ROZDZIAŁ II. Splot zagadek.
Następne dwa dni spędził Otocki w podnieceniu niezwykłem...
Nadal nic nie pojmował...
W jaki sposób Ryta mogła się znaleźć w dwóch miejscach naraz? Im bardziej przypominał sobie szczegóły spotkania z nią w bramie, dochodził do wniosku, że się nie pomylił...
Znakomicie poznał dziewczynę. Zapamiętał nawet zły błysk jej oczu, który przez chwilę na nim spoczął...
Cóż więc to wszystko miało znaczyć?
Czyżby umyślnie osłaniała ją Vera. Czyżby Ryta splądrowawszy u niego mieszkanie udała się natychmiast do "grzesznicy" - a ta zaręczyła, że bawi u niej oddawna?
Niezrozumiałe?
Jaką w takim razie byłaby rola Very w tej całej sprawie? Jaki miałaby cel w tem, aby osłaniać napół obłąkaną Stratyńską?
A jednak... osłania...
Jeżeli domysł jest słuszny - to Vera wie, zapewne daleko więcej o historji z walizką, niźli chce powiedzieć...
Lecz co oznacza tamta przygoda?... Przecież walizka zawierała śmiecie. Tak śmiecie! Toć nikt torby nie ruszył, a on z niej nic nie wyjmował...
Manja chorej umysłowo? A nuż Stratyńska nie jest chorą umysłowo a zachodzi tu jakiś splot tajemnic, którego on rozwiązać nie umie...
Klejnoty podmieniono gdzieindziej?
Poco uciekała z domu?
Niezrozumiałe...
Zaiste, oszaleć można...
Ach, Vera...
Tak, Vera jedna, gdyby zechciała, mogłaby na te mroki rzucić nieco światła...
Tymczasem...
Od ostatniej rozmowy, Vera niby unikała go umyślnie. Przyłapał ją, wprawdzie, nazajutrz w domu telefonicznie, lecz dowiedział się niewiele. Znów posłyszał te same zaprzeczenia i protesty, znów tłumaczyła usilnie, że się pomylił, że Stratyńska stanowczo od godziny znajdowała się u niej i że sprawy z walizką nie udało się jej dotychczas wyświetlić. Dalej nadmieniła, że prezes stwierdza kategorycznie, iż córka jego od powrotu z zagranicy spędzała wszystkie noce w domu i że poczuł się mocno nawet dotknięty podobnem posądzeniem. Wobec tego, wysnuć należy wniosek - zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem, Otocki przyjął jakąś awanturnicę, czy też obłąkaną za Stratyńską, został wprowadzony w błąd niezwykłem podobieństwem.
Niechaj z głowy sobie wybije, aby nieznajoma mogła być Rytą...
Pozatem piękna pani dodała, iż wyjątkowo przez te dni jest zajęta, ale wszystkie "sprawy" układają się dobrze i gdy tylko okoliczności zezwolą sama do Otockiego się odezwie...
Sprawy układają się dobrze...
Mimo zachęcających słów, Otocki poczuł rozczarowanie wielkie. Poprzednie przypuszczenia, uderzyły weń z dużą siłą. Jego Vera, namiętna, żywiołowa Vera przemawia tak oględnie, rozważnie...
Ma go dość i powoli wycofuje się z flirtu, czy też niemiłe jej są obecnie niektóre zapytania?
Nie chce, aby nalegał na zerwanie ze Stratyńskim, może nie chce, aby znów "nudził" przygodą z Rytą...
Bo, że to była Ryta - przysiąc może!
Tu rozpoczynała się dręcząca, niepokojąca zagadka.
Czemu Vera kłamie? Czemu nie jest szczera? Czemu prowadzi niezrozumiałą grę?
Zarówno, gdy twierdzi, iż pragnie z nim się złączyć, porzuciwszy Stratyńskiego - jakoteż, gdy umyślnie "tuszuje" wybryki Ryty...
I może postarałby się Otocki - choć z trudem - zapomnieć o "pięknej grzesznicy" i w niej się "odkochać", sam rozumiejąc, iż podobny stosunek nic dobrego przynieść nie może - gdyby nie ten drugi wzgląd - tajemniczość, złączona z tą całą przygodą.
W innych warunkach, zdobyłby się na tyle miłości własnej - że nie narzucałby się pierwszy... Lecz teraz, za wszelką cenę pragnął poznać prawdę...
To też, gdy przeszedł dzień i drugi - a Vera nie odzywała się doń ani słówkiem, postanowił rozmówić się z nią osobiście.
Nie przez telefon - odwiedzi kochankę w mieszkaniu...
Jeśli nawet natknie się na prezesa, lub kogoś niepożądanego - zawsze potrafi upozorować swą wizytę... A jedynie w cztery oczy, może uda mu się coś z Very wydobyć...
Nie namyślając się długo, bardzo podniecony, popołudniu podążył w Aleję Róż.
Very w domu nie zastał.
Służąca, z jakimś nieokreślonym uśmiechem oświadczyła mu, że pani wyszła rano, dotychczas jej niema i niewiadomo kiedy powróci.
Zły, wykręcił się na pięcie, zszedł ze schodków i w niepewności przystanął przed bramą.
Naprawdę jest nieobecna, czy też nie chciała go przyjąć?...
Jak wiadomo, Vera mieszkała na parterze. Zajrzał ciekawie w okna, ale opuszczone jedwabne zasłony, znakomicie kryły wnętrze.
Zaczeka i sprawdzi.
Umyślnie odszedł od kamienicy o parę kroków i zapalił papierosa.
Stał tak może z dziesięć minut, może kwadrans, gdy wtem pewien szczegół zwrócił jego uwagę.
Z bramy domu, w którym zamieszkiwała Vera, wynurzył się mężczyzna, rozglądając się niepewnie dokoła. Nie był to prezes Stratyński - ale na jego widok Otocki drgnął.
Drgnął i mało nie krzyknął głośno.
Och, poznaje go doskonale! Był to ten sam nieznajomy, który wówczas zjawił się, poszukując dziewczyny, w towarzystwie rzekomego przodownika. Wysoki, barczysty jegomość, o złej twarzy, podrażnionego buldoga. Czy wychodził od Very?
Choć na potwierdzenie tego przypuszczenia Otocki nie posiadał żadnych dowodów, bowiem ze swego punktu obserwacyjnego - nie mógł ustalić - skąd wyszedł nieznajomy - zbieg okoliczności był, zaiste, nadzwyczajny.
Kamienica, w której zamieszkuje Vera.. Buldog... walizka... Ryta...
Błyskawicznie w myślach skojarzył splot tych wypadków - i nagłe powziął postanowienie...
Zatrzyma nieznajomego - i natrze nań ostro... Zmusi do wyznania prawdy. Toć i ten szukał wówczas, jakoby zabranych kosztowności...
Mężczyzna tymczasem oddalał się powoli, spokojnie paląc cygaro, nie spostrzegłszy Otockiego.
Szybko pogonił za nim.
- Przepraszam! - zawołał.
Waryński - on to był bowiem, przystanął. Poznał również Otockiego, bo cień niezadowolenia przemknął po czerwonej i nalanej twarzy.
- O co panu chodzi? - burknął.
- Nie przypomina sobie pan mnie?
- Nie!
- Bardzo dziwne!
- Nic dziwnego nie widzę. Czem właściwie mogę służyć?
Otocki pojął, że przeciwnik zamierza się zapierać. To też patrząc mu prosto w oczy, wyrzekł stanowczo.
- Skoro panu nie dopisuje pamięć, to odświeżę niedawne wspomnienia! Raczył pan kiedyś złożyć mi wizytę...
- Ja?
- Moje nazwisko brzmi... Otocki.
- Otocki?
- Poszukiwał pan wówczas podobno obłąkanej! Wraz z panem zjawił się jakiś przodownik...
- A... a... - uderzył się Waryński nagle ręką w czoło.
Stary wyga postanowił zmienić taktykę. Zrozumiał, że wykręty nie doprowadzą do celu. Otocki rozzłości się, zawezwie jeszcze policję, a tego należało uniknąć.
- A... a... - powtórzył, przybierając uprzejmy wyraz twarzy... Teraz przypominam sobie znakomicie! Pan Otocki! Istotnie bardzo niemiła historja... Wybierałem się nawet do pana, aby go przeprosić za najście...
- Czy znalazła się... ta osoba?
- Hm... tak... Uciekła zupełnie gdzieindziej. Zbytecznie niepokoiliśmy pana.
- Sama powróciła, czy panowie ją odszukali?
- Nie.. nie sama... Myśmy ją odszukali...
- Gdzie?
- Przypadkiem... na ulicy...
- I walizkę?
- Kosztowności znalazły się przedtem... Posądziliśmy ją niesłusznie...
