Ryby i ludzie - Nettie Jones

Kup ebooka

39.99 zł
21.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sukin­syn - wyszep­ta­łam, bie­gnąc po scho­dach jego miesz­ka­nia, wciąż wil­gotna od jego ciała. - Mia­łam dwa­na­ście lat. On miał dwa­dzie­ścia sześć. Jezu Chry­ste, posu­wał mnie, odkąd mia­łam dwa­na­ście lat. Cią­gle przy­słu­gi­wała mi w kinie zniżka dla dzieci, kiedy mnie mole­sto­wał.

Bie­głam po scho­dach z pła­czem. Mój oddech zaczy­nał brzmieć jak zwie­rzęce sapa­nie. Nie mogłam zamknąć ust i zła­pać tchu. Bolały mnie oczy, tak bar­dzo napi­na­łam je z wście­kło­ści.

- Czego chcesz, Lewis? - zapy­tał, gdy sta­nął, nagi do pasa, w progu miesz­ka­nia, blo­ku­jąc mi drogę. - Jodi śpi. Poroz­ma­wiamy póź­niej - obie­cał szep­tem, gdy pró­bo­wa­łam go ode­pchnąć.

- Czego chcesz, Lewis? - zawo­łała Jodi z sypialni. - Wejdź, wła­śnie wstaję - powie­działa ochry­płym gło­sem, w któ­rym sły­chać było prze­cią­gły akcent z połu­dnio­wej Flo­rydy.

Wyrwa­łam się z jego uści­sku i minę­łam go, wpa­da­jąc w jej pułapkę. Jodi leżała nago na wiel­kim łóżku o mosięż­nej ramie i paliła papie­rosa; pach­niał turec­kim tyto­niem.

- Ja pusz­czę kółko z dymu, a ty je zła­piesz - dodała i posłała w moją stronę per­fek­cyjny okrąg. Jak na czter­dzie­sto­trzy­latkę była w świet­nej for­mie. Krót­kie, oliw­kowe nogi miała lekko roz­sta­wione.

- Ona dzi­siaj naprawdę wariuje, złotko - stwier­dził, sta­jąc w drzwiach.

- Wariuje - powtó­rzy­łam, po czym chwy­ci­łam go za głowę i zaczę­łam okła­dać pię­ściami.

Pew­nie wyglą­da­li­śmy jak ci tan­ce­rze z ple­mie­nia Apa­czów, kiedy mnie przy­trzy­my­wał. Ziry­to­wana uści­skiem, zwiot­cza­łam w jego ramio­nach na wystar­cza­jąco długo, żeby mnie puścił. Kiedy to zro­bił, pod­nio­słam głowę, odchrząk­nę­łam i splu­nę­łam mu w twarz. Tra­fi­łam dokład­nie mię­dzy czoło a nos. Jego nie­winna, zasko­czona mina prze­trwała tylko chwilę. Kiedy ruszył w moim kie­runku, ona krzyk­nęła:

- Nie rób tego, Pete. Sama już sobie dosyć dowa­liła.

Spoj­rzał naj­pierw na nią, a potem na mnie, jak zdez­o­rien­to­wane dziecko, i zapy­tał:

- Co się z tobą dzieje, Lewis? Byłem z tobą szczery. Myśla­łem, że to rozu­miesz.

Następ­nie powoli odwró­cił się i wyszedł. Chcia­łam bła­gać go, żeby został i powie­dział jej, że mnie kocha.

- Powiedz jej, że zawsze mnie kocha­łeś, ty gnoju - wyrwało mi się. - Ty zbo­czeńcu, gwał­ci­cielu, oble­śny pedo­filu - wyrzu­ci­łam z sie­bie w ciszę pokoju.

- Pete mówił mi, że kom­plet­nie ci odbiło - ode­zwała się z łóżka. - Miał rację. Powie­dział, że pró­bo­wał ci pomóc, odkąd skoń­czy­łaś dwa­na­ście lat.

