
Stopiona odsunęła krzesło do tyłu i oparła się łokciem o biurko, po czym
przy akompaniamencie nucenia machnęła ręką, by odprawić strażników.
- Jaką podjęłaś decyzję?
- Zorganizuję swoje uczone, Starożytna, i będziemy dalej prowadzić
badania pod waszym nadzorem.
- Mądrzejszy wybór, ale i bardziej niebezpieczny, Navani Kholin. -
Raboniel zanuciła inny ton. - Nie znalazłam w tych notatkach diagramów
latającej machiny.
Navani udała, że się zastanawia, ale już rozważyła tę kwestię. Tajemnice
latającej platformy nie mogły pozostać w ukryciu, zbyt wiele uczonych
Navani je znało. Poza tym sporo z tych nowych złączonych fabriali -
które pozwalały na ruch w poziomie przy zachowaniu wysokości -
wykorzystywano już w wieży. Choć fabriale nie działały, podwładni
Raboniel z pewnością mogli zrozumieć ich działanie.
Po długim wewnętrznym sporze doszła do wniosku, że musiała oddać tę
tajemnicę. Jej największą nadzieją na wydostanie się z tej sytuacji było
udawanie, że jest gotowa współpracować z Raboniel, jednocześnie grając
na czas.
- Celowo nie trzymam najważniejszych diagramów nigdzie poza własną głową
- skłamała. - Wyjaśniam swoim uczonym każdy element, którego potrzebuję,
gdy go potrzebuję. Jeśli dostanę dość czasu, mogę narysować dla was
mechanizm sprawiający, że machina działa.
Raboniel zanuciła w rytmie, ale Navani nie umiała ocenić, co on oznacza.
Stopiona wydawała się jednak sceptyczna, gdy wstała i gestem kazała jej
usiąść. Umieściła trzcinę w jej dłoni i zaplotła ręce na piersi.
Cóż, dobrze. Navani rysowała szybko i sprawnie. Stworzyła schemat
złączonego fabriala i dodała krótkie wyjaśnienie, jak działał, a później
narysowała większy diagram całych setek umieszczonych w latającej
machinie.
- Tak - stwierdziła Raboniel, gdy Navani narysowała ostatnie elementy. -
Ale jak sprawiacie, że lata w poziomie? Przy wykorzystaniu takiej
konstrukcji z całą pewnością można unieść machinę wysoko w powietrze...
ale musiałaby pozostać w tym miejscu. Chyba nie spodziewasz się, że
uwierzę, że macie machinę poruszającą się po ziemi w idealnej
koordynacji z tą na niebie?
- Wiecie więcej na temat fabriali, niż się spodziewałam, Pani Życzeń.
Raboniel zanuciła w rytmie.
- Szybko się uczę. - Wskazała na notatki na biurku Navani. - W przeszłości mój rodzaj miał problemy ze skłonieniem sprenów do
objawienia się w Krainie Materii jako urządzenia. Wygląda na to, że
Pustkospreny nie są naturalnie tak... skłonne do poświęceń jak te Honoru
i Pielęgnacji.
Navani zamrugała, gdy dotarły do niej implikacje. Nagle kilkanaście
luźnych wątków w jej umyśle połączyło się ze sobą, tworząc gobelin.
Wyjaśnienie. To dlatego fabriale w wieży - pompy, mechanizmy wind - nie
miały klejnotów z uwięzionymi sprenami. Na burze... to było wyjaśnienie
Duszników.
Otoczyły ją podziwospreny jak kręgi błękitnego dymu. Duszniki nie
zawierały sprenów, bo same były sprenami. Objawiającymi się w Krainie
Materii jak Ostrza Odprysku. Po tej stronie spreny stawały się metalem.
Jakim sposobem starożytne spreny skłoniono do objawienia się jako
Duszniki zamiast Ostrzy?
- Widzę, że nie wiedziałaś. - Raboniel podciągnęła sobie krzesło. Nawet
siedząc, była o stopę wyższa od Navani. Robiła tak dziwne wrażenie:
postać okryta pancerzem, jakby przygotowująca się do wyruszenia na
wojnę, przeglądająca notatki. - Dziwne, że poczyniliście tak wielkie
postępy, o których nawet nie marzyliśmy w poprzednich epokach, a jednak
zapomnieliście o znacznie prostszym sposobie, z jakiego korzystali wasi
przodkowie.
- My... nie mieliśmy dostępu do sprenów, które chciałyby z nami
rozmawiać. Na złote klucze Vev... to... nie wierzę, że tego nie
dostrzegliśmy. Implikacje...
- Ruch w poziomie?
Navani czuła się wręcz oszołomiona, gdy szkicowała odpowiedź.
- Nauczyliśmy się rozdzielać płaszczyzny ruchu w złączonych fabrialach.
Trzeba wykorzystać konstrukcję z aluminiowych drutów, umieszczonych w taki sposób, by dotykały klejnotu. To pozwala klejnotowi zachować
niezmienioną pozycję w pionie, a jednocześnie poruszać się w poziomie.
- Fascynujące. Ralkalest... wy nazywacie go aluminium... wpływa na
Związek. To całkiem przemyślne. Znalezienie właściwej konfiguracji z pewnością wymagało wielu testów.
- Minął ponad rok - przyznała Navani. - Od chwili, kiedy w ogóle
pojawiła się taka teoria. Mamy problem, że nie możemy poruszać się
jednocześnie w pionie i w poziomie... fabriale, które unoszą nas w górę
i opuszczają, są kapryśne i zbliżamy do nich aluminium dopiero po tym,
jak je zablokujemy w pozycji.
- To niedogodność.
- Owszem, ale wymyśliliśmy system, w którym najpierw się zatrzymujemy, a dopiero później poruszamy się w poziomie. To kłopotliwe, zwłaszcza że
łączotrzciny bardzo trudno zmusić do działania na poruszających się
obiektach.
- Wydaje się, że powinien istnieć sposób, by wykorzystać tę wiedzę do
stworzenia łączotrzcin, z których można korzystać w ruchu. - Raboniel
przyjrzała się rysunkowi Navani.
- Też tak sądziłam. Wyznaczyłam niewielką grupę do zajęcia się tą
kwestią, ale zaprzątały nas głównie inne. Wasze bronie przeciwko
Świetlistym wciąż wzbudzają moją dezorientację.
Raboniel zanuciła w szybkim, lekceważącym rytmie.
- Starożytna technologia ledwie działa. Możemy wyssać Burzowe Światło ze
Świetlistego, zgadza się... jak długo pozostaje w jednej pozycji
przebity jedną z naszych broni. Ta metoda nie powstrzymuje sprena przed
związaniem się z nowym Świetlistym. Ucieszyłoby mnie, gdyby wasze spreny
dawało się łatwiej uwięzić w klejnotach.
- Przekażę tę prośbę dalej.
Raboniel zanuciła w innym rytmie, po czym się uśmiechnęła. Na jej
marmurkowej twarzy, smukłej i niebezpiecznej, trudno było nie
interpretować tego uśmiechu jako drapieżnego. Jednakże w tej sprawnej
wymianie zdań było również coś kuszącego. Kilka minut rozmowy i Navani
poznała tajemnice, które próbowała rozwikłać przez dziesięciolecia.
- Tak zakończymy wojnę, Navani. - Raboniel wstała. - Dzięki informacjom.
Dzielonym.
- A to w jaki sposób ma zakończyć wojnę?
- Pokażemy wszystkim, że dzięki współpracy nasze życie stało się lepsze.
- Pod władzą pieśniarzy.
- Oczywiście. Widać po tobie, że jesteś wnikliwą uczoną, Navani Kholin.
Gdybyś mogła wielokrotnie polepszyć życie swoich rodaków, czy nie warto
dla osiągnięcia tego celu zrezygnować z samostanowienia? Popatrz, co
osiągnęłyśmy w ciągu zaledwie kilku minut, kiedy podzieliłyśmy się
wiedzą?
Podzieliłyśmy się z powodu twoich gróźb, pomyślała Navani, ale
pilnowała, by wyraz twarzy nie zdradził jej przemyśleń. To nie była
swobodna wymiana. Nieważne, co mi mówisz, Raboniel. Możesz wyjawić
dowolną tajemnicę - bo jestem w twojej mocy. Możesz mnie po prostu
zabić, kiedy dostaniesz wszystko, czego chcesz.
Mimo to uśmiechnęła się do Raboniel.
- Chciałabym zobaczyć swoje uczone, Pani Życzeń, zorientować się, jak są
traktowane, i poznać rozmiar naszych... strat.
Miała nadzieję, że w ten sposób zwróciła uwagę na jedną kwestię.
Niektóre z jej przyjaciółek zostały zamordowane. Nie zamierzała tak po
prostu o tym zapomnieć.
Raboniel zanuciła i gestem przywołała Navani do siebie. To miało wymagać
zachowania niepewnej równowagi, gdy obie będą próbowały wzajemnie się
oszukiwać. Navani musiała bardzo się pilnować, by Raboniel jej nie
oszukała. To była jej jedyna przewaga nad uczonymi. Może nigdy nie okaże
się godna, by do nich dołączyć, ale miała znacznie więcej doświadczenia
w prawdziwym świecie polityki.
Raboniel i Navani weszły do drugiego pomieszczenia biblioteki - tego, w którym znajdowało się więcej biurek i krzeseł. Najlepsi ludzie Navani -
żarliwcy i uczone - siedzieli na podłodze ze zwieszonymi głowami.
Wyraźnie zmuszono ich do spania tutaj, o czym świadczyły rozłożone koce.
Kilka osób uniosło głowy na jej widok i Navani dostrzegła z ulgą, że
Rushu i Falilarowi nie stała się krzywda. Szybko przeliczyła obecnych i natychmiast dostrzegła, kogo brakuje. Podeszła do Falilara, kucnęła i spytała:
- Neshan? Inabar?
- Zabite, jasności - odparł cicho. - Znajdowały się w sali z kryształową
kolumną, razem z obiema podopiecznymi Neshan, żarliwczynią Vevanarą i garstką pechowych żołnierzy.
Navani się skrzywiła.
- Przekaż informacje - szepnęła. - Na razie współpracujemy z okupantem.
- Podeszła do Rushu. - Cieszę się, że masz się dobrze.
Żarliwczyni - po której widać było ślady płaczu - pokiwała głową.
- Właśnie tu schodziłam, żeby zgromadzić skryby do pomocy przy
katalogowaniu tamtej zniszczonej komnaty, kiedy... to się wydarzyło.
Jasności, czy sądzicie, że istniał jakiś związek?
W chaosie Navani niemal zapomniała o dziwnym wybuchu.
- Może przypadkiem znalazłaś wśród zniszczeń napełnione kule?
A dokładniej, taką z dziwnym Pustkowym Światłem, dodała w myślach.
- Nie, jasności. Sami widzieliście to miejsce. Było w ruinie. Ale
zaciemniłam je, żeby sprawdzić, czy coś nie świeci, i nic nie
dostrzegłam. Ani śladu Burzowego Światła, a nawet Pustkowego Światła.
Jak się obawiała Navani. Czymkolwiek był wybuch, musiał być powiązany z tą dziwną kulą - a sama kula najpewniej została zniszczona.
Navani wstała i podeszła do Raboniel.
- Nie musieliście zabijać moich uczonych w czasie ataku. Nie były dla
was zagrożeniem.
Raboniel zanuciła w szybkim rytmie.
- To ostatnie ostrzeżenie, Navani. Będziesz się do mnie zwracać,
używając mojego tytułu. Nie chciałabym, żeby stała ci się krzywda, ale
musisz przestrzegać zasad obowiązujących od tysiącleci.
- Ja... rozumiem, Pani Życzeń. Sądzę, że wysłanie pozostałych przy życiu
ludzi do pracy byłoby dobre dla morale. Czego od nas oczekujecie?
- By okres przejściowy nie był tak trudny, niech nadal pracują nad tym,
co robiły przed moim przybyciem.
- Wiele pracowało nad fabrialami, które już nie działają.
- W takim razie niech tworzą diagramy. I opisują eksperymenty, które
przeprowadzały przed okupacją. Mogę dopilnować, by ich nowe teorie
zostały przetestowane.
Czy to znaczyło, że istniał sposób, by uruchomić fabriale w wieży?
- Jak sobie życzycie.
A później wzięła się do pracy nad prawdziwym problemem - zaplanowaniem,
jak wydostać ich z tego bałaganu.
***
Kaladina obudził deszcz. Zamrugał, czując mgiełkę na twarzy, i ujrzał
niebo rozświetlone znieruchomiałymi błyskawicami - które nie gasły, ale
wisiały w powietrzu na tle kłębiących się czarnych chmur.
Przypatrywał się przez chwilę temu dziwnemu zjawisku, po czym przetoczył
się na bok, na wpół zanurzony w kałuży lodowatej wody. Gdzie się
znalazł? Czy to było Palenisko? Obozy wojskowe? Nie... żadne z nich?
Z jękiem zmusił się do wstania. Nie wydawało się, że jest ranny, ale
głowa go bolała. Żadnej broni. Bez włóczni czuł się nagi. Uderzał go
niesiony wiatrem deszcz, woda leciała z nieba całymi falami - i mógłby
przysiąc, że wśród deszczu dostrzegał zarys sylwetek. Jakby, spadając,
krople tworzyły kształty.
Krajobraz był ciemny i sugerował odległe granie. Kaladin ruszył przez
wodę i z zaskoczeniem stwierdził, że nie widzi żadnych sprenów - nawet
deszczosprenów. Wydawało mu się, że dostrzega światło na szczycie
wzgórza, ruszył więc w górę zbocza, ostrożnie, by nie poślizgnąć się na
mokrych skałach. Częściowo zastanawiał się, dlaczego w ogóle cokolwiek
widzi. Poszarpane, znieruchomiałe błyskawice nie dawały wiele światła.
Czy nie przebywał kiedyś w takim miejscu? Z wszechobecnym światłem, ale
czarnym niebem?
Zatrzymał się i zapatrzył na górę, a deszcz uderzał go w twarz. To
wszystko było... niewłaściwe. To nie było rzeczywiste... prawda?
Ruch.
Kaladin obrócił się gwałtownie. Z ciemności wyłoniła się niska postać,
schodząca po zboczu i kierująca się w jego stronę. Wydawało się, że
składa się wyłącznie z kłębiącej się szarej mgły bez rysów twarzy, choć
dzierżyła włócznię. Kaladin szybkim ruchem pochwycił drzewce broni, po
czym przekręcił je i odepchnął w klasycznym ruchu służącym do
rozbrojenia przeciwnika.
Widmowy napastnik nie był zbyt dobrze wyszkolony i Kaladin bez trudu
odebrał mu włócznię. Instynktownie przekręcił ją i przebił szyję
postaci. Kiedy upadła, dwie inne pojawiły się jakby znikąd, również
uzbrojone we włócznie.
Kaladin zablokował jeden cios i odepchnął napastnika na bok, po czym
przekręcił się i przewrócił drugiego, podcinając mu nogi. Dźgnął tę
postać w szyję, po czym bez trudu wbił włócznię w brzuch drugiej, kiedy
się podniosła. Krew spływała po drzewcu na jego palce.
Wyrwał ostrze, gdy widmowa sylwetka upadła na ziemię. Dobrze było znów
trzymać włócznię. Móc walczyć bez zmartwień. Bez obciążenia innego niż
woda na mundurze. Walka była kiedyś prosta. Zanim...
Zanim...
Kłębiąca się mgła opuściła powalone postacie i ujrzał trzech młodych
posłańców w barwach Amarama, zabitych włócznią Kaladina. Trzy ciała, w tym jego brata.
- Nie! - krzyknął, ochryple i z nienawiścią. - Jak śmiesz mi to
pokazywać? To się nie wydarzyło w taki sposób! Byłem tam!
Odwrócił się od ciał i spojrzał w niebo.
- Ja go nie zabiłem! Ja tylko go zawiodłem. Ja... ja tylko...
Potykając się, odszedł od martwych chłopców, upuścił broń i uniósł ręce
do głowy. Poczuł blizny na czole. Wydawały się głębsze, jak rozpadliny
przecinające czaszkę.
Shash. Niebezpieczny.
Nad jego głową zadudnił grzmot i Kaladin, potykając się, ruszył w dół.
Nie mógł pozbyć się obrazu martwego, zakrwawionego Tiena leżącego na
zboczu. Co to była za straszliwa wizja?
- Ocaliłeś nas, żebyśmy mogli umrzeć - powiedział ktoś w ciemności.
Znał ten głos. Kaladin obrócił się na pięcie, rozchlapując wodę, i poszukał jego źródła. Był teraz na Strzaskanych Równinach. W deszczu
dostrzegał sugestie ludzi. Postacie tworzone przez spadające krople, ale
jakimś sposobem puste.
Postacie atakowały się nawzajem i słyszał zgiełk wojny. Krzyki, brzęk
broni, kroki na skałach. Otaczały go, przytłaczały, aż - nagle - wyłonił
się w centrum ogromnej bitwy, a zasugerowane kształty stały się
prawdziwe. Mężczyźni w niebieskich mundurach walczący z innymi
mężczyznami w niebieskich mundurach.
