1. Obcy we własnym kraju
Marzec 1946, Straubing, Niemcy
Franz Stigler, z rękoma w kieszeniach długiej obszarpanej wełnianej kurtki, podążał ulicami zbombardowanego miasteczka. Wydychane powietrze tworzyło połyskującą mgiełkę w słońcu zimnego wczesnego ranka. Szedł szybko, drobnymi krokami, od czasu do czasu krzyżując ramiona na piersi, by osłonić się przed podmuchami wiatru.
Miał trzydzieści lat, ale wyglądał na więcej. Był wymizerowany, jego mocne szczęki rysowały się wyraźnie pod skórą, a ostry orli nos wydawał się jeszcze bardziej wydatny. Mimo widocznego wycieńczenia ciemne oczy pobłyskiwały optymizmem. Od końca wojny minął dopiero rok i gospodarka Niemiec wciąż była w opłakanym stanie. Franz rozpaczliwie szukał pracy. W kraju zrujnowanym i wymagającym odbudowy najważniejszym przemysłem w Straubingu stała się produkcja cegieł. Słyszał, że cegielnia przyjmuje pracowników na dniówki.
Stukając głośno czarnymi skórzanymi butami o bruk, szybko przemierzył duży prostokątny plac Ludwiga. Promienie słońca już zaczynały tu sięgać. Pośrodku placu stał ratusz, bogato zdobiony zielony budynek z wysoką białą wieżą zegarową. Duże okna i figurki cherubinów rozbłysły w porannym słońcu. Ratusz był jednym z niewielu budynków, jakie przetrwały nietknięte. Z okolicznych domów po bombardowaniach i pożarach zostały same skorupy.
Kiedyś to miasto w Bawarii, będącej katolickim regionem południowych Niemiec, wyglądało jak z bajki. Mieszkańcy lubili piwo i bawili się przy każdej okazji. Miasteczko mieniło się kolorami; domy mieszkalne kryto czerwoną dachówką, gmachy urzędów wyróżniały się zielonymi bizantyńskimi kopułami, kościoły miały białe gotyckie wieże. Osiemnastego kwietnia 1945 roku nadleciały ciężkie amerykańskie bombowce, samoloty nazywane przez Niemców "czterema silnikami". Bombardując obiekty kolejowe i stacje rozrządowe, zburzyły jedną trzecią miasta. Dwa tygodnie później Niemcy się poddały, ale Straubing zdążył już utracić swoje kolorowe dachy.
Zegar wybił ósmą, jego dźwięki okrążyły plac. Od ratusza, gdzie amerykańscy żołnierze wydawali kartki żywnościowe, ciągnęła się długa kolejka. Większość ludzi czekała w milczeniu. Niektórzy się kłócili. Dziesięć lat wcześniej Hitler obiecał zatroszczyć się o naród niemiecki, zapewnić mu żywność, dach nad głową i bezpieczeństwo. Zamiast tego wszystkiego przyniósł mu zniszczenie. Teraz tym narodem zajmowali się przedstawiciele państw koalicji antyhitlerowskiej - Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi. Nazywali swoją działalność "odbudową Niemiec". Ta odbudowa ograniczała się, praktycznie rzecz biorąc, do działań humanitarnych, które były jednocześnie strategicznymi. Alianci potrzebowali Niemiec jako terenu frontowego w zimnej wojnie ze Związkiem Sowieckim. Zatem Amerykanie, którzy okupowali południowe Niemcy, w tym i Bawarię, postanowili naprawić szkody... w interesie Niemiec, jak i swoim własnym.
Zamiast omijać kolejkę ponurych ludzi, Franz prześlizgnął się pomiędzy nimi. Niektórzy zaczęli na niego wrzeszczeć, podejrzewając, że chce się wepchnąć. Mężczyzna się nie zrażał. Zauważył, że wzrok ludzi przyciągają jego buty.
Kurtka Franza, która wcześniej należała do jego ojca, była nadjedzona przez mole. Zielone bawarskie spodnie miały łaty na kolanach. Natomiast buty były niezwykłe. Sięgały powyżej łydki, a znad górnej krawędzi wystawał kożuszek, którym były wyłożone. Od wewnętrznej strony miały metalowy zamek błyskawiczny, a z przodu, na wysokości kostki, biegł czarny pasek z klamrą.
