1
meg
Widziałam jedynie jej zdjęcie, zrobione chyba w latach sześćdziesiątych przez jakiegoś słynnego fotografa. Była na nim ubrana w niebieską, bezkształtną sukienkę i stała przy sztaludze, patrząc na płótno, jakby zawierało w sobie odpowiedzi na wszystkie pytania. Wypięte biodro. Jedna ręka obejmująca talię, skrzyżowana z drugą, dymiący papieros w luźnej dłoni. Wymowne spojrzenie i uniesiona brew. Zapamiętałam wszystkie linie, rysy i cienie.
Siedziałam teraz w jeepie, wpatrzona w jej stary dom. Przechylał się ostro na lewo i miał troje frontowych drzwi - każde pomalowane na jaskrawy kolor. Kręty chodniczek prowadzący do ganku raził jeszcze bardziej.
Wytarłam wilgotne dłonie w dżinsy, po czym zabrałam się do pradawnego ludzkiego rytuału strzelania kostkami palców. Raz. I drugi. Ale nawet to nie pomogło mi uspokoić nerwów. Istniały jednak słowa, które tłumiły panikę. Na przykład te...
Henry Whitmire jest wart tego i jeszcze o wiele więcej.
Henry Whitmire jest wart tony złota.
Troje drzwi, zamkniętych na cztery spusty, jakby chciały powiedzieć: "Idź sobie". Drwiły ze mnie.
W końcu środkowe, w kolorze wiśniowym, powoli się otworzyły. Czy to broń? Schyliłam się pod kierownicę. Próbowałam wypełnić sobą przestrzeń zarezerwowaną dla kolan, kostek i czasem toreb, których nie powinno tam być, bo mogły się wsunąć pod pedał hamulca. Zanuciłam, żeby się uspokoić.
Moja mama opowiadała o Jo Russell, artystce międzynarodowej sławy, jak o cudotwórczyni. Jej obrazy przedstawiające konie i sterane życiem ludzkie twarze stały się symbolem Zachodu. Jednak wśród miejscowych Jo była znana bardziej z nieprzewidywalnego zachowania niż ze swojej sztuki. W wieku osiemdziesięciu siedmiu lat nadawała nowy wymiar słowu "szaleństwo" - którego nie rzucam na wiatr.
Z półprzymkniętymi oczami wyobraziłam sobie, jak owija się płaszczem, uśmiecha pobłażliwie i tanecznym krokiem podchodzi do mojego jeepa, żeby mnie powitać. Nie puściłam jednak wodzy tej fantazji, bo fantazje nigdy nie wychodziły mi na dobre.
Nawet jeśli według plotek ta kobieta była wredna, mimo wszystko była człowiekiem. A człowieka da się poznać i zrozumieć.
Zerknęłam ponad deskę rozdzielczą. Opierała się o framugę drzwi. Miała nade mną przewagę, stała wyżej. W ogóle nie przypominała mojego wyobrażenia. Pomachała do mnie, więc chwyciłam torebkę i kluczyki i wyskoczyłam z jeepa. Lepiej się przedstawić, póki jest przy zdrowych zmysłach. W połowie ścieżki zdałam sobie sprawę, że ona wcale do mnie nie macha, tylko mnie odpędza.
- Mam broń, młoda damo.
Jej słowa były wyważone i nieskruszone - ot, przekazywały informację, która w najbliższej przyszłości mogła mi się przydać.
Zastygłam w miejscu i uniosłam ręce.
- Jestem Meg, pani Russell.
Mój głos zabrzmiał cicho i zaskakująco dziecinnie jak na siedemnastoletnią dziewczynę. Przez ostatnich kilka lat przeszłam wiele intensywnych doświadczeń. Straciłam brata, Wyatta. Przeprowadziłam się dwa i pół tysiąca kilometrów od jedynego domu, jaki znałam. Straciłam mamę, a potem na nowo ją odnalazłam, tym razem głębiej. Zakochałam się w chłopaku, z którym potem się pożegnałam. To spotkanie... z nową osobą, artystką, nie powinno mnie w ogóle ruszać.
- Cokolwiek sprzedajesz, nie kupię tego.
Zmusiłam się, by nawiązać z nią kontakt wzrokowy i wyglądać przyjaźnie. Miała na głowie wełnianą czapkę w kolorach tęczy, była ubrana w narciarskie spodnie moro i poplamiony biały sweter z napisem: "NIE JEM ŻÓŁTEGO ŚNIEGU".
- Niczego nie sprzedaję, proszę pani.
- Czemu weszłaś bez pozwolenia na mój teren?
Jej twarde spojrzenie pozbawiło mnie pewności siebie.
