I
1968
- Tatulu, kiedy znowu zabierzesz nas do Szczecina? - Widział w myślach samego siebie, dwunastoletniego, zapatrzonego w ojca chłopaka, jak zadaje mu to pytanie jakieś dwa lata temu.
Ojciec roześmiał się wtedy i rozczochrał jego czarne włosy.
- A co, Tadzik, w domu ci źle?
- No nie, ale wiesz... Lubię tam jeździć. No i są wakacje! Przecież nie będziemy siedzieć dwa miesiące w Morzyczynie!
- Nie grzesz! Dzieciaki z miasta oddałyby wiele za dwa miesiące nad jeziorem.
- Oj, tato, no...
- Dobra, w następną sobotę skończę robotę wcześniej, przyjedziecie z mamą do mnie i powłóczymy się po mieście. Lody obowiązkowe. I może kupimy ci te twoje wymarzone dżinsy. Pasuje?
Rzucił się ojcu na szyję.
- Hurra! Kocham cię, tatulu, wiesz?
- Wiem, Tadzik. Ja ciebie też.
- Bardziej niż Zdzisia? - Spojrzał na niego uważnie.
Ojciec odsunął go od siebie i popatrzył gdzieś w bok.
- Nie możesz stawiać sprawy w taki sposób. Widzisz, jakby to powiedzieć... - urwał na chwilę - Zdzisław jest... Twój brat ma teraz ciężki okres w życiu. Ty jeszcze tego nie zrozumiesz. Dorasta, staje się mężczyzną. To rodzi bunt przeciw rodzicom, to normalne. Ja miałem tak samo, wiesz? To dlatego często się ze sobą nie dogadujemy...
Tadzik uścisnął ojca jeszcze mocniej.
- Ja nigdy taki nie będę! - Z oczu wyzierała dziecięca żarliwość.
- Nigdy nie mów nigdy, synu! - Znowu śmiech.
- Naprawdę!
- Obiecujesz? - Głos ojca stał się poważny.
- Obiecuję!
Ojciec wstał nagle z wersalki i chwycił Tadzika za rękę.
- To chodź - powiedział cicho. Wyszli na podwórze i ojciec poprowadził go do starej szopy, pełniącej funkcję warsztatu i graciarni. Weszli do niej, ojciec zamknął drzwi na skobel, tak że została jedynie cienka szpara, przez którą wpadało do środka trochę dziennego światła. Wąski promień słońca wyszperał drobiny kurzu wirujące od wywołanego trzaśnięciem drzwi podmuchu.
- Co robisz? - zapytał cicho Tadzik.
- Ćśśśś! - Ojciec chwycił go za ramię i ścisnął je lekko. - Nic nie mów.
Schylił się i spod warsztatowego blatu, spomiędzy leżących na stercie szmat, wyciągnął nieduże metalowe pudełko. Schował je pod rozciągnięty sweter, który Tadzik pamiętał od najwcześniejszych lat swego życia, i pociągnął syna za sobą w kierunku wyjścia. Wciąż nic nie mówił. Tadzik był niezwykle przejęty. Coś się szykowało, czuł to. Wrócili do domu. Wchodząc do przedsionka, ojciec ostrożnie wyjrzał, czy gdzieś nie czai się matka. Zdziśka jak zwykle nie było, łaził po wsi albo po lesie, popalając pewnie papierochy. Zdziwienie Tadzika sięgnęło zenitu, kiedy ojciec zaprowadził go do jego własnego pokoju.
Domek, w którym dziadek Tadzika osiedlił się z rodziną w czterdziestym szóstym, nie jest duży, ale ma sporo pomieszczeń, wydzielonych sprytnie cienkimi na pół cegły ściankami. To dlatego chłopcy mają osobne pokoje, co jest luksusem nawet w mieście. Ojciec zamknął za nimi drzwi. Usiadł na krześle stojącym obok stołu, przy którym Tadzik zwykle odrabiał lekcje. Spojrzał synowi w twarz i wyjmując spod swetra pudełko, zapytał, patrząc mu prosto w oczy:
- Mogę ci zaufać?
Tadzik pamięta do dziś, jak się wtedy zaperzył.
- Jak możesz o to pytać, tato? - krzyknął rozżalony.
- Ciszej! - wyszeptał gorączkowo ojciec - Jeszcze matka usłyszy... Słuchaj... Jesteś już duży. Nie na tyle dorosły, żeby zrozumieć, co dzieje się ze Zdziśkiem, ale na tyle duży, bym mógł ci powierzyć moją tajemnicę. Mogę to zrobić? Potrafisz jej dochować?
- Oczywiście, tatulu! - Oczy Tadzika zrobiły się okrągłe z podekscytowania. - Jasne!
Ojciec uśmiechnął się tym swoim promiennym uśmiechem, którym, jak sam kiedyś wspomniał, zauroczył mamę wiele lat wcześniej.
- To dobrze. To dobrze - powtórzył, wzdychając. Wstał i przesunął stolik stojący w rogu pokoju. Tadziu patrzył zdziwiony, jak odsuwa róg dywanu i podnosi deski przykrywające wejście do starego składziku. Tak nazywali nieduży, głęboki na półtora metra dół o wybetonowanych ścianach, w którym podobno poprzedni, niemieccy gospodarze, przechowywali kartofle. Odwrócił się do Tadzia i włażąc do środka, powiedział:
- To pudełko jest bardzo ważne. Dla mnie, dla ciebie, dla nas wszystkich. Co jakiś czas będę do niego zaglądał, a ty będziesz wtedy wychodził z pokoju. Nawet ty nie możesz wiedzieć, co w nim jest. Nie wolno ci nigdy do niego zajrzeć. Tadeusz, musisz mi to przysiąc!
Pierwszy i ostatni raz w życiu ojciec powiedział do niego "Tadeusz", a nie "Tadziu" albo "Tadzik", jak zwykle. Dlatego Tadzik, najpoważniejszym tonem, na jaki tylko mógł się zdobyć, przysiągł ojcu, że nigdy nie zajrzy do składziku ani do pudełka. Ojciec zakrył z powrotem otwór w podłodze, przykrył deski dywanem i otrzepał ręce. Uściskał syna i usiadł znów na krześle.
- Musisz też wiedzieć, synku, że jeśli kiedykolwiek będę musiał gdzieś nagle wyjechać, gdzieś daleko, na razie bez was, to nie na zawsze. Pewnego dnia do mnie dołączycie. A tu będzie ktoś, kogo nigdy nie poznacie, kto otoczy was opieką i będzie o was dbał w moim imieniu. Dobry duch.
- Cóż ty mówisz, tato? - przeraził się Tadzik.
- Nie martw się - powiedział ojciec szybko - tak się tylko mówi, w razie czego, rozumiesz? Tak jak mówimy: gdybym umarł, powiedzcie komuś, że ma sobie wziąć mój samochód. Ale przecież nie umieramy i ten ktoś nie dostaje naszego samochodu, prawda? - Uśmiechnął się.
- Prawda - przyznał Tadzik po chwili namysłu.
- No. Pamiętaj o tym zawsze. I jakby co - wskazał na kąt pokoju pod stołem - nigdy nie widziałeś żadnego blaszanego pudełka, jasne?
- Tak jest, obywatelu sierżancie! - Chłopak wyprężył pierś w postawie "baczność" i zasalutował dwoma palcami.
- Nie oddaje się honorów do pustej głowy.
- Nie mam pustej głowy. Podobno jestem zdolny?
- Jesteś, jesteś... Obaj jesteście. Chciałbym, żebyś został w przyszłości kimś ważnym. Zasługujesz na to, wiesz, Tadziu? Jesteś naprawdę wyjątkowy.
- Więc jednak kochasz mnie bardziej niż Zdziśka?
