ROZDZIAŁ 1Pierwszy dzień i pierwszy dywanik
Mam na imię Rysiek i właśnie zostałem uczniem. Prawdziwym. Takim z plecakiem, kanapkami w śniadaniówce, trampkami na wuef w worku i piórnikiem, który mama kupiła w promocji. Tak się wtedy ucieszyła, że zaoszczędziła trochę kasy, że zabrała nas na lody i wszystko wydała.
Od tygodni myślę o tym, jak to będzie. Na pewno wszyscy będą mówić: "Rysiek, ale pięknie rysujesz!", a pani powiesi mój rysunek nad tablicą. (Bo nie wiem, czy wiesz, ale uwielbiam rysować!) I każdy będzie chciał siedzieć koło mnie i będzie prosił: "Narysuj mi coś, Rysiek, proooszę!". A ja będę miał same szóstki, bo jeśli ktoś umie rysować, to przecież musi być mądry i ładnie pisać, bo czym się różni trzymanie pisaka od długopisu? Pewnie to tak samo łatwe. A jak ktoś mnie zapyta, co chcę w nagrodę, to odpowiem: "Psa". Drugiego psa, bo mam już Klopsa, ale Klops nie nadaje się do szkoły, bo puszcza straszne bąki i chrapie jak dziadek Włodek, więc zagłuszałby lekcje.
Pierwszego dnia szkoły mama patrzy na mnie ze łzami w oczach. Nie wiem, czy ze wzruszenia, że jestem już taki duży, czy z żalu, że ona się tak szybko starzeje. I mówi:
- Rysiu, bądź dziś grzeczny, dobrze?
Kiwam głową tak mocno, że aż mi chrupie w szyi.
- Obiecuję, mamo.
Jednak wiem, że to trochę tak, jak obiecać, że już nigdy nie zjem nic słodkiego przed obiadem. Niby człowiek obiecuje, ale potem niespodziewanie znajduje batonik.
Rano wszystko idzie dobrze. Trzymam się z Niną, bo Nina jest jak starsza (o dwa miesiące) siostra. A może nawet lepsza, bo nie mówi, że śmierdzę po wyścigach rowerowych. Znamy się od zawsze, bo mieszkamy w tym samym bloku, tylko ona trzy klatki dalej. Najpierw jeździliśmy razem na wycieczki w wózkach, potem kąpaliśmy się w jednym dmuchanym basenie i chodziliśmy razem do przedszkola, a teraz stoimy przed salą gimnastyczną w naszej nowej szkole. Nina poprawia mi kołnierzyk i daje złotą radę:
- Rysiu, tylko nie gadaj głupot, jak pani zapyta o coś ważnego, dobra?
- Jakich głupot? - dociekam, bo ja nigdy nie gadam głupot. Tylko czasem.
- No na przykład o Klopsie i kukurydzy. Nie mów od razu o kukurydzy.
- Ale Klops uwielbia kukurydzę!
Nina przewraca oczami.
- Właśnie o tym mówię.
Nagle dookoła nas zbiera się banda dziewczynek. Wszystkie mają kolorowe gumki we włosach albo opaski z uszami kotów. Jedna z nich, z kokiem w kształcie kupy Klopsa, pyta Ninę:
- Idziesz z nami? Ustawiamy się już na miejscach! Jestem Klara.
- Poczekaj, Nina! - sapię i chcę ją złapać za rękaw. - A ja?
- Chodź za mną! - woła Nina, ale już jest za daleko, porwana przez chichoczące brokatowe tornado. Po chwili wszystkie znikają mi z oczu jak bańki mydlane. I zostaję sam. Patrzę w pustkę i udaję, że mi to nie przeszkadza. Ale przeszkadza. Bo kto chciałby być sam pierwszego dnia szkoły?
W brzuchu czuję taki ciężki kamień. Dam sobie radę? Patrzę na mamę, a ona się uśmiecha. Stoi nieco dalej z mamą Niny i plotkują o tym, jak ostatnio w supermarkecie popuściłem w majtki, bo przestraszył mnie koleś rozdający ulotki, przebrany za jeżozwierza. Tak naprawdę akurat piłem wtedy sok jabłkowy, a jeżozwierz wyskoczył zza półki z płatkami śniadaniowymi i po prostu się zakrztusiłem i oblałem. Ale mama lubi koloryzować.
