Rybacy - Karol Kłos

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Kazimierz Długi pracował na morzu już kilkanaście lat, bo zaczynał jeszcze jako nastolatek, zaraz po skończeniu szkoły zawodowej. W zawodówce nauczył się, że temu w życiu dobrze idzie kto ma bogatych protektorów, czyli najlepiej zamożnych rodziców. Ponadto dobrze było też mieć zdolności ślizgania się pomiędzy oczekiwaniami innych, zwłaszcza nauczycieli i opiekunów, unikania obowiązków, pozorowania własnej pracy, oraz stwarzania symulacji osiągnięć.

Przez kilka ostatnich lat edukacji w podstawówce nauczył się przede wszystkim podrabiać podpis rodziców, fałszować oceny w szkolnym dzienniku, wypisywać sobie zwolnienia z nieobecności, a nawet logować się do internetowego konta szkolnego i usuwać wszystkie nieprzychylne sobie zapisy. Dzięki tym umiejętnościom na zakończenie szkoły otrzymał świadectwo z czerwonym paskiem i zestaw nagród książkowych. Jego nauczycielka i wychowawczyni wprost rozpływała się z zadowolenia, że jej ulubiony uczeń wydoroślał i zdołał wyjść na porządnych ludzi.

Szkoła zawodowa umożliwiła Kazikowi owocne rozwijanie swoich talentów. Uruchomił firmę zajmująca się poprawianiem ocen za stosowną opłatą. Pracy miał całe mnóstwo, a zadowolonych klientów jeszcze więcej. Wszyscy jego znajomi wróżyli mu błyskawiczną karierę w biznesie.

Jednakowoż po ukończeniu edukacji w szkole zawodowej, pomimo wielkich talentów nie znalazł zatrudnienia w biznesie i musiał się zadowolić stanowiskiem rybaka na kutrze swojego wujka Hieronima. Na morzu trzeba było ciężko pracować przy połowie ryb, wydawaniu sieci, wybieraniu sieci z połowem, patroszeniu ryb i układaniu ich w skrzyniach z lodem. Przy żadnej z tych prac nie były potrzebne umiejętności fałszowania pisma ani włamywania się do zaszyfrowanych miejsc.

Na kutrze więc Kazik wcale nie czuł się jak ryba w wodzie i jak najczęściej starał się wykorzystać swoje umiejętności przy dostarczaniu zwolnień lekarskich z pracy i zaświadczeń o najrozmaitszych chorobach. Większość z owych chorób wymagało długotrwałej rehabilitacji z wykorzystywaniem promieni słonecznych, oraz kąpieli w słonych wodach, najlepiej morskich.

- Kazik, na co aktualnie chorujesz? - pytali się go koledzy widząc, że wyleguje się na plaży w okularach słonecznych.

- Nie chcielibyście na to chorować. - odpowiadał.

- A wolno ci podrywać laski? - dociekali ze śmiechem.

- No cóż. - odpowiadał zawsze bardzo poważnie i jakby z namysłem. - Lekarze twierdzą, że zażywanie ruchu przyśpiesza rekonwalescencję.

Taka odpowiedź zawsze wywoływała wybuchy śmiechu i poklepywanie po plecach.

- Ty to potrafisz się urządzić. - twierdzili koledzy patrząc na niego z wyraźną zazdrością, bo oni już następnego dnia musieli się stawiać na swoich stanowiskach pracy.

- To może chociaż jakieś piwo byś postawił. - zaproponował Antek.

- Człowieku! Ja jestem w trakcie leczenia. - oburzył się Kazik. - Chcesz, żeby mnie pokręciło? Żebym dostał lumbago? Zamiast do sanatorium mają mnie wywieźć do domu opieki? Do jakiegoś domu starców? Zwariowałeś?

- Dobra, bobra. Już przestań się denerwować. Tak tylko powiedziałem. - wycofywał się Antek.

Nikt więcej już alkoholu nie proponował, bo kumple nie wiedzieli czy on tylko pozoruje, czy naprawdę jest poważnie chory.

- Ale na plaży wylegiwać się możesz. - zauważył Bronek.

- Promienie słoneczne mają zbawienny wpływ na moje zdrowie. - argumentował Kazik. - Zwłaszcza na kości słońce działa bardzo dobrze, bo oddaje organizmowi witaminę D, która jest potrzebna do prawidłowego funkcjonowania każdego żywego stworzenia.

- Na kurczaki to znacznie lepiej działa ogień z grilla niż słońce. - powiedział za śmiechem Albin.

- Chcesz dostać po ryju? - zagroził Kazik unosząc się nieco ze swojego koca.

- Dobra, dobra, tylko żartowałem. - sprostował natychmiast Albin.

- Czyli solarium też by ci pomagało. - powiedział Wiesiek.