- Przedtem?
- Pokazało się, że napakowała do kufereczka bezwartościowych przedmiotów...
- Hm...
Otocki zamilkł na chwilę. To co posłyszał z ust "buldoga" było zgodne z jego osobistemi spostrzeżeniami. Chodziło tylko o ustalenie tożsamości nieznajomej. Jeśli stwierdzi on jeszcze, że jest nią Ryta i zechce dalej odsłonić rąbek tajemnicy, to natrafił na dobry ślad.
- Czy wolno zapytać - począł - kim była ta osoba?
- Chodzi panu o jej nazwisko?
- Tak!
Waryński uczynił smutną minę. Zdołał się on przygotować na indagację i zamierzał obecnie "zmylić" Otockiego całkowicie.
- Widzi pan - odparł - owa młoda panna jest prawdziwą zakałą rodziny! Lepiej będzie, o ile pan nie dowie się jej nazwiska... Tembardziej, że wywieźliśmy ją natychmiast z Warszawy...
- Wywieźliście z Warszawy? Niemożliwe...
- Niemożliwe? Czemu pan powątpiewa? Jestem opiekunem nieszczęsnej, wiem co mówię... I ja panu z kolei się przestawię! Waryński... Jan Waryński... do usług... Obywatel ziemski... czasowo zamieszkały w "Bristolu"..
Wszystko to pozornie odpowiadało prawdzie. W rzeczy samej Waryński zamieszkiwał w "Bristolu", w rzeczy samej figurował tam na liście, jako obywatel ziemski...
Chcąc wyjść zwycięsko z nieprzyjemnego badania, inaczej postąpić nie mógł, niż postępował. Na poparcie swych słów, wyciągnął bilet wizytowy z kieszeni.
- Oto mój adres... Gdyby szanowny pan nadal wątpił...
- Ależ, bynajmniej, nie wątpię! - mruknął Otocki, oszołomiony "dowodami" i niespodziewanie posłyszaną wieścią - tylko...
- Tylko?
- Wydawało mi się, że osobą, z którą uwikłałem się w taką dziwaczną przygodę, była...
- Była?
- Panną Stratyńską! - oświadczył mocno i dobitnie.
Lecz i to nazwisko nie uczyniło na Waryńskim najmniejszego wrażenia.
- Stratyńska! Nie znam!
- Córka tego bogatego prezesa.
- Ach! Prezes Stratyński! - udał, że sobie coś przypomina. - Skąd panu przyszło do głowy? Pomylił się pan...
- Pomyliłem się?
- Przysięgam! Zupełnie o kogo innego chodzi!
Mimo kategorycznego zaprzeczenia, Otocki mimowoli zabawił się w detektywa. Nie wiedział, kiedy wyrwał mu się okrzyk.
- Ale był pan u pani Very?
- Ver...y...
Zapytanie padło tak nagle, że "buldog" mimo niezwykłej pewności siebie, na sekundę się zmieszał. Wnet jednak grał dalej komedję.
- Jakiej pani Very?
Ów lekki niepokój nie uszedł uwagi Otockiego.
Natarł.
- Pani Vera Gerlicz! Mieszka w tym domu!... - wskazał ręką na znajdującą się po drugiej stronie ulicy kamienicę.
Buldog spojrzał obojętnie na okna mieszkania Very.
- Nie mam pojęcia o kim pan mówi...
- Miałem wrażenie, że z tamtąd pan wyszedł...
- Naprawdę, nie rozumiem pana... Wyszedłem od znajomego.
- Hm... dziwne...
Waryński uznał za stosowne obrazić się.
- Powtarzam - burknął, znów przybierając swój zwykły, szorstki ton - nie rozumiem! Powiedziałem panu, jak się nazywam, gdzie mieszkam, przeprosiłem za niewłaściwe najście... A pan rozpytuje o ludzi, całkowicie mi obcych... To panna Stratyńska, to jakaś - pani Gerlicz...
- A czy wolno wiedzieć z jakiego komisarjatu był ten przodownik? - drugie niespodziewane pytanie zadał Otocki, nie przejmując się zbytnio "oburzeniem" buldoga...
Cios został wymierzony celnie. Tu znajdował się punkt najniebezpieczniejszy całej sprawy. Lecz Waryński nie darmo był znakomitym życiowym graczem. Wybrnął z honorem.
- Ciekawi pana osoba przodownika? - mówił znów uprzejmie. - Otóż proszę zrozumieć... Nie chcę zdradzać nazwiska.. Biorę winę na siebie... Przodownik pomagał prywatnie, chodziło o drażliwą historję.... Nie mogłem wtajemniczać władz... Jeśli więc czuje się pan nadal dotknięty, służę całkowitą satysfakcją... Ale policjanta zostawmy w spokoju... Pojmuje pan moje stanowisko...
- Najzupełniej! - odparł Otocki, choć teraz dopiero spotęgowały się w nim podejrzenia. Lecz czuł, że nic więcej nie wydusi z "dziedzica".
Tymczasem Waryński postanowił przerwać drażliwą rozmowę. Wyciągając rękę na pożegnanie, rzekł:
- Sądzę, że to co powiedziałem wystarczy panu, jako wyjaśnienie... Teraz muszę odejść... Śpieszę się bardzo... Gdyby zaś pan zechciał mnie kiedy odwiedzić...
- Nie omieszkam! - oświadczył pisarz, przymuszając się do grzecznego uciśnienia, wyciągniętej dłoni.
Waryński uchylił kapelusza i odszedł.
Próżno było zatrzymać "buldoga". Zresztą, jakie mógł jeszcze zadać pytanie? Na wszystko tamten odpowiadał pozornie tak logicznie, iż nie było o co się przyczepić.
Dał wizytową kartę z nazwiskiem i adresem... Wytłomaczył nawet dziwną rolę przodownika.
A jednak...
A jednak Otocki znakomicie przypominał sobie ową scenę wtedy w mieszkaniu. Nie wiele brakowało a byliby się rzucili na niego. I dziś... Czemu nieokreślony błysk zmieszania przemknął w oczach dziwnego "opiekuna", kiedy zagadnął o Verę?
Nie znał jej! Przypadkowo znalazł się w tym domu! Mimo to Otocki miał wrażenie, jakiś głos wewnętrzny szeptał mu wciąż - że Waryński właśnie u niej bawił.
Raz jeszcze spróbuje.
Raźnym krokiem przebył kilkanaście kroków dzielących go od kamienicy i śmiało zadzwonił do drzwi parterowego mieszkania. Od poprzednich odwiedzin upłynęło może pół godziny.
Znów wyjrzała pokojówka i znów z nieokreślonym uśmiechem, oświadczyła:
- Pani niema w domu?
- Chowa się przedemną! - mało nie krzyknął, lecz wnet się opanował i niby obojętnie zagadnął. - Panienko, czy niedawno tu nie przychodził jeden pan?
- Pan?
- Wysoki, barczysty, starszy, o czerwonej, nalanej twarzy?
- Wysoki, czerwony? - niepewnie powtórzyła subretka. - A... był... to jest nikogo nie było...
- Więc był, czy nie był? - twardo powtórzył.
- Nikt nie był! - stanowczo już teraz odrzekła dziewczyna.
- Czemu panienka początkowo mówiła inaczej?
- Pomyliłam się! To nie żaden wysoki pan zachodził, tylko ze sklepu służący przyniósł dla pani paczki.
- Hm... hm... służący...
- Co mam kłamać? A pan to jak ten policjant rozpytuje.
Otocki wzruszył ramionami.
- Wcale nie rozpytuję... Ot, umówiłem się z tym panem tutaj, mieliśmy wspólnie panią odwiedzić...
- Acha! - rzekłbyś błysk ironji przebiegł w jej oczach.
- Skoro go nie było, śmiało mogę odejść.
- A co mam powtórzyć?
- Że dwukrotnie zgłaszałem się w pilnej sprawie... Oto mój bilet... Nazwisko moje - Otocki! Panienka poprosi panią, aby zechciała do mnie zatelefonować, gdy powróci...
- Dobrze!
Jeśli dotychczas nieokreślone podejrzenia dręczyły Otockiego, po rozmowie ze służącą, wzmogły się one jeszcze bardziej.
Nie ulegało najlżejszej wątpliwości. Powiedziała nieprawdę. Czy Vera znajduje się w domu, czy też wyszła - tego Otocki stanowczo stwierdzić nie mógł. Ale natomiast teraz, już wiedział z całą pewnością, że do niej z wizytą wybrał się "buldog". Może również jej nie zastał. Służąca otrzymała ścisłą instrukcję, ale zaskoczona niespodziewanem zapytaniem, wygadała się niechcący a później zaczęła kręcić.
