Wodnik
Nie wiem, co mnie bardziej wkurwia - to, że znowu robią ze mnie chłopca na posyłki, czy to, że mój własny wuj uważa, że potrzebuję odpoczynku w postaci jebanej opiekunki. Brawo, Jun. Trzydzieści lat na karku, połowę z tego w służbie narodowi, a teraz? Włamujesz się do mieszkania jakiejś małolaty. Gratulacje, kurwa.
Podczas gdy dłubałem przy zamku, próbowałem sobie przypomnieć, jakim chujem dali radę mnie w to wkręcić. Jeszcze dwa dni temu prowadziłem testy nowej CS/LR4 dla snajperów, a dzień później mój wuj stwierdził, że może chciałbym trochę wolnego. Nie czekając na odpowiedź, odpalił mi ckliwą historyjkę o swoim przyjacielu-siedmiu-boleści i jego dramatycznych problemach. Dorosły facet, który sam nawarzył sobie piwa, a teraz trzęsie portkami, bo ktoś mu przystawił kosę do gardła. Rzeczywiście, kurwa, komandos.
Zamek w końcu puścił i wszedłem do środka najciszej, jak potrafiłem.
Od razu uderzyła mnie woń - wanilia zmieszana z wiśnią. Słodka, lepka, zupełnie niepasująca do tego, czego się spodziewałem. Boże, ile tu bzdetów - ledy, światełka, lampa, świeczki... O losie. Nie dość, że jestem ubrany w ten żałosny czarny kostium, w pizdu daleko od domu, to jeszcze trafiło mi się z czarownicą. Minąłem kuchnię z salonem - nawet nie musiałem specjalnie szukać, gdzie ta osoba się znajduje. Muzykę z jej słuchawek było słychać w całym domu.
Oto ona. Pani tego domu. Śpi ze słuchawkami w uszach, przy otwartym oknie, a drzwi zamknięte na jeden gówniany zamek.
Można być bardziej nieodpowiedzialnym?
Oparłem się o lustro bo bałem się dotykać czegokolwiek innego. Dałem sobie minutę na dokładne obejrzenie dziewczyny. Była tak drobna, że niemal zlewała się z kołdrą. Tylko włosy błyszczały w słabym świetle, zakrywając wszystko inne. Kiedy miałem podejść, zauważyłem, że jej oddech przyspieszył. Obudziła się.
Kurwa. Tego się właśnie obawiałem. Teraz pomyśli, że jestem jakimś jebanym zbokiem.
Odgarnęła włosy z twarzy i... lekko się uśmiechnęła. Jakby to ona chciała mnie uspokoić. Co, do cholery?
Przeszło mi przez głowę, że może jest opętana. Albo zwyczajnie szalona. Nieważne. Jun, wsadź ją do tego jebanego samolotu i zapomnij o sprawie.
Podszedłem powoli, ostrożnie, żeby nie zaczęła drzeć się na całą kamienicę. Ale wtedy, jakby przewidując ruch, odskoczyła na drugi bok łóżka. Zdołałem złapać ją za kostkę.
- Już nie jesteś taka mądra, co? - syknąłem.
Szarpała się i krzyczała - w sumie jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji. Odwróciłem ją do siebie i zatkałem jej usta.
Tylko jej nie uduś, Jun, upomniałem się w myślach.
Była tak drobna, że mógłbym zrobić jej krzywdę nawet przypadkiem. Oparłem się na niej ledwo zauważalnie, przenosząc cały ciężar na własne barki. Wciąż trzymałem dłoń na jej ustach. Patrzyła na mnie tymi swoimi oczami... jakby próbowała mnie zaczarować.
Choć muszę przyznać - takich oczu nie widziałem nigdy wcześniej. I, jak się później okaże, nigdy już później.Do rzeczy - wynosimy się stąd. Zakryłem jej usta szmatką nasączoną środkiem nasennym. Możliwe, że przesadziłem - na bieli materiału pojawiła się cienka smużka krwi. Chwilę później odpłynęła. Chyba nie bolało - nie zdążyła nawet pisnąć.
Wziąłem ją na ramiona. Dla pewności zerknąłem na miejsce, z którego sączyła się krew. No pięknie, rozwaliłem jej wargę. Kurwa mać, czemu zagryzła te usta?
Nie zamierzam udawać, że jej uroda nie zrobiła na mnie wrażenia. Była ładna. Jako facet zarejestrowałem to automatycznie, instynktownie. I choć z niechęcią przyznaję, że wyglądała wtedy - kiedy spała - niemal nienaturalnie pięknie... musiałem przywołać się do porządku.