- Pomóc mi? - wykrzyk­nę­łam. - Rucha­jąc mnie? Co?

- Więk­szość face­tów uważa, że ich kutas jest lep­szy od peni­cy­liny - odparła i wsu­nęła się pod koł­drę. - Lewis, naprawdę chce mi się spać - dodała prze­cią­gle. - Wra­caj do domu i poga­daj z tatą. Może on ci wyja­śni, że cipka to teraz dla więk­szo­ści sta­rych pry­ków nic szcze­gól­nego. Nie jest już święta. Nie jest nawet rzad­kim towa­rem. Obudź się, Lewis, spró­buj zamiast tego dać tro­chę kasy albo zro­zu­mie­nia. Daj coś, co należy do rzad­ko­ści.

Trzę­słam się teraz ze wstydu.

- To wła­śnie mu zapro­po­no­wa­łaś?

- Ow­szem - odparła. - Ruszy­łam głową. Peter może mieć tyle cipek, ile tylko zapra­gnie, w zamian za drinki i kłam­stwa. Ty, moja droga, stra­ci­łaś dzi­siaj dobrego kochanka i sta­rego przy­ja­ciela. Jemu naprawdę na tobie zale­żało. Odłącz umysł od cipki, dziew­czyno - powie­działa, a potem leni­wie prze­wró­ciła się na łóżku i uda­wała, że zasy­pia.

- A ty ile mia­łaś lat, kiedy odłą­czy­łaś umysł od cipki?

- Jakieś trzy­dzie­ści pięć - wyszep­tała sen­nie.

- Mam dopiero trzy­dzie­ści dwa - oświad­czy­łam. - Dzięki za radę. Teraz mogę spę­dzić jesz­cze trzy lata jako zgorzk­niała, uparta stara baba - doda­łam i wyszłam z jej sypialni.

- Nie zgorzk­niała i uparta, Lewis, może raczej spo­kojna i miła.

- Wolę zostać pod­łą­czona, Jodi. Dzięki temu czuję, że żyję - krzyk­nę­łam i trza­snę­łam drzwiami ich miesz­ka­nia.

Woody

Kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łam Woody'ego, stał w barze Petera Browna i obser­wo­wał jego tań­czą­cych gości. Zwró­ci­łam na niego uwagę, bo przez cały czas się uśmie­chał. Dopiero po latach zro­zu­mia­łam, że uśmiech­nięta twarz nie zawsze ozna­cza szczę­ście. Przy­pro­wa­dził ze sobą dwie kobiety: Peaches i Isa­dorę. Peaches zastrze­liła się po tym, jak jej piąty mąż kop­nia­kiem zrzu­cił ją ze scho­dów. Isa­dora osia­dła w Nowym Jorku i znik­nęła. Ktoś podobno widział ją pew­nego dnia w Gra­mercy Park, jak wsia­dała do wiel­kiej limu­zyny i wyglą­dała jak praw­dziwa dama. Nie ode­zwała się ani sło­wem. Plotka gło­siła, że udaje białą.

Gdy Peter puścił wolną muzykę i przy­ga­sił świa­tła, zdą­ży­łam już zapo­mnieć o Woodym. Byłam zbyt pijana, żeby robić cokol­wiek poza gapie­niem się, jak mój męż­czy­zna, Peter, tań­czy ze swoją kobietą, Jodi. Naprawdę myśla­łam, że zaraz zemdleję. Peter był dla mnie całym świa­tem. Odkąd skoń­czy­łam dwa­na­ście lat.

Jodi w sza­leń­czym tem­pie tań­czyła układ "bieg w kółko". Peter robił "kucyka". Jej dłu­gie krę­cone włosy nie­mal muskały moją twarz, tak bli­sko sie­bie były­śmy. Ogar­nęła mnie pokusa, żeby zła­pać ją za te loki i szarp­nąć tak, by skrę­ciła sobie kark. Chcia­łam uwol­nić się od tych myśli, dla­tego odwró­ci­łam się i zagad­nę­łam Woody'ego.