- Przestańcie walczyć! - krzyknął do nich. - Zabijacie swoich! To
wszystko nasi żołnierze!
Nie słyszeli go. Zamiast deszczówki pod jego stopami płynęła krew,
rozbryzgi i fontanny łączyły się ze sobą, gdy włócznicy wspinali się na
ciała zabitych, by nadal mordować się nawzajem. Kaladin chwycił jednego
włócznika i odepchnął go od innego, po czym złapał trzeciego i jego też
odepchnął - i odkrył, że to Lopen.
- Lopenie! Posłuchaj mnie! Przestań walczyć!
Lopen odsłonił zęby w przerażającym grymasie, po czym odepchnął Kaladina
i rzucił się na kolejną postać - Skałę, który potknął się o trupa. Lopen
wbił mu włócznię w brzuch, ale wtedy Teft zaatakował go od tyłu. Bisig
zadźgał Tefta, a Kaladin nie zobaczył już, kto powalił jego. Był zbyt
przerażony.
W pobliżu upadł Sigzil z raną w boku. Kaladin go złapał.
- Dlaczego? - Z ust Sigzila płynęła krew. - Dlaczego nie pozwoliłeś nam
spać?
- To nie jest prawda. To nie może być prawda.
- Powinieneś pozwolić nam umrzeć na Strzaskanych Równinach.
- Chciałem was chronić! Musiałem was chronić!
- Przekląłeś nas...
Kaladin puścił umierającego i odszedł niepewnym krokiem. Pochylił głowę
i zaczął biec, a umysł miał zaćmiony. W głębi duszy wiedział, że ta
groza nie jest prawdziwa, ale wciąż słyszał krzyki. Oskarżenia.
"Dlaczego to zrobiłeś?! Dlaczego nas zabiłeś?!".
Przycisnął ręce do uszu i tak bardzo skupił się na ucieczce przed
rzezią, że prawie wbiegł do rozpadliny. Zatrzymał się na jej krawędzi.
Potknął się i spojrzał w lewo. Były tam obozy wojskowe, w górze
niewielkiego zbocza.
Był tu wcześniej. Pamiętał to miejsce, tę burzę, ten deszcz. Tę
rozpadlinę. Gdzie prawie umarł.
- Ocaliłeś nas, żebyśmy mogli cierpieć - powiedział ktoś.
Moash. Stał na skraju rozpadliny w pobliżu Kaladina. Mężczyzna odwrócił
się i Kaladin zobaczył jego oczy - czarne jamy.
- Ludzie myślą, że byłeś dla nas miłosierny. Ale my obaj znamy prawdę,
czyż nie? Zrobiłeś to dla siebie. Nie dla nas. Gdybyś był naprawdę
miłosierny, dałbyś nam lekką śmierć.
- Nie. Nie!
- Otchłań czeka, Kal. Pustka. Pozwala ci zrobić wszystko, nawet zabić
króla, bez żadnego żalu. Jeden krok. Już nigdy więcej nie będziesz czuł
bólu.
Moash zrobił krok i wpadł do rozpadliny. Kaladin osunął się na kolana na
jej skraju, wokół niego padał deszcz. Z przerażeniem patrzył w dół.
I obudził się ze wzdrygnięciem w jakimś zimnym miejscu. Natychmiast
poczuł ból przeszywający stawy i mięśnie, a każde ukłucie domagało się
jego uwagi jak krzyczące dziecko. Jęknął i otworzył oczy, ale widział
tylko ciemność.
Jestem w wieży, pomyślał, przypominając sobie wydarzenia poprzedniego
dnia. Na burze. Panują nad nią Stopieni. Z trudem udało mi się uciec.
Koszmary stawały się coraz gorsze. Albo zawsze były paskudne, tylko ich
nie pamiętał. Leżał, oddychał głęboko i pocił się, jakby z wysiłku - i przypomniał sobie widok umierających przyjaciół. Przypomniał sobie
Moasha wkraczającego w tę ciemność i znikającego.
Sen miał dodawać sił, ale Kaladin czuł się zmęczony bardziej, niż kiedy
osunął się na ziemię. Jęknął, oparł się plecami o ścianę i zmusił się,
by usiąść. Po czym w nagłej panice zaczął macać dookoła. W oszołomieniu
był częściowo przekonany, że znajdzie Tefta martwego na podłodze.
Odetchnął z ulgą, kiedy odnalazł przyjaciela w pobliżu, wciąż
oddychającego. Niestety, mężczyzna się zmoczył - wkrótce się odwodni,
jeśli Kaladin czegoś nie zrobi. Do tego istniało duże ryzyko pojawienia
się zgniłosprenów, jeśli go nie obmyje i nie ułoży w odpowiedniej
pozycji z basenem.
Na burze. Ciężar tego, co zrobił, wisiał nad nim, niemal równie
przytłaczający jak masa wieży. Był sam, zagubiony w ciemności, bez
Burzowego Światła i czegokolwiek do picia - nie wspominając o porządnej
broni. Musiał się zajmować nie tylko sobą, ale też człowiekiem w śpiączce.
Co on sobie myślał? Nie uwierzył w koszmar, ale nie mógł też do końca
pozbyć się jego echa. Dlaczego? Dlaczego nie umiał dać sobie spokoju?
Dlaczego musiał nadal walczyć? Czy naprawdę robił to dla nich?
A może był samolubny? Może nie potrafił przyznać się do porażki?
- Syl? - spytał w ciemności. Kiedy mu nie odpowiedziała, znów zawołał
drżącym głosem. - Syl, gdzie jesteś?!
Żadnej odpowiedzi. Pomacał wokół pomieszczenia i zorientował się, że nie
ma pojęcia, jak się wydostać z tego miejsca. Uwięził siebie i Tefta w tej zbyt gęstej ciemności. Żeby umierali samotnie powolną śmiercią...
I wtedy pojawiła się iskra światła. Na szczęście do środka wleciała Syl.
Nie mogła przenikać przez ściany - Świetliste spreny były na tyle realne
w Krainie Materii, że większość substancji je zatrzymywała. Wyglądało to
tak, jakby wyłoniła się z czegoś w rodzaju otworu wentylacyjnego wysoko
na ścianie.
Jej przybycie przywróciło mu trochę zdrowych zmysłów. Odetchnął z drżeniem, gdy sfrunęła i wylądowała na jego wyciągniętej dłoni.
- Znalazłam drogę wyjścia. - Przybrała postać żołnierza w mundurze
zwiadowcy. - Ale wątpię, żeby tobie udało się przecisnąć. Nawet dziecku
byłoby ciasno. Rozejrzałam się jednak dookoła, choć nie mogłam się
zbytnio oddalić. Na wielu klatkach schodowych rozmieszczono strażników,
ale chyba cię nie szukają. Te kondygnacje są duże i pewnie uświadomili
sobie, że odnalezienie tu jednego człowieka jest właściwie niemożliwe.
- Sądzę, że to dobre wieści. Masz jakieś pojęcie, czym było to światło,
które mnie tu zaprowadziło?
- Ja... mam pewną teorię. Dawno temu, zanim doszło do konfliktu między
sprenami a ludźmi, Kowalów Więzi było troje. Jedno dla Ojca Burz. Jedno
dla Strażniczki Nocy. I jeszcze jedno. Dla sprena zwanego Rodzeństwem.
Sprena, który pozostał w tej wieży, w ukryciu, i nie pokazywał się
ludziom. Podobno Rodzeństwo umarło dawno temu.
- Hm. - Kaladin pomacał drzwi, które wcześniej otworzyły się, żeby go
wpuścić. - Jakie ono było?
- Nie wiem. - Syl przeniosła się na jego ramię. - Rozmawialiśmy o tym z jasnością Navani, odpowiadając na jej pytania, i inne Świetliste spreny
nie wiedzą nic poza tym, co już ci powiedziałam. Pamiętaj, wiele
sprenów, które pamiętały dawne czasy, umarło... a Rodzeństwo zawsze było
tajemnicze. Nie wiem, jakim rodzajem sprena było ani dlaczego mogło
stworzyć Kowala Więzi. Jeśli jednak żyje, nie wiem, dlaczego tak wiele
rzeczy w wieży nie działa.
- Cóż, ta ściana zadziałała.
Kaladin odnalazł klejnot w ścianie. Był teraz ciemny, ale po tej stronie
wystawał znacznie bardziej. Po drugiej mógłby łatwo go przegapić. Jak
wiele innych komnat miało takie klejnoty w ścianach, skrywające
niewidoczne drzwi?
Dotknął klejnotu. Mimo że nie miał już Burzowego Światła, w jego głębi
pojawił się blask. Białe światełko, które migotało jak gwiazda. Rozrosło
się w niewielki wybuch Burzowego Światła i drzwi znów otworzyły się
bezgłośnie.
Kaladin odetchnął głęboko i poczuł, jak opuszcza go część przerażenia.
Nie umrze w ciemności. Kiedy klejnot został napełniony, działał jak
każdy inny fabrial i nie przestawał funkcjonować do czasu wyczerpania
Burzowego Światła.
Spojrzał na Syl.
- Myślisz, że udałoby ci się znaleźć drogę powrotną do Tefta, gdybyśmy
wyszli i ruszyli na zwiad?
- Sądzę, że uda mi się zapamiętać naszą drogę.
- Doskonale. Bo potrzebujemy zapasów.
Nie mógł sobie jeszcze pozwolić na myślenie w dalszej perspektywie. Te
zniechęcające pytania - co miał zrobić z wieżą, dziesiątkami
Świetlistych w niewoli u wroga, rodziną - musiały zaczekać. Najpierw
potrzebował wody, żywności, Burzowego Światła i - co najważniejsze -
lepszej broni.
47. Klatka stworzona z duchów
47
Klatka stworzona z duchów
Podchodzę do tego projektu z nowym natchnieniem - powinny się liczyć
jedynie odpowiedzi.
Rytm Wojny, s. 1, podtekst
Drewno podskoczyło pod stopami Dalinara, który złapał za barierkę, by
nie utracić równowagi.
- Niebiańscy! - krzyknął. - Próbują dostać się do obudowy fabriali!
Dwie postaci w niebieskich mundurach zeskoczyły z pobliskiego pokładu,
wybuchając blaskiem, ale platforma nadal się kołysała. Dwoje sobie z tym
nie poradzi. Na burze, gdzie są...?
Sigzil opadł z nieba ze swoją dziesiątką Wiatrowych i zaatakował od
spodu latającej platformy. Nie była to prawdziwa latająca machina jak
Czwarty most, ale te platformy zapewniały doskonały widok na pole
bitwy. O ile nie zostały zaatakowane.
Dalinar wciąż ściskał barierkę. Posłał spojrzenie Norce, który był
przywiązany do niego liną. Niższy mężczyzna kurczowo trzymał się
balustrady i szczerzył zęby jak szaleniec. Na szczęście platforma
wkrótce przestała podskakiwać, a Niebiańscy się rozproszyli - podążyły
za nimi postacie w niebieskich mundurach i z włóczniami.
Mniej Istot z Niebios, niż się spodziewałem, zauważył w myślach Dalinar,
kiedy wiatr szarpał jego włosy. Dostrzegł zaledwie czworo latających
Stopionych, którzy z góry obserwowali pole bitwy i od czasu do czasu
wydawali polecenia wojskom na ziemi. Nie brali udziału w walce. W tej
bitwie liczą na Niebiańskich. Może większość Istot z Niebios przebywała
z głównymi siłami wroga, stacjonującymi w odległości kilku dni marszu.
Norka wychylił się poza platformę, próbując spojrzeć bezpośrednio pod
nią, gdzie trwało zwarcie Świetlistych. Nie wydawało się, by trzysta
jardów dzielących go od ziemi wzbudzało jego niepokój. Jak na człowieka,
który cierpiał na taką paranoję, z pewnością czasami podchodził
nonszalancko do kwestii własnego bezpieczeństwa.
Poniżej żołnierze na linii frontu wciąż pozostawali w szyku. Oddziały
Dalinara, wsparte przez Azirczyków, walczyły przeciwko zdradzieckim
żołnierzom Taravangiana, którzy próbowali przebić się przez nich, by
uratować swojego króla. Vedeńczykom towarzyszyła niewielka liczba
Stopionych wraz z oddziałami pieśniarzy - siły na tyle niewielkie, że
mogły zbliżyć się niepostrzeżenie jeszcze przed zdradą.
Na platformie Dalinara około pięćdziesięciu łuczników znów stanęło w szyku po chaosie, jaki wywołał w nich nagły atak Niebiańskich. Już po
chwili zasypywali Vedeńczyków strzałami.
- Tamci wkrótce się złamią - powiedział cicho Norka, wpatrując się w pole bitwy. - Ich szyk się chwieje. Ci Azirczycy dobrze walczą. Lepiej,
niż się spodziewałem.
- Są bardzo zdyscyplinowani. Po prostu należy nimi właściwie pokierować.
Pojedynczy azirski żołnierz nie mógł dorównać Alethyjczykowi, ale
Dalinar przez ostatni rok widział ich dyscyplinę i cieszył się, że nie
musiał nigdy stawiać czoła ich piechocie na polu bitwy. Potężne oddziały
azirskich pikinierów były mniej mobilne niż ich alethyjskie
odpowiedniki, ale za to nienagannie skoordynowane.
Stanowili doskonały dodatek do alethyjskiego wojska, które było o wiele
bardziej elastyczne i składały się na nie różnorodne wyspecjalizowane
oddziały. Wykorzystując azirskie jednostki jako kliny i alethyjską
taktykę, mogli stawić czoło wrogowi, mimo jego naturalnej przewagi w postaci pancerza ze skorupy i mocniejszej budowy ciała.
A vedeńscy zdrajcy? Norka miał rację. Szeregi wroga zaczynały chwiać się
i rwać. Nie mieli kawalerii, a Norka wydał przyciszonym głosem rozkaz
jednej ze skryb, która go przekazała. Dalinar domyślił się - słusznie -
że polecił, by lekka piechota nękała lewą flankę. Ostrzeliwali tyły
Vedeńczyków, wywierając jeszcze większą presję na chwiejące się szeregi.
- Muszę przyznać, że to doskonały sposób na obserwację pola bitwy -
powiedział Norka do Dalinara, gdy za ich plecami rozlegał się brzęk
cięciw.
- A martwiłeś się, że nie ma drogi ucieczki.
Norka spojrzał w dół.
- Raczej martwiłem się, że wszystkie drogi ucieczki pechowo skończyłyby
się zderzeniem z ziemią. Nadal nie wiem, czy umieszczenie nas obu w tym
miejscu jest rozsądne. Wydaje mi się, że powinniśmy przebywać na
osobnych platformach, dzięki czemu, gdyby jeden z nas zginął, drugi
mógłby nadal dowodzić.
- Źle mnie zrozumiałeś, Dieno. - Dalinar pociągnął za sznur, który ich
łączył. - Moim zadaniem w tej bitwie nie jest dowodzenie, gdybyś został
zabity. Jest nim wydostanie cię, nim zostaniesz zabity.
Po drugiej stronie, w Cieniomorzu, czekała jedna z łodzi Jasnah. W nagłym wypadku Dalinar mógłby przeciągnąć siebie i Norkę przez
prostopadłość. Spadliby z pewnej wysokości - ale nie aż tak dużej jak po
tej stronie - do wyłożonego miękkimi poduszkami statku zaprzężonego w mandry.
Norce, co nie było zaskakujące, ta droga ucieczki się nie podobała. Nie
mógł jej kontrolować. Jeśli Dalinar miał być szczery, on sam również nie
czuł się w pełni swobodnie - jeszcze nie do końca ufał swoim mocom. Nie
panował nad nimi w pełni.
Otworzył prostopadłość, gdy Wiatrowi zbliżyli się po nowe Burzowe
Światło. Udało mu się uchylić ją jedynie odrobinę, dzięki czemu odnowił
tych w pobliżu, ale uniemożliwił skorzystanie Niebiańskim. Wycofali się
- Niebiańscy nie mogli dorównać Wiatrowym, którzy byli bezustannie
odnawiani, i zwykle rozmieszczano ich na polach bitwy, na których
Dalinar nie był obecny.
Kiedy Norka przyjął raport o stratach - które, niestety, obejmowały
dwoje giermków Wiatrowych - do Dalinara podeszła młoda skryba z plikiem
papierów i łączotrzciną.
- Wieści z Urithiru, oświecony. Chcieliście się dowiedzieć, kiedy tylko
przyjdą jakieś wiadomości, i oto je mamy.
Dalinar poczuł, że z barków spada mu ogromny ciężar.
- W końcu! Co się dzieje?
- Problem z fabrialami wieży - poinformowała skryba. - Jasność Navani
mówi, że uruchomiła się jakaś dziwna obronna aura, która uniemożliwia
Świetlistym korzystanie z mocy. Wpływa również na fabriale. Musiała
wysłać oddział zwiadowców wzdłuż grani w góry, aż udało im się
dostarczyć jej wiadomość.