- Tam do licha! Sprawa staje się coraz bardziej tajemniczą.
Otocki począł łączyć w swej głowie niezrozumiałe fakty. Vera twierdzi, że nie wie o niczem - a rozmawiała z prezesem o ucieczce jakiejś dziewczyny. Vera z wielkiem zdumieniem wysłuchuje opowieści o tajemniczej osóbce, która nocowała w jego mieszkaniu, - a jednocześnie zna jej "opiekuna". Wpiera, że nie jest nią Stratyńska - a on Stratyńską poznał znakomicie. Wreszcie, gdy dokonano w mieszkaniu "rewizji" - osłania Rytę - i Ryta natychmiast po włamaniu udaje się do "grzesznicy" - aby tam sobie stworzyć "alibi"...
Jakąż jest istotna rola Very w tem wszystkiem? Za wszelką cenę pragnie zatuszować wybryki Ryty? Twierdzi, że go kocha, a wciąż nie jest z nim szczera? Et, taka i miłość! Jej służąca daleko większym cieszy się zaufaniem od niego! Bo ta panienka, gdyby zechciała, mogłaby napewno opowiedzieć dużo i o tym Waryńskim i o Rycie...
Szczególnie o Rycie! Bo tu leży najbardziej dręczący punkt zagadki. Otocki ani na chwilę nie wierzył Verze i nie dał się wprowadzić w błąd rzekomym "wyjaśnieniom". Dziewczyna, którą spotkał w bramie w towarzystwie zawodowego złodzieja - była bezwzględnie Rytą!...
Oszaleć można...
Nie, on musi poznać prawdę...
Trapiony temi niewesołemi rozmyślaniami, szedł wprost przed siebie, nie oglądając się na nikogo, paląc w nerwowem podnieceniu papierosa za papierosem.
Mało obchodził go ruch i gwar uliczny, mało obchodzili go mijający przechodnie. Doszedłby tak do swego mieszkania, kierując się w tamtą stronę machinalnie, gdyby nagle drobna rączka kobieca nie uderzyła go po ramieniu.
Drgnął, przystanął i szeroko otworzył oczy ze zdumienia.
Przed nim stała Ryta. We własnej osobie Ryta Stratyńska.
- Pani? - wybełkotał.
Ona tymczasem uśmiechnęła się wesoło, nieco filuternie, jakby pomiędzy niemi nigdy nic nie zaszło.
- Dziwi to pana, że go zatrzymałam? - wybiegło z jej ust zapytanie.
Otocki, w rzeczy samej, nie wiedział, co mówić.
- Istotnie... - mruknął.
- Czemu?
- Powinna pani pojąć...
- Ja mam pojąć?...
- Chyba....
Teraz z kolei na twarzy Stratyńskiej odbiło się wielkie zdziwienie.
- Panie Otocki! - rzekła. - Jeśli, wbrew wymaganiom dobrego wychowania, pierwsza pozwoliłam sobie zaczepić pana na ulicy, to dla tego, że pragnęłam wyjaśnić pewną sprawę...
- Sądzę, ma pani wiele do wyjaśnienia!... - przerwał.
- Wiele?
- Bardzo dużo!
Skrzywiła się z niezadowoleniem.
- Zechce pan mi nie przerywać - głos jej zadźwięczał ostrzej. - Wciąż przemawia pan do mnie jakiemiś niezrozumiałemi ogólnikami, których nie pojmuję... Wtedy u pani Very na zebraniu, później przez telefon... Jakbyśmy się kiedykolwiek przedtem w życiu zetknęli... Nie rozumiem... Bawię przecież niedawno w Warszawie...
Drwiła z niego, czy też zręcznie grała komedję? Słuchał w milczeniu.
Ona zaś, teraz już wyraźnie podniecona, tłomaczyła dalej:
- Zastanowiło mnie mocno to wszystko! Aczkolwiek pani Vera starała się pańskie słowa w żart obrócić... Ale napomknienie o walizce... I dzisiejsze dziwne powitanie... Dlatego jestem rada, że pana spotykam... Proszę mi wyjaśnić te ciągłe zagadki...
Zaiste, tupet nadzwyczajny. To też Otocki roześmiał się głośno, wzruszył ramionami i rzucił.
- Jak długo będziemy grali komedję?
- Komedję?
- Pewnie! Bo jeśli pani są nie na rękę wspomnienia o niektórych wypadkach również z mojej strony je z pamięci wykreślę, ale pod jednym warunkiem...
- Wspomnienia? Warunki? - twarz Ryty to czerwieniała, to bladła.
- O ile pani zechce - dokończył spokojnie - opowiedzieć szczerze, co znaczyła ta cała historja i czego pani poszukiwała u mnie w domu.
- Historja? Ja u pana w domu?
Otocki porządnie już był zniecierpliwiony. Szorstko zawołał:
- Dość udawania!
- Kiedy... ja... naprawdę...
- Nigdy pani u mnie nie była?
- Nie!
- Nie nocowała?
- Jak pan śmie!...
- Zostawmy obrazę na później! Nie pozostawiła walizki?
- Jakiej walizki?
- Żółtego, małego kufereczka! Aby potem zgłosić się z wielką awanturą, iż zginęła z niego biżuterja...
- Awantura? Biżuterja? - wzrok Stratyńskiej stał się błędny...
Lecz Otocki nie zwrócił na ten szczegół uwagi.
- Działo się to właśnie tego dnia, kiedy wieczorem spotkaliśmy się na zebraniu u pani Very... Później dokonała pani do spółki z jakimś drabem w mojem mieszkaniu włamania, zapewne przypuszczając, że przywłaszczyłem sobie biżuterję... Niestety! Przysięgam, wcale tam jej nie było...
Powieki Stratyńskiej szybko zaczęły się poruszać, a z pod nich na policzki spłynęły łzy. Otocki jednak nadal pozostał nieubłagany.
- Może zaprzestanie pani nareszcie wykrętów i przestanie wmawiać, żeśmy się nigdy nie spotykali...
Z jej ust wypadł tylko szept.
- Boże!
Machnął niecierpliwie ręką.
- Et! Widzę, że się nie dogadamy... Nie pozostaje mi nic innego, jak pożegnać panią... Proszę być spokojną, nie nadam sprawie rozgłosu...
Skrzywiwszy się pogardliwie i dotknąwszy lekko kapelusza, już miał wykręcić się i odejść, gdy ona pochwyciła go za ramię.
- Panie Otocki!
- Czem jeszcze mogę służyć?
Twarz miała mokrą od łez, a ciche łkania wstrząsały jej piersią. Na niezwykłą scenę poczynali z zaciekawieniem spoglądać przechodnie.
- Skręćmy w boczną ulicę! - mruknął, gdyż spotkał ją na Marszałkowskiej w pobliżu Pięknej. - Nie urządzajmy publicznego przedstawienia!
Posłusznie podążyła w ślad za nim. Kiedy znów mogli swobodnie rozmawiać, uniknąwszy niedyskretnych spojrzeń, dość ostro rzucił:
- Więc przyznaje pani...
Przystanęła znów, załamując z rozpaczą ręce.
- Ależ do czego mam się przyznać? Niech pan zrozumie... Historję, którą pan mi powtórzył, raz już słyszałam z ust pani Very... O tej nieznajomej... walizce... niezwykłem podobieństwie! Opowiedziała mi ją, po pańskiej telefonicznej rozmowie, gdy u pana dokonano włamania... Tylko dla tego zatrzymałam pana, że chcę wytłomaczyć!
- Próżne tłomaczenia!...
- Zaklinam, błagam, proszę... niech pan wierzy... Potworny zbieg okoliczności... To nie ja byłam!.. Co za ohydne posądzenie!... Jestem awanturnicą... złodziejką? Wstyd... hańba... Nie, nie przeżyję tego...
- Niestety...
- Panie! Nigdy nie kłamię! Nie umiałabym skłamać... Przysięgam, na co mam najdroższego... pan się pomylił... Ach, jakże jestem nieszczęśliwa...
Otocki, który dotychczas stał z pochyloną głową, gdyż przykrość sprawiała mu ta scena - drgnął nagle i podniósł na Rytę oczy. Uderzyły go dziwne akcenty szczerości, które po raz pierwszy posłyszał w jej głosie. Pamiętał Rytę dającą kłamliwe odpowiedzi, otaczającą się tajemnicą, złą, wściekłą - ale takiej, jak obecnie nie znał nigdy. Nawet wtedy, podczas pierwszej u niego wizyty, kiedy rozpłakała się, obrażona zbyt natarczywemi zalotami - daleka była od prośby, lub pokory. Grała w niej raczej dotknięta miłość własna - a nie chęć roztkliwienia Otockiego.
