Rycerze Pożycznonego Mroku (#2). Rycerze Pożyczonego Mroku 2. Wieczny dwór - Dave Rudden


Reflow text when sidebars are open.
Denizen Hardwick kochał księgarnie.
Była to w jego przypadku miłość całkiem świeża, bowiem w okolicy sierocińca, w którym dorastał, księgarni zwyczajnie brakowało. Przy tym należało pamiętać, że Denizen nie był w żadnym razie sierotą bogatym, tylko zwyczajnym sierotą, bez rodziców, więc i tak nie mógłby sobie niczego kupić. Ale teraz Denizen mieszkał w mieście, z księgarniami na każdym rogu i nie sposób go było wyciągnąć z nich nawet końmi.
Czy były to rozległe emporia, czy na wpół ukryte norki otwarte jedynie w deszczowe wtorki w marcu, we wszystkich mieszkała magia. Był to ten cichy rodzaj magii, spoza dziedziny, którą parał się Denizen, wciąż jednak magii.
I nigdy jeszcze Denizen nie widział księgarni tak wspaniałej jak ta. Dębowe półki połyskiwały karmelową politurą, napełniając powietrze niemalże niezauważalnym zapachem lasu. Rzeczywiste wymiary sklepu pozostawały tajemnicą, antyczne meble ktoś artystycznie pogrupował, tak by wykrawały enklawy ciszy, zmieniały każdą z alejek w miejsce sekretnych schadzek klienta i książki.
Na zewnątrz słońce chowało się w połowie za chmurami, a jednak w sklepie jego światło było głębokie i złociste - to był blask Narni, Lórien, Faer?nu, Hyborii i Klatchu.
Niemal zbyt doskonałe, pomyślał Denizen. Mapy na ścianach i grubo wyściełane fotele, każdy z innej kolekcji, sprawiały, że wnętrze wydawało się uspokajająco zagracone i stare. Na ladzie stał nawet globus, o średnicy równej szerokości barków Denizena, cały wytatuowany w nieregularne kształty lądów.
Denizen pozwolił, by drzwi zamknęły się za nim łagodnie. Niewielki srebrny dzwonek brzęknął cicho, był to melodyjny odpowiednik grzecznego chrząknięcia.
Usłyszawszy dzwonek, właściciel księgarni uniósł głowę. Idealnie pasował do wnętrza sklepu, zupełnie jakby księgarnia wyrosła wokół niego, na podobieństwo skorupy kraba. Ubrany w tweed - jakżeby inaczej, pomyślał Denizen - z wiankiem siwych loków otaczających łysinę, poznaczoną plamami wątrobowymi, ten człowiek był żywym obrazem stereotypowego księgarza. Taki człowiek nie mógłby znaleźć sobie innej profesji, no może mógłby zostać sowołakiem. Dźwięk jego głosu przypominał szelest palca przesuwanego wzdłuż strony.
- Mogę w czymś pomóc?
Denizen przegarnął dłonią rude, potargane włosy. Nowe piegi zwabione zbliżającym się latem, wyłoniły się z bladości skóry niczym kiełkujące nasiona, najciemniejszy z nich był pojedynczą plamą atramentu, na dolnej wardze Denizena. Chłopiec nieufnie zerkał zza podniesionego kołnierza zbyt dużego płaszcza. Nieufność nie była niczym dziwnym w przypadku Denizena Hardwicka. Tak właśnie spoglądał na świat przez całe swoje życie, jakby spodziewał się ciosu, tylko nie wiedział, z której strony on nadejdzie. Miał za sobą kilka naprawdę dziwnych miesięcy - odcisnęły na nim swe szczególne, choć trudne do zdefiniowania piętno. Denizen nadal wyglądał, jakby spodziewał się ciosu, ale sprawiał przy tym wrażenie osoby, która może jednak oddać.
Spoglądał na księgarza bystrymi, szarymi oczami.
- Podoba mi się pański sklep - oznajmił. I mówił prawdę, choć mimo całego podziwu, jaki żywił dla starannie dobranych detali wystroju, jego spojrzenie dryfowało do jaskrawych ulotek przyczepionych do drzwi. Tusz zdążył się już na nich rozmazać, najwyraźniej nieustannie przechodziły z ręki do ręki.
- Jest taki cichy.
- Owszem przez większość czasu - odparł straszy pan. - Ale jakoś daję sobie radę.
- Ja też miewam w pracy ciche dni. - Denizen zerknął na pogniecioną okładkę kryminału, który trzymał w dłoni. - Ale ten chyba będzie głośny.
Księgarz zmieszał się, niemal zapomniał o uśmiechu.
- Słucham?
Denizen starannie dobierał słowa, gniew pulsował mu mocno w skroniach. Ostatnimi czasy zdarzało mu się to coraz częściej. Normalnie w takiej księgarni mógłby się zgubić na kilka godzin... ale od pewnego czasu spokój mu umykał.
- Powinienem przeprowadzać rekonesans - powiedział. - Przyglądać się. Obserwować. Tego typu kwestie.
Nie spuszczał wzroku z księgarza, ale w głowie płonęły mu drukowane litery z ulotek.
ZAGINIONY!
CZY WIDZIELIŚCIE NASZEGO SYNA?
POMÓŻCIE!
To ostatnie słowo uderzyło go najbardziej. Zdjęcie, numer telefonu i wyrażona jednym słowem prośba.
Uśmiech księgarza pozostał na miejscu, ale cienkie wargi cofnęły się, odsłaniając zęby. Jego źrenice lśniły czernią.
- Trwało chwilę, zanim zyskałem pewność - kontynuował Denizen tonem swobodnej konwersacji. - Trzeba było zdjęć. Obserwacji sklepu. Nawet przejrzałem twoje śmieci, nie żebyś jakieś miał. To była kolejna wskazówka. Ludzie zawsze zapominają o drobiazgach i wy chyba też.
Jedna z żarówek pod sufitem zamigotała, ale ani księgarz, ani Denizen nie zwrócili na to uwagi. Ziarnisty tweed garnituru zafalował, jakby poruszyły go napinające się pod skórą mięśnie. Pojedynczy lok zsunął się z plamiastego czerepu, wyglądał niczym przecinek.
- Mam rozkaz, by jej pozwolić, rozprawić się z tobą - kontynuował Denizen. - Ale nie mogę. Nie po tym...
Czerń w oczach księgarza. Drgający płomień w gardle Denizena.
Po czym?, szepnął starzec, a w słowach tych słychać było szelest wyschniętych i martwych skrzydeł.
- Po tym, jak umieściłeś ich zdjęcia na drzwiach.
Mrokor zaatakował.