- Masz ogień? - zapy­ta­łam z papie­ro­sem przy ustach.

- Nie mam - odparł, wciąż z tym samym uśmie­chem, o któ­rym wcze­śniej wspo­mnia­łam. - Strasz­nie dużo palisz.

- Przy­glą­dasz mi się?

- No pew­nie - przy­znał i upił łyk drinka. - Przy­glą­dam się, jak ty im się przy­glą­dasz - dodał, kiwa­jąc głową w stronę Petera i Jodi.

Peter ści­skał jej pośladki, dłoń trzy­mał na samej szpa­rze. Oboje mieli zamknięte oczy.

- Twoja twarz jest bar­dzo szczera. Podoba mi się to - stwier­dził Woody, cią­gle uśmiech­nięty.

Zapy­ta­łam go, czy się ze mną ożeni, zaraz po tym, jak zgo­dził się pocze­kać w sza­fie w mojej sypialni, gdy nie­spo­dzie­wa­nie odwie­dził mnie Peter. Peter zawsze po pro­stu wpa­dał. Mój dom był jakby jego domem. W tę nie­dzielę wpadł, gdy Jodi uczest­ni­czyła w połu­dnio­wej mszy. Wie­dzia­łam, że chce się zaba­wić, gdy tylko zoba­czy­łam torebkę z brą­zo­wego papieru, w któ­rej znaj­do­wała się butelka ginu. Gin zawsze poprze­dzał seks. Tym razem odbyło się to przy ścia­nie kuchni, tak cicho, jak to tylko moż­liwe.

Punk­tu­al­nie o dwu­na­stej trzy­dzie­ści zaspo­ko­jony Peter wyszedł, żeby ode­brać żonę z kościoła. A ja wypu­ści­łam Woody'ego z szafy. Sie­dział tam, na moich butach, sze­roko uśmiech­nięty. Oświad­czy­łam mu się wła­śnie wtedy, wła­śnie tam. A on przy­jął oświad­czyny wła­śnie wtedy, wła­śnie tam. Widocz­nie nikt wcze­śniej go o to nie pro­sił. Był naprawdę zaszczy­cony.

Pobra­li­śmy się trzy mie­siące póź­niej, w pierw­szą rocz­nicę ślubu Petera Browna. Peter nie potwier­dził udziału w uro­czy­sto­ści ani na nią nie przy­był.

Jason Steel

Jason miał krzywy uśmie­szek i lubił krzywe akcje, mówił o sobie "Pasqua", bo wie­rzył, że jego ojciec miał domieszkę mek­sy­kań­skiej krwi. Z dumą powta­rzał: "Jestem po czę­ści Mek­sy­ka­ni­nem, po czę­ści Irland­czy­kiem, po czę­ści Chiń­czy­kiem, po czę­ści Hisz­pa­nem, po czę­ści India­ni­nem i po czę­ści Murzy­nem". W jakiej kolej­no­ści i w jakich pro­por­cjach? Tak wła­śnie sobie myśla­łam, gdy patrzy­łam na tego wyso­kiego, chu­dego dwu­dzie­sto­latka o cerze śnia­dej jak sraka, leżą­cego obok mnie i szcze­rzą­cego zęby. Znaj­do­wa­li­śmy się w łóżku jego sio­stry, która wyje­chała na waka­cje. Jason był z niej rów­nie dumny jak ze swo­jego mię­dzy­na­ro­do­wego rodo­wodu. Póź­niej odkry­łam, że była po czę­ści Żydówką. Pró­bo­wał mnie poca­ło­wać. Uda­wa­łam, że nie umiem cało­wać się z języcz­kiem. No bo, widzi­cie, zęby miał nie dość, że żółte, to jesz­cze mocno popsute. Wielu bra­ko­wało, a na tych, które mu pozo­stały z przodu, wid­niały czarne plamki wiel­ko­ści mrówki. Jedynki dzie­liła spora szpara, co zgod­nie ze sta­rym porze­ka­dłem ozna­czało, że dużo kła­mał. Nie podo­bało mi się leże­nie z nim w łóżku jego sio­stry i on sam też mi się nie podo­bał. Ale uwa­ża­łam, że muszę robić wszystko, czego chce, ze względu na swoją sytu­ację. Nie dosta­łam okresu, a w wieku szes­na­stu lat nie świad­czy to na ogół o meno­pau­zie. Bałam się oka­zać mu nie­po­słu­szeń­stwo, bo mógłby się domy­ślić, że mi się nie podoba. Zamknę­łam oczy, gdy odrzu­cił białą saty­nową koł­drę sio­stry. Nie chcia­łam już ni­gdy wię­cej oglą­dać jego wiel­kiego pytonga. Nie chcia­łam też patrzeć, jak pod­nosi moją halkę i zdej­muje mi majtki. Na początku lat pięć­dzie­sią­tych grzeczne dziew­czynki nie patrzyły. A już na pewno nie roz­bie­rały się przed żad­nym chłop­cem.