Skarciłem się za to natychmiast. Ale było za późno. Myśl już zdążyła zapaść gdzieś głęboko.
Zarzuciłem ją na ramię, wyszedłem z mieszkania. Nie brałem nic więcej - nie było takiego rozkazu. Wsiadłem do czarnej limuzyny czekającej pod blokiem razem z kierowcą i ruszyliśmy w stronę lotniska. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy, czasu polskiego. Poszło sprawnie.
Koleżanka leżała grzecznie nieprzytomna na swoim siedzeniu, a ja mogłem zająć się wymyślaniem wymówki dla Shuang - dlaczego nie przyjechałem na poranny bieg, jak co sobotę. Jej wiadomość mówiła sama za siebie: "GDZIE TY DO CHOLERY JESTEŚ?!"
Nie mam w zwyczaju okłamywać swojej kobiety. Jestem mężczyzną, - nie boję się prawdy. Ale czułem, że to akurat powinienem zachować dla siebie. Intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
Dojechaliśmy na lotnisko. Drugi raz przerzuciłem ją przez ramię i ruszyłem w stronę prywatnego odrzutowca, który zorganizował mój wuj. Samolot czekał już gotowy do startu - tak jakby wiedział, że nie lubię czekać.
Rozłożyłem fotele, żeby mogła się położyć, i okryłem ją kocem. Zabrałem ją dokładnie tak, jak leżała - w obcisłej czarnej bluzce na ramiączkach i krótkich, białych spodenkach, które bardziej przypominały bieliznę niż cokolwiek, co można by uznać za ubranie. Wtedy uderzyło mnie, że mogłem zabrać jej coś do przebrania. Jej negliż irytował mnie bardziej, niż chciałem przed sobą przyznać.
Kiedyś pewnie bym się na nią rzucił bez większego zastanowienia. Teraz... nie. Choć trzeba przyznać - wyglądała jak jakaś nimfa. Zbyt piękna, zbyt bezbronna. Zbyt ryzykowna. Czy ty się słyszysz, Jun? To jakaś przypadkowa dziewczyna. Jesteś zmęczony i spięty, ogarnij się i zachowuj jak trzydziestoletni facet, a nie rozhisteryzowany dzieciak."
Wkurzyłem się. Na siebie, na nią, na wszystko. Zmusiła mnie do myśli, których nie chciałem mieć. Irytacja buzowała we mnie jak wrzątek, więc bez słowa przesiadłem się na drugi koniec samolotu, plecami do niej.
Włączyłem Ancient Warfare - moją ulubioną grę. Skoro na tej misji nie miałem nikogo zlikwidować, to przynajmniej w grze odreaguję.
Jeszcze kilka godzin i będę w domu. Zapomnę o tej żenującej sytuacji. O niej. O tym wszystkim.
Ryby
Powoli otwierałam sklejone od łez oczy. Po chwili mój mózg łaskawie zaczął znowu funkcjonować i przypomniał sobie, co się wydarzyło. Spokojnie, Daria. Lepiej się nie zdradzić. Niech ten ktoś myśli, że śpisz.
Leżałam na skórzanym siedzeniu przy oknie, nakryta białym, puchatym kocem. Warga piekła mnie jak cholera - i gdybym była w innej sytuacji, pewnie sama uroniłabym jeszcze parę łez, tak na wzmocnienie efektu dramatycznego.
Kiedy już miałam obmyślać plan obalenia wroga - albo przynajmniej zastanowić się, czy byłabym w stanie przekonująco udawać martwą - usłyszałam za plecami męski głos.
Ten sam, który jeszcze niedawno brzmiał, jakby był zirytowany faktem, że próbuję się ratować.
Choć czułam, że siedzi gdzieś dalej, jego głos rozchodził się po całym pokładzie - ciężki, głęboki, niski. Wbijał się w czaszkę.
Tylko był jeden problem. Gadał w języku, którego nie rozumiałam. I choć mam się za osobę dość oczytaną, brzmiało to dla mnie jak jeden, obcy ciąg dźwięków. Nie miałam pojęcia, czy porwał mnie Chińczyk, Koreańczyk czy Japończyk..
Skończył swoje paplanie, a ja przez dobrą godzinę gapiłam się w niebo, plując sobie w twarz, że nie posłuchałam - ten jeden, jedyny raz - ojca.
Ale swoją drogą... mógł po prostu mnie skuć i zabrać ze sobą.