Twarz i ruchy nawet nie przypominały dawnej Ryty. Znikł wyraz dumy i zawziętości - a całe obejście cechowała łagodność.
Cóż to ma oznaczać?
Zrozumiał. Zresztą myśl, która, jak błyskawica przemknęła mu przez głowę potwierdzała tylko poprzednie przypuszczenia. Zrozumiał - i teraz dopiero pojął postępowanie Very.
Stratyńska bezwzględnie ulega czasowym napadom obłędu. Nie wie wówczas, co robi. Zmienia się nawet zewnętrznie całkowicie. Wygląda, jak furja. Jest zła, nieznośna, popełnia skandaliczne wybryki, wszystkich oskarża o przestępstwa, lub sama pod wpływem ogarniającego ją szału, gotowa popełnić przestępstwo. Nie odpowiada za swe czyny. Kiedy atak przejdzie, zamienia się w najłagodniejszą, jaknajlepszą istotę...
Z tego zaś, co zbroiła, nic nie pamięta, te fakty jakby nie istnieją dla niej.. są wykreślone z jej życia... Biedna Ryta... Biedna istota, o chabrowych oczętach, patrzących na świat z niewinnością dziecka...
Rodzina oczywiście ukrywa zarówno przed nią, jak i przed wszystkiemi te ekscesy, unikając skandalu. Toż gdyby wybryki Ryty nabrały rozgłosu, nietylko ona, lecz i prezes Stratyński byłby skompromitowany. Wolą wmawiać w ludzi, z któremi Ryta w czasie swych ataków się zetknęła, że się pomylili, ulegli halucynacji, zostali złudzeni niezwykłem podobieństwem... Vera widocznie przyobiecała zachować milczenia i dopomaga w tych manewrach rodzinie...
Lecz czemuż nie miano do niego zaufania?.. Nie zdradziłby się ani słówkiem i uniknął niemiłej sceny... Ach, ta Vera! Każda niewiasta ma już takie usposobienie, że lubi kręcić.
Wie teraz, jak postąpi. Nie uczyni więcej przykrości biedaczce. Uda, że uwierzył i że w błąd wprowadzony został pozornem podobieństwem.
Ale czemu jej nie leczą?... Taka z niej, w chwilach przytomności, miła i dobra panna... Doprawdy, dziwne.
Porządnie nawymyśla Verze.
Gdy patrzy na Rytę żal i litość go chwyta za serce...
Nie, on nadal nie będzie jej przekonywał... Wraz z innemi zagra komedję...
- Panno Ryto... - począł łagodnie - przykro mi...
Trzymając chustkę przy ustach, tłumiła łkania.
- Strasznie mi przykro... - mówił dalej - ale istotnie zaszła pożałowania godna omyłka.
Szeroko rozwarły się chabrowe oczęta, a z piersi wypadł cichy okrzyk ulgi:
- Ach...
- Miała pani całkowitą słuszność!... Przyjąłem kogoś innego za panią!...
- Nareszcie!... - łkania milkły powoli a twarz począł rozjaśniać uśmiech.
- Łudzące podobieństwo! Wtedy na zebraniu przysiągłbym, że pani i tamta osoba, to jedno.... Ale dopiero teraz, kiedy dłużej mogłem panią obserwować, spostrzegłem... tak spostrzegłem... znaczną różnicę... - kłamał.
- Toć musi być różnica...
- W ruchach, mowie, ba nawet w wyrazie twarzy! - tym razem kłamać lżej mu wypadło, gdyż "obecna" Ryta, niczem w swem zachowaniu się nie przypominała "dawnej".
- Nie lepiej to było odrazu dobrze się przyjrzeć, miast tyle przykrości narobić! - padła wymówka.
Otocki uśmiechnął się w duchu.
- Właśnie za te przykrości zamierzam panią przeprosić...
- Już nie mam żalu! Ale proszę szczerze powiedzieć....
- Słucham?
- Naprawdę można mnie odróżnić od "tamtej"?
- Naprawdę...
- Nie mówi pan tak tylko przez grzeczność?
- Zaręczam...
- Chwała Bogu! To byłoby okropne!... Mam być podobna do jakiejś złodziejki, awanturnicy? - Ona popełnia łajdactwa, przestępstwa a ja mam zato odpowiadać... Straszne... Rozumie pan?
- Hm... istotnie...
- Prawda?
- Ale może się pani całkowicie uspokoić, panno Ryto - pocieszał ją obecnie - im dłużej panią obserwuję, to widzę, że podobieństwo nie jest znów tak wielkie... To ja dałem się unieść pierwszemu wrażeniu i literackiej fantazji... Raz jeszcze przepraszam... Zresztą, któż śmiałby posądzić pannę Stratyńską o czyny niewłaściwe...
Czuł, że wykręca się niezręcznie, lecz nic innego nie przychodziło mu na myśl. Podchwyciła jego słowa.
- Któż śmiałby posądzać? Pan pierwszy posądzał...
- Kiedy... bo... okoliczności sprawy... - bąkał zmieszany.
- Mniejsza z tem! Opowiadała mi pani Vera, że istotnie okoliczności sprawy były tak tajemnicze, iż mógł pan przypuszczać, że jestem bohaterką niezwykłej historji... Niestety! Z ojcem żyję w jaknajlepszej zgodzie, kochamy się bardzo, nikt mi nie dokucza, wrogów nie posiadam i przed nikim nie mam potrzeby się ukrywać... Również nie zależy mi na żadnych dokumentach, ani porywaniu kosztowności..
Widocznie powtórzono jej wszystko. Otocki ze zdziwieniem stwierdził, iż w pamięci Ryty nie utkwił nawet najdrobniejszy szczegół przygody... Doprawdy dziwna forma obłąkania...
- Panno Ryto! Zbyteczne tłumaczyć! - przerwał.
Ale ona dalej prawiła z zapałem.
- Nie posiadam znajomości wśród złodziejów, apaszy i do cudzych mieszkań się nie włamuję...
- Kiedy...
- Niech pan nie przerywa! Zaraz pan się dowie do czego zmierzam! Panu z trudem wyjaśniłam wszystko; albo pan uwierzył, albo udaje, że wierzy...
- Wierzę...
- Lecz o innych mi chodzi! Jeśli tamta awanturnica bezkarnie grasuje po Warszawie, mogę być lada chwila skompromitowana... Tembardziej, że podobna przygoda wydarza mi się nie po raz pierwszy...
- Nie po raz pierwszy? - powtórzył ze zdumieniem.
- Proszę posłuchać! Wczoraj wracam do domu najspokojniej, przyczepia się do mnie na ulicy jakiś drab, ale taki okropny, napewno bandyta i poczyna we mnie wmawiać, że się znamy doskonale...
- Niemożebne! - zawołał, choć jego posądzenia łączyły się w określony związek.
- Chciałam zawezwać policjanta... ale kiedy zaczął do mnie przemawiać poufale, wymienił moje imię... jął mnie zdrobniale zwać... Rytuchną...... przestraszyłam się i uciekłam... On mi tylko pogroził kułakiem....
- Łajdak! - mruknął oburzony, domyślając się o co chodzi.
- Przypuszczam więc, że i ten drab wziął mnie za "tamtą"... Boże! Co tu robić?.. Boję się, poprostu wyjść na spacer... Czuję, że oszaleję...
Otocki pokiwał głową. Trudno jej przyjdzie oszaleć, skoro już jest szalona. Pojmował bieg wypadków. W czasie "ataków" Ryta związała się z jakimś łobuzem, dokonała najścia na jego mieszkanie, a teraz ten łobuz jej się czepia, spotkawszy przypadkiem na ulicy i jest oburzony, sądząc, że umyślnie go nie poznaje.
Wzdrygnął się cały. Ordynarny drab i miła, ładna, biedna Ryta. Zbrodnia to ze strony rodziny, iż jej nie leczą i nie umieją zapobiec "atakom".
- Proszę być dobrej myśli - rzekł - wszystko wyjaśnić się musi...
- Oby, jaknajprędzej! - żywo zawołała. - Chciałam biec do policji, lecz powstrzymali mnie... Vera... i ojciec.... Szczególniej Vera... Twierdziła ona, że nie należy rozmazywać skandalu a jeśli o pana chodzi, to mu nieporozumienie przy pierwszem spotkaniu wytłomaczę...
- I wytłomaczyła mi pani! - bąknął, dziwiąc się coraz więcej, że Vera lekkomyślnie traktuje całą sprawę...
- Na zgodę odprowadzi mnie pan do domu...
- Jaknajchętniej...
W powrotnej drodze Otocki zmienił umyślnie temat rozmowy. A choć z różnych stron starał się indagować Rytę, dawała ona tak sensowne i pełne inteligencji odpowiedzi, że w głowę zachodził, w jak niezwykłej formie czasem przejawiać się może pomięszanie zmysłów.
Kiedy na pożegnanie całował jej rękę, ogarnęło go jakieś serdeczne ciepło i z rozrzewnieniem szepnął:
- Jakże ułożą się, biedactwo, twoje losy...
Ona, gdy odszedł, obejrzała się za nim a dziwny błysk zamigotał w jej oczach. Błysk tak dziwny, że zdumiałby się Otocki, gdyby go spostrzegł.
Z ust Ryty również wybiegł cichy szept - ale niezrozumiały, zagadkowy:
- Mam wrażenie, że spisałam się dobrze... A trudno mi było grać komedję... Długoż jeszcze przyjdzie kłamać, udawać?
ROZDZIAŁ I. Otocki poczyna być zazdrosny.
Zgodnie z przewidywaniami - uprzedziwszy przedtem o swej wizycie telefonicznie - odwiedziła Otockiego w godzinach popołudniowych Vera.
Wprost doczekać się nie mógł kochanki...
Już nie o piękną grzesznicę chodziło, o jej oszałamiające pieszczoty i pocałunki - ale ona jedna była w stanie wytłomaczyć zagadkową przygodę z panną Stratyńską...
To też ledwie Vera, znalazłszy się w mieszkanku, zajęła miejsce, gorączkowo zawołał.
- Opowiem ci nadzwyczajną historję...
Nikt lepiej od Very nie wiedział, co Otocki ma na myśli i co go tak poruszyło. Udała jednak mocno zadziwioną.
- Cóż się stało?
- Posłyszysz za chwilę coś takiego, co zakrawa na bajkę... Już wczoraj chciałem ci szepnąć podczas zebrania parę słów, ale nie mogłem... Wyobraź sobie...
- Ale cóż się stało? - powtórzyła, a gdyby Otocki mniej był podniecony, zauważyłby lekką ironję w jej głosie.
- Przypominasz sobie moją opowieść o tej nieznajomej?
- Która pozostawiła walizkę?
- Tak!
- Więc o nią chodzi? Bardzo interesujące! Pojawiła się powtórnie...
- Oczywiście...
- Wytłomaczyła wszystko? - Vera świetnie już teraz udawała zaciekawienie.
- Poczekaj! Po kolei powtórzę...
- Słucham?
- Zjawiła się tedy wczoraj około południa... Jakaś blada, wystraszona, nieszczęśliwa... Wydawało się, że nie spała całą noc... Sukienka i płaszczyk powalane...
- Nadzwyczajne!
- Zażądała oddania walizeczki... Przyniosłem więc walizeczkę... Otworzyła ją i wtedy dopiero rozpoczęła się awantura.
- Awantura?
- Tak! Wyciąga ztamtąd jakieś śmiecie... stare gazety, pudełka i poczyna we mnie wmawiać, że znajdowały się tam dokumenty i biżuterja... Rzuca się, niczem furjatka...
- Szantaż? - znów z ust Very padło zapytanie, w którem zadźwięczał źle ukryty śmiech.
- I ja tak z początku sądziłem! Sądziłem, że sprytna awanturnica, opowiedziawszy mi zmyśloną bajeczkę i pozostawiwszy kufereczek z bezwartościowemi przedmiotami, zaraz zażąda znacznego odszkodowania za rzekomo zabrane kosztowności.
- Słusznie...
- Sądząc, iż przestraszę się skandalu i aby uniknąć kompromitacji, zapłacę...
- Zażądała?
- Właśnie, że nie! Zaczęła pleść bez związku, że zwąchałem się z jej wrogami, że ponieważ wiem, iż to ujdzie mi bezkarnie, przywłaszczyłem sobie klejnoty i papiery... Że jestem łotrem nad łotrami i że ona się zemści... Wreszcie, trzasnąwszy drzwiami, uciekła...
- Warjatka?
- Czy jest warjatką, ty najlepiej mi powiesz!
- Ja?
- Bo tu właśnie rozpoczyna się nowa zagadka, a nie kończy...
- Mów wyraźnie!...
- Więc słuchaj! I ja w pierwszej chwili sądziłem, że jest to obłąkana, osoba dotknięta manją prześladowczą... Powoli zacząłem zapominać o całej przygodzie, poprzysięgając sobie nigdy w żadne "ocalanie" nieznajomych się nie wdawać... Ale nastąpił dalszy ciąg...
- Ciąg dalszy?
- Tak! U ciebie, na zebraniu!
- U mnie? Na zebraniu? - Vera świetnie grała swoją rolę...
- Tam spotkałem nieznajomą!
- W moim domu, nieznajomą?
- Była nią...
- Kto?
- Stratyńska! Panna Ryta Stratyńska!
- Oszalałeś chyba!
Otocki roześmiał się, rad z wywołanego wrażenia. Również w duchu śmiała się Vera, przybrawszy pozornie zdumioną i pełną niedowierzania minę. Wypadało jednak zaprzeczyć.
- Oszalałeś! - zawołała niby to z oburzeniem - Ryta? Pomyłka! Halucynacja...
- Wykluczone, abym się pomylił! Nie uległem halucynacji! Przysięgam, że panna Ryta Stratyńska jest tą samą osobą, która nocowała u mnie, pozostawiła walizkę, twierdząc później, iż zginęły z niej kosztowności....
- Mylisz się! Może niezwykłe podobieństwo?
- Powtarzam, omyłka wykluczona...
- Nie do wiary! Czy usiłowałeś z nią nawiązać rozmowę? - tym razem w oczach Very przemknął błysk niepokoju.
Otocki jednak, o ile był dobrym psychologiem w swych powieściach, o tyle, obecnie tak czuł się podniecony swem opowiadaniem, iż nie miał czasu zwrócić uwagi na ledwie dostrzegalne zmiany w zachowaniu się kochanki.
- Ależ naturalnie! - odrzekł żywo - skorzystałem z dogodnego momentu, podszedłem do niej i zapytałem wprost, czy mnie poznaje...
- I cóż? - w głosie grzesznicy spotęgował się niepokój.
- Oświadczyła stanowczo, że widzi po raz pierwszy w życiu! Kiedym począł nalegać, popatrzyła na mnie, jak na warjata i wzruszywszy ramionami odeszła...
- Ach, tak... - westchnienie ulgi wyrwało się z piersi pięknej grzesznicy - Rzeczywiście, obserwowałam zdaleka, żeście zamienili parę słów i że nie potraktowała cię zbyt grzecznie... Byłam zdumiona...
- Cóż ty o tem wszystkiem sądzisz?
Na twarzy Very odmalowało się świetnie odegrane zakłopotanie.
Wzruszyła ramionami.
- Cóż ja mogę sądzić? Wciąż mi się wydaje, że uległeś przywidzeniu...
- Nie, Vero...
- Skoro twierdzisz tak stanowczo, w głowę zachodzę, co to wszystko znaczy...
Otocki począł nalegać.
- Przecież znasz ją dobrze! - rzekł - Prędzej możesz się domyślić...
Zaprotestowała.
- Znam Rytę bardzo mało... Zaledwie od tygodnia bawi w Warszawie... Widziałam ją przedtem tylko raz, a następnie po raz drugi u mnie na zebraniu... Sam chyba rozumiesz, że Stratyńskiego krępuje dorosła córka i nie narzuca mi jej towarzystwa.
- Rozumiem... Ale czyś nie słyszała? Może naprawdę obłąkana? Co znaczyła wizyta tamtych dwu jegomościów, którzy szukali dziewczyny... Przecież nie był to Stratyński...
- Daję słowo honoru, że są to takie same dla mnie zagadki, jak i dla ciebie... Czy Ryta jest nienormalna? Bo ja wiem... Podobno ma jakieś szusy... Lecz, żeby do tego stopnia...
- Wszystko jednak za tem przemawia!... Walizka napełniona staremi gazetami, opowiadane przez nią fantastyczne bajeczki... Widocznie ulega dziwnym napadom, w czasie których ucieka z domu, nie wie ani co mówi, ani co robi, a potem powraca do przytomności... Tak tylko sobie tę całą historję umiem wytłomaczyć... Bo u ciebie na zebraniu czyniła jaknajlepsze wrażenie... Wytwornej, zrównoważonej, nawet bardzo miłej osóbki... Oczywiście nie chciała się przyznać do znajomości ze mną, gdyż albo nic nie pamięta o całej przygodzie, lub też jeśli nawet pamięta, to mocno jej się wstydzi... Bardzo ciekawy psychologicznie wypadek...
Vera najlepiej wiedziała, co sądzić o tym "ciekawym psychologicznym wypadku", przytwierdziła jednak z przekonaniem.
- Może masz słuszność...
Ale w głowie Otockiego zrodziło się nagłe podejrzenie.
- Oj, Vero! Czyś ty aby ze mną szczera?
- Czemuż nie miałabym być szczera? - lekko zmięszała się piękna pani.
- Bo... bo... Widzisz, wciąż przypomina mi się tamta rozmowa, którą podsłuchałem... Rozmawialiście ze Stratyńskim o jakiejś dziewczynie, która uciekła... Wytłomaczyłaś mi wczoraj, że o służącą chodziło... A nuż to nie służąca... a Ryta? Toć byliście niezwykle zaniepokojeni?
Vera poczerwieniała, a w głosie jej zadźwięczał gniew.
- Dziwię się doprawdy, że ci się zachciewa bawić w detektywa! Nigdy nie kłamię!... Powiedziałam już raz, że uciekła pokojówka, co mnie dotknęło wielce... A sprawa niema nic wspólnego z Rytą... Również wypadek włamania niema nic wspólnego ze służącą...
- Ależ Vero! - zawołał, widząc, że podrażnił ją nie na żarty - Bynajmniej, nie zamierzałem cię urazić! Ot, wyrwało mi się! Luźne przypuszczenie, że może świadomie ukrywacie wybryki panienki, które są kompromitujące...
- I jabym ci nie powiedziała o tem? Nie powiedziałabym, skoroś mi wyznał o przygodzie z nieznajomą i o walizce! Nie uprzedziłabym, że to Stratyńska nocowała u ciebie! Doprawdy, śmieszny jesteś! Toż poczytywałabym sobie za obowiązek, gdyby mi wiadoma była choć cząsteczka prawdy, ostrzec cię, aby oszczędzić przykrości tobie i jej ojcu...
Zarówno stanowcza forma tego oświadczenia pięknej grzesznicy, jak też argumenty w nim zawarte, zabrzmiały tak przekonywująco, że Otocki pobity jej "logiką", wykrzyknął:
- Głupiec ze mnie! Raz jeszcze serdecznie przepraszam, jeśli cię uraziłem... Zapewniam, działałem w jaknajlepszej wierze...
Vera poczuła, że bitwa została wygrana. Prawda o "historji z walizką" nigdy nie wypłynie na wierzch. Umyślnie wtedy, na zebraniu, zetknęła Otockiego z Rytą, aby dać mu możliwe wytłomaczenie całej przygody. Z góry była przekonana, że panna Stratyńska nic mu nie powie, gdyż nic powiedzieć nie może.
Czyż inaczej dopuściłaby do podobnego spotkania? A jakże świetnie jest zabezpieczona na przyszłość. Jeżeliby nawet zgłoszono się do Otockiego z rewelacjami - nie uwierzy. Sam przecież wynalazł ciekawy "psychologiczny wypadek" - Stratyńska ulega chwilowym napadom obłędu, a później nie pamięta, co opowiadała, lub czyniła...
Gdyby raz jeszcze spotkali się na gruncie towarzyskim, nie jest to groźne. Ryta zachowa się tak samo, jak zachowała się poprzednio...
Zaręczyć może Vera...
Więc wszystko ułożyło się świetnie...
Należy jednak zakończyć nużącą rozmowę.
- Nie gniewam się bynajmniej na ciebie! - rzekła, nawiązując swoje słowa do ostatniego wykrzyknika kochanka - Rozumiem, że intryguje cię przygoda z Rytą... Rozumiem, że mogłeś sądzić, iż świadomie ze Stratyńskim zatajamy istotny stan rzeczy... Przekonałam cię chyba, że przynajmniej z mojej strony nie miałoby to najmniejszego celu, ani sensu... Na prezesie zależy mi nie wiele...
- Vero, jesteś bóstwem...
- Zaczekaj! - odsunęła go lekko, gdyż już usiadł przy niej, usiłując ją objąć. - Jeszcze nie skończyłam... Przygoda z Rytą również i mnie porządnie intryguje... W rzeczy samej szalona?
- Przypuszczam...
- Znam ją krótko... - mówiła z namysłem - Nie mieszkam z niemi... więc nie wiem, co wyrabia... Możliwe, że ojciec ukrywa prawdę i przedemną... Przyda mi się to ostrzeżenie...
- Widzisz...
- Postaram się prezesa delikatnie wybadać... Oczywiście, natychmiast cię powiadomię... Sądzę, nie będzie cię już napastowała panienka...
- Och! Niechaj sobie wynajdzie inną ofiarę dla swych "tajemniczych przygód"...
Roześmieli się oboje...
Otockiemu cała sprawa wydawała się całkowicie jasna. Zresztą, pocóż nadal się nią przejmować. Czy córka prezesa Stratyńskiego jest obłąkana, czy też obłąkaną nie jest, obchodzi go to niewiele. Podobała mu się ona jakiś czas bardzo, dopóki nie poznał Very... I póki nie poznał dobrze jej "charakteru"... Obecnie najważniejsze, że nie przyczepi się do niego powtórnie - a gdyby nawet się przyczepiła - będzie wiedział, jak zareagować i gdzie szukać przeciw niej pomocy.
Również i Vera miała głębokie przeświadczenie, że z powodu "historji" z walizką - żadna nowa przykrość nie spotka kochanka...
Niestety, najbliższe dni szykowały im wiele niespodzianek.
Lecz obecnie żadna obawa przed niebezpieczeństwem nie mąciła pogodnego nastroju...
Otocki zapomniał już o Rycie - miał tuż obok piękną kobietę - Verę.
I Vera odwiedziła go powtórnie nie tylko poto, aby wyłącznie zaspokoić swą ciekawość - w jaki sposób zachowała się nieznajoma - kiedy w walizce miast dokumentów i biżuterji - odnalazła śmiecie...
I ją ciągnęło do Otockiego - choć od ostatniego z nim widzenia, dużo różnych refleksji nawiedziło piękną główkę...
Nie chciała rozstać się tak rychło ze Stratyńskim, tem bardziej, że kufereczek znalazł się w jej posiadaniu - ale pragnęła zatrzymać kochanka.
- Zapomnijmy o Rycie! Zapomnijmy o zagadkach! - zawołała, wyciągając ku niemu ramiona i podając pierwsza "krwawe" usta do pocałunku.
- - - - - - - - - - - -
Kiedy nieco później, Vera już ubrana, zamierzała opuścić mieszkanko Otockiego, ten lekko zatrzymał ją za ramię. Jak wszystkie natury niezwykle nerwowe i wrażliwe, to co dręczyło go najbardziej wypowiadał z trudem i wyjaśnienie odkładał aż do chwili ostatniej.
- Vero! - szepnął. - Czy wolno zadać pytanie?
- Znowu o Rytę ci chodzi? - roześmiała się w odpowiedzi.
- Ach, zostawmy Rytę w spokoju... Jest coś, co dręczy mnie daleko więcej...
- Mianowicie...
Otocki uczynił pauzę, poczem szybko wyrzucił z siebie.
- Jak ułoży się nasz stosunek?
- Jakże ma się ułożyć? - zapytaniem na zapytanie odparła piękna grzesznica, która w duchu nie była rada, iż poruszył ten temat.
- Zerwiesz ze Stratyńskim?
- Zapewne...
- Kiedy?
- Bo ja wiem... Należy zachować pozory...
Vera znalazła się w dużym kłopocie. Zatrącił właśnie o te same refleksje, które wciąż nawiedzały jej główkę. Jeśli zeszłym razem, pod wpływem duchowej depresji, w obawie mogących nastąpić rewelacji, znudzona tą ciągłą pogonią za majątkiem i stanowiskiem, wspomniała, że obrzydł jej Stratyński, a chętnie złączyłaby się z kimś, do kogo mogłaby się przywiązać - mówiła szczerze. Lecz obecnie nie groziło niebezpieczeństwo - natomiast na myśl przychodziły zastrzeżenia...
Jakaż oczekuje ją przyszłość w związku, czy też małżeństwie z literatem, który ledwie zarabia na siebie. Czy potrafi się ograniczyć, zastosować do skromnych warunków bytu? Ona, która tak kocha zbytek, piękne futra, stroje, klejnoty... Jej osobisty majątek? O tym majątku chętnie lubiła pani Vera z wiadomych sobie powodów opowiadać - w rzeczy samej ograniczał się on - do niewielkiego kapitaliku... Bo choć fortuny już posiadła w swojem życiu - szybko topniały one w drobnych rączkach...
Co robić? Przykro zrywać z Otockim. Podoba się jej naprawdę. Jest nieco chwiejny i zmienny - ale przystojny, subtelny, inteligentny...
Może oczekuje go sława...
Lecz czy nie przerazi się przeszłości? Czy wybaczy? Toż i względem niego postąpiła nieładnie, wykradając walizkę. Na szczęście, nigdy o tem się nie dowie...
A Stratyński?
Ze Stratyńskim byt ma zapewniony. To cicha przystań po burzliwym żywocie. Stratyński nie wypomni grzechów przeszłości... Wie o nich doskonale.
W każdym razie Otockiego nie zamierza tak prędko porzucić. Wypadnie lawirować.
Więc! Otocki, czy Stratyński?
I tak źle i tak niedobrze... Nie potrafi obecnie powziąść decyzji.
Byle tylko się nie poznał na tej podwójnej grze...
- Mój drogi - rzekła, obmyśliwszy sobie odpowiedź, - zrozum, że muszę się zastanowić i jakoś wszystko ułożyć... Bądź spokojny...
Lecz Otocki właśnie nie był "spokojny".
- Vero! - zawołał namiętnie - Chciałbym wciąż być przy tobie! Chciałbym cię odwiedzać o każdej porze dnia i nocy... Chciałbym, aby wszyscy wiedzieli o mojem szczęściu, a nie korzystać z tego szczęścia, jak złodziej...
- Zaczekaj...
- Nie chcę czekać! Jestem zazdrosny... Zazdrosny, niczem młodzieniaszek... Wciąż wydaje mi się, że cię widzę w objęciach tego starca... Że nie należysz niepodzielnie do mnie...
Grzesznica uśmiechnęła się lekko. Przypomniała się jej scena z "buldogiem". I tamten był zazdrosny, a ona tak nieznosiła zazdrości. Otockiemu jednak odpowiedziała inaczej.
- Dzieciaku! - wymówiła słodko - Wielki dzieciaku! Zapewniam cię, że mnie ze Stratyńskim nic nie łączy! Możesz polegać na twojej Verze... Ale mamy wspólne interesy... Nie mogę zerwać z nim z dnia na dzień... Sam pojmujesz, że nic złego mi nie uczynił i winnam z nim wyjść przyzwoicie.. Jeszcze tydzień, jeszcze dwa... a wyjaśnię sytuację...
- Vero! Ja się męczę...
- Doprawdy niema o co! Powtarzam, nie bądź śmieszny i cierpliwie poczekaj... Przecież widujemy się ciągłe.
Udzieliwszy podobnie ogólnikowej odpowiedzi, Vera ucałowała kochanka i szybko wybiegła z mieszkania, rzekłbyś unikając dalszej dyskusji na niebezpieczny temat.
Westchnął... Nie tak sobie wyobrażał jej wyjaśnienie.
- - - - - - - - - - - -
Opuściwszy mieszkanko Otockiego, Vera chcąc się uspokoić i nieco ułożyć swe myśli, podążyła na piechotę do domu.
Lecz rychło oczekiwało ją nowe spotkanie.
Gdy kierując się w stronę Alei Róż, znalazła się w Alejach Ujazdowskich - spostrzegła, iż naprzeciw niej idzie jakiś starszy pan, w towarzystwie młodej panny.
Był to Stratyński z córką...
Vera niezbyt pragnęła wdawać się w rozmowę z Rytą - ale cofać się było za późno. Zresztą dojrzał ją już prezes i dawał na powitanie przyjazne znaki ręką.
- Na spacer wybrała się nasza śliczna pani! - rzekł, gdy się zrównali. - My również... Nawet zamierzaliśmy do pani wstąpić... Nie wiedziałem tylko, czy nie przeszkodzimy...
- Ależ, bardzo proszę! - bąknęła, zerkając z pod opuszczonych rzęs na Rytę.
Młoda osóbka, dziś ubrana w jasną, ładną sukienkę, uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Tak, sama ciągnęłam papę!... Chciałabym się bardzo z panią zaprzyjaźnić.
Vera spoglądała coraz bardziej podejrzliwie. Przyszłą "macochę" bardzo zastanowiły słowa przyszłej "pasierbicy".
- To pani mnie lubi, panno Ryto?
- Jakże można nie lubić takiej ślicznej i miłej kobiety, jak pani...
Słowa te zabrzmiały niezwykle szczerze - to też Vera nie mniej "szczerze" odrzekła.
- Mam nadzieję, że będziemy zawsze w wielkiej zgodzie!
- A czemu nie miałybyśmy być w zgodzie? - ze zdziwieniem zapytała Stratyńska.
- Pragnie pani tego, panno Ryto...
- Z całego serca...
- Naprawdę?...
- Czemu pani wątpi, pani Vero...
- Och, wcale już nie wątpię! - wesoło zabrzmiał głos grzesznicy.
Na scenę tę z rozczuleniem patrzył prezes Stratyński. Istotnie, ładny to był obrazek te dwie kobiety, młode, strojne i wesołe, stojące obok siebie. Vera bezsprzecznie była daleko ładniejsza, ale i Rycie nie brakło uroku. Na pozór wyglądała daleko niewinniej i na daleko mniej przez życie uświadomioną, niźli demoniczna grzesznica.
Obie uśmiechały się przyjaźnie do siebie i wydawało się, że pragną wejść nawzajem w serdeczną zażyłość.
To też westchnienie ulgi, wymknęło się z piersi prezesa.
Ach... Wszystko jeszcze ułoży się dobrze...
- - - - - - - - - - - -
Otocki po wyjściu grzesznicy, długo chodził wzdłuż i wszerz gabinetu, bijąc się z myślami własnemi i paląc nieskończoną ilość papierosów, jednego za drugim....
Dokąd go zaprowadzi ten cały stosunek?
Co właściwie zamierza Vera?
Nie dała szczerej odpowiedzi. Jej odpowiedź była bardzo ogólnikowa. On długo nie zniesie podobnej roli. Roli "kochanka od serca" - gdy panem i władcą pozostaje Stratyński...
Tak, Stratyński...
Wreszcie, zniecierpliwiony, pochwycił za kapelusz i laskę, również postanawiając przechadzką uspokoić podniecone nerwy.
Ściemniło się już dobrze, gdy wychodził z domu. Był ciepły, letni wieczór. Tu i owdzie zapalano latarnie, a chodniki roiły się od barwnego i ożywionego tłumu.
Na chwilę przystanął w zadumie, nie wiedząc dokąd się skierować. Później jął iść, prosto przed siebie.
Gdyby Otocki mniej zatopił się w swe myśli, zapewne uderzyłby go pewien szczegół.
Oto, od dłuższego czasu, na przeciw kamienicy w której zamieszkiwał, krążył jakiś młody, wysoki drab, jakby sprawując czaty.
Czaty te musiały posiadać związek z osobą Otockiego, bo skoro go ujrzał - błysk zadowolenia przemknął w jego oczach - a z ust wypadł cichy syk..
- Jest...
Na syk ten, przechodząca rzekłbyś przypadkiem ulicą kobieta, przybliżyła się do draba. Była otulona w chustkę, zasłaniającą twarz i wyglądem swym przypominała służącą.
- Wyszedł? - szepnęła cicho.
Kiwnął głową.
- Idziemy?
- Co czekać?
- Ty pierwszy... ja za tobą...
- Dobra je...
- Są statki?
- Wyłamiem drzwi w tri miga...
- Świetnie.
- Kikuj w oba na ciecia, jak bendziem na schody liźć...
- Już wypatrzyłam... Wcale go niema w bramie...
- Jazda...
Rozmawiający wślizgnęli się, jak cienie do domu, w którym zamieszkiwał Otocki, nie zauważeni przez nikogo. Najprzód mężczyzna, potem kobieta...
Otocki tymczasem kroczył powoli, zatopiony w swe dumy.
Och, niewesołe były te rozmyślania.
Nie błogosławił już obecnie, a przeklinał chwilę, kiedy poznał Verę... Przychodziły mu na myśl teraz opowiadania o kaprysach i zmienności uczuć pięknej pani. Wspomniał i o malarzu, który będąc porzucony przez "grzesznicę o krwawych ustach" - zemścił się, malując złośliwie jej portret...
Obiecywała, że zerwie ostatecznie z prezesem?... Lecz Otocki zbyt dobrze znał kobiety, aby nie wyczuć, iż poza tą obietnicą kryje się wahanie. Podobnie wybuchowa i żywiołowa natura, jak Vera, gdyby zamierzyła tak postąpić - zerwałaby natychmiast, nie oglądając się na żadne "względy towarzyskie"...
Więc?
To, co przewidywał od początku! Szał, przelotne upojenie... Pierwsze chwile uniesienia przeszły - pojawiła się refleksja - co za przyszłość oczekuje ją z biednym literatem? Zresztą, czy kiedykolwiek myślała szczerze się z nim złączyć? Wątpliwe! Ileż to najdziwniejszych obietnic składają mężczyźni i kobiety w chwilach miłosnego uniesienia - aby ich nigdy nie dotrzymać...