- Wszyscy są bezpieczni, a ona pracuje nad rozwiązaniem problemu. Jednak
dlatego przestały działać Bramy Przysięgi. Prosi cię o cierpliwość i pyta, czy tutaj wydarzyło się coś dziwnego.
- Powiedz jej o zdradzie Taravangiana, ale poinformuj, że jestem
bezpieczny, podobnie jak reszta rodziny. Walczymy przeciwko zdrajcom i wkrótce powinniśmy zwyciężyć.
Pokiwała głową i poszła wysłać wiadomość. Norka podszedł bliżej - albo
podsłuchał skrybę, albo dostał podobny raport.
- Próbują nas zdezorientować i odwrócić naszą uwagę w czasie zdrady.
Nakładają na siebie ataki na różnych frontach.
- Kolejna próba unieruchomienia Bram Przysięgi - zgodził się Dalinar. -
To urządzenie, które wykorzystali przeciwko arcymarszałkowi Kaladinowi,
musiało być testem. Na jakiś czas unieruchomili Urithiru, żeby nas
odizolować.
Norka wychylił się na zewnątrz i wpatrzył w armie poniżej.
- Coś mi tu śmierdzi, Czarny Cierniu. Gdyby to był jedynie podstęp, żeby
odizolować walki w Azirze i Emulu, popełniliby błąd taktyczny. Ich
oddziały na tych terenach są odsłonięte, a my mamy przewagę. Nie
zadaliby sobie tyle trudu, by odciąć nas od Bram Przysięgi, gdyby
rzeczywiście nie odcinali nam drogi ucieczki. A nie o to chodzi, bo nie
będziemy jej potrzebować.
- Myślisz, że to ma odwrócić naszą uwagę od czegoś innego?
Norka powoli pokiwał głową. Daleko poniżej kawaleria znów przypuściła
atak. Szeregi zdrajców zachwiały się jeszcze bardziej.
- Powiem pozostałym, żeby uważali, i wyślę zwiadowców, by sprawdzili, co
się dzieje w Urithiru. Zgadzam się, coś tu jest nie w porządku.
- Upewnij się, że armie, przeciwko którym mamy walczyć w Emulu, nie
dostały w tajemnicy wsparcia. To byłby koszmar... jedyną prawdziwą
katastrofą, jaką mogę sobie wyobrazić, jest oblężenie Azimiru bez
możliwości zapewnienia wsparcia i dostarczenia zapasów przez Bramę
Przysięgi. Odwiedziwszy to miasto, naprawdę nie chciałbym zostać w nim
uwięziony.
- Zgoda.
Norka wychylił się jeszcze bardziej, ryzykownie, i wpatrywał w pole
bitwy. Niewiele było słychać - stłumione brzęki, odległe krzyki. Ludzie
poruszali się jak życiospreny.
Ale Dalinar wyczuwał woń potu. Słyszał ryki. Czuł, jak sam stoi wśród
walczących, krzyczących, umierających ciał i dominuje z Ostrzem w dłoni.
Kiedy raz posmakowało się kroczenia w Pancerzu wśród śmiertelników, z poczuciem, że jest się właściwie niezwyciężonym, było to... trudne do
zapomnienia.
Norka spojrzał na niego z ukosa.
- Tęsknisz za tym.
- Tak.
- Przydałbyś im się na ziemi.
- Tam, na dole, byłbym tylko jeszcze jednym mieczem. Na innych pozycjach
mogę zrobić więcej.
- Nie obraź się, Czarny Cierniu, ale nigdy nie byłeś tylko jeszcze
jednym mieczem. - Norka założył ręce na piersi i oparł się o balustradę.
- Ciągle powtarzasz, że gdzie indziej byłbyś bardziej użyteczny, i przypuszczam, że faktycznie tworzysz całkiem niezłą burzę do odnawiania
kul. Ale wyczuwam, że się wycofujesz. Jakie masz plany?
Oto było pytanie. Wyczuwał, że ma do zrobienia o wiele więcej. Większe
rzeczy. Ważne rzeczy. Zadania Kowala Więzi. Ale dotarcie do nich,
zrozumienie ich...
- Ich szyk się załamał. - Norka się wyprostował. - Chcesz ich puścić czy
przyszpilić i zmiażdżyć?
- A ty jak sądzisz?
- Nienawidzę walczyć przeciwko ludziom, którzy czują, że nie mają
wyjścia.
- Nie możemy pozwolić, by wzmocnili siły wroga na południu. - To miało
być ich prawdziwe pole walki, po zakończeniu tej potyczki. Wojna o Emul.
- Naciskajcie na nich, aż się poddadzą.
Norka zaczął wydawać rozkazy. Na dole zadudniły bębny - gorączkowe próby
dowódców wroga, by utrzymać dyscyplinę, gdy szyk zaczął się rozpadać.
Niemal słyszał ich podbarwione paniką okrzyki. Desperację w powietrzu.
Norka ma rację, pomyślał Dalinar. Włożyli wiele wysiłku, by zaatakować
nas tutaj - ale coś jest nie w porządku. Nie znamy fragmentu planów
wroga.
Kiedy tak patrzył, podszedł do niego niczym się niewyróżniający
żołnierz. Dalinar zabrał ze sobą tylko garstkę strażników - trzech
mężczyzn z Kobaltowej Gwardii i jedną Odpryskową. Rogożerczynię Sznur,
która postanowiła dołączyć do jego osobistej straży z powodów nie do
końca dla niego jasnych.
Miał również ukrytą broń - mężczyznę, który stał obok niego i wyglądał
tak zwyczajnie w alethyjskim mundurze, choć wiszący u jego pasa miecz
był dłuższy niż regulaminowy. Szeth, Skrytobójca w Bieli, noszący
fałszywą twarz. Nie odzywał się, choć osłaniające go skomplikowane
Tkanie Światła zniekształciłoby jego głos. Po prostu patrzył, mrużąc
oczy. Co widział na tym polu bitwy? Co zwróciło jego uwagę?
Szeth nagle złapał Dalinara za mundur i odciągnął na bok. Dalinar ledwie
zdążył krzyknąć z zaskoczeniem, gdy obok platformy dla łuczników
pojawiła się świetlista postać, emanująca Burzowym Światłem i dzierżąca
srebrzyste Ostrze. Szeth stanął między swoim dowódcą i Niebiańskim,
unosząc dłoń do rękojeści miecza. Ale Dalinar złapał go za ramię, nie
pozwalając mu dobyć broni. Kiedy ta klinga opuszczała pochwę, działy się
niebezpieczne rzeczy. Chcieli mieć całkowitą pewność, że była konieczna,
zanim ją uwolnili.
Dalinar rozpoznawał tę postać. Ciemnobrązowa skóra i znamię na policzku.
Nalan - zwany Nale. Herold i przywódca Niebiańskich. Niedawno ogolił
głowę, a gdy zwrócił się do Dalinara, trzymał Ostrze w dumnej - być może
wyzywającej - postawie.
- Kowalu Więzi, twoja wojna jest niesprawiedliwa. Musisz poddać się
prawom...
W sam środek jego twarzy wbiła się strzała, przerywając mu. Dalinar
obejrzał się i powstrzymał Sznur, która ponownie naciągała Łuk Odprysku.
- Zaczekaj. Chcę go wysłuchać.
Nale zrobił zbolałą minę, wyciągnął strzałę i upuścił ją, pozwalając, by
Burzowe Światło go uzdrowiło. Czy tego mężczyznę dało się zabić? Ash
powiedziała, że wróg jakimś sposobem zabił Jezriena - ale wcześniej,
kiedy Heroldowie umierali, ich dusze powracały do Potępienia, by
oczekiwać na tortury.
Nale nie ciągnął przemowy. Lekkim krokiem wstąpił na balustradę, po czym
opadł na pokład. Odrzucił Ostrze, pozwalając, by rozpłynęło się w mgiełkę.
- Jak to możliwe, że jesteś Kowalem Więzi? Nie powinieneś istnieć,
Czarny Cierniu. Twoja sprawa nie jest sprawiedliwa. Nie powinieneś
otrzymać prawdziwych Mocy Honoru.
- Może to znak, że ty się mylisz, Nalanie. Może nasza sprawa
rzeczywiście jest sprawiedliwa.
- Nie. Inni Świetliści mogą okłamywać siebie i swoje spreny. Tak zwane
honorspreny udowadniają, że moralność jest kształtowana przez ich
percepcję. Ty powinieneś być inny. Honor nie powinien pozwolić na tę
więź.
- Honor jest martwy.
- A jednak Honor nadal powinien do tego nie dopuścić. Nie dopuścić do
ciebie. - Obrzucił Dalinara uważnym spojrzeniem. - Nie masz Ostrza
Odprysku. W porządku.
Rzucił się do przodu, sięgając do Dalinara. Szeth od razu się przy nim
znalazł, ale zawahał się przed dobyciem dziwnego Ostrza. Poruszając się
z wdziękiem węgorza niebieskiego, Nale obrócił Szetha i rzucił nim o drewniany pokład. Odepchnął wciąż ukryty w pochwie miecz Shina, uderzył
mężczyznę w zagłębienie łokcia i zmusił do upuszczenia broni. Następnie
od niechcenia uniósł rękę i złapał strzałę wystrzeloną przez Sznur z Łuku Odprysku z odległości zaledwie kilku stóp - nieludzki wyczyn.
Dalinar złożył dłonie, sięgając poza rzeczywistość do prostopadłości.
Nale przeskoczył nad Szethem i rzucił się w stronę Dalinara, gdy inni na
platformie krzyczeli, próbując zareagować na atak.
Nie, powiedział Ojciec Burz do Dalinara. Dotknij go.
Dalinar zawahał się - moc prostopadłości miał na końcach palców - po
czym wyciągnął rękę i przycisnął dłoń do piersi Nale'a, gdy ten próbował
go pochwycić.
Błysk.
Dalinar zobaczył Nale'a odchodzącego od porzuconego Ostrza wbitego w skałę.
Błysk.
Nale trzymający dziecko na ręku, z wyciągniętym Ostrzem, a po pobliskiej
grani wspinają się mroczne siły.
Błysk.
Nale stojący z grupą uczonych i rozwijający duży zwój wypełniony pismem.
- Prawo nie może być moralne - powiedział im Nale. - Ale wy możecie być
moralni, gdy tworzycie prawa. Zawsze musicie bronić najsłabszych, tych,
którzy najczęściej są wykorzystywani. Wprowadźcie swobodę poruszania, by
rodzina, która czuje, że ich pan jest niesprawiedliwy, mogła opuścić
jego domenę. A później powiążcie władzę pana z ludźmi, którzy mu służą.
Błysk.
Nale klęczący przed arcysprenem.
Błysk.
Nale walczący na polu bitwy.
Błysk.
Kolejna bitwa.
Błysk.
Kolejna bitwa.
Błysk.
Wizje nadchodziły coraz szybciej i szybciej, Dalinar nie odróżniał już
jednej od drugiej. Aż...
Błysk.
Nale ściskający dłonie brodatego Alethyjczyka, władczego i mądrego.
Dalinar wiedział, że to Jezerezeh, choć nie umiał powiedzieć, dlaczego.
- Przyjmę to zadanie - powiedział cicho Nale. - Jako zaszczyt.
- Nie uważaj go za zaszczyt - sprzeciwił się Jezerezeh. - Obowiązek,
owszem, ale nie zaszczyt.
- Rozumiem. Choć nie spodziewałem się, że przyjdziesz z tą propozycją do
wroga.
- Owszem, wroga. Ale wroga, który od początku miał rację, przez co to ja
jestem złoczyńcą, a nie ty. Naprawimy to, co zniszczyliśmy. Ishar i ja
się zgodziliśmy. Ze wszystkich żyjących ciebie w tym pakcie
widzielibyśmy najchętniej. Jesteś najbardziej honorowym mężczyzną,
jakiemu miałem przywilej się przeciwstawiać.
- Chciałbym, żeby to była prawda. Ale będę służył najlepiej, jak
potrafię.
Wizja zniknęła i Nale cofnął się gwałtownie. Dyszał ciężko i miał
szeroko otwarte oczy. Między nim a Dalinarem ciągnęła się linia światła.
Kowalu Więzi, powiedział Ojciec Burz w umyśle Dalinara. Utworzyłeś z nim tymczasowy Związek. Co widziałeś?
- Jego przeszłość, tak myślę - szepnął Dalinar. - A teraz...
Nale podrapał się po głowie, a Dalinar ujrzał nakładającą się na niego
szkieletową postać. Jak echo światła podążające za Szethem, tyle że
zatarte, blade. Dalinar zrobił krok do przodu, idąc między oszołomionymi
strażnikami, i dostrzegł osiem świetlistych linii wypływających z Nale'a i znikających w przestrzeni.
- Sądzę, że widzę Pakt Przysięgi. To, co wiązało ich razem, i sprawiło,
że byli zdolni utrzymać wroga w Potępieniu.
Klatka, wykuta z ich duchów. Została zniszczona. Nawet zanim Jezrien
umarł, roztrzaskali ją tym, co zrobili przed wiekami.
- Nie, tyko jedna linia jest całkowicie zerwana. Pozostałe są obecne,
ale słabe, bezsilne. - Dalinar wskazał na jedną linię, świecącą i potężną. - Poza jedną. Wciąż jest pełna energii.
Nale podniósł na niego wzrok, po czym zerwał linię Związku łączącą go z Dalinarem i rzucił się z platformy. Herold zapłonął blaskiem i odleciał,
gdy - zbyt późno - kilku Wiatrowych przybyło na pomoc swojemu dowódcy.
Dzierżysz moc bogów, Dalinarze. Niegdyś sądziłem, że znam zakres
twoich możliwości. Porzuciłem to wynikające z niewiedzy założenie.
- Czy mógłbym go odtworzyć? Czy mógłbym odtworzyć Pakt Przysięgi i znów
związać Stopionych?
Nie wiem. To może być możliwe, ale nie mam pojęcia, jak. Ani czy byłoby
to mądre. Heroldowie cierpią z powodu tego, co zrobili.
- Widziałem to w nim. - Dalinar odprowadzał wzrokiem znikającego Nale'a.
- Ciąży mu straszliwe cierpienie, które wypacza jego postrzeganie
rzeczywistości. Szaleństwo niepodobne do tego, które wpływa na
zwyczajnych ludzi... szaleństwo, które wiąże się z jego zużytą duszą...
Szeth odzyskał miecz i wyglądał na zawstydzonego, że tak łatwo dał się
pokonać. Dalinar nie miał pretensji do niego ani do innych, którzy
nalegali, by on i Norka opuścili pole bitwy, skoro siły Taravangiana
zostały rozgromione.
Dalinar pozwolił, by Wiatrowi go zabrali. Przez ten cały czas tonął w myślach.
Musiał zrozumieć swoje moce. Jego obowiązkiem nie było już stanie z uniesionym mieczem i wykrzykiwanie rozkazów na polu bitwy. Musiał
znaleźć sposób, by wykorzystać umiejętności do zakończenia tej wojny.
Odtworzyć Pakt Przysięgi, a jeśli się to nie uda, znaleźć inne
rozwiązanie - takie, które obejmowało również ostateczne związanie
Odium.
48. Zapach śmierci, zapach życia
48
Zapach śmierci, zapach życia
Dziewięć lat wcześniej
Istniał więcej niż jeden sposób prowadzenia badań. Okazało się, że można
robić to z własnego namiotu, jeśli grupa żyjących reliktów wyłoniła się
z lasu i przyszła z wizytą.
Ludzie fascynowali Eshonai. Wcale nie zostali zniszczeni. A ich zwyczaje
były takie dziwne. Mówili bez rytmów i nie słyszeli pieśni Rosharu.
Tworzyli skorupy z metalu i przywiązywali je do siebie. Choć początkowo
zakładała, że utracili formy, wkrótce uświadomiła sobie, że mieli tylko
jedną formę i nie mogli się zmienić. Musieli przez cały czas radzić
sobie z namiętnościami paroformy.
Co bardziej intrygujące, przyprowadzili ze sobą plemię istot w tępoformie, które również nie znały pieśni. Wzory na ich skórze
przypominały słuchaczy, ale nie mówili, nie wspominając już o śpiewie.
Eshonai uważała ich za fascynujących i niepokojących jednocześnie. Gdzie
ludzie znaleźli takie dziwne jednostki?
Ludzie rozbili obóz w lesie po drugiej stronie rzeki, a Piątka
początkowo pozwoliła jedynie kilku słuchaczom spotkać się z nimi.
Martwili się, że odstraszą dziwnych ludzi, jeśli cała rodzina będzie
zawracała im głowę.
Eshonai uznała to za głupie. Ci ludzie się nie przestraszą. Znali
starożytne sprawy. Sposoby wykuwania metalu i zapisywania dźwięków na
papierze. Rzeczy, o których słuchacze zapomnieli w czasie długiego snu w tępoformie, a pieśni zapamiętywali czystą siłą woli.
