Rytm wojny. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 4. Część 2 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

42.00 zł
35.70 zł (33,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

44. Pod­pałka cze­ka­jąca na iskrę

44

Pod­pałka cze­ka­jąca na iskrę

Uwa­żam ten for­mat za naj­wy­god­niej­szy, tak bowiem współ­pra­co­wa­łam w prze­szło­ści. Ni­gdy nie robi­łam tego w taki spo­sób i z taką part­nerką.

Rytm Wojny, s. 1

Kala­din biegł przez ciemne kory­ta­rze Uri­thiru, z Teftem na ramio­nach, i wyda­wało mu się, że sły­szy, jak z każ­dym kro­kiem dep­cze swoje życie. Wid­mowy trzask, jakby roz­bi­ja­nego szkła.

Każdy bole­sny krok odda­lał go coraz bar­dziej od rodziny, od spo­koju. Coraz głę­biej w ciem­ność. Pod­jął decy­zję. Nie mógł zosta­wić przy­ja­ciela na łasce wro­gów. I choć w końcu wpadł na pomysł, by zdjąć zakrwa­wione buty - zawie­sił je sobie na sznu­rów­kach na szyi - wciąż czuł, jakby pozo­sta­wiał za sobą spla­mione ślady.

Na burze. Co zamie­rzał osią­gnąć sam jeden? Fak­tycz­nie sprze­ci­wił się roz­ka­zowi kró­lo­wej, by się pod­dać.

Pró­bo­wał pozbyć się takich myśli i biec dalej. Póź­niej nadej­dzie czas na roz­wa­ża­nie tego, co zro­bił. Na razie musiał odna­leźć bez­pieczną kry­jówkę. Wieża nie była już domem, ale twier­dzą wroga.

Syl śmi­gała przed nim, spraw­dza­jąc każde skrzy­żo­wa­nie tuneli. Burzowe Świa­tło doda­wało mu sił, ale oba­wiał się tego, co się sta­nie, kiedy się skoń­czy. Czy utraci siły? Czy pad­nie na zie­mię na środku kory­ta­rza?

Dla­czego przed odej­ściem nie wziął wię­cej kul od rodzi­ców albo Laral? Nawet nie pomy­ślał, żeby zabrać topór burzo­formy. Pozo­stał wła­ści­wie bez­bronny, pomi­ja­jąc skal­pel. Był zbyt przy­zwy­cza­jony do Syl jako Włóczni Odpry­sku, ale jeśli ona nie mogła się prze­obra­zić...

Nie, pomy­ślał. Żad­nych myśli. Myśli są nie­bez­pieczne. Po pro­stu się ruszaj.

Podą­żył naprzód, pole­ga­jąc na Syl, która pośpie­szyła klatką scho­dową. Naj­ła­twiej­szym spo­so­bem, by nie dać się zła­pać, było zna­le­zie­nie kry­jówki na nie­za­miesz­ka­nych kon­dy­gna­cjach, może gdzieś na dzie­sią­tym albo jede­na­stym pię­trze. Wbie­gał po dwa schodki, Świa­tło pul­su­jące w żyłach doda­wało mu sił. Jego wła­sny blask był wystar­cza­ją­cym źró­dłem świa­tła. Teft zaczął mam­ro­tać cicho, może w reak­cji na poru­sze­nia.

Dotarli na szó­ste pię­tro i ruszyli na siódme. Tam Syl popro­wa­dziła go dalej w głąb. Choć Kala­din pró­bo­wał je igno­ro­wać, cią­gle sły­szał echa swo­jej porażki. Krzyki ojca. Wła­sne łzy...

Był tak bli­sko. Tak bli­sko.

Stra­cił orien­ta­cję w nie­koń­czą­cych się tune­lach. Na pod­ło­dze nie wyma­lo­wano wska­zó­wek, więc ufał Syl. Pod­fru­nęła do skrzy­żo­wa­nia, kilka razy zato­czyła krąg i wystrze­liła w prawo. Dotrzy­my­wał jej kroku, choć z każdą chwilą coraz bar­dziej odczu­wał cię­żar Tefta.

- Daj mi chwilę - szep­nął do niej na następ­nym skrzy­żo­wa­niu, po czym oparł się o ścianę, wciąż z Teftem na ramio­nach, i wyjął z kie­szeni odła­mek.

Nie­duży topaz ema­no­wał sła­bym bla­skiem, bar­dzo potrzeb­nym, gdyż Burzowe Świa­tło, które miał w sobie, zaczy­nało się wyczer­py­wać. A nie pozo­stało mu wiele kul.

Sap­nął pod cię­ża­rem przy­ja­ciela, po czym zmu­sił się, żeby się wypro­sto­wać. Mocno trzy­mał Tefta obiema rękami, a kulę ści­skał w dwóch pal­cach. Ski­nął na Syl i ruszył za nią, zado­wo­lony, że wciąż nie zabra­kło mu sił. Mógł unieść Tefta bez Świa­tła. Mimo że kilka ostat­nich tygo­dni spę­dził jako chi­rurg, jego ciało wciąż pozo­sta­wało cia­łem żoł­nie­rza.

- Powin­ni­śmy udać się wyżej. - Syl uno­siła się obok niego jako świe­tli­sta wstęga. - Pora­dzisz sobie?

- Zapro­wadź nas co naj­mniej na dzie­wiąte pię­tro.

- Kiedy tylko natra­fimy na klatkę scho­dową. Tak naprawdę nie znam tej czę­ści wieży...

Ruszyli dalej, a on powró­cił do sta­rego, zna­jo­mego nasta­wie­nia. Cię­żar Tefta na ramio­nach nie­wiele się róż­nił od dźwi­ga­nia mostu. Spra­wiał, że Kala­din przy­po­mniał sobie tamte czasy. Bie­ga­nie z mostem. Jedze­nie potrawki.

Patrze­nie, jak jego przy­ja­ciele umie­rają... prze­ra­że­nie każ­dego dnia...

Te wspo­mnie­nia nie dawały mu pocie­sze­nia. Ale rytm kro­ków, dźwi­ga­nie cię­żaru, pano­wa­nie nad cia­łem w cza­sie prze­cią­ga­ją­cego się mar­szu... to przy­naj­mniej było zna­jome.

Podą­żył za Syl w górę kolej­nymi scho­dami, a póź­niej jesz­cze jed­nymi. Następ­nie ruszyli dłu­gim tune­lem - uło­że­nie skal­nych warstw przy­po­mi­nało tu fale na wzbu­rzo­nej sadzawce. Kala­din się nie zatrzy­my­wał.

Aż nagle coś go zanie­po­ko­iło.

Nie umiał wska­zać, co kazało mu mieć się na bacz­no­ści, ale pod wpły­wem instynktu zasło­nił kulę i usko­czył w boczne przej­ście. Wśli­zgnął się do alkowy i ukląkł, by zsu­nąć Tefta z ramion. Przy­ci­snął dłoń do ust nie­przy­tom­nego, by uci­szyć jego mam­ro­ta­nie.

Po chwili pod­fru­nęła do niego Syl. Widział ją w ciem­no­ściach, ale nie roz­świe­tlała oto­cze­nia. Wepchnął drugą rękę do kie­szeni, mocno ści­ska­jąc kulę, by swoim bla­skiem nie zdra­dziła jego obec­no­ści.

- O co cho­dzi? - spy­tała Syl.

Kala­din pokrę­cił głową. Nie wie­dział, ale nie chciał się odzy­wać. Kulił się - z nadzieją, że Teft nie zacznie mam­ro­tać ani poru­szać się zbyt gło­śno - a bicie serca odbi­jało się echem w jego uszach.

I wtedy w kory­ta­rzu, który opu­ścił, poja­wił się słaby czer­wony blask. Syl natych­miast śmi­gnęła, by ukryć swoje świa­tło za ciemną syl­wetką Kala­dina.

Blask przy­bli­żył się, uka­zu­jąc samotny rubin i parę pło­ną­cych czer­wie­nią oczu. Oświe­tlały one prze­ra­ża­jącą twarz. Była nie­mal cał­ko­wi­cie czarna, ze śla­dami czer­wo­nego mar­mur­ko­wa­nia pod oczami. Dłu­gie ciemne włosy, które wyglą­dały, jakby utkano z nich rów­nież pro­stą szatę z jed­nego kawałka tka­niny. To była istota, z którą Kala­din wal­czył w Pale­ni­sku, ta, którą zabił w pło­ną­cej kom­na­cie rezy­den­cji. Choć Sto­piony odro­dził się w nowym ciele, Kala­din roz­po­zna­wał po wzo­rach na skó­rze, że to ta sama osoba. Przy­była, by się zemścić.

Sto­piony naj­wy­raź­niej nie dostrzegł Kala­dina kry­ją­cego się w ciem­no­ści, choć na dłuż­szą chwilę zatrzy­mał się na prze­cię­ciu tuneli. Na szczę­ście ruszył dalej drogą, którą wcze­śniej podą­żał Kala­din.

Na burze... Kala­din ostat­nim razem poko­nał tego stwora bez Burzo­wego Świa­tła, ale tylko dla­tego, że wyko­rzy­stał jego aro­gan­cję. Wąt­pił, by tym razem istota dała mu się tak łatwo zabić.

Ci pie­śnia­rze w kli­nice... któ­ryś z nich wspo­mniał, że jeden ze Sto­pio­nych mnie szu­kał. Nazwali go Ści­ga­ją­cym. Ta istota... przy­była do wieży spe­cjal­nie po to, by go odna­leźć.

- Podą­żaj za nim - wyszep­tał samym ruchem warg, odwra­ca­jąc się do Syl i licząc, że go zro­zu­mie. - Ja znajdę bar­dziej odosob­nioną kry­jówkę.

Jej linia świa­tła stwo­rzyła na krótką chwilę świe­tli­sty obraz glifu kejeh, który ozna­czał "potwier­dze­nie", i pofru­nęła za Ści­ga­ją­cym. Już nie mogła zbyt­nio odda­lić się od Kala­dina, ale przez jakiś czas mogła za nim podą­żać. Mógł mieć jedy­nie nadzieję, że zachowa ostroż­ność, bo nie­któ­rzy ze Sto­pio­nych widzieli spreny.

Kala­din znów zarzu­cił sobie Tefta na barki, po czym wyru­szył w mrok, pozwa­la­jąc sobie jedy­nie na odro­binę świa­tła. Prze­by­wa­nie w głębi wieży, tak daleko od nieba i wia­tru, zawsze miało w sobie coś przy­tła­cza­ją­cego - ale w ciem­no­ści było gor­sze. Aż za łatwo mógł sobie wyobra­zić, że zosta­nie uwię­ziony tutaj bez kul i przez wiecz­ność będzie wędro­wał w tym kamien­nym gro­bowcu.

Skrę­cił jesz­cze kilka razy, z nadzieją, że znaj­dzie kolejne schody pro­wa­dzące wyżej. Nie­stety, Teft znów zaczął mam­ro­tać. Zaci­ska­jąc zęby, Kala­din wszedł do pierw­szego pomiesz­cze­nia, które udało mu się zna­leźć - kom­naty z wąskim otwo­rem wej­ścio­wym. Tam poło­żył Tefta i pró­bo­wał stłu­mić wyda­wane przez niego odgłosy.

Po chwili do środka wpa­dła Syl, a Kala­din aż pod­sko­czył.

- On się zbliża - syk­nęła. - Poszedł tylko kawa­łek dalej nie­wła­ści­wym kory­ta­rzem, po czym przy­sta­nął, popa­trzył na zie­mię i się cof­nął. Nie sądzę, by mnie dostrzegł. Podą­ża­łam za nim dość długo, by zoba­czyć, jak zatrzy­mał się w miej­scu, gdzie jakiś czas temu się ukry­wa­łeś. Zna­lazł tam nie­wielki ślad krwi na ścia­nie. Wyprze­dzi­łam go, ale on wie, że jesteś w pobliżu.

Na burze. Kala­din spoj­rzał na swoje zakrwa­wione ubra­nie, a póź­niej na Tefta - który mam­ro­tał, mimo wszel­kich wysił­ków, by go powstrzy­mać.

- Musimy odcią­gnąć Ści­ga­ją­cego - szep­nął Kala­din. - Bądź gotowa odwró­cić jego uwagę.

Kala­din zosta­wił przy­ja­ciela w ciem­no­ści i odro­binę się wyco­fał. Zatrzy­mał się w pobliżu prze­cię­cia tuneli, ści­ska­jąc skal­pel. Nie miał żad­nego świa­tła poza Syl, kilka pozo­sta­łych kul scho­wał do czar­nej sakiewki.

Ode­tchnął głę­boko kilka razy i szep­tem wyło­żył Syl plan. Odpły­nęła dalej w głąb czar­nego kory­ta­rza, pozo­sta­wia­jąc go w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach.

Ni­gdy nie udało mu się odna­leźć czy­stej pustki umy­słu, jakiej nie­któ­rzy żoł­nie­rze podobno doświad­czali w walce. Nie był nawet pewien, czy chciałby cze­goś takiego. Zapa­no­wał jed­nak nad sobą, oddy­chał płytko i czuj­nie nasłu­chi­wał.

Swo­bodny, roz­luź­niony, ale gotowy zapło­nąć. Jak pod­pałka cze­ka­jąca na iskrę. Był gotów wcią­gnąć Burzowe Świa­tło z reszty kul, ale zamie­rzał zwle­kać z tym do ostat­niej chwili.

W kory­ta­rzu po pra­wej roz­le­gły się kroki, a na ścia­nach poja­wił się słaby czer­wony blask. Kala­din wstrzy­mał oddech i oparł się ple­cami o ścianę.

Ści­ga­jący zamarł tuż przed dotar­ciem do skrzy­żo­wa­nia i Kala­din wie­dział, że istota dostrze­gła Syl, która miała prze­fru­nąć w pew­nej odle­gło­ści. Ude­rze­nie serca póź­niej szu­ra­nie potwier­dziło, że Ści­ga­jący porzu­cił sko­rupę ciała - a czer­wona wstęga świa­tła popę­dziła za spre­nem. Odwró­ce­nie uwagi zadzia­łało. Syl go odcią­gnie.

Orien­to­wali się, że Sto­pieni nie mogli zra­nić spre­nów - dało się to zro­bić jedy­nie za pomocą Ostrza Odpry­sku. Co jed­nak rów­nież było tym­cza­sowe - można było pociąć sprena Ostrzem Odpry­sku, nawet posie­kać go na kawałki, a on w swoim cza­sie wra­cał do sie­bie w Kra­inie Umy­słu. Eks­pe­ry­menty potwier­dziły, że jedy­nym spo­so­bem, by je roz­dzie­lić, było prze­cho­wy­wa­nie roz­dzie­lo­nych połó­wek w klej­no­tach.

Kala­din dał mu dzie­sięć ude­rzeń serca, a póź­niej wyjął nie­wielką kulę jako źró­dło świa­tła i wybiegł na kory­tarz. Poświę­ciw­szy jedy­nie krót­kie spoj­rze­nie porzu­co­nemu ciału Ści­ga­ją­cego, wpadł do kom­naty, w któ­rej zosta­wił Tefta.

Zadzi­wia­jące, jak duży przy­pływ ener­gii dawało zna­le­zie­nie się tak bli­sko walki. Bez trudu zarzu­cił sobie przy­ja­ciela na ramiona i odbiegł - jakby znów napeł­niło go Burzowe Świa­tło. Wyko­rzy­stu­jąc kulę, wkrótce odna­lazł klatkę scho­dową. Chciał wbiec na wyż­szą kon­dy­gna­cję, ale słaby blask docho­dzący z góry kazał mu się zatrzy­mać.

Z góry odbi­jały się echem głosy mówiące w ryt­mach. I z dołu też, jak sobie uświa­do­mił. Porzu­cił tę klatkę scho­dową, ale dwa kory­ta­rze dalej dostrzegł odle­głe świa­tła i cie­nie. Wśli­zgnął się w boczny kory­tarz, pot spły­wał z niego stru­mie­niami, a stra­cho­spreny - jak bryły mazi - wyła­niały się z kamie­nia u jego stóp.

Znał to uczu­cie. Prze­my­ka­nie się w ciem­no­ści. Ludzie z lam­pami, poru­sza­jący się meto­dycz­nie, polu­jący na niego. Oddy­cha­jąc ciężko, pocią­gnął Tefta w inny boczny kory­tarz, lecz wkrótce zauwa­żył świa­tła rów­nież i tam.

Wróg two­rzył pętlę powoli zaci­ska­jącą się wokół jego pozy­cji. Ta wie­dza spra­wiła, że wró­ciły wspo­mnie­nia nocy, gdy zawiódł Nalmę i pozo­sta­łych. Nocy, kiedy - podob­nie jak przy wielu innych oka­zjach - on prze­żył, choć wszy­scy inni zgi­nęli. Kala­din nie był już zbie­głym nie­wol­ni­kiem, ale uczu­cie pozo­stało.

- Kala­di­nie! - Syl pod­le­ciała do niego. - Pro­wa­dzi­łam go na skraj tej kon­dy­gna­cji, ale wpa­dli­śmy na zwy­kłych żoł­nie­rzy i on zawró­cił. Chyba zro­zu­miał, że pró­bo­wa­łam odwró­cić jego uwagę.

- Jest tu kilka oddzia­łów. - Kala­din ukrył się w ciem­no­ści. - Może cała kom­pa­nia. Na burze. Ści­ga­jący musiał zabrać wszyst­kich żoł­nie­rzy wysła­nych do prze­szu­ka­nia domów na pią­tym pię­trze.

Wstrzą­snęło nim to, w jakim tem­pie zasta­wili pułapkę. Musiał przy­znać, że pew­nie wyni­kało to z faktu, iż pozwo­lił żoł­nie­rzowi uciec i powia­do­mić pozo­sta­łych.

Cóż, wąt­pił, by wróg zna­lazł czas, by przy­własz­czyć sobie jedną ze stwo­rzo­nych przez Navani map tego poziomu. Z pew­no­ścią nie umie­ścili straży w każ­dym kory­ta­rzu i na każ­dej klatce scho­do­wej. Zaci­ska­jąca się wokół niego sieć musiała mieć luki.

Zaczął szu­kać. Ruszył bocz­nym kory­ta­rzem, ale dostrzegł zbli­ża­jące się cie­nie. I w następ­nej klatce scho­do­wej też. Byli nie­ustę­pliwi i byli wszę­dzie. A on nie znał tej oko­licy lepiej od nich. Krę­cił się kory­ta­rzami, aż dotarł do śle­pego zaułka. Szybko prze­szu­kał pobli­skie kom­naty, lecz nie zna­lazł drogi ucieczki, a kiedy obej­rzał się przez ramię, usły­szał głosy. Mówili po azir­sku - i z ryt­mami.

Z rosną­cym prze­ra­że­niem odsta­wił Tefta, odli­czył kule i znów wyjął skal­pel. Racja. Musiał... zabrać broń pierw­szemu żoł­nie­rzowi, któ­rego zabije. Naj­le­piej włócz­nię. Coś dłu­giego, jeśli miał prze­trwać walkę w tych kory­ta­rzach.

Syl wylą­do­wała na jego ramie­niu i przy­brała postać mło­dej kobiety sie­dzą­cej z rękami na kola­nach.

- Będziemy musieli się prze­bić - szep­nął Kala­din. - Jest szansa, że w tę stronę poślą tylko paru żoł­nie­rzy. Zabi­jemy ich, wyśli­zgniemy się z pętli i uciek­niemy.

Poki­wała głową.

Ale to nie brzmiało jak "paru żoł­nie­rzy". I był pewny, że sły­szał wśród nich ostrzej­szy, bar­dziej dono­śny głos. Ści­ga­jący na­dal za nim podą­żał, być może wyko­rzy­stu­jąc nie­wiel­kie ślady krwi na ścia­nach lub pod­ło­dze.

Kala­din wcią­gnął Tefta do jed­nej z kom­nat, po czym sta­nął w drzwiach i cze­kał. Nie uspo­koił się, ale był przy­go­to­wany. Trzy­mał skal­pel w taki spo­sób, by móc wbić go od góry w miej­sce mię­dzy sko­rupą a szyją. Sto­jąc tak, czuł, jak przy­tła­cza go cię­żar wszyst­kiego. Ciem­ność, na zewnątrz i w środku. Wyczer­pa­nie. Groza. Wokół poja­wiły się ponu­ro­spreny, jak poszar­pane frag­menty mate­riału, niczym pro­porce przy­mo­co­wane do ścian.

- Kala­di­nie, czy mogli­by­śmy się pod­dać? - zapy­tała cicho Syl.

- Ten Sto­piony nie przy­był tu, by wziąć mnie do nie­woli, Syl.

- Jeśli umrzesz, znów zostanę sama.

- Wyśli­zgi­wa­li­śmy się z trud­niej­szych sytu­acji... - Urwał, kiedy spoj­rzał na nią, sie­dzącą na jego ramie­niu. Wyda­wała się znacz­nie mniej­sza niż zwy­kle. Nie mógł zmu­sić się do wypo­wie­dze­nia dal­szych słów. Nie mógł kła­mać.

Świa­tło zaczęło wypeł­niać kory­tarz, zbli­żało się do niego.

Kala­din moc­niej zaci­snął palce na skal­pelu. W głębi duszy zawsze wie­dział, że do tego doj­dzie. Samotny w ciem­no­ści, oparty ple­cami o ścianę, prze­ciwko przy­tła­cza­ją­cej licz­bie wro­gów. Chwa­lebna śmierć, ale Kala­din nie chciał chwały. Już w dzie­ciń­stwie odrzu­cił to głu­pie marze­nie.

- Kala­di­nie? - ode­zwała się Syl. - Co to? Na pod­ło­dze?

W pra­wym rogu poja­wił się słaby fio­le­towy blask. Nie­mal nie­wi­doczny, nawet w ciem­no­ści. Kala­din porzu­cił sta­no­wi­sko przy drzwiach i przyj­rzał mu się. W kamie­niu bie­gła żyła gra­na­tów, a jej nie­wielka część świe­ciła. Kiedy pró­bo­wał domy­ślić się dla­czego, blask się poru­szył - prze­su­nął wzdłuż żyły krysz­tału. Kala­din podą­żył za nim do otworu wej­ścio­wego i patrzył, jak prze­śli­zguje się przez kory­tarz do pomiesz­cze­nia po dru­giej stro­nie.

Po krót­kim waha­niu scho­wał broń i znów wziął Tefta na ramiona. Wyto­czył się na kory­tarz i usły­szał, że jeden ze zbli­ża­ją­cych się wro­gów powie­dział coś po azir­sku. Brzmiał nie­pew­nie, jakby zauwa­żył jedy­nie jego cień.

Na burze. Co on wypra­wiał? Gonił wid­mowe świa­tła, jak gwiaz­do­spreny na nie­bie? W tej nie­wiel­kiej kom­na­cie świa­tło prze­śli­zgnęło się po pod­ło­dze i ścia­nie, uka­zu­jąc coś, co wyglą­dało na klej­not zanu­rzony głę­boko w kamie­niu.

- Fabrial? - ode­zwała się Syl. - Napeł­nij go!

Kala­din ode­tchnął Burzo­wym Świa­tłem i obej­rzał się przez ramię. Głosy na zewnątrz i cie­nie. Zamiast zacho­wać Burzowe Świa­tło na czas walki, wypeł­nił pole­ce­nie Syl i wepchnął Świa­tło w klej­not. Po tym została mu zawar­tość dwóch, może trzech odłam­ków. Był wła­ści­wie bez­bronny.

Ściana pękła pośrodku. Zapa­trzył się na poru­sza­jące się kamie­nie, ale na szczę­ście zro­biły to bez­gło­śnie. Roz­su­nęły się na tyle, że mógł przejść. Nio­sąc Tefta, wszedł do ukry­tego kory­ta­rza. Za jego ple­cami drzwi zasu­nęły się gładko, a świa­tło klej­notu zga­sło.

Kala­din wstrzy­mał oddech, gdy usły­szał głosy w pomiesz­cze­niu po dru­giej stro­nie, po czym przy­ci­snął ucho do ściany i nasłu­chi­wał. Nie­wiele zro­zu­miał - jakaś kłót­nia, w któ­rej chyba uczest­ni­czył Ści­ga­jący. Kala­din mar­twił się, że zauwa­żyli zamy­ka­jące się drzwi, ale nie sły­szał dra­pa­nia ani ude­rzeń. Z pew­no­ścią dostrze­gli jed­nak spreny, które przy­cią­gnął, i wie­dzieli, że jest bli­sko.

Nie mógł się zatrzy­mać. Fio­le­towe świa­tełko na pod­ło­dze zami­go­tało i poru­szyło się, więc dźwi­ga­jąc Tefta, podą­żył za nim kolej­nymi kory­ta­rzami. W końcu dotarli do ukry­tej klatki scho­do­wej, któ­rej - na szczę­ście - nikt nie pil­no­wał. Wspiął się nią na wyż­szy poziom, choć każdy krok był coraz trud­niej­szy, a po pię­tach dep­tały mu wyczer­pa­nio­spreny. Mimo wszystko szedł dalej, aż świa­tło zapro­wa­dziło go na dzie­siąte pię­tro, a póź­niej do kolej­nej ciem­nej kom­naty. Przy­tła­cza­jąca cisza świad­czyła, że dotarli do czę­ści wieży, któ­rej wróg nie prze­szu­ki­wał. Miał ochotę osu­nąć się na zie­mię, ale świa­tło pul­so­wało upo­rczy­wie na ścia­nie - a Syl zachę­ciła go, żeby na nie spoj­rzał.

Kolejny zagłę­biony klej­not, led­wie widoczny. Wyko­rzy­stał resztkę Burzo­wego Świa­tła, by go napeł­nić, i prze­śli­zgnął się przez drzwi, które się otwo­rzyły. W cał­ko­wi­tej ciem­no­ści poło­żył Tefta na ziemi i poczuł, że drzwi zamknęły się za nim.

Nie miał siły, by rozej­rzeć się po oto­cze­niu, jedy­nie osu­nął się z drże­niem na zimną kamienną pod­łogę.

I w końcu pozwo­lił sobie zasnąć.

45. Odważne serce, prze­ni­kliwy i prze­bie­gły umysł

45

Odważne serce, prze­ni­kliwy i prze­bie­gły umysł

Dzie­więć lat wcze­śniej

Esho­nai powie­dziano, że two­rze­nie map świata odzie­rało go z tajem­nicy. Nie­któ­rzy ze słu­cha­czy upie­rali się, że dzicz powinna pozo­stać nie­zba­dana - kra­ina spre­nów i wiel­ko­sko­ru­pów - a pró­bu­jąc zamknąć ją na papie­rze, ryzy­ko­wała, że ukrad­nie jej tajem­nice.

Uznała to za śmieszne. Dostro­iła się do Podziwu, kiedy weszła do lasu - wokół drzew pod­ska­ki­wały życio­spreny, jaskra­wo­zie­lone kulki z wysta­ją­cymi bia­łymi kol­cami. Bli­żej Strza­ska­nych Rów­nin było bar­dziej pła­sko, i tylko gdzie­nie­gdzie wyra­stały ska­ło­pąki. Tu jed­nak rośliny wzra­stały buj­nie.