Zaciskam pięści i próbuję wyglądać tak, jakbym wcale się nie bał. Odwracam się na pięcie, podnoszę nogę, o którą nagle potyka się jakiś wielki facet z łysiną na czubku głowy. Przelatuje mi przed oczami, robi fikołka na ziemi, po czym wstaje i idzie dalej.
- Ej, młody! - burczy przez ramię. - Patrz pod nogi!
- Przepraszam... - mówię, ale tak cicho, że chyba sam siebie nie słyszę. Właśnie prawie zabiłem jednego z nauczycieli. Plan bycia wzorowym uczniem zaczyna pękać... Trach!
Wchodzę na salę gimnastyczną, bo tam ma być uroczyste rozpoczęcie. Rozglądam się, czy gdzieś nie ma Niny. Nie ma. Albo jest w środku różowo-czarno-białej kuli z brokatu i chichotu. Ale za to jest ktoś inny. Chłopak w koszuli z Lordem Vaderem na plecach. Stoi obok i patrzy na mnie, jakbym właśnie zrobił coś super.
- Nieźle ci to wyszło - mówi i się uśmiecha. - Prawie go wyeliminowałeś, co?
- Prawie... - odpowiadam i zmieniam temat: - Masz fajną koszulę.
- No. - Kiwa głową. - Mama się wkurzyła, gdy ją założyłem, bo mówi, że do szkoły trzeba na galowo. Ale tata powiedział, że galowo to znaczy czarno-biało. Koszula jest biała, a Vader jest czarny, więc jest git.
Chłopak śmieje się tak, jakby wszystko było łatwe i proste. Wtedy myślę: "Może jednak będzie dobrze. Może nie będę sam". I też zaczynam się śmiać.
- Jestem Staś - przedstawia się chłopak i wyciąga rękę.
- Rysiek. - Ściskam mu dłoń. Mocno. Tak jak dziadek mnie uczył.
Przemowa dyrektora jest długa i potwornie nudna. Dlatego ze Stasiem ucinamy sobie najpierw drzemkę, a potem ciekawą rozmowę. Opowiadam mu o moim psie. Okazuje się, że nowy kolega nie ma żadnego zwierzaka w domu, ale ma starszego brata. I czasem to on, Staś, czuje się jak jego żywa maskotka.
- Jak chcesz, mogę ci narysować Klopsa - proponuję. Zawsze mam przy sobie jakiś pisak.
- Klopsa?
- Tak się wabi mój pies. Klops.
- Dawaj.
Nie mam przy sobie kartki, więc rysuję mu Klopsa na ręce. Wychodzi super - z dużymi uszami i puchatym ogonem jak u wiewiórki. Potem dodaję kolbę kukurydzy, bo Klops kocha kukurydzę.
Staś patrzy i rechocze na cały głos.
- Ale super! - mówi. - Tylko... czemu ta kukurydza wygląda trochę jak...
- Jak co?
- Jak kupa! - wybucha Staś. I śmieje się jeszcze głośniej.
Nagle robi się strasznie cicho. Wszyscy, cała szkoła, patrzą na nas, a najbardziej gniewnie pan dyrektor z podniesioną jedną brwią i purpurowa na twarzy nauczycielka, która stoi przy stojaku z napisem "1B". 1B to nasza klasa, więc ta pani to pewnie nasza wychowawczyni. Skacze do nas jednym susem i staje nad nami. Ma spojrzenie świdrujące jak sokół.
- Co to ma być? - syczy.
- To Klops i kukurydza - mówię.
Pani patrzy na mnie. Potem na rękę Stasia. I znowu na mnie.
- A marker? Jest zmywalny? - pyta.
Patrzę na marker. Patrzę na rękę Stasia. Ups...
- Chyba nie... - odpowiadam cicho.