Twarz starego księgarza rozpadła się w skowycie papieru i kurzu. Ludzkie zęby posypały się z klekotem na podłogę, wypchnięte przez kły bardziej pasujące do węgorza - zakrzywione do tyłu kolce o nierównych, poszarpanych krawędziach. Kończyny z trzaskiem wyskoczyły ze stawów, a cienie natychmiast popłynęły w te miejsca, by uzupełnić luki. Żarówka zaskwierczała, gdy Mrokor sunął po podłodze księgarni, zostawiając za sobą ślad w postaci drgającej niespokojnie rzeczywistości.
- Teraz! - krzyknął Denizen.
Simon Hayes zamigotał, stając się widzialny, jego dłonie już płonęły światłem. Węgorz w tweedzie spróbował zrobić unik w powietrzu, ale wysoki chłopiec obnażył tylko zęby we wściekłym grymasie i ognista strzała złożyła potwora wpół. Mrokor poleciał przez sklep, rozbijając półki w zamieci książek. Z jego boków uniósł się dym. Jednak ogień zniknął tak szybko, jak się pojawił. Pojedyncza iskierka spłynęła na podłogę z nieszkodliwym sykiem i tam zgasła.
Denizen odetchnął z ulgą. Moc, która kipiała mu pod skórą, można było opisać wieloma epitetami, ale słowo "subtelna" do nich nie należało. Jeśli chodziło o wygłodniałe bestie z mrocznego końca wieczności, to z tym Denizen dawał sobie radę, ale nigdy, pod żadnym pozorem nie chciałby przyłożyć ręki do palenia książek.
- Dobra robota - pochwalił przyjaciela. - Świetna kontrola. I naprawdę jesteś niezły w tym zaginaniu światła. Zupełnie nie wiedziałem, gdzie jesteś.
- Wiem. - Simon uśmiechnął się krzywo. - Prawie zderzyłeś się ze mną w drzwiach.
- Och, przepraszam - odparł Denizen. - Coś odwróciło...
Narastający warkot wiatru zagłuszył jego ostatnie słowa. Książki zostały wypatroszone z kartek, ulotki na drzwiach trzepotały bezradnie na kotwicach z taśmy klejącej, by w końcu zerwać się i odlecieć
- ...moją uwagę - dokończył Denizen.
Skóra księgarza zwisała w długich strzępach z chudej i wysokiej sylwetki. Jedno ramię wciąż jeszcze zakończone było ludzką dłonią. Z drugiego sterczały szpony z papieru i kości. Ciężka biblioteczka, którą Mrokor w nich trzymał, ważyła na pewno więcej niż Denizen i Simon razem wzięci, a potwór cisnął meblem bez najmniejszego wysiłku.
Na to właśnie czekał Denizen. Powstrzymywanie się w czasie ataku Tenebrysa było prawdziwym wysiłkiem. Jeśli miał być szczery, to wysiłek ów trwał od chwili, gdy Denizen otwierał oczy rano, aż do momentu, gdy zamykał je wieczorem.
Wspaniale było wreszcie odpuścić.
Tarcza utwardzonego powietrza pojawiła się we właściwym momencie, by zakłócić lot biblioteczki i posłać ją nowym torem na ścianę. Mebel rozpadł się od uderzenia, redukując przy tym zabytkowy globus do garści odłamków.
O rany. To był naprawdę ładny globus.
Papier tworzący ciało Mrokora napiął się i zacząć drzeć, gdy stwór wyprostował się na pełną wysokość. Żarówka pękła wreszcie, a ostatnie krople światła rozmyły się w szarościach i błękitach, jakby ktoś przeciągnął po nich soczewkami, jakby zostały przefiltrowane przez powieki węża.
- No dalej - syknął Simon kącikiem ust. Nieblask żarówki wypłukał z jego skóry wszelkie barwy.
- Co? - odsyknął Denizen.
- Ty to zrób. Jesteś lepszy.
- Moment, czekaj...
Potwór, pochylony, rzucił się ku drzwiom, używając regałów z książkami jako osłony. Denizen się zawahał - zawahał się jak idiota - i gdy Mrokor wyrwał tylne drzwi z zawiasów i cisnął nimi w Denizena, ten mógł się tylko uchylić.
Paskudny, pełen wyższości uśmieszek wykrzywił twarz potwora.
Czytelnicy, syknął Mrokor z niewysłowioną pogardą i nagle zakrzyczał przenikliwie, gdy w plecy trafiła go kometa.
Abigail Falx została wychowana na dziewczynę skrupulatną. Ani na chwilę nie spuściła wzroku z węgorza w tweedzie, gdy przygwoździła go tryskającym z palców światłem, które trawiło każdą stronicę wypadającą z wijącego się niby-ciała, każdą dryfującą w powietrzu drobinkę kurzu. Abigail niszczyła je warstwa po warstwie, aż nie zostało z nich nic więcej, tylko plama ciemności skulona na podłodze.
Po chwili i ona zniknęła.
Gdy płomieniste piekło w oczach Abigail zgasło, na jej ciemnym policzku widniała plama sadzy. Dziewczyna starła ją żelaznym palcem.
- Wy dwaj - powiedziała uprzejmie - jesteście skończonymi idiotami.
Dzień wstawał szary niczym pajęczyna, a Uriel walczył z siostrą na grobie ich babki.
Mauzoleum było największe na całym wzgórzu - kamień, złoto i ciemne elektrum, lśniące, ostre i kolczaste. Zupełnie jak sama babcia, jeśli wierzyć opowieściom Dziadka, a Uriel wierzył w każde jego słowo.
Chłodne linie i poszarpane krawędzie - rodzinne wartości Croitów1. Ostrze znajdowało ostrze ze szczękiem. Bose stopy strącały krople rosy z gładkiego niczym lód marmuru. Uriel prawie stracił równowagę, złapał się jednej z iglic, jednocześnie próbując trafić Ambrel.
Uchyliła się przed klingą. Oczywiście. Uriel był silniejszy, ale Ambrel szybsza. Jak dotąd jedyne, co z niej utoczył, to salwy śmiechu. Bolały go łokcie i kolana od uderzania w kamienne kolce zwieńczające mauzoleum, ale śmiał się razem z nią. Nie był w stanie się powstrzymać.
- Nigdy mi nie wybaczysz - powiedział między jedną paradą a drugą - że urosłem, prawda?
- To był nasz wzrost - zawołała w odpowiedzi. - A ty go ukradłeś.
Skoczyła w labirynt grobów poniżej.
Uriel ruszył za siostrą w pościg przez Ogród Oczekujących - miasto umarłych. Nie było tu dwóch jednakowych nagrobków. Nekropolia stanowiła mieszaninę bladych wież i krypt o niskich szczytach, starożytnych dolmenów i sarkofagów naruszonych przez pogodę, łączył je jedynie wszechobecny herb przedstawiający kruka siedzącego na dłoni szkieletu.