To były buty pilota. Jeszcze rok wcześniej latał w nich z dumą w rozrzedzonym powietrzu prawie dziesięć kilometrów nad ziemią, pilotując messerschmitta 109, z potężnym silnikiem Daimler-Benz. Kiedy inni walczyli na piechotę, on latał z szybkością sześciuset pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Prowadził trzy eskadryI - w sumie około czterdziestu pilotów - przeciwko ugrupowaniom złożonym z tysiąca amerykańskich bombowców, które rozciągały się na sto pięćdziesiąt kilometrów. W ciągu trzech lat Franz brał udział w czterystu osiemdziesięciu siedmiu powietrznych starciach, dwukrotnie był ranny, raz się palił, ale jakoś zawsze wracał do bazy. Teraz jednak zamienił swój czarny skórzany kombinezon lotniczy, jedwabny szalik i szarą oficerską charakterystycznie zgniecioną z przodu czapkę na workowate ubranie prostego robotnika. Buty pilota zatrzymał... bo nie miał innych.
Idąc spiesznie ulicą, widział ludzi tłoczących się wokół tablic informacyjnych, by odczytać przymocowane tam pinezkami kartki. Poczta i telefony nie działały i jedynym sposobem porozumiewania się, szukania i odnajdywania najbliższych były właśnie te tablice. W Niemczech w tym czasie około siedmiu milionów ludzi nie miało dachu nad głową. Grupka kobiet stała przy opuszczonej klapie amerykańskiej wojskowej ciężarówki. Z jej wnętrza żołnierze rzucali im worki z rzeczami do prania, żując gumę i ćwicząc prawienie komplementów po niemiecku. Kobiety chichotały i brały po dwa worki. Kierowały się ku staremu parkowi na północ od miasta, gdzie łukiem płynęła odnoga Dunaju. Tam klękały na brzegu i prały żołnierską bieliznę. Woda była lodowata, ale Amerykanie płacili dobrze.
Główna ulica miasta biegła na północ, w stronę rzeki. Franz odwrócił się, ruszył nią i natychmiast natknął na kolejny tłum ludzi. Stanął jak wryty i przełknął ślinę. Niestety się spóźnił. Przed każdym budynkiem tego kwartału ciągnęła się długa kolejka mężczyzn szukających pracy. Niektórzy chuchali w dłonie. Inni robili skręty tułowia, by się rozgrzać. Większość była weteranami, odzianymi w te same szare bluzy i długie płaszcze, które nosili podczas wojny. Wciąż było widać ślady po zerwanych naszywkach. Podobnie jak Franz, starali się uchwycić strzępów zdewastowanej gospodarki.
Cegielnia znajdowała się jeszcze dalej i Franz miał nadzieję, że tam kolejka będzie krótsza. Minął ludzi pracujących wewnątrz murów zburzonego domu. Brakowało ścian od strony ulicy. Pod brezentowym dachem mężczyźni w zimowych ubraniach reperowali leżące na stołach małe silniki. Między nimi chodziła, dostarczając zlecenia, pozbawiona jednej ręki kobieta.
Ostrzegawczy dźwięk klaksonu kazał Stiglerowi uskoczyć z jezdni na chodnik. Minął go rozpędzony amerykański jeep, w którym siedzieli żandarmi wojskowi w czystych białych hełmach. Amerykanie pilnowali porządku, podczas gdy niewielkie siły nieuzbrojonej niemieckiej policji wspomagały ich w sprawach "lokalnych". Niektórzy weterani wciąż odwracali wzrok na widok jeepów.
Na ławce, przy której zatrzymywały się autobusy, siedział beznogi weteran. Mężczyzna w postrzępionym wojskowym mundurze był tutaj codziennie. Wyglądał na czterdzieści lat, ale równie dobrze mógł mieć dwadzieścia. Długie włosy, siwy zarost na twarzy. Mrugał nerwowo jak człowiek, który widział tysiące piekieł. Uosabiał złą przeszłość, o której wszyscy chcieli zapomnieć.
Okaleczony weteran potrząsał manierką, czekając na jałmużnę. Franz sięgnął do kieszeni i wrzucił do pustego naczynia kartkę na żywność. Robił to zawsze, kiedy koło niego przechodził, i zastanawiał się, czy właśnie dlatego ten człowiek siedzi niezmiennie w tym samym miejscu. Weteran nigdy mu nie podziękował ani się nie uśmiechnął. Spoglądał tylko na Franza ze smutkiem. Przez chwilę Franz czuł zadowolenie, że unosił się wysoko nad tą wojną prowadzoną na ziemi. Sześć lat bezpośrednich walk, a potem miesiące spędzone w obozach dla jeńców spowodowały, że wielu weteranów znalazło się w takim położeniu jak ten żebrak, ale oni i tak zaliczali się do szczęśliwców. Ci, którzy dostali się w ręce Sowietów, dotąd nie wrócili.