Założę się, że moja mama ni­gdy tego nie robiła.

- Masz takie ładne ciało - stwier­dził, gdy zsu­wał z moich nóg białe baweł­niane majtki.

Nie wiem, czy Jason kła­mał, czy nie, bo mia­łam chyba dwa­dzie­ścia pięć lat, kiedy odwa­ży­łam się przyj­rzeć wła­snemu ciału na tyle dokład­nie, by je oce­nić. Dziurę w swo­jej dupie zoba­czy­łam dopiero w wieku trzy­dzie­stu trzech lat. Mia­łam nadzieję, że w trak­cie ścią­ga­nia mi maj­tek Jason nie spoj­rzy na moje ogromne stopy. Nie­na­wi­dzi­łam swo­ich pal­ców u stóp; drugi i trzeci były tak dłu­gie jak paluch. Poza tym już jako szes­na­sto­latka zdą­ży­łam doro­bić się odci­sków, bo pró­bo­wa­łam wci­skać się w buty o pół­tora roz­miaru za małe. W latach sześć­dzie­sią­tych nikomu nie zawdzię­cza­łam wię­cej niż Jac­kie Ken­nedy, kiedy to na łamach dzien­nika "Detroit Free Press" uka­zała się wzmianka o wiel­ko­ści jej stóp. Jason miał naprawdę małe stopy jak na faceta mie­rzą­cego metr dzie­więć­dzie­siąt. Na oko roz­miar czter­dzie­ści cztery, do tego sze­ro­kie pod­bi­cie, krót­kie palce i ład­nie zaokrą­glona pięta. Jego chu­der­lawe nogi pre­zen­to­wały się jed­nak lepiej zakryte; były cał­ko­wi­cie pro­ste i pozba­wione owło­sie­nia. Nie patrzył w ogóle na moje stopy, zbyt­nio go pochła­niały próby dobra­nia się do mnie. Obcięte na Cezara włosy miał wysma­ro­wane tłu­stą mazią, która teraz nie­przy­jem­nie lepiła mi się do skóry, gdy Jason cało­wał mnie po brzu­chu, gło­śno przy tym cmo­ka­jąc, w miarę jak prze­su­wał się coraz niżej, w dół mojego "pięk­nego ciała".

Kiedy już dotarł do tego miej­sca, z całych sił zaci­snę­łam uda. Otwo­rzy­łam oczy na tyle, by sku­pić wzrok na zło­tym sufi­cie pokoju jego sio­stry. Bar­dzo liczy­łam na to, że pomi­nie etap pal­cówki. Nie podo­bało mi się, kiedy raz po raz na ślepo wty­kał mi palec do środka. Czu­łam jedy­nie nara­sta­jące roz­draż­nie­nie. Powoli odwró­ci­łam głowę i wci­snę­łam twarz w poduszkę. Nie chcia­łam, żeby dostrzegł w moim spoj­rze­niu czy­stą odrazę.