Na Zewnątrz mieli takie powiedzenie: przeszłość to inny kraj - ale tu stulecia leżały blisko siebie niczym kuzyni, historia Croitów oddana w posągach i kamiennych płytach. Niektóre ścieżki wiodące między grobami były szerokie niczym aleje prawdziwego miasta o granicach z przystrzyżonej trawy i mrugających peonii. Na inne wkraczały posągi, wyciągając ramiona do braci i sióstr po drugiej stronie, łączyły się w plątaninie ramion i białych twarzy bez wyrazu.
Tabliczki zaścielały ziemię niczym łupież zmarłych. Uriel nawet nie spojrzał na nie. Już znał wszystkie te imiona.
Czyżby dostrzegł ruch? Ruszył przez gęstwinę stryjecznych babek i zatrzymał się na ramieniu...
EUTHALIA CROIT
~ ZGINĘŁA W WALCE~
by zebrać się w sobie.
Członkowie innej rodziny uznaliby zapewne wykorzystywanie miejsca spoczynku przodków do treningów za przejaw lekceważenia i braku szacunku. Bez znaczenia, pomyślał Uriel. Na tym polegało bycie Croitem: to, co myślały inne rodziny, nie miało najmniejszego znaczenia. Uriel zastanawiał się nad uczuciami tych innych tylko dlatego, że Dziadek powtarzał, iż trzeba wiedzieć, jak myśli nieprzyjaciel, a tym właśnie byli inni ludzie. Nie dlatego, że coś zrobili - robienie czegokolwiek Croitom było, historycznie, gwałtownie odradzane - ale dlatego, że nie byli Rodziną, nie byli Godnymi. Po prostu.
Uriel zeskoczył z Euthalii, klepnął ją czule po kolanie. Wierzył, że byłaby szczęśliwa, wiedząc, że pomaga mu w treningu. Krwi Croitów było w końcu niewiele. A Croitowie nie przestawali służyć Rodzinie tylko dlatego, że akurat byli martwi.
Ale, jeśli nie liczyć skrzeku tłustych szarych kruków, w nekropolii panowała cisza. Uriel skinął im głową i dotknął na szczęście kruka wyszytego na swojej kurtce. Gdyby był Ambrel, co nietrudno było sobie wyobrazić, w końcu uderzenia ich serc dzieliło jedynie pół sekundy, poruszałby się powoli, ostrożnie, jasna skóra i niemal białe włosy pomogłyby mu się ukryć między posągami, taki naturalny kamuflaż Croitów.
Tam. Drgnienie. Kończyna poruszyła się w miejscu, gdzie nie powinna.
Uriel ruszył w tę stronę. Przemieszczał się bezszelestnie, jego oddech zwolnił. Pełne aprobaty spojrzenia zmarłych krewnych podążały za nim, gdy polował. Już zaplanował zasadzkę. Przed sobą miał zakręt, w miejscu gdzie Średniowiecze spotykało się z Renesansem. Zawsze lubił tę część Ogrodu, historia była jego ulubionym przedmiotem, a rzeźbiarze oddali każdą wojenną ranę. Zbroje wisiały w strzępach, każdy pasek skóry, każde metalowe kółko zostały odwzorowane w kamieniu. Uriel spędził całe godziny w archiwum w Zawodzącej Galerii, dopasowując historie do poszczególnych blizn.
To była doskonała przestrzeń na zasadzkę, do tego Ambrel będzie wściekła, że została pokonana w jego ulubionym miejscu, szczególnie, że to ona wybrała Ogród na pole walki.
W przypadku rodzeństwa chodziło o drobiazgi.
Postać przed nim znieruchomiała. Jeśli Uriel dotąd poruszał się bezszelestnie, to teraz stał się duchem. Posuwał się tak ostrożnie, że niemal nie wywoływał ruchu powietrza. Wspiął się na szczyt mauzoleum...
LORD TERRATAS CROIT
~ZMARŁ ZDRADZONY~
...i popełzł po dachu. Nie podnosił głowy, bojąc się, że ciężar jego wzroku zaalarmuje Ambrel.
Spiął mięśnie, klinga zadrżała o włos nad marmurem, i skoczył.
Nic.
Wylądował w zgrabnym przewrocie, którego nie było komu docenić. Obrócił się, unosząc ostrze, by zablokować atak, który nie nastąpił.
No cóż, to jest żenujące...
I nagle, tak po prostu jego miecz zniknął, wytrącony z palców już drętwiejących od siły uderzenia. Otworzył usta, by krzyknąć, i wypełniła je pięść, a świat eksplodował ciemnością. Uderzył o ziemię niemalże z ulgą.
Wypluł źdźbła trawy.
- Dziadku.
Mężczyzna o ostrych rysach, chudy i dziwny, z żelaznym kwiatem na policzku. Dziadek wyglądał, jakby wyrzeźbiono go z bryły lodowca. Bezbarwna skóra napinała się mocno na czaszce. Czasami Uriel widywał prześwitujące przez nestora rodu światło, ale w innych chwilach Dziadek wydawał się najsolidniejszą rzeczą we wszechświecie, nieprzenikniony i ciężki jak gwiazda neutronowa.
Dziadek rozluźnił prawą dłoń przy wtórze wyraźnie słyszalnego skrzypnięcia stawów. Lewy rękaw zwisał pusty u jego boku.
- Co zrobiłeś źle?
Często zadawał to pytanie.
- Za bardzo skupiłem się na celu - odpowiedział Uriel natychmiast, dźwigając się na kolana. - I nie pomyślałem, że sam mogę stać się celem.
Nic w wyrazie twarzy Uriela nie zdradzało, że za plecami Dziadka skradała się Ambrel. Żaden mięsień. Ani rzęsa. Oczy miał jak Pradziadek: chłodne, spokojne i barwy szkła.
- Wszyscy musimy być gotowi, by pewnego dnia oddać życie, Urielu - warknął Dziadek. - Ale my jesteśmy Croitami - wypowiedział nazwisko z twardą dumą.
Za jego plecami zalśniło ostrze Ambrel.
- Nasza krew jest rzadsza od najczystszych diamentów, od najwspanialszego złota. Ofiara może być konieczna. Ale tylko wtedy...
Ambrel zaatakowała. Było to pchnięcie doskonałe. Ale Dziadek uniknął go, jakby był drugą częścią tej samej machiny. Moment pędu rzucił Ambrel na łokieć Dziadka przy akompaniamencie głośnego trzasku. Ale gdy zatoczyła się oszołomiona, trafiła stopą na upuszczony przez Uriela miecz i podbiła go do góry tak, by wpadł prosto do dłoni brata. Uriel wstał, obnażając zęby w paskudnym grymasie...
Dziadek uniósł dłoń.
Uriel w ułamku chwili zaniechał ataku i podniósł ostrze w salucie. Ambrel na ziemi uczyniła to samo.