A on? Po prostu wyszedł.
Powiedziałam,,wyjdź", a on posłuchał.
Niewiarygodne.
Pewnie teraz siedzi gdzieś na Majorce i popija drineczki.
Udało mu się, a mi się oberwało. Klasyk klasyki.
Już to widzę - normalnie filmowy Eddie Brock w wersji "luzik, to nie mój problem".
Usłyszałam, że wstaje - i zamarłam. Zamknęłam oczy, jakby to mogło cokolwiek zmienić. A potem poczułam, że stoi nade mną. Jego zapach był ciężki, mocny... i zaskakująco słodki. Taki, który wbija się w nozdrza i zostaje na języku. Można by powiedzieć, że wręcz nachalny. Ale nie w sposób odpychający - raczej jak ktoś, kto wchodzi do pokoju i natychmiast zawłaszcza całą przestrzeń.
W tej samej chwili moje ciało postanowiło działać na własną rękę. Jakbyśmy już nie byli w tej samej drużynie. Spłonęłam rumieńcem, który musiał wyglądać jak sygnał ostrzegawczy: Uwaga, przeciążenie zmysłów.
Nachylił się nade mną. Tym razem powiedział coś po angielsku - i, o zgrozo, zrozumiałam każde słowo. Jego głos dosłownie wibrował mi w uszach. Wibrował... w całkiem przyjemny sposób.
- Daria, proszę cię... Masz przeżyć. Bądź mądrą i rozsądną dziewczyną, na litość boską.
- Możesz otworzyć oczy. Nie gryzę.
Nie gryzę. No kurwa, jasne. Nie gryziesz, tylko porywasz nocą losowe dziewczęta, jak jakiś wojskowy Dziadek Mróz. Co za ulga.
I wtedy coś zadrżało we mnie. Ale nie ze strachu. Ze złości. Takiej, która pachnie jak oud, skóra i adrenalina.
Otworzyłam oczy w najbardziej groźny sposób, na jaki było mnie stać - czyli tak, jakbym miała właśnie rzucić w niego szpilką od Louboutina. Spojrzałam prosto w jego twarz i odpowiedziałam najspokojniej, jak tylko potrafiłam:
- Oczywiście, że nie gryziesz. Jesteś zbyt wielkim tchórzem. Wolisz się zaczaić i poczekać, aż przeciwnik będzie słabszy.
Wypowiedziałam to z idealnym angielskim akcentem. Lata sesji zdjęciowych, wywiadów i pokazów mody nauczyły mnie, że elegancja bywa najlepszą bronią. Nawet kiedy jesteś w samym T-shircie i bez stanika.
- No i co? Odpowiedz mi na to, dupku.
Podniosłam się z pozycji leżącej, usiadłam wyprostowana jak królowa. Albo jak wkurzona modelka z jet-lagiem i złamanym sercem - efekt równie destrukcyjny.
I koniec przedstawienia.
W jego oczach, teraz już zupełnie czarnych, jakby coś się zapadło - ziało złością. Nie ogniem. Złością. Tą zimną, wyrachowaną.
- Pozwól, że wyprowadzę cię z błędu, dziewczynko - warknął. - Nie jestem żadnym zbokiem. A ty nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem.
Powiedział to z taką wyższością, że gdyby mógł, naplułby mi prosto w twarz.
- Jestem żołnierzem. Dostałem rozkaz i go wykonałem. A resztę... niech ci wytłumaczy tatuś, księżniczko.
Miałam w głowie idealną ripostę. Naprawdę. Ciętą, błyskotliwą, taką, która zostawiłaby go w milczeniu na kilka dobrych minut.
Ale wtedy padło to słowo.
Tatuś.
I jak zwykle - mój ojciec wybił mnie z torów.
- Czekaj... jak tatuś? - zapytałam zdziwiona, marszcząc brwi.
- Nie jesteś jednym z tych, którzy chcieli się go pozbyć? I mnie przy okazji?
Wywrócił oczami tak teatralnie, jakby właśnie odebrałam mu ulubionego lizaka. Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odwrócił się ode mnie i usiadł po drugiej stronie pomieszczenia - jakby potrzebował dystansu.
- Zakoduj to sobie raz, a porządnie - rzucił przez ramię. - Miałem cię zabrać po cichu z domu, tak żeby wyglądało to na uprowadzenie. Miałem cię przywieźć całą i zdrową do mojego wuja. I twojego ojca.
Zamilkł na chwilę, jakby czekał, aż dotrze.
- Resztę tej rodzinnej familiady niech ci tłumaczy twój tatuś, dziewczynko. A ty... bądź dobra. I grzecznie dotrwaj w ciszy jeszcze godzinę.
Spiorunowałam go wzrokiem, bo ja też nie mam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Nienawidzę takich ludzi jak on - wyniosły, zuchwały, pewnie myśli, że jest Herkulesem. Z wierzchu piękny, w środku pusty. Niezdolny do współczucia, smutku - Bóg poskąpił mu wszystkiego, co boskie i ludzkie. Gardzę takimi.
Siedział rozwalony na fotelu jak król wszechświata, a jego sposób bycia aż krzyczał: "to ja tu rządzę". Miałam wrażenie, że panuje nad wszystkim dookoła - nawet nad powietrzem, które wdycham. No i tak patrzyłam na niego. I nawet nie jest w moim typie, jeśli chodzi o estetykę. Wysoki jak dąb, spokojnie z metr dziewięćdziesiąt. Długie, potężne, silne nogi. Ciało jak wycięte z anime - smukła, mocna talia, szerokie ramiona i jeszcze szersze plecy. Ręce... wielkie, długie, jakby stworzone do wysiłku fizycznego i rzucania samochodami. A twarz - zupełnie jakby ktoś ją dokleił z innej bajki. Prawie niewinna. Gładka skóra, smukły, owalny kształt, wyraźne kości żuchwy. Duży, ale nieprzesadzony nos. I oczy... Głębokie, hipnotyczne, jakby chciały cię najpierw przyciągnąć, potem przytrzymać, a na końcu pożreć żywcem.
Włosy czarne jak oczy, starannie wystrzyżone, z lekkim opadaniem na czoło - całość nadawała mu tę niepokojącą wyrazistość. Tak sobie chyba wyobrażam Lucyfera. Piękny, kuszący, magnetyczny. A na końcu: zabójczy.
No to sobie poleciałam z tym opisem, chyba zapomniałam, co mówiłam dwie sekundy wcześniej. Tak, Daria, przypomnienie dla samej siebie: gardzisz nim. Koleżanka w mojej głowie musiała wstać i przypomnieć reszcie ekipy, że nie akceptujemy zła pod żadną postacią. Nawet jeśli wygląda jak grzech w Versace.
Musiałam się otrząsnąć. Przypomnieć sobie o moim fikcyjnym mężu. Od osiemnastki jestem w mentalnym związku z Theo fucking Jamesem. I raz - raz! - widziałam go na widowni podczas pokazu Victoria's Secret. Prawie się posikałam w te stringi na scenie. True story.
To jest facet, który zasługuje na wszystko, co najlepsze. Dobry. Miły. Słodki. Spokojny jak jezioro o świcie. Zero emocjonalnych huśtawek, zero dramatów. Idealny mąż, czuły tata, człowiek, który zamiast rzucać krzesłem, przytuli drzewo. Nie umie się bić ani zabijać - i całe szczęście. Woli pokój niż wojnę, recykling niż testosteron. Eko-świr w najlepszym możliwym znaczeniu.
Takich mężczyzn, Daria, lubimy. Takich szanujemy. Więc teraz podnieś głowę i spójrz na tamtego - tak, tego z twarzą Lucyfera i ego wielkim jak jego plecy - i daj mu najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie cię stać.
Wodnik
Dostałem niezły ochrzan od Shuang. I słusznie. Zasłużyłem.
Wymyśliłem, że muszę pomóc chłopakom w jakiejś akcji - niby "drobna sprawa", terrorystyczny ogon, szybki wypad za miasto. Teraz wracamy. Nie ma już adrenaliny, tylko świadomość, że nawaliłem. Znowu.
Po naszej rozmowie przyszło zdjęcie.
Shuang. W samej bieliźnie. Z moim karabinem. Czekała.
Zazwyczaj w takiej sytuacji nie mogę go uspokoić. Reaguję jak automat.
A teraz? Cisza. Nic.
Spojrzałem na zdjęcie raz. Potem jeszcze raz. I jeszcze jebany raz.
I nic. Pustka. Jakby coś się we mnie wyłączyło. Albo wypaliło.Shuang ma dokładnie to, co mnie kręci. Blond włosy, wycieniowane jak z reklamy szamponu, brązowe oczy i te jej usta - małe, wąskie, ale z tym dziwnym wypukłym środkiem, jakby wyjęte z jakiegoś anime. Jest wysoka, ale drobna. Krucha, niemal koścista.