- Jesteś gotowa? - zapy­tał ochry­płym gło­sem i usta­wił się ponad moim cia­łem.

Pró­bo­wa­łam się odprę­żyć, bo wie­dzia­łam, że gdy tylko dotknie mnie tam swoim sprzę­tem, zacznie mnie posu­wać na całego. Jason, podob­nie jak wielu męż­czyzn, któ­rych pozna­łam od tam­tej pory, uwiel­biał dra­ma­tyczne wej­ście. Kto wie, pomy­śla­łam, gdy zaczął poru­szać bio­drami, jeśli zrobi mi krzywdę, a ja mu w tym pomogę, może stracę to dziecko. Nie będę musiała nikomu o tym mówić.

- O, tak, Lewis, wła­śnie tak, no dalej. Uuuuch! Dobrze ci, co? Widzę, że ci dobrze - powie­dział zdy­szany, robiąc ruch do tyłu. - A zacho­wy­wa­łaś się, jakby ci się nie podo­bało.

Teraz wbi­jał się we mnie z całej siły. Pot spły­wał mi po udach, mokra skóra wyda­wała mlasz­czące odgłosy. Jason jed­nym ruchem uniósł mi nogi i poło­żył je sobie na bar­kach. Był już naprawdę gotowy, żeby się we mnie zagłę­bić. Bez­wstyd­nie prze­su­nę­łam się wyżej, opar­łam o jego wąską, bez­włosą, śniadą klatkę pier­siową i roz­ło­ży­łam uda tak sze­roko, jak tylko mogłam. Pró­bo­wa­łam go wchło­nąć, wyda­wało mi się, że czuję krew.

- Chyba czuję krew - powie­dzia­łam. - Nie chcę popla­mić tej ślicz­nej bia­łej pościeli two­jej sio­stry.

W łazience odwi­nę­łam papier toa­le­towy z rolki i wło­ży­łam kawa­łek mię­dzy nogi. Ani śladu krwi, tylko te gluty.

Owi­nę­łam się nale­żą­cym do jego uko­cha­nej sio­stry żół­tym pucha­tym ręcz­ni­kiem z mono­gra­mem i wró­ci­łam do pokoju, a potem wśli­zgnę­łam się z powro­tem do łóżka tej kobiety, obok niego. Leżał tam, z koł­drą wciąż odrzu­coną na bok, krę­cił w pal­cach kosmyk wło­sów, popi­jał Kool-Aid ze szklanki i oglą­dał stary film z Ala­nem Lad­dem. Pocze­ka­łam do prze­rwy na reklamy i dopiero wtedy obwie­ści­łam mu nowinę.

- Jestem w ciąży. To chyba drugi mie­siąc - powie­dzia­łam łagod­nym tonem, patrząc mu pro­sto w oczy po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu.

Uśmiech­nął się szel­mow­sko i dalej oglą­dał reklamę.

- W ciąży? Z kim? Znam ojca?

Peter Brown

Kiedy pierw­szego dnia szkoły dotar­łam do sali lek­cyj­nej, gdzie odby­wały się zaję­cia z wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie dla ósmo­kla­si­stów, białe skar­petki mia­łam całe zaku­rzone od żwiru z placu zabaw. Białe ele­menty trze­wi­ków pokry­wało błoto. Czarne moka­syny nowego nauczy­ciela wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie lśniły tak inten­syw­nie, że nie­mal odbi­jały całe pomiesz­cze­nie. Stał w drzwiach kory­ta­rza i roz­ma­wiał z panią Hil­ler i panną Wein­stein. Pani Hil­ler cią­gle prze­cze­sy­wała dłońmi dłu­gie, falu­jące włosy. Panna Wein­stein nie doty­kała sie­bie, tylko jego ramie­nia, w miej­scu gdzie jego wykroch­ma­lona biała koszula była pod­wi­nięta. Co jakiś czas wszy­scy troje się śmiali. W moich uszach jego śmiech brzmiał niczym zło­ci­sty cydr jabł­kowy.

Pierw­szego dnia kazał nam usta­wić się w kręgu dookoła niego, a potem prze­czy­tał nam wiersz Roberta Fro­sta: "Lecz ja obiet­nic mam dotrzy­mać / I wiele mil przejść, zanim zasnę"1. Myśla­łam, że pan Brown czyta spe­cjal­nie dla mnie, ponie­waż ile­kroć na niego zer­ka­łam, patrzył na mnie z uśmie­chem w oczach. Na placu zabaw Betty Washing­ton przy­się­gała, że on czy­tał wła­śnie dla niej. Twier­dziła, że od razu się zorien­to­wała, bo za każ­dym razem, gdy na niego spoj­rzała, on gapił się na jej cycki. Miała naj­więk­sze w całej kla­sie. Bab­cia powie­działa mojej mamie, kiedy myślała, że nie sły­szę, że Betty Washing­ton pew­nie pozwala chłop­com się obma­cy­wać i dla­tego ma takie bim­bały. Pan Brown powie­rzył Betty nad­zór nad biblio­teczką.

Pew­nego wtor­ko­wego popo­łu­dnia tuż przed Bożym Naro­dze­niem, kiedy wycho­dzi­łam z salonu kosme­tycz­nego Pau­line, zoba­czy­łam, jak pan Brown wysa­dza Betty z samo­chodu przed jej domem. Miała ze sobą torbę na zakupy z cen­trum han­dlo­wego J.L. Hud­son's, w któ­rej znaj­do­wało się duże pudełko, owi­nięte zło­tym papie­rem i prze­wią­zane zie­loną wstążką. Nie zauwa­żyła mnie. Ale on mnie dostrzegł, kiedy powoli zawra­cał swoim nowym czar­nym Mer­cu­rym.

Odru­chowo mu poma­cha­łam. Pod­je­chał do kra­węż­nika na wprost mnie i otwo­rzył drzwiczki. Wsia­dłam i nadep­nę­łam na będący wła­sno­ścią Betty kar­di­gan z angory, który leżał na pod­ło­dze. Sie­dze­nie było cie­płe. Nie powie­dział nic poza "cześć". Po pro­stu ruszył powoli wzdłuż ulicy Mt. Elliot, ale nie w stronę mojego domu, tylko w prze­ciw­nym kie­runku. Zatrzy­mał się dopiero na Belle Isle. Nie ode­zwa­łam się, kiedy poło­żył mi dłoń na kola­nie. Drugą ręką trzy­mał kie­row­nicę i patrzył przed sie­bie. Chyba wstrzy­małam oddech, kiedy obró­cił się na sie­dze­niu i prze­su­nął dło­nią w górę, tam gdzie Wal­ter, chło­pak z naprze­ciwka, pró­bo­wał mnie kie­dyś doty­kać, kiedy bawi­li­śmy się w dok­tora na weran­dzie za jego domem. Pan Brown wes­tchnął i obli­zał wargi, jed­no­cze­śnie odsu­wa­jąc moje białe baweł­niane majtki. Zamknę­łam mocno oczy, kiedy zaczął mnie tam pocie­rać i ści­skać. Prze­ma­wiał cichym, deli­kat­nym gło­si­kiem.

- Chcę zoba­czyć - szep­nął, a potem scho­wał głowę pod moją spód­nicę, nie­znacz­nie ją odchy­la­jąc. - Jedwa­bi­sty meszek, jak na główce nie­mow­lę­cia - dodał cicho.

Zaci­snę­łam powieki jesz­cze moc­niej. Musia­łam też chyba zaci­snąć nogi, ponie­waż on chwy­cił je i ponow­nie roz­chy­lił. Kiedy zaczął mnie tam cało­wać, pocie­kły mi łzy. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie otwo­rzy­łam oczy i ukrad­kiem spoj­rza­łam na jego twarz, bo czu­łam się, jak­bym wła­śnie sikała.