- Kiedy Ona tego chce - powiedzieli chórem, dokańczając rozpoczętą przez Dziadka frazę. Jednak zawsze brzmiała bardziej imponująco, gdy to on ją wygłaszał, pomyślał Uriel. Głowa rodziny miała głos przywodzący na myśl piłę przegryzającą się przez wieko trumny. Uriel ciągle jeszcze przechodził tę fazę niemożliwych do przewidzenia pisków, przez to niechętnie w ogóle mówił cokolwiek.
- Dobrze - odparł Dziadek. - Już czas.
Dwa serca zamarły na moment, pół sekundy jedno od drugiego.
* * *
Rodowy dom Croitów nazywał się Elokwencja i był jedną wielką ruiną. Wyspa, na której go zbudowano, miała jedynie dwa kilometry szerokości i dzieliła ją na pół dolina niczym rana po toporze, głęboka, naga i okrutna, jakby ktoś próbował zamordować świat i tu spadło jego ostrze. Na jej brzegach rosły rozczochrane drzewa i kępy wiotkiej trawy. Powietrze pachniało pyłem i odległym morzem i było tu tak zimno, że dotyk mdłych promieni słońca był dla Uriela niczym lodowata woda. To nie był krajobraz fotografowany chętnie przez turystów czy malowany przez miłych panów z brodami. W tym krajobrazie zakochiwali się poeci i z wolna popadali przez niego w obłęd.
A pośrodku leżały zwłoki zamku.
Elokwencja kiedyś przylegała do zachodniego klifu, ze swoimi igłokształtnymi wieżami i zębatymi blankami, a jej owadzie kontury przesłaniały niebo. Ale to było dawno temu. Zamek upadł i nie był to łagodny upadek. Ze skalnej półki pozostały jedynie pokruszone resztki, a zamek pogruchotany leżał sto metrów poniżej.
To musiało wyglądać jak osunięcie się lodowca, pomyślał Uriel, gdy wraz z siostrą opuścili Ogród Oczekujących i ruszyli w dół zbocza ku Elokwencji. Wyobrażał sobie ten upadek sprzed wieków: ryk osuwających się skał wstrząsający powietrzem, kamień odrywający się od kamienia z hukiem i szok, gdy za oknem cały świat umykał do góry.
Ambrel posłała mu nerwowy uśmiech. On czuł to samo - identyczną mieszaninę strachu i ekscytacji, która kazała im walczyć w bezsenny poranek. To był ten dzień. Ich dzień. Wszystko, czego się nauczyli, wszystko, czym byli, każde uderzenie ich serc...
Sprowadzało się do tego.
Powoli i ostrożnie weszli do Elokwencji. Uderzenie o dno doliny brutalnie przeorganizowało wnętrze fortecy, jak wnętrzności ciała zrzuconego z wysoka. Dawniej szerokie korytarze nabrały nowych kształtów, jedne komnaty się zapadły, inne otworzyły, podłogi stały się sufitami, sufity podłogami. A wszechobecne druty, lśniące i napięte, przecinały każdą ścieżkę, dzieląc półmrok na czyste, geometryczne kształty. Niektóre były grubymi plecionkami. Inne były cienkie jak szpilka i jeszcze ostrzejsze.
To ich czarny uścisk trzymał zamek w całości w trakcie tego niemal śmiertelnego skoku. Bluszcz utrzymywał ścianę w całości, nawet, gdy ją dusił, i mimo upływu stuleci, żadna z nich się nie zapadła ani nie runęła.
W powietrzu unosiły się drobiny pyłu, jakby ktoś doprawił je solą. Niektóre z drobin trafiały na druty i były rozcinane na pół.
Trójka Croitów schodziła coraz niżej i niżej przez minioną chwałę Sali Przyjęć, między popękanymi filarami Siedziska Majestatu. Wszędzie widać było Kruka i Szpon. Elokwencja przekręcała odgłos kroków Uriela i Dziadka, tak by nakładały się na siebie, aż trudno było odróżnić własne kroki od kaskady tych podążających ich śladem.
Gdyby jakiś inny Croit odbywał tę podróż, jego droga wypełniona byłaby cichym wsparciem Rodziny. Obelga spłynęła po Urielu niczym woda po gęsi. Wszystkich, których potrzebował, miał obok siebie.
Przed sobą zaś miał drzwi. Jej drzwi. Dziadek zniknął za nimi bez słowa, a Uriel i Ambrel zawahali się, lecz tylko na moment. Dalej światło się nie zapuszczało. Wkrótce, o ile wszystko dobrze pójdzie, bliźniętom nie będzie ono potrzebne.
Ostatnią część drogi przebyli w ciemnościach tak nieprzeniknionych, że Uriel miał wrażenie, jakby mu kto wypełnił oczy olejem. Ale oboje z Ambrel ćwiczyli ten spacer. Prześlizgiwanie się między niewidocznymi drutami było dla nich równie naturalne, co oddychanie: tu wygięcie ręki, tam odchylenie nogi. Raz jednak poczuł muśnięcie na policzku i wiedział, że właśnie stracił warstwę skóry. Niemniej tak właśnie być powinno, nikt nie zszedł nie uroniwszy kropli krwi od czasu, gdy Dziadek był jeszcze chłopcem. Zawsze trzeba było zapłacić stosowną cenę.
Wreszcie powietrze się zmieniło. Uriel czuł wokół siebie przestrzeń, tam gdzie wcześniej były druty i kamień. Kaplica. Ambrel znalazła się tuż obok niego, Dziadek był gdzieś z przodu, ponad nim...
Ona.
Zawieszona. Milcząca. Gigantyczna. W komnacie nie było jednego nawet fotonu światła, by Uriel mógł zobaczyć cokolwiek, ale nie potrzebował światła, by czuć Jej obecność, to, jak wypełniała ciemność swym majestatem. Oczy go bolały, cały czas bowiem próbował przebić wzrokiem mrok, ale nie zdołał dojrzeć nawet zarysu Jej kształtów.
I tak być powinno. Zobaczą Ją, kiedy okażą się Godni. O ile okażą się Godni. Na chwilę Urielem zawładnął zupełnie niecroitowski lęk.
- Klęknijcie - rozkazał Dziadek.
Bliźnięta usłuchały natychmiast.
- Dawno temu - zaintonował Dziadek - na nasze barki złożono obowiązek. Powołanie. A teraz klęczycie tu, gdzie klęczeli pierwsi z nas, gotowi dowiedzieć się, czy zostaniecie powołani. Czy jesteście Godni. Czy jesteście Croitami. Wybawicielka spogląda na was i jeśli jesteście Godni, świat zadrży od ognia, którym obdarza.
- Czy zdecydowaliście już, jaki kształt przybierze ten ogień?
Ambrel odpowiedziała pierwsza.
- Moja Modlitwa będzie pieśnią, Dziadku. Mój głos, Jej płomienie.
- Dobrze - odparł Dziadek. - A ty, Urielu?