I jebanie pruderyjna. Nawet sposób, w jaki się ubiera, wygląda jakby wyjęła go z kreskówki - trochę stylu z Tokyo, trochę wojskowego sznytu, zero logiki, ale jakoś to działa.
Próbowałem go rozruszać. Skupić się. Rozmarzyć. Myśleć o tym, jak będę ją dotykał, jak wrócę. Ale coś z tyłu głowy nie dawało spokoju. Coś kazało mi wstać i sprawdzić, czy ta dziewczyna z tyłu jeszcze żyje.
Podszedłem. Stałem nad nią. I przez ułamek sekundy - dosłownie mgnienie - zrobiło mi się jej szkoda. Miała swoje spokojne życie, a teraz? Nowy rozdział, nowa gra. Rzucili ją w coś, czego nie rozumie.
wtedy - zupełnie nie w porę - ciało zareagowało wbrew rozsądkowi.
Jakby z opóźnieniem, jakby nie słuchając głowy.
Obraz Shuang musiał dotrzeć do mnie chwilę później.
Na pewno nie była to reakcja na samą obecność. Nie na nią tak po prostu.
Była... zbyt delikatna. Aż niepokojąco.
Długie, lśniące włosy opadały jej na ramiona i plecy, jakby nie znały dyscypliny. Twarz miała jasną, łagodną, z tym irytującym spokojem niewinności. Rzęsy zbyt długie, usta miękkie, pełne - jakby nieświadome własnej siły.
Jej ciało było smukłe, kruche w formie, pozbawione ostrości. Delikatność, która bardziej rozpraszała, niż kusiła.
Cienki materiał koszulki nie ukrywał ciepła skóry - czułem je, choć starałem się na tym nie skupiać.
- Co ty, kurwa, pierdolisz - powiedziałem do siebie.
Zaraz ją wyrzucę z tego jeb*nego samolotu.
Zauważyłem, że jej klatka piersiowa unosi się zbyt szybko. Nie spała.
Minęło sporo czasu, a jej twarz robiła się coraz bardziej czerwona. Postanowiłem oszczędzić jej tej żenady.
- Możesz otworzyć oczy. Nie gryzę - powiedziałem. Tylko to kręciło mi się w tej pustej głowie.
Otworzyła je gwałtownie, jakby coś ją opętało. I mogę przysiąc, że widziałem w nich, jak mnie zabija.
Najzabawniejsze? Że naprawdę wierzyła, że jej pogarda i brak szacunku mnie zaboli.
A jednak - wkurwiłem się. Sam nie wiem czemu. Może sobie zasłużyła.
I ta mina, gdy usłyszała, że nie jestem żadnym zbirem, tylko pionkiem w rozgrywce jej tatusia.
Paniusia jeszcze nie wie, w co tu się wpakowała.
Usiadłem niedaleko - na tyle blisko, by mieć ją na oku, ale z zachowaniem dystansu. Nie ufałem jej ani trochę.
Sam jej zapach mnie irytował.
Po powrocie do domu chyba obleję się benzyną i podpalę - serio, dla własnego bezpieczeństwa. Czuję, jak ten smród wżera się we mnie, jakby miał zostać na stałe.
Usiadłem i wpatrywalem się w okno z największym skupieniem jakim mogłem. Gniew zaczynał we mnie wzbierać. Nie jestem lalusiem na posyłki wuj jeszcze nigdy nie znieważył mnie w taki sposób. Zawsze dawał mi wyzwania godne wojownika po to bym był przywódca jego armi i godnie bronił ojczyzny. A sytuacja w której się znalazłem poniżała mnie w każdy możliwy sposób. I jeszcze ona. Gapiła się na mnie tak bezczelnie. Pewnie bluzgala sobie w głowie na mój temat. Proszę bardzo należy mi się jestem koncerowym osłem bo nikt o zdrowych zmysłach nie zgodził by się na to.
Wodnik
Ta wariatka zemdlała na samą myśl o tym, co może ją czekać na lotnisku. Co dopiero zrobi, jak się dowie, na czyj rozkaz działałem.
Wróciłem po wszystkim do domu i od razu wlazłem pod prysznic. Stałem tam jak idiota, z wodą lejącą się po głowie, myśląc o tym, co tu się właśnie odjebało.
Po wyjściu z łazienki poziom irytacji sięgnął zenitu.
Nie dość, że nie mogłem się pozbyć jej zapachu - co zresztą już sam przed sobą przyznałem w samolocie - to jeszcze w kieszeni miałem jej bransoletkę.
Upadając, zgarnąłem ją z ziemi i przetransportowałem razem z nią do matki, bo taki był plan.
Normalnie bym to wyjebał. Tak postąpiłby stary Jun - bez emocji, zawsze racjonalnie.
Ale stary Jun zawsze działał w zgodzie z sobą. A teraz?
Teraz sam nie wiem, kim jestem.
Plan był prosty: odwiozę jej tę bransoletkę, żeby sobie nie pomyślała, że jestem jakimś jebanym złodziejem.
To chyba najprostszy sposób, żeby to sobie wytłumaczyć.
Chyba.
Wyszedłem z domu bez śniadania. Miałem już jechać do mamy, kiedy pod drzwiami zobaczyłem Shuang.
No to masz przejebane, Jun.
Stała w szarych dresach i krótkim topie w moro. Normalnie powiedziałbym, że wygląda pociągająco. I pewnie tak było.
Ale tym razem... coś mnie wkurwiło. Sam nie wiedziałem, co dokładnie. Może to, że w ogóle tam była. Może to, że wyglądała tak dobrze, jakby nic się nie wydarzyło.
Albo może po prostu byłem wściekły na siebie i nie chciałem tego na niej wyładować.
Zbyłem ją, rzucając, że wuj mnie natychmiast wezwał.
Chciała jechać ze mną, ale powiedziałem jej, żeby została i poczekała w domu. Że zaraz wrócę.
To chyba będzie najbezpieczniejsze.
Bo prawda jest taka, że sam jeszcze nie ogarniam, co się we mnie dzieje.
I nie chcę jej tym truć głowy. Jeszcze nie teraz.
Podjechałem pod naszą wielką posiadłość i wszedłem tylnymi drzwiami. Podejrzewałem, że zamiast śniadania moja matka zaserwuje mi opierdol - za to, w jakim stanie przywiozłem jej Darię. A raczej DaLiyę.
Pewnie już zauważyła rozcięte usta, rozwaloną głowę.
Ale przysięgam - sama sobie to zrobiła. Tym swoim uporem. Jak głaz - nie do ruszenia, nie do negocjacji.
Wszedłem na górę, bo oczywiście dama dostała mój pokój.
Spała. W kimonie mojej matki.
Zaniemówiłem.
To było najświętsze ubranie w całej jej szafie - wyciągane raz w roku, na Nowy Rok, kiedy cała rodzina zbierała się przy ołtarzu. A ona po prostu jej je oddała. Do spania.
Oceniłem, czy w ogóle zasługuje, by je nosić. I niechętnie muszę przyznać - wyglądało, jakby było stworzone dla niej.
Leżało na niej miękko, otulając skórę jak druga warstwa.
W tym momencie zrozumiałem, co mnie tak wkurwiało przez cały ranek.
Ona mnie wabiła.
Jak te mityczne syreny - nie przez słowa, tylko przez to... coś.
Nieziemską lekkość. Ten magnetyzm.
Nawet sposób, w jaki spała, był nieznośnie spokojny.
Jakby nie porwano jej kilka godzin temu. Jakby znała to miejsce od zawsze.
Wyglądała jak pierdolona Śnieżka - długie rzęsy, zaróżowione usta. Biust unoszący się przy każdym oddechu, jakby błagał o dotyk. I ta wyobraźnia, która znów robiła ze mną, co chciała.
Nawet sobie wyobraziłem, jak ciepłe musi być jej ciało o poranku.
I to właśnie był problem.
I tak stałem. Jak debil.
Z zapatrzeniem godnym nastolatka, któremu właśnie pierwszy raz zadrgał głos.
Nie zauważyłem nawet, kiedy otworzyła oczy.
Prawdopodobnie leciała mi ślina z ust, bo dałem się ponieść fantazji.
I wtedy czar prysł.
Bo ta pyskata dziewczynka otworzyła buzię i zaczęła drzeć się wniebogłosy, wołając moją matkę o pomoc.
Poległem. Na całej linii.
Matka zjawiła się w mgnieniu oka, jakby miała radar na histerię. A Daria? Wskazała na mnie palcem, jakbym właśnie wyrwał jej balona, i zaczęła opowiadać matce, jakim to jestem zbirem. Jakbym nie tylko ją porwał, ale jeszcze przetrzymywał w piwnicy i karmił suchym ryżem.
Matka zrównała mnie z błotem. Że nie daję dziewczynie odpocząć. Że pogarszam sytuację. Że jestem... No, cała litania. Wkurwiłem się. Pokazałem tej dziewusze odrobinę dobroci. Nie wyjebałem tej jej bransoletki do kosza. A ona, w moim własnym domu, robi ze mnie potwora.
Dopiero gdy wspomniała, że jestem panem tego domu - znaczy: synem pani tego domu - usiadła na dupie. A właściwie: wyprostowała się jak korkociąg, wstała, o mało się nie wywracając w tym cholernym kimonie, i zażądała wyjaśnień.
Miałem okazję się odgryźć. Rzuciłem żartem. Tylko ja się zaśmiałem.
Musiałem wyjść z twarzą, więc powiedziałem matce, że wuja mnie przysłała, żebym doglądał Darii. Udałem, że słucham, podziękowałem za śniadanie - niech sobie zjedzą same, skoro jestem takim łotrem - i wyszedłem jak najszybciej.
Sam sobie byłem winien tej całej paranoi. Po cholerę tu wlazłem i się na nią gapiłem. Teraz mam nauczkę - lepiej trzymać się z dala od tego szajsu i od niej całej.
Wściekłość zagłuszyła wszystko inne. Poszedłem na trening. Czystka. Jedno znane uczucie. Zero niejasności. Tylko ja i przeciwnik, którego - gdyby nie sędzia - prawie bym zabił.
Wodnik
Zbywałem telefony od wuja. Wiedziałem, o co będzie wypytywać.
Nie było tematu.
Przynajmniej dopóki nikt nie dzwonił z paniką w głosie.
Shuang postawiła mnie do pionu.
Zadbana, pewna siebie, zimna jak lód - dopilnowała, żeby mój sprzęt myślał tylko o niej.
I zrobiła to dobrze.
Chociaż nawet wtedy, w tych kilku sekundach ciszy... gdzieś z tyłu głowy była ona.
Ta druga. Ta "stuknięta".
Siedziałem przy biurku, przeglądając plany taktyczne, gdy zadzwoniła matka.
Westchnąłem. Boże...
Mówiłem jej, że ta dziewucha to wariatka.
Ale co się dziwić? Sam bym spierdolił na jej miejscu.
I wiesz co?
Brawa dla niej.
Naprawdę myślałem, że w tej cukierkowej głowie nie ma dość odwagi.
Wygląda na to, że się pomyliłem.
Obrała sobie najgorszy możliwy cel do drwin. Moja matka - ta naiwna, dobra dusza - znowu wyciągnęła rękę nie tam, gdzie trzeba.
- Mamo, daj spokój. To Pekin. A ona? Bosa, głupia i zbyt pewna siebie. Zaraz ją znajdę. Niech pobłąka się trochę - może w końcu dotrze do niej, że świat to nie bajka.
Zadzwoniłem do kierownika centrum handlowego i kazałem mu natychmiast wysłać cały monitoring z tej żałosnej sceny. Poczekałem kilka minut przed komputerem, aż w końcu pojawił się plik. Poprawiłem się na krześle i zacząłem oglądać...
Jest. Nasza zguba. Rozpina sobie guziki w sukience i gra ofiarę jakby za chwilę miała dostać Oscara.
Z jednej strony - szok, że same się nie rozleciały. Może i jest chuda jak osa, ale ten tyłek... jakby go rzeźbił sam Michał Anioł.
Zresztą, cała wygląda, jakby wyszła prosto spod jego dłuta. I to dopiero zaczyna mnie wkurwiać
Boże, za jakie grzechy... Wuj nie może się o tym dowiedzieć. Sądząc po tym, jak wyniośle wypowiadał się o tej całkiem zwyczajnej dziewczynie, zaczynam podejrzewać, że może mu po prostu brakuje... młodszych wrażeń.
A to oznacza, że jeśli jej nie znajdę, powiesi mnie za jaja.
A bardzo je lubię
Ona naprawdę nie grzeszy rozumem. Godzinę temu zamknęła się w kiblu. W męskim.
Patrząc na to z boku - plan był niezły. W teorii. W praktyce spłonął jak chińskie fajerwerki.
Jadę ją zgarnąć i od razu dzwonię do matki - niech ją następnym razem lepiej zwiąże.
Bo ta jej niewinna buźka to tylko kamuflaż. Pod spodem siedzi mały sabotażysta
Ryby
Ten przemiły chłopak miał na imię Tom. Nawet imię miał łagodne. Zaprosił mnie do środka, bo - jak się okazało - to była jego restauracja. Dał mi coś ciepłego do wypicia. Nie naciskał. Nie pytał, dlaczego wyglądam jak Zgredek.