Orga­ni­sta cichutko grał w tle Ta święta noc, a ja cze­ka­łam na roz­po­czę­cie dru­giego ślubu Petera Browna, który odby­wał się w sobotę, w przed­dzień Bożego Naro­dze­nia 1962 roku. Razem z moim nowym przy­ja­cie­lem Woodym sie­dzie­li­śmy tuż przy drzwiach, przez które Peter miał wejść razem z drużbą. To ja wspa­nia­ło­myśl­nie zadba­łam o te miej­sca. Chcia­łam, żeby to moja śliczna, uśmiech­nięta buzia przy­wi­tała go, gdy tylko pojawi się w kościele. Spo­koj­nym ruchem odsu­nę­łam złotą woalkę i uło­ży­łam ją na toczku, by mógł mnie wyraź­nie zoba­czyć. Goście wokół nas roz­ma­wiali szep­tem, jakiego używa się na pogrze­bach, o tym, jak pięk­nie wszystko zor­ga­ni­zo­wała.

- Na przy­ję­ciu gra zespół, który zazwy­czaj wystę­puje tylko w Grosse Pointe. Na mie­siąc mio­dowy wybie­rają się do Ocho Rios. Ależ z niej szczę­ściara.

Zasta­na­wia­łam się, czy powin­nam coś powie­dzieć, gdy pod­czas cere­mo­nii tra­dy­cyj­nie zaczną pier­dzie­lić o tym, czy ktoś zna jakiś powód, dla któ­rego mał­żeń­stwo nie powinno zostać zawarte. Cie­szy­łam się, że sie­dzący obok mnie Woody wygląda na boga­cza. Mia­łam nadzieję, że Peter osza­leje, gdy zoba­czy moją złotą, zdo­bioną kora­li­kami sukienkę, nie­mal cał­ko­wi­cie odsła­nia­jącą biust, którą wło­ży­łam pod poży­czony od Sestry jesienny płaszcz z norek. Pla­no­wa­łam poka­zać mu ją dopiero wtedy, gdy podejdę do niego pod­czas skła­da­nia życzeń i dam mu praw­dzi­wego buziaka. Wciąż czu­łam zadra­pa­nia na skó­rze mię­dzy udami, gdzie zale­d­wie cztery godziny temu spo­czy­wała jego głowa.

- Oto i on - powie­dzia­łam pod­eks­cy­to­wana do nikogo kon­kret­nego, gdy drzwi kościel­nego przed­sionka się otwo­rzyły i Peter wyło­nił się z nich przy dźwię­kach, jak mi się wyda­wało, kolędy Mia­steczko małe Betle­jem. - To Peter, mój spro­śny nauczy­ciel - zwró­ci­łam się do Woody'ego, gdy Peter uśmiech­nął się do mnie sze­roko. - Czyż nie pre­zen­tuje się pięk­nie? - szep­nę­łam, patrząc na jego plecy.

- W tym smo­kingu wygląda jak kel­ner - odparł Woody, kła­dąc mi dłu­gie ramię na bar­kach.

Sestra mówi, że męż­czy­zna w jego wieku potrze­buje dwu­na­stu godzin na rege­ne­ra­cję, pomy­śla­łam, gdy orga­ni­sta zaczął grać mar­sza wesel­nego.

Widzia­łam sie­bie, jak stoję tego ranka nad ich łóż­kiem, zapła­kana, pijana szam­pa­nem, któ­rego wypi­li­śmy, zanim zaczę­li­śmy się kochać, i znów sły­sza­łam, jak pytam Petera: "Dla­czego wła­śnie ona?". Sły­sza­łam, jak znów odpo­wiada swoim dziew­czę­cym gło­si­kiem, gdy tak leży nagi, zwi­nięty w kłę­bek jak wąż, i patrzy na mnie: "Ona mnie rozu­mie".