Eshonai i Klade wraz z kilkorgiem pozostałych spotkali się z grupką
ludzkich uczonych, próbując rozszyfrować nawzajem swoje języki. Całe
szczęście w pieśniach zachowano ludzkie wyrażenia. Być może to dawna
nauka pieśni sprawiła, że Eshonai uczyła się szybciej niż pozostali. A może jej upór? Spędzała wieczory, siedząc z ludźmi, prosząc ich o wielokrotne powtarzanie dźwięków w jaskrawym blasku klejnotów.
To była kolejna sprawa. Ludzkie klejnoty świeciły jaśniej niż te
należące do słuchaczy. Wynikało to ze sposobu, w jaki klejnoty
oszlifowano i ukształtowano. Każdy dzień z ludźmi uczył ją czegoś
nowego.
Kiedy bariera języka zaczęła zanikać, ludzie spytali, czy mogą zostać
zabrani na Strzaskane Równiny. I tak się złożyło, że to Eshonai ich
poprowadziła, choć na razie trzymała się z dala od dziesięciu
starożytnych miast i innych rodzin słuchaczy.
Wykorzystując jedną z map Eshonai, nadeszli od północy i szli wzdłuż
rozpadlin, aż dotarli do starożytnego mostu słuchaczy. Z pęknięcia w skałach dobywała się woń wilgotnych, gnijących roślin. Ostra, ale nie
nieprzyjemna. Tam, gdzie rośliny się rozkładały, wkrótce wyrastały inne,
a zapach śmierci był tym samym, co zapach życia.
Ludzie przeszli ostrożnie po moście z desek i sznurów, najpierw
strażnicy - mężczyźni w wypolerowanych napierśnikach i hełmach z metalowej skorupy. Wyraźnie spodziewali się, że most w każdej chwili
może się zawalić.
Kiedy znaleźli się po drugiej stronie, Eshonai weszła na skałę i odetchnęła głęboko, by poczuć wiatr. Nad jej głową wirowało na niebie
kilka wiatrosprenów. Kiedy strażnicy przeszli, inni ruszyli za nimi.
Wszyscy chcieli zobaczyć Równiny, gdzie żyły potwory z rozpadlin.
Jedną z obecnych była kobieta, asystentka chirurga. Wspięła się na skałę
obok Eshonai, choć jej ubranie - które zasłaniało ją od szyi do kostek i z jakiegoś powodu zakrywało lewą rękę - nieszczególnie nadawało się do
prowadzenia badań. Miło było zobaczyć, że słuchaczom udało się wymyślić
coś, do czego ludziom nie udało się jeszcze dojść.
- Co widzisz? - zwróciła się do Eshonai w ludzkim języku. - Kiedy
patrzysz na spreny?
Eshonai zanuciła z Zastanowieniem. Co miała na myśli ta kobieta?
- Widzę spreny? - Eshonai mówiła powoli i z namysłem, bo czasem miała
problemy z wymową.
- Tak. Jak wyglądają?
- Długie białe linie. - Eshonai wskazała na wiatrospreny. - Otwory? Małe
otwory? Czy istnieje takie słowo?
- Może punkciki?
- Punkciki na niebie. I ogony, długie, bardzo długie.
- Interesujące. - Kobieta miała dużo pierścieni na prawej dłoni, choć
Eshonai nie wiedziała dlaczego. Wydawało jej się, że musiały się
zaczepiać o różne rzeczy. - Jest inaczej.
- Inaczej. Widzimy inaczej?
- Tak. Wydaje się, że widzicie rzeczywistość sprenów, a przynajmniej
jesteście bliżej nich. Powiedz mi. Wśród ludzi mamy opowieści o wiatrosprenach, które zachowują się jak osoby. Przyjmują dziwne
kształty, robią figle. Widziałaś takiego?
Eshonai powtórzyła w głowie słowa kobiety. Wydawało jej się, że część
zrozumiała.
- Spreny jak osoby? Zachowujące się jak osoby?
- Tak.
- Widziałam to.
- Doskonale. A wiatrospreny, które mówią? Zwracają się do ciebie po
imieniu? Spotkałaś takie?
- Co? - Eshonai dostroiła się do Rozbawienia. - Spreny mówiące? Nie.
Wydaje się... nieprawdziwe? Fałszywe, ale opowieść?
- Może chodzi ci o słowo "zmyślone"?
- Zmyślone. - Eshonai obróciła dźwięki w głowie. Tak, istniał więcej niż
jeden sposób prowadzenia badań.
Król i jego brat w końcu weszli na płaskowyż. "Król" nie był dla niej
nowym słowem, bo wspominano je w pieśniach. Słuchacze debatowali, czy
powinni mieć monarchę. Eshonai wydawało się, że dopóki nie przestaną
walczyć między sobą i się nie zjednoczą, ta dyskusja była śmieszna.
Brat króla był mężczyzną o niekształtnej, przyciężkawej sylwetce i wyglądał, jakby należał do nieco innego gatunku niż wszyscy pozostali.
Jego spotkała jako pierwszego, razem z grupą ludzkich zwiadowców,
jeszcze w lesie. Ten człowiek był nie tylko większy od pozostałych, ale
też inaczej chodził. Miał bardziej zaciętą twarz. Gdyby o ludziach można
było powiedzieć, że mają formy, ten mężczyzna byłby wojnoformą.
Sam król jednak... stanowił dowód na to, że ludzie nie mieli form. Był
nieobliczalny. Czasem głośny i wściekły, innym razem cichy i lekceważący. Rzecz jasna, słuchacze również znali różne uczucia. Ale ten
mężczyzna po prostu nie dawał się wyjaśnić. Może przez to, że ludzka
mowa była pozbawiona rytmów, Eshonai tak bardzo zaskakiwało, kiedy
działali z tak wielką pasją. Był też jedynym mężczyzną w grupie, który
nosił brodę. Dlaczego?
- Przewodniczko. - Król podszedł do niej. - Czy tu odbywają się łowy?
- Czasami. Zależy. Jest sezon, więc może przyjdą. Może nie.
Król pokiwał w zamyśleniu głową. Niezbyt interesował się nią i innymi
słuchaczami. Z kolei jego zwiadowcy i uczone sprawiali wrażenie równie
zafascynowanych Eshonai, jak ona nimi. Dlatego zwykle spędzała czas w ich towarzystwie.
- Jakie wielkoskorupy mogą tu żyć? - spytał brat. - Wydaje się, że nie
ma tu dla nich przestrzeni, przez te wszystkie pęknięcia w ziemi. Czy są
jak białogrzbiety? Skaczą z miejsca na miejsce?
- Białogrzbiet? - Nie znała tego słowa.
Kobieta z pierścieniami wyjęła dla niej księgę z rysunkiem.
Eshonai pokręciła głową.
- Nie, nie to. One są... - Jak objaśnić potwory z rozpadlin? - Są
wspaniałe. I duże. I potężne. One... te ziemie są ich.
- A wasz lud je wielbi? - spytała jedna z uczonych.
- Wielbi?
- Cześć. Szacunek.
- Tak. - Któż nie szanowałby tak potężnej bestii?
- Ich bogowie, oświecony - powiedziała skryba do króla. - Jak
podejrzewałam, wielbią te bestie. Musimy uważać podczas przyszłych
polowań.
Eshonai zanuciła z Niepokojem, żeby zasugerować, że jest zdezorientowana
- ale oni tego nie rozpoznawali. Musieli wypowiedzieć wszystko słowami.
- Tutaj. - Król wskazał ręką. - Ten płaskowyż wydaje się dobrym miejscem
na zrobienie sobie przerwy.
Ludzcy towarzysze zaczęli rozpakowywać swoje rzeczy - namioty z cudownego mocnego materiału i rozmaitość jedzenia. Ci ludzie czerpali
przyjemność z posiłków. Podróżowali w takim luksusie, że Eshonai zaczęła
się zastanawiać, jak wyglądają ich domy.
Zamierzała to sprawdzić, kiedy już odejdą. Jeśli dotarli tutaj bez
naprawdę wytrzymałych form w rodzaju pracoformy, nie mogli przebyć zbyt
dalekiej drogi. Dostroiła się do Rozbawienia. Po tak wielu latach bez
kontaktów za kilka miesięcy pewnie sama dotarłaby do ich domów.
Eshonai zajęła się rozstawianiem namiotów. Chciała zorientować się, z jakich części się składały. Była pewna, że potrafiłaby wyrzeźbić pręt
podobny do tych, które podtrzymywały dach. Ale tkanina była lżejsza i gładsza niż wszystko, co potrafili utkać słuchacze. Jeden z robotników
miał problem z węzłem, więc Eshonai wyjęła nóż, by go przeciąć.
- Co to? - spytał ktoś za jej plecami. - Czy mogłabyś mi pokazać ten
nóż?
Była to kobieta z pierścieniami. Eshonai myślała wcześniej, że może była
kiedyś parą króla, bo tak często z nim rozmawiała. Ale najwyraźniej nie
miało to związku.
Eshonai spuściła wzrok i zorientowała się, że wyjęła dobry nóż
myśliwski. Była to jedna z broni, jakie jej przodkowie uratowali z ruin
pośrodku Równin - z pięknego metalu z liniami w środku i ze wspaniale
wyrzeźbioną rękojeścią.
Wzruszyła ramionami i pokazała go kobiecie. Dziwna kobieta z kolei
przywołała gestem króla. Mężczyzna opuścił cień i podszedł bliżej, wziął
nóż i zapatrzył się na niego zmrużonymi oczami.
- Skąd go masz? - spytał Eshonai.
- Jest stary. - Nie chciała powiedzieć za dużo. - Przekazywany. Przez
pokolenia.
- Może jeszcze z czasów Fałszywego Spustoszenia? - Kobieta zwróciła się
do króla. - Naprawdę mogą korzystać z broni, która ma dwa tysiące lat?
Ostrza Odprysku słuchaczy były o wiele wspanialsze, ale Eshonai o nich
nie mówiła. Żadne z nich i tak nie należało do jej rodziny.
- Chciałbym wiedzieć, jak wy...
Przerwało mu dochodzące z niewielkiej odległości trąbienie. Eshonai
obróciła się na pięcie i dostroiła do Napięcia.
- Potwór z Rozpadlin. Zbierzcie żołnierzy! Nie sądziłam, że jeden z nich
się zbliży.
- Poradzimy sobie z... - zaczął mówić król, ale przerwał i otworzył
szerzej oczy.
Zbliżył się do niego podziwospren, unosząca się niebieska kula, która
rozrastała się z wielkim entuzjazmem.
Eshonai odwróciła się i zobaczyła odległy cień wyłaniający się z rozpadliny. Smukły, ale silny, potężny i pełen wdzięku. Bestia kroczyła
na wielu nogach i nie posłała ludziom nawet spojrzenia. Byli dla niej
tym, czym ona dla słońca - i w rzeczy samej, odwróciła się, by pławić
się w jego blasku. Wspaniała i potężna, jakby ożywiony Rytm Podziwu.
- Krwi ojców moich... - Brat króla podszedł bliżej. - Jak wielkie jest
to coś?
- Większe niż te, które żyją w Alethkarze - odparł król. - Musiałbyś
udać się aż na herdazkie wybrzeże, by napotkać tak ogromnego
wielkoskorupa. Ale one żyją w wodzie.
- Te żyją w rozpadlinach - szepnęła Eshonai. - Nie wygląda na
rozwścieczonego, na nasze szczęście.
- Być może jest na tyle daleko, że nas nie zauważył - stwierdził brat
króla.
- Zauważył nas - sprzeciwiła się Eshonai. - Po prostu go nie obchodzimy.
Inni zebrali się wokół, a król ich uciszył. W końcu bestia odwróciła się
i obrzuciła ich spojrzeniem. Później zsunęła się z powrotem do
rozpadliny, a za nią podążyło kilka migoczących rozpadlinosprenów, jak
strzały w locie.
- Na burze - odezwał się brat króla. - Chcesz nam powiedzieć, że zawsze,
kiedy stoimy na tych płaskowyżach, jedna z tych bestii może przebywać
tuż pod nami? Krążyć wokół?
- Jak one żyją w tych rozpadlinach? - spytała jedna z kobiet. - Co
jedzą?
Powróciwszy do spożywania posiłku, ludzie byli już bardziej skupieni i składniejsi w działaniu. Chcieli zjeść i odejść stąd, ale nikt nie
wyraził tego na głos i nikt nie nucił z Niepokojem.
Jedynie król wydawał się niewzruszony. Podczas gdy inni zajmowali się
swoimi sprawami, wciąż wpatrywał się w nóż Eshonai, którego jej nie
oddał.
- Naprawdę macie je od tysięcy lat?
- Nie - przyznała. - Znaleźliśmy je. Nie moi rodzice. Rodzice rodziców.
W ruinach.
- Ruiny, powiadasz? - Król gwałtownie podniósł wzrok. - Które ruiny? Te
miasta, o których wspomniał inny przewodnik?
Eshonai cicho przeklęła Klade'a za wspomnienie o dziesięciu miastach.
Postanowiła, że nie wyjaśni, iż chodziło o ruiny pośrodku Równin, i dostroiła się do Niepokoju. Sposób, w jaki się w nią wpatrywał,
sprawiał, że czuła się jak mapa, która została źle narysowana.
- Mój lud budował miasta. Starzy rodzice mojego ludu.
- Co ty nie powiesz... Bardzo ciekawe. Pamiętacie tamte dni? Macie
zapiski?
- Mamy pieśni. Wiele pieśni. Ważne pieśni. Mówią o formach, jakie
nosiliśmy. Wojnach, w których walczyliśmy. Jak opuściliśmy... Nie znam
słowa... tych dawnych. Którzy nami władali. Kiedy Neshua Kadal walczyli,
ze sprenami jako towarzyszami, i mieli... mieli rzeczy... mogli robić...
- Świetliści? - Głos mężczyzny przycichł. - Twój lud ma opowieści o Świetlistych Rycerzach?
- Tak, może? Nie mam słów, jeszcze. O tym.
- Interesujące, interesujące.
Jak się spodziewała, zaraz po posiłku ludzie postanowili wrócić do lasu.
Byli przerażeni - wszyscy poza królem. On przez całą drogę pytał o pieśni. Wyraźnie się pomyliła, kiedy założyła, że słuchacze go nie
obchodzili.
Od tamtej chwili sprawiał wrażenie bardzo zainteresowanego. Kazał
uczonym wypytywać ich o pieśni, opowieści i czy znali jakieś inne ruiny.
Kiedy ludzie po kilku dniach w końcu wyruszyli z powrotem na swoje
ziemie, król Gavilar pozostawił rodzinie Eshonai dar - kilka skrzyń
nowoczesnej broni wykutej z porządnej stali. Nie mogła zastąpić
starożytnej broni, ale nie wszyscy z jej ludu ją mieli. Żadna rodzina
nie miała dość, by uzbroić wszystkich wojowników.
W zamian Gavilar poprosił jedynie o obietnicę - kiedy powróci w bliskiej
przyszłości, chciał znaleźć rodzinę Eshonai w jednym z miast na skraju
Równin. Powiedział, że wtedy zechce osobiście wysłuchać powierników
pieśni.
49. Dusza odkrycia
49
Dusza odkrycia
Obawiam się, że w obecnym stanie rozgorączkowania nie potrafię się
skupić na tym, co ważne.
Rytm Wojny, s. 3
Navani zajęła się organizowaniem pracy uczonych pod czujnym nadzorem
dużej liczby strażników pieśniarzy.
Znajdowała się w delikatnym położeniu. Nie chciała zdradzać więcej niż
to absolutnie konieczne. Ale gdyby nie poczyniła postępów, Raboniel
wkrótce by to dostrzegła i podjęła kroki.
Na razie Navani znalazła uczonym mało twórcze, ale pracochłonne zadania.
Pieśniarze zamknęli jej ludzi w jednym z dwóch pomieszczeń biblioteki,
więc Navani kazała podopiecznym i młodszym żarliwcom posprzątać. Zebrano
stare projekty i skrzynie notatek, wyniesiono i ustawiono w stertach na
korytarzu. Potrzebowali miejsca.
Bardziej doświadczonym uczonym poleciła zająć się korektami -
przeglądaniem starych projektów i sprawdzaniem wyliczeń albo rysowaniem
nowych diagramów. Żarliwcy przynieśli czyste księgi i zaczęli przeglądać
rachunki, a Rushu rozwinęła duże schematy i poleciła kilku młodszym
kobietom zmierzyć każdą linię z osobna. To miało zająć kilka dni, może
więcej - i było całkiem naturalnym działaniem. Navani często zarządzała
przeprowadzenie ponownych obliczeń po przerwie. Pozwalało to uczonym na
powrót do właściwego stanu umysłu, a czasami przy okazji znajdowano
rzeczywiste pomyłki.
