Ryba na drzewie - Lynda Mullaly-Hunt

Reflow text when sidebars are open.
Pierwszy dzień z panem Danielsem zaczyna się w porządku, bo mamy matematykę, a pan Daniels robi coś, co nazywa kierowcą autobusu. Oznajmia:
- Jesteś kierowcą autobusu.
A później mówi nam, ile osób wsiada i wysiada, a my musimy dodawać i odejmować w głowach. Żadnego papieru. Żadnych ołówków. Tylko matematyka.
Kiedy byłam młodsza, kochałam matematykę. Wszystko, co się z nią wiązało. Ale w szkole matematyka ma litery. Na przykład: ile równa się x? Są też długie historie z bohaterami, a choć opowieść ma się zakończyć liczbą, wszystkie te słowa blokują mi drogę do niej.
Ale dzień zmienia się w drewnianego drobniaka w czasie przerwy śniadaniowej, kiedy pan Daniels wzywa mnie do swojego biurka. Trzyma zadanie, które zleciła nam pani Hall, opis nas samych, to, w którym zapełniłam całą kartkę słowem "Czemu?". Robi mi się niedobrze.
- Zastanawiałem się, co to dokładnie znaczy. Możesz mi powiedzieć? - pyta pan Daniels.
Wzruszam ramionami.
- Pomyślałem, że mogłabyś napisać chociaż jeden akapit. Coś o sobie. Chciałbym się czegoś o tobie dowiedzieć.
Milczę. Z nauczycielami jest tak, że jeśli milczę wystarczająco długo, zaczynają sami mówić. Podają odpowiedzi, a ja muszę tylko kiwać głową. Dlatego czekam.
Ale on też czeka.
W końcu się odzywa:
- Możesz napisać dla mnie ten akapit?
Jest mi ciężko.
- Nie.
Nie chce poznać prawdziwej mnie. To by było jak w strasznym filmie, w którym ludzie mówią, że chcą wiedzieć, co jest w piwnicy, ale kiedy się dowiadują, zawsze żałują.
- Ally? Powiedziałaś "nie"? - pyta, ale wcale nie jest zły.
Zmieniam się w kamień.
Oddycha głęboko i pochyla się do przodu.
- Chodzi o to, że nie lubisz pisać?
Myślę, żeby odpowiedzieć "nie", tylko że później miałabym kłopoty. Jak w tej grze w szachy w książce dziadka, Alicji w Krainie Czarów. Trzeba być całkowicie pewnym, zanim się zrobi ruch. Ale sądzę, że pan Daniels już to o mnie wie, więc kiwam głową.
- W takim razie co lubisz?
- Pikantne skrzydełka.
Śmieje się cicho.
- Co lubisz w szkole?
- Wychodzenie.
Czeka, aż powiem coś więcej.
- Lubię matematykę. I plastykę. Lubię rysować.
- Świetnie. Dużo rysujesz?
- Tak.
- Pisanie sprawia ci trudności czy po prostu go nie lubisz?
- Jest łatwe - kłamię. - Po prostu mnie nudzi.
- Może uda nam się coś wymyślić, żeby nie było takie nudne. Żeby cię zaciekawiło. To wspaniały sposób, by się rozwijać. Być kreatywnym. Zadawać pytania.
Wskazuję kartkę.
- Zadałam tam mnóstwo pytań.
- Tak. - Śmieje się. - To prawda.
Oddycha głęboko.
- Będę z tobą szczery, Ally. Rozmawiałem z panią Hall i panią Silver. Wiem, że w przeszłości spędzałaś dużo czasu u dyrektorki. Robisz się w tym coraz lepsza, ale wiesz, człowiek może być zbyt dobry w niewłaściwych rzeczach.
Oho.
- Chcę, żebyś wiedziała, że bardzo się postaram nie wysyłać cię do gabinetu dyrektorki. Jeśli musimy się czymś zająć, zajmiemy się tym we dwoje. - Mruga. - Co się dzieje w sali dwieście sześć, zostaje w sali dwieście sześć.
Co?
- Nie będziemy już zawracać głowy pani Silver, dobrze? Myślę, że i tak ma dużo roboty.
O, nie. Czyżby właśnie zabrał mi kartę "Wyjdź bezpłatnie z więzienia"?
- Poza tym... - Przechyla głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. - Jestem po twojej stronie, jasne? Chcę ci pomóc.
On chce mi pomóc? Nie ma pojęcia, w co się pakuje.
Dziś mieliśmy przynieść coś, co najlepiej pokazuje, kim jesteśmy, i opowiedzieć o tym klasie. Pomyślałam o paru rzeczach, które mogłabym przynieść, na przykład o puszce z ziemią albo torbie pełnej niczego.
Pan Daniels pyta, czy ktoś się zgłasza na ochotnika. Shay podnosi rękę - niespodzianka stulecia.
Shay wychodzi ze zdjęciem swojego konia Diamenta. Opowiada o tym, jak go kocha i kilka razy w tygodniu na nim jeździ, i że opieka nad nim to dużo pracy. Pokazuje nam też swój kask i fikuśną kurtkę do konnej jazdy. Pewnie nie ma takiej rzeczy, której by nie miała.
Jessica przynosi zdjęcie Shay i opowiada o tym, jak dobrymi są przyjaciółkami. Myślę, że to zabawne, bo mieliśmy mówić o sobie.
Na środek sali wyskakuje Oliver. Nigdy nie dotyka ziemi obiema stopami jednocześnie. Wyciąga żarówkę.
- Jestem. Dawcą. ŚWIATŁA!
- Naprawdę? - pyta pan Daniels.
- To znaczy mój tato jest. Sprzedaje lampy. A kiedy ja dorosnę, też będę sprzedawcą. Będę sprzedawał wieszaki.
- Wieszaki? - powtarza pan Daniels.
- Tak! Bo pomyślałem sobie, że to musi być coś, co każdy ma, bo trzeba sprzedawać rzeczy, których ludzie potrzebują, bo jakby sprzedawać rzeczy, których nikt nie chce, to nic by się nie sprzedało, prawda? A każdy potrzebuje wieszaków.
Pan Daniels się uśmiecha i kładzie dłoń na ramieniu Olivera.
- Oliverze, bystry z ciebie chłopak. Wiesz o tym?
Od niedawna jestem w tej szkole, ale domyślam się, że Oliver nieczęsto słyszał takie słowa. Rzuca się na krzesło, które przechyla się do tyłu, ale Oliver łapie za blat, prostuje się i wiwatuje, ciesząc się ze zwycięstwa.
Następny wstaje Albert. Jak zawsze ma na sobie koszulkę z napisem "Flint" i siniaki. Sięga do brązowej papierowej torebki i wyjmuje słój czystego płynu.
Kaszle.
- To mieszanka dwóch części atomów wodoru i jednej części tlenu.
- Wybuchnie?! - krzyczy Oliver.
Albert nie odpowiada, tylko zdejmuje zakrętkę i wypija zawartość słoja, czymkolwiek to jest. Denerwuję się w milczeniu, a Oliver szaleje.
- On to wypił! Widzieliście? Wypił atomy! Paskudne!
- To tylko woda - stwierdza Albert.
Kiedy pan Daniels rozmawia z Albertem, Shay szepce do Jessiki:
- Woda? Naprawdę? Tylko to?
Shay robi się coraz lepsza w byciu wredną. Od kiedy pan Daniels zabronił jej wyjść na przerwę, bo naśmiewała się z Olivera, zachowuje swoje uwagi na te chwile, kiedy nauczyciel jest zajęty albo rozmawia z kimś innym.
- Ta woda została zaczerpnięta z ogromnego podziemnego jeziora, które ciągnie się całymi kilometrami - ogłasza Albert. - W tej samej wodzie przed setką milionów lat brodziły dinozaury i pili ją jaskiniowcy. W tej samej wodzie rok temu pływały niedźwiedzie polarne, a średniowieczni rycerze pili ją po bitwie.
Oliver i większość chłopców wstaje, żeby przyjrzeć się uważniej.
- Super, Albercie! - woła Max. - Skąd ją wziąłeś?
Jessica i Shay uśmiechają się i pochylają, żeby spojrzeć na Maxa.
- Właśnie, Albercie, skąd ją wziąłeś?! - krzyczy Shay.
- Z kuchennego kranu.
Yyy?
- Ta sama woda istnieje i jest ponownie wykorzystywana od początków Ziemi. Dla mnie to ważne, bo jako naukowiec i historyk wiem, że w historii Ziemi potrwamy jedynie mgnienie oka. Jesteśmy ziarnkiem piasku na wielkiej plaży czasu.
Dzieciaki zaczynają jęczeć.
- I znowu wrócił profesorek - wzdycha Max.
- On się tak lubi popisywać. - Jessica odwraca się do Maxa.
- Dajcie spokój - mówi pan Daniels. - Ja uważam pomysł Alberta za fascynujący. To, że Ziemia tak wiele razy wykorzystywała swoją wodę. Niezwykłe, Albercie!
Następnie wzywa Keishę, która niesie małe pudełko. Trzyma je ostrożnie, jakby to coś w środku mogło się łatwo zniszczyć. Kiedy wyjmuje babeczkę, chłopcy zaczynają się spierać, który ją zje.
- To babeczka, którą upiekłam. Nie jest z gotowej mieszanki, zrobiłam ją sama.
- A dlaczego jest dla ciebie ważna? - pyta pan Daniels.
- Lubię piec ciasta. Powiedziałam mamie, że kiedy będę starsza, chcę założyć własną firmę, a ona powiedziała, że nie ma na co czekać. To pierwsza babeczka, którą pokazałam komuś spoza rodziny.
- Mój Boże - szepce Shay. - Zachowuje się, jakby pierwsza na świecie upiekła babeczkę. Nawet nie ma żadnej dekoracji.
- Shay, postaraj się, żeby twoje uwagi były konstruktywne, proszę - napomina ją pan Daniels.
- Tak, z zewnątrz niczym się nie wyróżnia. - Keisha uśmiecha się lekko do Shay. - Ale liczy się wnętrze.
Wyjmuje z pudełka nóż, przecina babeczkę na pół i pokazuje nam środek.
- Jak widzicie, wewnątrz jest napis: "Mniam".
- Jak to zrobiłaś? - pyta Suki, a ja jestem zaskoczona. Suki prawie się nie odzywa.
- Eksperymentowałam z robieniem liter z różnych rodzajów ciasta. Stawiam litery w płynnym cieście i ostrożnie przykrywam je resztą masy.
- Oblizujesz łyżkę, kiedy skończysz? - pyta Oliver. - Ja lubię oblizywać łyżkę, ale mama mówi, że za dużo cukru mi szkodzi, więc nie piecze często, bo...
- Oliverze. - Pan Daniels pociąga się za ucho. Oliver natychmiast przestaje.
Nauczyciel patrzy na babeczkę.
- Świetnie, Keisho. To robi wrażenie.
- Nazwę swoją firmę Ukryty Znak. Słodszy sposób na przesłanie wiadomości.
- Fantastycznie, Keisho - cieszy się pan Daniels. - Możliwości są nieograniczone.
Albert unosi rękę, a pan Daniels kiwa głową.
- W rzeczywistości możliwości nie są nieograniczone, gdyż w końcu wyczerpią się jej stosowne kombinacje liter, a liczba liter do wykorzystania w każdym ciastku też jest ograniczona. Do tego sugeruje pan, że wszystkie możliwości są pozytywne, choć równie prawdopodobne są i pozytywne, i negatywne rezultaty.
- Właściwie masz rację, Albercie. Ale ja jestem optymistą. Co mogę powiedzieć?
- Czyli zgadza się pan, że możliwości nie są nieograniczone?
- Cóż, zgadzam się z punktu widzenia matematycznego, Albercie, ale nie z ludzkiego. Wierzę, że rzeczy, którym możemy przypisać liczby, wcale nie muszą być najważniejsze. Nie da się zmierzyć tego, co czyni nas ludźmi. Jak kreatywność Keishy czy jej ciężka praca. - Pan Daniels wzrusza ramionami. - Takie jest moje zdanie.
- Wydaje się, że najważniejsze jest to, co da się zmierzyć - mówi Albert. - Bo to można udowodnić.
- Drogi chłopcze, sądzę, że w tej kwestii nasze opinie pozostaną odmienne.
Pan Daniels podchodzi do Alberta i klepie go po ramieniu.
I zaprasza Suki, która wyciąga malutkie papierowe torebki i rozdaje wszystkim.
- Chciałam się z wami podzielić dwoma rodzajami jedzenia. Jedno to hone-senbei, ulubiona przekąska mojego dziadka. Drugie to groszki wasabi. Są trochę pikantne. Jedzenie w Ameryce smakuje... - Suki odwraca się do pana Danielsa. - Jakie jest właściwe określenie?
Nagle Max podskakuje i biegnie do umywalki, za nim Keisha i Jessica.
- Za ostre! - wrzeszczy Max.
Cała trójka się przepycha, próbując zaczerpnąć do ust wody z kranu.
- Ach tak - ciągnie Suki. - "Mdłe" to właściwe określenie. Tutejsze jedzenie jest mdłe.
Wydaje się, że trójka dzieciaków przy umywalce jednocześnie śmieszy i dziwi Suki.
Myślę o tym, jak trudno by było przeprowadzić się do innego kraju i musieć się nauczyć innego języka. Ja nawet z jednym sobie nie radzę.
Pan Daniels się śmieje, trzymając w dwóch palcach malutki jaskrawozielony groszek.
- Nie wyglądają na takie ostre.
Większość uczniów boi się teraz spróbować, odsuwają groszki na bok. Suki sprawia wrażenie trochę urażonej.
Albert wkłada groszek do ust. Zjada go, ale chyba cierpi. Ma nawet łzy w oczach.
- Smakuje mi, Suki. Dziękuję - mówi z sapnięciem.
Albert jest miły.
Oliver wrzuca groszek do ust, bez żadnej reakcji.
- Nie myślisz, że jest ostry, Oliverze? - pyta pan Daniels.
- Nie! Jako jedyny w rodzinie mogę zjeść całą paczkę superostrych chipsów chilli. Matka mówi, że nie mam kubków smakowych, a tato, że...
Pan Daniels znów ciągnie się za ucho i powtarza:
- Dziękuję, Oliverze.
Oliver ma otwarte usta. Jest gotów mówić dalej, ale mruczy tylko:
- Dziękuję panu.
Mają jakiś sygnał czy coś?
Suki kontynuuje.
- Te przekąski dużo dla mnie znaczą, bo dzielę je z dziadkiem. Brakuje mi wielu rzeczy z Japonii, ale za dziadkiem tęsknię najbardziej. Brakuje mi też rzeźbienia z nim w drewnie. Dziadek robi mi drewniane klocki, a ja rzeźbię prezenty dla niego i mu je wysyłam.
To dlatego nosi te drewniane klocki.
- Jem te rzeczy, bo przypominają mi Japonię. I dziadka.
Smutno mi z jej powodu.
- Z czego są zrobione te ciasteczka? - pyta Albert.
Suki odwraca się do niego.
- Z krewetek i rybich ości.
W tym momencie nie tylko Oliver zaczyna świrować. Większość klasy mówi "fuj", a Suki patrzy na pana Danielsa, który odwraca się do nas.
- Uciszcie się.
- Krewetki i rybie ości? - powtarza Shay. - Moja rodzina woli homary.
Albert podnosi rękę.
- Chciałbym zwrócić uwagę, że choć homar jest obecnie bardzo drogi, w dawnych czasach podawano go jedynie chłopom i niewolnikom, którzy wreszcie się zbuntowali i zażądali, by nakaz jedzenia homarów obowiązywał tylko dwa razy w tygodniu. I - Albert przełyka - sądzę, że rybie ości są bardzo odżywcze.
Suki się uśmiecha i wraca na swoje miejsce. Pan Daniels kiwa Albertowi głową.
Teraz moja kolej. To, co w końcu przyniosłam, naprawdę coś znaczy, ale teraz nie jestem pewna, czy klasa będzie dla mnie miła. Postanawiam wybrać bezpieczne rozwiązanie i mówię, że zapomniałam.
Widzę, że pan Daniels jest rozczarowany.
- To może masz zwierzątko, o którym możesz nam opowiedzieć?
- Nie. Mama jest uczulona.
Przypominam sobie tatę chodzącego na czworakach po salonie i udającego, że jest szczeniakiem, o którego błagałam.
Oliver zaczyna szczekać jak pies.
- Jeszcze trochę, Oliverze - zagaduje pan Daniels - a będziemy musieli ci dać psie ciasteczka. Lepiej uważaj.
Patrzy na mnie zmrużonymi oczyma.
- Jesteś pewna, że nie masz niczego, co mogłabyś nam pokazać? Bo mam przeczucie, że coś masz.
Wsuwam dłoń do kieszeni i ściskam stalowego centa z tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku. Przedmiot, który przyniosłam na dzisiejszą lekcję.
Pan Daniels spogląda na moją rękę, a ja uświadamiam sobie, że się zdradziłam. Dlatego wstaję i wyjmuję centa.
- Mój tato jest w wojsku i teraz przebywa na misji. W dniu wyjazdu dał Travisowi i mnie te centy. - Zerkam na pana Danielsa. - Travis to mój duży brat.
Nauczyciel kiwa głową.
- W roku tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim centy wyglądały dziwnie, bo miały srebrny kolor, jak ćwierćdolarówki. Robiono je ze stali, a nie z miedzi, bo rząd potrzebował miedzi do produkcji amunicji podczas drugiej wojny światowej. Później, w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym, centy wróciły do zwykłego miedzianego odcienia. Myślę, że to fajne.
- Ja też - mówi pan Daniels. - A jeszcze fajniej, że nam o tym opowiedziałaś.
Wracając na swoje miejsce, myślę o tym, że gdy tato wyjeżdżał, powiedział nam, że kiedy będziemy patrzeć na stalowe centy, powinniśmy pamiętać, że my też jesteśmy wyjątkowi. I że wszystko wróci do normalności i zanim się zorientujemy, on znowu będzie w domu.
Naprawdę za nim tęsknię.
Pan Daniels pokazuje Oliverowi uniesiony kciuk. To super, że mają ten sygnał z ciągnięciem za ucho. W ten sposób pan Daniels nie zawsze musi przy całej klasie zwracać Oliverowi uwagę, że zachowuje się nieodpowiednio. Wiem, jakie to uczucie, i cieszę się, że pan Daniels tak się nami przejmuje. Większość nauczycieli chyba wolałaby, by wszyscy uczniowie byli tacy sami - doskonali i cisi. Panu Danielsowi jednak najwyraźniej się podoba, że jesteśmy różni.
- W porządku, Fantásticos! - Pan Daniels zaciera ręce jak szalony naukowiec. - Dziś zacznę od rozmowy o książce. W tym roku będę robił to często... Przedstawię wam swoje ulubione opowieści.
Kiedy pan Daniels mówi o książkach, przypomina mi Maxa albo Olivera. Jakby był gotów urządzić wspaniałą zabawę. Lubię słuchać historii. Ale poproszenie, żebym je przeczytała, byłoby jak proszenie homara, żeby zagrał w tenisa.
A później robi się gorzej.
Pan Daniels podnosi stertę zeszytów.
- Niespodzianka. Mam dla każdego z was nowiutki dziennik, w którym będziecie co dzień pisać.
O nie. Wolałabym jeść trawę.
- Ale jest pewien haczyk. Czasami, choć niezbyt często, będę wam zadawał temat. I nigdy, przenigdy... choćby zły czarodziej zagroził, że zamieni tusz w moich wszystkich czerwonych długopisach na przezroczysty... nie będę poprawiał waszych prac.
Yyy?
- Nie będą oceniane. Nie będą poprawiane. I przeważnie nie będę wam mówił, o czym macie pisać. Możecie opisywać swoje życie, sport, Bułgarię, ulubione mydło, książki, które wam się podobają albo nie. Cokolwiek.
Rany. Zastanawiam się, czy on ma gorączkę. Żadnego poprawiania? Cokolwiek zechcemy? To zbyt piękne, by było prawdziwe. Wiem, że to jeszcze nie koniec.
- Jest tylko parę zasad.
Aha. Oto są. Zasady.
- Musicie przyłożyć ołówek do papieru i tak dalej. A ja będę czasem odpowiadał zdaniem albo dwoma.
- Będzie pan odpisywał? - pyta Oliver. - A czy my możemy pana oceniać?
Pan Daniels się śmieje.
- W ogóle nie będziemy oceniać, Oliverze. Tu chodzi o komunikację. Wyrażanie samego siebie. Nie oceny.
- Czy możemy zadawać panu pytania? - pyta Max.
- Pewnie!
Pan Daniels rozdaje zeszyty. Mój jest żółty. Trochę zbyt ładny kolor jak na coś, w czym trzeba pisać.
- Mogę pisać o futbolu? - pyta Max.
- O czymkolwiek zechcesz.
- Będzie super! - krzyczy Oliver. - Zamierzam spytać o odpowiedzi do sprawdzianów. I prosić o dodatkowe przerwy. I nieograniczony keczup w stołówce.
- Cóż - zaczyna pan Daniels - jak już mówiłem, możecie pytać o cokolwiek. - Uśmiecha się do Olivera. - A teraz otwórzcie zeszyty i zróbcie pierwszy wpis. I niech będzie... o was. Ten dziennik jest wasz, więc warto się przedstawić... w dowolny sposób.
Keisha zaczyna pisać, a Albert wpatruje się w pustą kartkę. Salę wypełnia szuranie ołówków po papierze.
Suki pociera kciukiem jeden z klocków. Zastanawiam się, czy myśli o dziadku.
W głowie widzę film, jak idę przez las klocków z literami ustawionych jeden na drugim. Kołyszą się niczym drzewa na wietrze, a ja się martwię, że na mnie spadną.
Myślę, że mogłabym to narysować, ale ostatecznie rysuję duży trójwymiarowy sześcian o czarnych bokach. Powiedział, że możemy zrobić cokolwiek. Chcę sprawdzić, czy mówił poważnie.
Następnego dnia pan Daniels trzyma mój dziennik otwarty na stronie z czarnym sześcianem.
Spodziewałam się, że mi nie odpuści.
Wyciąga dłoń w moją stronę i mówi:
- Wiem. Wiem, powiedziałem wam, że nigdy nie będę was poprawiał, i nie zrobię tego. Zastanawiałem się tylko, czy mogłabyś mi wyjaśnić, co to znaczy. Lubisz czarny, a może chodzi o coś innego? Tak czy inaczej, jest w porządku.
Myślę o rzeczach, które mogłyby go rozzłościć, i przypominam sobie, jak powiedział, że człowiek może być zbyt dobry w niewłaściwych rzeczach. Może tym razem nie mam ochoty wpakować się w tarapaty.
- To rysunek ciemnego pokoju.
- Och. Dlaczego narysowałaś ciemny pokój?
Wydaje się teraz poważny.
- To miało być coś o nas.
- Dlaczego ciemny pokój ma coś wspólnego z tobą, Ally?
Jego głos jest łagodny. Bardzo łagodny.
Przełykam ślinę.
- Bo w ciemnym pokoju nikt mnie nie widzi.
Wpatruje się w mój czarny sześcian. Chrząka i znów podnosi wzrok.
- W porządku. Dziękuję, że jesteś ze mną szczera, Ally.
Tak się cieszę, że się nie rozzłościł.
- Ally? - Przerywa. - Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie chcesz być widziana?
- Myślę, że byłoby łatwiej, gdybym była niewidzialna.
- Dlaczego?
Wzruszam ramionami. Chciałabym mu odpowiedzieć, ale odpowiedź jest jednocześnie za długa i za krótka.
Powoli kiwa głową.
- Ja się cieszę, że nie jesteś niewidzialna, Ally. Bez ciebie ta klasa byłaby zupełnie inna.
Nie wierzę mu, ale miło, że to powiedział.
Spoglądając na niego, uświadamiam sobie, że przez te wszystkie lata nie patrzyłam nauczycielom w twarz. Gapiłam się na ich brzuchy, kiedy siedziałam w ławce, a oni mówili mi, co jest ze mną nie tak.
Ale teraz, oprócz innych wielkich marzeń, które w sobie noszę, mam jeszcze jedno. Chcę zrobić wrażenie na panu Danielsie. Z całej duszy pragnę, żeby mnie polubił.
Kiedy wchodzimy do sali, pan Daniels ma dla nas ogłoszenie.
- Uwaga, Fantásticos! Mamy nowe fantastyczne krzesła. Niech każdy znajdzie swoje i usiądzie.
Jessica siedzi obok Suki i patrzy na Shay, jakby ich rozdzielenie było wielką niesprawiedliwością.
Okazuje się, że siedzę w pierwszym rzędzie obok Keishy - dziewczyny, która umie jednocześnie piec i pisać, podczas gdy ja nie umiem żadnej z tych rzeczy.
Przez cały ranek nie rozmawiamy, a ja nie mogę przestać się martwić, że ona mnie nie lubi. Kiedy w końcu na mnie patrzy, wyrzucam z siebie:
- Mogłabym zostać twoją koleżanką.
Keisha wydaje się zirytowana.
- Nie musisz mi wyświadczać żadnych przysług.
- Nie. - Próbuję cofnąć to, czego wcale nie chciałam powiedzieć. - Ja tylko chciałam...
I przerywam, bo nie wiem, czego chciałam, jestem zdenerwowana i zawstydzona, a to nigdy nie jest dobre, kiedy próbuję coś z siebie wydusić. Każde słowo jest kolejną łopatą ziemi z dziury, którą sobie wykopałam. Dlatego dochodzę do wniosku, że lepiej się nie odzywać.
Ale cisza robi się zbyt długa i zbyt głośna, więc próbuję wymyślić coś innego do powiedzenia. Zawsze wiedziałam, co powiedzieć dziadkowi, a on wiedział, co powiedzieć mnie. Żałuję, że nie ma go tutaj, by szeptał mi do ucha. I wtedy myślę o kłótni Alicji z Humptym Dumptym na temat właściwego użycia słów. Odwracam się do Keishy i wyrzucam z siebie:
- Lubisz jajka?
- Jajka? - powtarza.
O nie. Myśli, że jestem wariatką, ale ja nie przestaję mówić, bo czasem mój język porusza się bez mojej zgody.
- Tak. Ja uwielbiam jajka. Jajecznicę. Sadzone na toście i gotowane. Bardzo lubię zdejmować skorupkę z ugotowanego jajka, a ty nie? Lubię też sałatkę jajeczną, której mój brat nie zje, nawet gdyby ktoś go do tego zmuszał...
Keisha unosi brwi, które wyglądają jak rozzłoszczone gąsienice.
- To niewiarygodnie interesujące.
I zaczyna szukać czegoś w szufladzie ławki. Znam ten gest. Uprzejmy sposób, by mnie zignorować. Ludzie często to robią.
W końcu spuszczam głowę. Dziadek powtarzał, że Alicja w Krainie Czarów wpadająca do króliczej nory przypomina prawdziwe życie. Kiedyś nie rozumiałam, co miał na myśli, ale teraz już wiem.
Na całym świecie nie może być miejsca bardziej przerażającego od szkolnej stołówki. Tak mocno ściskam tacę, że aż bolą mnie palce.
Ktoś woła:
- Hej, Ally!
Shay. Stoi z Jessicą i kilkoma innymi.
- Tak?
- Chcesz z nami usiąść i zjeść lunch?
Oczywiście, że nie chcę z nimi usiąść. Ale mam już dość siedzenia samotnie. I tego, że wszyscy widzą, jak siedzę sama.
Poza tym Shay, Jessica i inne dziewczyny mają te plecione bransoletki przyjaźni. A ja nigdy nie miałam koleżanek, które noszą takie same bransoletki, chociaż zawsze tego chciałam. Taka bransoletka jakby mówiła światu, że nosząca ją osoba ma kogoś, kto się nią przejmuje. Nie jak rodzina, która musi się przejmować, ale po prostu ktoś, kto cię bardzo lubi.
Chciałabym czuć się częścią czegoś. Właściwie czegokolwiek.
Shay jest wyraźnie ucieszona, że się zgodziłam.
Zanim usiadłam, spojrzałam na krzesło, żeby się upewnić, że nie usiądę na kałuży kleju. Shay wskazuje mi miejsce obok siebie. Ona i Jessica uśmiechają się tym uśmiechem, który z pozoru wydaje się miły, ale instynkt mi podpowiada, że trzeba uważać. Przy stoliku jest jeszcze kilka dziewczyn. Jest też Max z kolegą.
Jessica wskazuje Alberta i zaczynają się śmiać. Spoglądam w tamtą stronę, ale nie widzę niczego śmiesznego.
- Widzicie? - pyta Shay. - Ale to żałosne. Ej, Albert! - woła - Czy to ma być najnowszy krzyk mody?
Wciąż nie rozumiem. Ma na sobie swoją zwykłą koszulkę z napisem "Flint" i dżinsy. Co je tak poruszyło?
Shay trąca mnie w bok ręki i wskazuje w dół na jego stopy.
Jego sportowe buty nie mają pięt.
Shay woła go, a on podchodzi. Nie wiem, dlaczego wszyscy robią to, co ona im powie. Nawet ja. W każdym razie dzisiaj.
- Co się stało? - pyta go Shay. - Nie masz pieniędzy na buty?
- Wręcz przeciwnie - zaczyna mówić Albert. - Ale jeśli mam wybierać między kupieniem nowych butów, z których wyrosnę w ciągu trzech miesięcy, a nowego zestawu chemicznego, którego będę używał przez długi czas, wybór wydaje się oczywisty. Są w dobrym stanie, tylko trochę za krótkie.
- Słyszeliście to? - pyta Shay. - Obciął tył butów. Są teraz jak kapcie.
- Niedługo zacznie chodzić w szlafroku - dodaje Jessica.
Shay odwraca się do niej.
- Myślę, że szlafroki byłyby super. Powinniśmy je jutro włożyć.
- Tak, to by było super! - wykrzykuje Jessica.
Shay się śmieje, a ja wątpię, czy Jessica wie, że Shay nie śmieje się ze szlafroków. Myślę, że Shay powiedziała coś głupiego, żeby sprawdzić, czy Jessica jej przytaknie. Czasem wydaje mi się, że Jessica wyskoczyłaby za Shay z samolotu bez spadochronu.
Wtedy Shay odwraca się do mnie.
- A ty, Ally, co sądzisz o przyjściu jutro do szkoły w szlafroku?
Chciałabym powiedzieć, że to głupota, ale mówię:
- Nie w moim stylu.
- Naprawdę? A co sądzisz o Albercie i jego kapciach?
Czuję się, jakbym była w jednym z tych starych kryminałów, które dziadek tak lubił. Ciasne pomieszczenie, lampa świeci mi w oczy, a ktoś zadaje mi pytania, na które nie chcę odpowiadać.
Zastanawiam się, czy nie stanąć w jego obronie, ale to nie wydaje się właściwą odpowiedzią dla Shay.
- Wyglądają trochę głupio. Ale z niego dziwak, co?
Uszczęśliwiłam Shay.
Czuję się paskudnie.
I wiem, że poczuję się jeszcze bardziej paskudnie, kiedy na twarzy Alberta pojawi się cień. Kiedy zrobi smutną minę.
Ale tak się nie dzieje. Albert stoi, je chrupki Doritos i patrzy na nas jak na myszy laboratoryjne.
- Wydaje mi się dziwne, że przejmujecie się tym, co mam na nogach, choć troje z was nosi czerwone koszulki. To nie jest mądry kolor. Czerwony to kolor świateł i znaków stopu, ciężkich ran, świateł ostrzegawczych i poważnych oparzeń słonecznych. Symbolizuje alarm i wysoką gorączkę. W księgowości na czerwono zapisuje się stratę. Czerwony oznacza niebezpieczeństwo.
Myślę o wszystkich czerwonych poprawkach na moich pracach, które oddają mi nauczyciele. Jak bardzo nie znoszę ich dostawać.
Jessica śmieje się najgłośniej.
- Co za dziwadło!
- Ponadto - ciągnie Albert - w serialu Star Trek na statku kosmicznym Enterprise każdy członek załogi, który nosi czerwoną bluzę, nie pojawia się już w kolejnym odcinku. Szczerze mówiąc, sądzę, że czerwone koszulki to kiepski wybór.
Wszyscy wybuchają głośnym śmiechem.
- Albercie! - wykrzykuje Max. - To tylko serial telewizyjny, stary. I nie za dobry.
Ręka Alberta zatrzymuje się w połowie drogi do ust.
- Niezbyt dobry?
- Albercie. - Shay pochyla się do przodu. - Proszę cię bardzo, ignoruj to, jak wyglądasz. Ale wszyscy pozostali cierpią. To my musimy na ciebie patrzeć.
- Tak naprawdę nie chodzi o to, że nie traktuję swojego wyglądu poważnie. Ja was nie traktuję poważnie.
Po tych słowach Albert się odwraca i odchodzi, zanim Shay zdąży powiedzieć coś jeszcze. A ja żałuję, że nie przypominam bardziej Alberta. Kiedy patrzę, jak oddala się w tych butach, chcę być lepsza. Nie jestem doskonała, ale przynajmniej nie jestem wredna.
I nagle robi mi się smutno, bo uświadamiam sobie, że przed chwilą byłam.
Pewnie zrobiłam to, bo byłam samotna. Teraz wiem, że w życiu są gorsze rzeczy niż samotność.
Mama otwiera drzwi i do mojego pokoju wlewa się światło z korytarza.
- Cześć, kochanie.
- Cześć.
- Przyszłam sprawdzić, co u ciebie. W czasie kolacji byłaś wyjątkowo cicha. Coś się dzieje?
- Wredne dzieciaki w szkole.
- Och, robaczku. Przykro mi, że musisz przez to przechodzić. Co się stało?
- No... te dzieciaki, które były wredne...
- Tak?
- Właściwie byłam jednym z nich.
- Och. - Mama wzdycha. - To mnie dziwi. Opowiedz mi, co się wydarzyło.
- Pamiętasz tamte dziewczyny, które przyszły do Petersena? Zaproponowały mi, żebym zjadła z nimi lunch. Usiadłam przy ich stoliku, ale później zaczęły wyśmiewać ubranie takiego jednego Alberta. - Patrzę jej w oczy. - A ja razem z nimi. I czuję się z tym źle.
Mama dotyka palcami mojego czoła.
- Już nie jesteś małą dziewczynką, Ally. Nadszedł czas, żebyś zdecydowała, jakim człowiekiem chcesz być. Oczywiście, ja wiem, jakim człowiekiem jesteś. I kocham cię za to. - Całuje mnie w czoło. - Popełniłaś błąd. Każdy to robi. Postaraj się go naprawić i tyle. Słowo "przepraszam" ma wielką moc.
- Tak. W porządku. Pogodzę się z Albertem.
- Brawo - mówi mama, jeszcze raz całuje mnie w czoło i wychodzi.
Następnego ranka w szkole zastanawiam się, jak mogę się pogodzić z Albertem. Rysuję w szkicowniku ślub gołębi. Nie wiem, że Keisha stoi mi za plecami.
- Ty to narysowałaś?
Przesuwam rękę, by zasłonić rysunek.
- Dlaczego chcesz to zasłaniać? Gdybym umiała tak rysować, reklamowałabym się w telewizji.
- Dzięki - mamroczę.
Nie wiem, dlaczego czuję się zawstydzona, ale tak właśnie jest.
Keisha siada na swoim miejscu, a ja patrzę na jej fryzurę składającą się z cienkich warkoczyków i myślę, że ich zaplecenie musiało trwać ze trzy dni - są takie piękne. Uwielbiam je. Nie jak moje nudne włosy, które po prostu zwisają. Wyciągam rękę, żeby dotknąć jej włosów. Nagle odwraca się w moją stronę.
- Co robisz?
- Ja... no... przepraszam. Widziałam komara.
Czasami sama nie wierzę w to, co robię. Jakby moja ręka miała własny mózg.
- Aha - mówi Keisha.
Wtedy właśnie do sali wchodzi Albert. Wydaje się zmartwiony. Chcę móc powiedzieć mamie, że się z nim pogodziłam, więc podchodzę do niego.
- Wszystko w porządku? - pytam, zastanawiając się, czy każe mi się przywiązać do rakiety i podpalić lont.
- Mam problem.
- Przepraszam za to, co się wydarzyło w stołówce - wyrzucam z siebie.
Unosi brwi.
- Tym się nie przejmuję. Nie musisz przepraszać.
- Nie przejmujesz się, że cały stolik cię wyśmiewał? Chyba żartujesz.
- Dlaczego miałbym żartować?
Czy to możliwe, że naprawdę go nie rusza, co myślą o nim ludzie?
Patrzymy na siebie. Jeśli to go wcale nie dotknęło, a ten nowy problem go obchodzi, to musi być naprawdę poważny. Może się wiąże z tymi sińcami.
- Mogę ci pomóc? - pytam.
- Nie obraź się, ale wątpię.
- W porządku - mruczę.
- To tylko problem, który utknął mi w głowie. Czuję, że nie uda mi się rozluźnić, dopóki nie poznam odpowiedzi.
- Chcesz o tym porozmawiać? Wiem, że czasami, kiedy ja mam problem, omawiam go z bratem albo mamą. Nawet jeśli nie znajduję odpowiedzi, i tak czuję się lepiej.
- No...
Czekam.
- Zastanawiałem się... czy jeśli owad lata wewnątrz jadącego wagonu, to porusza się szybciej niż sam pociąg? A jeśli owad leci w przeciwnym kierunku niż pociąg, czy porusza się wolniej niż pociąg? Rzecz jasna, jeśli mucha siedzi na ścianie, porusza się z tą samą prędkością. Dopóki nie zacznie iść. Ale ruch wewnątrz ruchu jest dla mnie zagadką.
Och.
Albert odwraca się do mnie. Jest przejęty.
- Widzisz, na czym polega problem. - Nie pyta. Stwierdza.
Wątpi, żebym potrafiła mu pomóc. Kto wie, czy udałoby mi się zrozumieć naukową część tego, o czym on opowiada. Ale umysł pokazuje mi tego owada w tym wagonie.
To ważka z jaskrawymi, zielononiebieskimi skrzydłami i malutkimi goglami na oczach.
Wagon jest stary, ma ściany z ciemnego drewna i ciemnozielone zasłony. Jak w westernach dziadka. A ludzie noszą staromodne ubrania. Widzę ich, jakby byli teraz przy mnie. Niektórzy z mężczyzn śpią. Jeden odpędza ważkę gazetą, nawet nie zauważając jej gogli. W wagonie siedzą też damy w pięknych sukniach.
Widzę jeszcze dziewczynkę z matką, matka ciągle ją pyta, czy podoba się jej przejażdżka, a dziewczynka ciągle powtarza, że tak, starając się mówić radosnym głosem.
Nie wiem wszystkiego o tej dziewczynce, ale wiem, że ma dużo więcej zmartwień niż owad w pociągu. Nie pasuje. Jest cała wystrojona i musi udawać, że jest kimś, kim nie jest. Chciałaby się wygłupiać. Pomagać stawiać płoty. Chciałaby jeździć konno, tak jak należy - nie bokiem na siodle, jak upiera się jej matka.
Kiedy wracam myślami z filmu w głowie, orientuję się, że Albert już odszedł. Ale nie przeszkadza mi to. Nie mogę przestać myśleć o dziewczynce w pociągu i tym, jak się czuje - że chciałaby zrobić tak wiele, ale jej nie wolno, a to sprawia, że czuje się ciężko i źle. Jakby przez cały czas targała ze sobą kawał betonu. Chciałabym pomóc jej się od niego uwolnić.
To wieczór świątecznego koncertu, kiedy śpiewamy o Świętym Mikołaju, drejdlach1 i Kwanzaa2. Najlepsza w tym wszystkim jest nowa sukienka.
Stoję przed lustrem i patrzę na swoją sukienkę i nowe buty, pierwsze na obcasiku. Myślę o dniu, kiedy poszłam z mamą na zakupy. Wybrałyśmy się nawet na lunch do A.C. Petersena. Podobało mi się, że została ze mną przy stoliku, a nie chodziła obsługiwać innych ludzi.
Lubię śpiewać, ale nie lubię nauczycielki muzyki, pani Muldoon. Max nazywa ją Bomba Muldoon, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Oliver też ją tak nazywa, a do tego odgrywa całą scenę; wyskakuje w powietrze z okrzykiem: "Muldooooooooon!", ląduje na podłodze i robi przewrót. Ale to jeszcze nie koniec. Z przewrotu natychmiast podrywa się na równe nogi. Jak kot w kreskówce.
Shay wyśmiewa się z Alberta, bo ubranie źle na nim leży.
- Co to za spodnie, Albercie? Kupiłeś je w trzeciej klasie?
Keisha odwraca się gwałtownie.
- Dlaczego ty zawsze próbujesz dołować ludzi? - pyta.
- Bo niektórzy na to zasługują.
- Zasługują na dołowanie? Serio?
Albert obciąga krawat, jedyny element ubrania, który na niego pasuje. Nawet jego buty sportowe są bez pięt.
- Wiecie - mówi - logicznie rzecz biorąc, jeśli ktoś chce zdołować drugą osobę, to znaczy, że sam znajduje się niżej.
Keisha śmieje się tak głośno, że pani Muldoon posyła jej spojrzenie. Keisha zasłania usta i próbuje zdusić dźwięk.
- To doskonałe, Albercie. Stary, jesteś naprawdę bystrym gościem. - Keisha odwraca się do Shay. - A ty z kolei upadłaś tak nisko, że mogłabyś wejść wyprostowana pod stół.
Shay mruży oczy, ale wtedy podchodzi pani Muldoon i każe nam się ustawić.
Podczas wiosennego koncertu, który się odbył, zanim zaczęłam gwałtownie rosnąć, musiałam stać w pierwszym rzędzie. Podobało mi się, kiedy Travis nazwał mnie dziesiątakiem wśród centów. Ale w tym roku mogę stanąć z tyłu z wyższymi dzieciakami, zaraz obok Keishy. Patrzę na nią. Podoba mi się, że wystąpiła w obronie Alberta. Ma odwagę, której mnie brakowało w stołówce. Chciałabym być dzielniejsza.
Wszyscy stoimy w oczekiwaniu na wejście do auli.
- Pani Muldoon, ma pani piękną sukienkę! - komplementuje Shay.
Nauczycielka rozjaśnia się jak żarówka.
- Dziękuję, Shay. Twoi rodzice wychowali bardzo miłą młodą damę.
- Och, bardzo pani dziękuję, pani Muldoon.
Shay się uśmiecha, ale kiedy odwraca się do Jessiki, przewraca oczami. I nadal patrzy ze złością na Keishę.
Staram się nie skupiać na tym, jak bardzo mnie denerwuje, więc myślę o tym, że każda dziewczyna będzie niosła bukiet kwiatów. Tyle dobrego. Niestety, kwiaty zostały podarowane przez ojca Jessiki, kwiaciarza. Miło z jego strony, ale Jessica nie przestaje się tym chwalić.
Pani Muldoon idzie wzdłuż szeregu, rozdając najpiękniejsze bukiety, jakie widziałam w życiu. Jak te, które noszą panny młode. Łodygi owinięte ciemnoczerwonymi wstążkami. Wstążki wiszą też u dołu. Podaje mi mój bukiet, a ja uśmiecham się na myśl o tym, jak szczęśliwa będzie mama na mój widok.
Keisha się pochyla, żeby powąchać kwiaty, i przeciąga po nich palcami. I wtedy jeden z białych pąków odłamuje się i odbija od jej błyszczącego czarnego buta.
Pani Muldoon od razu do niej podchodzi.
- Co ty wyprawiasz?
- Ja tylko...
Pani Muldoon wyrywa Keishy kwiaty.
Keisha podnosi wzrok.
- Nie. Proszę, nie. Nie chciałam...
- Te kwiaty to prezent, a jeśli tak zamierzasz traktować prezent, Keisho Almond... z całkowitym brakiem szacunku i wdzięczności... to będziesz jedyną dziewczynką bez kwiatów.
- Ale proszę pani, ja naprawdę...
Pani Muldoon unosi rękę, jakby zatrzymywała ruch.
- Nie chcę tego słuchać. Nie będziesz miała kwiatów, a w przyszłości może będziesz pamiętać, jak się zachowuje dama.
- Widzisz? - szepcze Shay do Jessiki. - Ludzie dostają to, na co zasłużyli.
Stoję za Keishą i żałuję, że nie widzę jej twarzy. Czekam, aż coś odpowie. Ale Keisha nic nie mówi. Choć nie widzę, żeby płakała, słyszę, jak pociąga nosem i dotyka policzka palcami.
A w głowie widzę film, na którym jestem jedyną dziewczynką bez kwiatów wchodzącą do auli pełnej rodziców. I widzę wyraz twarzy mojej mamy. Jakby była jedynym smutnym rodzicem w morzu uśmiechniętych. I wiem, jak bym się z tym czuła, że jestem gorsza od wszystkich innych.
Nikt nie powinien się tak czuć.
Moje palce wbijają się w środek bukietu, żeby rozdzielić grube łodygi. Muszę się namęczyć, żeby wyciągnąć połowę kwiatów ze wstążki. Łodygi pękają, a liście i płatki wirują w powietrzu. Spadają dookoła moich nowych butów.
Pani Muldoon odwróciła się i gapi się na mnie. Usta ma tak szeroko otwarte, że ptak mógłby uwić w nich gniazdo.
Patrząc jej w oczy, oddaję połowę kwiatów Keishy.
- W takim razie może dostać część moich.
Ostatecznie żadna z nas nie miała kwiatów, kiedy wchodziłyśmy do auli.
Ale uśmiechałyśmy się szerzej niż pozostali.
Czworoboczne drewniane bączki służące do tradycyjnej gry w czasie żydowskiego święta Chanuka (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Tygodniowe święto upamiętniające afrykańskie dziedzictwo w kulturze amerykańskiej. [wróć]
- Dobrze, moi Fantásticos! Jak wiecie, dziś jest fantastyczny piątek i dzień zakończymy wyzwaniem. Podzielę was na grupy. Każda grupa dostanie pudełko po butach owinięte gumkami... których nie wolno wam zdjąć... z tajemniczym przedmiotem w środku. Waszym zadaniem jest zgadnąć, czym jest tajemniczy przedmiot. Możecie robić z pudełkiem, co tylko zechcecie, pod warunkiem że go nie otworzycie. Są cztery ponumerowane pudełka, które będą krążyć między grupami. Na każde z nich macie dziesięć minut, więc koniecznie zapiszcie swoje przypuszczenia. Na końcu otworzymy je i zobaczymy, czym jest każdy przedmiot. - Pan Daniels głośno klaszcze w dłonie. - Jakieś pytania?
Wszyscy wydają się podekscytowani. Większość rozgląda się po sali, pewnie z nadzieją, że trafią do grupy Alberta. On zna odpowiedź na wszystko.
Ale ja kończę w grupie z Maxem, Suki, Oliverem i Jessicą. Przez chwilę się zastanawiam nad pójściem do pielęgniarki. Szczególnie kiedy muszę patrzeć na wszystkie bransoletki przyjaźni na ręce Jessiki. Zastanawiam się, czy każda z nich jest od innej przyjaciółki. Spoglądam na swój goły nadgarstek.
Pudełko numer jeden ląduje na naszym stoliku. Oliver chwyta je i potrząsa mocno. Jessica zakłada ręce na piersi i przewraca oczami - to jej reakcja na wszystko, co robi lub mówi ktokolwiek, z wyjątkiem Shay. Zerkam na drugą stronę sali. Shay jest w grupie z Albertem. Trzyma pudełko i mówi. Co za niespodzianka.
- Teraz moja kolej - stwierdza Max, odbierając Oliverowi pudełko.
Jestem zaskoczona, kiedy Suki odzywa się pierwsza.
- Oliverze Kitty, każdy musi mieć swoją kolej i trzeba to zaplanować. Dziesięć minut i nas pięcioro. Dwie minuty na każdego.
Znów myślę o pielęgniarce. Mogłabym się położyć na tym wygodnym łóżku i pomyśleć. Wpadłam raz na kilka bardzo dobrych pomysłów, kiedy udawałam w jej gabinecie, że jestem chora.
Max potrząsa pudełkiem. Podrzuca je w powietrze i łapie.
- Cokolwiek jest w środku, jest ciężkie.
- Może to kangur - zastanawia się Oliver.
Jessica patrzy na niego z obrzydzeniem.
Oliver się kuli.
- Żartowałem - mamrocze.
To sprawia, że czuję złość.
Max podaje pudełko Jessice, która potrząsa nim lekko i stwierdza:
- Myślę, że to drewniany klocek. Może taki z alfabetem.
- Kiedy znowu będzie moja kolej? - pyta Oliver.
Suki robi notatki albo coś w tym rodzaju. Patrząc na zegar, mówi:
- Oliverze, zostało ci tylko dwadzieścia pięć sekund.
Oliver odbiera pudełko, wącha je i próbuje coś usłyszeć, przyciskając ucho do pokrywki.
- Podoba mi się, Oliverze. Kreatywne podejście do problemu! - woła pan Daniels z drugiej strony sali.
Kiedy czekam na swoją kolej, zastanawiam się, dlaczego Oliver zawsze pachnie razowymi krakersami. W końcu dostaję pudełko, unoszę je do ucha i przechylam. Cokolwiek jest w środku, raczej się przetacza, niż przesuwa.
- Musi być okrągłe. I Max ma rację, że jest ciężkie.
Znów je przechylam, trzymając dłoń na jednej ściance.
- Myślę, że to piłka do bejsbola.
Podaję pudełko Jessice.
Wykonuje tę samą próbę i zaskakuje mnie słowami:
- Zgadzam się. To chyba piłka do bejsbola.
- Zaczekajcie. - Odbieram pudełko. Przechylam je szybko, przedmiot mocno uderza w bok, a później jeszcze raz, lekko. - Odbija się. Czy piłka do bejsbola by się odbijała? - pytam, odwracając się do Maxa.
- Nie, wątpię. Może to guma. Jak piłka do lacrosse.
Suki sprawdza pudełko i zapisuje naszą odpowiedź.
Później dostajemy drugie pudełko. Drugi przedmiot raczej się przesuwa, niż przetacza. Wiem o tym, bo się nie rusza, kiedy przechylam pudełko tylko odrobinę, ale jeśli przechylę je bardziej, od razu zmienia położenie. I czuję, jak drapie po dnie. To dziwne, ale prawie go widzę. Jest cięższy niż klocek z literami, ale myślę, że ma wszystkie boki płaskie.
Oliver mówi, że to super, że jestem w tym taka dobra. Zapominam mu podziękować, tak mnie to zaskakuje. Ale też zapominam, że powinnam być nerwowa, rozmawiam ze wszystkimi i czuję się... jakbym radziła sobie z tym równie dobrze jak wszyscy pozostali, a to cudowne uczucie. Najwspanialsze w życiu.
Suki podaje mi pudełko.
- Teraz ty pierwsza.
Trzecie pudełko jest trudniejsze, ale się domyślam, że przedmiot ma kształt pisaka do tablicy, tylko jest większy i cięższy, bo w jedną stronę się przesuwa, a w drugą przetacza.
Spoglądam na Alberta, który znów słucha Shay. Keisha mówi w swojej grupie, a wszyscy się śmieją. Żałuję, że ich nie słyszę.
Kiedy pan Daniels przynosi nam czwarte pudełko, zostaje.
Max próbuje się domyślić, co jest w środku, a Jessica cały czas chwali go za wszystko z wyjątkiem oddychania. Max mówi, że jego zdaniem to coś lekkiego, bo nie uderza mocno w boki.
Oliver, kiedy nadchodzi jego kolej, patrzy na pana Danielsa.
- Jak myślisz, Oliverze, co jest w środku?
Widzę, że Oliver chce mieć rację. Przechyla pudełko i potrząsa nim, aż w końcu uznaje, że to ćwierćdolarówka. Pan Daniels kiwa głową i klepie go po plecach.
- Świetny pomysł, Oliverze. Dobra robota.
- Mam rację? - pyta Oliver.
Pan Daniels wzrusza ramionami.
- Będziesz musiał zaczekać i zobaczyć.
- Może mi pan powiedzieć od razu?
- Przepraszam, stary.
Oliver wydaje się rozczarowany. Spogląda na mnie i podaje mi pudełko ze słowami:
- Masz, Ally. Jesteś w tym najlepsza.
Jessica wygląda tak, że gdyby wypuściła z siebie całe napięcie, uniosłaby się w powietrze jak rakieta lecąca na Księżyc.
- Ally? - zwraca się do mnie pan Daniels.
- Yyy? Przepraszam. Czasem, kiedy myślę, zapominam o mówieniu.
Pan Daniels śmieje się cicho.
Trzymam pudełko przed sobą, długi bok niemal dotyka mojego brzucha. Przechylam je do przodu i do tyłu, a później na boki. To nie ma sensu.
- Co myślisz, Ally? - pyta pan Daniels.
- Jeśli przechylam pudełko do przodu i do tyłu, przedmiot uderza w jego dłuższe ścianki. Ale jeśli przechylam je z boku na bok, wcale nie uderza w krótsze ścianki.
Oczyma duszy widzę, że przedmiot musi mieć wielkość i kształt magicznej różdżki. Bo przesuwa się, kiedy przechylam pudełko w jedną stronę, ale kiedy przechylam je w drugą, nie rusza się.
- Co? - pyta Oliver.
- To nie ma sensu.
Patrzę na pudełko i mocno potrząsam nim z boku na bok. Nie mogę zmusić przedmiotu, żeby uderzył w boczne ścianki. Im bardziej potrząsam z boku na bok, tym bardziej uderza w wieko i dno pudełka. Dezorientujące.
Spoglądam na pana Danielsa, jego uśmieszek i ściągnięte brwi.
- Zaraz, zaraz. - Uśmiecham się. - Oszukałby pan nas?
- Co masz na myśli?
Znów potrząsam pudełkiem. Przechylam je.
- Przedmiot uderza w niektóre boki, ale nie we wszystkie. Przymocował go pan taśmą albo przywiązał?
Pan Daniels otwiera szerzej oczy i się uśmiecha. A później się śmieje. Śmieje się na całe gardło, pochyla się i opiera dłonie na kolanach, przechyla głowę i patrzy na mnie. Cała klasa go obserwuje.
- A niech mnie, Ally Nickerson! To niesamowite! Robiłem to zadanie z ponad setką dzieciaków i do tej pory nigdy nikomu nie udało się tego odgadnąć.
Bierze pudełko. Zdejmuje gumki, otwiera je i pokazuje nam, co jest w środku. Dwa kleje w sztyfcie związane sznurkiem, a końce sznurka przyklejone taśmą do ścianek pudełka, tak że kleje wiszą na środku.
Podchodzi do mnie i robi coś, czego nie zrobił żaden nauczyciel w moim życiu. Przybija mi piątkę.
Pan Daniels kazał nam napisać w domu wypracowanie na temat tego, jakie uczucia wzbudziło w nas opowiadanie, które nam dziś przeczytał. Mówi, że nie ma dobrych ani złych odpowiedzi. Chce jedynie poznać nasze myśli.
Część mojego mózgu wie, że to nie powinno być trudne. W dwie minuty bym mu opowiedziała, co czuję. Ale zanim to zapiszę, będę obchodzić kolejne urodziny. A kiedy to zrobię, on i tak pewnie nic nie zrozumie.
Travis wchodzi tylnymi drzwiami, rzuca torbę na ziemię i zdejmuje buty ze stalowymi okuciami na palcach.
- Cześć, dzieciaku.
Kuchnię wypełnia zapach warsztatu. Ale mnie się podoba.
- Cześć.
Próbuję zmusić myśli krążące w głowie do wylądowania na papierze. Nie wiem, dlaczego rzeczy z mojej głowy gubią się w drodze do ręki.
Travis wyciąga z lodówki karton soku pomarańczowego i pije z niego.
- Ej, Travis! To obrzydliwe - mówię, a on się śmieje. - Nikt inny już się z niego nie napije.
- I dobrze. - Travis się uśmiecha. - Mój plan się powiódł.
Odchodzi, zabierając ze sobą cały karton.
- Travis?
Zatrzymuje się w korytarzu, pociąga kolejny łyk.
- Tak?
Wiem, jaka będzie jego odpowiedź, ale i tak pytam. Jestem zdesperowana.
- Pomożesz mi?
- Z tymi książkowymi rzeczami? - Pokazuje kartonem.
- Tak. Muszę coś napisać...
- Prr, Ally. Mogę ci założyć nowe świece. Wymienić olej. Nawet naprawić gaźnik. Ale pisanie? Nie ma mowy. Przy tym mój mózg przypomina zębatki bez smaru. Ocierają się o siebie. Poważnie. To nie jest przyjemne.
- Proszę. Musisz być w tym lepszy ode mnie.
Travis oddycha głęboko.
- Nie możesz zaczekać, aż mama wróci do domu?
- Zostawiła wiadomość, że dzisiaj zamyka, a ja nie mogę jej tak późno powiedzieć, że potrzebuję pomocy. Wścieknie się.
- Posłuchaj. Wiesz, że bardzo chętnie bym ci pomógł, ale jeśli chodzi o szkołę... To jak poproszenie ślepego, żeby usiadł za kierownicą autobusu. Poza tym - znów pociąga łyk - wolałbym raczej zjeść worek włosów.
Próbuje mnie rozśmieszyć i obraz w mojej głowie rzeczywiście jest śmieszny. I trochę obrzydliwy. Ale nie mogę się roześmiać. Nie mogę. Jestem zbyt zdesperowana.
Muszę mieć smutną minę, bo on odzywa się łagodnie.
- Mówię poważnie, Al. Pomógłbym ci, ale nie jestem w tym lepszy od ciebie. Naprawdę.
Następnego ranka zastanawiam się, czy powinnam oddać pracę, bo pan Daniels pewnie uzna, że skleciłam ją w dwie minuty. Tak naprawdę kosztowała mnie całą noc i ból głowy tak okropny, że przypomniał mi Królową z Alicji w Krainie Czarów, która ciągle wrzeszczała: "Uciąć jej głowę!". Bo pomyślałam, że to by mi ulżyło.
Martwię się, co pan Daniels powie o mojej pracy. Na razie stoi na korytarzu z innym dzieciakiem.
- Dzień dobry - wita się Keisha. - Mam coś dla ciebie.
I wyciąga babeczkę.
- Babeczka! - woła Max.
- Nie wybałuszaj tak oczu, Max. To nie dla ciebie.
- Ja chcieć babeczka! - Oliver macha rękami. - Ja kochać babeczka!
- Ale z ciebie dziwadło. - Shay kręci głową. - Tak mówi Ciasteczkowy Potwór.
Oliver robi się bardzo poważny. Poruszają się jedynie jego usta.
- Jeśli ja tak mówię, to ja tak mówię. A poza tym naprawdę sądzisz, że Ciasteczkowy Potwór nie zjadłby tego ciastka? To przecież nie brokuły, odpady atomowe ani nic takiego. Mogłabyś mu powiedzieć, że to duże, wysokie ciasteczko z lukrem. Połknąłby je jak odkurzacz. Mogę się o to założyć. Założysz się ze mną? Co?
Jessica chce coś powiedzieć, ale Shay ucisza ją spojrzeniem.
- Nie. Nie założę się z tobą. Nie zakładam się. Nigdy. A już szczególnie z tobą.
Shay obraca się na pięcie i odchodzi. Jessica rusza szybko za nią.
Wystarczają trzy czwarte sekundy, by Oliver zajął się czymś innym.
- Czekajcie! To mi coś przypomniało. W czasie klasowej zabawy na Halloween schowałem gdzieś pod pulpitem ciastko.
- Zabawy na Halloween? - pyta Keisha. - To było dawno.
- Tak!
Oliver zaczyna szukać, wyrzuca różne rzeczy na podłogę. Jeśli ciastko tam jest, pewnie ma twardość betonu.
Keisha odwraca się do mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mam to jak w banku. Jak ziemię pod stopami.
- I co, Ally? Napiszesz czy nie? - pyta pani Hall.
Gdyby nauczyciele byli wredni, byłoby mi łatwiej.
- Dalej. Wiem, że potrafisz to zrobić.
- A gdybym pani powiedziała, że wejdę na drzewo, używając tylko zębów? Czy wtedy powiedziałaby mi pani, że potrafię?
Oliver się śmieje i rzuca na ławkę, jakby łapał piłkę w bramce.
Shay jęczy.
- Ally, nie możesz choć raz zachować się normalnie?
Siedzący obok Albert - krępy dzieciak, który codziennie wkłada to samo: ciemną koszulkę z napisem "Flint" - prostuje się. Jakby się spodziewał wybuchu petardy.
Pani Hall wzdycha.
- Daj spokój. Proszę tylko, żebyś na jednej stronie opisała siebie.
Nie umiem sobie wyobrazić gorszego tematu niż opisanie siebie. Wolałabym opisać coś przyjemniejszego. Na przykład jak zwymiotowałam na własnych urodzinach.
- To ważne. Chodzi o to, żeby nowy nauczyciel cię poznał.
Właśnie dlatego nie chcę tego robić. Nauczyciele są jak te automaty, które przyjmują drobniaki w zamian za piłeczki. Wiecie, co dostaniecie. A jednocześnie nie wiecie.
- I jeszcze całe to twoje bazgrolenie, Ally. Gdybyś nie rysowała przez cały czas, zdążyłabyś przygotować pracę. Proszę, odłóż to.
Zawstydzona wsuwam rysunki pod pustą kartkę z zadaniem. Na rysunkach ktoś wystrzeliwuje mnie z armaty. To by było łatwiejsze niż szkoła. I mniej bolesne.
- Dalej. - Pani Hall podaje mi kartkę w linie. - Pokaż, co umiesz.
Siedem szkół w ciągu siedmiu lat, i każda taka sama. Kiedy pokazuję, co umiem, mówią mi, że się nie postarałam. Zbyt niewyraźnie. Niestaranne pismo. Irytują się, że to samo słowo na jednej stronie napisałam na kilka różnych sposobów. I bóle głowy. Zawsze dostaję bólu głowy, kiedy za długo wpatruję się w migotanie czarnych liter na białej kartce.
Pani Hall chrząka.
Reszta klasy znów ma mnie dosyć. Szuranie krzeseł. Głośne westchnienia. Może myślą, że nie słyszę ich słów. "Dziwadło". "Idiotka". "Ofiara losu".
Żałuję, że nie przyczepiła się do Alberta, chodzącej wyszukiwarki, który miałby lepsze stopnie ode mnie, gdyby tylko smarkał w chusteczkę.
Robi mi się gorąco na karku.
Nie rozumiem. Zawsze dawała mi spokój. Pewnie dlatego, że te prace są dla nowego nauczyciela i nie może jednej brakować.
Wpatruję się w jej duży brzuch.
- I jak, zdecydowała pani, jak nazwać dziecko? - pytam.
Tydzień temu przez pół wiedzy o społeczeństwie rozmawialiśmy z nią o imionach dla dzieci.
- Dalej, Ally, przestań już zwlekać.
Nie odpowiadam.
- Mówię poważnie - dodaje, a ja wiem, że to prawda.
W głowie mam film, na którym ona bierze patyk i rysuje nim linię na ziemi między nami, a niebo jest bardzo niebieskie. Ma strój szeryfa, a ja czarno-biały więzienny pasiak. Mój umysł ciągle to robi - odgrywa filmy, które wydają się tak prawdziwe, że pociągają mnie za sobą. Pomagają mi uciec przed prawdziwym życiem.
Zaciskam zęby i próbuję się zmusić do zrobienia czegoś, na co tak naprawdę nie mam ochoty. Uciec tej nauczycielce, która mnie złapała i nie chce puścić.
Podnoszę ołówek, a jej ciało się rozluźnia; pewnie uznała, że się poddałam.
Ale ja wiem, że ona lubi czyste ławki i porządek, więc mocno zaciskam pięść na ołówku. I zaczynam mazać po całym blacie.
- Ally! - Robi szybki krok do przodu. - Dlaczego to robisz?
Okrągłe bazgroły są duże u góry, a małe u dołu. Wyglądają jak tornado, a ja się zastanawiam, czy chciałam narysować swoje wnętrze. Patrzę na nią.
- Było tu, kiedy przyszłam.
Zaczynają się śmiechy - ale choć ludzie się śmieją, wcale nie uważają mnie za zabawną.
- Widzę, że jesteś zdenerwowana, Ally - mówi pani Hall.
Nie ukrywam tego tak dobrze, jak powinnam.
- Ona jest taka dziwna - szepcze Shay na tyle głośno, by wszyscy usłyszeli.
Oliver stuka palcami w ławkę.
Zakładam ręce na piersi i patrzę na nią.
- Dosyć - oświadcza pani Hall. - Do gabinetu dyrektora. Już.
Chciałam tego, ale teraz zaczynam mieć wątpliwości.
- Ally.
- Hę?
Wszyscy znów się śmieją. Pani Hall podnosi rękę.
- Jeśli ktoś z was odezwie się jeszcze raz, nie wyjdzie na przerwę.
Cisza.
- Ally, powiedziałam, że masz iść do dyrektora.
Nie mogę znów się zobaczyć z naszą dyrektorką, panią Silver. Tak często jestem w gabinecie, że się zastanawiam, kiedy wywieszą transparent z napisem: "WITAMY ALLY NICKERSON!".
- Przepraszam. - Tym razem mówię szczerze. - Zrobię to. Obiecuję.
Pani Hall wzdycha.
- W porządku, Ally, ale jeśli przestaniesz pisać, wychodzisz.
Wskazuje mi stolik do czytania obok gazetki na temat Święta Dziękczynienia i znaczenia wdzięczności. Spryskuje moją ławkę środkiem czyszczącym. I patrzy przy tym tak, jakby to mnie chciała spryskać. Wyczyścić z głupoty.
Mrużę oczy z nadzieją, że głowa nie będzie mnie tak boleć od światła. A później próbuję trzymać ołówek tak, jak powinnam, a nie w dziwny sposób, którego chce moja ręka.
Jedną ręką piszę, a drugą osłaniam kartkę. Wiem, że nie wolno mi przestać, więc wypisuję słowo "czemu?", raz za razem, od góry do samego dołu kartki.
Po pierwsze dlatego, że umiem napisać je poprawnie, a po drugie, mam nadzieję, że ktoś w końcu mi odpowie.
Na pożegnanie pani Hall Jessica przyszła z tak wielkim bukietem kwiatów z kwiaciarni swojego ojca, że wyglądała, jakby wyrwała z ziemi cały krzak i owinęła go folią.
Nieważne. Nie obchodzi mnie to. Znalazłam w sklepie kolorową kartkę z żółtymi różami. A rysunek kwiatów nie zwiędnie w ciągu tygodnia. Czuję, że to mój sposób, by ją przeprosić za to, że ciągle sprawiam jej kłopoty.
Max daje swój prezent. Kiedy pani Hall go otwiera, Max siedzi odchylony do tyłu z rękami za głową. Dał jej pieluchy. Chyba spodziewał się innej reakcji, bo wydaje się rozczarowany, kiedy ona się cieszy.
Max lubi zainteresowanie. Lubi też zabawy. Prawie codziennie prosił panią Hall, żeby urządzić jakąś imprezę, i dziś w końcu się udało.
Kiedy pani Hall wysuwa moją kartkę z koperty, nie czyta jej na głos jak wszystkich pozostałych. Waha się, a ja wiem, że musi się jej bardzo podobać. I czuję się dumna, co nie zdarza mi się często.
Pani Silver nachyla się, by spojrzeć. Myślę, że może w końcu usłyszę komplement, ale ona unosi brwi i gestem wskazuje mi drzwi.
Shay wstała, żeby też spojrzeć.
- Świat robi się głupszy za każdym razem, kiedy Ally Nickerson się odzywa - drwi.
- Shaw, siadaj - rozkazuje pani Hall, ale jest za późno.
Nie można zmusić ludzi, żeby zapomnieli o czymś, co usłyszeli. Powinnam być przyzwyczajona, ale i tak za każdym razem czuję, jakbym traciła kawałek siebie.
Kiedy Shay i Jessica się śmieją, przypominam sobie, jak tydzień temu z okazji Halloween przebraliśmy się za swoich ulubionych bohaterów książkowych. Ja przyszłam jako Alicja z Krainy Czarów, z książki, którą dziadek czytał mi dziesiątki razy. Shay i jej cień, Jessica, cały dzień wołały na mnie "Alicja z Krainy Błędów".
Keisha podchodzi do Shay i mówi:
- Może choć raz byś się nie wtrącała w cudze sprawy?
Lubię Keishę. Ona się nie boi. A ja się boję tak wielu rzeczy.
Shay się odwraca, wygląda, jakby chciała strącić muchę.
- To nie twoja sprawa.
- Zgadza się. To nie jest moja sprawa, ale twoja też nie - odpowiada Keisha.
Shay sapie cicho.
- Nie mów do mnie więcej.
- Nie bądź wredna. - Keisha pochyla się do przodu.
Max zakłada ręce na piersi i prawie kładzie się na ławce.
- Tak. Będzie bójka.
- Nie będzie bójki - zaprzecza pani Hall.
Suki trzyma jeden z małych drewnianych klocków. Ma całą kolekcję, trzyma je w pudełku i wyjmuje, kiedy jest zdenerwowana. Teraz jest zdenerwowana.
Shay patrzy wściekle na Keishę. Keisha jest nowa i dziwi mnie, że się odezwała.
Wszyscy się wściekają, a ja nie wiem, jak do tego doszło.
Kiedy pani Hall każe im się uspokoić i zwraca Maxowi uwagę, że czekanie na bójkę to bardzo głupi pomysł, pani Silver jeszcze raz wskazuje mi drzwi. Co tu się wyprawia?
Wychodzimy na korytarz. Mina pani Silver wskazuje, że znów będę musiała za coś przeprosić albo wyjaśnić, dlaczego coś zrobiłam. Ale tym razem nie mam pojęcia, jak wpakowałam się w kłopoty.
Wciskam ręce do kieszeni, żeby powstrzymać je przed zrobieniem czegoś, czego bym żałowała. Szkoda, że nie mogę tam schować ust.
- Nie rozumiem cię, Ally. Robiłaś różne niestosowne rzeczy, ale to jest po prostu... no... inne. Niepodobne do ciebie.
To ma sens. Robię coś miłego, a ona mówi, że to do mnie niepodobne. A ja nie rozumiem, dlaczego kupienie kartki jest czymś złym.
- Ally. Jeśli chcesz zwrócić na siebie uwagę, to nie jest właściwy sposób.
Pomyliła się. Potrzebuję uwagi jak ryba maski do nurkowania.
Drzwi otwierają się na całą szerokość, aż uderzają o szafki, i z klasy wyskakuje Oliver.
- Ally - rzuca z przekąsem - pewnie dałaś jej tę kartkę, bo chciałaś powiedzieć, że jest ci przykro, bo nas zostawia, żeby mieć jakieś głupie dziecko. Pewnie jest jej teraz bardzo smutno. Mnie też jest jej szkoda.
O czym on mówi?
- Oliver, z jakiego powodu wyszedłeś? - pyta pani Silver.
- A, tak... Szedłem do... no... toalety. Tak. O to chodzi.
I odbiega.
- Mogę już iść? - wyrzucam z siebie.
Czuję, że wysiłek stania w tym miejscu jest dla mnie zbyt wielki i dłużej nie wytrzymam.
- Po prostu nie rozumiem - mówi pani Silver, kręcąc głową. - Dlaczego miałabyś dać ciężarnej kartkę z wyrazami współczucia?
Kartka z wyrazami współczucia? Myślę. I myślę. I wtedy sobie przypominam. Mama wysyła je do ludzi, którym umarł ktoś, kogo kochali. Robi mi się niedobrze, kiedy sobie wyobrażam, co musiała pomyśleć pani Hall.
- Wiesz, czym jest kartka z wyrazami współczucia, prawda, Ally?
Powinnam zaprzeczyć, ale kiwam głową, bo nie chciałabym usłyszeć, jak pani Silver to wyjaśnia. A poza tym uznałaby mnie za jeszcze głupszą niż w rzeczywistości. O ile to możliwe.
- W takim razie dlaczego zrobiłaś coś takiego?
Stoję wyprostowana, ale wewnątrz się kulę. Tak naprawdę czuję się paskudnie. To znaczy, czułam się paskudnie, kiedy umarł pies sąsiadów, nie wspominając już o dziecku. Po prostu nie wiedziałam, że to taka smutna kartka. Widziałam jedynie piękne żółte kwiaty. I wyobrażałam sobie, jak bardzo uszczęśliwię panią Hall.
Ale z wielu powodów nie mogę powiedzieć prawdy.
Ani jej.
Ani nikomu innemu.
Nieważne, jak długo się modliłam, starałam i miałam nadzieję, czytanie przypomina mi próbę znalezienia sensu w nalanej do miski zupie z liter. Po prostu nie rozumiem, jak inni to robią.
Opieram się o ścianę korytarza i milczę. Obok przechodzi grupka małych dzieci, przypominając mi, że jestem w szóstej klasie - najstarszej klasie w szkole. Ale czuję się jak niemowlę.
- Ally? Czy masz mi coś do powiedzenia? - pyta pani Silver.
Boję się otworzyć usta, bo czasami wychodzą z nich słowa, które pakują mnie w jeszcze większe kłopoty.
W końcu proponuje, żebyśmy poszły do jej gabinetu.
Siedzę w gabinecie dyrektorki i w milczeniu wyglądam przez okno. Zastanawiam się, jak by to było, gdybym mogła się w szkole rozluźnić i nie przejmować na okrągło, w każdej sekundzie, w każdej minucie.
Żałuję, że nie mam swojego Szkicownika Rzeczy Niemożliwych. Tylko on sprawia, że nie czuję się, jakbym marnowała przestrzeń. Lubię patrzeć, jak obrazy w mojej głowie stają się realne na papierze. Moim ostatnim ulubieńcem jest bałwan pracujący w hucie. A później dochodzę do wniosku, że najbardziej szaloną, najdziwniejszą, najbardziej niewiarygodną rzeczą, jaką mogłabym narysować, jestem ja sama robiąca coś właściwie.
Westchnienie pani Silver przywraca mnie do rzeczywistości.
- Między poprzednim a obecnym rokiem spędziłaś tu niecałe pięć miesięcy, Ally, i stanowczo za często mnie odwiedzałaś. Musisz coś zmienić.
Milczę.
- To zależy od ciebie.
To nie zależy ode mnie. Nic nie zależy ode mnie.
Głos pani Silver jest jak hałas w tle. Jak radio w samochodzie.
Nie umiem wyjaśnić. To była pomyłka. A ja się wstydzę i nie mam ochoty się jej zwierzać.
Wzdycha.
- Myślałaś, że to będzie śmieszne?
Kręcę głową.
- Chciałaś ją zranić?
Szybko podnoszę wzrok.
- Nie! Nigdy bym jej nie zrobiła przykrości. Ja po prostu...
I zastanawiam się nad tym, nad czym rozmyślałam już wcześniej. Powinnam jej po prostu powiedzieć? Mam wrażenie, jakby moje krzesło stało na zapadni, a ja mam przed sobą guzik i jeśli go nacisnę, polecę w dół. Chcę, ale się boję. Patrzę na panią Silver. Przygląda mi się rozczarowana. Znowu. I myślę, że to nie ma sensu. Oni i tak uważają mnie za problem, więc po co dodawać "głupia" do listy? I tak nie mogą mi pomóc. Nie ma lekarstwa na głupotę.
I dlatego znów wyglądam przez okno. Przypominam swoim ustom, żeby się zamknęły.
W siedmiu różnych szkołach, do których chodziłam, nauczyłam się, że lepiej siedzieć cicho. Nigdy się nie kłócić, chyba że to absolutnie konieczne.
Uświadamiam sobie, że zacisnęłam obie dłonie w pięści, a pani Silver na nie patrzy.
Siada na krześle obok mnie.
- Ally, czasami odnoszę wrażenie, że ty po prostu chcesz się wpakować w tarapaty. - Pochyla się w moją stronę. - Czy tak jest?
Kręcę głową.
- Dalej, Ally. Powiedz mi, co się dzieje. Pozwól, żebym ci pomogła.
Spoglądam na nią i szybko odwracam wzrok.
- Nikt nie może mi pomóc - mamroczę.
- To nieprawda. Pozwolisz mi spróbować? - Wskazuje na plakat na ścianie. - Możesz przeczytać, co tam jest napisane? Na głos.
Plakat przedstawia dwie wyciągające się do siebie ręce.
Cudownie. Pewnie jakieś głupie hasło o przyjaźni, trzymaniu się razem czy coś w tym rodzaju. Ja nawet nie mam przyjaciół.
- Dalej, Ally. Przeczytaj mi to.
Litery na plakacie wyglądają jak czarne żuki maszerujące po ścianie. Pewnie mogłabym się domyślić większości z nich, ale potrzebowałabym czasu. A kiedy się denerwuję, nie ma szans. Mój mózg gaśnie jak ekran znikopisu, po którym ktoś przeciągnął suwakiem. Robi się szary i pusty.
- I co tam napisano? - pyta znowu.
- Nie muszę tego pani czytać. Rozumiem. - Próbuję blefu. Patrzę jej prosto w oczy. - Niech mi pani uwierzy. Już to wiem.
- Nie jestem pewna, dzieciaku. Myślę, że powinnaś nad tym trochę popracować.
Teraz chciałabym wiedzieć, co napisano na plakacie. Ale nie patrzę na niego. Wtedy chciałaby dalej o nim rozmawiać.
Dzwoni dzwonek.
Pani Silver przeczesuje włosy palcami.
- Ally, nie wiem, czy myślałaś, że kartka będzie zabawna, czy jesteś zła, że pani Hall odchodzi, czy co. Ale tym razem przekroczyłaś granicę.
Wyobrażam sobie, jak przekraczam granicę kraju, przechodzę pod szlabanem, po drugiej stronie witają mnie radośni ludzie. Ale wiem, że nie to miała na myśli.
- Od poniedziałku twoim nowym nauczycielem będzie pan Daniels. Spróbujmy uniknąć negatywnych konsekwencji, dobrze?
Myślę o tym, że unikanie przeze mnie negatywnych konsekwencji to jak unikanie nieba przez deszcz.
Gestem każe mi odejść. Podnoszę się i znów patrzę na plakat. Żałuję, że nie wiem, czego takiego powinnam się nauczyć, bo wiem, że powinnam wiedzieć o wiele więcej niż teraz.
Kiedy wychodzę z gabinetu, pani Silver wzdycha, a ja wiem, że ma mnie dość.
Nawet ja sama mam siebie dość.
Kiedy wybiegam z gabinetu, na korytarzu jest pełno dzieciaków. Wracam do sali, żeby przeprosić panią Hall przed odjazdem autobusów. Podbiegam do niej od tyłu i dotykam jej ramienia.
Kiedy się odwraca i patrzy na mnie, jej twarz smutnieje na chwilę i znów się wygładza. Stoję, myśląc, jak bardzo mi przykro. Z nadzieją, że nie uznała, że życzę czegoś złego jej dziecku.
Ale nie mogę znaleźć słów. Znów mam znikopis w głowie. Pustka.
- O co chodzi, Ally? - pyta w końcu.
Kładzie dłonie na dużym brzuchu, jakby czuła, że musi go chronić.
Odwracam się i wybiegam z sali. Korytarzem i na zewnątrz. Autobusy odjeżdżają beze mnie. Ale pewnie tak powinno być. Zasługuję, by iść pieszo.
Całą długą drogę. I zupełnie sama.
Kiedy w końcu docieram na Park Road, kieruję się do Farmy A.C. Petersena, co jest dziwną nazwą dla restauracji. W środku i na zewnątrz mają rysunki krów, ale znajdują się przy ruchliwej ulicy z mnóstwem sklepów. Zastanawiam się, czy gdzieś w środku niczego jest restauracja o nazwie Tłoczne Miasto.
Mama czeka.
- Gdzie byłaś? Zamartwiałam się. - Wyciera ręce o fartuch.
- Nie zdążyłam na autobus i musiałam iść pieszo.
Kręci głową.
- Siadaj tam i bierz się do odrabiania lekcji.
Wskazuje na koniec lady. To samo miejsce, przy którym zawsze siadam. Gdzie może mieć mnie na oku, jak mówi.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - Wydaje się zmęczona.
- Dzwonili do ciebie, prawda?
- Tak. Nie wiem, dlaczego zrobiłaś coś takiego, Ally.
Wydaje się raczej smutna niż wściekła. Myślę, że to gorsze.
Na tacy stoi mnóstwo pucharków pełnych kolorowych lodów. Truskawka, pistacja, jeżyna. Różowy, zielony i fioletowy. Lubię kolory obok siebie i zastanawiam się, jakie niemożliwe rzeczy mogę o nich narysować. Może rzekę stopionych lodów? I mężczyznę o głowie w kształcie stożka, który siedzi na talerzyku z deserem i wiosłuje łyżeczką?
- Ally! Czy ty mnie słuchasz?
- Och. Przepraszam - mamroczę.
Odpycham się stopą od podłogi, żeby zakręcić się na stołku.
- Ja już nie wiem, co powiedzieć.
Szef mamy patrzy na nią znad okularów.
Zaczyna mówić szeptem.
- Odrabiaj pracę domową. Porozmawiamy w domu. I proszę, nie kręć się na tym stołku.
- Przykro mi. Szczerze. Naprawdę myślałam, że pani Hall spodoba się ta kartka.
- Jak to możliwe? - wzdycha, podnosi tacę z lodami i odchodzi.
Wyciągam książkę i otwieram ją, ale litery wiją się i tańczą. Jak inni mogą czytać litery, które się poruszają?
Dlatego gapię się na parujący płyn kapiący do dzbanka z kawą i zaczynam myśleć o parujących wulkanach. I dinozaurach stojących dookoła, popijających kawę, patrzących na wielki meteor szybujący po niebie i mówiących, jaki jest śliczny. I myślę, że miały szczęście, bo nie musiały chodzić do szkoły. Chwytam serwetkę i zaczynam je rysować do Szkicownika Niemożliwych Rzeczy.
Wkrótce mam przed sobą fartuch mamy w biało-brązową kratkę.
Podnoszę wzrok.
- Przysięgam. Nie wiedziałam, że to kartka z wyrazami współ... współ... kartka dla martwych ludzi.
- To kartka z wyrazami współczucia. I jest dla ludzi, którzy tęsknią za kimś, kto umarł. Nie dla martwych.
- Nie sądzisz, że ten, kto umarł, najbardziej ze wszystkich zasługuje na kartkę?
A ona się śmieje. Opiera łokieć na ladzie i podnosi drugą rękę, żeby dotknąć mojej twarzy dłonią. Jest ciepła, a ja czuję wielką ulgę, że mama się na mnie nie złości.
- Jesteś zabawna. Wiesz o tym?
Później sięga po serwetkę z dinozaurami trzymającymi filiżanki.
- Co to?
- Pomysł do Szkicownika Rzeczy Niemożliwych.
Patrzy na nią.
- Twój dziadek wiedział, że masz talent, i byłby bardzo dumny z tego, jak pracujesz nad swoimi rysunkami. I byłby zachwycony, że nazwa twojego szkicownika nawiązuje do Alicji w Krainie Czarów. Dobrze się bawił, dzieląc się z tobą tą książką. - Mama patrzy na mnie. - Jak dzielił się nią ze mną, kiedy byłam mała.
Alicja w Krainie Czarów - książka o życiu w świecie, w którym nic nie ma sensu, miała dla mnie mnóstwo sensu.
- Tęsknię za dziadkiem - mówię.
Trzy słowa, które mają w sobie smutek, jak drzewo ma liście.
- Ja też, kochanie.
- Tęsknię za tym, że przeprowadzał się z nami z miejsca na miejsce, kiedy tatę przenosili do nowej jednostki. Dziwnie mi, że nie wie, że znów się przeprowadziliśmy.
Mama stuka mnie palcem w nos.
- Nie jestem pewna, kochanie. Sądzę, że on wie.
I wtedy właśnie przez szklane drzwi wpadają do środka głosy, które rozpoznaję. Shay i Jessica.
Kiedy się odwracam, Shay rzuca:
- Patrzcie tylko, kto tu jest. Ally Nickerson.
Wiedzą, że moja mama tu pracuje i widziały mnie tu wcześniej. Domyślam się, że nie przyszły przypadkiem.
- Ally - zaczyna Shay. - Nie wróciłaś do klasy. Martwiłyśmy się o ciebie.
Co za żart. Odwracam się, kiedy one szepcą do siebie. I wtedy Jessica proponuje:
- Może usiądziesz z nami?
Jej głos przypomina mi szpilkę ukrytą w batoniku.
Mama pokazuje głową, że mam pójść za nimi.
- Idź, kochanie. Możesz zrobić sobie przerwę.
Patrzę na mamę z miną "przestań, proszę", a Shay powtarza: "kochanie" głosem małego dziecka.
Mama pewnie jej nie usłyszała, bo szepce:
- Dobrze mieć nowych przyjaciół, Ally. Nie zaszkodzi, jeśli choć dasz im szansę.
Ktoś podchodzi, żeby zaproponować im stolik, ale Shay pyta:
- Możemy siedzieć przy ladzie?
Cudownie.
Kiedy siadają, dzielą nas dwa stołki.
Mama pochyla się i szepce:
- Dlaczego się do nich nie przesiądziesz? One wyciągają do ciebie rękę.
Wyciągają rękę z butelką trucizny.
Wracam myślami do jednego z naszych mieszkań, którego właściciele trzymali na polu lamy. Uwielbiałam je, ale mama twierdziła, że śmierdzą.
- Bardziej prawdopodobne, że kupisz mi małą lamę, niż że ja usiądę z nimi.
Mama uśmiecha się krzywo.
- Jak nazwiemy lamę?
Mrużę oczy i kręcę głową.
Wzdycha z irytacją.
- Taka uparta.
Shay i Jessica patrzą na nas jak dwa koty obserwujące ptaki w klatce.
Mama wyciąga notes i podchodzi do nich.
- Witajcie, dziewczęta. Co wam podać?
Jessica chce lody truskawkowe, ale kiedy Shay zamawia czekoladowe, Jessica mówi do mamy:
- O, to brzmi dobrze. Też wezmę czekoladowe.
Przewracam oczami. Typowa Jessica.
Kiedy moja mama odchodzi, Shay pyta:
- To jak, Ally?
Patrzę na nią.
- Dlaczego dałaś pani Hall tę kartkę? To było naprawdę wredne.
Ponieważ nie ma na to dobrej odpowiedzi, wpatruję się w książkę. Zignoruję je, już wcześniej znosiłam ich zaczepki.
Jessica się śmieje.
- Czy twoja mama zawsze była kelnerką?
- Nie - odpowiadam bez namysłu. - Kiedyś była astronautą.
Zaczynają się śmiać, a mama, która stoi niedaleko kuchni, uśmiecha się. Myśli, że nawiązuję z nimi przyjaźń.
- Mój ojciec - zaczyna Jessica - ma własną kwiaciarnię i mówi...
Shay jej przerywa.
- Ally, może kiedy dorośniesz, zostaniesz kelnerką. Ale mogłabyś mi przeczytać rodzaje lodów? Mam z tym problem.
Wskazuje na wiszący pod sufitem, powoli obracający się sześcian, na którego bokach wypisano smaki lodów. Ruch sprawia, że czyta się jeszcze gorzej.
Czuję, że się czerwienię. O nie. One wiedzą, że nie umiem czytać?
Kiedy się śmieją, przypominam sobie, jak w ubiegłym roku, kiedy tu przyjechałam, musiałam przeczytać coś na głos. Wiem, że nie powinnam, ale czasem coś w mojej głowie podpowiada mi głupio, że tym razem będzie inaczej, i próbuję. I nigdy mi nie wychodzi. Tego dnia przeczytałam, że makaron pływa z prędkością sięgającą trzydziestu pięciu kilometrów na godzinę. Chodziło o manata. Klasa oczywiście się roześmiała. Ale nauczycielka też, więc próbowałam udawać, że zrobiłam to celowo.
Wstaję, mijam je, skręcam za róg i znikam na zapleczu. Nie powinno mnie tam być, ale to jedyne miejsce, dokąd nie mogą za mną pójść. Staję za wysokimi metalowymi regałami, na których ustawiono puszki pikli, keczupu i sosów większe od mojej głowy. Przyciskając plecy do ściany, widzę słowa na wszystkim, co mnie otacza. Skrzyniach, puszkach i ogromnych plastikowych butlach.
Słowa. Nigdy przed nimi nie ucieknę.
Wracam myślami do drugiej klasy, kiedy nauczyciel napisał przede mną mnóstwo liter i spytał, co znaczą. Nie miałam pojęcia. Ale byłam do tego przyzwyczajona.
- To twoje imię i nazwisko, Ally. Ally Nickerson.
Kto by się spodziewał, że drugoklasistka zrozumie, co to znaczy upokorzenie.
Pojawiają się łzy, ale połykam je, bo wiem, że wkrótce ktoś mnie tu znajdzie. Tak bardzo się boję, że poznają moją tajemnicę, że czuję się, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch.
- Ally? - Mama wychodzi zza rogu. - Twoje koleżanki sobie poszły. Co tu robisz?
Nie mogę jej powiedzieć. Jest taka szczęśliwa, że mam koleżanki.
- Kochanie?
- Sprawdzałam skład keczupu.
Unosi brwi. Wie, że coś jest nie tak, ale mijam ją, zanim zdąży zadać kolejne pytanie. Wchodzę z powrotem do sali, ona za mną, i siadam obok pustych talerzyków Shay i Jessiki. Wydaje się, że powinny coś znaczyć. Może to, że w porównaniu z innymi jestem pustym naczyniem.
Jednak te talerzyki każą mi myśleć, że to będzie najgorszy rok mojego życia. A to coś znaczy.
Tylne drzwi się otwierają i do środka wchodzi mój brat Travis. Pachnie smarem. Jakby się w nim wytarzał. A ja od razu czuję się lepiej.
- Jak się miewa moja ulubiona młodsza siostrzyczka?
- Jestem twoją jedyną młodszą siostrzyczką.
- Nieważne. I tak byłabyś moją ulubioną. - Uśmiecha się. - W każdym razie twój ulubiony duży brat miał dziś dzień srebrnego dolara.
Myślę o dziadku i tacie, którzy zawsze nas pytali, czy mamy dzień srebrnego dolara, czy drewnianego drobniaka.
Travis jak zwykle macha palcami i zadaje swoje codzienne pytanie:
- Co to jest?
Wydaje się starszy - bardziej przypomina tatę, który tuż przed ostatnim Świętem Dziękczynienia został wysłany na misję. Po jego wyjeździe trudno było czuć wdzięczność. Zwłaszcza że trzy miesiące wcześniej umarł dziadek.
- Ręce geniusza? - pytam.
- Zgadza się!
- Wiesz, że codziennie przychodzisz do domu i prosisz mnie, żebym mówiła ci komplementy?
- Wcale nie. - Otwiera lodówkę. - Jedynie stwierdziła fakty.
- Jesteś niewiarygodny.
- Właśnie! - Pokazuje na mnie palcem. - Wiesz co? Dziś skończyłem naprawiać automat Coca-Coli. Miał z siedemdziesiąt lat. - Otwiera puszkę. - Po naprawie te rzeczy są warte majątek. - Unosi puszkę. - Popatrz tylko na to. Rozczarowuje w porównaniu z tymi starymi zielonymi butelkami.
Travis musi być szczęśliwy. Im jest szczęśliwszy, tym więcej gada.
- I znalazłem jeszcze stary automat z gumą do żucia w kulkach. Taki na drobniaki. Sprzedam go za dziesięć razy więcej. - Milknie, pociąga łyk. - Ale najpierw będę musiał wpakować w niego trochę kasy i poświęcić mu trochę czasu.
Podchodzi, jakby chciał mi poczochrać włosy, ale powstrzymuję jego brudne ręce.
- Nie ma mowy! - Śmieję się. - Nie dotykaj mnie!
- Daj spokój, Al. Miałem świetny dzień. I wiesz co? Zebrałem już prawie dość pieniędzy, żeby kupić te szafki na kółkach na narzędzia. A pewnego dnia wielki neon. - Przesuwa ręką w powietrzu, jakby pokazywał mi łańcuch górski. - Naprawy Nickersona. Mój własny warsztat. Moje nazwisko... nasze nazwisko... pewnego dnia będzie na neonie, Al. - Nagle traci cały entuzjazm. - Ale najpierw muszę skończyć szkołę średnią. Jesteśmy jak olej i woda, szkoła i ja. Żałuję, że mama nie pozwoli mi jej rzucić.
- Zabiłaby cię.
- Ano. I tato też. A martwy nie otworzę własnej firmy. - Uśmiecha się. - Ale już niedługo. W warsztacie samochodowym dużo się uczę. Szef pozwala mi robić mnóstwo różnych rzeczy.
Ja też się uśmiecham.
- I niedługo kupię samochód. Jakiś klasyczny. Co najmniej sześć cylindrów.
Znika, a ja wciąż czuję smar.
Cieszę się, że miał dzień srebrnego dolara.
Przed powrotem mamy do domu zdążyłam sobie odgrzać obiad w mikrofali, a teraz oglądam telewizję i rysuję lamę, którą nazwałam Butch Cassidy. Z takim imieniem musi mieć kowbojski kapelusz, bandanę i kaburę. Ale w kaburze nosi kolbę kukurydzy.
Kiedy mama wraca z pracy, wyłącza telewizor, a ja czuję, że się zaczyna.
- To kiedy w końcu porozmawiamy o dzisiejszym dniu?
- W moje dziewięćdziesiąte piąte urodziny.
- Bardzo śmieszne. - Mama przestępuje z nogi na nogę. - Próbuję być cierpliwa, kochanie. Naprawdę. Ale dziś była zabawa. Jak mogłaś się wpakować w kłopoty na zabawie?
- Nie muszę nic robić. Wszyscy mnie nienawidzą - wyrzucam z siebie.
- Wątpię. Ale nie rozumiesz, że mogą mieć dosyć twojego zachowania? Tych szokujących rzeczy, które robisz i mówisz, żeby się śmiali.
Ona nie rozumie. Bycie śmiesznym, kiedy się tego nie chce, jest koszmarne. Konieczność śmiania się z samej siebie razem z innymi jest upokarzająca.
- Och, Ally... jesteś na to za bystra. Szkoła jest zbyt ważna, żeby sobie z niej żartować. Nie chcę, żebyś jak ja pracowała całymi godzinami za garść napiwków. Chcę dla ciebie czegoś więcej. A ty jesteś bystra. Dobra z matematyki. Utalentowana artystycznie. Nie sądzisz, że czas przestać się wygłupiać?
- Nie jestem bystra. Tylko tak mówisz.
- Obie wiemy, że to nieprawda. Ale mogłabyś trochę więcej pracować.
Jestem zmęczona tą rozmową. Prowadziłyśmy ją setki razy, choć nauczycielka w trzeciej klasie powiedziała mamie, że mogę być lekko opóźniona i nie powinna wiele się po mnie spodziewać. Na te słowa oczy mamy otworzyły się szeroko i zaczęły błyszczeć, a ja czułam się smutna i zawstydzona, że ona musi być moją mamą.
Ale moja matka nigdy nie kupiła tego, co powiedziała nauczycielka. Czasami żałuję, że tego nie zrobiła, lecz przeważnie jestem wdzięczna.
Pochyla się, żeby spojrzeć mi prosto w oczy.
- Wiem, że źle znosiłaś nasze częste przeprowadzki. I wiem, że pracuję całymi dniami i nie mogę dopilnować twojej nauki. Trudno ci nadążać w niektórych przedmiotach, a ja to rozumiem. Naprawdę. Ale musisz się bardziej postarać, Ally. Wszystkie rzeczy, które warto mieć, wymagają wysiłku.
- Postaram się - stwierdzam.
Kiedyś mówiłam to szczerze. Teraz mam wrażenie, jakbym wymyślała jedną ze swoich historyjek.
Uśmiecha się smutno.
- W porządku.
Całuje mnie w czubek głowy.
- Czy mogę znów włączyć telewizor?
Rozwiązuje fartuch i patrzy na mnie.
- Wykąpałaś się już?
- Nie.
Wzdycham. Zmęczenie w jej głosie to znak, że dziś nie ma sensu się kłócić. Wlokę się korytarzem.
- Tak na marginesie, nie chcę, żebyś mówiła, że ludzie cię nienawidzą! - woła za mną. - Jak ktokolwiek mógłby nienawidzić ciebie?
Chciałabym, żeby zrozumiała mój świat. Ale to by było niczym próba wyjaśnienia wielorybowi, jak się żyje w lesie.
Travis otwiera drzwi lombardu i gestem zaprasza mnie do środka. Dzwonek na drzwiach uderza w szkło, zapowiadając nasze przybycie. Zapach kurzu budzi we mnie wspomnienia. Dobre czasy. Bycie razem. Kiedy tato i dziadek zabierali mnie oraz Travisa na poszukiwanie monet. Liczby i pieniądze to rzeczy, z którymi oboje dobrze sobie radzimy, więc szybko się tym zainteresowaliśmy.
Dziadek lubił te najbardziej zakurzone sklepy, bo w głębi sejfów właściciele mieli nienaruszone rulony monet. Kiedy wymienili je na nowe banknoty, w domu otwieraliśmy stare rulony i sprawdzaliśmy, co zawierają. Czasem znajdowaliśmy ćwierćdolarówkę z bizonem, dziesięciocentówkę z Merkurym albo centa z głową Indianina. Przypominało to trochę Gwiazdkę. Bycie w tym miejscu sprawia, że tęsknię za tamtymi czasami.
Mężczyzna za ladą nie mówi "dzień dobry". Językiem przesuwa wykałaczkę w ustach. Z jednej strony wygląda to imponująco, z drugiej strony jest najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką widziałam w życiu.
Travis opiera czubki palców na szklanej ladzie i spogląda na kasetkę pełną monet.
- Szukasz czegoś? - Mężczyzna nie odzywa się w sposób, w jaki zdaniem mamy należy się zwracać do klientów.
- Chcę kupić kilka monet - mówi Travis.
- Poważnie?
- Tak.
Travis pociera brodę palcem. Robi to, kiedy się denerwuje.
Gość wyciąga wykałaczkę z ust i pokazuje nią na Travisa.
- Masz pieniądze czy tylko gadasz?
Travis robi coś, czego zdaniem taty nie powinno się robić. Pokazuje mu pieniądze. I to nie tak jak zwykły człowiek. Cały zwitek banknotów przewiązany gumką.
Facet otwiera szerzej oczy i pyta:
- Szukasz czegoś szczególnego?
- Monet z Wolnością. Ma pan jakieś?
Tamten wyciąga kilka monet. Jedną jest dziesięciocentówka z Merkurym, z głową, która wygląda, jakby miała skrzydełka zamiast uszu.
- Pamiętam ją! - wykrzykuję. - Tato nosi taką w portfelu.
Travis obraca ją w dłoni.
- Ładna. Ma pan coś bardziej niezwykłego?
Gość unosi brwi. Sięga do szuflady.
- Ta jest niezwykła, ale będzie cię kosztować kupę kasy.
- Mogę zapłacić dużo za coś wyjątkowego.
- W takim razie w porządku. Ta jest wyjątkowa.
Sprzedawca kładzie monetę na ladzie.
Travis bierze ją i unosi brwi.
- Jest mniejsza niż inne centy.
Facet kiwa głową.
- Owszem. To rzadkość.
Travis spogląda na mnie, a później odwraca się do gościa.
- Ile?
- Cóż, jeśli wiesz cokolwiek o monetach, wiesz również, że moneta ze skazą jest sama w sobie dużo cenniejsza od innych monet.
Coś jest z nią nie w porządku i jest warta więcej?
- Pytałem: ile - mówi Travis.
Gość przechyla głowę na bok.
- Cóż, normalnie zażądałbym osiemdziesiąt, ale dla ciebie będzie... powiedzmy... siedemdziesiąt pięć?
Travis się uśmiecha. Nawet ja pamiętam, jak tato powtarzał nam, żebyśmy się nie uśmiechali, kiedy usłyszymy cenę. Nigdy. Nawet jeśli cena jest najlepsza na świecie - a on się uśmiecha, jakby wygrał na loterii. Próbuję wyglądać poważnie za nas oboje.
- Cóż, to bardzo szczodre z pana strony. Siedemdziesiąt pięć dolców za centa, który został zanurzony w kwasie azotowym.
Z twarzy faceta znika uśmiech.
- Policja pewnie byłaby zainteresowana drobnym oszustwem.
- Posłuchaj...
Travis mu przerywa.
- Nie urodziłem się wczoraj. Przestań pan robić mi wodę z mózgu. - Wskazuje na monetę, na której jest kobieta owinięta w prześcieradło, oświetlona z tyłu słońcem. Jest piękna. - Półdolarówka z tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku z Idącą Wolnością. Ile za nią?
- Jest naprawdę w doskonałym stanie. Właściwie...
- Chcę wiedzieć ile. - Travis pochyla się do przodu, opiera dłonie na szkle.
- Czterdzieści pięć.
- Trzydzieści sześć i dorzuć pan dziesięciocentówkę z Merkurym dla mojej siostry.
Szybko podnoszę wzrok. Dla mnie?
Przeliczam. Tak, Travis kieruje się zasadą taty, by zawsze proponować o dwadzieścia procent mniej, niż daje sprzedawca. Ale dodał coś jeszcze.
Gość mruży oczy.
- Czterdzieści.
Travis kiwa głową.
- Umowa stoi.
Kładzie pieniądze na ladzie.
Na ulicy Travis podaje mi monetę.
- Och, jest piękna! Tak bardzo mi się podoba. Dziękuję, Travis! Jesteś super!
Wydaje się smutny, kiedy patrzy na monetę.
- Wiesz, dziadek urodził się w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku. Dlatego wybrałem te monety. Obie w tym roku wyszły z mennicy.
Spoglądam na swoją dziesięciocentówkę i datę i żałuję, że ludzie nie żyją tak długo jak monety.
Kiedy wsiadamy do auta, Travis mówi:
- Widziałaś, jak ten gość uznał mnie za idiotę? Próbował mnie oszukać. Pamiętaj, Ally. Kiedy ludzie nie spodziewają się po tobie zbyt wiele, czasem możesz to wykorzystać. - Później patrzy mi prosto w oczy i wskazuje na mój nos. - Jeśli tylko ty nie uważasz tak samo jak oni. Słyszysz mnie?
Znów kiwam głową. Ale myślę sobie, że ostatnio jest to trudne.
Siedzę na łóżku z egzemplarzem Alicji w Krainie Czarów. Na pierwszej stronie znajduje się dedykacja napisana rozchwianym pismem. "Dla Ally - mojej cudownej dziewczynki! Kochający dziadek". Kolory w środku są jaskrawe, choć ma wiele lat. Kartki są miękkie, a druk większy niż teraz w książkach. Ale i tak sama jej nie przeczytam. Jakbym dostała prezent zamknięty w szklanej skrzyni.
Ciężko mi, ale zawsze tak jest w niedzielny wieczór. Tak działa na mnie myśl o kolejnym tygodniu w szkole. Jakbym wiedziała, że następnego dnia będę musiała przeciągać oponę przez dziurkę od klucza.
Ale będę miała nowego nauczyciela. "Pan Daniels" brzmi jak starszy pan z kieszeniami pełnymi lizaków, co może być miłe. Mam nadzieję, że będzie poprawiał muszkę, opowiadał o starych dobrych czasach i nie zadawał nam dużo pracy domowej.
W szkole okazuje się jednak, że pan Daniels to żaden dziadek. Jest młodszy od pani Hall. Nosi ciemną marynarkę i krawat w kolorowe kółka. Kiedy się zbliżam, orientuję się, że to planety.
Większość uczniów zebrała się wokół niego. Wrzucam swoje rzeczy do szafki i podchodzę. A on mówi:
- Miła wesoła Zuzia ma jasną sukienkę i uroczy naszyjnik.
Wyjaśnia, że to łatwy sposób, by zapamiętać planety w kolejności od Słońca.
W pobliżu stoi Albert, którego czupryna przypomina mi ptasie gniazdo.
- Żal mi Plutona.
Spoglądam na niego, moje spojrzenie przyciągają sińce na ramionach.
- Przez te wszystkie lata Pluton był planetą, a nagle ktoś zadecydował, że już nią nie jest? Za mały. Za daleko. Niewłaściwa orbita.
- Wątpię, żeby Pluton się przejmował, Albercie - mamroczę.
Albert siada na krześle i kontynuuje:
- Ale ja tak.
Współczuję mu, chcę spytać o ślady na ramionach. Jest duży i niezdarny, ale nie tłusty. Na tyle duży, że inni zwykle dają mu spokój.
Odsuwam krzesło i siadam. "W porządku - myślę. - Postaram się. Będę się pilniej uczyć. Tylko to muszę robić. Tym razem naprawdę się skupię". Choć wiem, że próbowałam i nic mi to nie dało.
Dla mnie czytanie przypomina sytuację, kiedy coś wypadło mi z ręki; gorączkowo próbuję to złapać, a kiedy jestem już pewna, że to mam, ucieka mi. Gdyby wysiłek coś dawał, byłabym geniuszem.
Pan Daniels staje przede mną. Wstrzymuję oddech i opieram się na krześle. On wyciąga rękę.
- Nazywam się Daniels. Miło mi cię poznać - mówi.
Shay pochyla się w stronę Jessiki.
- Pewnie nie wie, z kim rozmawia.
Większość jej przyjaciółek, jak zwykle, zaczyna się śmiać.
- Ej. - Pan Daniels odwraca się do niej. - To nie w porządku. Tak się nie zachowujemy. - Co sprawia, że uśmiech znika z twarzy Shay. Pan Daniels znów odwraca się do mnie. - Jak się nazywasz?
- Ally Nickerson - odpowiadam tak cicho, że sama siebie ledwie słyszę.
- Uściśniesz mi rękę, Ally Nickerson? W poniedziałki nie gryzę.
Cudownie. Tego mi tylko brakowało. Zabawny nauczyciel. Ściskam jego rękę, ale bardzo krótko. Mój umysł już odpływa. Zastanawiam się, jakie straszne rzeczy powiedziała mu pani Silver. Jakie plany mają wobec mnie. Widzę siebie owiniętą sznurem i leżącą na torach kolejowych, zupełnie jak w starych, czarno-białych niemych filmach dziadka.
- W porządku, Fantásticos! Zajmijcie miejsca! - woła pan Daniels. - Czas na krzesanie iskier!
Wszyscy ruszają w stronę swoich krzeseł, ale ja wciąż leżę na wyobrażonych torach. Związana patrzę na zbliżającą się lokomotywę.