Rozdział 2
Mroczna prawda
Wanda ścisnęła płaszcz matki.
- To straszne.
- To dopiero początek. - odparła bogini. - Jeśli ktoś połączy Graala, włócznię i koronę, nie narodzi się wiara. Narodzi się imperium zbawienia przez przymus.
Kazimierz zamilkł.
To określenie uderzyło w niego zbyt mocno.
Brzmiało aż za znajomo.
- Jak każdy totalitaryzm... - mruknął.
Irina spojrzała na niego kątem oka, ale nic nie powiedziała.
Europa podeszła do kamiennego kręgu.
- A więc nie bronisz Artura.
Bronisz równowagi.
- Tak. - przyznała Morrigan. - Merlin zawsze wierzył, że nadejdzie czas, gdy stare i nowe wierzenia będą musiały stanąć ramię w ramię.
Ten czas właśnie nadszedł.
Nadieżda zamknęła oczy.
Znów poczuła chłód wizji.
Widziała:
- złoty kielich
- czarną włócznię
- koronę unoszącą się nad Rzymem
- i cień rozciągający się od Watykanu po krańce Europy
Otworzyła oczy gwałtownie.
- Kaziu... ona mówi prawdę.
Pierwszy trop prowadzi do Glastonbury, ale drugi... do Rzymu.
Morrigan uśmiechnęła się blado.
- Wreszcie rozumiecie, dlaczego tom celtycki jest tylko pierwszą bramą.
- Nadal jakoś jej nie ufam. - skrzywił się Kazimierz.
- Nie ufasz mi a ufasz Śmierci i jej tworowi. - Morrigan przewróciła oczami.
Aleksiej od niepamiętnych czasów spojrzał w kalendarz.
1 listopada.
- Chętnie bym z wami pobył, ale siostra czeka. - powiedział.
Irina podeszła do niego.
- Uważaj na siebie ukochany. - odparła.
Skinął głową i znikł w portalu.
Przez krótką chwilę wszyscy patrzyli w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stał.
Mgła zgęstniała niemal natychmiast.
Morrigan uniosła brew.
- Mądrze. Tej nocy granica między światami jest najcieńsza.
Europa spojrzała na nią uważnie.
- Samhain.
Wiedźma skinęła głową.
- Wasze Wszystkich Świętych to tylko echo starszej pamięci.
Dziś duchy królów, druidów i poległych wojowników chodzą po Albionie swobodniej niż żywi.
Kazimierz skrzywił się jeszcze bardziej.
- No świetnie, czyli idealna noc na wycieczkę po przeklętej wyspie.
Nadieżda parsknęła cicho śmiechem.
- Przynajmniej klimat pasuje.
Wanda jednak patrzyła przed siebie w skupieniu.
- Tato... ktoś idzie.
Wszyscy odwrócili się.
Z mgły wyłonił się pochód postaci w starych zbrojach.
Nie szli szybko.
Sunęli bezszelestnie, jakby byli bardziej wspomnieniem niż ludźmi.