Już wkrótce miała przed sobą uporządkowaną salę pełną uspokajających
odgłosów. Szelest papieru, odgłos piór przesuwających się po papierze,
ciche rozmowy. Żadnych stworzeniosprenów ani logikosprenów, które często
towarzyszyły ekscytującej pracy. Miała nadzieję, że pieśniarze obecni na
sali nie dostrzegą w tym nic dziwnego.
Ci pieśniarze ciągle pakowali jej się pod nogi, trzymali się na tyle
blisko, by słyszeć, co Navani mówiła swoim ludziom. Przyzwyczaiła się do
uporządkowanego miejsca pracy - dawała swoim uczonym swobodę, która
pozwalała na nowe pomysły, ale jednocześnie starannie pilnowała, by
właściwie ukierunkować ich przemyślenia. Wszyscy ci strażnicy niweczyli
ten wysiłek i Navani często widziała, jak jej uczone podnoszą wzrok i wpatrują się w jakiegoś uzbrojonego prymitywa w pobliżu.
Na szczęście większość była zwyczajnymi żołnierzami. W pobliżu uczonych
przebywała tylko jedna - poza Raboniel - Stopiona, która nie należała do
tego niepokojącego rodzaju zdolnego wtapiać się w skały. Nie, to była
Stopiona tego samego typu co Raboniel, wysoka, z włosami wyrastającymi z czubka głowy, pociągłą twarzą i czerwono-białą skórą. Siedziała na
podłodze i patrzyła na nich szklistymi oczyma.
Navani przez cały ranek ukradkiem przyglądała się tej Stopionej.
Słyszała, że wielu z nich było niespełna rozumu - ta tutaj wyraźnie
pasowała do tego opisu. Często wpatrywała się w przestrzeń, a później
chichotała pod nosem. Pozwalała, by jej głowa opadała bezwładnie to na
jedną, to na drugą stronę. Dlaczego Raboniel umieściła ją tutaj, by ich
obserwowała? Czy zdrowych na umyśle Stopionych było tak mało, że nie
mieli innego wyboru?
Navani oparła się o ścianę, dotknęła dłońmi kamienia - w miejscu, gdzie
wzdłuż warstw biegła niemal niewidzialna żyła granatu - i udawała, że
przygląda się, jak kilka młodych kobiet wynosi skrzynie z papierami na
korytarz.
Wczoraj wieczorem ze mną nie rozmawiałaś, powiedziało Rodzeństwo.
- Obserwowali mnie - mruknęła Navani pod nosem. - Nie pozwolili mi
zostać w mojej komnacie, ale zabrali mnie do mniejszej. Musimy rozmawiać
tutaj. Słyszysz mnie, jeśli mówię tak cicho?
Tak.
- Widzisz, co robi Raboniel?
Kazała robotnikom ustawić biurko obok tarczy i przeprowadza próby, by
sprawdzić, czy uda jej się przebić.
- Uda się?
Nie wiem. Wykorzystałom ją po raz pierwszy. Ale chyba nie uświadamia
sobie, że to ty ją aktywowałaś. Wyjaśniła pozostałym, że musiała
uruchomić jakieś nieznane zabezpieczenie pozostawione przez starożytnych
Świetlistych. Sądzi, że po tak długim czasie muszę być martwe, skoro
wieża nie działa.
- Ciekawe. Dlaczego miałaby tak myśleć?
Matka Północy jej powiedziała. Ta Niestworzona, która zajmowała mnie
przez tak wiele lat, ta, którą odstraszyli twoi Świetliści? Przez ten
cały czas pozostawałom ukryte przed nią, nigdy nie walczyłom, więc
myśli, że umarłom.
- Przez ten cały czas? Jak długo?
Stulecia.
- Nie było ci ciężko?
Nie. Dlaczego? Stulecia nic dla mnie nie znaczą. Nie starzeję się.
- Inne spreny zachowują się, jakby czas miał znaczenie.
Świetliste spreny, owszem. Świetliste spreny robią widowisko, udają, że
są mężczyznami lub kobietami, formami męskimi lub żeńskimi, choć wcale
nimi nie są. Myślą jak ludzie, bo chcą być jak ludzie. Ja nie udaję. Nie
jestem człowiekiem. Nie muszę przejmować się czasem. Nie muszę wyglądać
jak wy. Nie muszę błagać was o zainteresowanie.
Navani uniosła brew, myśląc o tym, że Rodzeństwo musiało błagać ją o pomoc. Ale powstrzymała się przed komentarzem. Jak najlepiej wykorzystać
tę przewagę? Jaka była droga ku wolności? Navani lubiła myśleć, że
dostrzega wzory i tworzy porządek wśród chaosu. Na pewno istniał sposób
wydostania się z tego bałaganu. Musiała w to uwierzyć.
Potraktuj to jak każdy inny problem, powiedziała sobie. Podejdź do tego
systematycznie i podziel na mniejsze, łatwiejsze do opanowania elementy.
Poprzedniej nocy podjęła decyzję co do ogólnych kierunków działania. Po
pierwsze, musiała utrzymać teren, który już zdobyła. A to oznaczało
upewnienie się, że tarcza Rodzeństwa pozostanie na swoim miejscu.
Po drugie, musiała przekazać wieści Dalinarowi i tym na zewnątrz,
poinformować ich o tym, co się wydarzyło.
Po trzecie, musiała się zorientować, co zrobił wróg, by zanegować moce
Świetlistych. Wedle Rodzeństwa chodziło o wypaczenie starożytnych
mechanizmów obronnych wieży. Navani musiała je wyłączyć.
Wreszcie Navani musiała zwrócić tę moc przeciwko napastnikom. A gdyby to
się nie udało, musiała wykorzystać przebudzonych Świetlistych do
przeprowadzenia kontrataku.
Kiedy stała tutaj, uwięziona w piwnicy i ciągle obserwowana, wydawało
się, że to niemożliwe zadania. Ale jej uczone sprawiły, że statek
poleciał. Mogła tego dokonać, z ich pomocą.
Navani przeliczyła strażników pieśniarzy, którzy krążyli po sali i spoglądali przez ramię pracujących uczonych. Jeden zatrzymał dziewczynę
wynoszącą notatki i przejrzał skrzynię. Stopiona - ta, która przekręcała
głowę z boku na bok i nuciła głośny rytm - w tej chwili ją obserwowała.
Navani starała się, by to nie wzbudziło w niej niepokoju, i odwróciła
głowę tak, by jej wargi nie były widoczne, po czym znów mówiła pod
nosem.
- Załóżmy, że Raboniel jest dość bystra, by domyślić się, co zrobili ci
starożytni Świetliści, tworząc twoją tarczę. W jaki sposób mogłaby
spróbować ją obejść?
Rodzeństwo nie odpowiedziało i Navani zapytała:
- Coś się stało? Dobrze się czujesz?
Nic mi nie jest. Ale nie jesteśmy przyjaciółmi, człowieku. Jesteś
właścicielem niewolników. Nie ufam ci.
- Jak na razie mi zaufałoś.
Z konieczności. Teraz jestem bezpieczne.
- A jak długo będziesz bezpieczne? Mówisz, że nie ma sposobu, żeby
Raboniel się przebiła?
Rodzeństwo nie odpowiedziało.
- W porządku. Ale nie mogę zacząć planować, jak ci pomóc, jeśli nie znam
twoich słabych punktów. Będziesz samo, poddane wszystkiemu, co postanowi
zrobić Raboniel.
...Nienawidzę ludzi, powiedziało w końcu Rodzeństwo. Ludzie wypaczają
to, co zostało powiedziane, żeby zawsze mieć rację. Kiedy zażądasz,
żebym związało się z człowiekiem, oddało wolność i ryzykowało życie? Z pewnością będziesz miała doskonałe uzasadnienia, dlaczego absolutnie
powinnom to zrobić.
Tym razem to Navani zachowała milczenie. Rodzeństwo mogło stworzyć
kolejnego Kowala Więzi, a biorąc pod uwagę to, jak użyteczne były moce
Dalinara w wysiłku wojennym, Navani byłaby głupcem, gdyby nie
wykorzystała okazji. Musiała więc znaleźć sposób, by skłonić Rodzeństwo
do ponownego związania się z człowiekiem. Musiała znaleźć kogoś
całkowicie niegroźnego. Kogoś, kto nie pracował z fabrialami, kogoś, kto
nie był politykiem. Kogoś, kogo Rodzeństwo mogło polubić.
Na razie Navani nie ponaglała go. Rodzeństwo czasami zachowywało się
dziwnie, ale ich dotychczasowe kontakty były całkiem ludzkie, mimo jego
twierdzeń. A Navani spodziewała się po człowieku, że...
Tarcza, którą stworzyliśmy, jest czymś, o czym Raboniel mogła słyszeć,
powiedziało w końcu Rodzeństwo. Dlatego też może rozumieć, jak ją
ominąć.
- Powiedz mi więcej.
Tarcza jest rozwinięciem Mocy Dusznikowania. Zestala powietrze w okolicy, przekonując je, że jest szkłem. Aby tarcza pozostała na
miejscu, do systemu musi docierać Burzowe Światło z zewnętrznych źródeł.
Raboniel może to sobie uświadomić - szczególnie jeśli zbada resztki
węzła, który wykorzystałaś, by aktywować tarczę. Istnieją inne węzły, z kryształami połączonymi bezpośrednio z moim sercem. Były cztery. Ty
zniszczyłaś jeden. Jeśli ona odnajdzie któryś z pozostałych, może
wykorzystać go, by zepsuć mnie od zewnątrz.
- Czyli musimy znaleźć je przed nią i zniszczyć.
Nie. NIE! To osłabi tarczę, a później ją zniszczy. Musimy je obronić.
Zniszczenie jednego było wystarczająco złe. Nie myśl, że skoro raz dałom
ci pozwolenie, możesz postępować tak dalej. Ludzie zawsze niszczą
rzeczy.
Navani odetchnęła głęboko. Musiała bardzo ostrożnie dobierać słowa.
- Nie zniszczę żadnego z nich, o ile nie będzie to absolutnie konieczne.
Porozmawiajmy o czymś innym. Jak skontaktowałoś się ze mną wcześniej?
Możesz posługiwać się łączotrzciną?
Nienawidzę ich. Ale użycie jej było konieczne.
- Tak, ale jak? Masz ręce?
Tylko pomocników. Jest taka szalona kobieta, w klasztorze, z którą się
skontaktowałom. Ci odizolowani, ci z przepuszczalnymi duszami, czasem
lepiej reagują na spreny. Ona jednak jedynie zapisywała wszystko, co
powiedziałom - nie reagowała. Kazałom Dabbidowi przynieść jej
łączotrzcinę i komunikowałom się przez nią.
A niech to. To nie było szczególnie użyteczne, przynajmniej teraz, gdy
łączotrzciny nie działały.
- Jak to możliwe, że wróg pozbawił Świetlistych przytomności?
To aspekt Ur, Wieży. Zabezpieczenie, które nie pozwala Stopionym - i Niestworzonym, zależnie od okoliczności - na wejście do niej.
- Natknęłam się na fabrial zaprojektowany, by działał w taki sam
sposób... Myślę, że zainspirował go fragment kryształowej kolumny. Nie
chcę być niegrzeczna, ale nie pomyślałoś o uruchomieniu tego
zabezpieczenia, kiedy zaatakowali?
Rodzeństwo milczało przez jakiś czas i Navani zastanawiała się, czy nie
wywarła zbyt wielkiej presji. Na szczęście w końcu się odezwało, bardzo
cicho.
Ja... zostałom ranne. Przed tysiącami lat wydarzyło się coś, co
zmieniło pieśniarzy. Mnie też zraniło.
Navani starała się nie okazać szoku.
- Mówisz o związaniu tamtej Niestworzonej, które sprawiło, że pieśniarze
utracili formy?
Tak. Ten straszliwy czyn dotknął dusz wszystkich, którzy należą do
Rosharu. Również sprenów.
- Jak to możliwe, że żaden spren o nim nie wspomniał?
Nie wiem. Ale tego dnia straciłom rytm swojego Światła. Wieża przestała
działać. Mój ojciec, Honor, powinien mi pomóc, ale tracił rozum. A wkrótce umarł...
W głosie Rodzeństwa było tyle smutku, że Navani nie naciskała. To
zmieniało wszystko.
Kiedy tamta Stopiona mnie dotknęła, zepsuła część mnie do tonu Odium.
To kiedyś nie byłoby możliwe - ale teraz już tak. Wypełnia mój system
jego Światłem, niszcząc mnie. Psując mnie.
- Czyli... Gdyby udało nam się znaleźć sposób, by zniszczyć Pustkowe
Światło w twoim wnętrzu albo jakimś sposobem odzyskać rytm, który
utraciłoś, mogłobyś uruchomić ponownie wieżę i stanąć w naszej obronie?
Pewnie tak. To się nie wydaje możliwe. Czuję... że jesteśmy zgubieni.
Zmiana nastroju wydawała się wyjątkowo ludzka. Navani czuła się
podobnie. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy.
Podziel to na małe kawałki, przypomniała sobie. Chroń Rodzeństwo dość
długo, by znaleźć rozwiązanie innych problemów. Takie jest twoje
pierwsze zadanie.
Nie wypełniało się od razu całej mapy. Kreśliło się linię po linii. Taka
była dusza odkrycia.
Ale...
- Ale? - Navani otworzyła oczy. - Ale co?
Być może nie będziemy musieli budzić Świetlistych. W wieży jest dwoje
wciąż przytomnych.
Navani znów niemal straciła panowanie nad sobą. Dlaczego Rodzeństwo nie
wspomniało o tym od razu?
Jedno ma dla mnie sens. Jest przytomna, bo została stworzona w dziwny
sposób i używa Światła inaczej niż pozostali. Została stworzona w tym
celu przez moją matkę. Ale straciłom ją z oczu i nie wiem, gdzie jest.
Młoda kobieta. Tancerka Krawędzi.
- Zwinka. - Ona zawsze była dziwna. - Już jej nie widzisz?
Nie. Sądzę, że widzę fragmenty wieży dzięki Świetlistym, których łączy
ze mną Związek. Przez jakiś czas dostrzegałom tę młodą Tancerkę
Krawędzi, ale wczoraj zniknęła. Była w klatce i pewnie otoczyli ją
ralkalestem. Ale jest ten drugi. Mężczyzna. Musi być z Czwartego Ideału,
lecz nie ma pancerza. Czyli... może z Trzeciego, ale blisko Czwartego?
Może to coś związanego z jego bliskością do mojego ojca - i Mocy
Przyczepności - pozwala mu zachować przytomność. Jego siłą są więzi. Ten
mężczyzna jest Wiatrowym, ale nie nosi już munduru.
Kaladin.
- Czy możesz nawiązać z nim kontakt?
***
Pierwszym celem Kaladina było Burzowe Światło. Całe szczęście doskonale
wiedział, gdzie znaleźć napełnione kule. Robotnicy często umieszczali
latarnie z klejnotami w bardziej uczęszczanych korytarzach, odpychając
ciemność i czyniąc wnętrza przyjemniejszymi i wygodniejszymi. Jeden z takich projektów rozpoczęto na piątym piętrze, na tyle daleko od kliniki
jego rodziny, że próba zbliżenia się nie groziła zbyt wielkim
niebezpieczeństwem.
Zaczął od wymacania sobie drogi przez ciemne korytarze w pobliżu
kryjówki na dziesiątym piętrze. Razem z Syl stworzył w głowie mapę
okolicy, po czym ostrożnie wyszedł na skraj. Gdy zobaczył pierwsze
odległe promienie słońca, poczuł się, jakby opuszczał klatkę handlarza
niewolników, i musiał się powstrzymywać, żeby nie pobiec co sił w nogach
w jego stronę.
Powoli, ostrożnie, bez pośpiechu. Pozwolił Syl ruszyć przodem.
Wyślizgnęła się na balkon i wyjrzała. Kaladin kulił się w ciemnościach,
czekając, obserwując, słuchając. W końcu wróciła i zawirowała w powietrzu, co było sygnałem, że nie zauważyła niczego podejrzanego.
Wyszedł na blask. Próbował zapamiętać ułożenie warstw w tym zewnętrznym
korytarzu, po czym obejrzał się przez ramię i popatrzył w głąb
dziesiątego piętra. Korytarz prowadził właściwie prosto do jego
kryjówki. Jego głupi umysł ciągle wyobrażał sobie, że zapomni drogę i pozostawi Tefta, który będzie powoli umierał i być może pod koniec się
przebudzi. Samotny, uwięziony, przerażony...
Kaladin otrząsnął się, po czym ostrożnie wszedł do komnaty z balkonem,
skąd mógł przyjrzeć się zewnętrznym ścianom wieży. Idąc, nie natknęli
się na ani jednego strażnika. Kiedy wyjrzał na zewnątrz, nie dostrzegł
ani jednej latającej Istoty z Niebios. Co się działo? Czyżby wycofali
się z jakiegoś powodu?