Franz pomacał w kieszeni dwie kromki owsianego chleba. Bez zażenowania przyjmował jałmużnę od zwycięzców. Oznaczało to osiemset kalorii dziennie, co pozwalało przeżyć. Kiedy był pilotem, karmiono go dobrze. Już w czasie pierwszej wojny światowej pilotów uważano za wybrańców, którzy mieli dobrze sobie żyć, zanim zginą bolesną śmiercią. Podczas drugiej wojny uznano, że pilotom należą się dodatkowe korzyści, ponieważ nikt za żadne pieniądze nie chciałby robić tego co oni. Tak więc w czasie wojny Franz pił szampana, koniak, jadł chleb z chrupiącą skórką, wędliny, dostawał zimne mleko, świeży ser i dziczyznę, a także czekoladę i papierosy bez ograniczeń. Po wojnie zapomniał, co to znaczy być sytym.
Franz jęknął. Przed cegielnią ciągnęła się długa kolejka chętnych do pracy. Wiła się chodnikiem od zrujnowanego budynku. W tych czasach cegieł nie trzeba było wozić daleko, najwyżej przecznicę czy dwie, i dlatego właśnie cegielnia pojawiła się w samym środku miasta.
Mężczyźni z kolejki stanowili zbieraninę twardych pracowników fizycznych. Wypalanie cegieł i dostarczanie ich było ciężką pracą. Kiedy Franz się zbliżył, jego buty przyciągnęły wzrok mężczyzn. Udawał, że tego nie widzi. Chciał tylko wtopić się w tłum i pracować. Urodził się godzinę drogi stąd, w maleńkim Ambergu, gdzie mieszkały teraz jego dziewczyna i matka. Próbował tam osiąść po wojnie, ale ludzie wiedzieli, że był pilotem myśliwskim, i winili go za spustoszenie kraju. "Wy nas zawiedliście!", krzyczeli za nim. "Pozwoliliście, żeby bomby spadały!" Postanowił więc zacząć od nowa w Straubingu, gdzie go nie znali. Niewiele to dało. Mieszkańcy tego miasta byli tak samo rozczarowani pilotami jak wszyscy w Niemczech. Kiedyś piloci myśliwscy byli narodowymi bohaterami. Teraz wrogie spojrzenia świadczyły o nowej rzeczywistości. Piloci myśliwscy stali się głównymi winowajcami. Franz odwrócił wzrok od tych natarczywych spojrzeń.
Dwóch amerykańskich żołnierzy spacerowało ulicą z uwieszonymi u ramion niemieckimi dziewczętami. Za dnia były bezpieczne. Nocą groziło im niebezpieczeństwo i mogły zostać pobite przez swoich ziomków. Dziewczęta marzły i głodowały jak wszyscy, ale miały wybór: randka z Niemcem i pusty żołądek albo randka z Amerykaninem, który mógł im dać kawę, masło, papierosy i czekoladę. Przy tych młodzieńczych zdobywcach, przybyłych z najbogatszego kraju świata, stojący w kolejkach po pracę niemieccy mężczyźni wyglądali na kompletnych słabeuszy. "On legł za ojczyznę, a ona za papierosy", żartowali z goryczą.
Wreszcie rząd ludzi ruszył do przodu i Franz znalazł się na terenie cegielni przed drewnianym składanym stolikiem. Siedział za nim kierownik, łysy mężczyzna w okularach. Dalej za jego plecami robotnicy wkładali czerwoną glinę do form i przewozili cegły na taczkach. Podał kierownikowi papiery, potem zerknął na swoje buty w nadziei, że mężczyzna ich nie zauważył. W papierach miał napisane: "Podporucznik [leutnant], pilot, lotnictwo wojskowe". Zaraz po skończeniu wojny Stigler poddał się Amerykanom, którzy polowali na niego, ponieważ był jednym z najlepszych niemieckich pilotów i latał na najnowszych samolotach. Amerykanom potrzebna była jego wiedza. Franz z nimi współpracował i przy zwolnieniu otrzymał papiery, które pozwalały mu przenosić się z miejsca na miejsce i podejmować pracę. Puścili go, bo miał czyste konto; nigdy nie był członkiem partii narodowosocjalistycznej.
- A więc byłeś pilotem i oficerem? - spytał kierownik.
- Tak, proszę pana - odpowiedział Franz, spuszczając wzrok.
- Bombowce? - drążył tamten.
- Myśliwce. - Franz wiedział, że mężczyzna go podpuszcza, ale nie zamierzał kłamać.
Robotnicy w kolejce zaczęli szeptać między sobą.
- I pilot myśliwski chce teraz pobrudzić sobie rączki? - szydził kierownik. - Posprzątać bałagan, jakiego sam narobił?
- Ja chcę tylko pracować, proszę pana.
Zataczając ręką krąg, by wskazać zrujnowane miasto, mężczyzna wyrecytował zdanie, które Franz słyszał już niezliczoną ilość razy:
- Pozwoliliście, żeby bomby spadały!
Franz zagryzł wargi i powtórzył:
- Ja chcę tylko pracować.
- Poszukaj sobie pracy gdzie indziej - usłyszał w odpowiedzi.
- Muszę mieć tę pracę - powiedział. Pochylił się do kierownika. - Mam rodzinę na utrzymaniu. Będę pracował ciężko... ciężej niż inni.
Mężczyźni w kolejce zaczęli pomrukiwać i przepychać się do przodu.
- Z drogi! - wrzasnął któryś. Ktoś go popchnął. - Nie wstrzymuj kolejki - krzyknął inny.
Byli wściekli, że przegrali wojnę. Byli wściekli na Hitlera, że ich oszukał. Byli wściekli, bo teraz ich kraj znajdował się pod okupacją. Jednak żaden z otaczających Franza mężczyzn by się do tego nie przyznał. Potrzebowali kozła ofiarnego, a tutaj trafił im się pilot myśliwski.
- Wynoś się! - syknął kierownik. - Wy, naziści, zrobiliście już swoje.
Naziści. Oczy Franza zwęziły się gniewnie. To słowo było nowym przekleństwem, jakiego Niemcy nauczyli się od Amerykanów. Franz nie był żadnym nazistą. Wiedział, że naziści to członkowie NSDAP, narodowi socjaliści, żądni władzy politycy i biurokraci, którzy przejęli Niemcy, kryjąc się za pięściami rozsierdzonych, rozczarowanych mas. Nigdy nie powinni rządzić. Doszli do władzy po wyborach w 1933 roku, kiedy o miejsca w parlamencie ubiegało się dwanaście partii. Każda uzyskała pewną część głosów, jednak 44 procent Niemców głosowało na narodowych socjalistów. Te 44 procent dało tym ludziom i ich przywódcy, Adolfowi Hitlerowi, dość miejsc w parlamencie, by mogli sprawować władzę dyktatorską. Bardzo szybko Hitler i naziści zakazali wyborów i zdelegalizowali wszystkie partie polityczne poza własną, która odtąd znana była jako "Partia". Hitler i Partia zawładnęli Niemcami po tym, jak 56 procent uprawnionych obywateli głosowało przeciwko nim.
Franz poczuł, jak krew zaczyna pulsować mu w skroniach. Miał wtedy siedemnaście lat, był zbyt młody, by głosować w wyborach 1933 roku, ale jego rodzice byli przeciwko Partii. Kiedy Franz uzyskał pełnoletność, nie wstąpił do Partii, ale ona zrujnowała mu życie.
- Nie jestem nazistą - powiedział. - Ja chcę tylko pracować.
- Bądź człowiekiem i odejdź - wrzasnął ktoś z kolejki.
Inni zaczęli go popychać. Poczuł na karku oddechy gniewnych ludzi.
- Odsuńcie się! - krzyknął do nich. Nie znosił, kiedy ktoś stawał tuż za jego plecami. Było to instynktowne, ponieważ pilot myśliwski obawiał się wszystkiego, co zbliżało się od tyłu, znajdowało na "godzinie szóstej". Franz wiedział, że jeśli odwróci się do tych rozwścieczonych mężczyzn, to dojdzie do bójki, i dlatego celowo unikał kontaktu wzrokowego.
Kierownik sięgnął po słuchawkę wiszącego na ścianie telefonu, którego kabel biegł przez rozbite okno na ulicę. Zatelefonował gdzieś i oznajmił głośno:
- Zaraz będzie tu policja.
- Proszę, nie - powiedział Franz. - Muszę zadbać o rodzinę.
Kierownik rozsiadł się wygodnie z założonymi rękoma. Franz zdjął czapkę, odsłaniając wgłębienie na czole. W październiku 1944 roku amerykański pocisk, kaliber 12,7 milimetra, przebił wzmocnioną przednią szybę i trafił go w głowę.