Ot, pragnie pobawić się nim jeszcze dzień, dwa, trzy, może tydzień... Wszak ostrzegał Tonio, iż rzadko kiedy dłużej trwają te kaprysy, "flirty". A później odrzuci go najspokojniej precz, jak z tyloma w swoim życiu postąpiła - i powiększy on tylko zbiór "zapomnianych kochanków".
- Tam do licha! Dlaczegoż Otocki musi każdą miłostkę brać poważnie? Czemu i on nie umie "zabawić się w uczucie"?
Zaszedł do kawiarni sądząc, że ruch i gwar przygłuszy przykre myśli. Daremnie. Nudziła go pusta i czcza paplanina znajomych, wiecznie ta sama młocka plotek i oklepanych frazesów.
Nieokreślony jakiś instynkt, pchał go z powrotem do domu.
- Zabiorę się do pracy... Przy pracy minie zdenerwowanie...
Opuścił kawiarnię i szybkim krokiem podążył na Piękną.
Już dom, w którym zamieszkuje... Rozłoży rękopisy i weźmie się uczciwie do roboty. Dość tych miłostek i przygód, które wytrącają z równowagi duchowej, dość tej psychicznej depresji...
Gdy znalazł się przed domem, otarł się o niego prawie jakiś drab, spojrzał nań przelotnie i pobiegł dalej... Choć drab ten przemknął niezwykle pośpiesznie, podobne spotkanie nie zwróciłoby uwagi Otockiego, gdyby nie nowy szczegół...
Z bramy wyszła również pośpiesznie dziewczyna, otulona w chustkę a ujrzawszy pisarza, cofnęła się jakby mimowolnie. Odruch ten trwał może sekundę, lecz sekunda ta wystarczyła, aby rozpoznał rysy znajome.
- Ryta! - zawołał - Panno Ryto, co pani tu robi?
Ale dziewczyna, nie oglądając się i puściwszy mimo uszów wykrzyknik, była daleko. Czy ją doganiać? Poco? Zapewne się pomylił. Stratyńska biega wieczorem, po ulicach, w chustce? Przywidzenie... Zapewne służąca, podobna trochę do Ryty... Wszędzie wydaje mu się, że widzi jej rysy...
Uśmiechnął się i podążył na górę...
Lecz, gdy otworzył mieszkanie - wnet uśmiech znikł z jego twarzy.
W gabineciku panował nieopisany nieład.
Wszystkie szuflady biurka zostały wyłamane. Powyciągano z tamtąd papiery, które obecnie chaotycznie zaścielały podłogę. Porozrzucano książki z bibljoteki, jakby wśród nich poszukując czegoś. Nie darowano również meblom i obrazom. Z mebli zostały ściągnięte pokrowce, zaś obrazy zdjęto ze ścian...
- Złodzieje...
Zajrzał do sypialni.
Nieproszeni goście nie oszczędzili sypialni - nosiła ona ślady szczegółowo przeprowadzonej rewizji. Z rozbitej szafy wyzierała poprzewracana bielizna, łóżko przedstawiało jedno rumowisko, skłębionych poduszek i materaców.
- Co skradziono?
Szybko pobiegł wzrokiem po urządzeniu i począł sprawdzać. Jakaż ściągnęła tu włamywaczów przynęta? Książki, meble, obrazy? Wątpliwie. Aby je zabrać, trzeba wywieźć sprzęty furgonem. Ale złodzieje prawdziwi, pochwyciliby ubranie, pościel, bieliznę i kosztowniejsze drobiazgi. Te zaś pozostały nietknięte. Czegoś innego więc poszukiwali... przestępcy.
- Ach! - zawołał nagle.
Olśniła go pewna myśl. Przypomniał sobie o spotkaniu w bramie z dziewczyną, otuloną w chustkę, podobną do Ryty. Nie pomylił się! Ta dziewczyna nie była podobna do Ryty - to była Ryta we własnej osobie!
Jeszcze podejrzewa, że przywłaszczył sobie klejnoty i dokumenty, które znajdowały się w walizce? Nowe ogarnęło Stratyńską szaleństwo? Wypatrzywszy, kiedy będzie nieobecny, zakradła się do mieszkania i przeprowadziła rewizję, poszukując rzekomo skradzionej biżuterji, przy pomocy zawodowego złodzieja?
Bo tylko zawodowy złodziej mógł równie sprawnie porozbijać wszystko...
Teraz przypomniał sobie Otocki, że na sekundę przed spotkaniem z Rytą, otarł się o niego jakiś podejrzany drab.
Stratyńska łączy się z przestępcami?
Znów uciekła z domu, nadal sądzi, pod wpływem obłędu, że kufereczek zawierał klejnoty i dokumenty, miast gazet i starych pudełek?
A wczoraj, na zebraniu u Very, tak już wyglądała przytomnie i spokojnie...
Nie... Natychmiast należy powiadomić Verę.
Pochwycił za słuchawkę telefonicznego aparatu, nie zważając na to, że jego telefon mógł grzesznicy wypaść niepożądanie...
- Vero! - zawołał, posłyszawszy jej głos. - Daruj, że cię niepokoję, ale zaszedł wypadek...
- Cóż takiego?
- Dokonano u mnie włamania!
- U pana, włamania?
Otocki zrozumiał, iż Vera nie jest sama, skoro mówi mu: "panie".
I on zmienił swój ton, na bardziej oficjalny.
- Tak... proszę pani... włamania... A wiesz kto? - dodał ciszej.
- Nie?
- Ryta!
- Niemożebne! Omylił się pan!
- Nie omyliłem się wcale! Wyszedłem na godzinę z domu. Powracam, natykam się w bramie na dziewczynę w chustce. Spoglądam - Ryta... Ale jeszcze miałem wątpliwości... Myślałem, że pod wpływem zdenerwowania, wziąłem jakąś służącą za pannę Stratyńską...
- Zapewne tak i było...
- Tymczasem, wchodzę do mieszkania, wszystko porozrzucane, szafy porozbijane, wyłamano szuflady z biurka... Ale złodzieje nic nie zabrali. Nie tknęli nawet ubrania i bielizny... O cóż innego więc im chodziło. Twierdzę tedy stanowczo, że to Ryta, dobrawszy sobie do pomocy jakiegoś draba, dokonała rewizji.. Zresztą poznałem ją świetnie...
- Powtarzam... Pomyliłeś się...
Głos Very zabrzmiał taką pewnością, że Otocki ze zdumieniem zawołał.
- Czemu nie wierzysz?
- Bo uwierzyć nie mogę!
- Dla czego?
- Panna Ryta Stratyńska znajduje się od godziny u mnie.
- Co? - Otocki miał wrażenie, iż cały pokój wraz z nim zawirował dokoła.
- Panna Ryta - powtórzyła z jeszcze większym naciskiem Vera - była na tyle uprzejma, iż odwiedziła mnie wieczorem... Może pan pragnie z nią parę słów zamienić?
Otocki teraz już tylko niewyraźnie bełkotał w tubę... Posłyszał natomiast, tam w pokoju Very, srebrzysty śmiech i wesoło rzucone zdanie - "Z kim pani tak długo rozmawiała?".
- Z panem Otockim! - zabrzmiała odpowiedź. - Zatelefonował do mnie w pewnej sprawie.. Może i pani, panno Ryto, zechce naszego autora pozdrowić. Skarży się, że okropnie ozięble ostatnim razem potraktowała go pani...
- Ozięble! Bo..
- Oddaję słuchawkę...
- Pan Otocki? - dobiegł tak dobrze znajomy głos. - Skarży się pan na mnie do pani Very, że byłam dla pana niegrzeczna? Bardzo mi przykro... Ale zadawał pan takie dziwne zapytania... Sądziłam, że szanowny autor... nieco jest podniecony... dobrym trunkiem...
- Kiedy... ja... bo... Jaki... tam trunek... - zamamrotał i zapewne powtórnie musiało się wydać Stratyńskiej, że Otocki jest tęgo pijany.
Wymówiwszy parę banalnych frazesów, z całej siły zmuszając się do uprzejmości, zakończył rozmowę i odłożył słuchawkę.
Wielkie krople potu spływały mu z czoła.
Nie skłamała Vera! Ryta znajdowała się u niej!
Lecz w takim razie, cóż to wszystko znaczyło? Usiadł na krzesełku i pochwycił się oburącz za głowę.
Ryta, ta sama Ryta, która w chustce, przebrana, w towarzystwie jakiegoś draba, dokonała włamania w jego mieszkaniu - w tymże czasie bawiła u Very?
Czy on oszalał? Czy umyślnie robią z niego szaleńca? Vera? Cóżby miała za cel, aby go oszukiwać? Zresztą, przecież rozmawiał z Rytą...
Nic już teraz nie pojmował i czuł, że poczyna mu się mieszać w głowie...