- Solarium działa zbyt intensywnie, dlatego niszczy skórę, a słońce działa w sposób naturalny. - wyjaśnił Kazik.

- No ale są przecież specjalne lamy do naświetleń. - upierał się Wiesław.

- Owszem, są, ale wiesz ile one kosztują? Kupę szmalu.

- Być może tak. - przyznał Wiesiek.

- Nie być może, tylko z całą pewnością. Zamiast bankrutować starych to ja już wolę leżeć na plaży i się wygrzewać na słońcu.

Wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem.

Przez jakiś czas wszyscy milczeli rozmyślając nad sytuacją Kazika. Ponieważ jednak zrobiło się nudno, więc koledzy stwierdzili, że muszą wracać do swoich obowiązków. Gdy już wszyscy sobie poszli, Kazik poszedł do plażowego kiosku i kupił sobie piwo. Wrócił na swój koc, położył się i rozkoszował zimnym napojem. Jak to dobrze, że kolegom wcale nie trzeba mówić prawdy, pomyślał popijając piwa.

Rozdział 4

Mateusz postanowił wybrać się na wędkę. Łowienie ryb na wędkę uważał za doskonały relaks i wypoczynek po ciężkiej, fizycznej pracy. Przyglądanie się spławikowi było niczym wyglądanie skarbu, marzenie o cudownej przygodzie, o złotej rybce, która przyniesie mu cudowną odmianę jego życia.

Ułożył wędkę na dnie małej łodzi, przygotował wiosła, a potem zepchnął łódź z brzegu do wody, a potem wskoczył do łodzi i przy pomocy wioseł odpłyną na niezbyt wielką odległość. Wtedy wyrzucił za burtę łodzi kotwicę na linie, żeby nie zdryfować na zbyt wielką głębinę. Wiatr był od brzegu, więc trzeba było brać to pod uwagę.

W plastikowym pudełku miał różne błyszczki, które pod wodą udawały małe rybki i stanowiły przynętę dla większych ryb. Zamocował jedna z nich na końcu żyłki, a następnie z zamachem rzucił spory kawał od łodzi w wodę. Było ciepło, więc kapok i koszulę ułożył sobie pod plecami, aby móc wygodnie siedzieć na dnie łodzi i rozkoszować się ciszą, słoneczkiem, lekkim wiaterkiem i delikatnym kołysaniem.

Woda lśniła w słońcu, więc trzeba był mrużyć oczy. Żałował, że nie zabrał okularów przeciwsłonecznych. Wędkę przywiązał do ławeczki, żeby mu przez nieuwagę nie wpadła do wody. Od czasu do czasu kręcił kołowrotkiem zwijając żyłkę, a potem ją znowu wyrzucał z zamachem jak najdalej od łodzi.

Lekka bryza chłodziła mu czoło i rozwiewała włosy. Oczy go bolały od ciągłego mrużenia przed blaskiem słoneczka. Wtedy pod powiekami wcale nie zobaczył ciemności, tylko jakieś przesuwające się z góry na dół mroczki. Usiłował im się bliżej przyjrzeć, ale one uciekały od jego spojrzenia i zawsze były widoczne nieco z boku tego miejsca, na które akurat patrzył.

- Ciekawe czym jesteście? - zapytał się tych mroczków.

- Jesteśmy zanieczyszczeniami twojego oka. - odpowiedziały mu mroczki.

- Czyli czym? - dopytywał.

- Jesteśmy tym, czego nie chcesz widzieć. - odparły.

- Bzdury! - wykrzyknął i się obudził.

Słoneczko nadal świeciło, łódka lekko się kołysała na małych falach, przypominających raczej zmarszczki na morzu niż fale. Mateusz zakręcił kołowrotkiem aby sprawdzić przynętę. Nic się jednak nie złowiło, więc znowu się zamachnął i posłał przynętę jak najdalej w morze.

- Taki piękny dzień, że aż nie chce się wracać na ląd. - powiedział do wędki, ale ona mu nie odpowiedziała.

Znowu oparł się wygodnie. Spod przymkniętych powiek zerkał na żyłkę, wędkę, burtę łodzi, łagodne fale o zielonym odcieniu przepływające nieopodal niego i płynące gdzieś w dal. Było mu bardzo przyjemnie, ciepło i wygodnie.

Po chwili podniósł głowę i zobaczył, że żyłka jest naprężona. Być może coś się złapało, pomyślał. Spróbował zakręcić kołowrotkiem, ale się nie dało. Wziął wędkę do rąk usiłując podciągnąć żyłkę, ale ona cały czas była napięta i to nie ewentualna zdobycz się przybliżała, tylko łódź się przesuwała. Najwyraźniej haczyk zaczepił o coś na dnie.