- Moja mama rozmawiała z panią wczoraj, czy mogłabym pomóc pani w domu... albo przeprowadzić z panią wywiad. Czy przyszłam nie w porę?
- Czy przyszłam nie w porę? - Zaśmiała się i zaklęła jednocześnie. - Kochaniutka, pora zawsze jest zła.
Jeszcze nie spuściła gardy. Jedną rękę miała ukrytą za drzwiami, prawdopodobnie trzymając tę strzelbę.
Zaczęłam się wahać. Musiałam to przetrwać, żeby dostać się na Uniwersytet Wyoming z Henrym, tak jak planowaliśmy. Moja mama, kiedy dowiedziała się, że do podania na studia potrzebuję dokumentów poświadczających udział w jakimś wolontariacie, namówiła mnie do przywrócenia dobrego imienia klejnotowi koronnemu Chapin. Utożsamiała się z Jo w sposób, którego nie potrafiłam zrozumieć. "Jo Russell cierpi" - powiedziała mi kiedyś ze łzami w oczach. "Mogłabyś odwrócić jej uwagę od problemów i przekonać ją do ostatniej wystawy w galerii".
Musiałam więc wykazać się przed Jo, nie zważając na zagrażający mi śrut. Zadzwoniłam zębami i owinęłam się ciaśniej kurtką przed ostrym jesiennym wiatrem.
- Pani Russell, czy naprawdę celuje pani do mnie ze strzelby? - Nie chciałam, żeby to zabrzmiało aż tak bezczelnie.
- A wyglądam na kogoś, kto skłamałby na ten temat?
Tak? Nie? Może...
- Nie przyszłam pani niepokoić. Po prostu... staram się o przyjęcie na studia pisarskie, a moje podanie jest trochę nudne.
- Jednowymiarowe - poprawiła.
- Słucham?
- Chodzi ci o to, że twoje podanie jest jednowymiarowe.
Uśmiechnęłam się, bo uwielbiam ludzi, którzy nie umieją się powstrzymać przed wyjaśnianiem, zwłaszcza takich, którzy wyraźnie akcentują ważne słowa, jakby przywykli do rozmów z imbecylami.
- Tak, proszę pani, ale słyszałam, że mogłaby mi pani pomóc.
Wiedziałam, że lepiej jej nie mówić, że byłam tu też w tym celu, by pomóc jej w podstawowych codziennych czynnościach - jak mycie tłustych włosów i dbanie o to, by zjadła tyle, żeby przeżyć do jutra.
- Kto, do licha, powiedział ci, że pomogę ci z jakimś cholernym podaniem na studia?
- Moja mama... Adele Kavanagh. Ona też jest artystką.
- Nigdy o niej nie słyszałam.
Dłoń, w której niby trzymała strzelbę, wysunęła się zza drzwi, żeby zatknąć za ucho zbłąkany kosmyk włosów.
Ach... Co za ulga.
- Współpracuje z Galerią Kaelin w mieście. Spotkała się z panią kilka razy. Podobno wspominała pani, że przydałby się pani ktoś do pomocy w domu.
- Czemu miałabym mówić coś takiego? Nie chcę nikogo w swoim domu. - Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. - Zwłaszcza takich jak ty, co uszczęśliwiają innych na siłę.
- Aha. - Próbowałam nie pozwolić, by poczucie krzywdy wymalowało się na mojej twarzy.
- Jestem stara, na litość boską! Ludziom się wydaje, że wymyślą dla mnie coś nowego. Głupie, głupie, głupie... - Jej słowa rozpłynęły się w pomruk, który zrozumiała tylko ona sama.
- Mogłabym pomalować pani ganek, o tutaj, gdzie łuszczy się farba. Albo pomóc wysprzątać podwórze. Nie muszę wchodzić do środka.
Jo pokręciła głową, a potem wyciągnęła obie ręce do góry, teatralnie próbując mi pokazać, żebym przestała gadać.
Podrapałam się w głowę.
- A więc... Nie?
- Nie. - Uśmiechnęła się sarkastycznie.
- Dobrze, dziękuję pani Russell. Przepraszam, że panią niepokoiłam.
Odwróciłam się z powrotem do jeepa. Zanim otworzyłam drzwi, zobaczyłam przed oczami twarz Henry'ego, który swoimi brązowymi oczami błagał mnie, bym spróbowała jeszcze raz. Mówił: "Możemy być w Laramie razem".
- Chyba źle się wyraziłam - zawołałam z podjazdu. - Chodzi o to, że potrzebuję kreatywnej mentorki, a pani jest najlepsza. Chcę napisać o pani w moim podaniu na UW, bo próbuję dostać się na kurs pisarstwa dla absolwentów, nie będąc jeszcze absolwentką. Nie mam kwalifikacji, ale bardzo tego chcę.