- Nie wnerwiaj mnie! - oświadczył, wskazując ręką to miejsce.
Kierownik się roześmiał. Franz wyjął z kieszeni kartkę i cisnął ją na stół. Były lekarz wojskowy wystawił mu zaświadczenie, w którym napisał, że uraz mózgu spowodowany postrzałem może "wywoływać niespodziewane reakcje". W rzeczywistości pilot nie doznał żadnego urazu mózgu, miał tylko to wgłębienie w czaszce. Lekarz dał mu ten dokument na wszelki wypadek, jako swoistą asekurację, gdyby Franz się komuś naraził, robiąc czy mówiąc coś niewłaściwego.
Kierownik wziął kartkę, przeczytał i zgniótł w dłoni.
- Wymówka tchórza! - rzucił.
- Nie masz pojęcia o tym, co robiliśmy! - powiedział Franz, zaciskając pięści. Był naocznym świadkiem, jak jego towarzysze broni, piloci myśliwscy, dzielnie walczyli, jak ginęli, podczas gdy partyjni przywódcy nazywali ich "tchórzami", winiąc za zburzenie niemieckich miast. W rzeczywistości Franz i jego koledzy nie mieli najmniejszej szansy w walce z potęgą przemysłową państw koalicji antyhitlerowskiej z niezliczoną liczbą ich samolotów bojowych. Z 28 tysięcy pilotów niemieckich myśliwców biorących udział w walkach powietrznych wojnę przeżyło jedynie 1200.
Franz znowu nachylił się do siedzącego mężczyzny i szepnął mu coś do uchaII. Kierownik wyprostował się na krześle i oświadczył:
- No proszę, spróbuj.
Jednym ruchem pilot chwycił go za kołnierz, przyciągnął do siebie ponad stołem i zadał pięścią cios między oczy.
Mężczyzna zatoczył się do tyłu i wpadł na szafkę. Robotnicy rzucili się na Stiglera i powalili go na podłogę. Jeden dał mu kopniaka w żebra. Inny pięścią walnął w nerkę. Przycisnęli go twarzą do zakurzonej posadzki.
- Nie macie pojęcia! - krzyczał Franz z policzkiem przyciśniętym do płytek.
* * *
Pojawiło się trzech niemieckich policjantów i dmuchając w gwizdki, rozdzielali tłum. Robotnicy puścili leżącego. Policjanci postawili go na nogi. Funkcjonariusze byli silni i dobrze odżywieni dzięki swoim amerykańskim szefom. Franz chciał pobiec, ale wiedział, że nie ucieknie.
Ze łzami w oczach kierownik powiedział policjantom, że Franz żądał pracy, wpychając się przed innych, i nie chciał się stąd ruszyć. Rozwścieczony tłum potwierdził jego słowa.
Pilot zaprzeczył oskarżeniom, choć wiedział, że przegrał tę potyczkę. I że go aresztują. Wpierw jednak musiał odzyskać swoje papiery. Powiedział dowodzącemu patrolem, że ma je kierownik.
Funkcjonariusz gestem nakazał pozostałym policjantom zabrać Franza.
- Chwileczkę! On ma moje zaświadczenie lekarskie! - zaprotestował Franz.
Kierownik podał im zmiętą kartkę. Policjant ją rozprostował i przeczytał kolegom:
- ...rana głowy odniesiona w czasie walki z B-17. - Schował oba dokumenty i oświadczył: - I tak idziesz z nami!
Franz wiedział, że opór nie ma sensu. Policjanci pociągnęli go wzdłuż kolejki na ulicę. Myśli gorączkowo przelatywały mu przez głowę. Jak znajdę pracę, skoro będę notowany? Co powiem kobietom? Jak je utrzymam?
Wymęczony zmaganiami z tłumem, obolały od ciosów i przytłoczony zgryzotą, zwisł bezwładnie w rękach ciągnących go policjantów. Czubki ciężkich czarnych lotniczych butów wlokły się po bruku zrytym odłamkami bomb.
I Eskadra, z niem. Staffel, składała się etatowo z 16 samolotów, ale w warunkach bojowych mogło ich być mniej (do 9). Jej odpowiednikiem w lotnictwie brytyjskim i amerykańskim jest squadron, który w literaturze polskiej tłumaczy się także jako dywizjon (przyp. H.J.K.).
II Franz zapamięta, co wtedy powiedział: "Słuchaj, mam tutaj dziurę i jeśli się nie uciszysz, nie odpowiadam za siebie".