- Tadzik! - Głos ojca stał się surowy, ale jego oczy mówiły co innego.
Tę scenę czternastoletni Tadeusz pamięta, jakby zdarzyła się wczoraj. Choć nie pojmuje jeszcze wszystkiego, fragmenty tamtej rozmowy sprzed dwóch lat jawią mu się nagle z przerażającą jasnością. "Nieprędko zobaczysz tatusia, chłopcze. Za bardzo lubił pieniążki" - słowa człowieka w marynarce i płaszczu, który przeszukuje jego pokój, brzmią okrutnie. Tadeusz wie, kim jest ten człowiek, chociaż nikt nie chce mu powiedzieć, co się dzieje. Matka siedzi w kuchni, płacze, a ręce trzęsą się jej tak, że nie jest w stanie niczego w nich utrzymać. Drugi z mężczyzn, również ubrany w szary płaszcz, stoi nad nią, ćmiąc papierosa, i próbuje ją niezgrabnie pocieszyć. To wojskowi. Nie szkodzi, że nie mają mundurów. Warszawa, którą zajechali pod ich dom godzinę temu, jest co prawda szara i nie ma nigdzie namalowanego dużego, białego koła, jakie mają zwykle auta 12 Dywizji. Ale tablica rejestracyjna zaczyna się na literę "D", a to oznacza pojazd wojskowy. Tadziu wie takie rzeczy, z tablic nikt go nie zagnie.
Ojciec nie wrócił wczoraj do domu. Był w Szczecinie od wtorku. Często zdarzało się, że zostawał tam przez kilka dni z rzędu i spał w hotelu garnizonowym, jednak zawsze ich o tym uprzedzał. Zawsze też było tak, że gdy planował w piątek wieczorem wyskoczyć z kolegami do "Bajki" albo "Kaskady", dzwonił wcześniej i dawał znać, że będzie dopiero w sobotę koło południa. Zawsze. Matka to tolerowała. Wiedziała, że wojskowi pili, piją i będą pić, wychodziła więc z założenia, że lepiej, żeby robili to po robocie, w miejscu do tego przeznaczonym. Tym razem nie zadzwonił. Do wieczora nie dał znaku życia. Dopiero po zmroku matka zorientowała się, że w ich telefonie panuje głucha cisza, więc poszła do Ciesielskich, aby zatelefonować do sztabu dywizji. Nie udało jej się połączyć. Spróbowała do kolegi ojca, chorążego z tajnej kancelarii sztabu, z którym ojciec czasem wychodził się bawić. Długo czekała przy telefonie. Kiedy wreszcie odebrał, powiedział, że zabroniono mu z kimkolwiek rozmawiać o Staśku i że nie wie, co się stało. O jedenastej wieczorem matka kazała im kłaść się do łóżek i o nic nie pytać. Szkoda, bo chciał się dowiedzieć, dlaczego ich telefon jest zepsuty, a Ciesielskich nie?
Przyjechali dzisiaj rano, o dziesiątej.
Tadzik siedzi więc bez ruchu w swoim pokoju i patrzy, jak funkcjonariusz WSW przegląda książki na regale. Podręczniki szkolne, Chatę wuja Toma, Księgę urwisów, powieści Szklarskiego i resztę. Wertuje strony, czasem ogląda niektóre pod światło, zbliżając je do oczu. W końcu zniechęcony odkłada książki z powrotem na półkę. Nagle schyla się i zagląda pod stolik w rogu pokoju, a Tadziowi z przerażenia serce niemal przestaje bić. Twarz jednak pozostaje jak wykuta z kamienia - przysięga to przysięga. Człowiek w płaszczu już ma wyjść spod stołu, kiedy jego uwagę zwraca podwinięty róg dywanu. Odruchowo go poprawia, sięgając głębiej pod blat i widzi, że jakoś nierówno układa się na podłodze. Zdziwiony odsuwa róg na bok i twarz rozjaśnia uśmiech triumfu. Ogląda się na Tadzika, który wciąż pozostaje niewzruszony.
- Co to takiego? - pyta człowiek w płaszczu, wskazując na deski.
Tadzik wzrusza ramionami.
- Nie wiem, proszę pana. Podobno stary składzik na ziemniaki, ale my go nie używamy, trzymamy je w szopie z tyłu domu. Nigdy tam nie zaglądałem. Boję się pająków. - Tadzik uświadamia sobie, że mówi za dużo i za szybko, co może świadczyć o tym, że kłamie. Postanawia więc pilnować się, żeby broń Boże, człowiek ten nie nabrał jakichś podejrzeń.
Ale on i tak odkrywa deski, jedna po drugiej, tak jak ojciec, wtedy, odkładając je nieporządnie na bok. Spieszy się, jest wyraźnie podekscytowany odkryciem. Z kieszeni płaszcza wyciąga płaską latarkę, taką samą, jaką Zdzisiek dostał kiedyś na urodziny. Świeci nią w głąb dołu i coś widzi. Wskakuje do środka, schyla się, przez chwilę widać tylko jego głowę w kapeluszu. Podnosi pudełko. Ich tajemnicę. "Nic nie wiesz o żadnym pudełku" - słowa ojca odbijają się echem w głowie Tadzia, ale nie udaje mu się ukryć uczuć. Obcy wydziera właśnie im ich sekret. Ich tajemnicę. Na szczęście wstrząs widoczny na jego na twarzy funkcjonariusz odczytuje opacznie.
- Jesteś zdziwiony, co? Tatuś cię wykorzystał, wiesz, chłopcze? Nieładnie, nieładnie... - Kręci głową z dezaprobatą, ale jego twarz zdradza ogromne zadowolenie. Nie wie jeszcze, co jest w środku, ale przeczucie go nie myli. Tadeusz nie ma pojęcia, czym są dziwne, małe przedmioty, które obcy wyciąga z metalowego pudełka, ale okrzyk radości, jaki wydaje z siebie mężczyzna, nie pozostawia złudzeń, że właśnie znalazł to, czego szukał.
- Mam, obywatelu majorze! - krzyczy w stronę drzwi, nie spuszczając wzroku z Tadzika.
Drugi z obcych, nieco starszy od kolegi, zostawia matkę Tadzia samą w kuchni i przychodzi do pokoju obejrzeć znalezisko. Buteleczki, maleńkie jak w aptece, zapalniczka, która nie zapala się, tylko dziwnie klika, kiedy się ją przyciśnie, jakieś małe karteczki, notesik, czy może raczej mały brulion. Major kręci głową w zdumieniu i patrzy na Tadzika.
- Ty jesteś Zdzisław? - pyta, pobieżnie wertując notes.
- Nie, proszę pana. Ja jestem Tadeusz. Tadeusz Rudzki.
- Hmmm... - mruczy oficer, a Tadzik zupełnie nie wie, co ma to mruczenie oznaczać. Brzmi niepokojąco. - A gdzie jest twój brat?
Tadziu opuszcza głowę.
- Nie wiem.
Po chwili śmielej spogląda na oficerów i zbiera się na odwagę, by zadać wreszcie pytania, które nurtują go od godziny.
- Co się stało z tatą? Kiedy wróci do domu?
Major odkłada brulion z powrotem do pudełka, które wciąż trzyma w rękach jego kolega.
- Mam dla ciebie złą wiadomość, kolego. Twój tata nie wróci prędko do domu. Zrobił coś bardzo złego i musi za to zapłacić...
Młodszy patrzy na majora, a potem dobitnie cedząc słowa, mówi do Tadzia:
- Twój ojciec jest zdrajcą. Długo nie wyjdzie z więzienia, bardzo długo.