Jej bli­scy czę­sto uda­wali się do lasu po drewno i grzyby, jed­nak zawsze szli dokład­nie tą samą drogą. Dzień mar­szu w górę rzeki i w głąb lasu, zbiory, powrót. Tym razem posta­no­wiła, że się roz­dzielą - co ich bar­dzo zanie­po­ko­iło. Obie­cała, że spo­tkają się w zwy­cza­jo­wym obo­zie, po prze­pro­wa­dze­niu zwiadu wzdłuż całego zewnętrz­nego skraju lasu.

Po kilku dniach wędrówki dotarła do rzeki od dru­giej strony. Teraz mogła wró­cić wzdłuż niej przez śro­dek lasu i dotrzeć do obozu rodziny. Przy­nie­sie nową mapę, poka­zu­jącą, jak duży jest las, przy­naj­mniej na jed­nym brzegu.

Ruszyła wzdłuż stru­mie­nia, dostro­jona do Rado­ści, a towa­rzy­szyły jej pły­wa­jące rze­ko­spreny. Wszy­scy tak się mar­twili, że w cza­sie burz była sama. Cóż, kil­ka­na­ście razy w życiu spę­dziła burzę na otwar­tej prze­strzeni i bez trudu to prze­trwała. A do tego mogła się schro­nić mię­dzy drze­wami.

Rodzina i przy­ja­ciele i tak się przej­mo­wali. Całe życie prze­żyli na nie­wiel­kim obsza­rze, marząc o dniach, kiedy uda im się pod­bić jedno z dzie­się­ciu sta­ro­żyt­nych miast na skraju Strza­ska­nych Rów­nin. Cóż za ogra­ni­czony cel. Dla­czego nie wyru­szyć dalej, zoba­czyć, co jesz­cze jest na świe­cie?

Ale nie. Ist­niał tylko jeden moż­liwy cel - zdo­być jedno z miast. Zna­leźć schro­nie­nie za walą­cymi się murami, igno­ru­jąc barierę, jaką sta­no­wiły lasy. Esho­nai uznała to za dowód, że natura oka­zała się sil­niej­sza od two­rów słu­cha­czy. Te lasy pew­nie ist­niały, gdy sta­ro­żytne mia­sta dopiero wybu­do­wano. Jed­nakże las wciąż roz­kwi­tał, a one popa­dły w ruinę.

Nie można było ukraść tajem­nic cze­goś tak potęż­nego, po pro­stu to bada­jąc. Można się było jedy­nie uczyć.

Usia­dła w pobliżu kamie­nia i roz­wi­nęła mapę wykre­śloną na cen­nym papie­rze. Jej matka była jedną z nie­licz­nych we wszyst­kich rodzi­nach, która znała Pieśń Wyra­bia­nia Papieru, a Esho­nai z jej pomocą udo­sko­na­liła pro­ces. Pió­rem i tuszem wykre­śliła bieg rzeki w miej­scu, gdzie wpa­dła do lasu, a póź­niej osu­szyła tusz i zwi­nęła mapę.

Choć była pewna sie­bie, dostro­jona do Zde­cy­do­wa­nia, narze­ka­nia pozo­sta­łych ostat­nio wyjąt­kowo ją męczyły.

"Wiemy, gdzie jest las i jak do niego dotrzeć. Po co okre­ślać jego wiel­kość? Co to da?".

"Rzeka pły­nie w tę stronę. Wszy­scy wie­dzą, gdzie ją zna­leźć. Po co umiesz­czać ją na papie­rze?".

Zbyt wielu z jej rodziny pra­gnęło uda­wać, że świat jest mniej­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Esho­nai była prze­ko­nana, że dla­tego wciąż sprze­czali się z innymi rodzi­nami słu­cha­czy. Gdyby świat skła­dał się jedy­nie z ziem wokół dzie­się­ciu miast, walka o tę zie­mię mia­łaby sens.

Ale ich przod­ko­wie nie wal­czyli mię­dzy sobą. Ich przod­ko­wie zwró­cili twa­rze w stronę burzy i wyma­sze­ro­wali, porzu­ca­jąc wła­snych bogów w imię wol­no­ści. Esho­nai zamie­rzała wyko­rzy­stać tę wol­ność. Zamiast sie­dzieć przy ogniu i narze­kać, zamie­rzała doświad­czyć piękna, które dawała im Pie­lę­gna­cja. I zada­wać naj­waż­niej­sze pyta­nie ze wszyst­kich.

"Co teraz odkryję?".

Esho­nai szła dalej, oce­nia­jąc bieg rzeki. Miała wła­sne metody obli­cza­nia odle­gło­ści, a następ­nie spraw­dzała swoje dzieło, przy­glą­da­jąc się mu pod róż­nymi kątami. Rzeka pły­nęła przez wiele dni po zakoń­cze­niu burzy. Jak? Kiedy pozo­stała woda odpły­nęła lub została wypita, dla­czego ta rzeka nie prze­sta­wała pły­nąć? Gdzie miała począ­tek?

Rzeki i ich pokryte sko­rupą spreny ją fascy­no­wały. Rzeki były zna­kami, dro­go­wska­zami, dro­gami. Nie można było się zgu­bić, jeśli się wie­działo, gdzie jest rzeka. Zatrzy­mała się na obiad w pobliżu jed­nego z zakoli i odkryła rodzaj krem­lika, który był zie­lony jak drzewa. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała takiego odcie­nia. Musiała powie­dzieć o nim Venli.

- Kra­dzież tajem­nic natury - powie­działa z Roz­draż­nie­niem. - Czymże jest tajem­nica, jeśli nie nie­spo­dzianką, którą należy odkryć?

Doja­dła ugo­to­wane na parze haspery, zga­siła ogni­sko i roz­pę­dziła ognio­spreny, po czym ruszyła dalej. Obli­czała, że dotar­cie do rodziny zaj­mie jej pół­tora dnia. A póź­niej, jeśli znów ich pozo­stawi i obej­dzie las z dru­giej strony, będzie miała jego kom­pletny obraz.

Było tyle rze­czy do zoba­cze­nia, do pozna­nia, do zro­bie­nia. A ona zamie­rzała odkryć je wszyst­kie. Zamie­rzała...

Co to było?

Zmarsz­czyła czoło i przy­sta­nęła. Nurt rzeki nie był teraz silny, następ­nego dnia pew­nie będzie led­wie ciur­kać. Ponad jej bul­go­ta­niem sły­szała docho­dzące z pew­nej odle­gło­ści okrzyki. Czy to pozo­stali wyru­szyli, by ją odna­leźć? Pośpie­szyła naprzód, dostra­ja­jąc się do Pod­eks­cy­to­wa­nia. Może nabrali chęci na odwie­dza­nie nowych miejsc.

Dopiero kiedy nie­mal dotarła do źró­dła dźwię­ków, uświa­do­miła sobie, że coś było z nimi bar­dzo nie w porządku. Brzmiały pła­sko, bez śladu ryt­mów. Jakby wyda­wali je umarli.

Po chwili wyszła zza zakrętu i ujrzała przed sobą coś o wiele cudow­niej­szego - i bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego - niż mogła sobie wyobra­zić.

Ludzie.

***

- "...Tępo­forma strasz­liwa, myśli utra­ce­nie" - zacy­to­wała Venli. - "Spo­śród wszyst­kich naj­niż­sza, rozumu jej brak. By ją odna­leźć, nie myśl­cie o cenie. Ona was odnaj­dzie i przy­nie­sie żal".

Ode­tchnęła głę­boko i usia­dła wygod­niej w namio­cie. Była z sie­bie dumna. Dzie­więć­dzie­siąt jeden zwro­tek, wyre­cy­to­wa­nych ide­al­nie.

Jej matka, Jaxlim, poki­wała głową, nie prze­ry­wa­jąc tka­nia.

- To była jedna z two­ich lep­szych recy­ta­cji - powie­działa z Pochwałą. - Jesz­cze tro­chę ćwi­czeń i przej­dziemy do kolej­nej pie­śni.

- Ale... wszystko wypo­wie­dzia­łam popraw­nie.

- Pomy­li­łaś siódmą zwrotkę z pięt­na­stą.

- Kolej­ność nie ma zna­cze­nia.

- Zapo­mnia­łaś też o dzie­więt­na­stej.

- Wcale nie. - Venli odli­czyła je w gło­wie. Pra­co­forma? - ...Tak?

- Tak. Ale nie musisz być zawsty­dzona. Dobrze sobie radzisz.

Dobrze? Venli całe lata zapa­mię­ty­wała pie­śni, pod­czas gdy Esho­nai nie robiła wła­ści­wie nic uży­tecz­nego. Venli była lep­sza niż dobra. Była dosko­nała.

Ale... zapo­mniała o całej zwrotce? Spoj­rzała na matkę, która nuciła cicho, pra­cu­jąc przy kro­śnie.

- Dzie­więt­na­sta zwrotka nie jest aż tak ważna - stwier­dziła Venli. - Nikt nie zapo­mni, jak stać się robot­ni­kiem. I tępo­forma. Po co mamy zwrotkę na jej temat? Nikt nie wybrałby jej z wła­snej woli.

- Musimy pamię­tać o prze­szło­ści - odparła matka w Ryt­mie Straty. - Musimy pamię­tać, przez co prze­szli­śmy, żeby dotrzeć tutaj. Musimy pil­no­wać, żeby się nie zapo­mnieć.

Venli dostro­iła się do Roz­draż­nie­nia. A wtedy Jaxlim zaczęła pięk­nie śpie­wać w ryt­mach. W gło­sie jej matki było coś nie­sa­mo­wi­tego. Nie był potężny ani mocny, ale przy­po­mi­nał nóż - wąski, ostry, nie­mal płynny. Ciął samą duszę Venli i wkrótce Roz­draż­nie­nie zastą­pił Podziw.

Nie, Venli nie była dosko­nała. Jesz­cze nie. Ale jej matka tak.

Jaxlim śpie­wała dalej, a Venli patrzyła urze­czona i czuła się zawsty­dzona swo­imi wcze­śniej­szymi dąsami. Po pro­stu cza­sami było jej bar­dzo ciężko. Sie­działa tutaj, dzień po dniu, i zapa­mię­ty­wała, pod­czas gdy Esho­nai się bawiła. Obie były już pra­wie doro­słe, Esho­nai został tylko rok, a Venli nie­wiele ponad dwa. Miały być odpo­wie­dzialne.

Matka w końcu urwała po dzie­sią­tej zwrotce.

- Dzię­kuję - powie­działa Venli.

- Za to, że zaśpie­wa­łam coś, co sły­sza­łaś tysiąc razy?

- Za przy­po­mnie­nie mi, do czego mają dopro­wa­dzić moje ćwi­cze­nia. - Venli dostro­iła się do Pochwały.

Matka dostro­iła się do Rado­ści i pra­co­wała dalej. Venli pode­szła do wej­ścia do namiotu i wyj­rzała na zewnątrz, gdzie człon­ko­wie rodziny zaj­mo­wali się róż­nymi rze­czami, takimi jak rąba­nie drewna i oba­la­nie drzew. Byli rodziną Pierw­szego Rytmu i mieli szla­chetne pocho­dze­nie. Jed­nakże, choć było ich wiele tysięcy, od lat nie pano­wali nad mia­stem.

Cią­gle mówili, że wkrótce jedno z nich odzy­skają. Wypro­wa­dzą atak z lasu tuż przed burzą i odzy­skają pra­wo­witą sie­dzibę. Był to dosko­nały i godny cel, jed­nak Venli odkryła, że nie czuje satys­fak­cji, gdy patrzy na wojow­ni­ków robią­cych strzały i ostrzą­cych sta­ro­żytne meta­lowe włócz­nie. Czy do tego ogra­ni­czało się życie? Cią­głej walki o te same dzie­sięć miast?

Z pew­no­ścią było dla nich coś wię­cej. Z pew­no­ścią było coś wię­cej dla niej. Nauczyła się kochać pie­śni, ale chciała je też wyko­rzy­stać. Odna­leźć tajem­nice, które obie­cy­wały. Czy Roshar stwo­rzyłby kogoś takiego jak Venli, by następ­nie kazać jej sie­dzieć w namio­cie ze skóry i zapa­mię­ty­wać słowa, aż w końcu prze­każe je dalej i umrze?

Nie. Musiała mieć jakieś prze­zna­cze­nie. Coś wiel­kiego.

- Esho­nai myśli, że powin­ni­śmy nakre­ślić rysunki ozna­cza­jące zwrotki pie­śni - powie­działa Venli. - Stwo­rzyć sterty papie­rów zapeł­nio­nych obraz­kami, żeby­śmy nie zapo­mnieli.

- Twoja sio­stra cza­sami ma w sobie mądrość.

Venli dostro­iła się do Zdrady.

- Nie powinna na tak długo opusz­czać rodziny i samo­lub­nie mar­no­wać czasu. Powinna uczyć się pie­śni tak samo jak ja. To rów­nież jej obo­wią­zek, jako two­jej córki.

- Tak, masz rację. Ale Esho­nai ma odważne serce. Musi jedy­nie się nauczyć, że rodzina jest waż­niej­sza od poli­cze­nia wzgórz ota­cza­ją­cych obóz.

- Ja mam odważne serce!

- Ty masz prze­ni­kliwy i prze­bie­gły umysł. Podob­nie jak twoja matka. Nie lek­ce­waż wła­snych talen­tów tylko dla­tego, że zazdro­ścisz dru­giemu.

- Zazdrosz­czę? Jej?

Matka Venli nie prze­ry­wała tka­nia. Nie musiała wyko­ny­wać takiej pracy - jej pozy­cja powier­niczki pie­śni była wysoka, być może naj­waż­niej­sza w całej rodzi­nie. Jed­nakże matka zawsze sta­rała się być zajęta. Mówiła, że praca fizyczna dodaje siły jej ciału, a powta­rza­nie pie­śni jest pracą dla umy­słu.

Venli dostro­iła się do Nie­po­koju, póź­niej Pew­no­ści, i znów Nie­po­koju. Pode­szła do matki i usia­dła na zydlu obok niej. Jaxlim ema­no­wała Pew­no­ścią, nawet odda­jąc się cze­muś tak pro­stemu jak tka­nie. Skom­pli­ko­wany wzór jej skóry, skła­da­jący się z falu­ją­cych czer­wo­nych i czar­nych linii, był jed­nym z naj­pięk­niej­szych w obo­zie - jak praw­dziwy mar­mur. Esho­nai odzie­dzi­czyła kolory po matce.

Venli, rzecz jasna, była podobna do ojca - głów­nie biel i czer­wień, połą­czone we wzo­rze bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cym zawi­jasy. Wielu twier­dziło, że nie widzi małych pla­mek czerni na jej szyi, ale ona je dostrze­gała. Połą­cze­nie wszyst­kich trzech kolo­rów było nie­wia­ry­god­nie rzad­kie.

- Matko, chyba coś odkry­łam - powie­działa z Pod­eks­cy­to­wa­niem.

- A cóż takiego?

- Znów eks­pe­ry­men­to­wa­łam z róż­nymi spre­nami. Zabie­ra­łam je na burze.

- Zosta­łaś przed tym ostrze­żona.

- Nie zaka­za­łaś mi, więc robi­łam to dalej. Czy mamy zawsze robić tylko to, co nam każą?

- Wielu mówi, że nie potrze­bu­jemy niczego poza pra­co­formą i paro­formą - powie­działa matka z Zasta­no­wie­niem. - Mówią, że poszu­ki­wa­nie innych form to robie­nie kroku w stronę form mocy.

- A co ty mówisz?

- Zawsze tak bar­dzo przej­mu­jesz się moim zda­niem. Więk­szość dzieci, kiedy osią­gnie twój wiek, zaczyna rzu­cać wyzwa­nie swoim rodzi­com lub ich igno­ro­wać.

- Więk­szość dzieci nie ma cie­bie za matkę.

- Pochleb­stwo? - spy­tała Jaxlim z Roz­ba­wie­niem.

- Nie... do końca. - Venli dostro­iła się do Rezy­gna­cji. - Matko, chcę wyko­rzy­sty­wać to, czego się nauczy­łam. Moją głowę wypeł­niają pie­śni o for­mach. Jak mogę nie czuć pra­gnie­nia, by je odkryć? Dla dobra naszego ludu.

Jaxlim w końcu prze­stała tkać. Odwró­ciła się na zydlu, zbli­żyła do Venli i zła­pała ją za ręce. Zamru­czała, po czym zanu­ciła cicho do Pochwały - czy­sta melo­dia, bez słów. Venli zamknęła oczy i pozwo­liła, by pieśń ją omyła, i wyda­wało jej się, że czuje wibra­cje skóry matki. Czuje jej duszę.

Robiła to, od kiedy pamię­tała. Pole­gała na niej i jej pie­śniach. Od kiedy ojciec odszedł, wyru­szył na poszu­ki­wa­nie wschod­niego morza.

- Jestem z cie­bie dumna, Venli. Dobrze sobie pora­dzi­łaś przez te ostat­nie lata, zapa­mię­tu­jąc, kiedy Esho­nai się pod­dała. Zachę­cam cię do dal­szej pracy nad sobą, ale pamię­taj, nie wolno ci się roz­pro­szyć. Potrze­buję cię. Potrze­bu­jemy cię.

Venli poki­wała głową, po czym zanu­ciła w tym samym ryt­mie, dostra­ja­jąc się do Pochwały w har­mo­nii z matką. Czuła w tych pal­cach miłość, cie­pło, akcep­ta­cję. I wie­działa, że cokol­wiek się sta­nie, matka nią pokie­ruje. Pod­trzyma ją. Z pie­śnią, która prze­bi­jała nawet burze.

Matka powró­ciła do tka­nia, a Venli znów zaczęła recy­to­wać. Wypo­wie­działa całość i tym razem nie prze­ga­piła zwrotki.

Kiedy skoń­czyła, cze­kała, popi­ja­jąc wodę, z nadzieją na pochwałę matki. Ale Jaxlim dała jej coś lep­szego.

- Opo­wiedz mi o tych eks­pe­ry­men­tach ze spre­nami, które prze­pro­wa­dza­łaś.

- Pró­buję odna­leźć woj­no­formę! - powie­działa Venli z Nie­cier­pli­wo­ścią. - W cza­sie burz trzy­ma­łam się w pobliżu skraju schro­nie­nia i pró­bo­wa­łam przy­cią­gnąć wła­ściwe spreny. To trudne, bo więk­szość spre­nów ucieka przede mną, kiedy wzmaga się wiatr. Jed­nak ostat­nim razem czu­łam, że jestem bli­sko. Klu­czem jest bólo­spren. One zawsze kręcą się w oko­licy w cza­sie burz. Jeśli uda mi się utrzy­mać jed­nego z nich bli­sko mnie, sądzę, że będę mogła przy­jąć formę.

Gdyby jej się to udało, byłaby pierw­szym słu­cha­czem w woj­no­for­mie od wielu poko­leń. Od czasu, gdy ludzie i pie­śnia­rze znisz­czyli się nawza­jem w ostat­niej bitwie. To było coś, co mogła dać swoim roda­kom, coś, co zosta­nie zapa­mię­tane!

- Poroz­ma­wiajmy z Piątką. - Jaxlim wstała od kro­sna.

- Zacze­kaj. - Venli wzięła ją za rękę i dostro­iła się do Napię­cia. - Zamie­rzasz prze­ka­zać im, co ci powie­dzia­łam? O woj­no­for­mie?

- Natu­ral­nie. Jeśli masz podą­żać dalej tą ścieżką, potrze­bu­jemy ich bło­go­sła­wień­stwa.

- Może powin­nam jesz­cze poćwi­czyć. Zanim komu­kol­wiek powiemy.

Jaxlim zanu­ciła z Repry­mendą.

- To przy­po­mina twoją odmowę śpie­wa­nia pie­śni publicz­nie. Oba­wiasz się, że znów nara­zisz się na porażkę, Venli.

- Nie. Oczy­wi­ście, że nie, matko. Po pro­stu sądzę, że byłoby lepiej, gdy­bym wie­działa, że to na pewno się uda. Nim wywo­łam zamie­sza­nie.

Dla­czego ktoś mógłby nie chcieć uzy­skać pew­no­ści, zanim narazi się na śmiesz­ność, kiedy mu się nie uda? To nie zna­czyło, że Venli była tchó­rzem. Zamie­rzała przy­jąć nową formę, choć nikt inny tego nie zro­bił. To było odważne. Chciała po pro­stu zapa­no­wać nad oko­licz­no­ściami i tyle.

- Chodź ze mną - powie­działa Jaxlim z Poko­jem. - Inni roz­ma­wiali na ten temat... zwró­ci­łam się do nich, kiedy spy­ta­łaś mnie poprzed­nim razem. Zasu­ge­ro­wa­łam star­szym, że uwa­żam przy­ję­cie nowych form za moż­liwe, i wie­rzę, że oni są gotowi spró­bo­wać.

- Naprawdę?

- Tak. Chodź. Doce­nią twoją ini­cja­tywę. Ona też jest wśród nas rzadka, w tej for­mie. Jest o wiele lep­sza niż tępo­forma, ale i tak wpływa na nasze umy­sły. Potrze­bu­jemy innych form, wbrew temu, co mogą twier­dzić nie­któ­rzy.

Venli poczuła, że dostraja się do Pod­eks­cy­to­wa­nia, gdy opu­ściła z matką namiot. Gdyby udało jej się uzy­skać woj­no­formę, czy to otwo­rzy­łoby jej umysł? Uczy­ni­łoby ją jesz­cze odważ­niej­szą? Uci­szyło obawy i nie­po­koje, które czę­sto czuła? Pożą­dała osią­gnięć. Pra­gnęła uczy­nić ich świat lep­szym, mniej nud­nym, bar­dziej oży­wio­nym. Chciała być tą, która popro­wa­dzi swój lud do wiel­ko­ści. Z kremu w stronę nie­bios.

Piątka zebrała się wokół ogni­ska wśród drzew i oma­wiała tak­tykę ataku w cza­sie nad­cho­dzą­cej bitwy. Co ogra­ni­czało się głów­nie do decy­do­wa­nia, jakie prze­chwałki wykrzyk­nąć i któ­rzy wojow­nicy mają jako pierwsi rzu­cić włócz­niami.

Jaxlim pode­szła do star­szych i zaśpie­wała pełną pieśń Pod­eks­cy­to­wa­nia. Rzadki występ powier­niczki pie­śni, a każda zwrotka spra­wiała, że Venli stała coraz bar­dziej wypro­sto­wana.

Po zakoń­cze­niu pie­śni Jaxlim wyja­śniła, co powie­działa jej Venli. Starsi byli rze­czy­wi­ście zain­te­re­so­wani. Uświa­da­miali sobie, że nowe formy były warte ryzyka. Pewna, że nie zosta­nie odrzu­cona, Venli wystą­piła do przodu i dostro­iła się do Zwy­cię­stwa.

Kiedy jed­nak zaczęła, coś roz­le­gło się pod mia­stem. Bębny wojenne? Piątka chwy­ciła za broń - sta­ro­żytne topory, włócz­nie i mie­cze, każdy cenny i prze­ka­zy­wany z poko­le­nia na poko­le­nie, słu­cha­cze bowiem nie mieli jak two­rzyć nowych meta­lo­wych broni.

Ale co to mogło być? Żadna inna rodzina nie zaata­ko­wa­łaby ich na pust­ko­wiu. Nie wyda­rzyło się to od poko­leń, od czasu, gdy rodzina Czy­stej Pie­śni napa­dła na rodzinę Czwar­tej Czę­ści, by ukraść im broń. Ci z Czy­stej Pie­śni zostali za ten czyn odrzu­ceni przez wszyst­kich pozo­sta­łych.

Venli została na miej­scu, gdy starsi ode­szli. Nie chciała brać udziału w potyczce - jeśli rze­czy­wi­ście o to cho­dziło. Była uczen­nicą powier­niczki pie­śni, zbyt cenną, by ryzy­ko­wać w bitwie. Miała nadzieję, że cokol­wiek to było, wkrótce się skoń­czy, a ona będzie mogła powró­cić do pła­wie­nia się w sza­cunku star­szych.

I dla­tego jako jedna z ostat­nich usły­szała o nie­wia­ry­god­nym odkry­ciu Esho­nai. Jako jedna z ostat­nich dowie­działa się, że ich świat zmie­nił się na zawsze. I jako jedna z ostat­nich odkryła, że jej wspa­niała dekla­ra­cja została cał­ko­wi­cie przy­ćmiona przez czyny lek­ko­myśl­nej sio­stry.

46. Cię­żar wieży

46

Cię­żar wieży

Pod­cho­dzę do tego tek­stu na równi z trwogą i nadzieją. I nie wiem, która z nich powinna mną kie­ro­wać.

Rytm Wojny, s. 1

Rabo­niel odmó­wiła Navani słu­żą­cych. Sto­piona naj­wy­raź­niej sądziła, że życie bez nich będzie dla niej utrud­nie­niem. Dla­tego Navani pozwo­liła sobie na odro­binę dumy, kiedy wyszła z kom­nat pierw­szego peł­nego dnia oku­pa­cji Uri­thiru. Włosy miała czy­ste i zaple­cione, pro­stą havah porząd­nie upra­so­waną, i nało­żony maki­jaż. Mycie w zim­nej wodzie nie było przy­jemne, ale fabriale nie dzia­łały, zatem nie mogłaby się spo­dzie­wać cie­płej wody nawet gdyby miała służbę.

Zapro­wa­dzono ją do biblio­teki w piw­ni­cach Uri­thiru. Rabo­niel sie­działa za biur­kiem Navani i prze­glą­dała jej notatki. Po przy­by­ciu Navani ukło­niła się sta­ran­nie, na tyle nisko, by oka­zać posłu­szeń­stwo - ale nie tak, by zasu­ge­ro­wać pod­po­rząd­ko­wa­nie.

Sto­piona odsu­nęła krze­sło do tyłu i oparła się łok­ciem o biurko, po czym przy akom­pa­nia­men­cie nuce­nia mach­nęła ręką, by odpra­wić straż­ni­ków.

- Jaką pod­ję­łaś decy­zję?

- Zor­ga­ni­zuję swoje uczone, Sta­ro­żytna, i będziemy dalej pro­wa­dzić bada­nia pod waszym nad­zo­rem.

- Mądrzej­szy wybór, ale i bar­dziej nie­bez­pieczny, Navani Kho­lin. - Rabo­niel zanu­ciła inny ton. - Nie zna­la­złam w tych notat­kach dia­gra­mów lata­ją­cej machiny.

Navani udała, że się zasta­na­wia, ale już roz­wa­żyła tę kwe­stię. Tajem­nice lata­ją­cej plat­formy nie mogły pozo­stać w ukry­ciu, zbyt wiele uczo­nych Navani je znało. Poza tym sporo z tych nowych złą­czo­nych fabriali - które pozwa­lały na ruch w pozio­mie przy zacho­wa­niu wyso­ko­ści - wyko­rzy­sty­wano już w wieży. Choć fabriale nie dzia­łały, pod­władni Rabo­niel z pew­no­ścią mogli zro­zu­mieć ich dzia­ła­nie.

Po dłu­gim wewnętrz­nym spo­rze doszła do wnio­sku, że musiała oddać tę tajem­nicę. Jej naj­więk­szą nadzieją na wydo­sta­nie się z tej sytu­acji było uda­wa­nie, że jest gotowa współ­pra­co­wać z Rabo­niel, jed­no­cze­śnie gra­jąc na czas.

- Celowo nie trzy­mam naj­waż­niej­szych dia­gra­mów ni­gdzie poza wła­sną głową - skła­mała. - Wyja­śniam swoim uczo­nym każdy ele­ment, któ­rego potrze­buję, gdy go potrze­buję. Jeśli dostanę dość czasu, mogę nary­so­wać dla was mecha­nizm spra­wia­jący, że machina działa.

Rabo­niel zanu­ciła w ryt­mie, ale Navani nie umiała oce­nić, co on ozna­cza. Sto­piona wyda­wała się jed­nak scep­tyczna, gdy wstała i gestem kazała jej usiąść. Umie­ściła trzcinę w jej dłoni i zaplo­tła ręce na piersi.

Cóż, dobrze. Navani ryso­wała szybko i spraw­nie. Stwo­rzyła sche­mat złą­czo­nego fabriala i dodała krót­kie wyja­śnie­nie, jak dzia­łał, a póź­niej naryso­wała więk­szy dia­gram całych setek umiesz­czo­nych w lata­ją­cej machi­nie.

- Tak - stwier­dziła Rabo­niel, gdy Navani nary­so­wała ostat­nie ele­menty. - Ale jak spra­wia­cie, że lata w pozio­mie? Przy wyko­rzy­sta­niu takiej kon­struk­cji z całą pew­no­ścią można unieść machinę wysoko w powie­trze... ale musia­łaby pozo­stać w tym miej­scu. Chyba nie spo­dzie­wasz się, że uwie­rzę, że macie machinę poru­sza­jącą się po ziemi w ide­al­nej koor­dy­na­cji z tą na nie­bie?

- Wie­cie wię­cej na temat fabriali, niż się spo­dzie­wa­łam, Pani Życzeń.

Rabo­niel zanu­ciła w ryt­mie.

- Szybko się uczę. - Wska­zała na notatki na biurku Navani. - W prze­szło­ści mój rodzaj miał pro­blemy ze skło­nie­niem spre­nów do obja­wie­nia się w Kra­inie Mate­rii jako urzą­dze­nia. Wygląda na to, że Pust­ko­spreny nie są natu­ral­nie tak... skłonne do poświę­ceń jak te Honoru i Pie­lę­gna­cji.

Navani zamru­gała, gdy dotarły do niej impli­ka­cje. Nagle kil­ka­na­ście luź­nych wąt­ków w jej umy­śle połą­czyło się ze sobą, two­rząc gobe­lin. Wyja­śnie­nie. To dla­tego fabriale w wieży - pompy, mecha­ni­zmy wind - nie miały klej­no­tów z uwię­zio­nymi spre­nami. Na burze... to było wyja­śnie­nie Dusz­ni­ków.

Oto­czyły ją podzi­wo­spreny jak kręgi błę­kit­nego dymu. Dusz­niki nie zawie­rały spre­nów, bo same były spre­nami. Obja­wia­ją­cymi się w Kra­inie Mate­rii jak Ostrza Odpry­sku. Po tej stro­nie spreny sta­wały się meta­lem. Jakim spo­so­bem sta­ro­żytne spreny skło­niono do obja­wie­nia się jako Dusz­niki zamiast Ostrzy?

- Widzę, że nie wie­dzia­łaś. - Rabo­niel pod­cią­gnęła sobie krze­sło. Nawet sie­dząc, była o stopę wyż­sza od Navani. Robiła tak dziwne wra­że­nie: postać okryta pan­ce­rzem, jakby przy­go­to­wu­jąca się do wyru­sze­nia na wojnę, prze­glą­da­jąca notatki. - Dziwne, że poczy­ni­li­ście tak wiel­kie postępy, o któ­rych nawet nie marzy­li­śmy w poprzed­nich epo­kach, a jed­nak zapo­mnie­li­ście o znacz­nie prost­szym spo­so­bie, z jakiego korzy­stali wasi przod­ko­wie.

- My... nie mie­li­śmy dostępu do spre­nów, które chcia­łyby z nami roz­ma­wiać. Na złote klu­cze Vev... to... nie wie­rzę, że tego nie dostrze­gli­śmy. Impli­ka­cje...

- Ruch w pozio­mie?

Navani czuła się wręcz oszo­ło­miona, gdy szki­co­wała odpo­wiedź.

- Nauczy­li­śmy się roz­dzie­lać płasz­czy­zny ruchu w złą­czo­nych fabria­lach. Trzeba wyko­rzy­stać kon­struk­cję z alu­mi­nio­wych dru­tów, umiesz­czo­nych w taki spo­sób, by doty­kały klej­notu. To pozwala klej­no­towi zacho­wać nie­zmie­nioną pozy­cję w pio­nie, a jed­no­cze­śnie poru­szać się w pozio­mie.

- Fascy­nu­jące. Ral­ka­lest... wy nazy­wa­cie go alu­mi­nium... wpływa na Zwią­zek. To cał­kiem prze­myślne. Zna­le­zie­nie wła­ści­wej kon­fi­gu­ra­cji z pew­no­ścią wyma­gało wielu testów.

- Minął ponad rok - przy­znała Navani. - Od chwili, kiedy w ogóle poja­wiła się taka teo­ria. Mamy pro­blem, że nie możemy poru­szać się jed­no­cze­śnie w pio­nie i w pozio­mie... fabriale, które uno­szą nas w górę i opusz­czają, są kapry­śne i zbli­żamy do nich alu­mi­nium dopiero po tym, jak je zablo­ku­jemy w pozy­cji.

- To nie­do­god­ność.

- Ow­szem, ale wymy­śli­li­śmy sys­tem, w któ­rym naj­pierw się zatrzy­mu­jemy, a dopiero póź­niej poru­szamy się w pozio­mie. To kło­po­tliwe, zwłasz­cza że łączo­trz­ciny bar­dzo trudno zmu­sić do dzia­ła­nia na poru­sza­ją­cych się obiek­tach.

- Wydaje się, że powi­nien ist­nieć spo­sób, by wyko­rzy­stać tę wie­dzę do stwo­rze­nia łączo­trz­cin, z któ­rych można korzy­stać w ruchu. - Rabo­niel przyj­rzała się rysun­kowi Navani.

- Też tak sądzi­łam. Wyzna­czy­łam nie­wielką grupę do zaję­cia się tą kwe­stią, ale zaprzą­tały nas głów­nie inne. Wasze bro­nie prze­ciwko Świe­tli­stym wciąż wzbu­dzają moją dez­orien­ta­cję.

Rabo­niel zanu­ciła w szyb­kim, lek­ce­wa­żą­cym ryt­mie.

- Sta­ro­żytna tech­no­lo­gia led­wie działa. Możemy wyssać Burzowe Świa­tło ze Świe­tli­stego, zga­dza się... jak długo pozo­staje w jed­nej pozy­cji prze­bity jedną z naszych broni. Ta metoda nie powstrzy­muje sprena przed zwią­za­niem się z nowym Świe­tli­stym. Ucie­szy­łoby mnie, gdyby wasze spreny dawało się łatwiej uwię­zić w klej­no­tach.

- Prze­każę tę prośbę dalej.

Rabo­niel zanu­ciła w innym ryt­mie, po czym się uśmiech­nęła. Na jej mar­mur­ko­wej twa­rzy, smu­kłej i nie­bez­piecz­nej, trudno było nie inter­pre­to­wać tego uśmie­chu jako dra­pież­nego. Jed­nakże w tej spraw­nej wymia­nie zdań było rów­nież coś kuszą­cego. Kilka minut roz­mowy i Navani poznała tajem­nice, które pró­bo­wała roz­wi­kłać przez dzie­się­cio­le­cia.

- Tak zakoń­czymy wojnę, Navani. - Rabo­niel wstała. - Dzięki infor­ma­cjom. Dzie­lo­nym.

- A to w jaki spo­sób ma zakoń­czyć wojnę?

- Poka­żemy wszyst­kim, że dzięki współ­pracy nasze życie stało się lep­sze.

- Pod wła­dzą pie­śnia­rzy.

- Oczy­wi­ście. Widać po tobie, że jesteś wni­kliwą uczoną, Navani Kho­lin. Gdy­byś mogła wie­lo­krot­nie polep­szyć życie swo­ich roda­ków, czy nie warto dla osią­gnię­cia tego celu zre­zy­gno­wać z samo­sta­no­wie­nia? Popatrz, co osią­gnę­ły­śmy w ciągu zale­d­wie kilku minut, kiedy podzie­li­ły­śmy się wie­dzą?

Podzie­li­ły­śmy się z powodu two­ich gróźb, pomy­ślała Navani, ale pil­no­wała, by wyraz twa­rzy nie zdra­dził jej prze­my­śleń. To nie była swo­bodna wymiana. Nie­ważne, co mi mówisz, Rabo­niel. Możesz wyja­wić dowolną tajem­nicę - bo jestem w two­jej mocy. Możesz mnie po pro­stu zabić, kiedy dosta­niesz wszystko, czego chcesz.

Mimo to uśmiech­nęła się do Rabo­niel.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć swoje uczone, Pani Życzeń, zorien­to­wać się, jak są trak­to­wane, i poznać roz­miar naszych... strat.

Miała nadzieję, że w ten spo­sób zwró­ciła uwagę na jedną kwe­stię. Nie­które z jej przy­ja­ció­łek zostały zamor­do­wane. Nie zamie­rzała tak po pro­stu o tym zapo­mnieć.

Rabo­niel zanu­ciła i gestem przy­wo­łała Navani do sie­bie. To miało wyma­gać zacho­wa­nia nie­pew­nej rów­no­wagi, gdy obie będą pró­bo­wały wza­jem­nie się oszu­ki­wać. Navani musiała bar­dzo się pil­no­wać, by Rabo­niel jej nie oszu­kała. To była jej jedyna prze­waga nad uczo­nymi. Może ni­gdy nie okaże się godna, by do nich dołą­czyć, ale miała znacz­nie wię­cej doświad­cze­nia w praw­dzi­wym świe­cie poli­tyki.

Rabo­niel i Navani weszły do dru­giego pomiesz­cze­nia biblio­teki - tego, w któ­rym znaj­do­wało się wię­cej biu­rek i krze­seł. Naj­lepsi ludzie Navani - żar­liwcy i uczone - sie­dzieli na pod­ło­dze ze zwie­szo­nymi gło­wami. Wyraź­nie zmu­szono ich do spa­nia tutaj, o czym świad­czyły roz­ło­żone koce.

Kilka osób unio­sło głowy na jej widok i Navani dostrze­gła z ulgą, że Rushu i Fali­la­rowi nie stała się krzywda. Szybko prze­li­czyła obec­nych i natych­miast dostrze­gła, kogo bra­kuje. Pode­szła do Fali­lara, kuc­nęła i spy­tała:

- Neshan? Ina­bar?

- Zabite, jasno­ści - odparł cicho. - Znaj­do­wały się w sali z krysz­ta­łową kolumną, razem z obiema pod­opiecz­nymi Neshan, żar­liw­czy­nią Veva­narą i garstką pecho­wych żoł­nie­rzy.

Navani się skrzy­wiła.

- Prze­każ infor­ma­cje - szep­nęła. - Na razie współ­pra­cu­jemy z oku­pan­tem. - Pode­szła do Rushu. - Cie­szę się, że masz się dobrze.

Żar­liw­czyni - po któ­rej widać było ślady pła­czu - poki­wała głową.

- Wła­śnie tu scho­dzi­łam, żeby zgro­ma­dzić skryby do pomocy przy kata­lo­go­wa­niu tam­tej znisz­czo­nej kom­naty, kiedy... to się wyda­rzyło. Jasno­ści, czy sądzi­cie, że ist­niał jakiś zwią­zek?

W cha­osie Navani nie­mal zapo­mniała o dziw­nym wybu­chu.

- Może przy­pad­kiem zna­la­złaś wśród znisz­czeń napeł­nione kule?

A dokład­niej, taką z dziw­nym Pust­ko­wym Świa­tłem, dodała w myślach.

- Nie, jasno­ści. Sami widzie­li­ście to miej­sce. Było w ruinie. Ale zaciem­ni­łam je, żeby spraw­dzić, czy coś nie świeci, i nic nie dostrze­głam. Ani śladu Burzo­wego Świa­tła, a nawet Pust­ko­wego Świa­tła.

Jak się oba­wiała Navani. Czym­kol­wiek był wybuch, musiał być powią­zany z tą dziwną kulą - a sama kula naj­pew­niej została znisz­czona.

Navani wstała i pode­szła do Rabo­niel.

- Nie musie­li­ście zabi­jać moich uczo­nych w cza­sie ataku. Nie były dla was zagro­że­niem.

Rabo­niel zanu­ciła w szyb­kim ryt­mie.

- To ostat­nie ostrze­że­nie, Navani. Będziesz się do mnie zwra­cać, uży­wa­jąc mojego tytułu. Nie chcia­ła­bym, żeby stała ci się krzywda, ale musisz prze­strze­gać zasad obo­wią­zu­ją­cych od tysiąc­leci.

- Ja... rozu­miem, Pani Życzeń. Sądzę, że wysła­nie pozo­sta­łych przy życiu ludzi do pracy byłoby dobre dla morale. Czego od nas ocze­ku­je­cie?

- By okres przej­ściowy nie był tak trudny, niech na­dal pra­cują nad tym, co robiły przed moim przy­by­ciem.

- Wiele pra­co­wało nad fabria­lami, które już nie dzia­łają.

- W takim razie niech two­rzą dia­gramy. I opi­sują eks­pe­ry­menty, które prze­pro­wa­dzały przed oku­pa­cją. Mogę dopil­no­wać, by ich nowe teo­rie zostały prze­te­sto­wane.

Czy to zna­czyło, że ist­niał spo­sób, by uru­cho­mić fabriale w wieży?

- Jak sobie życzy­cie.

A póź­niej wzięła się do pracy nad praw­dzi­wym pro­ble­mem - zapla­no­wa­niem, jak wydo­stać ich z tego bała­ganu.

***

Kala­dina obu­dził deszcz. Zamru­gał, czu­jąc mgiełkę na twa­rzy, i ujrzał niebo roz­świe­tlone znie­ru­cho­mia­łymi bły­ska­wi­cami - które nie gasły, ale wisiały w powie­trzu na tle kłę­bią­cych się czar­nych chmur.

Przy­pa­try­wał się przez chwilę temu dziw­nemu zja­wi­sku, po czym prze­to­czył się na bok, na wpół zanu­rzony w kałuży lodo­wa­tej wody. Gdzie się zna­lazł? Czy to było Pale­ni­sko? Obozy woj­skowe? Nie... żadne z nich?

Z jękiem zmu­sił się do wsta­nia. Nie wyda­wało się, że jest ranny, ale głowa go bolała. Żad­nej broni. Bez włóczni czuł się nagi. Ude­rzał go nie­siony wia­trem deszcz, woda leciała z nieba całymi falami - i mógłby przy­siąc, że wśród desz­czu dostrze­gał zarys syl­we­tek. Jakby, spa­da­jąc, kro­ple two­rzyły kształty.

Kra­jo­braz był ciemny i suge­ro­wał odle­głe gra­nie. Kala­din ruszył przez wodę i z zasko­cze­niem stwier­dził, że nie widzi żad­nych spre­nów - nawet deszczospre­nów. Wyda­wało mu się, że dostrzega świa­tło na szczy­cie wzgó­rza, ruszył więc w górę zbo­cza, ostroż­nie, by nie pośli­zgnąć się na mokrych ska­łach. Czę­ściowo zasta­na­wiał się, dla­czego w ogóle cokol­wiek widzi. Poszar­pane, znie­ru­cho­miałe bły­ska­wice nie dawały wiele świa­tła. Czy nie prze­by­wał kie­dyś w takim miej­scu? Z wszech­obec­nym świa­tłem, ale czar­nym nie­bem?

Zatrzy­mał się i zapa­trzył na górę, a deszcz ude­rzał go w twarz. To wszystko było... nie­wła­ściwe. To nie było rze­czy­wi­ste... prawda?

Ruch.

Kala­din obró­cił się gwał­tow­nie. Z ciem­no­ści wyło­niła się niska postać, scho­dząca po zbo­czu i kie­ru­jąca się w jego stronę. Wyda­wało się, że składa się wyłącz­nie z kłę­bią­cej się sza­rej mgły bez rysów twa­rzy, choć dzier­żyła włócz­nię. Kala­din szyb­kim ruchem pochwy­cił drzewce broni, po czym prze­krę­cił je i ode­pchnął w kla­sycz­nym ruchu słu­żą­cym do roz­bro­je­nia prze­ciw­nika.

Wid­mowy napast­nik nie był zbyt dobrze wyszko­lony i Kala­din bez trudu ode­brał mu włócz­nię. Instynk­tow­nie prze­krę­cił ją i prze­bił szyję postaci. Kiedy upa­dła, dwie inne poja­wiły się jakby zni­kąd, rów­nież uzbro­jone we włócz­nie.

Kala­din zablo­ko­wał jeden cios i ode­pchnął napast­nika na bok, po czym prze­krę­cił się i prze­wró­cił dru­giego, pod­ci­na­jąc mu nogi. Dźgnął tę postać w szyję, po czym bez trudu wbił włócz­nię w brzuch dru­giej, kiedy się pod­nio­sła. Krew spły­wała po drzewcu na jego palce.

Wyrwał ostrze, gdy wid­mowa syl­wetka upa­dła na zie­mię. Dobrze było znów trzy­mać włócz­nię. Móc wal­czyć bez zmar­twień. Bez obcią­że­nia innego niż woda na mun­du­rze. Walka była kie­dyś pro­sta. Zanim...

Zanim...

Kłę­biąca się mgła opu­ściła powa­lone posta­cie i ujrzał trzech mło­dych posłań­ców w bar­wach Ama­rama, zabi­tych włócz­nią Kala­dina. Trzy ciała, w tym jego brata.

- Nie! - krzyk­nął, ochry­ple i z nie­na­wi­ścią. - Jak śmiesz mi to poka­zy­wać? To się nie wyda­rzyło w taki spo­sób! Byłem tam!

Odwró­cił się od ciał i spoj­rzał w niebo.

- Ja go nie zabi­łem! Ja tylko go zawio­dłem. Ja... ja tylko...

Poty­ka­jąc się, odszedł od mar­twych chłop­ców, upu­ścił broń i uniósł ręce do głowy. Poczuł bli­zny na czole. Wyda­wały się głęb­sze, jak roz­pa­dliny prze­ci­na­jące czaszkę.

Shash. Nie­bez­pieczny.

Nad jego głową zadud­nił grzmot i Kala­din, poty­ka­jąc się, ruszył w dół. Nie mógł pozbyć się obrazu mar­twego, zakrwa­wio­nego Tiena leżą­cego na zbo­czu. Co to była za strasz­liwa wizja?

- Oca­li­łeś nas, żeby­śmy mogli umrzeć - powie­dział ktoś w ciem­no­ści.

Znał ten głos. Kala­din obró­cił się na pię­cie, roz­chla­pu­jąc wodę, i poszu­kał jego źró­dła. Był teraz na Strza­ska­nych Rów­ni­nach. W desz­czu dostrze­gał suge­stie ludzi. Posta­cie two­rzone przez spa­da­jące kro­ple, ale jakimś spo­so­bem puste.

Posta­cie ata­ko­wały się nawza­jem i sły­szał zgiełk wojny. Krzyki, brzęk broni, kroki na ska­łach. Ota­czały go, przy­tła­czały, aż - nagle - wyło­nił się w cen­trum ogrom­nej bitwy, a zasu­ge­ro­wane kształty stały się praw­dziwe. Męż­czyźni w nie­bie­skich mun­du­rach wal­czący z innymi męż­czy­znami w nie­bie­skich mun­du­rach.

- Prze­stań­cie wal­czyć! - krzyk­nął do nich. - Zabi­ja­cie swo­ich! To wszystko nasi żoł­nie­rze!

Nie sły­szeli go. Zamiast desz­czówki pod jego sto­pami pły­nęła krew, roz­bry­zgi i fon­tanny łączyły się ze sobą, gdy włócz­nicy wspi­nali się na ciała zabi­tych, by na­dal mor­do­wać się nawza­jem. Kala­din chwy­cił jed­nego włócz­nika i ode­pchnął go od innego, po czym zła­pał trze­ciego i jego też ode­pchnął - i odkrył, że to Lopen.

- Lope­nie! Posłu­chaj mnie! Prze­stań wal­czyć!

Lopen odsło­nił zęby w prze­ra­ża­ją­cym gry­ma­sie, po czym ode­pchnął Kala­dina i rzu­cił się na kolejną postać - Skałę, który potknął się o trupa. Lopen wbił mu włócz­nię w brzuch, ale wtedy Teft zaata­ko­wał go od tyłu. Bisig zadźgał Tefta, a Kala­din nie zoba­czył już, kto powa­lił jego. Był zbyt prze­ra­żony.

W pobliżu upadł Sig­zil z raną w boku. Kala­din go zła­pał.

- Dla­czego? - Z ust Sig­zila pły­nęła krew. - Dla­czego nie pozwo­li­łeś nam spać?

- To nie jest prawda. To nie może być prawda.

- Powi­nie­neś pozwo­lić nam umrzeć na Strza­ska­nych Rów­ni­nach.

- Chcia­łem was chro­nić! Musia­łem was chro­nić!

- Prze­klą­łeś nas...

Kala­din puścił umie­ra­ją­cego i odszedł nie­pew­nym kro­kiem. Pochy­lił głowę i zaczął biec, a umysł miał zaćmiony. W głębi duszy wie­dział, że ta groza nie jest praw­dziwa, ale wciąż sły­szał krzyki. Oskar­że­nia. "Dla­czego to zro­bi­łeś?! Dla­czego nas zabi­łeś?!".

Przy­ci­snął ręce do uszu i tak bar­dzo sku­pił się na ucieczce przed rze­zią, że pra­wie wbiegł do roz­pa­dliny. Zatrzy­mał się na jej kra­wę­dzi. Potknął się i spoj­rzał w lewo. Były tam obozy woj­skowe, w górze nie­wiel­kiego zbo­cza.

Był tu wcze­śniej. Pamię­tał to miej­sce, tę burzę, ten deszcz. Tę roz­pa­dlinę. Gdzie pra­wie umarł.

- Oca­li­łeś nas, żeby­śmy mogli cier­pieć - powie­dział ktoś.

Moash. Stał na skraju roz­pa­dliny w pobliżu Kala­dina. Męż­czy­zna odwró­cił się i Kala­din zoba­czył jego oczy - czarne jamy.

- Ludzie myślą, że byłeś dla nas miło­sierny. Ale my obaj znamy prawdę, czyż nie? Zro­bi­łeś to dla sie­bie. Nie dla nas. Gdy­byś był naprawdę miło­sierny, dał­byś nam lekką śmierć.

- Nie. Nie!

- Otchłań czeka, Kal. Pustka. Pozwala ci zro­bić wszystko, nawet zabić króla, bez żad­nego żalu. Jeden krok. Już ni­gdy wię­cej nie będziesz czuł bólu.

Moash zro­bił krok i wpadł do roz­pa­dliny. Kala­din osu­nął się na kolana na jej skraju, wokół niego padał deszcz. Z prze­ra­że­niem patrzył w dół.

I obu­dził się ze wzdry­gnię­ciem w jakimś zim­nym miej­scu. Natych­miast poczuł ból prze­szy­wa­jący stawy i mię­śnie, a każde ukłu­cie doma­gało się jego uwagi jak krzy­czące dziecko. Jęk­nął i otwo­rzył oczy, ale widział tylko ciem­ność.

Jestem w wieży, pomy­ślał, przy­po­mi­na­jąc sobie wyda­rze­nia poprzed­niego dnia. Na burze. Panują nad nią Sto­pieni. Z tru­dem udało mi się uciec.

Kosz­mary sta­wały się coraz gor­sze. Albo zawsze były paskudne, tylko ich nie pamię­tał. Leżał, oddy­chał głę­boko i pocił się, jakby z wysiłku - i przy­po­mniał sobie widok umie­ra­ją­cych przy­ja­ciół. Przy­po­mniał sobie Moasha wkra­cza­ją­cego w tę ciem­ność i zni­ka­ją­cego.

Sen miał doda­wać sił, ale Kala­din czuł się zmę­czony bar­dziej, niż kiedy osu­nął się na zie­mię. Jęk­nął, oparł się ple­cami o ścianę i zmu­sił się, by usiąść. Po czym w nagłej panice zaczął macać dookoła. W oszo­ło­mie­niu był czę­ściowo prze­ko­nany, że znaj­dzie Tefta mar­twego na pod­ło­dze.

Ode­tchnął z ulgą, kiedy odna­lazł przy­ja­ciela w pobliżu, wciąż oddy­cha­ją­cego. Nie­stety, męż­czy­zna się zmo­czył - wkrótce się odwodni, jeśli Kala­din cze­goś nie zrobi. Do tego ist­niało duże ryzyko poja­wie­nia się zgni­ło­spre­nów, jeśli go nie obmyje i nie ułoży w odpo­wied­niej pozy­cji z base­nem.

Na burze. Cię­żar tego, co zro­bił, wisiał nad nim, nie­mal rów­nie przy­tła­cza­jący jak masa wieży. Był sam, zagu­biony w ciem­no­ści, bez Burzo­wego Świa­tła i cze­go­kol­wiek do picia - nie wspo­mi­na­jąc o porząd­nej broni. Musiał się zaj­mo­wać nie tylko sobą, ale też czło­wie­kiem w śpiączce.

Co on sobie myślał? Nie uwie­rzył w kosz­mar, ale nie mógł też do końca pozbyć się jego echa. Dla­czego? Dla­czego nie umiał dać sobie spo­koju? Dla­czego musiał na­dal wal­czyć? Czy naprawdę robił to dla nich?

A może był samo­lubny? Może nie potra­fił przy­znać się do porażki?

- Syl? - spy­tał w ciem­no­ści. Kiedy mu nie odpo­wie­działa, znów zawo­łał drżą­cym gło­sem. - Syl, gdzie jesteś?!

Żad­nej odpo­wie­dzi. Poma­cał wokół pomiesz­cze­nia i zorien­to­wał się, że nie ma poję­cia, jak się wydo­stać z tego miej­sca. Uwię­ził sie­bie i Tefta w tej zbyt gęstej ciem­no­ści. Żeby umie­rali samot­nie powolną śmier­cią...

I wtedy poja­wiła się iskra świa­tła. Na szczę­ście do środka wle­ciała Syl. Nie mogła prze­ni­kać przez ściany - Świe­tli­ste spreny były na tyle realne w Kra­inie Mate­rii, że więk­szość sub­stan­cji je zatrzy­my­wała. Wyglą­dało to tak, jakby wyło­niła się z cze­goś w rodzaju otworu wen­ty­la­cyj­nego wysoko na ścia­nie.

Jej przy­by­cie przy­wró­ciło mu tro­chę zdro­wych zmy­słów. Ode­tchnął z drże­niem, gdy sfru­nęła i wylą­do­wała na jego wycią­gnię­tej dłoni.

- Zna­la­złam drogę wyj­ścia. - Przy­brała postać żoł­nie­rza w mun­du­rze zwia­dowcy. - Ale wąt­pię, żeby tobie udało się prze­ci­snąć. Nawet dziecku byłoby cia­sno. Rozej­rza­łam się jed­nak dookoła, choć nie mogłam się zbyt­nio odda­lić. Na wielu klat­kach scho­do­wych roz­miesz­czono straż­ni­ków, ale chyba cię nie szu­kają. Te kon­dy­gna­cje są duże i pew­nie uświa­do­mili sobie, że odna­le­zie­nie tu jed­nego czło­wieka jest wła­ści­wie nie­moż­liwe.

- Sądzę, że to dobre wie­ści. Masz jakieś poję­cie, czym było to świa­tło, które mnie tu zapro­wa­dziło?

- Ja... mam pewną teo­rię. Dawno temu, zanim doszło do kon­fliktu mię­dzy spre­nami a ludźmi, Kowa­lów Więzi było troje. Jedno dla Ojca Burz. Jedno dla Straż­niczki Nocy. I jesz­cze jedno. Dla sprena zwa­nego Rodzeń­stwem. Sprena, który pozo­stał w tej wieży, w ukry­ciu, i nie poka­zy­wał się ludziom. Podobno Rodzeń­stwo umarło dawno temu.

- Hm. - Kala­din poma­cał drzwi, które wcze­śniej otwo­rzyły się, żeby go wpu­ścić. - Jakie ono było?

- Nie wiem. - Syl prze­nio­sła się na jego ramię. - Roz­ma­wia­li­śmy o tym z jasno­ścią Navani, odpo­wia­da­jąc na jej pyta­nia, i inne Świe­tli­ste spreny nie wie­dzą nic poza tym, co już ci powie­dzia­łam. Pamię­taj, wiele spre­nów, które pamię­tały dawne czasy, umarło... a Rodzeń­stwo zawsze było tajem­ni­cze. Nie wiem, jakim rodza­jem sprena było ani dla­czego mogło stwo­rzyć Kowala Więzi. Jeśli jed­nak żyje, nie wiem, dla­czego tak wiele rze­czy w wieży nie działa.

- Cóż, ta ściana zadzia­łała.

Kala­din odna­lazł klej­not w ścia­nie. Był teraz ciemny, ale po tej stro­nie wysta­wał znacz­nie bar­dziej. Po dru­giej mógłby łatwo go prze­ga­pić. Jak wiele innych kom­nat miało takie klej­noty w ścia­nach, skry­wa­jące nie­wi­doczne drzwi?

Dotknął klej­notu. Mimo że nie miał już Burzo­wego Świa­tła, w jego głębi poja­wił się blask. Białe świa­tełko, które migo­tało jak gwiazda. Roz­ro­sło się w nie­wielki wybuch Burzo­wego Świa­tła i drzwi znów otwo­rzyły się bez­gło­śnie.

Kala­din ode­tchnął głę­boko i poczuł, jak opusz­cza go część prze­ra­że­nia. Nie umrze w ciem­no­ści. Kiedy klej­not został napeł­niony, dzia­łał jak każdy inny fabrial i nie prze­sta­wał funk­cjo­no­wać do czasu wyczer­pa­nia Burzo­wego Świa­tła.

Spoj­rzał na Syl.

- Myślisz, że uda­łoby ci się zna­leźć drogę powrotną do Tefta, gdy­by­śmy wyszli i ruszyli na zwiad?

- Sądzę, że uda mi się zapa­mię­tać naszą drogę.

- Dosko­nale. Bo potrze­bu­jemy zapa­sów.

Nie mógł sobie jesz­cze pozwo­lić na myśle­nie w dal­szej per­spek­ty­wie. Te znie­chę­ca­jące pyta­nia - co miał zro­bić z wieżą, dzie­siąt­kami Świe­tli­stych w nie­woli u wroga, rodziną - musiały zacze­kać. Naj­pierw potrze­bo­wał wody, żyw­no­ści, Burzo­wego Świa­tła i - co naj­waż­niej­sze - lep­szej broni.

47. Klatka stwo­rzona z duchów

47

Klatka stwo­rzona z duchów

Pod­cho­dzę do tego pro­jektu z nowym natchnie­niem - powinny się liczyć jedy­nie odpo­wie­dzi.

Rytm Wojny, s. 1, pod­tekst

Drewno pod­sko­czyło pod sto­pami Dali­nara, który zła­pał za barierkę, by nie utra­cić rów­no­wagi.

- Nie­biań­scy! - krzyk­nął. - Pró­bują dostać się do obu­dowy fabriali!

Dwie postaci w nie­bie­skich mun­du­rach zesko­czyły z pobli­skiego pokładu, wybu­cha­jąc bla­skiem, ale plat­forma na­dal się koły­sała. Dwoje sobie z tym nie pora­dzi. Na burze, gdzie są...?

Sig­zil opadł z nieba ze swoją dzie­siątką Wia­tro­wych i zaata­ko­wał od spodu lata­ją­cej plat­formy. Nie była to praw­dziwa lata­jąca machina jak Czwarty most, ale te plat­formy zapew­niały dosko­nały widok na pole bitwy. O ile nie zostały zaata­ko­wane.

Dali­nar wciąż ści­skał barierkę. Posłał spoj­rze­nie Norce, który był przy­wią­zany do niego liną. Niż­szy męż­czy­zna kur­czowo trzy­mał się balu­strady i szcze­rzył zęby jak sza­le­niec. Na szczę­ście plat­forma wkrótce prze­stała pod­ska­ki­wać, a Nie­biań­scy się roz­pro­szyli - podą­żyły za nimi posta­cie w nie­bie­skich mun­du­rach i z włócz­niami.

Mniej Istot z Nie­bios, niż się spo­dzie­wa­łem, zauwa­żył w myślach Dali­nar, kiedy wiatr szar­pał jego włosy. Dostrzegł zale­d­wie czworo lata­ją­cych Sto­pio­nych, któ­rzy z góry obser­wo­wali pole bitwy i od czasu do czasu wyda­wali pole­ce­nia woj­skom na ziemi. Nie brali udziału w walce. W tej bitwie liczą na Nie­biań­skich. Może więk­szość Istot z Nie­bios prze­by­wała z głów­nymi siłami wroga, sta­cjo­nu­ją­cymi w odle­gło­ści kilku dni mar­szu.

Norka wychy­lił się poza plat­formę, pró­bu­jąc spoj­rzeć bez­po­śred­nio pod nią, gdzie trwało zwar­cie Świe­tli­stych. Nie wyda­wało się, by trzy­sta jar­dów dzie­lą­cych go od ziemi wzbu­dzało jego nie­po­kój. Jak na czło­wieka, który cier­piał na taką para­noję, z pew­no­ścią cza­sami pod­cho­dził non­sza­lancko do kwe­stii wła­snego bez­pie­czeń­stwa.

Poni­żej żoł­nie­rze na linii frontu wciąż pozo­sta­wali w szyku. Oddziały Dali­nara, wsparte przez Azir­czy­ków, wal­czyły prze­ciwko zdra­dziec­kim żoł­nie­rzom Tara­van­giana, któ­rzy pró­bo­wali prze­bić się przez nich, by ura­to­wać swo­jego króla. Vedeń­czy­kom towa­rzy­szyła nie­wielka liczba Sto­pio­nych wraz z oddzia­łami pie­śnia­rzy - siły na tyle nie­wiel­kie, że mogły zbli­żyć się nie­po­strze­że­nie jesz­cze przed zdradą.

Na plat­for­mie Dali­nara około pięć­dzie­się­ciu łucz­ni­ków znów sta­nęło w szyku po cha­osie, jaki wywo­łał w nich nagły atak Nie­biań­skich. Już po chwili zasy­py­wali Vedeń­czy­ków strza­łami.

- Tamci wkrótce się zła­mią - powie­dział cicho Norka, wpa­tru­jąc się w pole bitwy. - Ich szyk się chwieje. Ci Azir­czycy dobrze wal­czą. Lepiej, niż się spo­dzie­wa­łem.

- Są bar­dzo zdy­scy­pli­no­wani. Po pro­stu należy nimi wła­ści­wie pokie­ro­wać.

Poje­dyn­czy azir­ski żoł­nierz nie mógł dorów­nać Ale­thyj­czy­kowi, ale Dali­nar przez ostatni rok widział ich dys­cy­plinę i cie­szył się, że nie musiał ni­gdy sta­wiać czoła ich pie­cho­cie na polu bitwy. Potężne oddziały azir­skich piki­nie­rów były mniej mobilne niż ich ale­thyj­skie odpo­wied­niki, ale za to nie­na­gan­nie sko­or­dy­no­wane.

Sta­no­wili dosko­nały doda­tek do ale­thyj­skiego woj­ska, które było o wiele bar­dziej ela­styczne i skła­dały się na nie róż­no­rodne wyspe­cja­li­zo­wane oddziały. Wyko­rzy­stu­jąc azir­skie jed­nostki jako kliny i ale­thyj­ską tak­tykę, mogli sta­wić czoło wro­gowi, mimo jego natu­ral­nej prze­wagi w postaci pan­ce­rza ze sko­rupy i moc­niej­szej budowy ciała.

A vedeń­scy zdrajcy? Norka miał rację. Sze­regi wroga zaczy­nały chwiać się i rwać. Nie mieli kawa­le­rii, a Norka wydał przy­ci­szo­nym gło­sem roz­kaz jed­nej ze skryb, która go prze­ka­zała. Dali­nar domy­ślił się - słusz­nie - że pole­cił, by lekka pie­chota nękała lewą flankę. Ostrze­li­wali tyły Vedeń­czy­ków, wywie­ra­jąc jesz­cze więk­szą pre­sję na chwie­jące się sze­regi.

- Muszę przy­znać, że to dosko­nały spo­sób na obser­wa­cję pola bitwy - powie­dział Norka do Dali­nara, gdy za ich ple­cami roz­le­gał się brzęk cię­ciw.

- A mar­twi­łeś się, że nie ma drogi ucieczki.

Norka spoj­rzał w dół.

- Raczej mar­twi­łem się, że wszyst­kie drogi ucieczki pechowo skoń­czy­łyby się zde­rze­niem z zie­mią. Na­dal nie wiem, czy umiesz­cze­nie nas obu w tym miej­scu jest roz­sądne. Wydaje mi się, że powin­ni­śmy prze­by­wać na osob­nych plat­for­mach, dzięki czemu, gdyby jeden z nas zgi­nął, drugi mógłby na­dal dowo­dzić.

- Źle mnie zro­zu­mia­łeś, Dieno. - Dali­nar pocią­gnął za sznur, który ich łączył. - Moim zada­niem w tej bitwie nie jest dowo­dze­nie, gdy­byś został zabity. Jest nim wydo­sta­nie cię, nim zosta­niesz zabity.

Po dru­giej stro­nie, w Cie­nio­mo­rzu, cze­kała jedna z łodzi Jasnah. W nagłym wypadku Dali­nar mógłby prze­cią­gnąć sie­bie i Norkę przez pro­sto­pa­dłość. Spa­dliby z pew­nej wyso­ko­ści - ale nie aż tak dużej jak po tej stro­nie - do wyło­żo­nego mięk­kimi podusz­kami statku zaprzę­żo­nego w man­dry.

Norce, co nie było zaska­ku­jące, ta droga ucieczki się nie podo­bała. Nie mógł jej kon­tro­lo­wać. Jeśli Dali­nar miał być szczery, on sam rów­nież nie czuł się w pełni swo­bod­nie - jesz­cze nie do końca ufał swoim mocom. Nie pano­wał nad nimi w pełni.

Otwo­rzył pro­sto­pa­dłość, gdy Wia­trowi zbli­żyli się po nowe Burzowe Świa­tło. Udało mu się uchy­lić ją jedy­nie odro­binę, dzięki czemu odno­wił tych w pobliżu, ale unie­moż­li­wił sko­rzy­sta­nie Nie­biań­skim. Wyco­fali się - Nie­biań­scy nie mogli dorów­nać Wia­tro­wym, któ­rzy byli bez­u­stan­nie odna­wiani, i zwy­kle roz­miesz­czano ich na polach bitwy, na któ­rych Dali­nar nie był obecny.

Kiedy Norka przy­jął raport o stra­tach - które, nie­stety, obej­mo­wały dwoje gierm­ków Wia­tro­wych - do Dali­nara pode­szła młoda skryba z pli­kiem papie­rów i łączo­trz­ciną.

- Wie­ści z Uri­thiru, oświe­cony. Chcie­li­ście się dowie­dzieć, kiedy tylko przyjdą jakieś wia­do­mo­ści, i oto je mamy.

Dali­nar poczuł, że z bar­ków spada mu ogromny cię­żar.

- W końcu! Co się dzieje?

- Pro­blem z fabria­lami wieży - poin­for­mo­wała skryba. - Jasność Navani mówi, że uru­cho­miła się jakaś dziwna obronna aura, która unie­moż­li­wia Świe­tli­stym korzy­sta­nie z mocy. Wpływa rów­nież na fabriale. Musiała wysłać oddział zwia­dow­ców wzdłuż grani w góry, aż udało im się dostar­czyć jej wia­do­mość.

- Wszy­scy są bez­pieczni, a ona pra­cuje nad roz­wią­za­niem pro­blemu. Jed­nak dla­tego prze­stały dzia­łać Bramy Przy­sięgi. Prosi cię o cier­pli­wość i pyta, czy tutaj wyda­rzyło się coś dziw­nego.

- Powiedz jej o zdra­dzie Tara­van­giana, ale poin­for­muj, że jestem bez­pieczny, podob­nie jak reszta rodziny. Wal­czymy prze­ciwko zdraj­com i wkrótce powin­ni­śmy zwy­cię­żyć.

Poki­wała głową i poszła wysłać wia­do­mość. Norka pod­szedł bli­żej - albo pod­słu­chał skrybę, albo dostał podobny raport.

- Pró­bują nas zdez­o­rien­to­wać i odwró­cić naszą uwagę w cza­sie zdrady. Nakła­dają na sie­bie ataki na róż­nych fron­tach.

- Kolejna próba unie­ru­cho­mie­nia Bram Przy­sięgi - zgo­dził się Dali­nar. - To urzą­dze­nie, które wyko­rzy­stali prze­ciwko arcy­mar­szał­kowi Kala­di­nowi, musiało być testem. Na jakiś czas unie­ru­cho­mili Uri­thiru, żeby nas odizo­lo­wać.

Norka wychy­lił się na zewnątrz i wpa­trzył w armie poni­żej.

- Coś mi tu śmier­dzi, Czarny Cier­niu. Gdyby to był jedy­nie pod­stęp, żeby odizo­lo­wać walki w Azi­rze i Emulu, popeł­ni­liby błąd tak­tyczny. Ich oddziały na tych tere­nach są odsło­nięte, a my mamy prze­wagę. Nie zada­liby sobie tyle trudu, by odciąć nas od Bram Przy­sięgi, gdyby rze­czy­wi­ście nie odci­nali nam drogi ucieczki. A nie o to cho­dzi, bo nie będziemy jej potrze­bo­wać.

- Myślisz, że to ma odwró­cić naszą uwagę od cze­goś innego?

Norka powoli poki­wał głową. Daleko poni­żej kawa­le­ria znów przy­pu­ściła atak. Sze­regi zdraj­ców zachwiały się jesz­cze bar­dziej.

- Powiem pozo­sta­łym, żeby uwa­żali, i wyślę zwia­dow­ców, by spraw­dzili, co się dzieje w Uri­thiru. Zga­dzam się, coś tu jest nie w porządku.

- Upew­nij się, że armie, prze­ciwko któ­rym mamy wal­czyć w Emulu, nie dostały w tajem­nicy wspar­cia. To byłby kosz­mar... jedyną praw­dziwą kata­strofą, jaką mogę sobie wyobra­zić, jest oblę­że­nie Azi­miru bez moż­li­wo­ści zapew­nie­nia wspar­cia i dostar­cze­nia zapa­sów przez Bramę Przy­sięgi. Odwie­dziw­szy to mia­sto, naprawdę nie chciał­bym zostać w nim uwię­ziony.

- Zgoda.

Norka wychy­lił się jesz­cze bar­dziej, ryzy­kow­nie, i wpa­try­wał w pole bitwy. Nie­wiele było sły­chać - stłu­mione brzęki, odle­głe krzyki. Ludzie poru­szali się jak życio­spreny.

Ale Dali­nar wyczu­wał woń potu. Sły­szał ryki. Czuł, jak sam stoi wśród wal­czą­cych, krzy­czą­cych, umie­ra­ją­cych ciał i domi­nuje z Ostrzem w dłoni. Kiedy raz posma­ko­wało się kro­cze­nia w Pan­ce­rzu wśród śmier­tel­ni­ków, z poczu­ciem, że jest się wła­ści­wie nie­zwy­cię­żo­nym, było to... trudne do zapo­mnie­nia.

Norka spoj­rzał na niego z ukosa.

- Tęsk­nisz za tym.

- Tak.

- Przy­dał­byś im się na ziemi.

- Tam, na dole, był­bym tylko jesz­cze jed­nym mie­czem. Na innych pozy­cjach mogę zro­bić wię­cej.

- Nie obraź się, Czarny Cier­niu, ale ni­gdy nie byłeś tylko jesz­cze jed­nym mie­czem. - Norka zało­żył ręce na piersi i oparł się o balu­stradę. - Cią­gle powta­rzasz, że gdzie indziej był­byś bar­dziej uży­teczny, i przy­pusz­czam, że fak­tycz­nie two­rzysz cał­kiem nie­złą burzę do odna­wia­nia kul. Ale wyczu­wam, że się wyco­fu­jesz. Jakie masz plany?

Oto było pyta­nie. Wyczu­wał, że ma do zro­bie­nia o wiele wię­cej. Więk­sze rze­czy. Ważne rze­czy. Zada­nia Kowala Więzi. Ale dotar­cie do nich, zro­zu­mie­nie ich...

- Ich szyk się zała­mał. - Norka się wypro­sto­wał. - Chcesz ich puścić czy przy­szpi­lić i zmiaż­dżyć?

- A ty jak sądzisz?

- Nie­na­wi­dzę wal­czyć prze­ciwko ludziom, któ­rzy czują, że nie mają wyj­ścia.

- Nie możemy pozwo­lić, by wzmoc­nili siły wroga na połu­dniu. - To miało być ich praw­dziwe pole walki, po zakoń­cze­niu tej potyczki. Wojna o Emul. - Naci­skaj­cie na nich, aż się pod­da­dzą.

Norka zaczął wyda­wać roz­kazy. Na dole zadud­niły bębny - gorącz­kowe próby dowód­ców wroga, by utrzy­mać dys­cy­plinę, gdy szyk zaczął się roz­pa­dać. Nie­mal sły­szał ich pod­bar­wione paniką okrzyki. Despe­ra­cję w powie­trzu.

Norka ma rację, pomy­ślał Dali­nar. Wło­żyli wiele wysiłku, by zaata­ko­wać nas tutaj - ale coś jest nie w porządku. Nie znamy frag­mentu pla­nów wroga.

Kiedy tak patrzył, pod­szedł do niego niczym się nie­wy­róż­nia­jący żoł­nierz. Dali­nar zabrał ze sobą tylko garstkę straż­ni­ków - trzech męż­czyzn z Kobal­to­wej Gwar­dii i jedną Odpry­skową. Rogo­żer­czy­nię Sznur, która posta­no­wiła dołą­czyć do jego oso­bi­stej straży z powo­dów nie do końca dla niego jasnych.

Miał rów­nież ukrytą broń - męż­czy­znę, który stał obok niego i wyglą­dał tak zwy­czaj­nie w ale­thyj­skim mun­du­rze, choć wiszący u jego pasa miecz był dłuż­szy niż regu­la­mi­nowy. Szeth, Skry­to­bójca w Bieli, noszący fał­szywą twarz. Nie odzy­wał się, choć osła­nia­jące go skom­pli­ko­wane Tka­nie Świa­tła znie­kształ­ci­łoby jego głos. Po pro­stu patrzył, mru­żąc oczy. Co widział na tym polu bitwy? Co zwró­ciło jego uwagę?

Szeth nagle zła­pał Dali­nara za mun­dur i odcią­gnął na bok. Dali­nar led­wie zdą­żył krzyk­nąć z zasko­cze­niem, gdy obok plat­formy dla łucz­ni­ków poja­wiła się świe­tli­sta postać, ema­nu­jąca Burzo­wym Świa­tłem i dzier­żąca sre­brzy­ste Ostrze. Szeth sta­nął mię­dzy swoim dowódcą i Nie­biań­skim, uno­sząc dłoń do ręko­je­ści mie­cza. Ale Dali­nar zła­pał go za ramię, nie pozwa­la­jąc mu dobyć broni. Kiedy ta klinga opusz­czała pochwę, działy się nie­bez­pieczne rze­czy. Chcieli mieć cał­ko­witą pew­ność, że była konieczna, zanim ją uwol­nili.

Dali­nar roz­po­zna­wał tę postać. Ciem­no­brą­zowa skóra i zna­mię na policzku. Nalan - zwany Nale. Herold i przy­wódca Nie­biań­skich. Nie­dawno ogo­lił głowę, a gdy zwró­cił się do Dali­nara, trzy­mał Ostrze w dum­nej - być może wyzy­wa­ją­cej - posta­wie.

- Kowalu Więzi, twoja wojna jest nie­spra­wie­dliwa. Musisz pod­dać się pra­wom...

W sam śro­dek jego twa­rzy wbiła się strzała, prze­ry­wa­jąc mu. Dali­nar obej­rzał się i powstrzy­mał Sznur, która ponow­nie nacią­gała Łuk Odpry­sku.

- Zacze­kaj. Chcę go wysłu­chać.

Nale zro­bił zbo­lałą minę, wycią­gnął strzałę i upu­ścił ją, pozwa­la­jąc, by Burzowe Świa­tło go uzdro­wiło. Czy tego męż­czy­znę dało się zabić? Ash powie­działa, że wróg jakimś spo­so­bem zabił Jezriena - ale wcze­śniej, kiedy Herol­do­wie umie­rali, ich dusze powra­cały do Potę­pie­nia, by ocze­ki­wać na tor­tury.

Nale nie cią­gnął prze­mowy. Lek­kim kro­kiem wstą­pił na balu­stradę, po czym opadł na pokład. Odrzu­cił Ostrze, pozwa­la­jąc, by roz­pły­nęło się w mgiełkę.

- Jak to moż­liwe, że jesteś Kowa­lem Więzi? Nie powi­nie­neś ist­nieć, Czarny Cier­niu. Twoja sprawa nie jest spra­wie­dliwa. Nie powi­nie­neś otrzy­mać praw­dzi­wych Mocy Honoru.

- Może to znak, że ty się mylisz, Nala­nie. Może nasza sprawa rze­czy­wi­ście jest spra­wie­dliwa.

- Nie. Inni Świe­tli­ści mogą okła­my­wać sie­bie i swoje spreny. Tak zwane honor­spreny udo­wad­niają, że moral­ność jest kształ­to­wana przez ich per­cep­cję. Ty powi­nie­neś być inny. Honor nie powi­nien pozwo­lić na tę więź.

- Honor jest mar­twy.

- A jed­nak Honor na­dal powi­nien do tego nie dopu­ścić. Nie dopu­ścić do cie­bie. - Obrzu­cił Dali­nara uważ­nym spoj­rze­niem. - Nie masz Ostrza Odpry­sku. W porządku.

Rzu­cił się do przodu, się­ga­jąc do Dali­nara. Szeth od razu się przy nim zna­lazł, ale zawa­hał się przed doby­ciem dziw­nego Ostrza. Poru­sza­jąc się z wdzię­kiem węgo­rza nie­bie­skiego, Nale obró­cił Sze­tha i rzu­cił nim o drew­niany pokład. Ode­pchnął wciąż ukryty w pochwie miecz Shina, ude­rzył męż­czy­znę w zagłę­bie­nie łok­cia i zmu­sił do upusz­cze­nia broni. Następ­nie od nie­chce­nia uniósł rękę i zła­pał strzałę wystrze­loną przez Sznur z Łuku Odpry­sku z odle­gło­ści zale­d­wie kilku stóp - nie­ludzki wyczyn.

Dali­nar zło­żył dło­nie, się­ga­jąc poza rze­czy­wi­stość do pro­sto­pa­dło­ści. Nale prze­sko­czył nad Sze­them i rzu­cił się w stronę Dali­nara, gdy inni na plat­for­mie krzy­czeli, pró­bu­jąc zare­ago­wać na atak.

Nie, powie­dział Ojciec Burz do Dali­nara. Dotknij go.

Dali­nar zawa­hał się - moc pro­sto­pa­dło­ści miał na koń­cach pal­ców - po czym wycią­gnął rękę i przy­ci­snął dłoń do piersi Nale'a, gdy ten pró­bo­wał go pochwy­cić.

Błysk.

Dali­nar zoba­czył Nale'a odcho­dzą­cego od porzu­co­nego Ostrza wbi­tego w skałę.

Błysk.

Nale trzy­ma­jący dziecko na ręku, z wycią­gnię­tym Ostrzem, a po pobli­skiej grani wspi­nają się mroczne siły.

Błysk.

Nale sto­jący z grupą uczo­nych i roz­wi­ja­jący duży zwój wypeł­niony pismem.

- Prawo nie może być moralne - powie­dział im Nale. - Ale wy może­cie być moralni, gdy two­rzy­cie prawa. Zawsze musi­cie bro­nić naj­słab­szych, tych, któ­rzy naj­czę­ściej są wyko­rzy­sty­wani. Wpro­wadź­cie swo­bodę poru­sza­nia, by rodzina, która czuje, że ich pan jest nie­spra­wie­dliwy, mogła opu­ścić jego domenę. A póź­niej powiąż­cie wła­dzę pana z ludźmi, któ­rzy mu służą.

Błysk.

Nale klę­czący przed arcy­spre­nem.

Błysk.

Nale wal­czący na polu bitwy.

Błysk.

Kolejna bitwa.

Błysk.

Kolejna bitwa.

Błysk.

Wizje nad­cho­dziły coraz szyb­ciej i szyb­ciej, Dali­nar nie odróż­niał już jed­nej od dru­giej. Aż...

Błysk.

Nale ści­ska­jący dło­nie bro­da­tego Ale­thyj­czyka, wład­czego i mądrego. Dali­nar wie­dział, że to Jeze­re­zeh, choć nie umiał powie­dzieć, dla­czego.

- Przyjmę to zada­nie - powie­dział cicho Nale. - Jako zaszczyt.

- Nie uwa­żaj go za zaszczyt - sprze­ci­wił się Jeze­re­zeh. - Obo­wią­zek, ow­szem, ale nie zaszczyt.

- Rozu­miem. Choć nie spo­dzie­wa­łem się, że przyj­dziesz z tą pro­po­zy­cją do wroga.

- Ow­szem, wroga. Ale wroga, który od początku miał rację, przez co to ja jestem zło­czyńcą, a nie ty. Napra­wimy to, co znisz­czy­li­śmy. Ishar i ja się zgo­dzi­li­śmy. Ze wszyst­kich żyją­cych cie­bie w tym pak­cie widzie­li­by­śmy naj­chęt­niej. Jesteś naj­bar­dziej hono­ro­wym męż­czy­zną, jakiemu mia­łem przy­wi­lej się prze­ciw­sta­wiać.

- Chciał­bym, żeby to była prawda. Ale będę słu­żył naj­le­piej, jak potra­fię.

Wizja znik­nęła i Nale cof­nął się gwał­tow­nie. Dyszał ciężko i miał sze­roko otwarte oczy. Mię­dzy nim a Dali­na­rem cią­gnęła się linia świa­tła.

Kowalu Więzi, powie­dział Ojciec Burz w umy­śle Dali­nara. Utwo­rzy­łeś z nim tym­cza­sowy Zwią­zek. Co widzia­łeś?

- Jego prze­szłość, tak myślę - szep­nął Dali­nar. - A teraz...

Nale podra­pał się po gło­wie, a Dali­nar ujrzał nakła­da­jącą się na niego szkie­le­tową postać. Jak echo świa­tła podą­ża­jące za Sze­them, tyle że zatarte, blade. Dali­nar zro­bił krok do przodu, idąc mię­dzy oszo­ło­mio­nymi straż­ni­kami, i dostrzegł osiem świe­tli­stych linii wypły­wa­ją­cych z Nale'a i zni­ka­ją­cych w prze­strzeni.

- Sądzę, że widzę Pakt Przy­sięgi. To, co wią­zało ich razem, i spra­wiło, że byli zdolni utrzy­mać wroga w Potę­pie­niu.

Klatka, wykuta z ich duchów. Została znisz­czona. Nawet zanim Jezrien umarł, roz­trza­skali ją tym, co zro­bili przed wie­kami.

- Nie, tyko jedna linia jest cał­ko­wi­cie zerwana. Pozo­stałe są obecne, ale słabe, bez­silne. - Dali­nar wska­zał na jedną linię, świe­cącą i potężną. - Poza jedną. Wciąż jest pełna ener­gii.

Nale pod­niósł na niego wzrok, po czym zerwał linię Związku łączącą go z Dali­na­rem i rzu­cił się z plat­formy. Herold zapło­nął bla­skiem i odle­ciał, gdy - zbyt późno - kilku Wia­tro­wych przy­było na pomoc swo­jemu dowódcy.

Dzier­żysz moc bogów, Dali­na­rze. Nie­gdyś sądzi­łem, że znam zakres two­ich moż­li­wo­ści. Porzu­ci­łem to wyni­ka­jące z nie­wie­dzy zało­że­nie.

- Czy mógł­bym go odtwo­rzyć? Czy mógł­bym odtwo­rzyć Pakt Przy­sięgi i znów zwią­zać Sto­pio­nych?

Nie wiem. To może być moż­liwe, ale nie mam poję­cia, jak. Ani czy byłoby to mądre. Herol­do­wie cier­pią z powodu tego, co zro­bili.

- Widzia­łem to w nim. - Dali­nar odpro­wa­dzał wzro­kiem zni­ka­ją­cego Nale'a. - Ciąży mu strasz­liwe cier­pie­nie, które wypa­cza jego postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści. Sza­leń­stwo nie­po­dobne do tego, które wpływa na zwy­czaj­nych ludzi... sza­leń­stwo, które wiąże się z jego zużytą duszą...

Szeth odzy­skał miecz i wyglą­dał na zawsty­dzo­nego, że tak łatwo dał się poko­nać. Dali­nar nie miał pre­ten­sji do niego ani do innych, któ­rzy nale­gali, by on i Norka opu­ścili pole bitwy, skoro siły Tara­van­giana zostały roz­gro­mione.

Dali­nar pozwo­lił, by Wia­trowi go zabrali. Przez ten cały czas tonął w myślach.

Musiał zro­zu­mieć swoje moce. Jego obo­wiąz­kiem nie było już sta­nie z unie­sio­nym mie­czem i wykrzy­ki­wa­nie roz­ka­zów na polu bitwy. Musiał zna­leźć spo­sób, by wyko­rzy­stać umie­jęt­no­ści do zakoń­cze­nia tej wojny. Odtwo­rzyć Pakt Przy­sięgi, a jeśli się to nie uda, zna­leźć inne roz­wią­za­nie - takie, które obej­mo­wało rów­nież osta­teczne zwią­za­nie Odium.

48. Zapach śmierci, zapach życia

48

Zapach śmierci, zapach życia

Dzie­więć lat wcze­śniej

Ist­niał wię­cej niż jeden spo­sób pro­wa­dze­nia badań. Oka­zało się, że można robić to z wła­snego namiotu, jeśli grupa żyją­cych relik­tów wyło­niła się z lasu i przy­szła z wizytą.

Ludzie fascy­no­wali Esho­nai. Wcale nie zostali znisz­czeni. A ich zwy­czaje były takie dziwne. Mówili bez ryt­mów i nie sły­szeli pie­śni Rosharu. Two­rzyli sko­rupy z metalu i przy­wią­zy­wali je do sie­bie. Choć począt­kowo zakła­dała, że utra­cili formy, wkrótce uświa­do­miła sobie, że mieli tylko jedną formę i nie mogli się zmie­nić. Musieli przez cały czas radzić sobie z namięt­no­ściami paro­formy.

Co bar­dziej intry­gu­jące, przy­pro­wa­dzili ze sobą ple­mię istot w tępo­for­mie, które rów­nież nie znały pie­śni. Wzory na ich skó­rze przy­po­mi­nały słu­cha­czy, ale nie mówili, nie wspo­mi­na­jąc już o śpie­wie. Esho­nai uwa­żała ich za fascy­nu­ją­cych i nie­po­ko­ją­cych jed­no­cze­śnie. Gdzie ludzie zna­leźli takie dziwne jed­nostki?

Ludzie roz­bili obóz w lesie po dru­giej stro­nie rzeki, a Piątka począt­kowo pozwo­liła jedy­nie kilku słu­cha­czom spo­tkać się z nimi. Mar­twili się, że odstra­szą dziw­nych ludzi, jeśli cała rodzina będzie zawra­cała im głowę.

Esho­nai uznała to za głu­pie. Ci ludzie się nie prze­stra­szą. Znali sta­ro­żytne sprawy. Spo­soby wyku­wa­nia metalu i zapi­sy­wa­nia dźwię­ków na papie­rze. Rze­czy, o któ­rych słu­cha­cze zapo­mnieli w cza­sie dłu­giego snu w tępo­for­mie, a pie­śni zapa­mię­ty­wali czy­stą siłą woli.

Esho­nai i Klade wraz z kil­kor­giem pozo­sta­łych spo­tkali się z grupką ludz­kich uczo­nych, pró­bu­jąc roz­szy­fro­wać nawza­jem swoje języki. Całe szczę­ście w pie­śniach zacho­wano ludz­kie wyra­że­nia. Być może to dawna nauka pie­śni spra­wiła, że Esho­nai uczyła się szyb­ciej niż pozo­stali. A może jej upór? Spę­dzała wie­czory, sie­dząc z ludźmi, pro­sząc ich o wie­lo­krotne powta­rza­nie dźwię­ków w jaskra­wym bla­sku klej­no­tów.

To była kolejna sprawa. Ludz­kie klej­noty świe­ciły jaśniej niż te nale­żące do słu­cha­czy. Wyni­kało to ze spo­sobu, w jaki klej­noty oszli­fo­wano i ukształ­to­wano. Każdy dzień z ludźmi uczył ją cze­goś nowego.

Kiedy bariera języka zaczęła zani­kać, ludzie spy­tali, czy mogą zostać zabrani na Strza­skane Rów­niny. I tak się zło­żyło, że to Esho­nai ich popro­wa­dziła, choć na razie trzy­mała się z dala od dzie­się­ciu sta­ro­żyt­nych miast i innych rodzin słu­cha­czy.

Wyko­rzy­stu­jąc jedną z map Esho­nai, nade­szli od pół­nocy i szli wzdłuż roz­pa­dlin, aż dotarli do sta­ro­żyt­nego mostu słu­cha­czy. Z pęk­nię­cia w ska­łach doby­wała się woń wil­got­nych, gni­ją­cych roślin. Ostra, ale nie nie­przy­jemna. Tam, gdzie rośliny się roz­kła­dały, wkrótce wyra­stały inne, a zapach śmierci był tym samym, co zapach życia.

Ludzie prze­szli ostroż­nie po moście z desek i sznu­rów, naj­pierw straż­nicy - męż­czyźni w wypo­le­ro­wa­nych napier­śni­kach i heł­mach z meta­lo­wej sko­rupy. Wyraź­nie spo­dzie­wali się, że most w każ­dej chwili może się zawa­lić.

Kiedy zna­leźli się po dru­giej stro­nie, Esho­nai weszła na skałę i ode­tchnęła głę­boko, by poczuć wiatr. Nad jej głową wiro­wało na nie­bie kilka wia­tro­spre­nów. Kiedy straż­nicy prze­szli, inni ruszyli za nimi. Wszy­scy chcieli zoba­czyć Rów­niny, gdzie żyły potwory z roz­pa­dlin.

Jedną z obec­nych była kobieta, asy­stentka chi­rurga. Wspięła się na skałę obok Esho­nai, choć jej ubra­nie - które zasła­niało ją od szyi do kostek i z jakie­goś powodu zakry­wało lewą rękę - nie­szcze­gól­nie nada­wało się do pro­wa­dze­nia badań. Miło było zoba­czyć, że słu­cha­czom udało się wymy­ślić coś, do czego ludziom nie udało się jesz­cze dojść.

- Co widzisz? - zwró­ciła się do Esho­nai w ludz­kim języku. - Kiedy patrzysz na spreny?

Esho­nai zanu­ciła z Zasta­no­wie­niem. Co miała na myśli ta kobieta?

- Widzę spreny? - Esho­nai mówiła powoli i z namy­słem, bo cza­sem miała pro­blemy z wymową.

- Tak. Jak wyglą­dają?

- Dłu­gie białe linie. - Esho­nai wska­zała na wia­tro­spreny. - Otwory? Małe otwory? Czy ist­nieje takie słowo?

- Może punk­ciki?

- Punk­ciki na nie­bie. I ogony, dłu­gie, bar­dzo dłu­gie.

- Inte­re­su­jące. - Kobieta miała dużo pier­ścieni na pra­wej dłoni, choć Esho­nai nie wie­działa dla­czego. Wyda­wało jej się, że musiały się zacze­piać o różne rze­czy. - Jest ina­czej.

- Ina­czej. Widzimy ina­czej?

- Tak. Wydaje się, że widzi­cie rze­czy­wi­stość spre­nów, a przy­naj­mniej jeste­ście bli­żej nich. Powiedz mi. Wśród ludzi mamy opo­wie­ści o wia­tro­spre­nach, które zacho­wują się jak osoby. Przyj­mują dziwne kształty, robią figle. Widzia­łaś takiego?

Esho­nai powtó­rzyła w gło­wie słowa kobiety. Wyda­wało jej się, że część zro­zu­miała.

- Spreny jak osoby? Zacho­wu­jące się jak osoby?

- Tak.

- Widzia­łam to.

- Dosko­nale. A wia­tro­spreny, które mówią? Zwra­cają się do cie­bie po imie­niu? Spo­tka­łaś takie?

- Co? - Esho­nai dostro­iła się do Roz­ba­wie­nia. - Spreny mówiące? Nie. Wydaje się... nie­praw­dziwe? Fał­szywe, ale opo­wieść?

- Może cho­dzi ci o słowo "zmy­ślone"?

- Zmy­ślone. - Esho­nai obró­ciła dźwięki w gło­wie. Tak, ist­niał wię­cej niż jeden spo­sób pro­wa­dze­nia badań.

Król i jego brat w końcu weszli na pła­sko­wyż. "Król" nie był dla niej nowym sło­wem, bo wspo­mi­nano je w pie­śniach. Słu­cha­cze deba­to­wali, czy powinni mieć monar­chę. Esho­nai wyda­wało się, że dopóki nie prze­staną wal­czyć mię­dzy sobą i się nie zjed­no­czą, ta dys­ku­sja była śmieszna.

Brat króla był męż­czy­zną o nie­kształt­nej, przy­cięż­ka­wej syl­wetce i wyglą­dał, jakby nale­żał do nieco innego gatunku niż wszy­scy pozo­stali. Jego spo­tkała jako pierw­szego, razem z grupą ludz­kich zwia­dow­ców, jesz­cze w lesie. Ten czło­wiek był nie tylko więk­szy od pozo­sta­łych, ale też ina­czej cho­dził. Miał bar­dziej zaciętą twarz. Gdyby o ludziach można było powie­dzieć, że mają formy, ten męż­czy­zna byłby woj­no­formą.

Sam król jed­nak... sta­no­wił dowód na to, że ludzie nie mieli form. Był nie­obli­czalny. Cza­sem gło­śny i wście­kły, innym razem cichy i lek­ce­wa­żący. Rzecz jasna, słu­cha­cze rów­nież znali różne uczu­cia. Ale ten męż­czy­zna po pro­stu nie dawał się wyja­śnić. Może przez to, że ludzka mowa była pozba­wiona ryt­mów, Esho­nai tak bar­dzo zaska­ki­wało, kiedy dzia­łali z tak wielką pasją. Był też jedy­nym męż­czy­zną w gru­pie, który nosił brodę. Dla­czego?

- Prze­wod­niczko. - Król pod­szedł do niej. - Czy tu odby­wają się łowy?

- Cza­sami. Zależy. Jest sezon, więc może przyjdą. Może nie.

Król poki­wał w zamy­śle­niu głową. Nie­zbyt inte­re­so­wał się nią i innymi słu­cha­czami. Z kolei jego zwia­dowcy i uczone spra­wiali wra­że­nie rów­nie zafa­scy­no­wa­nych Esho­nai, jak ona nimi. Dla­tego zwy­kle spę­dzała czas w ich towa­rzy­stwie.

- Jakie wiel­ko­sko­rupy mogą tu żyć? - spy­tał brat. - Wydaje się, że nie ma tu dla nich prze­strzeni, przez te wszyst­kie pęk­nię­cia w ziemi. Czy są jak bia­ło­grz­biety? Ska­czą z miej­sca na miej­sce?

- Bia­ło­grz­biet? - Nie znała tego słowa.

Kobieta z pier­ście­niami wyjęła dla niej księgę z rysun­kiem.

Esho­nai pokrę­ciła głową.

- Nie, nie to. One są... - Jak obja­śnić potwory z roz­pa­dlin? - Są wspa­niałe. I duże. I potężne. One... te zie­mie są ich.

- A wasz lud je wielbi? - spy­tała jedna z uczo­nych.

- Wielbi?

- Cześć. Sza­cu­nek.

- Tak. - Któż nie sza­no­wałby tak potęż­nej bestii?

- Ich bogo­wie, oświe­cony - powie­działa skryba do króla. - Jak podej­rze­wa­łam, wiel­bią te bestie. Musimy uwa­żać pod­czas przy­szłych polo­wań.

Esho­nai zanu­ciła z Nie­po­ko­jem, żeby zasu­ge­ro­wać, że jest zdez­o­rien­to­wana - ale oni tego nie roz­po­zna­wali. Musieli wypo­wie­dzieć wszystko sło­wami.

- Tutaj. - Król wska­zał ręką. - Ten pła­sko­wyż wydaje się dobrym miej­scem na zro­bie­nie sobie prze­rwy.

Ludzcy towa­rzy­sze zaczęli roz­pa­ko­wy­wać swoje rze­czy - namioty z cudow­nego moc­nego mate­riału i roz­ma­itość jedze­nia. Ci ludzie czer­pali przy­jem­ność z posił­ków. Podró­żo­wali w takim luk­su­sie, że Esho­nai zaczęła się zasta­na­wiać, jak wyglą­dają ich domy.

Zamie­rzała to spraw­dzić, kiedy już odejdą. Jeśli dotarli tutaj bez naprawdę wytrzy­ma­łych form w rodzaju pra­co­formy, nie mogli prze­być zbyt dale­kiej drogi. Dostro­iła się do Roz­ba­wie­nia. Po tak wielu latach bez kon­tak­tów za kilka mie­sięcy pew­nie sama dotar­łaby do ich domów.

Esho­nai zajęła się roz­sta­wia­niem namio­tów. Chciała zorien­to­wać się, z jakich czę­ści się skła­dały. Była pewna, że potra­fi­łaby wyrzeź­bić pręt podobny do tych, które pod­trzy­my­wały dach. Ale tka­nina była lżej­sza i gład­sza niż wszystko, co potra­fili utkać słu­cha­cze. Jeden z robot­ni­ków miał pro­blem z węzłem, więc Esho­nai wyjęła nóż, by go prze­ciąć.

- Co to? - spy­tał ktoś za jej ple­cami. - Czy mogła­byś mi poka­zać ten nóż?

Była to kobieta z pier­ście­niami. Esho­nai myślała wcze­śniej, że może była kie­dyś parą króla, bo tak czę­sto z nim roz­ma­wiała. Ale naj­wy­raź­niej nie miało to związku.

Esho­nai spu­ściła wzrok i zorien­to­wała się, że wyjęła dobry nóż myśliw­ski. Była to jedna z broni, jakie jej przod­ko­wie ura­to­wali z ruin pośrodku Rów­nin - z pięk­nego metalu z liniami w środku i ze wspa­niale wyrzeź­bioną ręko­je­ścią.

Wzru­szyła ramio­nami i poka­zała go kobie­cie. Dziwna kobieta z kolei przy­wo­łała gestem króla. Męż­czy­zna opu­ścił cień i pod­szedł bli­żej, wziął nóż i zapa­trzył się na niego zmru­żo­nymi oczami.

- Skąd go masz? - spy­tał Esho­nai.

- Jest stary. - Nie chciała powie­dzieć za dużo. - Prze­ka­zy­wany. Przez poko­le­nia.

- Może jesz­cze z cza­sów Fał­szy­wego Spu­sto­sze­nia? - Kobieta zwró­ciła się do króla. - Naprawdę mogą korzy­stać z broni, która ma dwa tysiące lat?

Ostrza Odpry­sku słu­cha­czy były o wiele wspa­nial­sze, ale Esho­nai o nich nie mówiła. Żadne z nich i tak nie nale­żało do jej rodziny.

- Chciał­bym wie­dzieć, jak wy...

Prze­rwało mu docho­dzące z nie­wiel­kiej odle­gło­ści trą­bie­nie. Esho­nai obró­ciła się na pię­cie i dostro­iła do Napię­cia.

- Potwór z Roz­pa­dlin. Zbierz­cie żoł­nie­rzy! Nie sądzi­łam, że jeden z nich się zbliży.

- Pora­dzimy sobie z... - zaczął mówić król, ale prze­rwał i otwo­rzył sze­rzej oczy.

Zbli­żył się do niego podzi­wo­spren, uno­sząca się nie­bie­ska kula, która roz­ra­stała się z wiel­kim entu­zja­zmem.

Esho­nai odwró­ciła się i zoba­czyła odle­gły cień wyła­nia­jący się z roz­pa­dliny. Smu­kły, ale silny, potężny i pełen wdzięku. Bestia kro­czyła na wielu nogach i nie posłała ludziom nawet spoj­rze­nia. Byli dla niej tym, czym ona dla słońca - i w rze­czy samej, odwró­ciła się, by pła­wić się w jego bla­sku. Wspa­niała i potężna, jakby oży­wiony Rytm Podziwu.

- Krwi ojców moich... - Brat króla pod­szedł bli­żej. - Jak wiel­kie jest to coś?

- Więk­sze niż te, które żyją w Ale­th­ka­rze - odparł król. - Musiał­byś udać się aż na her­daz­kie wybrzeże, by napo­tkać tak ogrom­nego wiel­ko­sko­rupa. Ale one żyją w wodzie.

- Te żyją w roz­pa­dli­nach - szep­nęła Esho­nai. - Nie wygląda na roz­wście­czo­nego, na nasze szczę­ście.

- Być może jest na tyle daleko, że nas nie zauwa­żył - stwier­dził brat króla.

- Zauwa­żył nas - sprze­ci­wiła się Esho­nai. - Po pro­stu go nie obcho­dzimy.

Inni zebrali się wokół, a król ich uci­szył. W końcu bestia odwró­ciła się i obrzu­ciła ich spoj­rze­niem. Póź­niej zsu­nęła się z powro­tem do roz­pa­dliny, a za nią podą­żyło kilka migo­czą­cych roz­pa­dli­no­spre­nów, jak strzały w locie.

- Na burze - ode­zwał się brat króla. - Chcesz nam powie­dzieć, że zawsze, kiedy sto­imy na tych pła­sko­wy­żach, jedna z tych bestii może prze­by­wać tuż pod nami? Krą­żyć wokół?

- Jak one żyją w tych roz­pa­dli­nach? - spy­tała jedna z kobiet. - Co jedzą?

Powró­ciw­szy do spo­ży­wa­nia posiłku, ludzie byli już bar­dziej sku­pieni i skład­niejsi w dzia­ła­niu. Chcieli zjeść i odejść stąd, ale nikt nie wyra­ził tego na głos i nikt nie nucił z Nie­po­ko­jem.

Jedy­nie król wyda­wał się nie­wzru­szony. Pod­czas gdy inni zaj­mo­wali się swo­imi spra­wami, wciąż wpa­try­wał się w nóż Esho­nai, któ­rego jej nie oddał.

- Naprawdę macie je od tysięcy lat?

- Nie - przy­znała. - Zna­leź­li­śmy je. Nie moi rodzice. Rodzice rodzi­ców. W ruinach.

- Ruiny, powia­dasz? - Król gwał­tow­nie pod­niósł wzrok. - Które ruiny? Te mia­sta, o któ­rych wspo­mniał inny prze­wod­nik?

Esho­nai cicho prze­klęła Klade'a za wspo­mnie­nie o dzie­się­ciu mia­stach. Posta­no­wiła, że nie wyja­śni, iż cho­dziło o ruiny pośrodku Rów­nin, i dostro­iła się do Nie­po­koju. Spo­sób, w jaki się w nią wpa­try­wał, spra­wiał, że czuła się jak mapa, która została źle nary­so­wana.

- Mój lud budo­wał mia­sta. Sta­rzy rodzice mojego ludu.

- Co ty nie powiesz... Bar­dzo cie­kawe. Pamię­ta­cie tamte dni? Macie zapi­ski?

- Mamy pie­śni. Wiele pie­śni. Ważne pie­śni. Mówią o for­mach, jakie nosi­li­śmy. Woj­nach, w któ­rych wal­czy­li­śmy. Jak opu­ści­li­śmy... Nie znam słowa... tych daw­nych. Któ­rzy nami wła­dali. Kiedy Neshua Kadal wal­czyli, ze spre­nami jako towa­rzy­szami, i mieli... mieli rze­czy... mogli robić...

- Świe­tli­ści? - Głos męż­czy­zny przy­cichł. - Twój lud ma opo­wie­ści o Świe­tli­stych Rycer­zach?

- Tak, może? Nie mam słów, jesz­cze. O tym.

- Inte­re­su­jące, inte­re­su­jące.

Jak się spo­dzie­wała, zaraz po posiłku ludzie posta­no­wili wró­cić do lasu. Byli prze­ra­żeni - wszy­scy poza kró­lem. On przez całą drogę pytał o pie­śni. Wyraź­nie się pomy­liła, kiedy zało­żyła, że słu­cha­cze go nie obcho­dzili.

Od tam­tej chwili spra­wiał wra­że­nie bar­dzo zain­te­re­so­wa­nego. Kazał uczo­nym wypy­ty­wać ich o pie­śni, opo­wie­ści i czy znali jakieś inne ruiny. Kiedy ludzie po kilku dniach w końcu wyru­szyli z powro­tem na swoje zie­mie, król Gavi­lar pozo­sta­wił rodzi­nie Esho­nai dar - kilka skrzyń nowo­cze­snej broni wyku­tej z porząd­nej stali. Nie mogła zastą­pić sta­ro­żyt­nej broni, ale nie wszy­scy z jej ludu ją mieli. Żadna rodzina nie miała dość, by uzbroić wszyst­kich wojow­ni­ków.

W zamian Gavi­lar popro­sił jedy­nie o obiet­nicę - kiedy powróci w bli­skiej przy­szło­ści, chciał zna­leźć rodzinę Esho­nai w jed­nym z miast na skraju Rów­nin. Powie­dział, że wtedy zechce oso­bi­ście wysłu­chać powier­ni­ków pie­śni.

49. Dusza odkry­cia

49

Dusza odkry­cia

Oba­wiam się, że w obec­nym sta­nie roz­go­rącz­ko­wa­nia nie potra­fię się sku­pić na tym, co ważne.

Rytm Wojny, s. 3

Navani zajęła się orga­ni­zo­wa­niem pracy uczo­nych pod czuj­nym nad­zo­rem dużej liczby straż­ni­ków pie­śnia­rzy.

Znaj­do­wała się w deli­kat­nym poło­że­niu. Nie chciała zdra­dzać wię­cej niż to abso­lut­nie konieczne. Ale gdyby nie poczy­niła postę­pów, Rabo­niel wkrótce by to dostrze­gła i pod­jęła kroki.

Na razie Navani zna­la­zła uczo­nym mało twór­cze, ale pra­co­chłonne zada­nia. Pie­śnia­rze zamknęli jej ludzi w jed­nym z dwóch pomiesz­czeń biblio­teki, więc Navani kazała pod­opiecz­nym i młod­szym żar­liw­com posprzą­tać. Zebrano stare pro­jekty i skrzy­nie nota­tek, wynie­siono i usta­wiono w ster­tach na kory­ta­rzu. Potrze­bo­wali miej­sca.

Bar­dziej doświad­czo­nym uczo­nym pole­ciła zająć się korek­tami - prze­glą­da­niem sta­rych pro­jek­tów i spraw­dza­niem wyli­czeń albo ryso­wa­niem nowych dia­gra­mów. Żar­liwcy przy­nie­śli czy­ste księgi i zaczęli prze­glą­dać rachunki, a Rushu roz­wi­nęła duże sche­maty i pole­ciła kilku młod­szym kobie­tom zmie­rzyć każdą linię z osobna. To miało zająć kilka dni, może wię­cej - i było cał­kiem natu­ral­nym dzia­ła­niem. Navani czę­sto zarzą­dzała prze­pro­wa­dze­nie ponow­nych obli­czeń po prze­rwie. Pozwa­lało to uczo­nym na powrót do wła­ści­wego stanu umy­słu, a cza­sami przy oka­zji znaj­do­wano rze­czy­wi­ste pomyłki.

Już wkrótce miała przed sobą upo­rząd­ko­waną salę pełną uspo­ka­ja­ją­cych odgło­sów. Sze­lest papieru, odgłos piór prze­su­wa­ją­cych się po papie­rze, ciche roz­mowy. Żad­nych stwo­rze­nio­spre­nów ani logi­ko­spre­nów, które czę­sto towa­rzy­szyły eks­cy­tu­ją­cej pracy. Miała nadzieję, że pie­śnia­rze obecni na sali nie dostrzegą w tym nic dziw­nego.

Ci pie­śnia­rze cią­gle pako­wali jej się pod nogi, trzy­mali się na tyle bli­sko, by sły­szeć, co Navani mówiła swoim ludziom. Przy­zwy­cza­iła się do upo­rząd­ko­wa­nego miej­sca pracy - dawała swoim uczo­nym swo­bodę, która pozwa­lała na nowe pomy­sły, ale jed­no­cze­śnie sta­ran­nie pil­no­wała, by wła­ści­wie ukie­run­ko­wać ich prze­my­śle­nia. Wszy­scy ci straż­nicy niwe­czyli ten wysi­łek i Navani czę­sto widziała, jak jej uczone pod­no­szą wzrok i wpa­trują się w jakie­goś uzbro­jo­nego pry­mi­tywa w pobliżu.

Na szczę­ście więk­szość była zwy­czaj­nymi żoł­nie­rzami. W pobliżu uczo­nych prze­by­wała tylko jedna - poza Rabo­niel - Sto­piona, która nie nale­żała do tego nie­po­ko­ją­cego rodzaju zdol­nego wta­piać się w skały. Nie, to była Sto­piona tego samego typu co Rabo­niel, wysoka, z wło­sami wyra­sta­ją­cymi z czubka głowy, pocią­głą twa­rzą i czer­wono-białą skórą. Sie­działa na pod­ło­dze i patrzyła na nich szkli­stymi oczyma.

Navani przez cały ranek ukrad­kiem przy­glą­dała się tej Sto­pio­nej. Sły­szała, że wielu z nich było nie­spełna rozumu - ta tutaj wyraź­nie paso­wała do tego opisu. Czę­sto wpa­try­wała się w prze­strzeń, a póź­niej chi­cho­tała pod nosem. Pozwa­lała, by jej głowa opa­dała bez­wład­nie to na jedną, to na drugą stronę. Dla­czego Rabo­niel umie­ściła ją tutaj, by ich obser­wo­wała? Czy zdro­wych na umy­śle Sto­pio­nych było tak mało, że nie mieli innego wyboru?

Navani oparła się o ścianę, dotknęła dłońmi kamie­nia - w miej­scu, gdzie wzdłuż warstw bie­gła nie­mal nie­wi­dzialna żyła gra­natu - i uda­wała, że przy­gląda się, jak kilka mło­dych kobiet wynosi skrzy­nie z papie­rami na kory­tarz.

Wczo­raj wie­czo­rem ze mną nie roz­ma­wia­łaś, powie­działo Rodzeń­stwo.

- Obser­wo­wali mnie - mruk­nęła Navani pod nosem. - Nie pozwo­lili mi zostać w mojej kom­na­cie, ale zabrali mnie do mniej­szej. Musimy roz­ma­wiać tutaj. Sły­szysz mnie, jeśli mówię tak cicho?

Tak.

- Widzisz, co robi Rabo­niel?

Kazała robot­ni­kom usta­wić biurko obok tar­czy i prze­pro­wa­dza próby, by spraw­dzić, czy uda jej się prze­bić.

- Uda się?

Nie wiem. Wyko­rzy­sta­łom ją po raz pierw­szy. Ale chyba nie uświa­da­mia sobie, że to ty ją akty­wo­wa­łaś. Wyja­śniła pozo­sta­łym, że musiała uru­cho­mić jakieś nie­znane zabez­pie­cze­nie pozo­sta­wione przez sta­ro­żyt­nych Świe­tli­stych. Sądzi, że po tak dłu­gim cza­sie muszę być mar­twe, skoro wieża nie działa.

- Cie­kawe. Dla­czego mia­łaby tak myśleć?

Matka Pół­nocy jej powie­działa. Ta Nie­stwo­rzona, która zaj­mo­wała mnie przez tak wiele lat, ta, którą odstra­szyli twoi Świe­tli­ści? Przez ten cały czas pozo­sta­wa­łom ukryte przed nią, ni­gdy nie wal­czy­łom, więc myśli, że umar­łom.

- Przez ten cały czas? Jak długo?

Stu­le­cia.

- Nie było ci ciężko?

Nie. Dla­czego? Stu­le­cia nic dla mnie nie zna­czą. Nie sta­rzeję się.

- Inne spreny zacho­wują się, jakby czas miał zna­cze­nie.

Świe­tli­ste spreny, ow­szem. Świe­tli­ste spreny robią wido­wi­sko, udają, że są męż­czy­znami lub kobie­tami, for­mami męskimi lub żeń­skimi, choć wcale nimi nie są. Myślą jak ludzie, bo chcą być jak ludzie. Ja nie udaję. Nie jestem czło­wie­kiem. Nie muszę przej­mo­wać się cza­sem. Nie muszę wyglą­dać jak wy. Nie muszę bła­gać was o zain­te­re­so­wa­nie.

Navani unio­sła brew, myśląc o tym, że Rodzeń­stwo musiało bła­gać ją o pomoc. Ale powstrzy­mała się przed komen­ta­rzem. Jak naj­le­piej wyko­rzy­stać tę prze­wagę? Jaka była droga ku wol­no­ści? Navani lubiła myśleć, że dostrzega wzory i two­rzy porzą­dek wśród cha­osu. Na pewno ist­niał spo­sób wydo­sta­nia się z tego bała­ganu. Musiała w to uwie­rzyć.

Potrak­tuj to jak każdy inny pro­blem, powie­działa sobie. Podejdź do tego sys­te­ma­tycz­nie i podziel na mniej­sze, łatwiej­sze do opa­no­wa­nia ele­menty.

Poprzed­niej nocy pod­jęła decy­zję co do ogól­nych kie­run­ków dzia­ła­nia. Po pierw­sze, musiała utrzy­mać teren, który już zdo­była. A to ozna­czało upew­nie­nie się, że tar­cza Rodzeń­stwa pozo­sta­nie na swoim miej­scu.

Po dru­gie, musiała prze­ka­zać wie­ści Dali­na­rowi i tym na zewnątrz, poin­for­mo­wać ich o tym, co się wyda­rzyło.

Po trze­cie, musiała się zorien­to­wać, co zro­bił wróg, by zane­go­wać moce Świe­tli­stych. Wedle Rodzeń­stwa cho­dziło o wypa­cze­nie sta­ro­żyt­nych mecha­ni­zmów obron­nych wieży. Navani musiała je wyłą­czyć.

Wresz­cie Navani musiała zwró­cić tę moc prze­ciwko napast­ni­kom. A gdyby to się nie udało, musiała wyko­rzy­stać prze­bu­dzo­nych Świe­tli­stych do prze­pro­wa­dze­nia kontr­ataku.

Kiedy stała tutaj, uwię­ziona w piw­nicy i cią­gle obser­wo­wana, wyda­wało się, że to nie­moż­liwe zada­nia. Ale jej uczone spra­wiły, że sta­tek pole­ciał. Mogła tego doko­nać, z ich pomocą.

Navani prze­li­czyła straż­ni­ków pie­śnia­rzy, któ­rzy krą­żyli po sali i spo­glą­dali przez ramię pra­cu­ją­cych uczo­nych. Jeden zatrzy­mał dziew­czynę wyno­szącą notatki i przej­rzał skrzy­nię. Sto­piona - ta, która prze­krę­cała głowę z boku na bok i nuciła gło­śny rytm - w tej chwili ją obser­wo­wała. Navani sta­rała się, by to nie wzbu­dziło w niej nie­po­koju, i odwró­ciła głowę tak, by jej wargi nie były widoczne, po czym znów mówiła pod nosem.

- Załóżmy, że Rabo­niel jest dość bystra, by domy­ślić się, co zro­bili ci sta­ro­żytni Świe­tli­ści, two­rząc twoją tar­czę. W jaki spo­sób mogłaby spró­bo­wać ją obejść?

Rodzeń­stwo nie odpo­wie­działo i Navani zapy­tała:

- Coś się stało? Dobrze się czu­jesz?

Nic mi nie jest. Ale nie jeste­śmy przy­ja­ciółmi, czło­wieku. Jesteś wła­ści­cie­lem nie­wol­ni­ków. Nie ufam ci.

- Jak na razie mi zaufa­łoś.

Z koniecz­no­ści. Teraz jestem bez­pieczne.

- A jak długo będziesz bez­pieczne? Mówisz, że nie ma spo­sobu, żeby Rabo­niel się prze­biła?

Rodzeń­stwo nie odpo­wie­działo.

- W porządku. Ale nie mogę zacząć pla­no­wać, jak ci pomóc, jeśli nie znam two­ich sła­bych punk­tów. Będziesz samo, pod­dane wszyst­kiemu, co posta­nowi zro­bić Rabo­niel.

...Nie­na­wi­dzę ludzi, powie­działo w końcu Rodzeń­stwo. Ludzie wypa­czają to, co zostało powie­dziane, żeby zawsze mieć rację. Kiedy zażą­dasz, żebym zwią­zało się z czło­wie­kiem, oddało wol­ność i ryzy­ko­wało życie? Z pew­no­ścią będziesz miała dosko­nałe uza­sad­nie­nia, dla­czego abso­lut­nie powin­nom to zro­bić.

Tym razem to Navani zacho­wała mil­cze­nie. Rodzeń­stwo mogło stwo­rzyć kolej­nego Kowala Więzi, a bio­rąc pod uwagę to, jak uży­teczne były moce Dali­nara w wysiłku wojen­nym, Navani byłaby głup­cem, gdyby nie wyko­rzy­stała oka­zji. Musiała więc zna­leźć spo­sób, by skło­nić Rodzeń­stwo do ponow­nego zwią­za­nia się z czło­wie­kiem. Musiała zna­leźć kogoś cał­ko­wi­cie nie­groź­nego. Kogoś, kto nie pra­co­wał z fabria­lami, kogoś, kto nie był poli­ty­kiem. Kogoś, kogo Rodzeń­stwo mogło polu­bić.

Na razie Navani nie pona­glała go. Rodzeń­stwo cza­sami zacho­wy­wało się dziw­nie, ale ich dotych­cza­sowe kon­takty były cał­kiem ludz­kie, mimo jego twier­dzeń. A Navani spo­dzie­wała się po czło­wieku, że...

Tar­cza, którą stwo­rzy­li­śmy, jest czymś, o czym Rabo­niel mogła sły­szeć, powie­działo w końcu Rodzeń­stwo. Dla­tego też może rozu­mieć, jak ją omi­nąć.

- Powiedz mi wię­cej.

Tar­cza jest roz­wi­nię­ciem Mocy Dusz­ni­ko­wa­nia. Zestala powie­trze w oko­licy, prze­ko­nu­jąc je, że jest szkłem. Aby tar­cza pozo­stała na miej­scu, do sys­temu musi docie­rać Burzowe Świa­tło z zewnętrz­nych źró­deł. Rabo­niel może to sobie uświa­do­mić - szcze­gól­nie jeśli zbada resztki węzła, który wyko­rzy­sta­łaś, by akty­wo­wać tar­czę. Ist­nieją inne węzły, z krysz­ta­łami połą­czo­nymi bez­po­śred­nio z moim ser­cem. Były cztery. Ty znisz­czy­łaś jeden. Jeśli ona odnaj­dzie któ­ryś z pozo­sta­łych, może wyko­rzy­stać go, by zepsuć mnie od zewnątrz.

- Czyli musimy zna­leźć je przed nią i znisz­czyć.

Nie. NIE! To osłabi tar­czę, a póź­niej ją znisz­czy. Musimy je obro­nić. Znisz­cze­nie jed­nego było wystar­cza­jąco złe. Nie myśl, że skoro raz dałom ci pozwo­le­nie, możesz postę­po­wać tak dalej. Ludzie zawsze nisz­czą rze­czy.

Navani ode­tchnęła głę­boko. Musiała bar­dzo ostroż­nie dobie­rać słowa.

- Nie znisz­czę żad­nego z nich, o ile nie będzie to abso­lut­nie konieczne. Poroz­ma­wiajmy o czymś innym. Jak skon­tak­to­wa­łoś się ze mną wcze­śniej? Możesz posłu­gi­wać się łączo­trz­ciną?

Nie­na­wi­dzę ich. Ale uży­cie jej było konieczne.

- Tak, ale jak? Masz ręce?

Tylko pomoc­ni­ków. Jest taka sza­lona kobieta, w klasz­to­rze, z którą się skon­tak­to­wa­łom. Ci odizo­lo­wani, ci z prze­pusz­czal­nymi duszami, cza­sem lepiej reagują na spreny. Ona jed­nak jedy­nie zapi­sy­wała wszystko, co powie­dzia­łom - nie reago­wała. Kaza­łom Dab­bi­dowi przy­nieść jej łączo­trz­cinę i komu­ni­ko­wa­łom się przez nią.

A niech to. To nie było szcze­gól­nie uży­teczne, przy­naj­mniej teraz, gdy łączo­trz­ciny nie dzia­łały.

- Jak to moż­liwe, że wróg pozba­wił Świe­tli­stych przy­tom­no­ści?

To aspekt Ur, Wieży. Zabez­pie­cze­nie, które nie pozwala Sto­pio­nym - i Nie­stwo­rzo­nym, zależ­nie od oko­licz­no­ści - na wej­ście do niej.

- Natknę­łam się na fabrial zapro­jek­to­wany, by dzia­łał w taki sam spo­sób... Myślę, że zain­spi­ro­wał go frag­ment krysz­ta­ło­wej kolumny. Nie chcę być nie­grzeczna, ale nie pomy­śla­łoś o uru­cho­mie­niu tego zabez­pie­cze­nia, kiedy zaata­ko­wali?

Rodzeń­stwo mil­czało przez jakiś czas i Navani zasta­na­wiała się, czy nie wywarła zbyt wiel­kiej pre­sji. Na szczę­ście w końcu się ode­zwało, bar­dzo cicho.

Ja... zosta­łom ranne. Przed tysią­cami lat wyda­rzyło się coś, co zmie­niło pie­śnia­rzy. Mnie też zra­niło.

Navani sta­rała się nie oka­zać szoku.

- Mówisz o zwią­za­niu tam­tej Nie­stwo­rzo­nej, które spra­wiło, że pie­śnia­rze utra­cili formy?

Tak. Ten strasz­liwy czyn dotknął dusz wszyst­kich, któ­rzy należą do Rosharu. Rów­nież spre­nów.

- Jak to moż­liwe, że żaden spren o nim nie wspo­mniał?

Nie wiem. Ale tego dnia stra­ci­łom rytm swo­jego Świa­tła. Wieża prze­stała dzia­łać. Mój ojciec, Honor, powi­nien mi pomóc, ale tra­cił rozum. A wkrótce umarł...

W gło­sie Rodzeń­stwa było tyle smutku, że Navani nie naci­skała. To zmie­niało wszystko.

Kiedy tamta Sto­piona mnie dotknęła, zepsuła część mnie do tonu Odium. To kie­dyś nie byłoby moż­liwe - ale teraz już tak. Wypeł­nia mój sys­tem jego Świa­tłem, nisz­cząc mnie. Psu­jąc mnie.

- Czyli... Gdyby udało nam się zna­leźć spo­sób, by znisz­czyć Pust­kowe Świa­tło w twoim wnę­trzu albo jakimś spo­so­bem odzy­skać rytm, który utra­ci­łoś, mogło­byś uru­cho­mić ponow­nie wieżę i sta­nąć w naszej obro­nie?

Pew­nie tak. To się nie wydaje moż­liwe. Czuję... że jeste­śmy zgu­bieni.

Zmiana nastroju wyda­wała się wyjąt­kowo ludzka. Navani czuła się podob­nie. Oparła głowę o ścianę i przy­mknęła oczy.

Podziel to na małe kawałki, przy­po­mniała sobie. Chroń Rodzeń­stwo dość długo, by zna­leźć roz­wią­za­nie innych pro­ble­mów. Takie jest twoje pierw­sze zada­nie.

Nie wypeł­niało się od razu całej mapy. Kre­śliło się linię po linii. Taka była dusza odkry­cia.

Ale...

- Ale? - Navani otwo­rzyła oczy. - Ale co?

Być może nie będziemy musieli budzić Świe­tli­stych. W wieży jest dwoje wciąż przy­tom­nych.

Navani znów nie­mal stra­ciła pano­wa­nie nad sobą. Dla­czego Rodzeń­stwo nie wspo­mniało o tym od razu?

Jedno ma dla mnie sens. Jest przy­tomna, bo została stwo­rzona w dziwny spo­sób i używa Świa­tła ina­czej niż pozo­stali. Została stwo­rzona w tym celu przez moją matkę. Ale stra­ci­łom ją z oczu i nie wiem, gdzie jest. Młoda kobieta. Tan­cerka Kra­wę­dzi.

- Zwinka. - Ona zawsze była dziwna. - Już jej nie widzisz?

Nie. Sądzę, że widzę frag­menty wieży dzięki Świe­tli­stym, któ­rych łączy ze mną Zwią­zek. Przez jakiś czas dostrze­ga­łom tę młodą Tan­cerkę Kra­wę­dzi, ale wczo­raj znik­nęła. Była w klatce i pew­nie oto­czyli ją ral­ka­le­stem. Ale jest ten drugi. Męż­czy­zna. Musi być z Czwar­tego Ide­ału, lecz nie ma pan­ce­rza. Czyli... może z Trze­ciego, ale bli­sko Czwar­tego? Może to coś zwią­za­nego z jego bli­skością do mojego ojca - i Mocy Przy­czep­no­ści - pozwala mu zacho­wać przy­tom­ność. Jego siłą są więzi. Ten męż­czy­zna jest Wia­tro­wym, ale nie nosi już mun­duru.

Kala­din.

- Czy możesz nawią­zać z nim kon­takt?

***

Pierw­szym celem Kala­dina było Burzowe Świa­tło. Całe szczę­ście dosko­nale wie­dział, gdzie zna­leźć napeł­nione kule. Robot­nicy czę­sto umiesz­czali latar­nie z klej­no­tami w bar­dziej uczęsz­cza­nych kory­ta­rzach, odpy­cha­jąc ciem­ność i czy­niąc wnę­trza przy­jem­niej­szymi i wygod­niej­szymi. Jeden z takich pro­jek­tów roz­po­częto na pią­tym pię­trze, na tyle daleko od kli­niki jego rodziny, że próba zbli­że­nia się nie gro­ziła zbyt wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem.

Zaczął od wyma­ca­nia sobie drogi przez ciemne kory­ta­rze w pobliżu kry­jówki na dzie­sią­tym pię­trze. Razem z Syl stwo­rzył w gło­wie mapę oko­licy, po czym ostroż­nie wyszedł na skraj. Gdy zoba­czył pierw­sze odle­głe pro­mie­nie słońca, poczuł się, jakby opusz­czał klatkę han­dla­rza nie­wol­ni­ków, i musiał się powstrzy­my­wać, żeby nie pobiec co sił w nogach w jego stronę.

Powoli, ostroż­nie, bez pośpie­chu. Pozwo­lił Syl ruszyć przo­dem. Wyśli­zgnęła się na bal­kon i wyj­rzała. Kala­din kulił się w ciem­no­ściach, cze­ka­jąc, obser­wu­jąc, słu­cha­jąc. W końcu wró­ciła i zawi­ro­wała w powie­trzu, co było sygna­łem, że nie zauwa­żyła niczego podej­rza­nego.

Wyszedł na blask. Pró­bo­wał zapa­mię­tać uło­że­nie warstw w tym zewnętrz­nym kory­ta­rzu, po czym obej­rzał się przez ramię i popa­trzył w głąb dzie­sią­tego pię­tra. Kory­tarz pro­wa­dził wła­ści­wie pro­sto do jego kry­jówki. Jego głupi umysł cią­gle wyobra­żał sobie, że zapo­mni drogę i pozo­stawi Tefta, który będzie powoli umie­rał i być może pod koniec się prze­bu­dzi. Samotny, uwię­ziony, prze­ra­żony...

Kala­din otrzą­snął się, po czym ostroż­nie wszedł do kom­naty z bal­ko­nem, skąd mógł przyj­rzeć się zewnętrz­nym ścia­nom wieży. Idąc, nie natknęli się na ani jed­nego straż­nika. Kiedy wyj­rzał na zewnątrz, nie dostrzegł ani jed­nej lata­ją­cej Istoty z Nie­bios. Co się działo? Czyżby wyco­fali się z jakie­goś powodu?

Nie. Wciąż czuł przy­tła­cza­jące otę­pie­nie, oznakę tego, co zro­bili, by stłu­mić moce Świe­tli­stych. Wychy­lił się bar­dziej. Na pła­sko­wy­żach widział posta­cie w nie­bie­skich mun­du­rach, sto­jące na zwy­cza­jo­wych sta­no­wi­skach i pil­nu­jące Bram Przy­sięgi. Poczuł przy­pływ ulgi, może nawet nie­do­wie­rza­nia. Czy to wszystko było tylko kosz­mar­nym snem?

- Kala­di­nie - syk­nęła Syl. - Ktoś idzie.

Przy­ci­snęli się do pobli­skiej ściany, gdy zewnętrz­nym kory­ta­rzem prze­szła grupa syl­we­tek. Mówili w ryt­mach, po azir­sku. Pie­śnia­rze straż­nicy - Kala­din dostrzegł, że nie­śli włócz­nie. Omal się na nich nie rzu­cił, powstrzy­maw­szy się w ostat­niej chwili. Na pewno ist­niał łatwiej­szy i mniej osten­ta­cyjny spo­sób zdo­by­cia porząd­nej broni.

Wróg wciąż pano­wał nad wieżą. A kiedy Kala­din się nad tym zasta­no­wił, zro­zu­miał prawdę.

- Chcą, by wieża od zewnątrz wyglą­dała, jakby nic się nie wyda­rzyło - szep­nął do Syl, gdy patrol ich minął. - Wie­dzą, że kiedy poja­wią się pro­blemy z komu­ni­ka­cją, Dali­nar wyśle Wia­tro­wych, by prze­pro­wa­dzili zwiad wokół wieży, więc wróg pró­buje uda­wać, że nie została pod­bita. To albo ilu­zje Sto­pio­nych, albo ich ludzcy sym­pa­tycy, może pozo­sta­ło­ści armii Ama­rama, w skra­dzio­nych mun­du­rach.

- A Wia­trowi nie zbliżą się bar­dziej i nie odkryją prawdy, bo ich moce zawiodą - dodała Syl.

- To będzie podej­rzane. Wróg nie utrzyma tego zbyt długo w tajem­nicy.

Prze­szli do pobli­skiej klatki scho­do­wej. Nie wyglą­dała na strze­żoną, ale i tak wysłał Syl przo­dem. Póź­niej ruszyli w dół. Dzie­wiąte, ósme i siódme pię­tro były względ­nie nie­strze­żone. Po pro­stu było tu zbyt wiele prze­strzeni i nie dało się pil­no­wać wszyst­kiego. Choć zauwa­żyli jesz­cze jeden patrol na skraju wieży, aż do szó­stego pię­tra szło im się łatwo. Ponie­waż jed­nak można się było z niego dostać na względ­nie zalud­nione piąte pię­tro, natra­fili na straż­ni­ków na dole pierw­szych pię­ciu kla­tek scho­do­wych, które spraw­dzili.

Musieli wejść w głąb i zna­leźć nie­wiel­kie schody na ubo­czu, o któ­rych przy­po­mniała sobie Syl. Dotar­cie do nich ozna­czało ponowne wej­ście w ciem­ność. Dla Kala­dina słońce było rów­nie ważne jak jedze­nie i woda. Opusz­cze­nie go bolało, ale zro­bił to.

Jak mieli nadzieję, mniej­sze schody nie były strze­żone. Wyszli na pią­tym pię­trze w ciszy i mroku. Wyda­wało się, że więk­szość ludz­kich miesz­kań­ców wieży wciąż pozo­sta­wała uwię­ziona w swo­ich kwa­te­rach. Wróg zasta­na­wiał się, jak rzą­dzić tym miej­scem, co powinno dać Kala­di­nowi szansę. Mając to w pamięci, dał Syl zada­nie.

Pofru­nęła w stronę kom­nat z bal­ko­nami, pozo­sta­wia­jąc go sku­lo­nego na scho­dach i uzbro­jo­nego w skal­pel. Kala­din zadrżał i zaczął żało­wać, że nie ma płasz­cza albo kurtki. Wyda­wało się, że w wieży jest zim­niej niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Cokol­wiek zro­bił wróg, by powstrzy­mać Świe­tli­stych, wpły­nęło rów­nież na inne funk­cje wieży. Zaczął mar­twić się o ludzi.

Syl w końcu wró­ciła.

- Twoja rodzina jest uwię­ziona w swo­ich kom­na­tach, jak wszy­scy - powie­działa cicho. - Ale przed ich drzwiami stoją straż­nicy. Nie odwa­ży­łam się spró­bo­wać poroz­ma­wiać z twoim ojcem albo matką, ale widzia­łam ich oboje przez okno. Wyglą­dają na zdro­wych, choć prze­stra­szo­nych.

Kala­din poki­wał głową. Pew­nie nie mógł liczyć na nic lep­szego. Miał nadzieję, że ojcu udało się prze­ko­nać pie­śnia­rzy i unik­nąć kło­po­tów, jak mówił. Kala­din i Syl prze­kra­dli się do kory­ta­rza, w któ­rym mon­to­wano latar­nie. Robot­nicy porzu­cili tu stertę opraw, jak rów­nież narzę­dzia do zamo­co­wa­nia ich na ścia­nie.

Nie pozo­sta­wili klej­no­tów wśród wypo­sa­że­nia, a latar­nie w tym kory­ta­rzu były puste. Ale już w następ­nym kory­ta­rzu latar­nie wypeł­niono ame­ty­stami - śred­nimi klej­no­tami, nieco więk­szymi od bro­amów. To ozna­czało dużo Burzo­wego Świa­tła, gdyby udało mu się je wydo­stać.

- Co myślisz? - zapy­tał Kala­din. - Wziąć łom, szybko je roz­wa­lić i ucie­kać?

- Wydaje mi się, że będzie dużo hałasu. - Syl wylą­do­wała na jed­nej z latarni.

- Mógł­bym ukraść Burzowe Świa­tło i napeł­nić kule, które mam przy sobie. Ale chciał­bym zdo­być kilka z tych klej­no­tów. Potrze­buję więk­szego zapasu.

- Możemy odna­leźć opie­kunkę latarni i dostać od niej klu­cze.

- Ta, która zaj­muje się tą kon­dy­gna­cją, jest jasno­oka i mieszka gdzieś na dru­gim pię­trze, tak mi się wydaje. Lopen pró­bo­wał zapro­sić ją na obiad.

- Oczy­wi­ście, że to zro­bił. Ale... po zasta­no­wie­niu, próba odna­le­zie­nia jej wydaje się trud­nym i nie­bez­piecz­nym zada­niem.

- Zga­dzam się.

Syl sta­nęła na czubku świe­cą­cej latarni, po czym śmi­gnęła w bok, zmie­niła się w świe­tli­ste pasmo i wśli­zgnęła przez nie­wielką dziurkę od klu­cza. Choć nie mogła prze­ni­kać przez przed­mioty, zwy­kle wystar­czało, że prze­ci­snęła się przez szcze­linę lub otwór.

Jej wstęga wiła się wewnątrz latarni. Były one solid­nymi żela­znymi opra­wami, zapro­jek­to­wa­nymi, by utrud­niać wła­ma­nie. Miały szklane ścianki, ale wzmoc­nione meta­lową siatką. Klucz pozwa­lał otwo­rzyć zamek na jed­nej ze ścia­nek, uchy­lić ją i się­gnąć do środka. Pozo­stałe ścianki latarni można było otwo­rzyć za pomocą znaj­du­ją­cych się wewnątrz zasu­wek.

Syl pod­le­ciała do jed­nej z tych zasu­wek i znów przy­brała ludzką postać. Teo­re­tycz­nie, gdyby ktoś nie miał klu­cza, mógłby roz­bić szkło i kawał­kiem drutu ręcz­nie odsu­nąć wewnętrzną zasuwkę i otwo­rzyć jedną ze ścia­nek. Ale oprawę zapro­jek­to­wano, by to utrud­nić, szkło było grube i wzmac­niane żela­zną siatką.

Syl pró­bo­wała napie­rać na zasuwkę, ale była dla niej zbyt ciężka. Oparła dło­nie na bio­drach i spio­ru­no­wała ją wzro­kiem.

- Spró­buj Wią­za­nia. - Głos Syl odbi­jał się echem od szkła i był gło­śniej­szy, niż można by się spo­dzie­wać po jej drob­nej syl­wetce.

- Wią­za­nia nie dzia­łają - powie­dział cicho Kala­din, uważ­nie obser­wu­jąc kory­tarz.

- Wią­za­nia gra­wi­ta­cyjne nie dzia­łają. Ale inne tak, prawda?

Wia­trowi mieli trzy rodzaje Wią­zań. Naj­czę­ściej korzy­stał z Wią­za­nia gra­wi­ta­cyj­nego, które pozwa­lało napeł­nić przed­miot lub osobę, by zmie­nić kie­ru­nek, w któ­rym przy­cią­gała je gra­wi­ta­cja. Ale ist­niały jesz­cze dwa inne. Kiedy w cza­sie inwa­zji niósł Tefta do kli­niki, spraw­dził Pełne Wią­za­nie. Ono pozwa­lało napeł­nić przed­miot Świa­tłem i roz­ka­zać mu, by przy­kleił się do tego, czego doty­kał. Na początku, kiedy był mosto­wym, moco­wał za jego pomocą kamie­nie do ściany roz­pa­dliny.

Ostat­nie Wią­za­nie było naj­dziw­niej­sze i naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane ze wszyst­kich. Odwró­cone Wią­za­nie spra­wiało, że coś przy­cią­gało inne przed­mioty. Przy­po­mi­nało połą­cze­nie dwóch wcze­śniej­szych. Napeł­niało się powierzch­nię, a póź­niej roz­ka­zy­wało jej, by przy­zy­wała okre­ślone przed­mioty. A one były do niej przy­cią­gane. Jakby... jakby napeł­niony przed­miot sta­wał się źró­dłem cią­że­nia. Jako mostowy Kala­din nie­świa­do­mie wyko­rzy­sty­wał to Wią­za­nie, by przy­cią­gać strzały do swo­jego mostu, dzięki czemu zmie­niały tor lotu i omi­jały jego przy­ja­ciół.

- To, co nazy­wasz "Wią­za­niami", to tak naprawdę dwie Moce dzia­ła­jące razem. Gra­wi­ta­cja i Przy­czep­ność połą­czone na różne spo­soby. Mówisz, że Wią­za­nia oparte na Gra­wi­ta­cji nie dzia­łają, a te na Przy­czep­no­ści tak. A co z Odwró­co­nym Wią­za­niem?

- Nie pró­bo­wa­łem - przy­znał Kala­din.

Zro­bił krok w bok i wycią­gnął Burzowe Świa­tło z innej latarni. Czuł ener­gię, moc w swo­ich żyłach - coś, za czym tęsk­nił. Uśmiech­nął się i zro­bił krok do tyłu, wypeł­niony mocą.

- Spró­buj spra­wić, by szkło przy­cią­gnęło zasuwkę. - Syl wska­zała ręką. - Jeśli uda ci się spra­wić, by zasuwka prze­su­nęła się w twoją stronę, zamknię­cie się otwo­rzy.

Dotknął boku obu­dowy latarni. Przez ostatni rok ćwi­czył Wią­za­nia. Sig­zil go nad­zo­ro­wał i pro­wa­dził eks­pe­ry­menty, jak zawsze. Odkryli, że Odwró­cone Wią­za­nie wyma­gało roz­kazu - a przy­naj­mniej wyobra­że­nia sobie spo­dzie­wa­nych rezul­ta­tów. Kiedy napeł­niał szkło, pró­bo­wał sobie wyobra­zić, że Burzowe Świa­tło przy­ciąga rze­czy.

Nie, nie rze­czy. Tylko zasuwkę.

Burzowe Świa­tło sta­wiało opór. Podob­nie jak w przy­padku pod­sta­wo­wego Wią­za­nia gra­wi­ta­cyj­nego, czuł moc, ale coś go blo­ko­wało. Jed­nakże blo­kada była tu słab­sza. Sku­pił się, naparł moc­niej i - jak po otwar­ciu zapory - Świa­tło nagle go opu­ściło. Odwró­cone Wią­za­nie nie świe­ciło tak mocno, jak powinno, bio­rąc pod uwagę Burzowe Świa­tło. W pew­nym sen­sie było wła­śnie odwró­cone. Ale po chwili roz­legł się cichy trzask.

Moc przy­cią­gnęła zasuwkę, która - pocią­gnięta przez tę nie­wi­dzialną moc - wysko­czyła z obu­dowy. Kala­din otwo­rzył latar­nię, wyjął klej­not i scho­wał go do kie­szeni.

Syl wyfru­nęła.

- Musimy czę­ściej je ćwi­czyć, Kala­di­nie. Nie korzy­stasz z nich tak instynk­tow­nie jak z dwóch pozo­sta­łych.

Poki­wał z namy­słem głową i odzy­skał Burzowe Świa­tło, które wci­snął do oprawy.

Póź­niej ruszyli ukrad­kiem wzdłuż kory­ta­rza, a z każ­dym skra­dzio­nym klej­no­tem robiło się w nim coraz ciem­niej.

- Odwró­cone Wią­za­nie wymaga wysiłku - powie­dział cicho do Syl. - Ale zasta­na­wiam się, czy może uda­łoby mi się zmu­sić pod­sta­wowe Wią­za­nia gra­wi­ta­cyjne do dzia­ła­nia.

Pole­gał na nich w walce - zdol­no­ści, by wysko­czyć w górę, ode­pchnąć prze­ciw­nika w powie­trze. Nawet pro­sta moż­li­wość zmniej­sze­nia wła­snej masy, by poru­szać się swo­bod­niej.

Opróż­nił ostat­nią latar­nię i z zado­wo­le­niem stwier­dził, że w kie­szeni ma sporo Burzo­wego Świa­tła. Mają­tek, jak na realia Pale­ni­ska, choć zdą­żył się już przy­zwy­czaić, że tyle miał pod ręką. Scho­wał klej­noty do ciem­nej sakiewki, by jego kie­szeń nie ema­no­wała bla­skiem, i wyru­szyli dalej. Tym razem po zapasy.

Trzy­mali się wewnętrz­nej czę­ści kon­dy­gna­cji - łatwo dostrze­gliby zbli­ża­jący się patrol dzięki nie­sio­nemu przez nich świa­tłu. Po dro­dze natra­fił na parę umun­du­ro­wa­nych pie­śnia­rzy na poste­runku, ale udało mu się prze­kraść do bocz­nego kory­ta­rza i odna­leźć zupeł­nie nie­strze­żone wej­ście.

Kala­din i Syl weszli do środka, po czym prze­szli ostroż­nie kory­ta­rzem z celami po obu stro­nach. Wciąż tak o nich myślał, choć żar­liwcy upie­rali się, że to nie wię­zie­nie. Oczy­wi­ście kom­naty, w któ­rych miesz­kali sami żar­liwcy, były porząd­nie oświe­tlone, ume­blo­wane i wręcz przy­tulne. Drogę do jed­nej z nich wska­zało Kala­dinowi świa­tło w szpa­rze pod drzwiami. Spraw­dził glif wyma­lo­wany na drew­nie i ostroż­nie wszedł do środka.

Zasko­czył prze­by­wa­ją­cego w środku żar­liwca, tego samego, któ­rego poznał pod­czas swo­ich wcze­śniej­szych odwie­dzin w tym miej­scu. Kuno, tak się nazy­wał. Żar­li­wiec czy­tał, ale kiedy Kala­din prze­szedł pośpiesz­nie przez kom­natę i zro­bił uci­sza­jący gest, pró­bo­wał - bez­sku­tecz­nie - zsu­nąć oku­lary na nos.

- Czy są jacyś inni straż­nicy? - spy­tał Kala­din szep­tem. - Widzia­łem dwóch przy głów­nym wej­ściu.

- N-nie, oświe­cony. - Oku­lary wisiały luźno w ręce żar­liwca. - Ja... Jak? Jak się tu zna­leź­li­ście?

- Z łaski boga lub dzięki szczę­ściu. Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem. Potrze­buję zapa­sów. Racje żyw­no­ściowe, dzbany wody. Medy­ka­menty, jeśli jakieś macie.

Męż­czy­zna pochy­lił się i igno­ru­jąc oku­lary w ręku, wpa­trzył się w niego zmru­żo­nymi oczyma.

- Na Wszech­moc­nego. To naprawdę wy, Burzą Bło­go­sła­wiony.

- Masz rze­czy, któ­rych potrze­buję?

- Tak, tak.

Kuno wstał, prze­cią­gnął dło­nią po ogo­lo­nej gło­wie i wypro­wa­dził ich z kom­naty.

- Mia­łeś rację - ode­zwała się Syl. Sie­działa na ramie­niu Kala­dina, kiedy ruszył za żar­liw­cem. - Pew­nie zabez­pie­czyli wszyst­kie straż­nice, kli­niki i koszary. Ale poło­żone na ubo­czu schro­ni­sko dla cho­rych umy­słowo...

Kuno zapro­wa­dził ich do nie­wiel­kiego maga­zynu. W środku Kala­din zna­lazł więk­szość tego, czego potrze­bo­wał. Szpi­talną koszulę i basen dla Tefta. Kilka innych ubrań. Gąbkę i misę, a nawet dużą strzy­kawkę do kar­mie­nia kogoś nie­przy­tom­nego.

Wło­żył je do torby razem z ban­da­żami, głę­bi­korą na ból i środ­kiem odka­ża­ją­cym. Doło­żył do nich suche racje żyw­no­ściowe, głów­nie Dusz­ni­ko­wane, ale musiały wystar­czyć. Przy­wią­zał cztery dzbany wody do sznura, który mógł prze­rzu­cić sobie przez szyję - i wtedy zoba­czył wia­dro ze środ­kami czy­sto­ści. Wyjął z niego cztery szczotki z gru­bego wło­sia, z moc­nymi drew­nia­nymi uchwy­tami, uży­wane do szo­ro­wa­nia pod­łogi.

- Musi­cie... umyć pod­łogę, Świe­tli­sty? - spy­tał żar­li­wiec.

- Nie, ale nie mogę już latać, więc ich potrze­buję. - Kala­din scho­wał je do torby. - Nie masz przy­pad­kiem bulionu?

- Nie pod ręką.

- Szkoda. A broń?

- Broń? Do czego jej potrze­bu­je­cie? Macie Ostrze.

- W tej chwili nie działa.

- Cóż, nie mamy tutaj broni, oświe­cony. - Kuno otarł twarz, która ocie­kała potem. - Na burze. Chce­cie powie­dzieć... zamier­za­cie z nimi wal­czyć?

- A co naj­mniej sta­wiać opór. - Kala­din zało­żył sznur na szyję, wstał z nie­ja­kim tru­dem i popra­wił go, by nie wrzy­nał się za bar­dzo. - Nie mów o mnie nikomu. Nie chciał­bym, żeby zabrali cię na prze­słu­cha­nie. Będę potrze­bo­wał wię­cej zapa­sów.

- Wy... zamier­za­cie wró­cić? Robić to regu­lar­nie? - Męż­czy­zna zdjął oku­lary i znów otarł twarz.

Kala­din poło­żył dłoń na jego ramie­niu.

- Jeśli stra­cimy wieżę, prze­gramy wojnę. Nie czuję się na siłach wal­czyć. I tak zamie­rzam to robić. Nie musisz brać do ręki włóczni, ale gdy­byś mógł zdo­być tro­chę bulionu i co parę dni napeł­niać dzbany z wodą...

Męż­czy­zna poki­wał głową.

- Dobrze. Mogę... mogę to zro­bić.

- Jesteś dobrym czło­wie­kiem. Jak już mówi­łem, nie opo­wia­daj o tym. Nie chcę, żeby ludzie wbili sobie do głów, że mają się­gnąć po włócz­nie i wal­czyć prze­ciwko Sto­pio­nym. Żeby wydo­być nas z tego bała­ganu, muszę albo dostar­czyć wia­do­mość Dali­na­rowi, albo jakimś spo­so­bem obu­dzić innych Świe­tli­stych.

Wcią­gnął odro­binę Burzo­wego Świa­tła. Potrze­bo­wał go, żeby dźwi­gać cały ten cię­żar, a jego blask wyraź­nie dodał otu­chy żar­liw­cowi.

- Życie ponad śmier­cią - powie­dział mu Kala­din.

- Życie ponad śmier­cią - zgo­dził się Kuno.

Kala­din pod­niósł worki i wszedł w ciem­ność. Poru­szał się powoli, ale w końcu dotarł na dzie­siąte pię­tro. Tutaj zaczął się roz­glą­dać, a Syl krę­ciła się po oko­licy, żeby spraw­dzić, czy uda jej się przy­po­mnieć sobie drogę. Nie musieli się mar­twić - w żyle gra­natu na pod­ło­dze poja­wił się słaby blask.

Podą­żyli za świa­teł­kiem do kom­naty, w któ­rej zosta­wili Tefta. Drzwi otwo­rzyły się bez trudu, nie potrze­bo­wały wię­cej Burzo­wego Świa­tła. Po wej­ściu Kala­din odło­żył zapasy, spraw­dził stan przy­ja­ciela i zaczął przy­glą­dać się dokład­niej, co wła­ści­wie udało mu się zdo­być. Świa­tełko gra­natu zami­go­tało na pod­ło­dze obok niego, a on musnął pal­cami żyłę krysz­tału.

W jego gło­wie natych­miast roz­legł się głos.

Arcy­mar­szałku? Czy to prawda? Jeste­ście przy­tomni i zdolni do dzia­ła­nia?

Kala­din aż pod­sko­czył. To był głos kró­lo­wej.

***

Jasność Navani? W gło­wie Navani zabrzmiał głos Kala­dina. Jestem przy­tomny. Zasad­ni­czo zdolny do dzia­ła­nia. Moje moce... zacho­wują się dziw­nie.

Navani ode­tchnęła głę­boko. Rodzeń­stwo patrzyło, jak prze­krada się na trze­cie pię­tro, a póź­niej zdo­bywa zapasy w klasz­to­rze. W cza­sie, kiedy wra­cał, Navani - by nie wzbu­dzać podej­rzeń - kilka razy obe­szła salę, roz­ma­wia­jąc z uczo­nymi i doda­jąc im otu­chy. Teraz wró­ciła na swoje miej­sce, oparła się o ścianę i pró­bo­wała spra­wiać wra­że­nie znu­dzo­nej.

Choć by­naj­mniej tak się nie czuła. Miała kon­takt ze Świe­tli­stym Ryce­rzem, może z dwoj­giem, jeśli Rodzeń­stwu uda się odna­leźć Zwinkę.

- To dobrze - szep­nęła, a Rodzeń­stwo prze­ka­zało jej słowa Kala­di­nowi. - Na razie nie­chęt­nie współ­pra­cuję z oku­pan­tem. Uwię­zili mnie i moje uczone w sali badań w połu­dnio­wej piw­nicy, w pobliżu kolumny z klej­no­tów.

Wie­cie, co się stało ze Świe­tli­stymi?

- Do pew­nego stop­nia. Szcze­góły są dość skom­pli­ko­wane, ale wieża miała sta­ro­żytne zabez­pie­cze­nia przed wro­gami korzy­sta­ją­cymi z Pust­ko­wego Świa­tła. Uczona Sto­piona je odwró­ciła i teraz blo­kują wszyst­kich, któ­rzy uży­wają Burzo­wego Świa­tła. Nie dokoń­czyła jed­nak zepsu­cia wieży. W ostat­niej chwili ją powstrzy­ma­łam, two­rząc barierę wokół kolumny. Nie­stety, ta sama bariera powstrzy­muje mnie przed odwró­ce­niem tego, co zro­biła.

To... co teraz robimy?

- Nie wiem - przy­znała Navani. Dali­nar pew­nie kazałby jej uda­wać silną, uda­wać, że miała plan, choć nie była to prawda... ale ona nie była gene­ra­łem. W przy­padku jej uczo­nych uda­wa­nie ni­gdy nie poma­gało osią­gnąć celu, one doce­niały szcze­rość. - Nie mia­łam zbyt wiele czasu na pla­no­wa­nie i wciąż jesz­cze nie doszłam do sie­bie po wczo­raj.

Znam to uczu­cie.

- Wróg spra­wił, że Bramy Przy­sięgi jakimś spo­so­bem dzia­łają. - W umy­śle Navani poja­wił się plan. - Moim pierw­szym celem jest dal­sza ochrona Rodzeń­stwa, sprena wieży. Moim dru­gim celem jest dostar­cze­nie wia­do­mo­ści mojemu mężowi i innym monar­chom. Jeśli uda nam się zorien­to­wać, jak wróg spra­wił, że Bramy Przy­sięgi dzia­łają, może uda mi się uru­cho­mić łączo­trz­ciny i wysłać ostrze­że­nie.

To brzmi jak dobry począ­tek, jasno­ści. Cie­szę się, że mam cel, do któ­rego mogę dążyć. Chce­cie, żebym dowie­dział się, jak obsłu­gują Bramy Przy­sięgi?

- Zga­dza się. Mogę się jedy­nie domy­ślać, że wyko­rzy­stują w tym celu Pust­kowe Świa­tło... Choć kiedy w prze­szło­ści chcia­łam spra­wić, by fabriale dzia­łały na Pust­kowe Świa­tło, nie udało mi się. Wiem jed­nak z całą pew­no­ścią, że wróg ma dzia­ła­jące łączo­trz­ciny. Nie udało mi się im przyj­rzeć, ale gdy­byś dowie­dział się, na jakiej zasa­dzie dzia­łają Bramy Przy­sięgi lub inne fabriale, mia­ła­bym nad czym pra­co­wać.

Musiał­bym się dostać do Bram Przy­sięgi, by to zro­bić. W taki spo­sób, by nikt mnie nie zauwa­żył.

- Tak. Pora­dzisz sobie z tym? Wiem, że twoje moce nie dzia­łają w pełni.

Ja... znajdę spo­sób, jasno­ści. Podej­rze­wam, że wróg aż do zapad­nię­cia zmroku nie będzie korzy­stał z Bram Przy­sięgi. Jak mi się wydaje, pró­bują uda­wać, że z wieżą nic się nie dzieje, na wypa­dek gdyby Dali­nar wysłał zwia­dow­ców. Na zewnątrz krążą ludzie w ale­thyj­skich mun­du­rach. W nocy Wia­trowi pró­bujący prze­pro­wa­dzić zwiad będą widoczni nawet z dużej odle­gło­ści. Przy­pusz­czam, że uznają to za bez­piecz­niej­szą porę na uży­cie Bram Przy­sięgi.

Rze­czy­wi­ście inte­re­su­jące. Jak długo według Rabo­niel będzie dzia­łał ten wybieg? Z pew­no­ścią Dali­nar wyco­fałby się z pola bitwy w Azi­rze i sku­pił wszyst­kie siły na odkry­ciu, co się stało z Uri­thiru. Chyba że poja­wiły się kwe­stie, któ­rych nie dostrze­gała.

Impli­ka­cje tej myśli ją prze­ra­ziły. Zamknięta w tej piw­nicy była ślepa.

- Arcy­mar­szałku. Spró­buję skon­tak­to­wać się z tobą jutro o tej samej porze. Muszę cię jed­nak uprze­dzić. Wróg będzie szu­kał spo­sobu na prze­bi­cie tar­czy, którą stwo­rzy­łam. W wieży są trzy węzły, duże klej­noty napeł­nione Burzo­wym Świa­tłem, które pod­trzy­mują barierę, ale Rodzeń­stwo nie chce powie­dzieć, gdzie się znaj­dują.

- Te węzły łączą się bez­po­śred­nio z ser­cem wieży i w związku z tym są wyjąt­kowo podatne na cios. Jeśli odnaj­dziesz jeden z nich, powiedz mi. I wiedz, że jeśli wróg uzy­ska dostęp do nich, dokoń­czy zepsu­cie wieży.

Tak, panie. To zna­czy, jasno­ści.

- Muszę iść. Zwinka też jest gdzieś w wieży, przy­tomna, więc warto, żebyś się za nią roz­glą­dał. W każ­dym razie uwa­żaj na sie­bie, arcy­mar­szałku. Jeśli zada­nie okaże się zbyt nie­bez­pieczne, wyco­faj się. Jest nas zbyt mało, by podej­mo­wać nie­roz­sądne ryzyko.

Zro­zu­miano.

Po chwili prze­rwy ponow­nie roz­legł się głos Rodzeń­stwa.

Wró­cił do roz­pa­ko­wy­wa­nia zapa­sów. Powin­naś być jed­nak ostrożna, jeśli cho­dzi o spo­sób, w jaki pytasz o fabriale. Nie zapo­mi­naj, że uwa­żam to, co zro­bi­łaś, za zbrod­nię.

- Nie zapo­mnia­łam. Ale z pew­no­ścią nie jesteś prze­ciwne Bra­mom Przy­sięgi.

Nie, przy­znało Rodzeń­stwo z wyraź­nym ocią­ga­niem. Te spreny z wła­snej woli pod­dały się prze­obra­że­niu.

- Wiesz, dla­czego dzia­łają? Napeł­niają Bramy Przy­sięgi Pust­ko­wym Świa­tłem?

Nie. Bramy Przy­sięgi nie są czę­ścią mnie. Opusz­czę cię teraz. Nasze roz­mowy są podej­rzane.

Navani nie pró­bo­wała go naci­skać i znów ruszyła mię­dzy uczone. Nie była pewna, czy mogła ufać sło­wom Rodzeń­stwa. Czy spreny potra­fiły kła­mać? Chyba ni­gdy nie zadała tego pyta­nia Świe­tli­stym spre­nom. Głu­pie prze­ocze­nie.

Tak czy ina­czej, dzięki Kala­di­nowi miała przy­naj­mniej połą­cze­nie z resztą wieży. Jedyny kon­takt. Pierw­szy krok do zna­le­zie­nia wyj­ścia z tej sytu­acji.

50. Kró­lowa

50

Kró­lowa

W takim sta­nie dystans jest godny pozaz­drosz­cze­nia. Nauczy­łam się, że naj­więk­szych odkryć doko­nuję, kiedy porzu­cam pomniej­sze związki.

Rytm Wojny, s. 3, pod­tekst

Dwa dni po poko­na­niu zdraj­ców Tara­van­giana Dali­nar stał w namio­cie wojen­nym i poma­gał przy­go­to­wać więk­szą ofen­sywę prze­ciwko pie­śnia­rzom w Emulu. Tuż za nim stał Szeth w prze­bra­niu. Nikt nie spoj­rzał na niego dwa razy - Dali­narowi czę­sto towa­rzy­szyli człon­ko­wie Kobal­to­wej Gwar­dii.

Dali­nar przyj­rzał się sto­łowi, na któ­rym roz­miesz­czono mapy i sza­cun­kowe liczby żoł­nie­rzy. Tak wiele róż­nych znacz­ni­ków, sym­bo­li­zu­ją­cych stan walk na tak wielu róż­nych fron­tach. Kiedy był młod­szy, tego rodzaju abs­trak­cje go fru­stro­wały. Chciał się zna­leźć na polu bitwy, z Ostrzem w ręku, i prze­bi­jać się przez sze­regi wroga, czy­niąc takie mapy prze­sta­rza­łymi.

A póź­niej zaczął dostrze­gać armie kry­jące się pod tymi kwa­dra­ci­kami na arku­szach papieru. Zaczął naprawdę poj­mo­wać, że ruchy wojsk - zapasy, logi­styka, tak­tyka na sze­roką skalę - były waż­niej­sze niż oso­bi­ste zwy­cię­stwo w tej czy innej bitwie. I to go eks­cy­to­wało.

Jakimś spo­so­bem poszedł dalej. Wojna - i wszyst­kie jej aspekty - już go nie eks­cy­to­wała. Była ważna i zaj­mo­wał się nią. Ale odkrył więk­szy obo­wią­zek.

Jak zwy­cię­żyć? Naprawdę zwy­cię­żyć, nie tylko zyskać chwi­lową prze­wagę?

Zasta­na­wiał się nad tym, gdy jego gene­ra­ło­wie i naczelne skryby przed­sta­wiali osta­teczne pod­su­mo­wa­nie skut­ków vedeń­skiej zdrady.

- Nasze woj­ska w połu­dnio­wym Ale­th­ka­rze otrzy­mały wspar­cie thay­leń­skiej mary­narki, jak zale­ca­li­ście - stwier­dziła Teshav. - Nasi gene­ra­ło­wie na wybrzeżu wyco­fali się przez serię twierdz, zgod­nie z waszymi roz­ka­zami. Prze­gru­po­wali się w Kara­naku, który pozo­staje pod naszą kon­trolą. Ponie­waż żaden z naszych bata­lio­nów nie był cał­ko­wi­cie oto­czony przez Vedeń­czy­kow, nie ponie­śli­śmy wła­ści­wie żad­nych strat.

- Nasza mary­narka zablo­ko­wała vedeń­skie okręty w por­tach - dodał Kmakl, sta­rze­jący się thay­leń­ski książę-mał­żo­nek. - W naj­bliż­szym cza­sie nie prze­biją się przez naszą blo­kadę, chyba że Sto­pieni i Nie­biań­scy zapew­nią im duże wspar­cie z powie­trza.

- Znisz­czy­li­śmy nie­mal wszyst­kich Vedeń­czy­ków, któ­rzy zdra­dzili nas tutaj - stwier­dził Omal, niski azir­ski gene­rał, który na mun­du­rze nosił jaskrawą, wzo­rzy­stą szarfę. - Wasze dowo­dze­nie na polu bitwy było dosko­nałe, Czarny Cier­niu... nie wspo­mi­na­jąc o odpo­wied­nio wcze­snych ostrze­że­niach przed bitwą. Zamiast spa­lić nasze zapasy i ura­to­wać swo­jego króla, zostali nie­mal cał­ko­wi­cie wyeli­mi­no­wani.

Dali­nar spoj­rzał ponad sto­łem na Norkę, który uśmie­chał się z zado­wo­le­niem, uka­zu­jąc szparę mię­dzy zębami.

- Dobrze sobie pora­dzi­łeś, wuju. - Jasnah wpa­try­wała się w mapę na stole. - Unik­ną­łeś kata­strofy.

Noura nara­dziła się z azir­skim cesa­rzem, który sie­dział na tro­nie z boku namiotu, po czym pode­szła bli­żej.

- Żału­jemy, że utra­ci­li­śmy tak cen­nego sojusz­nika, jak Tara­van­gian. Tę zdradę Azir­czycy będą odczu­wać... i ści­gać sądow­nie... przez poko­le­nia. Mimo to my rów­nież apro­bu­jemy spo­sób, w jaki roz­wią­za­li­ście tę sytu­ację. Dobrze, że przez te wszyst­kie mie­siące wciąż odno­si­li­ście się do niego podejrz­li­wie, a my nie­mą­drze sądzi­li­śmy, że jego zdrada była pie­śnią prze­szło­ści.