Nie. Wciąż czuł przytłaczające otępienie, oznakę tego, co zrobili, by
stłumić moce Świetlistych. Wychylił się bardziej. Na płaskowyżach
widział postacie w niebieskich mundurach, stojące na zwyczajowych
stanowiskach i pilnujące Bram Przysięgi. Poczuł przypływ ulgi, może
nawet niedowierzania. Czy to wszystko było tylko koszmarnym snem?
- Kaladinie - syknęła Syl. - Ktoś idzie.
Przycisnęli się do pobliskiej ściany, gdy zewnętrznym korytarzem
przeszła grupa sylwetek. Mówili w rytmach, po azirsku. Pieśniarze
strażnicy - Kaladin dostrzegł, że nieśli włócznie. Omal się na nich nie
rzucił, powstrzymawszy się w ostatniej chwili. Na pewno istniał
łatwiejszy i mniej ostentacyjny sposób zdobycia porządnej broni.
Wróg wciąż panował nad wieżą. A kiedy Kaladin się nad tym zastanowił,
zrozumiał prawdę.
- Chcą, by wieża od zewnątrz wyglądała, jakby nic się nie wydarzyło -
szepnął do Syl, gdy patrol ich minął. - Wiedzą, że kiedy pojawią się
problemy z komunikacją, Dalinar wyśle Wiatrowych, by przeprowadzili
zwiad wokół wieży, więc wróg próbuje udawać, że nie została podbita. To
albo iluzje Stopionych, albo ich ludzcy sympatycy, może pozostałości
armii Amarama, w skradzionych mundurach.
- A Wiatrowi nie zbliżą się bardziej i nie odkryją prawdy, bo ich moce
zawiodą - dodała Syl.
- To będzie podejrzane. Wróg nie utrzyma tego zbyt długo w tajemnicy.
Przeszli do pobliskiej klatki schodowej. Nie wyglądała na strzeżoną, ale
i tak wysłał Syl przodem. Później ruszyli w dół. Dziewiąte, ósme i siódme piętro były względnie niestrzeżone. Po prostu było tu zbyt wiele
przestrzeni i nie dało się pilnować wszystkiego. Choć zauważyli jeszcze
jeden patrol na skraju wieży, aż do szóstego piętra szło im się łatwo.
Ponieważ jednak można się było z niego dostać na względnie zaludnione
piąte piętro, natrafili na strażników na dole pierwszych pięciu klatek
schodowych, które sprawdzili.
Musieli wejść w głąb i znaleźć niewielkie schody na uboczu, o których
przypomniała sobie Syl. Dotarcie do nich oznaczało ponowne wejście w ciemność. Dla Kaladina słońce było równie ważne jak jedzenie i woda.
Opuszczenie go bolało, ale zrobił to.
Jak mieli nadzieję, mniejsze schody nie były strzeżone. Wyszli na piątym
piętrze w ciszy i mroku. Wydawało się, że większość ludzkich mieszkańców
wieży wciąż pozostawała uwięziona w swoich kwaterach. Wróg zastanawiał
się, jak rządzić tym miejscem, co powinno dać Kaladinowi szansę. Mając
to w pamięci, dał Syl zadanie.
Pofrunęła w stronę komnat z balkonami, pozostawiając go skulonego na
schodach i uzbrojonego w skalpel. Kaladin zadrżał i zaczął żałować, że
nie ma płaszcza albo kurtki. Wydawało się, że w wieży jest zimniej niż
kiedykolwiek dotąd. Cokolwiek zrobił wróg, by powstrzymać Świetlistych,
wpłynęło również na inne funkcje wieży. Zaczął martwić się o ludzi.
Syl w końcu wróciła.
- Twoja rodzina jest uwięziona w swoich komnatach, jak wszyscy -
powiedziała cicho. - Ale przed ich drzwiami stoją strażnicy. Nie
odważyłam się spróbować porozmawiać z twoim ojcem albo matką, ale
widziałam ich oboje przez okno. Wyglądają na zdrowych, choć
przestraszonych.
Kaladin pokiwał głową. Pewnie nie mógł liczyć na nic lepszego. Miał
nadzieję, że ojcu udało się przekonać pieśniarzy i uniknąć kłopotów, jak
mówił. Kaladin i Syl przekradli się do korytarza, w którym montowano
latarnie. Robotnicy porzucili tu stertę opraw, jak również narzędzia do
zamocowania ich na ścianie.
Nie pozostawili klejnotów wśród wyposażenia, a latarnie w tym korytarzu
były puste. Ale już w następnym korytarzu latarnie wypełniono ametystami
- średnimi klejnotami, nieco większymi od broamów. To oznaczało dużo
Burzowego Światła, gdyby udało mu się je wydostać.
- Co myślisz? - zapytał Kaladin. - Wziąć łom, szybko je rozwalić i uciekać?
- Wydaje mi się, że będzie dużo hałasu. - Syl wylądowała na jednej z latarni.
- Mógłbym ukraść Burzowe Światło i napełnić kule, które mam przy sobie.
Ale chciałbym zdobyć kilka z tych klejnotów. Potrzebuję większego
zapasu.
- Możemy odnaleźć opiekunkę latarni i dostać od niej klucze.
- Ta, która zajmuje się tą kondygnacją, jest jasnooka i mieszka gdzieś
na drugim piętrze, tak mi się wydaje. Lopen próbował zaprosić ją na
obiad.
- Oczywiście, że to zrobił. Ale... po zastanowieniu, próba odnalezienia
jej wydaje się trudnym i niebezpiecznym zadaniem.
- Zgadzam się.
Syl stanęła na czubku świecącej latarni, po czym śmignęła w bok,
zmieniła się w świetliste pasmo i wślizgnęła przez niewielką dziurkę od
klucza. Choć nie mogła przenikać przez przedmioty, zwykle wystarczało,
że przecisnęła się przez szczelinę lub otwór.
Jej wstęga wiła się wewnątrz latarni. Były one solidnymi żelaznymi
oprawami, zaprojektowanymi, by utrudniać włamanie. Miały szklane
ścianki, ale wzmocnione metalową siatką. Klucz pozwalał otworzyć zamek
na jednej ze ścianek, uchylić ją i sięgnąć do środka. Pozostałe ścianki
latarni można było otworzyć za pomocą znajdujących się wewnątrz zasuwek.
Syl podleciała do jednej z tych zasuwek i znów przybrała ludzką postać.
Teoretycznie, gdyby ktoś nie miał klucza, mógłby rozbić szkło i kawałkiem drutu ręcznie odsunąć wewnętrzną zasuwkę i otworzyć jedną ze
ścianek. Ale oprawę zaprojektowano, by to utrudnić, szkło było grube i wzmacniane żelazną siatką.
Syl próbowała napierać na zasuwkę, ale była dla niej zbyt ciężka. Oparła
dłonie na biodrach i spiorunowała ją wzrokiem.
- Spróbuj Wiązania. - Głos Syl odbijał się echem od szkła i był
głośniejszy, niż można by się spodziewać po jej drobnej sylwetce.
- Wiązania nie działają - powiedział cicho Kaladin, uważnie obserwując
korytarz.
- Wiązania grawitacyjne nie działają. Ale inne tak, prawda?
Wiatrowi mieli trzy rodzaje Wiązań. Najczęściej korzystał z Wiązania
grawitacyjnego, które pozwalało napełnić przedmiot lub osobę, by zmienić
kierunek, w którym przyciągała je grawitacja. Ale istniały jeszcze dwa
inne. Kiedy w czasie inwazji niósł Tefta do kliniki, sprawdził Pełne
Wiązanie. Ono pozwalało napełnić przedmiot Światłem i rozkazać mu, by
przykleił się do tego, czego dotykał. Na początku, kiedy był mostowym,
mocował za jego pomocą kamienie do ściany rozpadliny.
Ostatnie Wiązanie było najdziwniejsze i najbardziej skomplikowane ze
wszystkich. Odwrócone Wiązanie sprawiało, że coś przyciągało inne
przedmioty. Przypominało połączenie dwóch wcześniejszych. Napełniało się
powierzchnię, a później rozkazywało jej, by przyzywała określone
przedmioty. A one były do niej przyciągane. Jakby... jakby napełniony
przedmiot stawał się źródłem ciążenia. Jako mostowy Kaladin nieświadomie
wykorzystywał to Wiązanie, by przyciągać strzały do swojego mostu,
dzięki czemu zmieniały tor lotu i omijały jego przyjaciół.
- To, co nazywasz "Wiązaniami", to tak naprawdę dwie Moce działające
razem. Grawitacja i Przyczepność połączone na różne sposoby. Mówisz, że
Wiązania oparte na Grawitacji nie działają, a te na Przyczepności tak. A co z Odwróconym Wiązaniem?
- Nie próbowałem - przyznał Kaladin.
Zrobił krok w bok i wyciągnął Burzowe Światło z innej latarni. Czuł
energię, moc w swoich żyłach - coś, za czym tęsknił. Uśmiechnął się i zrobił krok do tyłu, wypełniony mocą.
- Spróbuj sprawić, by szkło przyciągnęło zasuwkę. - Syl wskazała ręką. -
Jeśli uda ci się sprawić, by zasuwka przesunęła się w twoją stronę,
zamknięcie się otworzy.
Dotknął boku obudowy latarni. Przez ostatni rok ćwiczył Wiązania. Sigzil
go nadzorował i prowadził eksperymenty, jak zawsze. Odkryli, że
Odwrócone Wiązanie wymagało rozkazu - a przynajmniej wyobrażenia sobie
spodziewanych rezultatów. Kiedy napełniał szkło, próbował sobie
wyobrazić, że Burzowe Światło przyciąga rzeczy.
Nie, nie rzeczy. Tylko zasuwkę.
Burzowe Światło stawiało opór. Podobnie jak w przypadku podstawowego
Wiązania grawitacyjnego, czuł moc, ale coś go blokowało. Jednakże
blokada była tu słabsza. Skupił się, naparł mocniej i - jak po otwarciu
zapory - Światło nagle go opuściło. Odwrócone Wiązanie nie świeciło tak
mocno, jak powinno, biorąc pod uwagę Burzowe Światło. W pewnym sensie
było właśnie odwrócone. Ale po chwili rozległ się cichy trzask.
Moc przyciągnęła zasuwkę, która - pociągnięta przez tę niewidzialną moc
- wyskoczyła z obudowy. Kaladin otworzył latarnię, wyjął klejnot i schował go do kieszeni.
Syl wyfrunęła.
- Musimy częściej je ćwiczyć, Kaladinie. Nie korzystasz z nich tak
instynktownie jak z dwóch pozostałych.
Pokiwał z namysłem głową i odzyskał Burzowe Światło, które wcisnął do
oprawy.
Później ruszyli ukradkiem wzdłuż korytarza, a z każdym skradzionym
klejnotem robiło się w nim coraz ciemniej.
- Odwrócone Wiązanie wymaga wysiłku - powiedział cicho do Syl. - Ale
zastanawiam się, czy może udałoby mi się zmusić podstawowe Wiązania
grawitacyjne do działania.
Polegał na nich w walce - zdolności, by wyskoczyć w górę, odepchnąć
przeciwnika w powietrze. Nawet prosta możliwość zmniejszenia własnej
masy, by poruszać się swobodniej.
Opróżnił ostatnią latarnię i z zadowoleniem stwierdził, że w kieszeni ma
sporo Burzowego Światła. Majątek, jak na realia Paleniska, choć zdążył
się już przyzwyczaić, że tyle miał pod ręką. Schował klejnoty do ciemnej
sakiewki, by jego kieszeń nie emanowała blaskiem, i wyruszyli dalej. Tym
razem po zapasy.
Trzymali się wewnętrznej części kondygnacji - łatwo dostrzegliby
zbliżający się patrol dzięki niesionemu przez nich światłu. Po drodze
natrafił na parę umundurowanych pieśniarzy na posterunku, ale udało mu
się przekraść do bocznego korytarza i odnaleźć zupełnie niestrzeżone
wejście.
Kaladin i Syl weszli do środka, po czym przeszli ostrożnie korytarzem z celami po obu stronach. Wciąż tak o nich myślał, choć żarliwcy upierali
się, że to nie więzienie. Oczywiście komnaty, w których mieszkali sami
żarliwcy, były porządnie oświetlone, umeblowane i wręcz przytulne. Drogę
do jednej z nich wskazało Kaladinowi światło w szparze pod drzwiami.
Sprawdził glif wymalowany na drewnie i ostrożnie wszedł do środka.
Zaskoczył przebywającego w środku żarliwca, tego samego, którego poznał
podczas swoich wcześniejszych odwiedzin w tym miejscu. Kuno, tak się
nazywał. Żarliwiec czytał, ale kiedy Kaladin przeszedł pośpiesznie przez
komnatę i zrobił uciszający gest, próbował - bezskutecznie - zsunąć
okulary na nos.
- Czy są jacyś inni strażnicy? - spytał Kaladin szeptem. - Widziałem
dwóch przy głównym wejściu.
- N-nie, oświecony. - Okulary wisiały luźno w ręce żarliwca. - Ja...
Jak? Jak się tu znaleźliście?
- Z łaski boga lub dzięki szczęściu. Jeszcze nie zdecydowałem.
Potrzebuję zapasów. Racje żywnościowe, dzbany wody. Medykamenty, jeśli
jakieś macie.
Mężczyzna pochylił się i ignorując okulary w ręku, wpatrzył się w niego
zmrużonymi oczyma.
- Na Wszechmocnego. To naprawdę wy, Burzą Błogosławiony.
- Masz rzeczy, których potrzebuję?
- Tak, tak.
Kuno wstał, przeciągnął dłonią po ogolonej głowie i wyprowadził ich z komnaty.
- Miałeś rację - odezwała się Syl. Siedziała na ramieniu Kaladina, kiedy
ruszył za żarliwcem. - Pewnie zabezpieczyli wszystkie strażnice, kliniki
i koszary. Ale położone na uboczu schronisko dla chorych umysłowo...
Kuno zaprowadził ich do niewielkiego magazynu. W środku Kaladin znalazł
większość tego, czego potrzebował. Szpitalną koszulę i basen dla Tefta.
Kilka innych ubrań. Gąbkę i misę, a nawet dużą strzykawkę do karmienia
kogoś nieprzytomnego.
Włożył je do torby razem z bandażami, głębikorą na ból i środkiem
odkażającym. Dołożył do nich suche racje żywnościowe, głównie
Dusznikowane, ale musiały wystarczyć. Przywiązał cztery dzbany wody do
sznura, który mógł przerzucić sobie przez szyję - i wtedy zobaczył
wiadro ze środkami czystości. Wyjął z niego cztery szczotki z grubego
włosia, z mocnymi drewnianymi uchwytami, używane do szorowania podłogi.
- Musicie... umyć podłogę, Świetlisty? - spytał żarliwiec.
- Nie, ale nie mogę już latać, więc ich potrzebuję. - Kaladin schował je
do torby. - Nie masz przypadkiem bulionu?
- Nie pod ręką.
- Szkoda. A broń?
- Broń? Do czego jej potrzebujecie? Macie Ostrze.
- W tej chwili nie działa.
- Cóż, nie mamy tutaj broni, oświecony. - Kuno otarł twarz, która
ociekała potem. - Na burze. Chcecie powiedzieć... zamierzacie z nimi
walczyć?
- A co najmniej stawiać opór. - Kaladin założył sznur na szyję, wstał z niejakim trudem i poprawił go, by nie wrzynał się za bardzo. - Nie mów o mnie nikomu. Nie chciałbym, żeby zabrali cię na przesłuchanie. Będę
potrzebował więcej zapasów.
- Wy... zamierzacie wrócić? Robić to regularnie? - Mężczyzna zdjął
okulary i znów otarł twarz.
Kaladin położył dłoń na jego ramieniu.
- Jeśli stracimy wieżę, przegramy wojnę. Nie czuję się na siłach
walczyć. I tak zamierzam to robić. Nie musisz brać do ręki włóczni, ale
gdybyś mógł zdobyć trochę bulionu i co parę dni napełniać dzbany z wodą...
Mężczyzna pokiwał głową.
- Dobrze. Mogę... mogę to zrobić.
- Jesteś dobrym człowiekiem. Jak już mówiłem, nie opowiadaj o tym. Nie
chcę, żeby ludzie wbili sobie do głów, że mają sięgnąć po włócznie i walczyć przeciwko Stopionym. Żeby wydobyć nas z tego bałaganu, muszę
albo dostarczyć wiadomość Dalinarowi, albo jakimś sposobem obudzić
innych Świetlistych.
Wciągnął odrobinę Burzowego Światła. Potrzebował go, żeby dźwigać cały
ten ciężar, a jego blask wyraźnie dodał otuchy żarliwcowi.
- Życie ponad śmiercią - powiedział mu Kaladin.
- Życie ponad śmiercią - zgodził się Kuno.
Kaladin podniósł worki i wszedł w ciemność. Poruszał się powoli, ale w końcu dotarł na dziesiąte piętro. Tutaj zaczął się rozglądać, a Syl
kręciła się po okolicy, żeby sprawdzić, czy uda jej się przypomnieć
sobie drogę. Nie musieli się martwić - w żyle granatu na podłodze
pojawił się słaby blask.
Podążyli za światełkiem do komnaty, w której zostawili Tefta. Drzwi
otworzyły się bez trudu, nie potrzebowały więcej Burzowego Światła. Po
wejściu Kaladin odłożył zapasy, sprawdził stan przyjaciela i zaczął
przyglądać się dokładniej, co właściwie udało mu się zdobyć. Światełko
granatu zamigotało na podłodze obok niego, a on musnął palcami żyłę
kryształu.
W jego głowie natychmiast rozległ się głos.
Arcymarszałku? Czy to prawda? Jesteście przytomni i zdolni do
działania?
Kaladin aż podskoczył. To był głos królowej.
***
Jasność Navani? W głowie Navani zabrzmiał głos Kaladina. Jestem
przytomny. Zasadniczo zdolny do działania. Moje moce... zachowują się
dziwnie.
Navani odetchnęła głęboko. Rodzeństwo patrzyło, jak przekrada się na
trzecie piętro, a później zdobywa zapasy w klasztorze. W czasie, kiedy
wracał, Navani - by nie wzbudzać podejrzeń - kilka razy obeszła salę,
rozmawiając z uczonymi i dodając im otuchy. Teraz wróciła na swoje
miejsce, oparła się o ścianę i próbowała sprawiać wrażenie znudzonej.
Choć bynajmniej tak się nie czuła. Miała kontakt ze Świetlistym
Rycerzem, może z dwojgiem, jeśli Rodzeństwu uda się odnaleźć Zwinkę.
- To dobrze - szepnęła, a Rodzeństwo przekazało jej słowa Kaladinowi. -
Na razie niechętnie współpracuję z okupantem. Uwięzili mnie i moje
uczone w sali badań w południowej piwnicy, w pobliżu kolumny z klejnotów.
Wiecie, co się stało ze Świetlistymi?
- Do pewnego stopnia. Szczegóły są dość skomplikowane, ale wieża miała
starożytne zabezpieczenia przed wrogami korzystającymi z Pustkowego
Światła. Uczona Stopiona je odwróciła i teraz blokują wszystkich, którzy
używają Burzowego Światła. Nie dokończyła jednak zepsucia wieży. W ostatniej chwili ją powstrzymałam, tworząc barierę wokół kolumny.
Niestety, ta sama bariera powstrzymuje mnie przed odwróceniem tego, co
zrobiła.
To... co teraz robimy?
- Nie wiem - przyznała Navani. Dalinar pewnie kazałby jej udawać silną,
udawać, że miała plan, choć nie była to prawda... ale ona nie była
generałem. W przypadku jej uczonych udawanie nigdy nie pomagało osiągnąć
celu, one doceniały szczerość. - Nie miałam zbyt wiele czasu na
planowanie i wciąż jeszcze nie doszłam do siebie po wczoraj.
Znam to uczucie.
- Wróg sprawił, że Bramy Przysięgi jakimś sposobem działają. - W umyśle
Navani pojawił się plan. - Moim pierwszym celem jest dalsza ochrona
Rodzeństwa, sprena wieży. Moim drugim celem jest dostarczenie wiadomości
mojemu mężowi i innym monarchom. Jeśli uda nam się zorientować, jak wróg
sprawił, że Bramy Przysięgi działają, może uda mi się uruchomić
łączotrzciny i wysłać ostrzeżenie.
To brzmi jak dobry początek, jasności. Cieszę się, że mam cel, do
którego mogę dążyć. Chcecie, żebym dowiedział się, jak obsługują Bramy
Przysięgi?
- Zgadza się. Mogę się jedynie domyślać, że wykorzystują w tym celu
Pustkowe Światło... Choć kiedy w przeszłości chciałam sprawić, by
fabriale działały na Pustkowe Światło, nie udało mi się. Wiem jednak z całą pewnością, że wróg ma działające łączotrzciny. Nie udało mi się im
przyjrzeć, ale gdybyś dowiedział się, na jakiej zasadzie działają Bramy
Przysięgi lub inne fabriale, miałabym nad czym pracować.
Musiałbym się dostać do Bram Przysięgi, by to zrobić. W taki sposób, by
nikt mnie nie zauważył.
- Tak. Poradzisz sobie z tym? Wiem, że twoje moce nie działają w pełni.
Ja... znajdę sposób, jasności. Podejrzewam, że wróg aż do zapadnięcia
zmroku nie będzie korzystał z Bram Przysięgi. Jak mi się wydaje, próbują
udawać, że z wieżą nic się nie dzieje, na wypadek gdyby Dalinar wysłał
zwiadowców. Na zewnątrz krążą ludzie w alethyjskich mundurach. W nocy
Wiatrowi próbujący przeprowadzić zwiad będą widoczni nawet z dużej
odległości. Przypuszczam, że uznają to za bezpieczniejszą porę na użycie
Bram Przysięgi.
Rzeczywiście interesujące. Jak długo według Raboniel będzie działał ten
wybieg? Z pewnością Dalinar wycofałby się z pola bitwy w Azirze i skupił
wszystkie siły na odkryciu, co się stało z Urithiru. Chyba że pojawiły
się kwestie, których nie dostrzegała.
Implikacje tej myśli ją przeraziły. Zamknięta w tej piwnicy była ślepa.
- Arcymarszałku. Spróbuję skontaktować się z tobą jutro o tej samej
porze. Muszę cię jednak uprzedzić. Wróg będzie szukał sposobu na
przebicie tarczy, którą stworzyłam. W wieży są trzy węzły, duże klejnoty
napełnione Burzowym Światłem, które podtrzymują barierę, ale Rodzeństwo
nie chce powiedzieć, gdzie się znajdują.
- Te węzły łączą się bezpośrednio z sercem wieży i w związku z tym są
wyjątkowo podatne na cios. Jeśli odnajdziesz jeden z nich, powiedz mi. I wiedz, że jeśli wróg uzyska dostęp do nich, dokończy zepsucie wieży.
Tak, panie. To znaczy, jasności.
- Muszę iść. Zwinka też jest gdzieś w wieży, przytomna, więc warto,
żebyś się za nią rozglądał. W każdym razie uważaj na siebie,
arcymarszałku. Jeśli zadanie okaże się zbyt niebezpieczne, wycofaj się.
Jest nas zbyt mało, by podejmować nierozsądne ryzyko.
Zrozumiano.
Po chwili przerwy ponownie rozległ się głos Rodzeństwa.
Wrócił do rozpakowywania zapasów. Powinnaś być jednak ostrożna, jeśli
chodzi o sposób, w jaki pytasz o fabriale. Nie zapominaj, że uważam to,
co zrobiłaś, za zbrodnię.
- Nie zapomniałam. Ale z pewnością nie jesteś przeciwne Bramom
Przysięgi.
Nie, przyznało Rodzeństwo z wyraźnym ociąganiem. Te spreny z własnej
woli poddały się przeobrażeniu.
- Wiesz, dlaczego działają? Napełniają Bramy Przysięgi Pustkowym
Światłem?
Nie. Bramy Przysięgi nie są częścią mnie. Opuszczę cię teraz. Nasze
rozmowy są podejrzane.
Navani nie próbowała go naciskać i znów ruszyła między uczone. Nie była
pewna, czy mogła ufać słowom Rodzeństwa. Czy spreny potrafiły kłamać?
Chyba nigdy nie zadała tego pytania Świetlistym sprenom. Głupie
przeoczenie.
Tak czy inaczej, dzięki Kaladinowi miała przynajmniej połączenie z resztą wieży. Jedyny kontakt. Pierwszy krok do znalezienia wyjścia z tej
sytuacji.
50. Królowa
50
Królowa
W takim stanie dystans jest godny pozazdroszczenia. Nauczyłam się, że
największych odkryć dokonuję, kiedy porzucam pomniejsze związki.
Rytm Wojny, s. 3, podtekst
Dwa dni po pokonaniu zdrajców Taravangiana Dalinar stał w namiocie
wojennym i pomagał przygotować większą ofensywę przeciwko pieśniarzom w Emulu. Tuż za nim stał Szeth w przebraniu. Nikt nie spojrzał na niego
dwa razy - Dalinarowi często towarzyszyli członkowie Kobaltowej Gwardii.
Dalinar przyjrzał się stołowi, na którym rozmieszczono mapy i szacunkowe
liczby żołnierzy. Tak wiele różnych znaczników, symbolizujących stan
walk na tak wielu różnych frontach. Kiedy był młodszy, tego rodzaju
abstrakcje go frustrowały. Chciał się znaleźć na polu bitwy, z Ostrzem w ręku, i przebijać się przez szeregi wroga, czyniąc takie mapy
przestarzałymi.
A później zaczął dostrzegać armie kryjące się pod tymi kwadracikami na
arkuszach papieru. Zaczął naprawdę pojmować, że ruchy wojsk - zapasy,
logistyka, taktyka na szeroką skalę - były ważniejsze niż osobiste
zwycięstwo w tej czy innej bitwie. I to go ekscytowało.
Jakimś sposobem poszedł dalej. Wojna - i wszystkie jej aspekty - już go
nie ekscytowała. Była ważna i zajmował się nią. Ale odkrył większy
obowiązek.
Jak zwyciężyć? Naprawdę zwyciężyć, nie tylko zyskać chwilową przewagę?
Zastanawiał się nad tym, gdy jego generałowie i naczelne skryby
przedstawiali ostateczne podsumowanie skutków vedeńskiej zdrady.
- Nasze wojska w południowym Alethkarze otrzymały wsparcie thayleńskiej
marynarki, jak zalecaliście - stwierdziła Teshav. - Nasi generałowie na
wybrzeżu wycofali się przez serię twierdz, zgodnie z waszymi rozkazami.
Przegrupowali się w Karanaku, który pozostaje pod naszą kontrolą.
Ponieważ żaden z naszych batalionów nie był całkowicie otoczony przez
Vedeńczykow, nie ponieśliśmy właściwie żadnych strat.
- Nasza marynarka zablokowała vedeńskie okręty w portach - dodał Kmakl,
starzejący się thayleński książę-małżonek. - W najbliższym czasie nie
przebiją się przez naszą blokadę, chyba że Stopieni i Niebiańscy
zapewnią im duże wsparcie z powietrza.
- Zniszczyliśmy niemal wszystkich Vedeńczyków, którzy zdradzili nas
tutaj - stwierdził Omal, niski azirski generał, który na mundurze nosił
jaskrawą, wzorzystą szarfę. - Wasze dowodzenie na polu bitwy było
doskonałe, Czarny Cierniu... nie wspominając o odpowiednio wczesnych
ostrzeżeniach przed bitwą. Zamiast spalić nasze zapasy i uratować
swojego króla, zostali niemal całkowicie wyeliminowani.
Dalinar spojrzał ponad stołem na Norkę, który uśmiechał się z zadowoleniem, ukazując szparę między zębami.
- Dobrze sobie poradziłeś, wuju. - Jasnah wpatrywała się w mapę na
stole. - Uniknąłeś katastrofy.
Noura naradziła się z azirskim cesarzem, który siedział na tronie z boku
namiotu, po czym podeszła bliżej.
- Żałujemy, że utraciliśmy tak cennego sojusznika, jak Taravangian. Tę
zdradę Azirczycy będą odczuwać... i ścigać sądownie... przez pokolenia.
Mimo to my również aprobujemy sposób, w jaki rozwiązaliście tę sytuację.
Dobrze, że przez te wszystkie miesiące wciąż odnosiliście się do niego
podejrzliwie, a my niemądrze sądziliśmy, że jego zdrada była pieśnią
przeszłości.
Dalinar pochylił się nad rozświetlonym kulami stołem. Choć brakowało mu
dużej iluzorycznej mapy, którą mógł stworzyć z Shallan, przemawiała do
niego namacalność tej mapy, papieru poznaczonego przemyśleniami jego
najlepszych generałów. Kiedy na nią patrzył, wszystko poza mapą znikało
mu z oczu.
Coś wciąż było nie w porządku. Taravangian przez wiele miesięcy działał
tak subtelnie. A jednak teraz dał się pojmać?
Jego armie w Jah Keved się nim zbytnio nie przejmują, pomyślał Dalinar,
czytając raporty z bitew i liczb, jakby były wyjaśnieniami szeptanymi do
jego ucha. Vedeńscy arcyksiążęta z radością umieszczą swoich u władzy. I szybko opowiedzieli się po stronie pieśniarzy, zupełnie jak Iri.
Kharbranth, pod przywództwem córki Taravangiana Savrahalidem, wyrzekł
się swojego byłego władcy i ogłosił neutralność w konflikcie - a ich
chirurdzy byli gotowi nadal udzielać pomocy wszystkim, którzy zwrócili
się do nich z prośbą. Dalinar na wszelki wypadek planował zablokować ich
port - ale nie zamierzał wysyłać wojsk lądowych i poświęcać żołnierzy w bitwie o tak mało ważny cel. A oni pewnie o tym wiedzieli.
Prawdziwym łupem był sam Taravangian. Ktoś, kogo Dalinar już miał w niewoli. Jak to możliwe, że stary król, który przez te wszystkie lata
tak starannie manewrował, pozwolił, by jego imperium upadło właściwie z dnia na dzień?
Dlaczego? Dlaczego ryzykował teraz?
- Jakieś wieści z Urithiru? - spytał Dalinar.
- Wiatrowi wkrótce powinni powrócić z najnowszymi obserwacjami wieży -
powiedziała Teshav z niewyraźnego cienia na skraju stołu. - Ale
najnowszy list od jasności Navani wskazuje, że nasi ludzie dobrze sobie
radzą.
Navani przez cały czas wysyłała żołnierzy na zbocza gór, by wysyłali
wiadomości. Z każdym fragmentem dowiadywali się więcej. Kilka uczonych
Taravangiana uruchomiło urządzenie podobne do tego, które znalazł
arcymarszałek Kaladin. Jednocześnie zawaliły się tunele poniżej - co
pewnie było dziełem sabotażystów - uniemożliwiając opuszczanie wieży i dotarcie do niej tą drogą.
Urządzenie było ukryte i Navani nie udało się go odnaleźć i wyłączyć.
Martwiła się, że poszukiwania mogą zająć wiele tygodni. Niestety,
zwiadowcy Dalinara potwierdzili jego skuteczność. Jeśli za bardzo się
zbliżyli, tracili nie tylko moce, ale i przytomność.
Na razie jednak wydawało się, że wszyscy są bezpieczni - choć musieli
znosić pewne niedogodności. Gdyby Dalinar nie spodziewał się zdrady,
wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Wyobrażał sobie taki rozwój
wydarzeń, w którym zdrada Taravangiana wywołałaby chaos w koalicji, co
pozwoliłoby wojskom pieśniarzy na skuteczne natarcie i odepchnięcie sił
Dalinara aż do Azimiru. A tam, pozbawieni zapasów i wsparcia, mogliby
zostać zmiażdżeni.
Może o to chodzi, pomyślał. Może to właśnie zamierzał Taravangian - i dlatego tak bardzo ryzykował. Sam król w czasie przesłuchań zachowywał
milczenie. Może Dalinar mógłby porozmawiać z nim bezpośrednio i uzyskać
więcej informacji. Ale obawiał się, że to wszystko jakimś sposobem
przebiegało zgodnie z planami Taravangiana, i kilka razy zastanawiał się
nad każdym krokiem.
- Monarchowie, sugeruję, byśmy dalej prowadzili bitwę o Emul, dopóki nie
uzyskamy dalszych wieści z Urithiru - zwrócił się do grupy.
- Zgoda - odparł natychmiast cesarz Aziru.
- Poproszę o aprobatę thayleńskie gildie i królową - odezwał się książę
Kmakl, przeglądając raporty marynarki. - Ale na razie nie mam nic
przeciwko dalszemu dowodzeniu przez alethyjskich generałów. Jak sobie
jednak na pewno uświadamiacie, oświecony Dalinarze, ta zdrada jeszcze
bardziej utrudni odzyskanie waszej ojczyzny.
- Owszem. Wciąż wierzę, że aby w końcu odzyskać Alethkar, najpierw
musimy zabezpieczyć swoje pozycje na Zachodzie.
Każde z tych słów było jak nóż wbity w serce. Oznaczało oddanie
Alethkaru na lata. Może dłużej. Z Jah Keved jako punktem wypadowym mógł
wciąż snuć marzenia o ataku prosto na Kholinar. Już nie.
Burzowy Taravangian. Niech cię Potępienie pochłonie.
Po tym, jak Kmakl i Azirczycy zabrali głos, nie wypowiedziała się już
tylko Jasnah. Przyjrzała się mapom, a Trefniś jak zawsze stał u jej
boku.
- Zakładam, wuju, że pozwolisz Norce prowadzić tę kampanię?
- Ten konflikt jest zbyt wielki dla jednego generała. Ale po tym, jak
przed dwoma dniami poradził sobie z bitwą, sądzę, że potwierdził swoją
wartość. Jednym z powodów, dlaczego tak bardzo chciałem go zwerbować,
był jego geniusz strategiczny.