Tym razem mnie nie uciszyła i nie kłóciła się. Nabrałam pary.
- Czy pani otrzymała od kogoś pomoc, gdy została pani artystką?
Jo uniosła jedną brew, zaczęła skubać strup na przedramieniu i zeszła z ganku, żeby przyjrzeć się mojemu jeepowi.
- Znam to auto. Z księgarni Wind River Books.
- Pracuję tam po szkole. Ale chcę pracować dla pani. Podziwiam pani obrazy.
W jej klatce piersiowej zadudnił głęboki śmiech i jednocześnie wydała z siebie chrapliwe parsknięcie.
- Ta, jasne. - Uniosła twarz do nieba. - Słyszałaś już takie słowo jak "lizusostwo"?
Oblałam się rumieńcem. Bo tak jakby... miała rację.
- To który jest twój ulubiony? - Odwróciła się do mnie plecami i zajrzała przez okno do mojego jeepa.
- Ten ze starym ranczerem. Tym piegowatym.
- To plamy od słońca. Clifton Weatherby. Nie wiem, co ludzie widzą w tym obrazie. Jest kiepski. Nie mógł usiedzieć bez ruchu, bo zesztywniałby do artretyzmu.
- Chodzi o jego oczy. - Przyglądałam się temu obrazowi w albumie w naszej bibliotece tak długo, że mogłam bez trudu przywołać go w pamięci. - Myślę, że wygląda na zagubionego.
- Bo był zagubiony. Biedny, stary Clifton. Pozował mi na tydzień przed upływem daty ważności. Już śmierdział rozkładem. - Patrzyła na mnie wyzywająco, czekając na reakcję.
Zrobiłam krok w jej stronę i uniosłam dłoń w dwupalcowej rękawiczce tak samo, jak robiła moja terapeutka Robin, kiedy myślała, że nastąpił punkt zwrotny.
- Zapewne był pani przyjacielem.
Zamknęła oczy.
- Nie znosiłam go.
Ruszyła w stronę szopy za domem. Poszłam za nią, bo nie byłam pewna, czy już ze mną skończyła.
- Jesteś dziewczyną Whitmire'a, prawda?
Dreptałam tuż za nią jak rozochocony pies.
- Tak. Henry to mój... Jesteśmy parą.
Weszła do szopy i zaczęła szperać w stosie narzędzi, aż wyciągnęła starą miotłę i podała mi. Wzięłam ją i czekałam na instrukcje.
- Gdzie on jest? Na studiach?
Odchrząknęłam.
- Nie, proszę pani. Wyjechał do Nikaragui, pomaga w sierocińcu prowadzonym przez siostrę i jej męża. Spędzi tam rok.
- Rok? - Prychnęła. - W służbie humanitarnej? Jaki nastolatek robi coś takiego? Powinien zaliczać panienki na jakimś kampusie.
Poczułam, jak sztywnieje mi kręgosłup w gotowości obrony wyborów Henry'ego.
- Skończył szkołę w maju i chciał zrobić coś ważnego, zanim pójdzie na studia.
- Ważnego. - Obracała to słowo w ustach, jakby je próbowała.
- Tak. Ważnego.
Wzruszyła ramionami.
- No cóż, chyba sierociniec w brudnym, biednym kraju pasuje do tego opisu.
Pokiwałam głową.
- Później wyjedzie na Uniwersytet Wyoming. Ze mną, mam nadzieję.
- Ma miłą rodzinę - powiedziała, jakby w odpowiedzi na kotłujące się w jej myślach pytania. - Znam ich od dawna. - Odwróciła się do półki na ścianie i zaczęła przestawiać zardzewiałe puszki po kawie pełne gwoździ i śrubek. - Jeśli Whitmire'owie uważają, że jesteś dość dobra, chyba możesz wysprzątać moją szopę. Narzędzia są porozrzucane, a w czasie burzy w zeszłym tygodniu nawiało tu pół podwórza.
- Tak, proszę pani.
- Rozumiem, że chcesz, bym podpisała ci coś do szkoły.
- Raczej nie. Napiszę potem pracę o moich doświadczeniach. O tym, czego nauczyłam się w czasie, który spędziłyśmy razem.
Prychnęła.
- To będzie bardzo krótkie wypracowanie.
Jo przeszła przez podwórze na tylną werandę i zniknęła, zatrzaskując za sobą fioletowe drzwi. Patrzyła na mnie przez minutę przez okno, po czym zaciągnęła zasłony.
Zerknęłam na niebo. Nadciągał deszcz, więc miałam jakąś godzinę, zanim zamiast pyłu będę wymiatać błoto.