Jego myśli pomknęły ku tym długim porannym medytacjom, gdy utrzymywał kształt w swym umyśle, póki ten nie wyrył się na wewnętrznej stronie powiek, póki nie wypełnił snów. Wybawicielka dawała wiele, ale i wiele żądała w zamian, a nekropolia pełna była tych, którzy okazali się niewarci.
Wiara płonęła ogniem w krwi Croitów.
- To będzie miecz, Dziadku. - I ja także nim będę.
- Nasi przodkowie zapowiedzieli nam Jej powrót - głos Dziadka wypełniała mroczna obietnica. - Ona poprowadzi nas na Wojnę Która Nadejdzie. Pojawi się Adwersarz, a my go rozgromimy, w nagrodę zaś...
Pot zaczynał perlić się na policzkach Uriela. Wrażenie, które było zarazem odległe i jednocześnie pozostawało częścią jego samego, zgniotło mu skronie imadłem bólu. Przycisnął dłonie do kamiennej posadzki, by nie stracić równowagi, poczuł muśnięcie małego palca Ambrel.
A co, jeśli my nie...
Następna nadpłynęła myśl jeszcze gorsza.
Co, jeśli Ambrel jest, a ja...
Nie. Nie chciał nawet kończyć tej myśli. Całe życie byli o pół sekundy obok siebie. Nie mogli zostać rozdzieleni.
W nagrodę zostaniemy ocaleni.
Serce waliło mu tak mocno, że zdawało się, iż cała komnata dygocze. Dziadek wciąż mówił, ale Uriel po raz pierwszy w życiu nie uważał. Agonia zasnuła mu głowę czernią. Oddech stał się drżący i płytki i gdy palec Ambrel trząsł się tuż obok jego placów, Uriel miał ochotę krzyczeć z ulgi.
Zaczynało się i było niczym przeznaczenie.
Światło wylało się z Uriela, bogate i złote jak miód, a przy tym gorące i obracające wszystko w popiół niczym płonąca gwiazda. Dwie gwiazdy. Włosy jego siostry uniosły się, iskrząc z trzaskiem. Powietrze skręciło się w niewyobrażalnym żarze. Domagało się uwolnienia, ale Uriel nad nim zapanował, jak każdy Croit powinien.
Albowiem byli wyjątkowi.
Ciemność umknęła nagle. Nie, nie umknęła. Po prostu przestała być. Już nigdy nie będę bał się mroku, stwierdził Uriel w duchu. Z oskórowanego policzka spływała mu krew. Dziadek, też doskonale widoczny, stał nad nimi ponury, przytłaczający. Ale choć starzec był wysoki, to wydawał się karłem w porównaniu z tym, co górowało za nim. Zastygły uśmiech, błyski i cienie.
Jej chwała, pomyślał Uriel. Jej potworność.
Ich Wybawicielka.
Dziadek nagrodził bliźnięta rzadkim, pełnym triumfu uśmiechem.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.
Dwór Serafinów górował nad wszystkimi budynkami na ulicy, niczym stos kości olbrzyma. Gargulce zawodziły bezdźwięcznie na dachu, odsłaniając długie, kamienne kły. Na pierwszy rzut oka były przerażające, stanowiły asymetryczną plątaninę szponów i skrzydeł, najgorsze elementy węży połączone z ptakami rodem z koszmarów. Trzeba było przyjrzeć im się dokładniej, by odkryć, że gargulce nie ryczały, ale się kuliły, wygiąwszy kończyny tak, jakby chciały osłonić się przed uderzeniem.
To miejsce, głosiło niewidoczne przesłanie, którego powinny bać się potwory.
Simon i inni wyszli na zewnątrz, by cieszyć się ostatnimi promieniami wieczornego słońca. Denizen znalazł ich odpoczywających w ogrodzie, wśród cieni drzew.
Usiadł obok Darcie, a ona trąciła go w ramię.
- Cieszę się, że wróciliście cali. Wszyscy.
- Dzięki. - Posłał jej blady uśmiech.
- Ale z was idioci - dodała z dezaprobatą. Darcie Wright potrafiła doskonale wyrażać dezaprobatę, specjalnym tonem, ostrym i precyzyjnym. Ton ten dodatkowo wzmagał fakt, że mając szesnaście lat, była najmądrzejszą osobą w pomieszczeniu - dowolnym pomieszczeniu - i gdy mówiła, nawet Vivian Hardwick słuchała.
- No, to wszyscy już to stwierdzili - podsumował Simon i Denizen uśmiechnął się szeroko. - Jesteśmy idiotami, bo się zdekoncentrowaliśmy czy dlatego, że przekroczyliśmy granice zadania?
- Wybierz sobie - odpowiedziała. - Nie pochwalam narażania się niepotrzebnie.
- Przepraszam - powiedział Denizen i naprawdę tak myślał. Z dala od penetrującego spojrzenia Vivian część jego gniewu parowała. Abigail przyglądała mu się z ramionami splecionymi na piersi.
- No co?
- Rozmawialiście? - spytała z naciskiem. - Jak poszło?
- Dobrze - odpowiedział Denizen. - Albo... nie wiem. Okropnie. Jakoś.
- No tak, czyli na wszystkie możliwe sposoby.
- Simon, bądź miły - skarciła kolegę Darcie. Ciemne okulary w żadnym razie nie maskowały miny udawanej powagi, masa czarnych loków zatańczyła, gdy dziewczyna odwróciła głowę w stronę Denizena. - Ale czy rozmawialiście?
- Rozmawialiśmy. Nie rozmawialiśmy. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiamy. Nie mamy o czym tak naprawdę rozmawiać.
- No pewnie, że nie - prychnął Simon. - Przecież ona jest tylko matką, której wcale nie znasz, która zostawiła cię w sierocińcu jedenaście lat temu, żeby ruszyć na samobójczą misję w ramach zemsty. Dlaczego mielibyście o czymkolwiek rozmawiać?
Gdyby ktoś inny podsumował wielką, tragiczną i niesamowicie melodramatyczną historię rodziny Hardwicków w jednym zdaniu, Denizen pewnie by się zirytował. Ale Simon zaskarbił sobie prawo do takiego nonszalanckiego podejścia, ponieważ spora część historii życia Denizena, była jego własną. Był w sierocińcu każdej nocy, którą spędził tam Denizen, na łóżku tuż obok. Doświadczył takiego samego, gwałtownego przebudzenia mocy Mroczni w swoje trzynaste urodziny. Tak naprawdę to, jeśli Simon nie zaznał czegoś, co przeżył Denizen, to tajemniczego i nieoczekiwanego powrotu jednego z rodziców.
Denizen cieszył się z obecności Simona w Dworze Serafinów. Dzięki przyjacielowi to miejsce stało się trochę bardziej domem. Definitywnie obecność Simona miała na to wpływ większy niż fakt, że pod tym samym dachem przebywała też matka Denizena. I do tego sprowadzał się problem.
Vivian i Denizen nie rozmawiali. No... wymieniali uwagi na temat szkolenia, właściwego użycia Kantusów czy właściwego kierunku prowadzenia osełki po ostrzu miecza. Raz odbyli zdumiewająco długą dyskusję o właściwej ilości zaprawy przy układaniu kafelków w łazience po ataku Mrokorów.
Ale nie rozmawiali o tym, dlaczego po śmierci ojca Denizena poniesionej ze szponów Mechanicznej Trójki jego matka wybrała pościg i zemstę zamiast... no cóż... bycia jego matką.
- Rozmawialiśmy o tym, o czym zwykle rozmawiamy. - Denizen przygarbił się i skulił, jakby chciał zapaść się sam w siebie i zniknąć. - Ona się obawia, że posiadanie tych wszystkich Kantusów w głowie będzie miało jakieś... skutki. Chce rozmawiać o ograniczaniu się i hamowaniu. Co w sumie doskonale rozumiem. W tej dziedzinie jest mistrzynią. - Zabrzmiało to nieco dosadniej, niż planował, ale się nie przejął. - Trzeba było prawie-apokalipsy, żeby otworzyła się i powiedziała coś o moim ojcu, a teraz, gdy już się nie zapowiada, że świat sczeźnie w ogniu, znów się zamknęła w sobie.
- Mógłbyś spróbować poruszyć ten temat - podsunęła łagodnie Darcie. - Może wyszedłbyś jej naprzeciw.
- Ale dlaczego miałbym to robić? - zaoponował Denizen gorąco. - Dlaczego ona nie może ze mną porozmawiać?! Całe lata ode mnie uciekała, a ja mam co? Wybaczyć i zapomnieć? Na samą myśl mam ochotę eksplodować. A teraz ciągle wspomina o Mercy i gapi się na mnie, jakbym był bombą zegarową. Jakby coś ze mną było nie tak, bo... - Warga Denizena zadrżała w miejscu, gdzie dotknęła jej błyskawica. Pospiesznie odchrząknął. - Bo pomógł mi jeden z Tenebrysów - westchnął. - Słuchajcie, mogę rozmawiać o tym z wami bo to... łatwe. Wy rozumiecie. - Rozejrzał się, wodząc spojrzeniem po ich twarzach. - Bo rozumiecie, prawda?
Abigail uniosła dłoń.
- No więc... nie, nie ma więc. Masz rację. Robimy, co musi być zrobione.
Simon wzruszył ramionami.
- Generalnie nie popieram końców świata.
Darcie zmarszczyła brwi.
- Ja chcę zrozumieć - powiedziała tym samym łagodnym tonem. - Ale czujesz się dobrze? Bo powiedziałeś nam, co wydarzyło się z Mercy, ale nie rozmawialiśmy o tym. Tak naprawdę.
Kantusy poruszyły się w głowie Denizena. Wystarczyła najlżejsza myśl, by się poderwały niczym spłoszone ptaki z linii wysokiego napięcia. A gdy się podrywały i zaczynały wirować w głowie, utrudniając koncentrację czy zebranie myśli... czasami Denizen dostrzegał w nich wzór, tak jak w trzasku ognia czasem można usłyszeć język.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie odpowiedział na pytanie Darcie.
- Nic mi nie jest. Naprawdę. Poza tym potrzebowałem jej pomocy. Tylko tak mogliśmy przetrwać.
- Wiem - odparła Darcie cicho. - Jestem pewna, że Mercy zrobiło to, co trzeba było zrobić.
Wybór rodzaju gramatycznego nie umknął uwadze Denizena, więc chłopak zdecydował się odpowiedzieć niezobowiązująco.
- Jestem pewien, że wszystko się w końcu ułoży.
- Z Vivian sprawy nie ułożą się tak po prostu - stwierdziła Abigail, obracając się zgrabnie na pięcie. - Jeśli ona nie jest w stanie zacząć rozmowy, ty powinieneś to zrobić. Naprawdę, wyłóż kawę na ławę...
- Nie mogę wykładać kawy na ławę, bo ława by się załamała - stwierdził Denizen nieco bardziej zgryźliwie, niż chciał, i westchnął. - Przepraszam. Zrobię to. Gdy będę gotowy.
Wiedział, że przyjaciele mają rację. Po prostu nie był zbyt dobry w okazywaniu uczuć. Tej umiejętności jakoś dotąd nie potrzebował. Jedenaście lat, które przeżył przekonany, że oboje jego rodzice nie żyją, dało mu jedną strategię radzenia sobie ze wszystkim: Staraj się niczego nie czuć. Zamknij uczucia w pudełku. A pudełko, nieopisane i nieoznaczone, schowaj gdzieś głęboko, w lochach swojego umysłu.
Czuł te wszystkie pudełeczka... jedne na drugich... chwiejące się przy najlżejszym tchnieniu.
Wystarczyło ruszyć jedno, by reszta zwaliła się z hukiem.
Kiedy ojciec Denizena został zamordowany przez Trójkę, Vivian ruszyła po zemstę w pełni przekonana, że zginie. Gdyby uparcie nie okazywała się nie do zabicia, Denizen nigdy nie miałby okazji jej poznać.
Jak w ogóle zacząć radzić sobie z czymś takim?
Nie. Łatwiej było ignorować emocje, odsuwać je od siebie, uciekać od nich albo karmić nimi płomienie. A najgorsze ze wszystkiego było pytanie, które nie dawało Denizenowi spokoju...
Czy to samo robiła Vivian?
Okazało się, że Abigail nie była odosobniona w swej opinii.
- Lekkomyślni! - warknęła matka Denizena. - Absolutnie lekkomyślni. Coście sobie myśleli?!
Dla podkreślenia swych słów machała korbowodem, a przynajmniej Denizen uznał, że to korbowód. Równie dobrze mógł być to rozrząd. Albo tłok. Albo... coś innego. Garnizon tajnego, mistycznego zakonu rycerskiego miał zdumiewająco nowoczesny garaż. Narzędzia wisiały na ścianach, elementy silników leżały na podłodze w schludnych rządkach. Denizen mógłby może i pytać, do czego służyły, ale Vivian Hardwick była aż nadto opiekuńcza w stosunku do swego samochodu, zanim jeszcze został zdewastowany przez bandę grasujących Mrokorów, i teraz prawie nie pozwalała się nikomu do niego zbliżyć.
- Mieliście zlokalizować tego potwora. - Gwałtownym gestem otarła smar z czarnych, żelaznych dłoni. - A nie sami stawiać mu czoło.
Denizen wpatrywał się w swoje stopy i wiedział bez sprawdzania, że Simon robi to samo. Nie po raz pierwszy razem lądowali na dywaniku, by usłyszeć, że ich zachowanie było nie do przyjęcia, aczkolwiek w sierocińcu przynajmniej nie groziło im rozczłonkowanie. Nie miał wątpliwości, że Abigail patrzyłaby prosto przed siebie, ale to dlatego, że Abigail była Abigail. Dorastała w takich garnizonach jak ten i gdy Denizen i Simon próbowali zwinąć nieco słodyczy z kuchni sierocińca, ona uczyła się, jak rozmontować kuszę. Skóra zatrzeszczała, gdy rozprostowała i zacisnęła obleczone w rękawiczki palce. Abigail nie była przyzwyczajona do przeciwstawiania się rozkazom, szczególnie tym wydawanym przez bohatera wojennego.
Vivian Hardwick była... onieśmielająca. Górowała nad nimi wszystkimi, nawet nad Simonem - smukła, długonoga, o stalowoszarych włosach i spojrzeniu, które mogłoby zostawiać rysy na szkle. Skórę poznaczoną miała bliznami tworzącymi mapę trudnego i pełnego przemocy życia. W jej ruchach aż brzęczało stłumione napięcie - jakby w każdej chwili kończyny Vivian mogły się rozprostować, by precyzyjnie i niepowstrzymanie siać zniszczenie.
- Czekam na jakąś strategię - oświadczyła twardo. - Na powód.
Vivian była Malleusem, Komturem Zakonu Pożyczonego Mroku i walczyła z Mrokorami, zanim jeszcze Denizen się urodził. On i pozostali byli zaledwie Neofitami, uczniami, i jak wszystko w ich życiu, to też było próbą.
- Darcie zidentyfikowała Tenebrysa - zaczął Denizen. - To był Coś-jak-Jan. Lubi zajmować miejsce człowieka, rozpuszczać wśród społeczności plotki, insynuacje i podejrzenia, by karmić się brakiem zaufania i paranoją.
Zwierzęta miały sens. Rośliny też miały sens. Nawet ludzie mieli sens, jeśli rozpatrywać ich z biologicznego punktu widzenia, ignorując cały ten poplątany indywidualny bałagan, który mieli w głowach. Tenebrysi pochodzili z innej rzeczywistości, więc sens ich nie obowiązywał. Rycerze Pożyczonego Mroku niewiele wiedzieli o możliwościach Mrokorów, a za swoją wiedzę zapłacili słono żelazem i krwią.
Denizen też swoje zapłacił. Miał osobiste doświadczenia z Mrocznią, pogrążonym w całkowitej ciemności innym światem Tenebry, z którego pochodzili Tenebrysi. Czuł, jak ich obecność zakłóca rzeczywistość niczym kamień wrzucony do sadzawki, każdy ich ruch sygnalizował jasny przekaz: nie należymy do tego świata.
Denizen wiedział też, że byli łatwopalni. I jeśli chodzi o większość Rycerzy, to ta wiedza im wystarczała.
- Odkryliśmy, że ludzie przestali zaglądać do księgarni - powiedział Simon, nie podnosząc głowy. - W ciągu ostatnich dwóch tygodni tylko kilku klientów weszło do środka, a gdy stamtąd wychodzi sprawiali wrażenie... wystraszonych.
- Nastolatkowie z okolicy też mówili o dziwnej atmosferze - dodała Abigail szybko, odgarniając z ucha pasmo czarnych włosów. Dzieciaki chętnie z nią rozmawiały, była urocza, przyjacielska i do tego piękna nieposkromioną urodą sokoła. - Żaden z nich nawet nie zbliżał się do księgarni.
Niektóre Mrokory polowały. Inne zastawiały pułapki. Ale bez względu na to, jak dobrze się maskowały, ludzie podświadomie wyczuwali, że coś jest nie w porządku. Coś nieprawidłowego w oczach. Staw, który skręcał się, zamiast zginać. Jakiś ślad potwora czającego się za zasłoną maski.
- Więc ruszyliście do ataku na oślep? - spytała ponuro Vivian, na co Simon potrząsnął głową.
- Upewniliśmy się. Ja się upewniłem. Zagiąłem światło, by stać się niewidzialnym i zbadałem dom za księgarnią. W kuchni gniło jedzenie. W korytarzu piętrzyła się poczta. A w piwnicy...
- Mrokor uwięził dzieci - wtrącił Denizen nieoczekiwanie. - Siedziały w klatkach, ale nie zdążył ich skrzywdzić... jeszcze.
Zaryzykował krótkie spojrzenie. Vivian patrzyła prosto na niego.
- Nie poszedłem do księgarni, żeby go zaatakować - skłamał. - Poszedłem na zwiady, z niewidzialnym Simonem jako wsparciem. Abigail pilnowała tylnego wyjścia. Mrokor wiedział, kim jestem, gdy tylko przekroczyłem próg. Myśmy się tylko bronili.
Może to nie było kłamstwo. Może najlepszą obroną rzeczywiście był atak. Denizen wiedział tylko, że z pewnością, po raz pierwszy w życiu rozkoszował się wonią płonącego papieru.
Vivian kiwnęła głową.
- Dzieci?
- Uwolniliśmy je. Były zbyt przerażone, żeby choć na nas popatrzeć. Na pewno nas nie rozpoznają.
- A księgarz? - w głosie Vivian zabrzmiała lżejsza nuta.
Denizen pokręcił przecząco głową. Abigail odwróciła wzrok.
Cisza trwała, aż wreszcie Vivian chrząknęła.
- No cóż, nadal uważam, że zachowaliście się lekkomyślnie, ale w istocie, wygląda na to, że mieliście podstawy do działania. Wasza strategia była przemyślana i żadne z was nie zostało ranne. - Zmarszczyła brwi. - Nie pochwalam lekceważenia rozkazów, ale cieszę się, że wszyscy wyszliście z tego cało.
Denizen niemal przygarbił się z ulgi, ale zaraz wyprostował plecy.
- Jeszcze tylko jedno - powiedziała Vivian.
Czekali.
- Ćwiczyliście odpowiedź?
- Nie! - wykrzyknęli wszyscy troje, a Vivian uniosła brwi.
- Rozumiem. W porządku. Możecie iść.
Neofici ruszyli do drzwi, ale głos Vivian rozległ się raz jeszcze.
- Denizenie... mogę cię prosić na chwilę?
Simon rzucił przyjacielowi spojrzenie pełne współczucia i zniknął za drzwiami. Denizen został sam na sam z matką.
Jeszcze do niedawna uważał się za sierotę. Na swoją obronę mógł powiedzieć, że miał sporo przekonujących dowodów. Wychował się w sierocińcu - to przede wszystkim. Nie dorasta się w sierocińcu, jeśli się nie jest sierotą - zupełnie jakby trzeba było posiadać kartę członkowską ekskluzywnego i przygnębiającego klubu. Dlatego też Denizen wierzył, że jest na świecie sam. Wszyscy wokół też byli sami, co w pewien sposób gwarantowało mu swego rodzaju żałosny spokój duszy.
Sześć miesięcy temu wszystko nagle się zmieniło. Trzynaste urodziny przyniosły mu dar magii. Dowiedział się o istnieniu Mroczni - świata cieni, tuż obok naszego - i Rycerzy Pożyczonego Mroku, sekretnej organizacji strzegącej granicy między dwoma światami. Co najgorsze i najbardziej przerażające, dowiedział się też, że prowadzona w tajemnicy wojna kosztowała życie jego ojca, gdy Denizen miał zaledwie dwa lata, a jego matkę popchnęła na drogę obłąkanej krucjaty powodowanej żałobą i pragnieniem zemsty.
To były dwa tygodnie pełne objawień.
Vivian przeciągnęła dłonią po świeżo odnowionej masce samochodu.
- To "co" zrobiłeś, miało pewien sens, zważywszy okoliczności - powiedziała. - Ale "dlaczego" to zrobiłeś, nadal mnie niepokoi.
Głęboko w piersi Denizena moc obudziła się do życia smużkami żaru. Mrocznia. Tenebra. Najpotężniejsza moc Rycerzy, wściekłe inferno, tuż pod sercem. Może właśnie bliskość serca sprawiała, że emocje były dla niej niczym paliwo. Gdy Denizen po raz pierwszy zaczerpnął tej mocy, był wściekły, a Vivian jeszcze podsycała ów gniew, prowokując Denizena do uderzenia w nią tym ogniem. Ciągle zastanawiał się, dlaczego to zrobiła, dlaczego nie wybrała jakiegoś łagodniejszego sposobu.
- Myślę, że chciałeś walczyć - mówiła tymczasem. - Myślę, że chciałeś wypuścić tę moc, którą nosisz w sobie, ten gniew.
Denizen dorastał na diecie z książek fantasy, więc zawsze wyobrażał sobie zło jako drugą stronę dobra: mroczne, zamyślone głęboko, nieco romantyczne. Mylił się. Kiedy grupa zbuntowanych Mrokorów, zwana Mechaniczną Trójką, wkroczyła w jego życie, zdumiała go ich absolutna małostkowość.
Uknuli intrygę, by sprowokować władcę Tenebrysów, porwali jego córkę, wrabiając Zakon i tym samym zaczynając wojnę między światami. Ale tyle samo czasu spędzali na rozbijaniu okien, zjadaniu żarówek czy straszeniu dzieci. Chodziło im jedynie o nieszczęście, nie mieli żadnego wielkiego celu, nie zamierzali przekonać świata do swych planów. Po prostu lubili ranić i niszczyć.
I dlatego właśnie przed laty zabili ojca Denizena.
- Nie jestem zły - odparł Denizen, tym razem kłamstwo przyszło mu łatwiej, bo często sam je sobie powtarzał. - Zrobiłem to, co należało zrobić. To wszystko.
W jego dołku miotał się płomień. Od początku moc emanowała chęcią działania i gotowością, ale w ciągu ostatnich miesięcy, gotowość wyhodowała sobie zęby. Może tak się działo w przypadku każdego z Rycerzy, ale edukacja Denizena była... inna.
- Twoja zdolność używania Kantusów znacznie przekracza zakres szkolenia, jakie dotąd otrzymałeś. To niebezpieczne. Bez względu na to, co zrobiła ci Mercy...
- Pomogła mi. - To zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał. - Nie przetrwalibyśmy bez niej.
Jak szło to powiedzenie? Tonący brzytwy się chwyta? A sześć miesięcy temu tonęliśmy w zawrotnym tempie. Chaos wywołany atakiem Trójki i gniew Bezkresnego Króla pozostawiły Zakon w rozsypce. Vivian była ranna, a Denizen... Nieszkolony Neofita, który nie opanował jeszcze ani jednego Kantusa, słowa mocy, używanego do kształtowania potęgi Mroczni. Bez Kantusów używanie mocy było w przypadku Rycerzy aktem czystej woli, który to akt przeważnie kończył się zeskrobywaniem Rycerza ze ściany.
A wtedy Mercy przemówiła do Denizena. Kantusy pochodziły od jej ojca - co było kolejnym objawieniem z wielu. Mercy tchnęła w Denizena niezrównane zrozumienie tych nadprzyrodzonych słów, by oboje mogli przeżyć.
- Mercy dała mi znajomość Kantusów - wyjaśnił, ze wszystkich sił starając się mówić spokojnie. - Nauczenie się ich wszystkich zajęłoby mi lata. A teraz je znam. Czuję je w mojej głowie.
W każdej godzinie. W każdej minucie. Czuł je. Na jego czole zaperlił się pot. Denizen zwalczył w sobie chęć otarcia drobnych kropel.
- Wiem - przerwała mu Vivian. - Wiem. Ale musisz być ostrożny. Zazwyczaj Rycerze uczą się tylu Kantusów, ilu potrzebują, bo wraz z wiedzą budzi się żądza. Ogień chce płonąć. A moc ma...
- Swoją Cenę - dokończył Denizen. Kiedyś była niewielka, ledwie plamka ciemnego metalu na wnętrzu lewej dłoni, ale pół roku korzystania z Kantusów i walki sprawiły, że czerń rozkwitła. Teraz objęła już obie dłonie, sięgając po żyły na nadgarstkach, jakby aż rwała się, by zająć coś jeszcze. - Wiem.
- Nie mówię o tym - w głosie Vivian zabrzmiało zmęczenie. - Są jeszcze... inne koszty, jakie może ponieść Rycerz. - Obracała część samochodową w dłoni raz za razem. Obsesyjnie próbowała naprawić wszystko, co zniszczyła Mechaniczna Trójka, jakby zabicie trójcy Tenebrysów jej nie wystarczało i pragnęła wymazać jakikolwiek ślad ich istnienia.
Była to jedna z niewielu rzeczy dotyczących matki, które Denizen głęboko rozumiał.
- Chcę tylko, żebyś był ostrożny.
- Wiem.
Policzki Denizena płonęły, ale czy to od gniewu, zażenowania, czy buzującej w nim mocy, nie wiedział. Był to jeden z irytujących skutków ubocznych bycia Rycerzem, moc sprawiała, że światło sączyło się ze wszystkich porów skóry niczym poświata pragnień wojownika... co zwykle manifestowało się jako rumieniec.
Niezręcznie poruszył się, wskazując drzwi.
- Mogę...
Vivian skinęła głową w milczeniu. Gdy wszedł w oświetlony świecami mrok Domu Serafinów, pogonił za nim odgłos drapania szczotką i echo słów Vivian.
"Chcę tylko, żebyś był ostrożny".
Moc trzeszczała w nim i syczała. Sprawiało to wrażenie, jakby się nie zgadzała.