- Zgodnie z wolą monarchów zrobię to - odezwał się Norka. - Ale
pamiętajcie o swoich obietnicach. Nie pozwolę, byście przed nimi
uciekli. Kiedy w końcu oswobodzimy Alethkar, moje królestwo jest
następne.
Jasnah pokiwała głową.
- Chciałabym zobaczyć twoje plany bitwy, generale Dieno. Udzielam
wstępnej zgody na dalszą ofensywę w Emulu, ale chcę poznać szczegóły.
Utrata dostępu do Bram Przysięgi z pewnością okaże się utrudnieniem.
Po tych słowach Dalinar ogłosił zakończenie narady. Ludzie zaczęli
odsłaniać kule wokół pawilonu - ukazując jego prawdziwy ogrom. Musiał
być na tyle wielki, by pomieściły się orszaki wszystkich obecnych, więc
kiedy wszyscy wycofali się do swoich części namiotu, stół z mapami
zaczął robić wrażenie bardzo małego.
Kmakl podszedł do thayleńskich skryb, które za pomocą łączotrzcin
wysłały protokoły z narady do Fen i thayleńskich mistrzów gildii.
Dalinar pokręcił głową. Zgadzał się z decyzją Fen, by pozostać w Thaylen, i żałował, że Jasnah nie postąpiła podobnie. Zbyt wielu
monarchów w jednym miejscu sprawiało, że robił się nerwowy.
Niepokoiło go też, że tak wiele z tego, co robiła królowa Fen, zależało
od kaprysów gromady kupców i mistrzów gildii. Jeśli zwyciężą w tej
wojnie, zamierzał sprawdzić, czy uda mu się pomóc jej w odebraniu władzy
nad królestwem tym węgorzom.
Azirczycy i Emulowie zaczęli opuszczać namiot, wpuszczając świeże
powietrze. Dalinar otarł chusteczką pot z karku - te rejony Rosharu nie
były tak duszne, jak okolice wysp Reshi, ale latem wciąż było zbyt
gorąco jak na jego gust. Miał wręcz ochotę poprosić jednego z Wiatrowych, by wzniósł go na wysokość, na której mógłby odetchnąć
chłodnym powietrzem i swobodnie pomyśleć.
Ostatecznie wyszedł z namiotu i rozejrzał się po obozie. Zajęli
miasteczko o nazwie Laqqi, tuż za granicą Emulu, niezbyt daleko od
Azimiru. W ten sposób znajdowali się około trzech dni marszu od linii
frontu, gdzie ich wojska - które wkrótce miały zostać wzmocnione -
powstrzymywały siły wroga na południu.
Laqqi było właściwie dużą wioską, którą opanowali żołnierze stawiający
magazyny i namioty dowodzenia. Robotnicy wzmocnili mur od wschodu, by
powstrzymać burze, a Wiatrowi szybowali w powietrzu. Było to doskonałe
centrum dowodzenia, na tyle blisko, by krótki lot dzielił je od linii
frontu, ale na tyle daleko, by nie groził mu bezpośredni atak.
Dalinar zajrzał do małego Gava, zobaczył, że chłopiec bawi się wesoło ze
swoją opiekunką, i poświęcił trochę czasu na rozmyślanie o Evi. Na
burze, był taki dumny z narodzin Adolina. Jak to możliwe, że pozwolił
sobie przegapić tak wiele z dzieciństwa syna?
Obracał w głowie te wspomnienia. Z początku możliwość przypomnienia
sobie Evi była dla niego nowością - ale im bardziej te wspomnienia
powracały na swoje miejsce w jego umyśle, tym swobodniej się z nimi
czuł, jak w ulubionym fotelu przy ogniu. Wstydził się tak wielu rzeczy,
które o sobie pamiętał, ale nigdy by już ich nie oddał. Potrzebował ich.
Potrzebował jej.
Przez jakiś czas delektował się świeżym powietrzem, oddychając głęboko,
zanim wrócił do namiotu po coś do picia. Szeth podążył za nim, trzymając
dłoń na ogromnym mieczu - srebrna pochwa i czarna rękojeść zostały
zamaskowane. Szeth nic nie mówił, ale Dalinar wiedział, że uważał
zostanie pokonanym przez Nale'a za porażkę. Dalinar sądził raczej, że
świadczyło to o umiejętnościach Herolda. Dlaczego Nale tak często nie
brał udziału w bitwach i nadzorował swoich Wiatrowych z daleka?
Jasnah dołączyła do Dalinara, kiedy nalewał sobie wina w namiocie, przy
barze. Wiedziała, kim naprawdę był Szeth, ale miała dość rozsądku, by
nie poświęcić mu więcej niż jedno spojrzenie.
- Odchodzisz od walki, wuju - zauważyła cicho. - Spodziewałam się, że
będziesz osobiście przewodził wysiłkowi wojennemu.
- Znalazłem kogoś bardziej kompetentnego do tego zadania.
- Wybacz mi, wuju, ale powinieneś wymyślić lepsze kłamstwo. Nigdy nie
rezygnujesz z osobistego zrobienia czegoś, co cię interesuje. To jedno z twoich bardziej typowych zachowań.
Znieruchomiał i rozejrzał się po namiocie. Nie powinna rzucać mu
wyzwania tutaj, gdzie mogli ich podsłuchać przedstawiciele innych
monarchów. Znając Jasnah, częściowo właśnie dlatego to zrobiła. Każda
rozmowa z nią była małym współzawodnictwem, a ona zawsze brała pod uwagę
teren.
- Zaczynam coś sobie uświadamiać - powiedział cicho i obszedł ją z boku,
oddalając się od baru. Szeth pozostał blisko, podobnie jak Trefniś. -
Moje moce Kowala Więzi są cenniejsze, niż nam się wydawało. Mówiłem ci o tym, że w czasie bitwy dotknąłem Nalana i zobaczyłem jego przeszłość.
- Czego nie udało ci się powtórzyć z Shalash i z Talenelatem.
- Tak, bo nie wiem, co robię! Jestem bronią, której nie zbadaliśmy w pełni. Muszę się nauczyć, jak korzystać z tych mocy... używać ich do
czegoś więcej niż tylko napełniania kul i otwierania prostopadłości.
- Szanuję kogoś, kto chce się uczyć, wuju. Ale ty już jesteś potężną
bronią. Jesteś jednym z naszych największych umysłów w dziedzinie
wojskowości.
- Muszę stać się kimś więcej. Martwię się, że ta wojna będzie
niekończącą się przepychanką. My zdobywamy Emul, ale tracimy Jah Keved.
To w jedną, to w drugą, to w jedną, to w drugą. Jak mamy zwyciężyć,
Jasnah? Jaki jest nasz ostateczny cel?
Powoli pokiwała głową.
- Musimy zmusić Odium do zawarcia umowy. Myślisz, że poznanie swoich
mocy może pomóc ci to osiągnąć?
Minął ponad rok od czasu, kiedy Odium zgodził się na pojedynek
czempionów - ale od tamtej pory Dalinar go nie widział. Żadnych
odwiedzin. Żadnych wizji. Nawet posłańca.
- Rayse... Odium... nie da się do niczego zmusić - powiedział Trefniś
zza ramienia Jasnah. - Mógł się teoretycznie zgodzić na pojedynek,
Czarny Cierniu, ale nie ustalił warunków. I nie zrobi tego, dopóki
wierzy, że wygrywa w tej wojnie. Musisz go przestraszyć, przekonać, że
może przegrać. Dopiero wtedy zdecyduje się na pojedynek czempionów... O ile jego warunki ograniczą jego straty.
- Wolałbym raczej całkowite zwycięstwo niż coś, co pozwoli Odium się
asekurować.
- Ach, cudownie. - Trefniś uniósł dłoń i udał, że notuje. - Zapiszę
tylko, że chciałbyś zwyciężyć. Tak, jakże to głupie z mojej strony, że
sobie tego nie uświadamiałem, Czarny Cierniu. Całkowite zwycięstwo. Nad
bogiem. Który obecne panuje nad twoją ojczyzną i niedawno zyskał
lojalność jednej z najpotężniejszych armii na planecie. Czy mam mu też
kazać, żeby upiekł ci coś słodkiego w ramach przeprosin za to całe
zamieszanie z końcem świata?
- Wystarczy, Trefnisiu. - Dalinar westchnął.
- Pieczenie to prawdziwa tradycja - dodał Trefniś. - Kiedyś odwiedziłem
miejsce, w którym... jeśli przegrasz w walce... twoja matka musi upiec
temu drugiemu coś smacznego. Całkiem lubiłem tych ludzi.
- Szkoda, że nie zostałeś z nimi dłużej - mruknął Dalinar.
- Ha! Cóż, uznałem to za niemądre. W końcu byli kanibalami.
Dalinar pokręcił głową, skupiając się na zadaniu.
- Trefniś mówi, że musimy jakimś sposobem przekonać Odium, że jesteśmy
zagrożeniem. Ale ja sądzę, że to wróg nami manipuluje. Ta sytuacja z Taravangianem wytrąciła mnie z równowagi. Mamy do czynienia z wrogiem,
ale nie wykorzystujemy wszystkich narzędzi, którymi dysponujemy.
Uniósł dłoń.
- Dzięki niej mogę dotknąć jego świata, Krainy Ducha. A kiedy walczyłem
z Nalanem, coś poczułem, coś zobaczyłem. A gdyby udało mi się odtworzyć
Pakt Przysięgi? Gdyby Stopieni przestali się odradzać, czy nie dałoby
nam to... w końcu... przewagi nad Odium? Co zmusiłoby go, żeby
negocjował na naszych warunkach?
Jasnah z namysłem zaplotła ręce na piersi. Trefniś jednak nachylił się w jej stronę.
- Wiesz, myślę, że on może mieć rację - szepnął. - Z zawstydzeniem muszę
przyznać, że Czarny Cierń patrzy dalej niż my. Jest cenniejszy jako
Kowal Więzi niż jako generał... a nawet król.
- To dobra argumentacja, wuju - przyznała Jasnah. - Ale po prostu się
martwię. Jeśli twoje moce są tak niewiarygodne, eksperymentowanie z nimi
wydaje się niebezpieczne. Moje pierwsze kroki w Dusznikowaniu były
czasami zabójcze. Czego mogą dokonać w podobnej sytuacji, przypadkiem,
twoje znacznie potężniejsze zdolności?
Była to słuszna uwaga, która sprawiła, że spoważnieli, podnieśli kubki z winem i pili w milczeniu. Kiedy tak stali, minął ich książę Kmakl w drodze do wyjścia z namiotu. Słuchał skryby, która czytała mu projekt
listu do kupców z Thaylen.
- Kolejna kwestia, wuju - zauważyła Jasnah. - Ostatnio, kiedy patrzysz
na księcia Kmakla, mrużysz oczy. Wydawało mi się, że lubisz Fen i jej
męża.
- Bo ich lubię. Po prostu nie podoba mi się, z jak wielką biurokracją
musi się borykać Fen, zanim cokolwiek zostanie zrobione. Azirczycy są
jeszcze gorsi. Po co nazywać swego władcę "cesarzem", skoro musi uzyskać
zgodę tuzina różnych urzędników, by wykonywać swoje zadanie?
- Jeden z tych krajów to monarchia konstytucyjna, a drugi republika
uczonych. - W głosie Jasnah brzmiało rozbawienie. - Czego się
spodziewałeś?
- Że król będzie królem - mruknął i jednym haustem wypił resztę wina.
- Sposób rządzenia obu krajów ma tradycje sięgające wielu stuleci. Mieli
całe pokolenia na udoskonalenie procesu. Moglibyśmy się od nich uczyć. -
Jasnah spojrzała na niego z namysłem. - Dni władzy absolutnej w rękach
jednej osoby pewnie wkrótce przeminą. Nie byłabym zaskoczona, gdybym
okazała się ostatnim prawdziwym alethyjskim monarchą.
- Co by powiedział twój ojciec, gdyby usłyszał, że tak mówisz?
- Pewnie udałoby mi się sprawić, by zrozumiał. Interesowało go jego
dziedzictwo. Stworzenie czegoś, co przetrwa wiele pokoleń. Cele miał
szlachetne, ale metody... cóż, nasze królestwo trudno utrzymać. Król
rządzący ogniem i mieczem łatwo może utracić wszystko, kiedy osłabnie.
Porównaj to z azirskim systemem, w którym zły Pierwszy nie jest w stanie
samodzielnie osłabić ich rządu.
- A dobry nie może osiągnąć zbyt wiele. - Dalinar uniósł dłoń, by
powstrzymać dalszą dyskusję. - Rozumiem, co mówisz. Ale dostrzegam
szlachetność w starym sposobie rządzenia.
- Po zapoznaniu się ze źródłami historycznymi sądzę, że szlachetność,
którą sobie wyobrażasz, jest wytworem opowieści o żyjących w dawnych
dniach, ale owi żyjący rzadko byli nią obdarzeni. Żywoty tamtych królów
były krótkie i brutalne. Nieważne. Kiedy zwyciężymy w tej wojnie,
spodziewam się, że będę miała całe dziesięciolecia, by cię przekonać.
Niech Kelek się nad nim ulituje. Dalinar nalał sobie więcej
pomarańczowego wina.
- Zastanowię się nad tym, co powiedziałeś o swoich mocach, i zobaczę,
czy uda mi się udzielić ci jakichkolwiek rad na temat dalszego
postępowania - stwierdziła Jasnah. - Na razie, wuju, wiedz, że ufam
twojemu osądowi w tej kwestii i wesprę Norkę, jeśli postanowisz odgrywać
mniejszą rolę w planowaniu działań wojennych. Masz rację, a ja
popełniłam błąd, że wątpiłam.
- Wątpienie nigdy nie jest błędem. Ty mnie tego nauczyłaś.
Z sympatią poklepała go po ramieniu, po czym odeszła, by przyjrzeć się
mapom na stole, na których Norka robił notatki.
Trefniś został i uśmiechnął się do Dalinara.
- Zgadzam się z nią - szepnął. - A w kwestii monarchów... musisz
wiedzieć... osobiście uważam cię za ujmującego despotę. Jesteś tak
sympatyczny, że niemal nie czuję przerażenia na myśl, że żyję wśród
ludzi gotowych powierzyć jednemu człowiekowi niemal absolutną władzę nad
życiem setek tysięcy... jednocześnie całkowicie ignorując stosowne
mechanizmy ograniczające jego potencjalną chciwość, zazdrość albo
ambicję.
- Naprawdę musiałeś przybyć tu z nami, Trefnisiu? Ja... - Dalinar urwał,
po czym pokręcił głową.
- O co chodzi?
- Nieważne. Gdybym powiedział cokolwiek, dałbym ci tylko więcej kamieni,
którymi mógłbyś we mnie rzucać.
- A podobno jesteś tępy. - Trefniś wyszczerzył zęby. - Ale czy ja kiedyś
z ciebie szydziłem?
- Przez cały czas, Trefnisiu. Szydzisz ze wszystkich.
- Naprawdę? Naprawdę? Hm... - Postukał się w brodę. - Zostałem
zatrudniony jako Trefniś królowej, a ona spodziewa się, że zapewnię jej
wyłącznie najlepsze szyderstwa, w jej imieniu. Muszę być ostrożny i nie
rozdawać ich za darmo. Po co kupować krowę i tak dalej.
Dalinar zmarszczył czoło.
- Co to jest krowa?
- Duża, soczysta, smakowita. Szkoda, że nie mogę nadal ich jeść. W tych
okolicach chyba ich nie macie, co uważam za zadziwiające, bo jestem
pewien, że wśród przodków Sadeasa była jakaś. Może dziadek od strony
ojca. Obserwuj arcyksiążąt. Z całą pewnością dojdzie do pokazu. -
Odszedł, by zająć zwyczajowe miejsce obok Jasnah.
Obserwować arcyksiążąt? Co to znaczyło? W większości okazali się
użyteczni. Aladar wciąż potwierdzał zaufanie, jakie pokładał w nim
Dalinar, został więc wysłany, by nadzorować odwrót z Alethkaru. Hatham
się podporządkował i Dalinar polecił mu nadzorować łańcuch dostaw z Azimiru. Bethab udowodnił swoją przydatność jako ambasador w Thaylen -
cóż, to jego żona była przydatna, ale oboje okazali się pożyteczni.
Roion zginął z honorem, a jego syn został starannie wybrany, by nie
sprawiać kłopotów. Ostatnimi czasy nawet Sebarial odgrywał pewną rolę.
Z Dalinarem w Emulu przebywał obecnie jeden arcyksiążę. Ruthar. Dalinar
skupił się na krzepkim, brodatym mężczyźnie. Był najgorszym z tych,
którzy pozostali - uważał się za żołnierza, ale w życiu nie włożył
porządnego munduru. Tego dnia trzymał się blisko drugiego końca baru,
przy mocnych winach. Przynajmniej nauczył się, by nie zaprzeczać słowom
Dalinara przed innymi monarchami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki