Braterski konflikt
Za domem rozległ się dwukrotny gwizd. To Zondek. Umówili się na ćwiczenia. Zakładają wojsko. Waldek chwycił ze swojego kącika tarczę, szpadę z leszczyny i śmignął na dwór. Nie myślał już o zniszczonych drzwiach. Mama coś wymyśli i jakoś to się naprawi. Na dworze zaś było tak pięknie. Wiosna obrzuciła wszystko zielenią. Pełną, soczystą i młodą. Jak Waldek żądny czynów i wrażeń. Chłopak stanął na progu i spojrzał na plac. Naprzeciwko wejścia, jednocześnie na środku placu stał pomnik, a po obu jego stronach rosły dwa olbrzymie klony. To ich liście na wielu rozłożystych gałęziach, do ziemi się chylących, promieniowały na cały teren zielonym kolorem. Zieleń odbijała się od zabudowań, dotykała krzaków rosnących przy moście zamkowym, łączyła się i szła dalej aż do rzeki Łyny. Nawet mury zamkowe z czerwonej cegły stanowiły tylko tło dla tego nasyconego żywotnością koloru. Aż się chciało żyć, oddychać pełną piersią i ogarnąć sobą cały świat. Waldek poczuł w sobie moc młodości, marzeń, wiosny. Poszukał oczami Zondka. Siedział na stopniu pomnika, z łokciami wspartymi na kolanach i zamyśloną twarzą. Zdziwiło to Waldka.
- Dlaczego on jest taki poważny? - pomyślał. Trzema susami znalazł się przy koledze.
- Rusz się, coś taki smętny! Spójrz, jak wszystko żyje! A może jesteś chory? - zapytał z niepokojem.
Zondek pokręcił przecząco głową.
- Nie, ale nici z ćwiczeń. Wszystko przez twojego brata. Założył klub sportowy i wszyscy przeszli do niego. Są na łące nad Łyną. Robią tam boisko. Do biegania, skakania i wszystkiego. U nas nie został nikt.
Waldka zatkało. A to zdrajcy! Przecież umawiali się już od kilku dni, że założą wojsko. Armię Placu Zamkowego, bo tak właśnie nazy wał się plac, na którym mieszkali.
- Wszyscy? - jeszcze z niedowierzaniem zapytał. - I Karaś, Pet, i Mrówa, i Krzysiek, Czesiek, wszyscy?
- Wszyscy - odpowiedział Zondek. - Wszystkich skaptował twój braciszek. Zresztą, jak chcesz, to sam zobacz - wzruszył ramionami.
Waldek spuścił głowę. Nie wiedział, jak postąpić. Czy iść i na własne oczy zobaczyć swoją klęskę? Czy będzie w stanie przeżyć takie upokorzenie? Czy będzie mógł spojrzeć z odwagą w oczy rodzonemu bratu, który tak go poniżył? Przed wszystkimi kolegami z podwórka. A oni? Przeszli ot, tak sobie od jednego do drugiego. Wezbrała w nim złość.
- Idziemy - powiedział przez zaciśnięte zęby i ruszył przodem, nawet nie oglądając się na Zondka.
Przeszli przez wielką bramą i znaleźli się nad rzeką. Waldek patrzył na dużą łąkę, która wciśnięta w zakole Łyny, służyła jako plac zabaw. Od rzeki oddzielona była gęstymi krzakami, rosnącymi na całej długości brzegu. To dobrze, bo krzewy stanowiły naturalny wał ochronny, który uniemożliwiał dzieciakom wpadnięcie do wody. Zwłaszcza, że była to tarnina, pełna cierni, kłująca i zniechęcająca do przejścia. Dopiero dużo dalej, przy moście nad rzeką, tarnina się kończyła. Tam też latem przychodziły całe rodziny, z kocami, kanapkami, tam się kąpało, a most służył za trampolinę.
W tej chwili na łące kręciło się kilkunastu chłopców, którzy wyrywali w jednym miejscu trawę na skocznię, w innym wykreślali wielkie koło do pchnięcia kulą, a wokół całej łąki przygotowywali miejsce na bieżnię. Dyrygował Leszek. Waldek patrzył na to wszystko z zaciśniętymi ustami. Widział kolegów, którzy ochoczo pracowali, widział ich radość z tego, co robią. Spuścił głowę. Zdradzili go, przekonał ich do tego Leszek. Brat. Specjalnie to zrobił, na złość Waldkowi. Uważa pewnie, że zapewni wszystkim lepszą zabawę. Upokorzyć Waldka, przeciągnąć wszystkich do siebie, przewodzić im, tego pragnie Leszek. Ale nie tak szybko, braciszku, o nie. Rozwalę ci to wszystko w drobny mak. Waldek czuł wzbierającą w nim złość. Zaczął iść powoli w stronę gromady, potem coraz szybciej, wreszcie rzucił się do biegu. Kierował się prosto na Leszka. Teraz już był pełen gniewu, szału wręcz. Z rozpędu przewrócił brata i zanim tamten zdążył wstać, już Waldek ponownie skoczył na niego, okładając pięściami. Leszek zaczął się bronić i po chwili obaj stanowili jeden kłębek ciał, z którego co rusz unosiła się ręka któregoś i opadała do zadania kolejnego ciosu.
Rzucili się pozostali, by ich rozdzielić. Trudne to było, lecz w końcu oderwali Waldka od brata przytrzymując go za ręce, bo dalej rwał się do bójki. Wreszcie się jednak uspokoił, gdy popatrzył z satysfakcją na krwawiący nos i podbite oko Leszka. Strzepnął przytrzymujące go ręce, odwrócił się i powoli odszedł. I tak przegrał, bo tylko się jeszcze dodatkowo ośmieszył. Przecież w ten sposób nie przeciągnie nikogo na swoją stronę, bo jak ma zachęcić kolegów do własnych pomysłów, kiedy wdaje się w bójkę z rodzonym bratem. I to na oczach wszystkich. Taki z Waldka autorytet? To przecież wstyd, wstyd i pośmiewisko. Teraz będą z niego sobie tylko kpili. Takie myśli ogarniały Waldka, kiedy odchodził. Niemal czuł na plecach ironiczne, szydzące spojrzenia kolegów. I ukłucia: wstyd, wstyd; nie umie przegrać! Skulił ramiona, jakby jeszcze bardziej przygiął się do ziemi. Ledwo powłóczył noga za nogą. Nagle poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Powoli, ze zdziwieniem odwrócił głowę. To nie był Zondek, to Czesiek. Zostawił tamtych i pobiegł za Waldkiem.
- Zostanę z tobą, założymy to wojsko - powiedział zdecydowanie i tak jakoś ciepło.
Waldek jednak był na tyle przygnębiony, że zdobył się tylko na jedno słowo. - Później - powiedział. Minął Zondka, który cały czas stał w miejscu i patrzył na wszystko. Zostawiwszy za plecami obydwóch, jedynych w tej chwili żołnierzy, pomaszerował do domu.
*