Żadne próby oderwania haczyka od dna nie przyniosły rezultatu. Pozostały już tylko dwa rozwiązania, czyli odciąć żyłkę i pogodzić się ze stratą błyszczka, albo zanurkować pod wodę i spróbować uwolnić haczyk.

Mateusz sprawdził czy kotwica trzyma łódź na uwięzi. Wszystko było jak należy. Rozebrał się więc i zsunął z łodzi do wody. Chwycił żyłkę w dłoń i po tym tropie zanurkował pod wodę w kierunku zaczepionego haczyka.

Na dnie okazało się, że haczyk zaczepił się o zagrzebana w piasku drewnianą skrzynię, a właściwie kufer, który był zamknięty na wielką kłódkę. Bardzo dziwne, pomyślał Mateusz i wypłynął do góry by na powierzchni zaczerpnąć powietrza.

Oddychał przez chwilę, po czym znowu zanurkował. Kufer był sporych rozmiarów i w znacznej części był zagrzebany w piachu. Oblepiało go też sporo wodorostów. Mateusz przez chwilę się z nim szarpał, ale bez rezultatu. Znowu musiał wypłynąć by nabrać powietrza do płuc.

Odpoczywał przez chwilę. Potem znowu zanurkował. Kufer był teraz wyraźnie widoczny, więc szybko się przy nim znalazł. Tym razem spróbował otworzyć kłódkę, waląc w nią pięścią i szarpiąc za nią na wszystkie strony. Kłódka jednak się nie poddawała. Znowu musiał wypłynąć.

Trzymając się burty łodzi odpoczywał rozmyślając o tym jak by otworzyć ten kufer. O jego wyciągnięciu z wody nie mógł nawet marzyć. Był zbyt duży, a więc zbyt ciężki. Gdyby miał w łodzi jakiekolwiek narzędzia, to mógłby ich użyć. Ale nie miał żadnych narzędzi. Nie było innej rady tylko próbować nadal.

Zanurkował ponownie. Szarpał za kłódkę. Potem szarpał za zawiasy skrzyni, mając nadzieję, że drewno już nieco zbutwiało. Nic to jednak nie dało. Musiał wypłynąć na powierzchnię.

- Co za przeklęty kufer! - zawołał ze złością trzymając się oburącz burty łodzi.

Oddychał szybko z powodu zdenerwowania. Sam rozumiał, że w ten sposób nie wytrzyma zbyt długo pod wodą. Postanowił się uspokoić. Trzymał się łodzi i oddychał coraz spokojniej. Nerwy nic tu nie pomogą, rozmyślał. Trzeba spokoju.

Po dłuższej chwili znowu zanurkował. Gdy był już blisko kufra zobaczył płynącą w jego kierunku dziewczynę. Miała długie włosy, które falowały pod wodą niczym wodorosty. Gdy podpłynęła blisko uśmiechnęła się do niego i wskazała na kufer. Mateusz pokiwał głową. Dziewczyna zza paska opinającego ją w pasie wyjęła nóż i pokazała go Mateuszowi. Złapał za ten nóż i spróbował nim podważyć wieko kufra. Jedna z deseczek ułamała się i w widocznej dziurze zobaczył sterty papierów. Musiał wypływać na powierzchnię, żeby się nie utopić z braku powietrza.

Jedną ręką złapał się burty łodzi, w drugiej dłoni wciąż trzymał sporych rozmiarów nóż. Wtedy z wody wynurzyła się dziewczyna i też złapała się burty łodzi jedna ręką, a drugą rękę z trzymanym w dłoni plikiem papierów przełożyła ponad burtą i wrzuciła papiery na dno łodzi. Potem spojrzała na Mateusza i roześmiała się.

Mateusz podciągnął się na burcie i wdrapał się do środka. Potem stanął w łodzi i wyciągnął rękę do dziewczyny.

- Zapraszam do środka. - powiedział.

Dziewczyna znowu się roześmiała.

- Nie, nie trzeba. - powiedziała.

- Nie? - zdziwił się i rozejrzał.

Nigdzie w pobliżu nie było widać żadnej łodzi, motorówki czy jachtu.

- Podaj mi mój nóż. - powiedziała.

Mateusz zrobił to nie rozumiejąc tej sytuacji.

- Wsiadaj. - powiedział znowu wyciągając do niej rękę.

- Nie trzeba. Ja lubię sobie popływać. - odpowiedziała.

- Będziesz płynęła aż do brzegu? - zapytał zdziwiony.

- Nie ma problemu. - odparła dziewczyna. - Może sprawdź co to są za papiery. - zaproponowała. Mateusz przez chwile patrzył na nią zdziwiony, a potem nachylił się i sięgnął do leżących na dnie papierów.

- To jakieś listy. - powiedział przeglądając kilka kartek. - Po niemiecku.

- Po niemiecku? - zdziwiła się dziewczyna.

- Tak, po niemiecku. Pewnie listy marynarzy, albo listy ich rodzin.

Mateusz obejrzał drugą kartkę, potem trzecią.

- Jest data. - powiedział. - Piąty styczeń tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty. Czyli to była końcówka wojny.

- Myślisz, że to zrabowane skarby? - zapytała dziewczyna.

- Raczej bagaże uciekinierów, którzy uciekali przed nadciągająca ofensywą. - powiedział.

- Czyli same nudy. - oceniła dziewczyna.

- Wsiadaj do łodzi. Zawiozę cię do brzegu. - zaproponował znowu.

- Nie. - odpowiedziała.

Miała długie, ciemne włosy, które skręcały się w liczne loki. Miała na sobie płócienny stanik, takie same majtki i pasek, za którym zatknięty był nóż. Była szczupła, ale miała czym oddychać, jakby powiedzieli koledzy. Czy miała na czym siedzieć to nie było widać, bo wciąż nie wychodziła z wody.

- Zwariowałaś? Wsiadaj do łodzi!

- Nie, mój drogi, poradzę sobie.

- Chyba jesteś jakaś nienormalna.

- Uważaj, chłopczyku! Już ja ci pokażę kto jest normalny. Będę cię pilnować, więc się staraj mi nie podpaść.

- Też coś. Co ty mi możesz?

- Przekonamy się.

- Ale, że co?

- Sam zobaczysz. Pilnuj się, zachowuj przyzwoicie, pomagaj innym, tak jak ja ci pomogłam.

- Też coś.

- Wiedziałam kiedy się zjawić, tak? No to teraz uważaj, bo pojawię się wtedy, gdy nie będziesz się spodziewał.

- Ależ proszę bardzo.

- Jak ciebie przyłapię na czymś brzydkim, to będziesz biedny. Zrobię sobie z ciebie niewolnika i będziesz mi służył do końca świata.

- Już to widzę.

- Ja też już to widzę. Będziesz moim najlepszym niewolnikiem. Najbardziej miłym.

- Dziękuję bardzo.

- A proszę bardzo. Ja zawsze dotrzymuję słowa. - powiedziała dziewczyna i wsunęła się do wody

Mateusz wyjrzał za burtę łodzi, ale dziewczyny już nie było widać. Nie wiadomo było gdzie popłynęła.

- To chyba jakaś syrena była, albo jakaś rusałka, nic innego. - powiedział do wioseł, rozglądał się dookoła, ale nikt mu nie odpowiedział.

Rozdział 5

Mateusz poprosił Olka i Henia o pomoc. Zabrał do łodzi sporo narzędzi i lin. Zamierzał wydobyć zatopiony kufer z morskiego dna. Postarał się też o butlę ze sprężonym powietrzem i dwa komplety płetw do nurkowania. Miał nadzieję, że to będzie profesjonalna akcja wydobywcza.

Wypłynęli zaraz po śniadaniu. Pogoda była bardzo dobra. Słońce świeciło tak mocno, że w mig zrobiło się gorąco. Płynęli wolno. Mateusz sam wiosłował, żeby ocenić jak długo trzeba płynąć aby odpłynąć od brzegu tak samo daleko jak tamtego dnia. Co chwila się rozglądał, patrzył na wodę i na oddalający się brzeg.

Wreszcie byli na miejscu. Mateusz wyrzucił za burtę kotwicę na linie. Dokładnie tak jak wtedy.

- Jesteśmy. - powiedział do kolegów.

- Tutaj? - zdziwił się Henio.

- Jesteś pewien? - zapytał Olek.

- Jestem pewien. - potwierdził.

Przystąpił do przygotowań. Sprawdził butlę z powietrzem. Przypiął sobie pas z narzędziami.

- Będziecie mnie asekurować, a potem pomożecie mi wciągnąć kufer do łodzi.

- Naturalnie, pomożemy ci. - odparł Henio.

Mateusz założył sobie na plecy butlę z powietrzem, wylot powietrza wsadził do ust, a na oczy założył gogle. Potem gładki zsunął się do wody. Koledzy zostali w łodzi i wpatrywali się w powierzchnię wody. Olek trzymał w dłoniach sznurek i pozwalał mu się przesuwać. Koniec tego sznurka był uwiązany Mateuszowi u paska. Mateusz odpływał coraz dalej.

Pod wodą wszystko wyglądało inaczej niż na powierzchni. Niektóre miejsca na dnie porastały wodorosty. Inne miejsca były piaszczyste, a w piasku leżały muszelki. Woda była nad wyraz przejrzysta, więc było widać wszystko dość daleko. Mateusz płynąc rozglądał się w poszukiwaniu kufra. Był pewien, że jest we właściwym miejscu.

Płynął bardzo wolno i przyglądał się temu co jest na dnie. Kufra nigdzie nie było widać. Pomyślał, że prądy morskie przykryły kufer piaskiem. Silny prąd może przesuwać piasek z dna. W takim razie kufer nawet przysypany piaskiem musi stanowić coś jakby wzgórek, pagórek piasku, bo przecież prąd by nie nasypał wszędzie równo metr piachu w ciągu jednej doby. To było niemożliwe.

Wrócił do łodzi.

- Znalazłeś coś? - zapytał Olek.

- Masz to? - dociekał Henio.

- Jeszcze nie. - odparł. - Muszę wziąć coś długiego. - powiedział rozglądając się po łodzi.

- Może łopatę. - zaproponował Henio.

- Albo grabie. - podsunął Olek.

- Kij od grabi. - zdecydował Mateusz.

Henio z Olkiem błyskawicznie zdjęli grabie z drążka. Mateusz wziął kij do ręki.

- Może być. - powiedział i znowu się zanurzył pod wodę.

Wiedział bardzo dobrze w którym kierunku musi płynąć. Był pełen wiary w swoje szczęście i w powodzenie tej całej akcji. Być może w kufrze będzie coś więcej niż papiery, a wtedy będzie bogaty. Ta nadzieja dodawała mu animuszu.

W odpowiednim miejscu przyglądał się dnu i we wszystkie pagórki wbijał kij, rozgrzebywał piasek, odrzucał na bok znajdujące się tam wodorosty. Sprawdzał dokładnie miejsce po miejscu. Od czasu do czasu sprawdzał ilość powietrza w butli. Miał sporo czasu na poszukiwania.

Poszukiwania trwały dość długo. Mateusz był początkowo przekonany, że uda mu się szybko znaleźć ten kufer. W miarę jednak upływu czasu robił się coraz bardziej nerwowy. Coraz głębiej wbijał kij w piasek. Coraz więcej piachu rozrzucał wkoło w każdym podejrzanym miejscu. Szarpał się z tym kijem, a efektu żadnego wciąż nie było.

Szukał uporczywie z rosnącą złością. Poziom adrenaliny powodował przyśpieszoną pracę serca. Wraz ze złością rosła też wydolność jego mięśni, a kij robił coraz większe pobojowisko na morskim dnie. W pewnej chwili pozostawił głęboko w piasek wbity kij i rękami zaczął rwać na kawałki rosnące w pobliżu wodorosty, wygrzebywać z piachu muszelki i rozgniatać je w dłoni. Woda była tego dnia w morzu taka zielona, jakby ktoś moczył w niej szpinak.

Mateusz poczuł, że mu szumi w głowie. Rozejrzał się, ale wszędzie widział tylko wodorosty. Postanowił wracać do łodzi, ale linka, która miała mu wskazywać kierunek płynięcia zaplątała się przy nogach. Szarpał ja z całych sił, ale to nic nie dawało. Pomyślał, że koledzy powinni go wyciągnąć z wody, jednak nie wiedział w jaki sposób ich powiadomić, że ma kłopoty. Ciężko mu się oddychało. Spojrzał na ciśnieniomierz i stwierdził, iż butla z powietrzem jest pusta. Usłyszał gwizd w uszach, jakby stał na przejeździe kolejowym, a obok przejeżdżała lokomotywa. Wiedział doskonale, rozumiał, docierało to do niego, że coś nie gra. Gdyby grało, to by go tak nie bolała głowa. Jakby mu ktoś wbijał gwoździe do mózgu.

Wtedy znowu zobaczył tę dziewczynę. Jej długie włosy falowały wokół jego twarzy i łaskotały go w policzki. Jej oczy były prześlicznie niebieskie, jak niebo w słoneczny dzień. Jej policzki były nieco zbyt blade, ale to tylko dodawało jej uroku. Miała piękne, słodkie usta.

Poczuł cudowny smak jej ust wtedy gdy z własnych ust wdmuchiwała mu do buzi powietrze. Jakiż to był cudowny oddech. Zniknęła lokomotywa i znowu pojawił się bezmiar wody. Dziewczyna wdmuchała w niego kolejny oddech. Potem pogładziła go po policzku i szybko pocałowała w usta.

W następnej chwili znalazł się na powierzchni wody. Krztusił się i dławił wodą. Koledzy błyskawicznie zareagowali. Olek wskoczył do wody by pomóc Heniowi w wyciągnięciu go z wody do łodzi. Potem także wdrapał się do góry i usiadł na dnie obok Mateusza.

- Co się stało? - pytał Olek.

- Powietrze się skończyło. - odparł.

- Znalazłeś? - zapytał Henio.

- Niestety nie.

- Mówi się trudno. Wracamy do domu. - zadecydował Henio.

- Może to było inne miejsce. - powiedział Olek.

- Nie. To było właściwe miejsce. - powiedział Mateusz.

- Nie możesz tego wiedzieć. Morze wszędzie wygląda tak samo. - stwierdził kategorycznie Henio.

- Niestety, tak właśnie jest. - potwierdził Olek.

- To nie jest twoja wina. - zauważył Henio.

- Dziękuję wam, chłopaki.

- Nie ma sprawy. - odpowiedzieli obaj.

- Gdyby nie wy to pewnie bym się utopił.

- Daj już spokój. - poprosił Henio.

- Nie przesadzaj. - stwierdził Olek.

- Dobrze, że was mam.

- No ba. - roześmieli się.

Rozdział 6

Antoni Budzisz pływał na małej łodzi rybackiej razem z ojcem. Tata nauczył go rybaczenia zaraz po skończeniu przez niego nauki w szkole podstawowej. Antek nie wykazywał żadnych zdolności umysłowych, ale za to miał niezwykły dryg do majsterkowania. Wszelkie czynności manualne przychodziły mu niezwykle łatwo, więc nie było sensu męczyć go dalszą nauką, skoro ojciec robił się już coraz starszy, jak każdy, i potrzebował coraz bardziej pomocy przy połowie ryb.

Przez kilka lat rybaczenia u boku taty Antek wydoroślał i zmężniał. Praca fizyczna była jego żywiołem, toteż radził sobie na łodzi znakomicie. Stopniowo, z biegiem kolejnych lat, przejmował od taty coraz więcej obowiązków. Razem wypływali w morze, razem na lądzie naprawiali sieci, patroszyli ryby. Dźwiganie ciężkich worków z siatkami na flądrę należało do syna.

- Tato, kto ciebie uczył zawodu? - zapytał kiedyś Antek.

- No przecież wiadomo, że dziadek. - odparł ojciec.

- A od ilu lat zacząłeś pływać?

- Od czternastu. Zaraz po skończeniu szkoły.

- To tak samo jak ja. - ucieszył się Antek. - Chociaż ja miałem piętnaście lat.

- Bo za moich czasów szkoła miała tylko siedem klas.

- A zawsze syn rybaka zostaje rybakiem?

- Oczywiście. W rodzinie rybaka to jest zupełnie normalna i oczywista droga zawodowa. Wszystko przekazuje się od pokoleń swoim dzieciom, a one przekazują swoim.

- A jeżeli nie ma syna?

- Gdy się miało pięcioro dzieci, to zawsze jakiś syn się trafił. - odparł ojciec.

- A gdy ktoś nie miał pięcioro dzieci, to co wtedy?

- Normalnie, czyli córka wychodziła za mąż i rybakiem zostawał zięć.

- Ano tak.

Przez chwilę milczeli.

- No a gdy było pięciu synów? - zainteresował się Antek.

- Bywało tak. Wtedy dwaj lub trzej obejmowali łódź po ojcu, a pozostali szli na łodzie do innych ludzi, którzy akurat nie mieli wystarczającej ilości własnych synów. Poza tym synowie się żenili, dołączali do załogi teścia lub szwagra, więc ruch pomiędzy łodziami i rodzinami nikomu nie zaszkodził, a zawsze było wystarczająco dużo mężczyzn do roboty. Dopiero w ostatnich latach tak się porobiło, że w wielu rodzinach jest tylko jedno dziecko, a wtedy nie zawsze jest komu przekazać dorobek kilku pokoleń. No i moda nastała na studiowanie, więc chętnych do ciężkiej pracy na morzu jest coraz mniej, bo inżynierowie, magistrowie, doktorzy, lekarze, prawnicy, elektrycy, murarze i inni mają swoje własne zawody. Oni jednak też są potrzebni.

- Ja tam wolę być rybakiem. - powiedział Antek z przekonaniem.

- Wiem, Antoś, wiem. - powiedział ojciec kiwając głową.

Antoni kręcił się od pewnego czasu wokół pewnej Gośki i zauważył, że nie jest jej obojętny. Byli już na kilku dyskotekach, na kilku prywatkach, kilka razy pojechał z nią do miasta na wspólne chodzenie po sklepach. Dziewczyna zamierzała przy pomocy rodziców kupić mieszkanie w Gdyni i otworzyć tam swój sklep z odzieżą damską. Nie zapowiadało się na to, żeby planowała poświęcić swoje życie dla rybaka.

Antek całymi nocami rozmyślał jak ten problem rozwiązać, w jaki sposób stać się atrakcyjną partią dla Gosi i skłonić ją do pozostania w małej miejscowości. Nie mógł spać, bo gdy tylko zamknął oczy widział siebie samotnie wypływającego w morze.

Rozdział 9

Bronisław Hebel pływał na kutrze Dawida Metzla. Skończył zawodową szkołę zdobywając zawód murarza, wolał jednak dorobić się w miarę szybko na morzu, a dopiero potem, po ożenku, dołączyć do jednej z miejscowych grup remontowych. Miał nadzieję, że pływanie pozwoli mu uzbierać kapitał potrzebny do założenia rodziny, może nawet do zbudowania domu, jak wszystko pójdzie dobrze, bowiem wszyscy rybacy budowali domy, a niektórzy nawet spore pensjonaty pod wynajem pokoi wczasowiczom.

Bronek chodził z Ewą Metzel, więc w ostateczności mógłby też po ślubie zostać na kutrze i kiedyś go odziedziczyć, jednak takie plany to była pieśń dalekiej przyszłości, bowiem przyszły teść był wciąż w sile wieku i nie planował umierać ani oddawać kutra.

Każdej niedzieli Bronek spotykał się z Ewą, bo w tygodniu praca na kutrze od trzeciej rano do wieczora nie pozostawiała czasu na randki. Natomiast w niedzielę chodzili do kina, jeździli do sąsiednich miast na dyskoteki, a czasami także na zakupy, bo sklepy ostatnimi laty doceniały pieniądze zarobione na niedzielnych klientach.

W sobotni wieczór wyjątkowo zacumowali w porcie rybackim we Władysławowie, żeby w poniedziałek z samego rana z tego portu wyruszyć na łowisko, bo to zaoszczędzało im wielu mil drogi ku śledziom oczekującym niecierpliwie na ich sieci, w których będą mogły się bezpiecznie schronić przed niebezpiecznymi, morskimi potworami. Dobry żart, pomyślał sobie Bronek. To jemu przypadł niedzielny dyżur na pokładzie kutra, żeby w razie potrzeby ktoś był na miejscu.

W niedzielę była piękna, słoneczna pogoda. Bronek zjadł śniadanie na kutrze, a potem zszedł na ląd, aby obejrzeć sobie port. Przy nabrzeżach stało zacumowane wiele kutrów, a także sporo jachtów, żaglówek i łodzi motorowych. Bronek spacerował podziwiając te wszystkie łajby i wyobrażając sobie żeglowanie po Atlantyku, które z całą pewnością jest czymś zupełnie innym niż to nasze brodzenie jak dziecko w kałuży na małym i płytkim Bałtyku. Co tam sto czy nawet dwieście metrów głębokości, skoro na oceanie spotyka się miejsca, gdzie głębokość wynosi kilka kilometrów. Toż tam można się czuć jak na innej planecie, rozmyślał Bronek.

W narożniku nabrzeża stacjonowała łódź motorowa z doczepianymi silnikami o mocy sześciuset koni mechanicznych. To była prawdziwa morska rakieta. Zabierała chętnych pasażerów w rejs po morzu i dostarczała im wiele ekstremalnych emocji podczas skakania po morskich falach. Bronek znał doskonale wszystkie uczucia towarzyszące wzbijaniu się na fali pod niebo, a potem spadaniu w przepaść niby do samego piekła. Na całe szczęście te emocje malały z czasem, uspokajały się wraz z kolejnymi rejsami w morze, bo inaczej musiałby zwariować. Ludzie z wahaniami ciśnienia nie powinni fundować sobie i swojemu organizmowi takiej rozrywki.

W miejscu, gdzie sprzedawano bilety na tę wycieczkę i gdzie ubierano pasażerów w kapoki ratunkowe na wypadek wypadnięcia do wody stała długa kolejka oczekujących. Z tego co zauważył nie trzeba było legitymować się kartą pływacką ani nawet posiadać umiejętność pływania. Pasażerowie tego rejsu winni jedynie posiadać zdrowe gardła wraz z umiejętnością głośnego krzyczenia, piszczenia i wrzeszczenia na całe gardło, żeby odgłosy te docierały aż do portu i napędzały emocje oczekujących.

Głośny huk uderzania o fale, rozbryzgi wody, wybijanie się w górę i zaraz potem opadanie, to wszystko było celowo prezentowanym przedstawieniem, z którego sternik wywiązywał się doskonale, czego dowodem były wrzaski dobiegające zza falochronu do zacisznego miejsca postojowego w porcie i oczekujących tam następnych napalonych klientów. Bronek nie zapytał o cenę biletu, bo go to wcale nie interesowało, z całą pewnością jednak fundowane ludziom wielkie emocje musiały kosztować.

- Tato, będziesz mnie trzymać? - pytała rodzica dwunastoletnia lub trzynastoletnia dziewczynka.

- Naturalnie, kochanie.

- To jest takie podniecające. - cieszyła się córka.

- Tylko spokojnie, moja droga, nie emocjonuj się aż tak bardzo. - upominał troskliwy ojciec.

- Ale to jest tak jakby się fruwało nad wodą.