Pani sapie i przewraca oczami. Potem rozchodzimy się do klas. Okazuje się, że nasza wychowawczyni ma na nazwisko Kapuścińska. Z takim nazwiskiem też chodziłbym ze skwaszoną miną, he, he.
No, ale reszta dnia jest spoko. Umawiamy się ze Stasiem, że będziemy siedzieć razem w ławce. Dobrze, że go mam, bo szkoła jest strasznie dziwna. Chyba nie lubią w niej artystów.
***
Pierwszych kilka dni mija spokojnie. No, prawie spokojnie. W domu mama co wieczór pyta:
- I jak było w szkole? Byłeś grzeczny?
A ja mówię:
- Byłem.
Bo co mam powiedzieć? Że Staś już trzy razy namawiał mnie, żeby rysować po ławce? Że pani Kapuścińska złapała mnie na rysowaniu w zeszycie do matematyki potwora jeżdżącego na świni z Minecrafta? Lepiej mówić, że jest spokojnie.
Ale naprawdę szkoła nie jest taka, jak myślałem. Pani Kapuścińska wcale nie przypomina tych miłych nauczycielek z reklam, które widziałem w telewizji. Jak coś sobie rysuję, to patrzy na mnie jak na wybryk natury. Raz nawet powiedziała:
- Ryszardzie, zeszyt służy do pisania, nie do bazgrania!
A ja przecież nie bazgrzę! Ja tworzę sztukę! Tylko kto by to jej wytłumaczył? Na pewno nie Staś.
Staś ma swój świat. I w tym świecie nie istnieje hasło "nie wolno".
- Rysiek - szepcze do mnie na którejś lekcji - patrz.
I pokazuje mi długopis z wyjętym wkładem.
- No? - pytam.
- To wyrzutnia. - Wyciąga z kieszeni pogiętą kartkę i zaczyna ją drzeć na drobne kawałki. - Patrz.
Robi kulkę, wkłada ją w rurkę z długopisu i dmucha. Kulka wystrzeliwuje i ląduje w plecaku Adama. Staś wygląda, jakby właśnie wygrał mistrzostwa świata.
Adam tego nie widzi, jest czymś strasznie zajęty. Pewnie zadaniem, które pani napisała na tablicy. Ma okulary sklejone taśmą klejącą i wygląda jak ktoś, kto się cieszy z zestawu małego naukowca. Dla mnie zawsze było jasne, że tacy okularnicy jak Adam to nerdy, które siedzą cicho. Ale Staś twierdzi, że Adam jest inny.
- Adam to szpieg - mówi mój kolega. - Udaje, że nic nie widzi, ale widzi wszystko.
I chyba ma rację. Bo kiedy Staś wpada na genialny plan, Adam od razu jest tam, gdzie nie trzeba.
I odkrywamy to tak:
- Rysiek - mówi Staś - patrz na panią! Jest zielona! Musisz ją narysować jako kosmitkę, bo ja nie umiem. To będzie dowód rzeczowy, że ona jest z kosmosu.
Zerkam na niego, ale przypomina mi się mama, która zwraca się do mnie: "Ryszardzie!". Przełykam więc ślinę i mówię coś, czego nigdy nikt ode mnie nie słyszał:
- Ale jesteśmy w szkole. Tu nie rozdają medali za wygłupy. Nie róbmy tego.
- Jak narysujesz, to dam ci moje drugie śniadanie.
Dobry jest. Wie, że znowu zapomniałem śniadaniówki z domu. I robi takie oczy jak Klops, kiedy chce kiełbasę. Nie mam szans.
No i rysuję. Zielona Kapuścińska z trzema czułkami. Z oczami, z których strzelają lasery. Dodaję jej płaszcz superkosmity i buty na sprężynach. Staś rechocze i stuka mnie łokciem.
- Narysuj tak, żeby trzymała linijkę jak miecz świetlny!
- Dobra, ale potem to chowamy, jasne?
- Jasne, Rysiek, pewnie!
Nie zdążamy. Bo wtedy zza naszych pleców wychyla się Adam. A taki był skupiony na lekcji! Okazuje się, że wcale nie spisywał niczego z tablicy, tylko wkładał sobie plastelinę pod paznokcie, żeby były czarne, i jednocześnie nas podsłuchiwał.
- Co rysujecie? - pyta i wciąga powietrze jak odkurzacz. - Pokażcie!
- Spadaj - mówi Staś.
Ale Adam już widzi. I zanim udaje się cokolwiek zrobić, wydziera nam kartkę i zrywa się z miejsca.
- Oddaj to! - syczę i próbuję go złapać za rękaw, ale Adam jest szybszy.
Nie leci do Kapuścińskiej. Pędzi do Klary.
Klara siedzi prosto jak struna. Zawsze ma ręce złożone na ławce i usta spięte jakąś niewidzialną klamerką, jakby w każdej chwili chciała powiedzieć: "To jest żałosne!". Zawsze ma też kok. Nie tylko na wielkie uroczystości.
Adam coś jej szepcze i podaje rysunek. Klara patrzy. Potem patrzy na nas, i mruży oczy. A ja czuję, że już po nas.
Klara wstaje i podchodzi do pani. Podaje jej kartkę jak wyrok śmierci.
Pani Kapuścińska bierze rysunek. Patrzy. Chyba się rozpoznaje. Ewentualnie widzi podpis na obrazku: "Kapuścińska jest kosmitką". Patrzy na mnie. Patrzy na Stasia. I nie mówi nic.
Później jest jeszcze gorzej. Rozmyśla nad karą przez całą lekcję. Znaczy się, nad konsekwencjami, bo przecież nie można karać dzieci. Niech ktoś mi wyjaśni, czym to się różni, to narysuję mu Nagrodę Nobla.
W końcu po lekcji mówi:
- Ryszardzie, Stanisławie. Do gabinetu dyrektora.
- Ale... - zaczynam, ale Staś szturcha mnie w bok.
- Cicho bądź - szepcze. - Jak będziesz mówił, będzie gorzej.
***
I tak siedzę teraz na krześle przed gabinetem dyrektora. Nogi mi dyndają, bo nie sięgam do podłogi. Pewnie specjalnie dali tu takie wysokie siedzenia, żebyśmy się czuli jeszcze mniejsi. Małe nędzne robale. Staś siedzi obok, ale wcale nie wygląda na przestraszonego. Tym bardziej na robala.
- Będzie dobrze - mówi i szczerzy do mnie zęby. - Najwyżej mama się wkurzy.
- Moja się wkurzy bardziej - mówię. - Już tysiąc razy mówiła mi, żebym był grzeczny.
- No i byłeś - mówi Staś. - To wszystko moja wina.
- Ale to ja rysowałem...
- Bo jesteś w tym świetny.
Patrzę w podłogę i próbuję zrozumieć, jak to możliwe, że wszystko idzie nie tak, zanim w ogóle się zacznie. Może szkoła jest inna, niż myślałem. Może ja mam być inny? Może powinienem rysować tylko w domu, na papierze, a nie na rękach Stasia i w zeszytach? Albo może po prostu jestem z innej bajki niż reszta. I może to dobrze. Bo w mojej bajce są Klops, kukurydza, kosmiczna Kapuścińska i Staś. I nawet jak pani mówi, że to głupoty, to ja wiem swoje.
Może w szkole nie da się być wzorowym uczniem i rysownikiem jednocześnie. Może trzeba wybrać. Ale ja nie umiem nie rysować. Nie umiem nie wymyślać smoków, potworów i ufoludków. Gdy ktoś mi zabierze ołówek, to tak, jakby zabrał pół głowy. Zresztą nawet kiedy mi go odbiorą, to i tak będę rysował. Chociażby palcem na zaparowanej szybie.
Prawdopodobnie, jak już przeżyję dyrektora, narysuję coś jeszcze. Tylko muszę pilnować, żeby nikt mnie nie podglądał. I żeby marker był zmywalny.
Już wiem! Zamienię imiona w komiksach na pseudonimy! Teraz nikt się nie kapnie, o kim mowa!