Tadeusz z otwartymi ustami przenosi wzrok z jednego mężczyzny na drugiego w nadziei, że któryś z nich powie w końcu, że to żart albo próba sprawdzenia jego, Tadzia, czy faktycznie potrafi dochować danej ojcu obietnicy. A oni patrzą w milczeniu, ich wzrok jest surowy i nie pozostawia złudzeń, że to, co powiedzieli przed chwilą, jest prawdą.
- No, no, kolego, nie tak ostro - strofuje cicho major - nie tak ostro!
- Nie jest już dzieckiem, obywatelu majorze - protestuje młodszy, wskazując na Tadka - i tak się w końcu dowie...
Tadzik nie słucha dalej. Przeciska się pomiędzy połami jasnych płaszczy i ucieka na dwór. Biegnie przez podwórko, mija otwartą bramę i szarą warszawę, w której widać czekającego kierowcę. Biegnie przed siebie, połykając łzy rozpaczy. Nie wierzy im. Nie mają prawa tak mówić o jego ojcu, który nigdy by go nie oszukał. Nie jego. Biegnie w stronę Miedwia, do swej kryjówki w gęstych krzakach nad samym brzegiem jeziora, w której zostaje do wieczora. Przypomina sobie wszystko, co może wiązać się z tymi bzdurnymi oskarżeniami. Łączy w całość nieistotne wtedy strzępy rozmów, które przypadkiem usłyszał, wydarzenia, których był świadkiem, a których znaczenia wtedy nie pojmował. Ma dobrą pamięć i jest inteligentny, a dorośli myślą zawsze, że dzieci niewiele z ich świata rozumieją. Lub są przekonani, że one dawno śpią. Czytał trochę o szpiegach, jak prawie każdy chłopak w jego wieku, i też chciał złapać dywersanta jak z Księgi urwisów, którą przed chwilą przeglądał jeden z intruzów. Czy można nie wierzyć własnemu ojcu, który rozwiewa wątpliwości matki, twierdząc, że dodatki za odpowiedzialną funkcję i częstą rozłąkę z rodziną są dość spore, ale przewidziane w jego kategorii zaszeregowania? Więc skoro są tak znaczne, to spokojnie można je wydać na zakupach w "Pedecie" w Szczecinie. I że może faktycznie mama po prostu nie pamięta tego kolegi ojca, od którego przyszła pocztówka z jakiegoś miasta w NRD? Pocztówka, której nadpalony róg z charakterystycznym znaczkiem z symbolem Freie Deutsche Jugend Tadzik znalazł później, gdy wynosił popiół z paleniska kaflowego pieca? Albo ta nieco dziwna, co Tadzik uzmysławia sobie dopiero teraz, wycieczka po okolicach Szczecina, zakończona obiadem w motelu "Relax" w Strudze. Wycieczka jak wycieczka, ale motel wraz z restauracją były faktycznie niezwykłe. Wszystko mieściło się w starych, pulmanowskich wagonach kolejowych, co dla Tadka, uwielbiającego pociągi i tramwaje, było fantastycznym przeżyciem. I ten stojący na parkingu piękny czarny citroen na duńskich numerach rejestracyjnych. Tadzik znał się na rejestracjach, to był jego konik, ale nawet gdyby się nie znał, wielkie, czarne litery "DK" na białej, owalnej naklejce na tylnej szybie rozwiewały wszelkie wątpliwości. Właściciel citroena, który jadł obiad w restauracji, pozwolił im się przysiąść, mimo iż dookoła było mnóstwo wolnych miejsc. Mówił trochę po polsku, wypili razem z ojcem piwo, a potem, również razem, poszli to piwo wysikać. Nie było ich dość długo, ale Tadzik nawet się nie niecierpliwił, tylko podziwiał przez okno wagonu "cytrynę" i oczyma wyobraźni widział siebie za jej kółkiem...
No i to blaszane pudełko. Ich wspólna tajemnica. Tak jak obiecał ojcu, nigdy do niego nie zajrzał, mimo że korciło go nie raz, nie dwa. Co w nim było? Do czego służyły ojcu te dziwne przedmioty, które wyciągnął z pudełka człowiek w płaszczu? To rodzi wątpliwości, czy faktycznie wszystko było w porządku. Tadzik nie wierzy jednak, żeby jego ojciec mógł zrobić coś takiego. Widział w gazetach zdjęcia z procesów szpiegów. Nieogolone, zacięte lub zmęczone twarze, pusty albo błędny wzrok, skute ręce zaciśnięte kurczowo na barierce, gdy stali przed obliczem sądu, składając wyjaśnienia. Jego ojciec? Lubiany przez wszystkich, ceniony przez przełożonych, przystojny, sympatyczny i wygadany... To niemożliwe! Po prostu niemożliwe!
Do wyjścia zmusiły Tadzia głód, komary i wieczorny chłód, przenikający go do szpiku kości. Wracał jednak do domu spokojniejszy, przekonany, że to, co się dziś wydarzyło, to tylko pomyłka, która wkrótce się wyjaśni i wszystko pozostanie tylko strasznym wspomnieniem. Kto wie, może kiedyś nawet będą się z tego śmiać? On, ojciec i reszta...
W drzwiach domu stała matka. Wypatrywała go od dawna. Chwyciła go za ucho i zaciągnęła do jego pokoju.
- Powiedz, że o tym nie wiedziałeś! - krzyknęła, wskazując kąt pokoju, ten ze stolikiem i ukrytym pod nim schowkiem na kartofle. - Powiedz mi to!
Powiedział więc to, co chciała usłyszeć. Uważał, że nic i nikt nie może zwolnić go z przysięgi danej ojcu. Skłamać matce to jedno, lecz zdradzić własnego ojca to coś znacznie poważniejszego.
- Co się dzieje, mamo? - zapytał z wyrzutem w głosie. - Czy ktoś mi wreszcie powie, co tu się dzieje i gdzie jest tata?
Matka ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. Usiadła na jego łóżku i płakała głośno, aż w drzwiach pokoju pojawił się Zdzisiek. Stał w progu z założonymi rękami, opierając się o framugę.
- Powiedz mu - zwrócił się do matki, patrząc na brata. - Przecież musi wiedzieć. Wszyscy już wiedzą, cała wieś, tylko nie ukochany synek.
Matka spojrzała na Tadzia załzawionymi oczami i drżącym głosem wypowiedziała straszne słowa:
- Twój ojciec został aresztowany za szpiegostwo!
Tadzik poczuł, jak zimne macki strachu obejmują jego serce.
- To nieprawda - szepnął, z niedowierzaniem kręcąc głową - Nieprawda! Powiedz, że to pomyłka! - Przypadł do matki, chwycił ją za ramiona i spojrzał w oczy. Ich wyraz powiedział mu wszystko. To nie była pomyłka. Czas pozbyć się złudzeń.
- Opowiedz mu resztę - zażądał Zdzisiek. Jego głos był podejrzanie spokojny.
- Złapali go wczoraj w NRD - chlipała matka. - Stamtąd miał zostać przerzucony do Berlina Zachodniego i polecieć do Ameryki. Mówią, że szpiegował dla CIA, że miał konto dolarowe za granicą. Że był zdrajcą!!! - krzyknęła. Zerwała się nagle i odpychając wciąż stojącego w progu Zdziśka, wybiegła do kuchni i z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi.
Zdzisiek mierzył młodszego brata zimnym spojrzeniem. Tadzik usiadł na łóżku, w miejscu, w którym przed chwilą siedziała matka. Był zdruzgotany.
- To nas tatuś załatwił, co? - rzucił drwiącym tonem Zdzisiek.
Tadzik spojrzał na niego zdziwiony.
- Co ty mówisz?
- Co mówię? Prawdę. Tak, Tadek, taka jest prawda. Imperialistyczny szpieg w sztabie dywizji. Starszy sierżant Stanisław Rudzki. Nasz własny, rodzony ojciec! - Ostatnie słowa wykrzyczał.
- Nie rozumiesz! Ty nic nie rozumiesz! - Tadzik chwycił się ostatniej deski ratunku. - On to robił dla nas! Dla mnie, dla ciebie!
Zdzisiek parsknął głośno, z pogardą. Pokręcił głową i powoli podszedł do łóżka. Pochylił się nad Tadzikiem i wycedził:
- Dla nas chodził do nocnych lokali, żeby szastać forsą i stawiać szampana dewizowym dziwkom? Dla nas kupował te wszystkie kolorowe butelki, które stoją w barku, nawet nietknięte? I wciskał matce kit, że to wszystko za dodatek służbowy i rozłąkowe? Myślisz, że jak w Szczecinie kupował nam ciuchy od szwedzkich marynarzy albo gumę do żucia w "Baltonie", to robił to dla nas? Pewnie wyrzuty sumienia co jakiś czas się w nim odzywały, bo od Bóg wie jak dawna wiedział, co w końcu zrobi. - Przerwał na chwilę, by głębiej odetchnąć. - Chciał nas zostawić, rozumiesz? Nabił kabzę zielonymi od tych z CIA i frrruu... - zamachał rękoma - do Ameryki! A my byśmy tu sobie zostali jak gdyby nigdy nic! Spieprzył nam życie na samym starcie, rozumiesz? Synowie zdrajcy ojczyzny - tak będą nas nazywać. Będą nas wytykać palcami jak jakichś dziwolągów. Myślisz, że przyjmą cię na studia? Że pozwolą mi skończyć zawodówkę? Ech, gówniarzu, nic o życiu nie wiesz! - Gardło ścisnęło mu się z żalu. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając Tadzika samego.
- Wierzysz IM! - wrzasnął Tadzik za bratem. - Wierzysz im zamiast własnemu ojcu! Taki z ciebie dobry syn? Chciał, żebyśmy byli kimś, wiesz? Żebyśmy coś w życiu osiągnęli. Bo nas kochał!
Zdzisiek zawrócił. Znów stanął w drzwiach, czerwony na wykrzywionej gniewem twarzy.
- Wiesz, w co wierzę? A raczej, w co nie wierzę? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że nic nie wiedziałeś o tej skrytce - syknął, wskazując kąt pokoju. - Może tatuś odpalił ci dolę?
Tadzik rzucił się na brata z pięściami. Mimo że Zdzisiek był starszy o dwa lata, cięższy i wyższy, miał spory problem, żeby okiełznać furię brata. Gdy wreszcie Tadek przestał wierzgać i machać pięściami, przytulił go mocno i pozwolił mu się wypłakać w swój tors. Po chwili płakał razem z nim rzewnymi łzami bezsilności, żalu i rozgoryczenia.
* * *
Proces ojca zaczął się w październiku. Matka jeździła na każde posiedzenie sądu, za każdym razem wioząc ze sobą torbę pełną pobrzękujących butelek whisky. Ojciec przynosił do domu wyłącznie whisky, której i tak nie tykał. Może miały być czymś w rodzaju lokaty kapitału, w każdym razie stały nietknięte w szafce w dużym pokoju. W domu zaczynało brakować pieniędzy, a jej zawartością jakimś cudem nie zainteresował się nikt z rewidujących dom funkcjonariuszy. Matka nie zastanawiała się, dlaczego tak się stało, tylko dziękowała losowi i systematycznie opróżniała szafkę z butelek, które następnie sprzedawała, wszystko skrzętnie notując, co i za ile. Jechała do Szczecina rannym PKS-em, żeby zdążyć z handlem przed rozpoczęciem rozprawy. Narażając się na zatrzymanie przez milicję albo wściekłość pokątnych handlarzy, którzy kręcili się w okolicach sklepów czy kiosków dewizowych w hotelach, wystawała przed wejściem, oferując flaszki tym wszystkim chętnym, którzy nie dysponowali twardą walutą. Gdy w końcu doszło do tego, że jakiś skurwiel omal jej nie pobił, zabierając przy okazji dwie butelki ballantine'sa, postanowiła zmienić miejsce. Wybrała Turzyn, targowisko przeniesione parę lat temu z Tobruku, z okolic dworca głównego. Tam ginęła w tłumie podobnych do siebie, mieszając się z setkami ludzi odwiedzających ten przybytek w poszukiwaniu wszystkiego, czego nie można było zdobyć w normalny sposób. Towar schodził przeważnie dość szybko. Potem wsiadała w tramwaj, siódemkę, i jechała do Bramy Portowej. Stamtąd, jeśli miała jeszcze trochę czasu, szła do sądu piechotą, jeśli nie, łapała dziesiątkę albo czwórkę, bądź od razu, jeszcze na Turzynie, wsiadała do dziewiątki, która wiozła ją bezpośrednio w rejon sądu. Wszystko miała starannie zaplanowane. Zanim jeszcze na salę weszli sędziowie i wprowadzono oskarżonego, spisywała w zeszyciku utarg z danego dnia, notując od razu, ile butelek powinno jeszcze zostać w szafce.
To dlatego w końcu złapała Zdziśka na podbieraniu whisky. Pewnego dnia Tadzik usłyszał, jak matka krzyczy na niego w jego pokoju. Poleciał zaraz podejrzeć przez dziurkę od klucza. Widział tylko jej plecy i nogi brata.
- Ledwo od ziemi odrosłeś, a już wódkę chcesz pić? Kolegom stawiać? Co ty sobie myślisz, przykład ojca ci nie wystarczy? Jeszcze i ty chcesz mi zgryzoty dołożyć?
- Spokojnie, matka, nic się nie stało, to tylko jedna flaszka... - Zdzisiek nawet nie wstał z łóżka, lekceważąco machając ręką znad "Młodego Technika".
- Jak śmiesz się tak do mnie odzywać? - Suchy odgłos policzka wymierzonego matczyną dłonią zakończył rozmowę. Zdzisiek wybiegł obrażony z pokoju, a potem z domu, mimo że na zewnątrz lało jak z cebra. Tadzik ledwie zdążył zniknąć u siebie. Nie chciał, żeby go zauważyli. Matka siedziała jeszcze przez chwilę, płacząc cicho, a potem poszła do kuchni zrobić obiad. W całym domu słychać było, jak gniewnie tłukła garnkami. Potem rozległ się brzęk rzuconego na lastrikową posadzkę pogrzebacza i głuchy huk żeliwnych drzwiczek westfalki. Tego dnia obiadu nie było.
Kilkanaście dni po zatrzymaniu ojca przed bramę ich podwórka zajechała beżowa syrenka. Było już po wakacjach, prawie wszyscy letnicy wyjechali z Morzyczyna, więc nie spodziewali się nikogo. Latem często zdarzało się, że miastowi zatrzymywali się przy ich domu i pytali na przykład o mleko od krowy albo o świeże jajka. Tym razem nie był to turysta. Mężczyzna, który wysiadł z samochodu, nosił elegancki garnitur. Wąski, ciemny krawat przecinał wpół żółtą kremplinową koszulę widoczną spod klap marynarki. Na głowie miał jasny kapelusz. Nosił również ciemne okulary zasłaniające pół twarzy, ale dzięki kolorowemu ubraniu zupełnie nie przypominał nikogo z tych, którzy pojawiali się w domu Rudzkich w ciągu ostatnich kilku tygodni. Nazywał się Romuald Kowalski i był obrońcą taty. Mecenasa znalazł jakiś bliski kolega ojca, podsyłając go do nich jako cudotwórcę. Gdy matka otworzyła mu drzwi, wszedł, przedstawił się i przywitał ze wszystkimi, podając każdemu rękę. Potem zamknęli się z mamą w kuchni, a Tadzik zajął stanowisko po drugiej stronie drzwi, przykładając ucho do dziurki od klucza. Zdzisiek jak zwykle nie był zainteresowany niczym, co dotyczyło sprawy ojca, więc demonstracyjnie zamknął się w swoim pokoju. Tadzik wytężył słuch, lecz niewiele słyszał. Gość i matka rozmawiali przyciszonymi głosami, jakby obawiając się, że ktoś może ich podsłuchać. Matka uprzedziła niedawno synów, żeby nie mówili głośno o niczym, co związane jest z ojcem, a stało się to po tym, jak w głuchym od dnia przeszukania telefonie usłyszała tajemnicze stukanie.
W pewnym momencie Tadzik zobaczył przez dziurkę od klucza, jak matka wstaje i sięga na górną półkę szafki z przyprawami, herbatą i kawą zbożową. Wyjęła żółte, blaszane pudełko po eksportowych cukierkach "Agros", z którego uśmiechała się egzotyczna dziewczyna z kwiatami wpiętymi we włosy. Wyciągnęła z niego plik pomiętych banknotów, ich całe oszczędności. To też łaskawie zostawili ci z WSW, matka nie musiała ich nawet za bardzo przekonywać, bo prawdziwe pieniądze były w blaszanym pudełku, ale tym w pokoju Tadzika. Teraz oddała większą część gotówki z pudełka mecenasowi. Ten pokręcił głową, ale wziął, co dała mu matka. Tadek uśmiechnął się z nadzieją. Czyżby ten miły pan nie chciał pieniędzy za obronę taty? Od tej chwili rozmawiali trochę głośniej. Tadzik nadstawił ucha.
- To będzie zapewne długi i skomplikowany proces, poza tym...
- Koledzy Staśka są mu winni trochę pieniędzy. Odzyskam je, proszę się nie martwić!
- Ja się nie martwię teraz o pieniądze, pani Rudzka, nie o to chodzi.
- Jak to, nie chce pan więcej?
- Proszę pani - żachnął się Kowalski - oczywiście, że tak, to moja praca i z tego żyję...
Spojrzał gdzieś w bok i zagryzł wargę.
- Musi być pani przygotowana na wszystko, nawet na najgorsze, choć przysięgam pani, że zrobię, co w mojej mocy, żeby...
- Panie mecenasie - przerwała mu matka - pan przecież jest jak ten... no... święty Juda Tadeusz! Ten od spraw beznadziejnych! - Chwyciła go za rękę i ścisnęła mocno.
Kowalski, zmieszany, delikatnie wysunął swoją dłoń z jej ręki. Z poważnym i zatroskanym wyrazem twarzy oznajmił nagle:
- Pani Rudzka, czy pani zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji? Walczymy o jego życie!
- Wiem. Jak wyjdzie, będzie już stary...
- Nie mówię o maksymalnej karze więzienia, proszę pani. - Kowalski spuścił wzrok, nie mając widać odwagi powiedzieć jej tego prosto w oczy. - Prokurator wnioskował o karę śmierci. - Przemógł się, popatrzył jej w twarz i w tej samej chwili zza drzwi dobiegł ich głuchy stuk. Matka, jak w transie, wstała z krzesła i na sztywnych nogach podeszła do nich. Otworzyła i oboje ujrzeli leżącego na podłodze Tadzika, gryzącego własną pięść tak mocno, że spomiędzy ust wypłynęła strużka krwi. Mimo otwartych szeroko oczu, przez dłuższą chwilę nic do niego nie docierało. Matka klęknęła obok syna, wzięła go w ramiona i zaczęła kołysać, szepcząc mu coś uspokajająco do ucha. Kowalski wstał, nalał do szklanki wody z kranu i podał ją Tadzikowi.
- Wszystko będzie dobrze, chłopcze, zobaczysz. Uratujemy go!
Tadzik dał się przekonać. Uwierzył człowiekowi w kapeluszu i żółtej koszuli, którego widział pierwszy raz w życiu. Nie zabiją taty! Pogodził się już z tym, że ojca zamkną w więzieniu, ale przynajmniej będzie mógł go co jakiś czas widywać. Wszystko się jakoś ułoży. Wszystko będzie dobrze, tak jak obiecał ten elegancki pan.
Ale Tadzik miał też inne zmartwienia. Skończyły się wakacje. Znów codziennie trzeba było wstawać wcześnie rano, żeby na czas dojechać do Kobylanki, gdzie w nowym, świeżo oddanym do użytku budynku szkoły Tadzik zaczął siódmą klasę. Już pierwszego dnia przywitały go ciekawskie spojrzenia kolegów. Miał wrażenie, że nawet nauczyciele patrzą na niego jakoś inaczej. Miał rację, wiedzieli już wszyscy. Te spojrzenia bolały. Nawet Zygmunt, najlepszy przyjaciel, z którym zawsze dzielił się wszystkim, co dostał od ojca: gumą Wrigley's, duńskimi maślanymi ciastkami i innymi rzeczami, na których widok nie tylko wiejskim dzieciom leciała ślinka - nawet Zygmunt... W tajemnicy powiedział Tadzikowi, że ojciec zabronił mu kolegować się z synem kryminalisty, bo na pewno też wyrośnie z niego chachar. Tadzik został sam jak palec. Nie miał oparcia w nikim, u nikogo też go nie chciał szukać. Skoro tak się to wszystko układa, pomyślał, to poradzi sobie bez nich. Bez łachy. W końcu nazywa się Rudzki! I tylko czasem ogarniało go przemożne uczucie smutku, kiedy jeden wyrośnięty ósmoklasista, mijając go na korytarzu, szeptał konfidencjonalnie z szyderczym uśmiechem na ustach: dolary kupię...
Od czasu wizyty mecenasa Kowalskiego na głowie matki zaczęło pojawiać się coraz więcej srebrnych nitek, przetykających burzę czarnych jak heban włosów. Pewnego dnia, a był już koniec listopada, matka zakomunikowała Tadzikowi, że wkrótce zobaczy się z ojcem. Władze więzienia zgodziły się na widzenie oskarżonego z małoletnim synem. Tylko jednym. Zdzisiek nie widział problemu, bo i tak nie zamierzał nigdzie jechać. Tadzik zaś nie mógł w nocy spać. Tęsknił za ojcem tak bardzo, że uświadomił sobie, co miał na myśli ten, kto ukuł powiedzenie "usychać z tęsknoty". To było właśnie to uczucie, jakby codziennie znikała jakaś mała część jego, parując wieczorem gdzieś w mrok za oknem, gdy już leżał w łóżku, nie mogąc zasnąć. Aż w końcu nadszedł ten upragniony wtorek i razem z matką pojechali do Szczecina.
Tym razem torba zapakowana była aż pięcioma butelkami whisky i taszczył ją Tadzik. Był niesłychanie przejęty, nie tylko wizją rychłego spotkania z ojcem, ale także odpowiedzialnością za dowiezienie towaru do Szczecina w całości. Jechali szosą stargardzką podskakującym na wybojach "ogórkiem" PKS-u, a chłopak starał się, żeby brzęk szkła nie zdradził zawartości torby. Gdy przejeżdżali wiaduktem nad autostradą, Tadzik spojrzał w lewo. Ten odcinek międzynarodowej drogi E74, której wstęga niknęła w korytarzu wydartym ostępom Puszczy Goleniowskiej, prowadził w kierunku granicy i kończył się gdzieś w Berlinie. To tam podobno miał znaleźć się tata, zanim go złapali. Westchnął ciężko.
Gdy dotarli do centrum, Tadzik poczuł się jak u siebie. Znał to miasto na tyle, na ile można je poznać, spacerując po najatrakcyjniejszych jego zakątkach dwa, trzy razy w miesiącu przez kilka lat. Zmieniało się na jego oczach. Na pustych połaciach, z których alianckie bomby zmiotły całe kwartały starej zabudowy, pojawiały się nowe budynki. Kiedy przyjeżdżał do Szczecina z ojcem, zawsze prosił, żeby poszli na jakąś budowę pooglądać dźwigi, maszyny i konstrukcje przywożone z fabryk i montowane na placu przez brygady budowlańców. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc widać było postępy, kolejne kondygnacje wznosiły się ponad korony drzew. Zieleń, przynajmniej częściowo, ustępowała miejsca szarości betonu, mieszkaniom upakowanym w blokach jak szuflady w regałach. Osiedle Grunwaldzkie, plomby na głównych arteriach miast, szkoły "tysiąclatki"... A jednak to cieszyło. Tadzik miał kiedyś nadzieję, że wkrótce przeprowadzą się do takiego bloku, kiedy tylko wojsko uzna, że obecność ojca w Szczecinie przez cały czas jest nieodzowna. Wszystkie nadzieje prysły tego lata, ale Tadzik wciąż z fascynacją przyglądał się miastu, które tak lubił.
Wsiedli z matką do tramwaju i pojechali na Turzyn. Tu Tadzik nigdy jeszcze nie był. Miasto, przynajmniej z perspektywy przystanku tramwajowego, kończyło się jak nożem uciął w miejscu nasypu kolejowego linii trzebieskiej, przerwanego przerzuconym nad drogą poniemieckim ceglanym wiaduktem. Za nimi były już tylko ogródki działkowe, sady i odległe, tonące w zieleni dzielnice domów jednorodzinnych, powstałych na początku wieku. Nieznane.
Targowisko przypominało Tadzikowi ul albo mrowisko, w które ktoś włożył kij. Tabuny ludzi kręcących się pozornie bez sensu, lecz tak naprawdę konsekwentnie realizujących swój plan. Kupić, sprzedać, zamienić. Zyskać. Harmider nawołujących się handlarzy, narzekania przekupek i wałęsające się między obskurnymi, zbitymi z byle czego budami i kramikami koty i psy, usiłujące skorzystać z okazji, żeby uszczknąć coś dla siebie. Wielki paradoks - chaos, w którym każdy miał swoje miejsce. Kupcy, przekupki, handlarze starzyzną, doliniarze, waluciarze oraz, niczym łyżka dziegciu w beczce miodu, jakim był dla niektórych prywatny handel, milicjanci z nieodłącznymi raportówkami i tajniacy, których stali bywalcy i tak znali. Każdy mógł tu zarobić, ale wielu też mogło stracić.
Tadzik z matką stali na skrzyżowaniu, niedaleko wejścia na targowisko, przyglądając się temu wszystkiemu nieco bezradnie. Przecisnęli się pomiędzy zaprzęgniętymi w konie wozami i nielicznymi samochodami stojącymi wzdłuż udeptanego, udającego chodnik klepiska. Matka chwyciła Tadzika mocno za rękę, mówiąc:
- Nie zgub się. Masz być zawsze na widoku. Jakby co, spotykamy się tutaj, na rogu, najpóźniej o dwunastej. Zapytasz kogoś o godzinę. Inaczej się spóźnimy i nie zobaczysz ojca. - Poprawiła chustkę, spod której wysuwał się niesforny kosmyk ciemnych włosów.
- Dobrze, mamo - szepnął, mocno ściskając wytarte rączki torby. Oddał ją matce i wkroczyli do nieznanego świata.
Matka stanęła z torbą, każąc Tadzikowi przycupnąć z boku i być czujnym. Gdyby interes nie szedł, zamierzała sprzedać whisky w którymś z kramów. Oczywiście zysk byłby wtedy mniejszy. Przez kwadrans Tadzik obserwował starania matki, które jednak nie przynosiły efektu. Powoli zaczynał się nudzić. Rozglądał się na boki, po straganach z zieleniną i ciuchami, i korciło go, żeby zobaczyć, co jest dalej. Spojrzał na matkę. Właśnie kogoś zagadywała, czmychnął więc w wąski przesmyk pomiędzy dwiema przykrytymi brezentem budami. Chciał tylko rozejrzeć się trochę po nowym miejscu.
Wyszedł na sąsiednią alejkę. Gdyby nie jesienna aura, można by pomyśleć, że znalazł się na arabskim suku, który widział kiedyś na pocztówce z Maroka, jednej z bogatej kolekcji jego dawnego przyjaciela Zygmunta. Przejście między kramikami częściowo zasłonięte było plandekami. Było dość ciemno, ciasno, wokół wirował dym z papierosów, para z ust i aluminiowych garnków poustawianych na turystycznych kocherach, w których gotowano wodę na herbatę. Na stołach i zbitych z desek stojakach porozkładane były warzywa, trochę owoców, ciuchy, konfekcja i artykuły gospodarstwa domowego. Mydło i powidło. Tadzik mijał rzędy kramów, przyglądając się ludziom i towarom. Gdy skręcił i cofnął się kilka razy, zorientował się, że nie wie, gdzie jest. Widząc nieodległy nasyp kolejowy, wiedział tylko, że znalazł się daleko od wejścia i matki. Tu już ludzie poruszali się wolniej i ciszej, a na stołach nie było warzyw i ciuchów, tylko jakieś graty - części zamienne, narzędzia, wędki i mnóstwo innego sprzętu o nieznanym Tadzikowi przeznaczeniu, przeważnie lekko nadgryzione zębem czasu. Zamiast hałaśliwych, opatulonych kożuchami kobiet w chustkach, zaczepiających wszystkich, Tadzik widział wyłącznie mężczyzn. Siedzieli na rybackich rozkładanych stołkach albo stali w małych grupkach, dyskutując o czymś. Kupujących było niewielu, długo przyglądali się upatrzonym towarom. Potem zaczynało się targowanie, które zajadłością nie ustępowało tym opisywanym w marynarskich wspomnieniach z afrykańskich portów, czytywanych namiętnie przez Tadzika, kiedy jeszcze fascynowała go tematyka morska. Stał pod jedną z bud i przypatrywał się wszystkiemu, nieświadomy upływu czasu i zainteresowania, jakie wzbudzała w niektórych jego niezdrowa ciekawość.
- Co się gapisz, szczawiu? - Tadzik drgnął, gdy na jego ramię opadła czyjaś ciężka dłoń. - Dawaj szmal. Dawaj, dawaj...
Uniósł wzrok i ujrzał nad sobą trójkątną twarz ze złośliwymi oczkami, w których kącikach ulokowały się szpecące brodawki. Lekki zez sprawiał, że wzrok wydawał się rozbiegany. Oddech cuchnął przetrawionym alkoholem. Tadzika coś ścisnęło w podbrzuszu. Był sam i na nikogo nie mógł liczyć.
- Znowu cię tu widzę, Sobota? - Głos, który dobiegł Tadzika zza pleców oprycha, był spokojny, lecz opanowany i zimny jak lód.
Agresor odwrócił się zdziwiony, puszczając Tadziową kurtkę. Brzytwa, której Tadzik na szczęście nie zauważył, niepostrzeżenie zniknęła w rękawie kożucha, ukryta zręcznym, wyćwiczonym ruchem nadgarstka. Człowiek w szarym płaszczu, na gust Tadzika zbyt lekkim jak na panującą temperaturę, patrzył na Sobotę bez zmrużenia powiek. Ręce miał schowane w kieszeniach.
- Won! - rzucił krótko nieznoszącym sprzeciwu głosem, a opryszek nawet nie próbował dyskutować. Z przymilnym uśmiechem podniósł ręce w pokojowym geście, zerknął jeszcze na Tadzika i po chwili zniknął gdzieś pomiędzy kramami. Mężczyzna podszedł do Tadka i zapytał:
- Co ty tu robisz? Dlaczego nie jesteś w szkole?
Tadzik przełknął ślinę i w tym samym momencie z opresji wyratowała go matka.
- Tadek!!! - Jej wściekły wrzask tym razem brzmiał w jego uszach niczym najsłodsza muzyka.
- Gdzieś ty znowu uciekł, gałganie, co? - W głosie, oprócz wściekłości, słychać też było troskę. Nie na tyle, co prawda, by mieć nadzieję, że jak zwykle w podobnych sytuacjach nie użyje swej ciężkiej ręki, ale jednak. - Spiorę cię na kwaśne jabłko! Mało mam zmartwień? Najpierw ojciec, potem Zdzisiek, a teraz ty? Chcecie mnie zamęczyć na śmierć, łobuzy?
Tadzik pokręcił głową. Mężczyzna w płaszczu przyglądał się tej scenie w milczeniu, wciąż trzymając ręce w kieszeniach.
- To pani syn? - zapytał w końcu.
- Tak. - Matka spojrzała na niego hardo. - Bo co?
Jedna ręka wyłoniła się z płaszcza i Tadzik zobaczył ciemną okładkę z wytłoczonym w niej orzełkiem. Mężczyzna otworzył legitymację i mignął nią matce przed oczami.
- Milicja Obywatelska. Dlaczego syn nie jest w szkole, tylko w... - rozejrzał się na boki - ...takim miejscu? Poproszę pani dowód osobisty i legitymację uczniowską syna.
Matka wyglądała, jakby trafił ją piorun. Stała skamieniała, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Po chwili zrobiła to, co często robią w takich sytuacjach kobiety. Rozpłakała się. Tadzik nie sądził, żeby chciała wzruszyć milicjanta. Wszystkie złe emocje, które skumulowały się w niej przez ostatnich kilka miesięcy, znalazły nagle ujście wobec kolejnego, zupełnie niespodziewanego zdarzenia. Pękła jakaś tama, milicjant był kroplą, która przepełniła czarę. Tadzik postanowił zachować się jak mężczyzna i wziąć sprawy w swoje ręce. Matka chlipała, a on zbliżył się do człowieka w płaszczu i poufnym szeptem powiedział:
- Proszę pana. Po pierwsze, dziękuję, że mnie pan uratował przed tym chuliganem. Po drugie, nie jestem na wagarach. Przyjechaliśmy z matką do Szczecina do ojca, który niestety jest w więzieniu, wreszcie pozwolono nam się z nim zobaczyć. Ponieważ kończą się nam pieniądze, sprzedajemy tutaj zagraniczną wódkę, którą zostawił w szafie tata, a której i tak nie pijemy. Ani mama, ani ja, ani... mój brat. To po trzecie. Więc niech pan nam daruje i nie zabiera nas na komendę, bo zaraz musimy jechać do taty. Tramwajem numer dziewięć. Bardzo pana prosimy.
Oczy Tadzika były ogromne i pełne łez. Zdał sobie sprawę, że gra. Ryzyko, że milicjant faktycznie zabierze ich na dołek, przez co nie dojdzie do spotkania z ojcem, było spore, ale to tylko dodawało Tadzikowi skrzydeł. Nie musiał się nawet za bardzo wysilać, żeby w oczach pojawiły się łzy. Był autentyczny. Ale grał, co uświadomił sobie z niejaką dumą. I był pewien, że wygra. Milicjant popatrzył na niego, potem na matkę i lekko się zgarbił. Matka grzebała w torbie, szukając dokumentów.
- Niech pani da spokój - powiedział cicho. - Jedźcie już, bo się spóźnicie. Nie chcę tu więcej widzieć tego chłopca. To nie jest miejsce dla dzieci.
Tadzik chciał poinformować milicjanta, że nie jest już dzieckiem, ale coś go przed tym powstrzymało. Matka chlipnęła jeszcze raz, a jej oczy błysnęły wdzięcznością. Wyciągnęła z torby butelkę whisky, ostatnią, której nie zdążyła sprzedać, i podała ją milicjantowi.
- Schowa ją pani. Przyda się jeszcze.
Odwrócił się i po chwili zniknął między straganami. Tadzik patrzył za nim. Nagle poczuł pieczenie ucha.
- Jeszcze raz wywiniesz mi taki numer, to zobaczysz ojca jak świnia niebo, zrozumiałeś? - Matka szarpnęła go i pociągnęła za sobą. - Jedziemy. I dziękuj Opatrzności, że tak łatwo się wywinęliśmy.
Tadzik pomyślał, że w zasadzie to jemu należałoby podziękować, ale zachował to dla siebie. Nie chciał więcej wkurzać matki. Ojciec był teraz najważniejszy. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, lecz nie zobaczył już mężczyzny w płaszczu. Postanowił zapamiętać go sobie. Drobny, lecz dobry gest tego człowieka wiele dla niego znaczył. Ale najbardziej podobało mu się, jak milicjant spławił opryszka o szczurzych oczkach. Musiał być tutaj kimś...
Niecałą godzinę później wchodzili do budynku aresztu śledczego przy Kaszubskiej. Podeszli do biura przepustek oddzielonego od korytarza szybą. Siedzący za nią człowiek w mundurze Służby Więziennej, w okrągłej czapce z błyszczącym nad daszkiem orzełkiem, zapiętej pod brodą wąskim paskiem, wyciągnął rękę po dowód osobisty matki. Podała mu go razem z legitymacją Tadzika przez okrągłe wycięcie w szkle. Funkcjonariusz w milczeniu sprawdził oba dokumenty, porównując zdjęcia z przejętymi twarzami przed sobą. Wziął do ręki ołówek, poślinił końcówkę i zapisał coś w grubym brulionie w kratkę, który otworzył w miejscu założonym drewnianą linijką. Oddał dowód i legitymację i zadzwonił ze stojącego na biurku wielkiego, czarnego telefonu w bakelitowej obudowie. Po chwili pojawił się następny funkcjonariusz. Też nic nie mówił, tylko otworzył obite blachą drzwi i przepuścił matkę i Tadzika przodem. Tadzik z podziwem patrzył na dyndającą mu u pasa skórzaną kaburę z prawdziwym pistoletem.
Idąc korytarzem, minęli kolejne drzwi, a potem kratę, którą otworzył im jeszcze inny funkcjonariusz. Ten, zamiast pistoletu, miał przy pasie olbrzymi pęk kluczy brzęczących przy każdym ruchu. To z nim poszli dalej kolejnym korytarzem o ścianach pokrytych zielonkawą i brudnożółtą, obłażącą gdzieniegdzie lamperią. Słychać było tylko ich kroki. Szybkie, zdecydowane matki; głuche strażnika i jego - pośpieszne i nierówne, kiedy musiał prędzej przebierać nogami, by nadgonić, odrabiając stracony dystans. W końcu dotarli do sali widzeń, gdzie Tadzik ujrzał wreszcie ojca.
Rzucił się w jego kierunku z dzikim okrzykiem radości. Zdążył go objąć i uścisnąć, zanim funkcjonariusz oderwał go od niego siłą.
- Dotykanie więźnia jest zabronione! - krzyknął surowym tonem, odpychając wierzgającego chłopca od ojca.
- Tadzik - ojciec miał w oczach łzy - Tadzik, posłuchaj pana. Usiądź spokojnie, proszę cię!
Matka chwyciła Tadzika za kołnierz i usadziła na krześle stojącym przed długim, zniszczonym stołem. Klawisz stanął z boku, pod ścianą, nie spuszczając wzroku z więźnia. Z drugiej strony stołu usiadł ojciec. Nie miał już kajdanek, rozcierał tylko zaczerwienione nadgarstki. Uśmiechał się. Jego twarz była gładko ogolona, jednak bladość i zmarszczki, których nie było jeszcze parę miesięcy temu, czyniły ją starszą i poważniejszą. Tylko ten łobuzerski uśmiech nie zmienił się, był taki, jakim zapamiętał go Tadzik. Taki jego. Oczy powoli wysychały. Ojciec wygrzebał z paczki papierosa i zapalił go. Odłożył zapałki na blat i zaciągnął się, wydmuchując dym w kierunku sufitu. Tadzik tęsknił nawet za zapachem jego papierosów.
- Jak w szkole? - zapytał go ojciec. Tadzik zobaczył, że jego oczy są przekrwione. - Tylko nie kręć, bo zapytam matki. - Spojrzał na żonę. Spuściła wzrok.
- Dobrze - odparł Tadzik. - Jak zwykle. Tylko trochę mi dokuczają, wiesz...
Ojciec odwrócił głowę w bok.
- Wiem. Przykro mi. Musisz być teraz dzielny.
- Tak, tato. Będę.
- Jak Zdzisiek?
Tadzik milczał. Matka się wtrąciła.
- Same z nim kłopoty. - Westchnęła ciężko. - Podpija wódkę, ćmi papierochy, wagaruje. Ostatnio wrócił do domu po pierwszej w nocy. Nie powiedział, gdzie był. A raz przywiozła go do domu milicja, bo włóczył się po Stargardzie z butelką piwa i wyzywał przechodniów. Ledwo tych milicjantów ubłagałam, żeby mu nie zakładali sprawy na kolegium.
- Daj spokój, Lodźka. To przejściowe. Wyrośnie z tego. Też chuliganiłem, jak byłem w jego wieku.
- Jak byłeś w jego wieku, to była wojna.
- Oj, dobrze. Też się piło i popalało. Tacy są chłopcy. Wyrośnie, zobaczysz. Jak mecenas? - zmienił nagle temat.
- Był u nas. Zapłaciłam mu, ale pieniądze powoli się kończą.
- Sprzedaj to złoto po mojej matce. Zapisz sobie adres...
- A myślisz, że za co żyjemy?
- Komu sprzedałaś?
- Sołtysowej. Wzięła wszystko.
- Za ile?
Matka zerknęła na Tadzika.
- Nie przy dziecku...
- Jakie on tam dziecko - ojciec spojrzał na Tadzika z dumą - chłop na schwał!
Tadzik pokraśniał z zadowolenia.
- Za osiemnaście tysięcy.
- Zwariowałaś? To było warte ze dwa razy tyle! - krzyknął, wstając gwałtownie.
- Spokój - warknął klawisz. Ojciec opadł z powrotem na krzesło.
- To czemu sam nie sprzedałeś? - syknęła matka. - Myślisz, że mi łatwo? Kowalski mniej niż pięć na początek nie weźmie, a i tak nie jest drogi jak na takiego adwokata. Sprzedaję na mieście twoje flaszki. I tak do twojego powrotu nie wytrzymają. Jeśli, nie daj Bóg, nie będzie gorzej...
Ojciec uśmiechnął się, trochę z przymusem i zgasił papierosa w stojącej przed nim łusce po pocisku artyleryjskim. Tadzik widział, jak jego dłoń drży lekko, gdy wciskał niedopałek w dno popielniczki.
- Nie bójcie się, nie rozstrzelają mnie. To już nie czasy błędów i wypaczeń. Prokurator się uparł, ale to nie przejdzie. Jeszcze im się przydam. A nawet jeśli dostanę piętnaście lat, to za kilka wymienią mnie na jakiegoś polskiego albo radzieckiego agenta, który wpadł na Zachodzie. Wtedy, jak już się tam jakoś urządzę, sprowadzę was do siebie i będziemy żyć długo i szczęśliwie. No nie, panie klawisz? - Odwrócił się do funkcjonariusza i puścił do niego oko. Ten nie zareagował, stał dalej, podpierając brudną ścianę i gapiąc się bezmyślnie w okno.
Ojciec znów oparł łokcie o stół i podparł podbródek złożonymi rękami.
- Strasznie mnie maglowali ci z WSW. Nie spałem. Nie dawali mi papierosów. Wszystko im powiedziałem, zresztą tak mi poradził Kowalski. I tak wszystko stracone. Wiecie, ci z CIA obiecali mi, że jakby co, nawet spod szubienicy mnie wyciągną. A ja od początku miałem tylko jeden warunek. Tam gdzie ja, tam i wy. Zawsze. Was też mieli przerzucić... Nie zdążyli.
- Daj już spokój - powiedziała matka. - Zostaw to. Nieważne.
Ojciec patrzył w ścianę gdzieś ponad ich głowami. Potem powiedział do matki, patrząc jednak na Tadzika:
- Lodźka, zostaw nas z Tadkiem samych na chwilę, dobra? Mężczyźni muszą sobie pogadać.
Matka wstała i wyszła, odprowadzana przez Tadzika zdumionym wzrokiem. Gdy drzwi zamknęły się za nią, ojciec pochylił się nad stołem, zbliżając się do syna. Tadzik zrobił to samo. Ich twarze dzieliła tak mała odległość, że czuli ciepło swoich oddechów. Klawisz fuknął ostrzegawczo, lecz gdy ojciec posłał mu wymowne spojrzenie, dał spokój i znów wbił wzrok w okno.
- Próbowałem. Nie wyszło. Cokolwiek by się stało, chcę, żebyś wiedział, że to wszystko dla was. Dla ciebie. Żebyś miał w życiu dobrze. Kiedy podrośniesz, zaczniesz się zastanawiać, dlaczego to zrobiłem. Czy chodziło wyłącznie o pieniądze, czy może o coś więcej. Pogadamy o tym za parę lat, wtedy ci wszystko wyjaśnię. Stawka była wysoka i przegrałem, ale nie chcę, żeby ta przegrana dotknęła ciebie. Chcę, żebyś ty i Zdzisiek, i matka też... żebyście żyli w miarę normalnie. Aż wszystko się jakoś ułoży i zaczniemy od nowa. Ucz się dobrze, dbaj o matkę, pisz do mnie listy, dużo listów. Chcę wiedzieć, co u was słychać. I naprawdę się staraj. Bądź kimś. Nie zawiedź mnie, dobra?
Tadzik zobaczył, jak oczy ojca wilgotnieją, i poczuł, jak gardło ściska mu się ze wzruszenia.
- Tatulu, ja... Pamiętasz, co ci wtedy obiecałem? - Zerknął w bok, lecz klawisz nie zwracał na nich uwagi. - No wiesz, wtedy, w moim pokoju?
Ojciec skinął poważnie głową.
- Nikomu nie powiedziałem - wyszeptał Tadzik - nigdy i nikomu. Tak jak przyrzekłem. Tym ludziom, którzy przyszli do domu, też nie. Nawet matce i Zdziśkowi.
- Wiem - powiedział ojciec - wiem. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Zawsze. Dlatego wiem, że tym razem również mnie posłuchasz, prawda?
- Tak, tato. Przyrzekam.
Łzy leciały ciurkiem, lecz Tadzik nie miał sił, żeby je powstrzymać. Był już prawie mężczyzną, tak jak mówił ojciec, ale jeszcze nie na tyle silnym, by pohamować płacz. Jeszcze nie. Potem wróciła matka, żeby dalej rozmawiać o bieżących sprawach. Ojciec powiedział jej, od kogo ma się domagać zwrotu długów i pomocy w ramach zaległych zobowiązań. Pożegnali się, gdy pilnujący ich funkcjonariusz zerknął na zegarek i powiedział:
- Koniec widzenia!
Tego dnia Tadzik widział ojca po raz ostatni w życiu.