- "Duch boży unosił się nad wodami." - zacytował mężczyzna.

- Tato! Odpocznij sobie chociaż w czasie wakacji od tych nauk. - zbeształa go córka.

- Tylko żartowałem. - odparł.

- Przecież mamy się dobrze bawić.

- No i właśnie bardzo dobrze się bawię. - roześmiał się.

- Przecież widzę.

- Już dobrze. Popłyniemy i będziemy krzyczeć wniebogłosy. - odparł.

- Wniebogłosy to ty będziesz krzyczeć jak ja cię będę szczypać w brzuch. No chyba, że będziesz się zachowywał jak każdy inny ojciec. - groziła córka.

- Będę, będę. Obiecuję. - zapewnił.

Idąc dalej Bronek zauważył przejście na plażę, do której szło się przez drugi, bardziej zewnętrzny, nowszy i większy falochron. Na tym falochronie namalowano szereg obrazów ilustrujących historię tych ziem. Doskonały pomysł, pomyślał Bronek, żeby pokazać letnikom w sposób interesujący miejscową historię, bo to miejsce było prawdziwym magnesem przyciągającym turystów i wczasowiczów.

Na jednym fresku była pokazana latarnia morska znajdująca się w pobliskim Rozewiu. Jest to najbardziej wysunięta na północ polska latarnia morska, a równocześnie mająca najdalszy zasięg jej światła, bo lampa latarni znajdowała się na najwyższej wysokości nad poziomem morza w Polsce. O tym Bronek wiedział doskonale, bo dla rybaków tego rodzaju informacje pomagają zapewniać bezpieczeństwo na morzu.

Na tym samym obrazie, tylko w mniejszej skali zostały pokazane wizerunki tej latarni z różnych lat, czyli z 1706 roku, 1822, 1875, to była druga latarnia stojąca nieopodal pierwszej, pobudowana specjalnie na czas remontu tamtej, potem z roku 1910, oraz podwyższona o osiem metrów w 1978 roku. Te wszystkie daty zostały tam umieszczone, więc nie mogło być pomyłki.

Na drugim fresku przedstawiono widok mężczyzny w charakterystycznej czapce przechadzającego się po brzegu morza, a obok jego powiększony portret. Można było rozpoznać sławnego Abrahama, albo Obrama, jak na niego mówiono po kaszubsku. To był działacz patriotyczny z czasów zaborów walczący o polskość i wyzwolenie spod uciskającego buta niemieckiego zaborcy.

Na kolejnym obrazie można było zobaczyć kilka ryb złowionych na morzu. Leżały sobie na stole czekając na wypatroszenie, albo może już po wypatroszeniu na decyzję o ich dalszym losie: mrożenie, smażenie, gotowanie, lub marynowanie. Dań można by z nich sporządzić całe mnóstwo, ale dla ryb najpewniej nie stanowiło to żadnej różnicy.

O ile wcześniej nad falochronem widać było piasek wydm i rosnące na nich trawy i dzikie róże, które pięknie zakwitły, o tyle nad rybami pokazały się wielkie betonowe głazy, a właściwie gwiazdy, które zazębiając o siebie stanowiły solidna ochronę falochronu przed morskimi falami. Te betonowe konstrukcje razem z betonową ścianą wspólnie tworzyły skuteczny falochron. Zabudowania trzeba było ochraniać przed niszcząca siłą sztormów, natomiast rybacy na swoich kutrach i łodziach ujeżdżali fale niczym dzikie mustangi. Bronek znał to doskonale z własnego doświadczenia.

Dalej był obraz maszerujących ludzi w strojach kaszubskich i z flagami kaszubskimi w dłoniach. Pewnie przedstawiał jakiś marsz protestacyjny, strajk miejscowej ludności lub coś podobnego. O treści tych obrazów najprawdopodobniej decydowali przedstawiciele miejscowej władzy samorządowej, którzy szczycili się tak zwanym patriotyzmem lokalnym.

Na następnym fresku pokazana była zbudowana w gminie ścieżka rowerowa. To mogło być dowodem, że projekt malarski na betonowym falochronie został zrealizowany przy wydatnej pomocy finansowej Unii Europejskiej, bowiem tamtejsi biurokraci lubują się w wychwalaniu się wszystkimi dofinansowanymi inwestycjami na wielkich, widocznych z daleka tablicach informacyjnych, by ludzie wyraźnie widzieli, że coś otrzymują w zamian za odbieranie suwerenności. To taka ich metoda propagandowa mająca nam wskazywać, że skoro dostaliśmy kasę to teraz mamy trzymać ryje na kłódkę i siedzieć cicho, podczas gdy państwo światli biurokraci podejmują decyzje za nas. Rybacy to wszystko doskonale zrozumieli i mieli o tym swoje zdanie.