I serio, wyglądałam dokładnie jak Zgredek z Harry'ego. "Zgredek jest wolny, nie ma swojego pana" - no, idealna rola dla mnie.
Nie dopytywał o mnie. Zamiast tego opowiedział coś o sobie, żebym mogła go poznać.
Przeprowadził się tutaj, żeby gonić marzenia. A po godzinach pisze powieści.
Czy ja właśnie opisałam materiał na męża?
Taki realny Theo-fucking-James. Nawet był do niego lekko podobny. I ten ciepły, gładki uśmiech...
Nakryłam się kocem po czubek głowy. No bo co miałam powiedzieć?
"Hej, mogę ci koncertowo zjebać życie"?
Jeszcze kilka dni temu - gwarantuję - by się zakochał. Bo jestem jego bratnią duszą. Takie same ciepłe, delikatne istnienia.
Byłam piękna. Zawodowo aktywna. Zdrowa psychicznie.
Dziś?
Żaden z tych podpunktów się nie zgadza. Popatrzyłam z żalem w oczach. Bo naprawdę miał takie cudowne, spokojne życie.
A on tylko się ciepło uśmiechnął, dolał mi herbaty i powiedział:
- Wiesz, wiem, kiedy ktoś coś ukrywa... i nie mówi o tym, bo boi się, że to się rozprzestrzeni. W końcu piszę książki, prawda? - zaśmiał się cicho.
- Coś mi mówi, Dario, że nie spotkaliśmy się bez powodu. To już gdzieś było zapisane.
Dlatego jeśli teraz nie chcesz żadnej pomocy - dam ci mój numer na kartce. Zachowaj go. A kiedy będziesz potrzebować - zadzwoń.
Dobrze się rozmawia z kimś, kto rozumie twój angielski.
- Dziękuję. Naprawdę... bardzo dziękuję. Od dawna nikt nie był dla mnie tak miły, Tom. Obiecuję, że się odezwę.
Tak, Daria. Z budki telefonicznej, jak wyżebrasz jakieś monety.
- Może nie jestem jakimś siłaczem, ale za to mięsień mózgu działa bez zarzutu - powiedział z uśmiechem. - Więc śmiało, nie wahaj się poprosić o pomoc.
Taki Simon Lewis, a ty Clary Fray.
Czy on właśnie nawiązał do mojej bohaterki numer jeden?
Majtki miałam całe mokre - i nie od deszczu.Patrzyłam na niego bez mrugania.
Chyba zbyt długo, bo zaczął się śmiać.
Wytrzyj ślinę, Daria. I myśl.
Później wrócimy do tego Odyseusza - teraz musisz uratować swoją boską dupę.
Patrze na karteczkę z numerem. No właśnie, numer.
Wstałam jak poparzona.
- Tom, mogę mieć prośbę?
Zaczął się śmiać. Tym swoim pięknym, rozbrajającym śmiechem.
Tak, Daria właśnie wkroczyła w fazę romantyczną.
Drogie Panie, może i wy zaczniecie wybierać takich facetów -
zamiast wysokich, napakowanych szatynów z ego wielkim jak ich nos.
.Dobrze, że znałam jej numer na pamięć - w sumie to był jedyny numer, jaki naprawdę pamiętałam. Nawet swojego nie kojarzyłam, ale ten był z kategorii: dzwonię do ciebie sto razy dziennie, bo muszę ci coś powiedzieć.
- Boże, poczta głosowa...
Czy ona kiedykolwiek odebrała za pierwszym razem?
DROGA PRZYJACIÓŁKO, MAM NADZIEJĘ, ŻE WŁAŚNIE LEŻYSZ I PŁACZESZ Z POWODU MOJEGO ZAGINIĘCIA I TO JEST POWÓD, DLA KTÓREGO NIE ODBIERASZ TELEFONU. ZADZWOŃ NA POLICJĘ - JESTEM W CHINACH. PORWAŁ MNIE JAKIŚ KOLEŚ, A AKTUALNIE PISZĘ OD PRZECHODNIA, KTÓRY MI POMÓGŁ, BO UCIEKŁAM. NIE WIEM, ILE TU JESZCZE BĘDĘ. ODDZWOŃ. ALICJA, TO NIE ŻARTY. JA SERIO JESTEM W CHINACH.
Wystukiwałam to jakby to był kod Morse'a, w totalnym skupieniu, siedząc w jakimś obskurnym kinie.
Tom wstał i ledwie wyczuwalnie dotknął mnie w ramię.