Dali­nar pochy­lił się nad roz­świe­tlo­nym kulami sto­łem. Choć bra­ko­wało mu dużej ilu­zo­rycz­nej mapy, którą mógł stwo­rzyć z Shal­lan, prze­ma­wiała do niego nama­cal­ność tej mapy, papieru pozna­czo­nego prze­my­śle­niami jego naj­lep­szych gene­ra­łów. Kiedy na nią patrzył, wszystko poza mapą zni­kało mu z oczu.

Coś wciąż było nie w porządku. Tara­van­gian przez wiele mie­sięcy dzia­łał tak sub­tel­nie. A jed­nak teraz dał się poj­mać?

Jego armie w Jah Keved się nim zbyt­nio nie przej­mują, pomy­ślał Dali­nar, czy­ta­jąc raporty z bitew i liczb, jakby były wyja­śnie­niami szep­ta­nymi do jego ucha. Vedeń­scy arcy­ksią­żęta z rado­ścią umiesz­czą swo­ich u wła­dzy. I szybko opo­wie­dzieli się po stro­nie pie­śnia­rzy, zupeł­nie jak Iri.

Khar­branth, pod przy­wódz­twem córki Tara­van­giana Savra­ha­li­dem, wyrzekł się swo­jego byłego władcy i ogło­sił neu­tral­ność w kon­flik­cie - a ich chi­rur­dzy byli gotowi na­dal udzie­lać pomocy wszyst­kim, któ­rzy zwró­cili się do nich z prośbą. Dali­nar na wszelki wypa­dek pla­no­wał zablo­ko­wać ich port - ale nie zamie­rzał wysy­łać wojsk lądo­wych i poświę­cać żoł­nie­rzy w bitwie o tak mało ważny cel. A oni pew­nie o tym wie­dzieli.

Praw­dzi­wym łupem był sam Tara­van­gian. Ktoś, kogo Dali­nar już miał w nie­woli. Jak to moż­liwe, że stary król, który przez te wszyst­kie lata tak sta­ran­nie manew­ro­wał, pozwo­lił, by jego impe­rium upa­dło wła­ści­wie z dnia na dzień?

Dla­czego? Dla­czego ryzy­ko­wał teraz?

- Jakieś wie­ści z Uri­thiru? - spy­tał Dali­nar.

- Wia­trowi wkrótce powinni powró­cić z naj­now­szymi obser­wa­cjami wieży - powie­działa Teshav z nie­wy­raź­nego cie­nia na skraju stołu. - Ale naj­now­szy list od jasno­ści Navani wska­zuje, że nasi ludzie dobrze sobie radzą.

Navani przez cały czas wysy­łała żoł­nie­rzy na zbo­cza gór, by wysy­łali wia­do­mo­ści. Z każ­dym frag­men­tem dowia­dy­wali się wię­cej. Kilka uczo­nych Tara­van­giana uru­cho­miło urzą­dze­nie podobne do tego, które zna­lazł arcy­mar­sza­łek Kala­din. Jed­no­cze­śnie zawa­liły się tunele poni­żej - co pew­nie było dzie­łem sabo­ta­ży­stów - unie­moż­li­wia­jąc opusz­cza­nie wieży i dotar­cie do niej tą drogą.

Urzą­dze­nie było ukryte i Navani nie udało się go odna­leźć i wyłą­czyć. Mar­twiła się, że poszu­ki­wa­nia mogą zająć wiele tygo­dni. Nie­stety, zwia­dowcy Dali­nara potwier­dzili jego sku­tecz­ność. Jeśli za bar­dzo się zbli­żyli, tra­cili nie tylko moce, ale i przy­tom­ność.

Na razie jed­nak wyda­wało się, że wszy­scy są bez­pieczni - choć musieli zno­sić pewne nie­do­god­no­ści. Gdyby Dali­nar nie spo­dzie­wał się zdrady, wszystko mogłoby poto­czyć się ina­czej. Wyobra­żał sobie taki roz­wój wyda­rzeń, w któ­rym zdrada Tara­van­giana wywo­ła­łaby chaos w koali­cji, co pozwo­li­łoby woj­skom pie­śnia­rzy na sku­teczne natar­cie i ode­pchnię­cie sił Dali­nara aż do Azi­miru. A tam, pozba­wieni zapa­sów i wspar­cia, mogliby zostać zmiaż­dżeni.

Może o to cho­dzi, pomy­ślał. Może to wła­śnie zamie­rzał Tara­van­gian - i dla­tego tak bar­dzo ryzy­ko­wał. Sam król w cza­sie prze­słu­chań zacho­wy­wał mil­cze­nie. Może Dali­nar mógłby poroz­ma­wiać z nim bez­po­śred­nio i uzy­skać wię­cej infor­ma­cji. Ale oba­wiał się, że to wszystko jakimś spo­so­bem prze­bie­gało zgod­nie z pla­nami Tara­van­giana, i kilka razy zasta­na­wiał się nad każ­dym kro­kiem.

- Monar­cho­wie, suge­ruję, byśmy dalej pro­wa­dzili bitwę o Emul, dopóki nie uzy­skamy dal­szych wie­ści z Uri­thiru - zwró­cił się do grupy.

- Zgoda - odparł natych­miast cesarz Aziru.

- Popro­szę o apro­batę thay­leń­skie gil­die i kró­lową - ode­zwał się książę Kmakl, prze­glą­da­jąc raporty mary­narki. - Ale na razie nie mam nic prze­ciwko dal­szemu dowo­dze­niu przez ale­thyj­skich gene­ra­łów. Jak sobie jed­nak na pewno uświa­da­mia­cie, oświe­cony Dali­na­rze, ta zdrada jesz­cze bar­dziej utrudni odzy­ska­nie waszej ojczy­zny.

- Ow­szem. Wciąż wie­rzę, że aby w końcu odzy­skać Ale­th­kar, naj­pierw musimy zabez­pie­czyć swoje pozy­cje na Zacho­dzie.

Każde z tych słów było jak nóż wbity w serce. Ozna­czało odda­nie Ale­th­karu na lata. Może dłu­żej. Z Jah Keved jako punk­tem wypa­do­wym mógł wciąż snuć marze­nia o ataku pro­sto na Kho­li­nar. Już nie.

Burzowy Tara­van­gian. Niech cię Potę­pie­nie pochło­nie.

Po tym, jak Kmakl i Azir­czycy zabrali głos, nie wypo­wie­działa się już tylko Jasnah. Przyj­rzała się mapom, a Tref­niś jak zawsze stał u jej boku.

- Zakła­dam, wuju, że pozwo­lisz Norce pro­wa­dzić tę kam­pa­nię?

- Ten kon­flikt jest zbyt wielki dla jed­nego gene­rała. Ale po tym, jak przed dwoma dniami pora­dził sobie z bitwą, sądzę, że potwier­dził swoją war­tość. Jed­nym z powo­dów, dla­czego tak bar­dzo chcia­łem go zwer­bo­wać, był jego geniusz stra­te­giczny.

- Zgod­nie z wolą monar­chów zro­bię to - ode­zwał się Norka. - Ale pamię­taj­cie o swo­ich obiet­ni­cach. Nie pozwolę, byście przed nimi ucie­kli. Kiedy w końcu oswo­bo­dzimy Ale­th­kar, moje kró­le­stwo jest następne.

Jasnah poki­wała głową.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć twoje plany bitwy, gene­rale Dieno. Udzie­lam wstęp­nej zgody na dal­szą ofen­sywę w Emulu, ale chcę poznać szcze­góły. Utrata dostępu do Bram Przy­sięgi z pew­no­ścią okaże się utrud­nie­niem.

Po tych sło­wach Dali­nar ogło­sił zakoń­cze­nie narady. Ludzie zaczęli odsła­niać kule wokół pawi­lonu - uka­zu­jąc jego praw­dziwy ogrom. Musiał być na tyle wielki, by pomie­ściły się orszaki wszyst­kich obec­nych, więc kiedy wszy­scy wyco­fali się do swo­ich czę­ści namiotu, stół z mapami zaczął robić wra­że­nie bar­dzo małego.

Kmakl pod­szedł do thay­leń­skich skryb, które za pomocą łączo­trz­cin wysłały pro­to­koły z narady do Fen i thay­leń­skich mistrzów gil­dii. Dali­nar pokrę­cił głową. Zga­dzał się z decy­zją Fen, by pozo­stać w Thay­len, i żało­wał, że Jasnah nie postą­piła podob­nie. Zbyt wielu monar­chów w jed­nym miej­scu spra­wiało, że robił się ner­wowy.

Nie­po­ko­iło go też, że tak wiele z tego, co robiła kró­lowa Fen, zale­żało od kapry­sów gro­mady kup­ców i mistrzów gil­dii. Jeśli zwy­ciężą w tej woj­nie, zamie­rzał spraw­dzić, czy uda mu się pomóc jej w ode­bra­niu wła­dzy nad kró­le­stwem tym węgo­rzom.

Azir­czycy i Emu­lo­wie zaczęli opusz­czać namiot, wpusz­cza­jąc świeże powie­trze. Dali­nar otarł chu­s­teczką pot z karku - te rejony Rosharu nie były tak duszne, jak oko­lice wysp Reshi, ale latem wciąż było zbyt gorąco jak na jego gust. Miał wręcz ochotę popro­sić jed­nego z Wia­tro­wych, by wzniósł go na wyso­kość, na któ­rej mógłby ode­tchnąć chłod­nym powie­trzem i swo­bod­nie pomy­śleć.

Osta­tecz­nie wyszedł z namiotu i rozej­rzał się po obo­zie. Zajęli mia­steczko o nazwie Laqqi, tuż za gra­nicą Emulu, nie­zbyt daleko od Azi­miru. W ten spo­sób znaj­do­wali się około trzech dni mar­szu od linii frontu, gdzie ich woj­ska - które wkrótce miały zostać wzmoc­nione - powstrzy­my­wały siły wroga na połu­dniu.

Laqqi było wła­ści­wie dużą wio­ską, którą opa­no­wali żoł­nie­rze sta­wia­jący maga­zyny i namioty dowo­dze­nia. Robot­nicy wzmoc­nili mur od wschodu, by powstrzy­mać burze, a Wia­trowi szy­bo­wali w powie­trzu. Było to dosko­nałe cen­trum dowo­dze­nia, na tyle bli­sko, by krótki lot dzie­lił je od linii frontu, ale na tyle daleko, by nie gro­ził mu bez­po­średni atak.

Dali­nar zaj­rzał do małego Gava, zoba­czył, że chło­piec bawi się wesoło ze swoją opie­kunką, i poświę­cił tro­chę czasu na roz­my­śla­nie o Evi. Na burze, był taki dumny z naro­dzin Ado­lina. Jak to moż­liwe, że pozwo­lił sobie prze­ga­pić tak wiele z dzie­ciń­stwa syna?

Obra­cał w gło­wie te wspo­mnie­nia. Z początku moż­li­wość przy­po­mnie­nia sobie Evi była dla niego nowo­ścią - ale im bar­dziej te wspo­mnie­nia powra­cały na swoje miej­sce w jego umy­śle, tym swo­bod­niej się z nimi czuł, jak w ulu­bio­nym fotelu przy ogniu. Wsty­dził się tak wielu rze­czy, które o sobie pamię­tał, ale ni­gdy by już ich nie oddał. Potrze­bo­wał ich. Potrze­bo­wał jej.

Przez jakiś czas delek­to­wał się świe­żym powie­trzem, oddy­cha­jąc głę­boko, zanim wró­cił do namiotu po coś do picia. Szeth podą­żył za nim, trzy­ma­jąc dłoń na ogrom­nym mie­czu - srebrna pochwa i czarna ręko­jeść zostały zama­sko­wane. Szeth nic nie mówił, ale Dali­nar wie­dział, że uwa­żał zosta­nie poko­na­nym przez Nale'a za porażkę. Dali­nar sądził raczej, że świad­czyło to o umie­jęt­no­ściach Herolda. Dla­czego Nale tak czę­sto nie brał udziału w bitwach i nad­zo­ro­wał swo­ich Wia­tro­wych z daleka?

Jasnah dołą­czyła do Dali­nara, kiedy nale­wał sobie wina w namio­cie, przy barze. Wie­działa, kim naprawdę był Szeth, ale miała dość roz­sądku, by nie poświę­cić mu wię­cej niż jedno spoj­rze­nie.

- Odcho­dzisz od walki, wuju - zauwa­żyła cicho. - Spo­dzie­wa­łam się, że będziesz oso­bi­ście prze­wo­dził wysił­kowi wojen­nemu.

- Zna­la­złem kogoś bar­dziej kom­pe­tent­nego do tego zada­nia.

- Wybacz mi, wuju, ale powi­nie­neś wymy­ślić lep­sze kłam­stwo. Ni­gdy nie rezy­gnu­jesz z oso­bi­stego zro­bie­nia cze­goś, co cię inte­re­suje. To jedno z two­ich bar­dziej typo­wych zacho­wań.

Znie­ru­cho­miał i rozej­rzał się po namio­cie. Nie powinna rzu­cać mu wyzwa­nia tutaj, gdzie mogli ich pod­słu­chać przed­sta­wi­ciele innych monar­chów. Zna­jąc Jasnah, czę­ściowo wła­śnie dla­tego to zro­biła. Każda roz­mowa z nią była małym współ­za­wod­nic­twem, a ona zawsze brała pod uwagę teren.

- Zaczy­nam coś sobie uświa­da­miać - powie­dział cicho i obszedł ją z boku, odda­la­jąc się od baru. Szeth pozo­stał bli­sko, podob­nie jak Tref­niś. - Moje moce Kowala Więzi są cen­niej­sze, niż nam się wyda­wało. Mówi­łem ci o tym, że w cza­sie bitwy dotkną­łem Nalana i zoba­czy­łem jego prze­szłość.

- Czego nie udało ci się powtó­rzyć z Sha­lash i z Tale­ne­la­tem.

- Tak, bo nie wiem, co robię! Jestem bro­nią, któ­rej nie zba­da­li­śmy w pełni. Muszę się nauczyć, jak korzy­stać z tych mocy... uży­wać ich do cze­goś wię­cej niż tylko napeł­nia­nia kul i otwie­ra­nia pro­sto­pa­dło­ści.

- Sza­nuję kogoś, kto chce się uczyć, wuju. Ale ty już jesteś potężną bro­nią. Jesteś jed­nym z naszych naj­więk­szych umy­słów w dzie­dzi­nie woj­sko­wo­ści.

- Muszę stać się kimś wię­cej. Mar­twię się, że ta wojna będzie nie­koń­czącą się prze­py­chanką. My zdo­by­wamy Emul, ale tra­cimy Jah Keved. To w jedną, to w drugą, to w jedną, to w drugą. Jak mamy zwy­cię­żyć, Jasnah? Jaki jest nasz osta­teczny cel?

Powoli poki­wała głową.

- Musimy zmu­sić Odium do zawar­cia umowy. Myślisz, że pozna­nie swo­ich mocy może pomóc ci to osią­gnąć?

Minął ponad rok od czasu, kiedy Odium zgo­dził się na poje­dy­nek czem­pio­nów - ale od tam­tej pory Dali­nar go nie widział. Żad­nych odwie­dzin. Żad­nych wizji. Nawet posłańca.

- Rayse... Odium... nie da się do niczego zmu­sić - powie­dział Tref­niś zza ramie­nia Jasnah. - Mógł się teo­re­tycz­nie zgo­dzić na poje­dy­nek, Czarny Cier­niu, ale nie usta­lił warun­ków. I nie zrobi tego, dopóki wie­rzy, że wygrywa w tej woj­nie. Musisz go prze­stra­szyć, prze­ko­nać, że może prze­grać. Dopiero wtedy zde­cy­duje się na poje­dy­nek czem­pio­nów... O ile jego warunki ogra­ni­czą jego straty.

- Wolał­bym raczej cał­ko­wite zwy­cię­stwo niż coś, co pozwoli Odium się ase­ku­ro­wać.

- Ach, cudow­nie. - Tref­niś uniósł dłoń i udał, że notuje. - Zapi­szę tylko, że chciał­byś zwy­cię­żyć. Tak, jakże to głu­pie z mojej strony, że sobie tego nie uświa­da­mia­łem, Czarny Cier­niu. Cał­ko­wite zwy­cię­stwo. Nad bogiem. Który obecne panuje nad twoją ojczy­zną i nie­dawno zyskał lojal­ność jed­nej z naj­po­tęż­niej­szych armii na pla­ne­cie. Czy mam mu też kazać, żeby upiekł ci coś słod­kiego w ramach prze­pro­sin za to całe zamie­sza­nie z koń­cem świata?

- Wystar­czy, Tref­ni­siu. - Dali­nar wes­tchnął.

- Pie­cze­nie to praw­dziwa tra­dy­cja - dodał Tref­niś. - Kie­dyś odwie­dzi­łem miej­sce, w któ­rym... jeśli prze­grasz w walce... twoja matka musi upiec temu dru­giemu coś smacz­nego. Cał­kiem lubi­łem tych ludzi.

- Szkoda, że nie zosta­łeś z nimi dłu­żej - mruk­nął Dali­nar.

- Ha! Cóż, uzna­łem to za nie­mą­dre. W końcu byli kani­ba­lami.

Dali­nar pokrę­cił głową, sku­pia­jąc się na zada­niu.

- Tref­niś mówi, że musimy jakimś spo­so­bem prze­ko­nać Odium, że jeste­śmy zagro­że­niem. Ale ja sądzę, że to wróg nami mani­pu­luje. Ta sytu­acja z Tara­van­gia­nem wytrą­ciła mnie z rów­no­wagi. Mamy do czy­nie­nia z wro­giem, ale nie wyko­rzy­stu­jemy wszyst­kich narzę­dzi, któ­rymi dys­po­nu­jemy.

Uniósł dłoń.

- Dzięki niej mogę dotknąć jego świata, Kra­iny Ducha. A kiedy wal­czy­łem z Nala­nem, coś poczu­łem, coś zoba­czy­łem. A gdyby udało mi się odtwo­rzyć Pakt Przy­sięgi? Gdyby Sto­pieni prze­stali się odra­dzać, czy nie dałoby nam to... w końcu... prze­wagi nad Odium? Co zmu­si­łoby go, żeby nego­cjo­wał na naszych warun­kach?

Jasnah z namy­słem zaplo­tła ręce na piersi. Tref­niś jed­nak nachy­lił się w jej stronę.

- Wiesz, myślę, że on może mieć rację - szep­nął. - Z zawsty­dze­niem muszę przy­znać, że Czarny Cierń patrzy dalej niż my. Jest cen­niej­szy jako Kowal Więzi niż jako gene­rał... a nawet król.

- To dobra argu­men­ta­cja, wuju - przy­znała Jasnah. - Ale po pro­stu się mar­twię. Jeśli twoje moce są tak nie­wia­ry­godne, eks­pe­ry­men­to­wa­nie z nimi wydaje się nie­bez­pieczne. Moje pierw­sze kroki w Dusz­ni­ko­wa­niu były cza­sami zabój­cze. Czego mogą doko­nać w podob­nej sytu­acji, przy­pad­kiem, twoje znacz­nie potęż­niej­sze zdol­no­ści?

Była to słuszna uwaga, która spra­wiła, że spo­waż­nieli, pod­nie­śli kubki z winem i pili w mil­cze­niu. Kiedy tak stali, minął ich książę Kmakl w dro­dze do wyj­ścia z namiotu. Słu­chał skryby, która czy­tała mu pro­jekt listu do kup­ców z Thay­len.

- Kolejna kwe­stia, wuju - zauwa­żyła Jasnah. - Ostat­nio, kiedy patrzysz na księ­cia Kma­kla, mru­żysz oczy. Wyda­wało mi się, że lubisz Fen i jej męża.

- Bo ich lubię. Po pro­stu nie podoba mi się, z jak wielką biu­ro­kra­cją musi się bory­kać Fen, zanim cokol­wiek zosta­nie zro­bione. Azir­czycy są jesz­cze gorsi. Po co nazy­wać swego władcę "cesa­rzem", skoro musi uzy­skać zgodę tuzina róż­nych urzęd­ni­ków, by wyko­ny­wać swoje zada­nie?

- Jeden z tych kra­jów to monar­chia kon­sty­tu­cyjna, a drugi repu­blika uczo­nych. - W gło­sie Jasnah brzmiało roz­ba­wie­nie. - Czego się spo­dzie­wa­łeś?

- Że król będzie kró­lem - mruk­nął i jed­nym hau­stem wypił resztę wina.

- Spo­sób rzą­dze­nia obu kra­jów ma tra­dy­cje się­ga­jące wielu stu­leci. Mieli całe poko­le­nia na udo­sko­na­le­nie pro­cesu. Mogli­by­śmy się od nich uczyć. - Jasnah spoj­rzała na niego z namy­słem. - Dni wła­dzy abso­lut­nej w rękach jed­nej osoby pew­nie wkrótce prze­miną. Nie była­bym zasko­czona, gdy­bym oka­zała się ostat­nim praw­dzi­wym ale­thyj­skim monar­chą.

- Co by powie­dział twój ojciec, gdyby usły­szał, że tak mówisz?

- Pew­nie uda­łoby mi się spra­wić, by zro­zu­miał. Inte­re­so­wało go jego dzie­dzic­two. Stwo­rze­nie cze­goś, co prze­trwa wiele poko­leń. Cele miał szla­chetne, ale metody... cóż, nasze kró­le­stwo trudno utrzy­mać. Król rzą­dzący ogniem i mie­czem łatwo może utra­cić wszystko, kiedy osłab­nie. Porów­naj to z azir­skim sys­te­mem, w któ­rym zły Pierw­szy nie jest w sta­nie samo­dziel­nie osła­bić ich rządu.

- A dobry nie może osią­gnąć zbyt wiele. - Dali­nar uniósł dłoń, by powstrzy­mać dal­szą dys­ku­sję. - Rozu­miem, co mówisz. Ale dostrze­gam szla­chet­ność w sta­rym spo­so­bie rzą­dze­nia.

- Po zapo­zna­niu się ze źró­dłami histo­rycz­nymi sądzę, że szla­chet­ność, którą sobie wyobra­żasz, jest wytwo­rem opo­wie­ści o żyją­cych w daw­nych dniach, ale owi żyjący rzadko byli nią obda­rzeni. Żywoty tam­tych kró­lów były krót­kie i bru­talne. Nie­ważne. Kiedy zwy­cię­żymy w tej woj­nie, spo­dzie­wam się, że będę miała całe dzie­się­cio­le­cia, by cię prze­ko­nać.

Niech Kelek się nad nim uli­tuje. Dali­nar nalał sobie wię­cej poma­rań­czo­wego wina.

- Zasta­no­wię się nad tym, co powie­dzia­łeś o swo­ich mocach, i zoba­czę, czy uda mi się udzie­lić ci jakich­kol­wiek rad na temat dal­szego postę­po­wa­nia - stwier­dziła Jasnah. - Na razie, wuju, wiedz, że ufam two­jemu osą­dowi w tej kwe­stii i wesprę Norkę, jeśli posta­no­wisz odgry­wać mniej­szą rolę w pla­no­wa­niu dzia­łań wojen­nych. Masz rację, a ja popeł­ni­łam błąd, że wąt­pi­łam.

- Wąt­pie­nie ni­gdy nie jest błę­dem. Ty mnie tego nauczy­łaś.

Z sym­pa­tią pokle­pała go po ramie­niu, po czym ode­szła, by przyj­rzeć się mapom na stole, na któ­rych Norka robił notatki.

Tref­niś został i uśmiech­nął się do Dali­nara.

- Zga­dzam się z nią - szep­nął. - A w kwe­stii monar­chów... musisz wie­dzieć... oso­bi­ście uwa­żam cię za ujmu­ją­cego despotę. Jesteś tak sym­pa­tyczny, że nie­mal nie czuję prze­ra­że­nia na myśl, że żyję wśród ludzi goto­wych powie­rzyć jed­nemu czło­wie­kowi nie­mal abso­lutną wła­dzę nad życiem setek tysięcy... jed­no­cze­śnie cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc sto­sowne mecha­ni­zmy ogra­ni­cza­jące jego poten­cjalną chci­wość, zazdrość albo ambi­cję.

- Naprawdę musia­łeś przy­być tu z nami, Tref­ni­siu? Ja... - Dali­nar urwał, po czym pokrę­cił głową.

- O co cho­dzi?

- Nie­ważne. Gdy­bym powie­dział cokol­wiek, dał­bym ci tylko wię­cej kamieni, któ­rymi mógł­byś we mnie rzu­cać.

- A podobno jesteś tępy. - Tref­niś wyszcze­rzył zęby. - Ale czy ja kie­dyś z cie­bie szy­dzi­łem?

- Przez cały czas, Tref­ni­siu. Szy­dzisz ze wszyst­kich.

- Naprawdę? Naprawdę? Hm... - Postu­kał się w brodę. - Zosta­łem zatrud­niony jako Tref­niś kró­lo­wej, a ona spo­dziewa się, że zapew­nię jej wyłącz­nie naj­lep­sze szy­der­stwa, w jej imie­niu. Muszę być ostrożny i nie roz­da­wać ich za darmo. Po co kupo­wać krowę i tak dalej.

Dali­nar zmarsz­czył czoło.

- Co to jest krowa?

- Duża, soczy­sta, sma­ko­wita. Szkoda, że nie mogę na­dal ich jeść. W tych oko­li­cach chyba ich nie macie, co uwa­żam za zadzi­wia­jące, bo jestem pewien, że wśród przod­ków Sade­asa była jakaś. Może dzia­dek od strony ojca. Obser­wuj arcy­ksią­żąt. Z całą pew­no­ścią doj­dzie do pokazu. - Odszedł, by zająć zwy­cza­jowe miej­sce obok Jasnah.

Obser­wo­wać arcy­ksią­żąt? Co to zna­czyło? W więk­szo­ści oka­zali się uży­teczni. Ala­dar wciąż potwier­dzał zaufa­nie, jakie pokła­dał w nim Dali­nar, został więc wysłany, by nad­zo­ro­wać odwrót z Ale­th­karu. Hatham się pod­po­rząd­ko­wał i Dali­nar pole­cił mu nad­zo­ro­wać łań­cuch dostaw z Azi­miru. Bethab udo­wod­nił swoją przy­dat­ność jako amba­sa­dor w Thay­len - cóż, to jego żona była przy­datna, ale oboje oka­zali się poży­teczni. Roion zgi­nął z hono­rem, a jego syn został sta­ran­nie wybrany, by nie spra­wiać kło­po­tów. Ostat­nimi czasy nawet Seba­rial odgry­wał pewną rolę.

Z Dali­na­rem w Emulu prze­by­wał obec­nie jeden arcy­książę. Ruthar. Dali­nar sku­pił się na krzep­kim, bro­da­tym męż­czyź­nie. Był naj­gor­szym z tych, któ­rzy pozo­stali - uwa­żał się za żoł­nie­rza, ale w życiu nie wło­żył porząd­nego mun­duru. Tego dnia trzy­mał się bli­sko dru­giego końca baru, przy moc­nych winach. Przy­naj­mniej nauczył się, by nie zaprze­czać sło­wom Dali­nara przed innymi monar­chami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki