Rupiecie. Nowele - Maria Rodziewiczówna

Kup ebooka

8.51 zł
7.10 zł (6,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TRIUMFATOR

 

Kowal się zwał Krzysztofor Glon, miał kuźnię w rynku, i znał go każdy, mały i duży.

Majster był do lemiesza, sierpa, kosy, podkowy i wozu, do wszelakiej roboty ludziom rolnym zdatny.

Roboty miał huk, bo osada leżała wśród pół zbożowych, lud na niej żył spokojny, pracowity i syty.

Rok okrągły żarzyło się kuzienne ognisko - rok okrągły kuły młoty twardą stal na lemiesze, zgrzytały pilniki i toczydła, wyrabiając ostre kosy, sierpy, motyki i topory - na okolicę chwalono kunszt majstra, szanowano go i przychylność miał ogólną. On sam duży był i toporny - bary olbrzyma, siłę nie ludzką, a duszę prostą i mowę wesołą miał. Ilu ludzi było w osadzie, tyle miał druhów i kumów i kumotrów - u niego rajcowano, u niego się weselono, do niego chodzono po radę i pomoc. Nie było majstra i nie było radcy i pośrednika jak kowal Krzysztofor Glon.

Aliści pewnego dnia zdarzyła się nowina. Do osady zjechał z wielką budą - i na rynku osiadł w wynajętej u Żyda kramicy drugi kowal.

Krzysztofor Glon nie zajrzał mu, ani się go lękał.

Ziemia zjadała dużo lemieszy i tępiła kosy, a dawała zato wiele chleba, będzie dla dwóch roboty i sytości.

Taką miał duszę nie chciwą i nie zawistną.

Nowy majster cudzy był, kusy, czarny, suchy - Grek może, czy Cygan. - No - niechta - w rzemiośle może co się od niego skorzysta - niech kuje na zdrowie.

Kuźnię urządził, warsztat założył. Poszedł doń Krzysztofor Glon na robotę popatrzeć, nauczyć się czegoś nowego, rozpytać, skądby był, gdzie terminował.

Przybysz był z całego świata, całą ziemię przewędrował - wszystko umiał. Jako majstersztyki swej roboty pokazał miecze złotem nabijane i sztylety błękitno szmelcowane, i skrzynie misternie kute, i zamki z ukrytemi sprężynami, i rzędy na turniejowe rumaki - takie przeróżne sztuki, których Glon nigdy nie robił, a ludzie rolni nie znali nawet z widzenia. Krzysztofor Glon oglądał, o nazwę i użytek pytał i głową kręcił - a ludzie się gapili, roztwierając szeroko oczy i uszy na objaśnienie nowego kowala.

- No, a pługi kuć umiesz? - spytał wreszcie Glon.

- Nie, to za gruba dla mnie robota. Jam płatnerz jest!

- To pocoś tu przybył? Tu nie wojują, i pieniędzy w skrzyniach nie trzymają, i złodziei też niema na takie zamki misterne - i konie w turniejach nie służą, ale w bronach i wozach. Źleś trafił kolego - nie będziesz ze swego kunsztu chleba jadł. Chodź do mnie w termin - nauczę cię lemiesze stalić - będziemy razem pracować - i jeść.

Ale przybysz się lekko uśmiechnął.

- Dzięki ci za ofiarę, ale ja się głodu nie boję - bom ci i złotnik jest.

I wydobył sakwą ze skrzyni i jął pokazywać i migotać w słońcu różnemi cackami ze złota i srebra kunsztownie rżniętemi. Były klamry do pasów i guzy do odzieży, i spinki i rękojeście do nożów i mieczy, a tłum się aż stłoczył, owe blaski żółte i białe oglądając i dziwując się.

A Krzysztofor Glon machnął ręką z pogardą i zawrócił do swej kuźnicy, żałując czasu, który strawił na te odwiedziny. Żaden to z jego cechu był, ni kompan - ot kramarz od fatałaszków. Niech sobie zabawia próżniaczą gawiedź w świąteczny wczas.

Poprzez rynek - naprzeciwko siebie były odtąd dwa warsztaty. Przez sześć dni tygodnia ludzie z robotą kupili się przy kuźnicy - ale w święto szli do Greka - popatrzeć, posłuchać - pogadać, to i owo potargować. Kowal tam nie chodził, lubił w dzień wolny wyjrzeć w pole, obejrzeć robotę swych pługów i kos - przeto i nie wiedział czas pewien, co się działo u Greka.

Aż zobaczył u możniejszych na odzieży guzy złociste i spinki u pasów - i począł się naśmiewać. Ale oni niechętnie przyjęli żarty, a ci, co mu zawtórzyli - to byli ubożsi - a wtórowali - bo im złość była a zawiść - że ich na te cacka błyszczące nie stać. Kobiety też tłumnie odwiedzały Greka, poczęły kłaść na siebie naramienniki i pierścienie, szpilkami upinać włosy - jedna przed drugą w ozdobach się przesadzać, i te postrojone kazały się wyręczać tym - co na stroje nie miały i - przestały możne chodzić po sierpy do Krzysztofora Glona, bo miały już służebne.

Na niwach zbożnych już nie tak kipiała praca i ochota wszystkiego ludu - znoili się ci tylko - co musieli się znoić, a robili z myślą by zarobić, i zarobek zanieść do Greka, wymienić na podobne możnym ozdoby. Kto tam bardzo dbał o lemiesze, kto na nie patrzał - czarne były, grube - do podłej roboty.

Młódź zapragnęła innego czynu i oręża. Do pasów ze złocistemi klamry przybyły sztylety w pochwach misternych, inni poczepili u boku miecze.

- Poco wy się obwieszacie temi brzękadłami! Toć tylko zawada i ciężar! - mówił do nich Glon.

- Niewiadomo co będzie. Oręż rycerska rzecz!

- A pocóż wam rycerzami być? Bo to wam kto zagraża, macie przed kim się bronić? Idźcie z kosą w pole - łany gotowe czekają.

- Co tam łany. Są na nie parobki, niech koszą. My rycerze!

- Dur na was napadł. A toć zobaczcie, jak robią parobki - jak niszczą pługi - jak marnie koszą. Dziady z was będą nie rycerze - przy takiej robocie.

- Nie tyle bogactwa, co tu u siebie. Na świecie wszystko jest, i można dostać - kto siłę ma.

- Cóż to, na grabież pójdziecie?

- Pójdziemy zdobywać, gdy będziemy mieć oręż i zbroje. Rzuć pługi - idź do Greka na naukę - naucz się kuć blachy na pancerze, na hełmy - na konie zbrojne. Zapłacimy ci dobrze. Co twoje pługi warte!

Musiały być mało warte, bo wszyscy poczęli się z Glonem o cenę targować, zapłaty mu urywać, roboty skąpić. Byle czem, byle jak orano ziemię.

W kuźnicy często bywało cicho i ciemno - z braku roboty - a w izbie bywało czasem już głodno. Glon głód i zgryzotę przesypiał, czeladników oddalił, ale do innej roboty się nie brał - choć go kuszono.

Czasem ktoś biedniejszy prosił go o odkucie miecza, o wyhartowanie klingi, Glon już ze złości wymyślał.

- Rzeźnickie, rakarskie plemię. Nauczyli mnie, jak i czem ziemię rżnąć, - a nie ludzi. Idźcie do tego złego ducha, niech on z was zbójców robi.

Ho, ho, ale już nie te czasy były, żeby Glon coś ważył w osadzie. Jeszcze biedniejszy mu zmilczał, ale te poobwieszane orężem próżniaki na jego słowo odpowiadali zgóry:

- Stul pysk, gburze i smoluchu!

Doszło to wreszcie do serca Glona, doszło do wątroby. I któregoś dnia ognisko swe kuzienne wodą zalał, skórzany fartuch odpasał, kuźnię zamknął, wziął z chaty wędkę na ryby, i choć sam letni czas roboczy był, poszedł nad rzekę.

Znaleźli go tam parobcy - poczęli wołać o pługi, o kosy, ale Glon odparł:

- A cóż mi to za niewola. Chłopcy przerobili się na rycerzy - smyki na kawalerów turniejowych, rolniki na kasztelanów - to wolno kowalowi rybakiem być? Co? Nie! Niech Grek wam wszystko robi - orzcie i koście jego mieczami i nożami! A swoim panom powiedźcie, że Krzysztofor Glon poprzysiągł, że ogniska nie rozpali, ni młota, ni kleszczy do rąk nie weźmie, aż mu te same rycerze nie przyniosą tych swoich blach greckich - żebym je przekuł na lemiesze!

Tak się zaciął, że choć go prosili i namawiali, choć mu cenę zdwoili, choć mu grozili, że go z osady wypędzą - nie ustąpił, i nie jął się żadnej roboty. Łowił ryby, spał i wałęsał się przypatrując nowym porządkom, ale już słowa nie mówił. A porządki zgoła stawały się inne. Do osady rolnej i zbożowej - zjeżdżali się zdaleka, bywało, ludzie po ziarno; wywozili chleb - a wypróżniali trzosy. Ale teraz ziemia poczęła mniej rodzić, a pieniędzy więcej trzeba było na stroje, na ozdoby, na oręże. Ludzie poczęli narzekać, rozmyślać, przyklinać ziemię, mierzić sobie trud około łanu, jako niewdzięczny - i szukać innych sposobów zdobycia bogactw.

Więc najmożniejszym i najurodziwszym z młodzieży zaręczył Grek, że byle mieli piękną zbroję, - tarczę, rumaka w złociste okutego podkowy i giermka do posługi - to po świecie na takich czekają królewny i królestwa, i honory i zaszczyty, i skarby. Więc oddali mu co mieli grosza za rynsztunek, spaśli próżniacze rumaki, i wyruszyli w świat na wybitkę i na wypitkę. Ale w osadzie zostało jeszcze sporo ludzi - zdrowych i silnych, a łapczywych dostatku bez znoju. Więc tym opowiedział, że te kupcy, co do nich po zboże przyjeżdżają - mają miasto swe pełne dostatków i skarbów - miasto bez murów i bram - owi kupcy - zajęci przeróżnem rzemiosłem, do oręża niezdatni - i łatwo ich nastraszyć - i skarbami się obłowić.

Tylko trzeba do zwady okazję mieć - i mieć w pogotowiu oręż. Więc się już wszyscy zbroić poczęli, Grekowi sakwy nabijać, uczyć się zabijania, i chciwie wyglądać i wymyślać - o coby się do kupców przyczepić.

I tak się zdarzyło, że raz kupcy przybyli po zboże - wielu wozami, i roztasowali się na rynku. Targ trwał dni kilka, ale choć gwałtem szukano z nimi zwady, nie zdołano znaleźć racji. Kupcy spokojni byli, rzetelni, ustępliwi. Naładowali zbożem wozy i ruszyli. Aliści w godzinę po ich odjeździe gwałt się uczynił na rynku przy studni, tłum, wrzawa, popychanie.

Krzysztofor Glon od rzeki wracał z wędką na ramieniu i rybami w koszyku - podszedł, by się dowiedzieć, co się stało za nieszczęście.

Myślał, że dziecko w studni utonęło.

Aż słyszy:

- Złodzieje, zbóje, gałgany! Gonić ich, bić, siec!

I tłum już się zbiera do pogoni, już chwyta za miecze i noże.

- Co oni zrobili? - pyta Glon. - Ubili kogo?

- Wiadro nam ukradli - wiadro studzienne. My ich nauczym - ręce poobcinamy! Na kolanach, w zębach nam wiadro odniosą.

- Oszaleliście! - woła Glon, zgrozą zdjęty. - O drewniane studzienne wiadro będziecie wojnę toczyć, ludzi mordować! Opamiętajcie się - ja wnet moje własne, większe, kute, nowe wiadro u żórawia uczepię! Oszaleliście, opamiętajcie się!

Ale go już nikt nie słuchał. Wszyscy wrzeszczeli, wygrażali - chwytali co było pod ręką do bicia, i jedni konno, inni pieszo - pognali za kupcami. A Glona też porwała furja, i jakby przeczucie, więc jak był duży i siłacz straszny - uchwycił w swe łapy Greka, potrząsnął i cisnął w studnię.

- Będziesz ty wiadrem, szatanie! - wrzasnął.

Był pewny, że mu śmierć uczynił, a taki rozżalony był, że nawet nie wyrzucał sobie czynu!

Był pewny, że złego ducha zgładził!

Ale przecie około północy obudził się, szarpnięty niepokojem, wątpliwością. Człowiek to był, czy szatan? Bił się z myślami - wreszcie wstał, i wziąwszy hak na długiej żerdzi, poszedł do studni. Myślał sobie tak: jeśli człowiek - trupa znajdę na dnie - jeśli zły - to sczezł.

Zagłębił hak w studnię aż do dna - szukał, próbował - nie było nic. Ucieszył się - ale wtem hak o coś zawadził - i Glon wyciągnął - wiadro!

To samo, oderwane przypadkiem snać i utopione - o które się tam na drodze ludzie mordowali!

Glon w swej prostej duszy ucieszył się i nie rozważając, czy dogoni napastników - pobiegł z wiadrem na drogę - wołając na całe gardło:

- Wiadro jest, jest! Ludzie uspokójcie się! Wiadro jest!

Leciał drogą w pogoń ile miał sił, i krzyczał, póki tchu nie stracił. Aż wreszcie wyczerpany dopadł bandy jakiejś, która zpowrotem biegła, wyjąc i jęcząc.

Omylili się napastnicy, oszukał ich Grek - kupcy byli czujni, przezorni i zbrojni. Spotkała napastników sroga porażka, a że niewprawni byli i zapalczywi, oberwali takie cięgi, że pierzchli w nieładzie, pobici, ranni, przerażeni.

Glon patrzał ze zgrozą na ich podarte szaty, posiniaczone twarze - na krew, na kulawiznę.

- Ot i zarobiliście! A wiadro jest - było na dnie. Ot i rozum wasz! Ot i rycerstwo!

Z żalu tak mówił, z litościwej złości, ale oni z przestrachu i popłochu wpadli we wściekłość i nie wiedząc, do kogo się czepić, rzucili się na Glona.

- Ty smoluchu, będziesz z nas się naigrawać? Tyś sam z nimi kradł - tyś może ich ostrzegł!

Odzyskali swe rycerskie chęci - na widok jednego tylko wroga, ubiliby go na poczekaniu, ale Glon widząc, że z nim źle - gruchnął w najbliższego wiadrem - obalił - drugiego odepchnął, i umknął w las. Przesiedział w gąszczu dobę całą, i dopiero chyłkiem, korzystając z ciemności, dostał się do osady. A tam wrzało - jakby kto kij wetknął w mrowisko, i wiele zaszło zmian. Przedewszystkiem zobaczył na własne oczy - że Grek był cały i zdrów - i że mu kąpiel w studni popamiętał - bo z kuźnicy i chaty Glona zostało tylko odymione rumowisko - nie było do czego i poco wracać. Usłyszał też z wrzawy na rynku, że rajcowano tłumnie nad odwetem nad tymi "zbójami", kupcami. Postanowiono w rzemiośle wojennem się ćwiczyć, milicję utworzyć, sprawnych w tym kunszcie nauczycieli sprowadzić, i dopiero należycie się przygotowawszy - pomścić się krwawo zniewagi. Grek naturalnie miał mistrzów bojowych sprowadzić - warsztat swój powiększyć, aby cały naród uzbroić, bo i pachołki i parobki powinni byli orężnie się stawić.

Glona objęła taka żałość i rozpacz, że zatkawszy uszy, w pole uciekł, do ziemi piersiami przypadł, i rolę jęczącemi usty całował.

- Niebogo, niebogo, matko najlepsza! W niedolę i niewolę ciebie zaprzedają! - tak do niej gadał łkając.

Żal mu było bardzo kuźnicy i domostwa, ale stokroć więcej żal owych obłąkanych ludzi, i tej zbożnej niwy. Taką już miał duszę prostą, a nie chciwą! O siebie mało miał frasunku. Przytulił go las. Pobudował sobie budę w gąszczu niedostępnym, sprawił sidła, wędki i siatki - żył sobie z lasem. Ale coraz to z niego się wynurzał potajemnie, by obejrzeć pole - dowiedzieć się czynów osady: Ho, ho! rojno tam było, i gwarno i barwno!

Stroili się i zbroili, musztrowali, bębnili, trąbili - jakby bezustanny był kiermasz. Na niwach zato, odłogiem leżących, zakwitły maki, osty, kąkole i bławaty, łopian i bylica, jakie tylko były na świecie chwasty i zielska szkodne i płonne. Owad się zjadliwy rozmnożył w zielu, i jastrzębie polowały i lisy na bezbronne ptactwo, co nie miało zbóż ochrony, a na drugie łato wystrzelały z chwastów olsze, brzeźniaki, łozy, głusząc trawę, psując nawet pastwiska.

Ale ludzie się zaś uzbroili, i nauczyli wojowania, i na trzecie lato - w hufce zebrani, z wielką paradą surm huczących, barwnych proporców, rżeniem koni i rycerskiemi pieśni - pociągnęli na zdobycze i na odwet - za owo wiadro!

W osadzie zostali ino starcy, dzieci i kobiety - i Grek. Ale już nie sam, bo za nim ściągnęło się już ze świata rozmaite próżniacze tałatajstwo. Różne muzykusy i sztukmistrze, pachnidlarze i perukarze, pasztetniki i winiarze, - i to wszystko zostało - jako za subtelne do wojny.

Ale do białogłów szczególny dowcip mieli, i choć zrazu płakały i nudziły, powoli pocieszyły się i uspokoiły - i wcale nie głucho i smętnie bywało w osadzie w letnie księżycowe noce.

Z wojny przybywały różne gońce pomyślne i żałobne, aż wreszcie na jesieni pewnego dnia rozległo się takie larum trąb i dzwonów, że aż do kryjówki Glona echo je doniosło. Wybiegł patrzeć.

To hufce wracały z triumfem, ze zdobyczą, ze sławą śmierci mnogich wrogów i z kupą jeńców.

Glon tak był ciekawy i przejęty, że nawet się nie ukrywał, a ludzie, wiktorją upojeni, gdy go zobaczyli i poznali, zapomnieli urazy, i pociągnęli go ze sobą wspaniałomyślni.

Rozpoczęły się bankiety i uroczystości - lało się wino, płynęło złoto - bez miary i rachunku, bo zdobyczne. W ogólnej radości utonęły płacze wdów i sierót - boć nie wszyscy wrócili, i doraźne sprawy domowe - na białogłowy niektóre. Głuszył wszystko śpiew i śmiech, opowieści i przechwałki, jakby wszyscy pijani byli. Zaraz też rozporządzono, że jeńcy do robót będą użyci w dzień, a zamykani do więzień w nocy!

- Ot - nie lamentuj, Glon! Będzie znowu komu ziemię orać i kosić. Możesz znowu pługi kuć!

Ale Glon na jeńce patrzał, jedne słabe i ranne, inne osowiałe i senne, inne ponuro z pod brwi patrzące, i rzekł:

- Taka to będzie i robota. I taki da plon ziemia, ile ochoty i sporu będzie w tych rękach.

- Nie bój się! Muszą robić - a nie zechcą, to jest na ochotę głód i batóg! Zobaczysz jak się odgrzeją.

Glon wiedział z praktyki, że najlepiej milczeć. - Pobył wśród nich mały czas, a potem znowu do swej budy umknął.

A tymczasem gdy się ludzie przejedli, przepili, przegadali - zaczęli się nudzić - bez roboty. A robotą już nazwali bojowanie. Poczęli się tedy między sobą gwarzyć o honory i zaszczyty, o miejsce i głos, o różne błazeństwa, które sami wymyślili i ustanowili. Poczęli się wysadzać w zbytku i przepychu, stawiać dworce i kasztele, pisać coraz więcej praw, sądzić i karać. Ale wszystkiego było im za mało, bo się nie mogli swobodnie w czasie pokoju zarzynać, ile że to, co było w wojnie sławą - w domu było zabronione i karane. Dostatki też poczęły znikać - gdzieś wsiąkać - po kieszeniach i skrzyniach Greka i jego socjuszów, a pole, licho przez jeńców uprawione - dało lichy plon - a i po ten nikt nie przyjechał - bo kupcy byli zniszczeni, a inni lękali się zbrojnych rolników!

Poczęli się tedy wzajem okradać, oszukiwać, sądy miały co robić i wyrósł w owych czasach cech ludzi giętkich w języku, a krętych w słowie, którzy z owych spraw żyli i bogacili się.

A wreszcie ktoś rzucił myśl, że Grek i jego kompany zanadto złotem obrzękli, i wszczął się przeciw owym cudzym pomruk złowieszczy.

Ale Grek czuwał i nuż opowiadać o jakiemś mieście za lasem, stokroć bogatszem niż owa kupców osada i judzić, by popróbowali tam się obłowić. Już teraz i wiadra im nie było potrzeba - owszem postanowili znagła napaść i zagarnąć, i skoro wiosna błysnęła, ruszyli na nową wyprawę. Ledwie odeszli, skorzystali z tego jeńce i rozbiegli się - słabe straże pomordowawszy - i zostały znowu pola odłogiem, a osada w oczekiwaniu zdobyczy.

Glon już teraz swobodnie po osadzie chodził, i bardzo się zamyślił frasobliwie, gdy pewnego dnia gruchnęła wieść, że w nocy, cichaczem - ulotnił się gdzieś Grek i wszystkie jego kompany. Zebrał tedy na rynku pozostały lud na radę i rzekł:

- Wiecie wy, że z domostwa, w które piorun ma uderzyć, wynoszą się wcześnie myszy i szczury i szkodliwe robactwo. Źle dufam z tej ucieczki tych gałganów - i radzę ich dogonić, i zawrócić. Tu się obłowili, tu niech trwają i siedzą!

Ale kto miał gonić i zawracać, kiedy zostali z ludu starcy niedołężne, dzieci małe - białogłowy, które acz na zdradę i ucieczkę owych narzekały i pomstowały, ale zarazem nie chciały, by im się jaka krzywda stała, i tym trefnym perukarzom, i tym kudłatym muzykusom, i zgoła całej hałastrze.

Przegadali tedy Glona - i dali ujść greckiej szajce, a wreszcie i Glon pomyślał: Et, może i lepiej, że się to plugastwo wyniosło. Już ci gorzej nie będzie, jak było.

No, i jakoś proroctwo jego się nie sprawdziło narazie. Wojacy wrócili - nibyto zwycięzcy, ale nie z taką paradą, jak za pierwszym razem. Dużo swoich trupem tam zostawili, i byli jacyś mniej chełpliwi. No, ale przecie - wrócili, i gdy wypoczęli, odzyskali rezon. Spodziewali się pościgu, i nawet byli tacy, co radzili się warować, i gród czynić, ale że jeńców do roboty nie mieli, a sobie poczytywali za despekt ziemię kopać i glinę miesić, więc tylko rozstawili straże po drodze i wokoło osady, a sami używali wczasu i biesiad. Po czasie też, gdy wokoło była cisza - zapomnieli czujności, i czuli się bezpieczni. Brakło im Greka do naprawy oręża, i poczęli namawiać Glona, by ognisko na nowo rozpalił i ładził miecze i pancerze, kusili go różnie, a gdy się oparł - sromotnie go znowu z osady wygnali.

I Glon znowu w swe bory zapadł.

Aliści którejś nocy rozbudził go w budzie jakiś szum, trzask, jakby wielka burza puszczą szła. Wypadł, nasłuchiwał - i poszedł przekonać się, coby to było - bo wicher nie leciał, a przecie coś huczało. I zobaczył ze zgrozą, że drogą i gęstwiną szło ku osadzie jakieś mrowisko ludzkie, orężne, potężne - i zrozumiał - że to wróg - z odwetem.

Więc choć Glon jeszcze sińce miał od kamieni, któremi go wygnano od swoich - rzucił się biec, by wroga uprzedzić i ostrzec swych nieszczęśników. By czyste pole miał, możeby dobiegł w czas, ale łany były jedną gęstwą zielska, krzów i cierni, w które się plątał, i które go hamowały, i wreszcie upadł bez tchu i sił, na widok łuny, która stanęła nad osadą. A z łuną bił też w niebo wrzask boju, ryki, wycia, jęki, taki klamor straszny, że Glona zmysły odeszły i zmartwiał.

Tak mu sądzono było ostać, bo gdy się ocknął, i zebrawszy siły na pagórek się wdrapał, by spojrzeć na swą osadę - to jej tak jakby nie było. Jak okiem zajrzeć, była jedna pogorzel czarna, dymem osnuta i pusta i głucha.

Gdzie swoi, gdzie wrogi? Podszedł Glon w owe dymy, między te gruzy. Trup leżał przy trupie, wszystkie obdarte i krwawe, z domów sterczały kominy, z pałaców okopcone mury, z drzew osmalone szkielety - ni śladu życia. Znalazł przecie wśród trupów jednego, co jeszcze jęczał - tego wodą ocucił, rany mu obwiązał - i tego pytał:

- Gdzież rycerze? Może to być, by wszyscy legli?

- Pijani byli, śpiący byli, znienacka nas opadli. Legli wszyscy - może nieco w niewolę wzięli.

- A niewiasty, a starce, a dzieci?

- Pognali w pętach - na hańbę, na niewolę! Może kto uszedł, może kto się skrył, może kto jeszcze żyje! Szukaj, szukaj - ja, ja już odchodzę. A ty, Glon - tym, co zostali, nie daj oręża!

I z tem słowem umarł.

Długo Glon szukał życia w trupach, długo słuchał, czy kto się w gruzach nie odezwie - a wreszcie jął zmarłe grzebać, gorzko płacząc. Aż dopiero trzeciego dnia po owej strasznej nocy sądu na tych, co mieczem wojowali - z zarośli jak kuropatwięta, którym starkę ubito - wypełzło kilkoro dzieci, z głodu i strachu nieprzytomnych. Nakarmił je Glon chlebem, który znalazł w zgliszczach, odchuchał je i ułaskawił, i choć słabe i wątłe były to ramiona, kazał im sobie w grzebaniu pobitych pomagać, i rycerskie oczy piaskiem zasypując wciąż im powtarzał:

- Owo, patrzcie i uczcie się, jaki kres takich, co pracują mieczem, co budują na sile oręża!

Dymy opadły, groby trawą porosły, rumowiska deszcz opłukał - i w osadzie został ino Glon z dziećmi. Nie było tym dzieciom czasu ani się bawić, ani hodować. Stali się jedynymi pracownikami i dziedzicami spustoszonej, nieszczęsnej osady. I stały się wówczas dojrzałe i krzepkie i przemyślne pomimo lat młodych. Trzeba im było przecie ojcowiznę wskrzesić, gniazda spalone odbudować, ziemię odłożną wykarczować. Glon je uczył i pracował - znoiły się i one, ale jako mrówcza to była praca.

Aż oto pewnego dnia między zgliszcza wjechali jacyś konni, i jęli się rozglądać, i wreszcie jakby skamienieli ze zgrozy. Wyszedł do nich Glon - zobaczył oblicza jakby znane, a dalekie i pyta niepewny:

- Skądeście, ludzie wędrowne?

- My nie wędrowne ludzie - myśmy stąd kiedyś wyszli na turnieje - i oto wracamy, tęsknotą gnani. Gdzie zaś osada nasza?

- Ot - co zostało.

- A ludzie swoi?

- W ziemi lub niewoli.

- Co się stało? Jako do tego przyszło?

- Nie pamiętacie to? Jakeście lemiesz znienawidzili i pot od znoju nad ziemią! Nie pamiętacie to złotych blaszek Greka, i jego misternych kling mieczowych? A pancerze wasze, co? Co z turniejów przynosicie? A gdzie wasze królestwa i królewny? Samiście wrócili w popękanych blachach!

- Ot co zostało!

I szeroko rzucił ramieniem po ruinach, po zarosłych niwach, i po gromadce pacholąt, co go otaczała.

- Idźcie - mścijcie się, mordujcie wrogów. Odbierajcie mieczem waszą wolę i dolę!

Ale jezdni z koni zsiedli, i rzekli:

- Nas tu w powrót gnała tęsknota do ziemi. I my ślubowali, jeśli żywi dojedziemy - jej służyć. Daj nam pługów - kowalu!

Tedy Krzysztofor Glon jakby jeszcze zolbrzymiał i wyrósł - jakby się wodzem stał.

Wyprostował się, rękawy zakasał.

- Dzieci, węgle na żar i hurtem do miecha! A wy, rycerze - żelazo to precz z siebie - i za młoty! Hej, a żywo! Jakem rzekł i poprzysiągł - tak się stanie. Hej - zbroice na lemiesze, miecze na kosy, bojowe czekany na motyki i topory.

Zahuczały miechy, trysnęły z ogniska snopy iskier, z brzękiem na ziemię u stóp kowala padały zbroice.

A który się wyzuł z pancerza, rękawy zaginał - za młot brał, a Krzysztofor Glon jednym rozmachem pierwszy pancerz rozłupał, na kowadło cisnął:

- Wal! - zakomenderował. - Przeorzemy całą ziemię temi pługami i temi ramiony.

- Amen, triumfator! - odpowiedzieli mu zgodnym chórem, miażdżąc młotami pancerne blachy.

 

RUPIECIE

 

"Doktór Jóźwicki dziś umarł, pogrzeb we środę, proszę o rozporządzenie. Włodarski."

Taką depeszę znalazł pan Adam Jóźwicki, przemysłowiec i kapitalista, na swem biurze, przeglądając ranną pocztę.

Zrobiła nań wrażenie, pomimo, że z bratem od wielu lat nie utrzymywał stosunków. Nie widywali się, nawet nie pisywali do siebie.

Dzieliły ich całe światy: upodobań, pojęć, karjery, środowiska, funduszu, fachu, nawet przestrzeni.

Kołyski ich stały obok, ale gdy z kołyski wyszli, już się we wszystkiem rozeszli i nigdy się nie spotkali. Rodzice ich się rozwiedli i podzielili dziećmi. Starszy Adam został z ojcem w Warszawie; młodszego Kazimierza zabrała z sobą matka i wywiozła do swej rodziny, kędyś w głąb kraju. Adam obrał karjerę handlowo-przemysłową - jak ojciec. Zrazu mu pomagał, potem fabrykę odziedziczył, ożenił się bogato w finansowej sferze, fabrykę rozszerzył i rozwinął; teraz, u progu starości stojąc, miał miljon, firmę solidną, stosowny kredyt i godność, okazałą i jeszcze piękną żonę i jedynaka syna, którym się słusznie chlubił, z którego był dumny, gdyż podobnie, jak ojciec, oddany był interesom - robieniu pieniędzy i był godnym dziedzicem firmy.

Lubił też wprawdzie kobiety, zbytek i wesołe życie, ale że był młody i miał co tracić, nie widział w tem ojciec nic złego, ani niebezpiecznego - owszem, rad był, że się bawi i używa - przed ożenieniem.

Adam Jóźwicki był szczęśliwy i dumny z siebie. Zdrowie mu tylko już nie dopisywało. Przepracowany był, zdenerwowany - oddawna już leczył się, odwiedzał zagraniczne "kurorty" - zachowywał ostrą dietę. Ciężyło mu już życie; nużyły obowiązki, towarzyskie; świetne przyjęcia w salonach, gdzie królowała jego żona, odrabiał, jak pańszczyznę; w interesach już się chętnie synem wyręczał. Ożywiał się tylko w giełdowych i przemysłowych sprawach; pozatem nic go nie zajmowało, ani bawiło.

"Doktór Jóźwicki umarł" - odczytał raz drugi depeszę, spojrzał na adres: Kodymno. Co to być mogło? Pocisnął guzik dzwonka i kazał biurowemu oficjaliście zasięgnąć informacyj w telegrafie, gdzie się znajdowała ta miejscowość. Potem pomyślał, że przecie musi dać odpowiedź. Możeby wypadało przecie posłać tam syna... Ale się skrzywił. Poco wtajemniczać w to młodego, który o stosunkach rodzinnych ojca nie wiedział nic - i pewnie tym stryjem z Kodymna nie będzie uhonorowany.

Przyniesiono kartkę z telegrafu. Kodymno było małem miasteczkiem w guberni Witebskiej - gdzieś na końcu świata - zakazany kąt!

Można było sobie wyobrazić, jaki tam mógł żyć i pracować lekarz!

Jóźwicki wydobył kartę geograficzną, i po długiem szukaniu, wynalazł wreszcie to Kodymno - leżało gdzieś na uboczu od drogi żelaznej.

Stanowczo Roberta tam posyłać nie można, ale nie można też pominąć milczeniem depeszy i nie spełnić jakkolwiek rodzinnego obowiązku.

Może tam być rodzina i interesy - może długi - znają adres - telegrafuje jakiś Włodarski - zmarły zostawił o sobie jakieś informacje - może wydał polecenia. A może żyje jeszcze matka?

Jóźwicki się zadumał... Matka! - nie znał jej, nie pamiętał, nigdy o niej nie myślał. Teraz jakby zdumiał, że tak być mogło! Ba! była to drażliwa niegdyś sprawa, aby ojca spytać... Potem i na myśl nie przyszło w wirze interesów i innych stosunków. Nawet przy śmierci ojciec jej nie wspomniał, nawet o spadek nikt się nie zgłosił, nawet zawiadomienia o śmierci nie wysłał, nie wiedząc, gdzie tych dwoje żyje i czy żyje...

Teraz wieść przyszła - zapewne był potrzebny. Została może wdowa i sieroty. Pojechać tam musi.

Teraz już Jóźwicki był zdecydowany. Wziął firmowy blankiet i napisał depeszę: "Jadę - czekać z pogrzebem."

I oto w kilka godzin potem już był w wagonie i jechał niespodzianie w obce strony - z grubo wypchanym portfelem - przygotowany na rolę opiekuna i dobrodzieja. W domu nie powiedział, dokąd jedzie i w jakiej sprawie; zresztą nikt go o to nie pytał, i nikogo to tak bardzo nie zajmowało.

Podróż miał długą i nudną. Był sam w przedziale pierwszej klasy; dopiero pod koniec wsiadł jakiś współtowarzysz, od którego Jóźwicki się dowiedział, że Kodymno leżało o dziesięć wiorst od stacji kolei, było marną mieściną i żywot swój zawdzięczało hucie szklanej, położonej o wiorstę w ogromnych borach.

Co za wygnanie musiała być posada lekarza w takiej okolicy! Jakie losy wrogie, lub własna niezaradność i nieudolność zagnała tam jego brata!

Był wieczór, gdy pociąg dobiegł właściwej stacji. Na dworze późna jesień - wicher mroźny chybotał kilku latarniami; na platformie stał tłum Żydów i chłopów. Pierwsi - ruchliwi i gadający, drudzy - apatyczni i mrukliwi. Zjawił się zaraz woźnica w chałacie i ofiarował Jóźwickiemu swą bryczkę krytą, staromodną, jakąś landarę z przed lat stu, do której przyczepione były sznurkiem cztery różnej maści i miary, ale jednakowo chude chabety. Jóźwicki, widząc, że niema wyboru, siadł, i czwórka ruszyła ostro z miejsca, brzęcząc, jak transport żelastwa. Pęd ten trwał krótko, przeszedł w kłus, potem w truchcik, wreszcie w stępa.

Woźnica siedział gdzieś daleko za skórzanym fordeklem landary, krzyczał, bił konie i udawał, że powozi. W istocie konie czyniły i szły, co i gdzie chciały, bo wokoło panowała nieprzebita ciemność.

Wicher wył, ledwie się posuwali. Po długiej chwili Jóźwicki rozsunął skórzane firanki i zawołał do Żyda:

- Słuchajcie-no! Czy wy znacie pana Włodarskiego?

- Ojoj! to jest inżynier z nasze fabrykie! Czy pan dobrodziej do jego jedzie? Jego teraz w domu niema.

- Wyjechał?

- Nie, ale u nas teraz wielkie nieszczęście buło. U nas wszystkie bez głowy chodzą. Och! Nasz pan doktór pomarł! Och! To pan Włodarski tam przy nim siedzi. Jutro jego chować mają... Ot! co za żałoba i u Żydki, i u katolyki, i u prosty naród!...

- Czy doktór miał rodzinę?

- A może jaśnie pan to ten krewny, co to na niego z pogrzebem czekają? Oj... ja zgadł. Ach! jaki mnie honor co ja jaśnie pana widzę... Takie godne osobe. Ale jaśnie pan też honor ma, co takiego świętego w familji miał!... Och! takich ludzi, to więcej niema na świecie. Och! co ja panu powiem, pan sam najlepiej wie!... Och! jakie żałobe na nas wszystkie!...

Jóźwicki nie śmiał o nic więcej pytać: wstyd mu było nieświadomości, a przytem dotknięty się czuł w swej wielkości temi pochwałami. Nie wiedziano tu snadź wcale, że doktór był bratem miljonera; wogóle o nim nie wiedziano nic zgoła.

Jakże daleko zajechał i w jaką dzicz!

- Poganiaj-no, a to się nie dowleczemy do rana - rzekł.

- Tu są wielkie wyboje od te wozy, co szkło dostawiają. Ja nie mogę trząść takie godne osobe. Ale za lasem to my pojedziem jak maszyna żelazna!

Była to tylko czcza przechwałka. Po wybojach nastąpiły korzenie, potem bezdenny piasek, wreszcie błoto, ale razem z błotem rozszedł się zapach dymu, i gdy się Jóźwicki wychylił, ujrzał po obu stronach błotnistej ulicy niskie domki i parkany, i zrozumiał, że stanął u celu podróży. Rozsunął firanki i starał się coś zobaczyć, ale majaczyły tylko kontury. Wjechali na wielki plac, ujrzał grupę nagich drzew i wieżę - był to kościół zapewne; potem skręcili wbok znowu ulica niebrukowana, obrzeżona domami i parkanami. Nagle wehikuł stanął przed jakąś furtką, i woźnica rzekł:

- To jest dom pana doktora.

Jóźwicki wysiadł, zapłacił, wziął swoją ręczną walizkę i wszedł za ogrodzenie. Zobaczył opodal światła w dwóch niskich oknach, zarysy małego domku, i ruszył w tym kierunku, odczuwając dziwne uczucie obawy, kogo tam spotka.

Uspokajało go to, że zapewne jest oczekiwany.

Drzwi od ganeczka - na dwóch słupach - nie było zaryglowane, zapewne usłyszano turkot, bo gdy wszedł do środka, z przeciwległych drzwi wyszedł młody mężczyzna z lampą, i zbliżywszy się, rzekł, spojrzawszy na gościa:

- Zapewne pan Adam Jóźwicki. Jestem Włodarski. Oczekiwałem pana. Pani Jóźwicka jest na przybycie pana przygotowana.

Jóźwicki nic nie odparł, rozebrał się z paltota, przelotnie spojrzał po ścianach i kątach nagich i ciasnych, po podłodze usłanej świerkowemi igłami i poszedł za Włodarskim ku drzwiom pokoju. Włodarski usunął mu się z drogi przed progiem, i Jóźwicki znalazł się sam w pokoju, oświetlonym jedną lampą, przy której siedziała stara, siwowłosa, szczupła kobieta i szyła coś czarnego. On stanął w progu, ona podniosła oczy, opuściła ręce z robotą na kolana, i rzekła:

- Adam jesteś. Witam cię!...

Patrzyli na siebie - chwilę - może wieczność. Jej oczy wyblakłe, zmarszczkami otoczone, poczęły nabiegać łzami, i usta zwiędłe drżeć; on odczuł takie bicie serca, że dech tracił i łapał z trudem powietrze. Wreszcie rzucił się ku niej i upadł u jej kolan.

- Matko!...

Ręce przezroczyste, suche, białe spoczęły na jego głowie, i poczuł na włosach pocałunek.

Wyrwało mu się z piersi łkanie...

Na głowę jego, wtuloną w fałdy żałobnej szaty, padały ciche, gorące łzy matki.

Ona pierwsza przemówiła:

- Dziękuję ci, żeś przyjechał. To on przed śmiercią polecił Włodarskiemu ciebie wezwać. Troskał się o mnie.

On wreszcie oprzytomniał, podniósł się i rzekł przerywanym głosem:

- Ja nic nie wiedziałem, nic nie przeczuwałem. Tak byłem bez was całe życie.

- Całe życie!... - powtórzyła cicho, przyglądając mu się - i już go nie poznasz!

Ścisnęła czoło dłońmi, jakby zgnieść, opanować chciała myśli i uczucia, i dodała z żałością i słodką dobrocią:

- Ja cię zawsze w myśli miałam, i pamięci, i w modlitwach. Cieszyłam się, słysząc, że ci się powodzi i szczęści. Tak młodo i dobrze wyglądasz.

- Matko, czy ja go już nie zobaczę? - rzekł zcicha.

- Wynieśli go już wieczorem do kościoła - odparła szeptem.

- Dlaczego umarł? Młodszy był ode mnie. Może... może... - tu głos mu zadrżał - możeście nie mieli środków do ratunku, a jam nic nie wiedział.

- Nie, nie. Nic nie brakło z ludzkich środków, ale nie było ratunku. Przeziębił się... zapalenie płuc... we cztery dni... było trzech kolegów... wola Boża.

Zaplotła ręce na kolanach i utkwiła oczy w przeciwległą ścianę. Jóźwicki spojrzał też i zobaczył małą fotografję, marną robotę małomiasteczkowego zakładu, w ubogich drewnianych ramkach. Bez pytania wiedział, że to "on" był, i chciwie się weń wpatrzył.

Blada, sztywna podobizna: twarz o myślących i wesołych zarazem oczach, i uśmiechniętych ustach: jakaś jasność i siła, i dobroć w całej głowie, nie odznaczającej się zresztą pięknemi rysami, ani kształtami.

- Dawna fotografja? - spytał.

- Z przed trzech lat.

- Wygląda na trzydziestoletniego.

- Taki był zawsze... do ostatniej chwili.

Jóźwicki, który był zdjął ze ściany fotografję, zawiesił ją napowrót, i dopiero teraz rozejrzał się po pokoju, i spostrzegł, jak był mały, niski i ubogi.

- Matko, - wybuchnął - i wy tu w takiej biedzie i niedostatku jesteście, a jam nic nie wiedział!

Staruszka spojrzała wokrąg ścian. Oklejone były taniem obiciem, przeciętem gdzie niegdzie drzeworytem lub kolorową litografią. Sprzęty były twarde, stare, ledwie kilka sztuk, każde inne. Komódka, stolik, fotel, kilka krzeseł, w głębi jej łóżko. Z prostych desek podłoga, upstrzona gdzie niegdzie kawałkiem kilimka, w oknach niskich wazoniki z kwiatami.

Patrzyła długo, wreszcie rzekła:

- Może tu nieładnie, nieświetnie, ale nie miałam tu ani jednego dnia bez radości i szczęścia, aż do tego ostatniego tygodnia. Piętnaście lat tu spędziliśmy, zrazu jako lokatorowie, od trzech lat dopiero jako właściciele. Zbierały się powoli sprzęty, po sztuce, każdy z taką uciechą! A szczęście zawsze było takie wielkie!

- A przedtem gdzieście żyli?

- Przedtem... dziesięć lat w Tiumeniu!

- Ach tak! A przedtem?...

- Mieszkałam w Wilnie. On się uczył. Gdy skończył, jużeśmy się nie rozstali... aż teraz... na krótko!...

- I dlaczegóż osiedliście tu, w takim kącie? Jakież to życie, jaka karjera, co za praktyka i praca? Piętnaście lat, żeby zdobyć tę ruderę i te rupiecie!

- Nie urągaj. Nam było dobrze z tem, ze wszystkiem, co nas otaczało, i z każdą pracą. Czegośmy chcieli i pragnęli, to on spełnił: co zamyślił, dokonał. Pewnie, że to rupiecie... pewnie... ale on to kochał.

Przesunęła ręką po oczach i umilkła.

Adam coraz więcej wracał do przytomności i zwykłej rozwagi. Odczuwał oburzenie, że matka była w takiem położeniu. Ten domek zagrodnika, to ubóstwo urządzenia, ta jej wytarta czarna suknia, ta lampa rublowa, te jej spracowane ręce, szyjące żałobę, te kraty koślawe, te okienka z drobnych szybek - wszystko napełniało go wstrętem, upokorzeniem, zgrozą. W głębi duszy miał już obraz tego brata ideologa i niedołęgi, który nie potrafił nawet stworzyć dobrobytu i wygody dla tej jednej starej kobiety którą niby to zapewne kochał i przez którą był widocznie ślepo kochany.

Cała jego praktyczność, rzutkość i bystrość przemysłowca burzyła się na taką apatję i gnuśność. Ale nie śmiał odezwać się z krytyką zmarłego, więc tylko myślał, jak matkę stąd zabierze, jaki jej da przepych i wygodę, jaką opieką i sercem otoczy. A tymczasem poczuł się w obowiązku zająć się odrazu interesami i spytał:

- Przybyłem tak późno, że już nie mogę służyć inaczej, tylko finansowo. Wszystkie koszty moje, pozwoli mama. Zapewne pan Włodarski mamę wyręczał. Proszę, mamo, wziąć wszystko, proszę!

Położył przy niej portfel, na który popatrzała smutno.

- Nie trzeba pieniędzy, Adamie, nic nie trzeba.

- Mama mi nie odmówi przecie! - rzekł gorzko.

- Nie, ja ciebie nie chcę urazić w dobrej chęci, ale naprawdę nie trzeba. Spytasz Włodarskiego... Aleś ty zdrożony, zmęczony, głodny. Jak ja pamięć i myśli potraciłam!

Wstała i przeszła do sąsiedniego pokoju; słychać było, że rozmawiała ze służącą, i po chwili zawołała go.

Zobaczył pokój równie ubogi i skąpo umeblowany. Była to jadalnia, i posiłek już był podany przez starą służącą, która ciekawie obejrzała gościa.

- Poproś pana Włodarskiego! - rzekła jej pani Jóźwicka.

Sługa wyszła, a staruszka dodała:

- Zasnął zapewne. Tyle nocy czuwał nad nim, a potem ze mną...

- Czy to może krewny nasz?

- Nie, to wychowaniec Kazia.

Podała mu półmisek z potrawą, zajęła się herbatą.

Zastawa była skromna, gruby fajans i szkło zapewne miejscowej fabrykacji, stół ceratą przykryty, długi. Pod ścianami na półkach książki, a wyżej, szeregi poglądowych i geograficznych atlasów.

Wyglądało to, jak szkoła, i zrobił głośno tę uwagę.

Staruszka spojrzała wokoło i rzekła:

- Dużo tu przeszło chłopaków... i wyszło ludzi! Gwarno bywało... teraz cicho!...

Chciał Jóźwicki dalej pytać, ale wszedł Włodarski. Przywitali się jeszcze raz, i młody mężczyzna zajął miejsce u stołu.

- Byłem przed chwilą na plebanji, - rzekł do staruszki - i ułożyliśmy z księdzem porządek pochodu.

- Proszę pana, - rzekł żywo Jóźwicki - matka mi pozwoliła ponieść koszt pogrzebu, więc jestem do rozporządzenia, i chciałbym, żeby to było zrobione jak najokazalej, o ile to przy miejscowych środkach jest możliwe.

- Proszę pana, - odparł młodzieniec - to ani moja, ani pana, ani nawet pani wola i rzecz. Pogrzeb pana doktora nie my urządzamy i robimy. Jego grzebie Kodymno; my z księdzem i policją radziliśmy nad porządkiem pochodu.

- Jakto... niby? - spytał, nie rozumiejąc, Jóźwicki.

- "Ojca chowają dzieci!" - tak mi rzekli senjorowie robotników, miasteczka i wsi okolicznych po śmierci pana Kazimierza. Pani przyznała im prawo.

Jóźwicki poczuł się wzruszonym.

- Wynagrodzę im to po królewsku! - rzekł.

Włodarski brwi zmarszczył, ale nic nie rzekł.

- Nie masz wieści od Ławrynowicza? - spytała staruszka.

- Nie... jedzie napewno. Rano będzie.

- Czeka mama jeszcze kogoś?

- Wychowaniec Kazia, doktór. Już drugi rok praktykuje w Łodzi.

- Słyszałem o nim. Bardzo zdolny i wzięty.

- Ojciec jego jest dotychczas mechanikiem u nas w fabryce - rzekł Włodarski.

- Mamy kilkunastu ludzi z Królestwa, reszta już wszyscy tutejsi.

- Pan mówi: "już". Więc przedtem byli wszyscy z Królestwa.

- Nie... przedtem byli sami Czesi i Niemcy.

- Dużo państwo zatrudniają ludzi?

- Trzysta rodzin!

- A pan już dawno pracuje?

- Już piąty rok.

- Pan studjował w kraju?

- Skończyłem politechnikę w Dreźnie, wprawiałem się jeszcze w Czechach, byłem rok w Anglji.

- I to pierwsza pana posada?

- Pierwsza i ostatnia. Jestem ze szkoły doktora. Tu wzrosłem, tu zostanę!

Obejrzał się po ścianach z jakimś serdecznym smutkiem, potem spojrzał na staruszkę i rzekł:

- A pani nic nie je! A pani obiecała!...

- Piłam herbatę, doprawdy, piłam! Wyście też obadwaj pomęczeni, i tak już późno. Zaprowadzę cię na spoczynek, Adamie... Taką miałeś daleką i nużącą drogę!...

Zapaliła świecę i poprowadziła go przez sień do narożnej izby, która widocznie była gabinetem doktorskim. Posłanie znalazł gotowe na otomanie. Matka pocałowała go w czoło i wyszła.

Patrzał za nią. Jaki zachowała pomimo lat chód żywy i jaką prostą postać!

Pozostał sam i obejrzał pokój. I tu nie było śladu jakiegokolwiek komfortu i dobrobytu: wszędzie ta sama prawie bieda. Jedna szafka z narzędziami, druga z podręczną apteczką, umywalnia, szafa z książkami, fotel, kilka krzeseł i biurko, zarzucone papierami i gazetami.

Na biurku fotografja matki i kilka cenniejszych drobiazgów, zapewne podarków. Między innemi zauważył nóż do papieru, ślicznie rzeźbiony, z napisem: "Tiumeń, Przesylna, Doktorowi naszemu" i żelazny kałamarz, arcydzieło kunsztu, z napisem: "Ślusarze po tyfusie 1890 swemu świętemu."

Poczuł się wreszcie wyczerpanym i zmożonym wrażeniem, położył się i zgasił światło. Długo jednak zasnąć nie mógł - ów brat, znany tylko z nędznej fotografji, stał mu w oczach, a on mu powtarzał wciąż jedno: "Jak mogłeś moją matkę utrzymywać tak nędznie?... Dlaczegoś się do mnie nie odwołał?"

Rano zbudził go hałas przed domem, zakrawający na ostrą kłótnię i bójkę. Gdy się zerwał i spiesznie ubierał, posłyszał opanowujący wrzawę głos Włodarskiego. Wyjrzał przez okno i zobaczył gromadę furmanów Żydów z batami w ręku, dowodzących czegoś hałaśliwie. Włodarski parlamentował, Żydzi skakali sobie do oczu, tkali gwałtem Włodarskiemu do rąk jakieś blaszki.

Wreszcie on wszystkie te znaki wziął, zmieszał i poszedł z niemi do domu. Wrócił po chwili i rzekł głośno:

- Pani wyjęła siódmy numer. Uspokójcie się!

Żydzi, charkocząc, poszli do furtki; kłótnia uciszyła się, jak czarem.

- Co to było? - spytał Jóźwicki, spotykając Włodarskiego w sieni.

- Wszyscy chcieli wieźć panią Jóźwicką na cmentarz. Trzeba było losować. Teraz się niepokoję, czem przyjedzie Ławrynowicz, bo na kolej nikt z nich nie pojechał.

- Czy cmentarz nie w mieście?

- O, bardzo daleko, aż za fabryką.

- Karawan zamówiony?

- Jest, i dyrektor fabryki przeznaczył do niego swe konie, ale będzie chyba tylko dla formy.

Weszli do jadalni. Staruszka robiła herbatę, ubrana w czerń, którą wczoraj sobie poszyła, spokojna; chciała się nawet do syna uśmiechnąć, ale nie zdołała, kurczowo zadrgała twarz tylko.

- Już dziewiąta, a Ławrynowicza niema! Spóźni się! - rzekła.

- Ot i jest! - zerwał się Włodarski, wyjrzawszy oknem.

Od furty szedł barczysty, elegancko ubrany mężczyzna, za nim dwóch ludzi niosło spore kufry.

Po chwili nowo przybyły wszedł do jadalni i przypadł do kolan staruszki. Nie płakał, przez chwilę nie mówił nic, tylko jej ręce całował.

A potem ozwał się drżącym głosem:

- Depesza o chorobie nie zastała mnie w domu, a po tej drugiej zabawiłem dwa dni, żeby sprawy uporządkować i już nie potrzebować wracać.

- Już nie odjedziesz?

- Jakeśmy postanowili. Bodajem tylko potrafił tem się stać, czem on był!

Głęboko odetchnął i wstał. Wtedy dopiero spostrzegł obcego i zesztywniał.

- Mój syn Adam - rzekła staruszka.

- Ławrynowicz.

Uścisnęli w milczeniu dłonie.

- Pojedziemy już! - ozwał się Włodarski.

Staruszka odziała się w niemodne palto i zrudziały stary kapelusz, i wyszli przed dom.

Dzień się wypogodził, jeden z tych rzadkich słonecznych dni późnej jesieni. Jóźwicki zobaczył teraz całą posesję. Domek był drewniany, typowy dworek z małego miasteczka. Jednym bokiem już się pochylił, gontowy dach zielony był od mchu, ze ścian tynk w wielu miejscach poopadał - rudera!

Przed nim był spory dziedziniec, plac widocznie dziecinnych zabaw sportowych i gimnastyki, na boku rabatki ze szkieletami i zwłokami letnich kwiatów, w głębi sad owocowy. Całość stanowiła może dwa morgi - ot, marna zagroda mieszczańska.

U furty na ulicy stały dwie landary i woźnica pierwszy począł wołać:

- Ja, numer siódmy! Ja wiozę panią!

Jóźwicka spojrzała serdecznie na pejsatego furmana i wsiadła z Adamem.

W kościele biły już dzwony.

Gdy wynurzyli się z uliczki, zobaczyli plac przed kościołem, zatłoczony ludźmi, którzy utworzyli dla nich jakby szpaler, i na widok staruszki, co do jednego odkryli wszyscy głowy. Zresztą była cisza, tylko te dzwony gadały.

U bramy kościelnej było sporo ekwipaży i bryczek, a gdy stanęli, kilku starych, z waszecia ubranych mężczyzn otworzyło drzwiczki i na ręku wyniosła prawie Jóźwicką z landary. Adam jej podał ramię i szli wśród pochylających się, odkrytych głów i uroczystej ciszy. Jóźwicki czuł dziwne ściskanie i bicie serca.

Kościół cały był jedną masą świeżej świerczyny. Wysoko, pośrodku, w mnóstwie świateł szarzała dębowa trumna, jak w gaju.

Nie było na niej wieńców, ni wstęg.

Pierwsza ławka czekała na Jóźwicką, w następnych było nieco sąsiedniego obywatelstwa, nieco kapeluszy damskich, trochę miejskiej inteligencji, ale tłum zbity, gęsty, stanowiły kapoty, siermięgi, kurty robotnicze, i jak Jóźwicki z podziwem zauważył, chałaty żydowskie. Stali, jak jedna zgodna armja, robotnicy, chłopy Rusini, mieszczanie i Żydzi. Stali poważni i skupieni, i patrzyli wszyscy na trumnę.

Zaczęły się egzekwje, potem msza, wreszcie ruch się uczynił w tłumie, jakieś porządkowanie, wokoło katafalku skupili się mężczyźni, zbliżyli się panowie z ławek, Włodarski i Ławrynowicz.

Jóźwicka modliła się cały czas bez łkań i jęków. Z oczu jej, utkwionych w trumnę, sączyły się ciche łzy, usta poruszały się czasem.

Gdy ludzie poczęli spuszczać trumnę, gdy ją wzięli na ramiona, zajęczała raz tylko i wstała, by iść za nią aż do ostatecznego kresu.

Uderzono we wszystkie dzwony, roztworzono naścieżaj podwoje kościoła: krzyż, chorągwie, ksiądz, trumna wysoko nad tłumem, wszystko wysunęło się na rynek, i wyszło też słońce z za chmur jesiennych. Tłum runął nazewnątrz, ale Jóźwicką i Adama, który ją prowadził, otoczył kordon robotników, by ochronić od nacisku ludzi.

Ksiądz chwilę się zatrzymał, bo karawan czekał przed furtą, ale szmer się uczynił, rósł, ogarnął cały tłum.

- Nie damy wieźć... zaniesiemy! On z nami był do końca, my z nim! Nie damy wieźć.

Karawan się usunął. Tłum zwartą masą otoczył trumnę, zajaśniały w słońcu krzyże i chorągwie, zamigotały tysiące świateł, wszystkie dzwony, jakie były w mieście, biły, wszystkie bractwa uszykowały się w pochód, ksiądz zaintonował śpiew, który podjęły młode głosy chłopaków, poprzedzających trumnę, zgodnym chórem.

Pochód się wysunął, minął rynek, skręcił w uliczkę, i nie miał, zda się, końca.

Ławrynowicz napół przemocą uprowadził staruszkę do powozu i z nią pozostał. Za trumną szedł Adam z Włodarskim; ludzi niosących zmieniali gwałtem coraz to nowi, i widział Adam, że cisnęli się jednako i panowie, i chłopi, i robotnicy... Wszyscy do tej trumny, jakby do zaszczytu.

- Co ludu się zebrało! - szepnął Adam.

- Bo nikt nie został w domu, a i fabryka dziś stoi. Wszyscy są! - odparł Włodarski.

- Bardzo poczciwi ludzie!

- Poczciwi! Ludzie będą zawsze poczciwi dla tych, którzy ich kochają. Bywają wyjątki, ale to wyrodki. Ten tłum nie dowodzi mocy swego uczucia, lecz wielkości duszy tego, którego w grób niesiemy. miał wszystkich w sercu i myśli, i wszyscy są z nim, do ostatka! O, teraz go nasza fabryka żegna.

Pochód wił się już po drodze podmiejskiej, opodal zaczerwieniały mury fabryki i białe domki osady robotniczej, i oto te mury się ozwały: nad dachami wykwitły smugi pary, rozległy się gwizdy wszystkich sygnałów, zadźwięczały wszystkie robocze dzwony i dzwonki. Z osady wysypały się dzieci i kobiety, usypały drogę świerczyną i przyłączyły się także do pochodu.

Jóźwicki szedł, szedł, po wybojach, po błocie, nie czując zmęczenia ni niewygody. Taki miał w głowie natłok wrażeń, taki szum, takie dziwne dławienie w gardle.

A już ukazał się cmentarz w borze, mnóstwo krzyżów i kapliczka, domek grabarza. Dzwon stamtąd począł witać i wołać tego, który ku spoczynkowi dążył.

Zbliżała się ostatnia chwila rozstania.

Gdy się staruszka znalazła nad otwartą katakumbą, obok trumny, przypadła do tego drzewa, objęła je ramiony, zajęczała. I nagle jak huragan przeszedł po tłumie, zajęczały, załkaty wszystkie piersi, zgłuszyły modlitwy i śpiewy.

Adam Jóźwicki cały się wstrząsnął. Widział tłumy na pogrzebach, eskortę uznania lub sympatji, formę oddania czci zmarłemu, ale takiego jęku tysięcy nie znał, nie przypuszczał, że jest możliwy.

Ławrynowicz szepnął coś staruszce i pomógł jej powstać. Potem skinął na ludzi, pokazując ją oczyma, i uciszyli się, ciche tylko chlipanie rozlegało się, kędy były kobiety. Spuszczono trumnę w grób, i wtedy ksiądz przemówił. Młody był, o energicznej twarzy, a dobrych oczach. Mówił głosem, który się łamał i wiązł chwilami w gardle.

- "Bracia, otośmy w grób złożyli tego, który nas miłował. Cobym wam rzekł o nim, to tylko słowa będą blade. Niema wśród nas żadnego, który go ojcem nie zwał, i ze mną po nim nie płakał, i nie błogosławił go. I oto opuścił nas, który nas miłował, ale myli się, kto sądzi, że go już niema wśród nas. Był on tu i pozostanie, bo nie ujrzy każdy z nas domu jego, matki jego, uczniów jego, czynów jego, nie wspomni żaden z nas dobra i cnoty, żeby jego pamięci i życia nie czcić, jego myśli i duszy nie miłować. Jako sieroty i rozbitki się czujemy, ale zarazem za synów jego się uważając, bierzemy po nim dziedzictwo święte, chlubne i nieoszacowane, i obowiązek miłowania tego, co on miłował, pracy i cnoty, jakiej on nas uczył, służenia temu, czemu on służył. I będzie on zawsze wśród nas, jeśli będziemy jego godni. Niech mu ta ziemia będzie lekka, bo ją miłował!"

Głos księdza ustał, schylił się, rzucił na trumnę garść ziemi.

Jóźwicki wziął też trochę piasku w rękę, ale zamiast rzucić w grób, trzymał w dłoni i zapatrzył się w robotnika, który stanął obok księdza, i bardzo blady, z drgającemi rysami twarzy, cisnąc do piersi swą czapkę, mówić począł.

Zdało się Jóźwickiemu, że go zna, że go często widział, że głos jego słyszał, tak podobny był do tej rzeszy fabrycznej, z którą spotykał się prawie codzień u siebie. Ach, jak on ich znał! - zdawało mu się. Ich postać barczysta, ich ręce twarde i zdefigurowane narzędziem, często okaleczone wypadkiem, i cerę ciemną, i jakby zadymioną, ich rysy zgrubiałe i tępe, ich oczy martwe lub złowieszcze, ich milczenie posępne, lub ryk rozpętanej bestji. Widział i znał ich w różnych fazach: pokory, pochlebstwa, strachu przed władzą, wykrętów fałszywych, czasem pijanego zuchwalstwa, i z doświadczenia nie lubił i był na ostrożności, gdy mówili.

Gdy tłum ten się zbierał bezczynny i wybierał z pośród siebie mówcę, Jóźwicki zwykle pierwszym instynktowym ruchem skupiał się do jakiejś walki, i szukał w kieszeni rewolweru. I teraz w pierwszej chwili doznał tego uczucia, ale tylko w pierwszej chwili.

- "Bracia i towarzysze, i wszyscy ludzie tutejsi, od najbogatszych do najuboższych, którzyśmy się tu zeszli, jakby jedna familja! Czy pomnicie wy, jako tu u nas się działo przed laty piętnastu, kiedy ot my tu się zabłąkali aż z końca świata, szukając chleba, stagnacją fabryczną zniszczeni!

"W fabryce byli Niemcy, na wsi Rusiny, w mieście Żydzi, a każdy jeden drugiego nienawidził, jeden drugim pogardzał, jeden na drugiego wilkiem patrzał. Nas pięciu przybyło jeszcze innych i już całkiem obcych. Do fabryki nas nie przyjęto, we dworach nas się lękano, na wsi traktowano jak włóczęgów: musieliśmy żebrać, żeby mieć o czem dalej się wlec.

"Po jałmużnę przypadkiem zaszliśmy do niego... i ot, jaka była jego jałmużna.

"Na jego słowo po kilku dniach przyjął nas dyrektor na najmarniejszą robotę, i zostaliśmy. Nie starczyło zarobku na chleb, on nas żywił; nie starczyło na odzież, on nas odział; nie było dachu, jego dach nas ogarnął. Tylko jednego wymagał: "Nie czyńcie mnie wstydu... nie czyńcie sobie wstydu." To tak się zaczęło. Było nas, jego domowników, pięciu, a jest nas teraz w fabryce trzysta rodzin, i wszystkich ludzi, którzy z nami żyją i mieszkają w tej okolicy, bierzemy za świadki, żeśmy wstydu nie zrobili ni jemu, ni sobie! I wszystkim ludziom tutejszym dziękujemy, że nas przyjęto za swoich, jako on zalecał. I dziękujemy starszym naszym i zwierzchności, że uczynili nam pracę dobrą i korzystną, życie zdrowe i wygodne... na jego prośby i starania. Staraliśmy się tak być, jak on chciał, i błogosławimy go za to, i pamięć jego świętą zachowamy wśród siebie, pewni, że będą jemu podobni ci, których on brał i nauczył, żeby po nim wzięli kierunek naszych uczynków i potrzeb. Aby znak był po wsze czasy myśli jego, czynimy z groszy naszych szpital jego imienia, bo wiemy, jak on tego zawsze pragnął!"

- Uczynimy! - przeszło uroczyście falą głosów po tłumie.

Posypały się na trumnę grudki ziemi, rozległo się ostatnie: "Anioł Pański".

Jóźwicki się rozejrzał. Ławrynowicz i Włodarski prowadzili staruszkę do powozu; tłum ich przeprowadzał.

Duża gromada kupiła się na uboczu wokoło mówcy, i słychać było dysputę.

- Dlaczego my nie możemy dać! - wołał jakiś w kapocie zagrodnik.

- A namże win ne bat'ko buw? - oburzał się jakiś chłop, przez głowy ludzkie podając rubla.

- Jak wszyscy, to wszyscy! - coraz więcej wołano. - Bierzcie, Ławrynowicz!

- No, to wołajcie pana Włodarskiego, nie dam sam rady.

Skoczył ktoś i wrócił z Włodarskim.

Tłum kładł srebro i papierki, dawali zobowiązania do jutra. Jóźwicki, jak zahipnotyzowany patrzał. Wszyscy byli - datki wszystkich. I grubsze asygnaty obywateli, i dyrektorów, i inteligencji, do wytartych czterdziestówek kobiet w chustkach, do zmiętych papierków kramarzy, Żydów i chłopów.

Zrazu Włodarski chciał zapisywać ofiarodawców, ale za wielu się cisnęło, za wielu powtarzało:

- Naco pisać? Wszyscy dajem... ile kto może. Będzie mało, to potem znowu dołożym.

Tu Jóźwickiego coś pchnęło, wydostał się z tłumu do Włodarskiego i rzekł:

- Ile zabraknie, to ja dołożę. Jestem jego bratem.

Tłum się rozsunął, poczęli mu się przyglądać, coś szeptać, wreszcie jakaś kobieta rzekła:

- Szczęśliwy pan, że Bóg jeszcze taką matkę uchował po jego stracie!

- Dziękujemy panu za ofiarę! - rzekł Włodarski.

Jóźwicki skierował się ku wyjściu razem z tłumem.

Dzień jesienny miał się już ku końcowi, niebo znowu zasnuło się chmurami.

Jóźwicki zaniepokoił się o matkę, wsiadł do jakiejś landary i kazał jechać prędko.

W szarym mroku domek doktora wydał mu się jeszcze nędzniejszym, jeszcze bardziej ruderą. Matkę zastał w jadalni z księdzem.

Zapoznała ich z sobą, i po chwili obojętnej rozmowy, Jóźwicki bardzo gładko zagaił sprawę zapłaty za pogrzeb. Ksiądz spojrzał na niego, jakby z wyrzutem, i odparł:

- Pan Kazimierz sam to już załatwił.

I zapanował dziwny chłód. Ksiądz się zaczął żegnać i rzekł, wychodząc do staruszki:

- Więc od jutra wieczorem będę już codzień przychodził na lekcję. Dzieci są uprzedzone. Czy doktór Ławrynowicz wyszedł?

- Poszedł już do chorych. Tyle czasu byli bez opieki!

Gdy zostali we dwoje tylko, Jóźwicki począł nerwowo chodzić po jadalni. Miał natłok myśli, a nie umiał wyrazić.

Wreszcie usiadł obok matki, i wziął jej rękę w swoje, i począł ją całować.

- Mamo, wiecie, że jestem bogaty, bardzo bogaty. Mam żonę i jednego syna! Żebym się teraz z interesów wycofał, złożę miljon; jeśli dalej pracować będę, fundusz będzie co rok wzrastał. Nie przeżywam dochodów, a przecie na nic nie skąpię. Co teraz będzie? Ach, jak pragnę, by mama ze mną była, bo, mamo, ja pomimo wszystko bardzo sam jestem!... Poczułem to teraz, dotychczas nie myślałem!... Sam, i spracowany, i już zdarty życiem. Jakbym ja się poczuł szczęśliwy, gdybym mamę miał przy sobie! Jam przecie nie winien, że tak dotychczas było! Gdybym wiedział, gdybym przypuszczał...

Urwał, czując, że winien; nie śmiał dalej mówić.

- Teraz mama do mnie należy... teraz musimy być razem, teraz...

Popatrzał na nią, trochę niepewny, czy nie urazi tem co powie.

- Teraz, mamo, my to miasteczko i tych ludzi osypiemy złotem za ich uznanie dla Kazimierza. Co im trzeba: szpitala, szkoły, ochrony, zapomogi, wszystko im mama da, wszystkie potrzeby zaopatrzy. Ja mam na to wszystko dość funduszu, ale przecie matki im nie mogę zostawić... nieprawda? Nie może mama żyć nadal w tej ruderze, wśród tych rupieci, cierpieć niedostatku...

- Nie mów tak! o nie mów! - przerwała mu. - O, Adamie, czyż ty naprawdę mogłeś myśleć, że ja to opuszczę!? Dla ciebie to rudera i rupiecie, dla mnie to ukochane gniazdo, i skarby, i ideały nasze. Ja się tu czułam zawsze szczęśliwa i bogata, a teraz... mój Boże, teraz... ja tylko dlatego przeżyłam go, dlatego mi z bólu i rozpaczy serce razem z nim nie pękło, że jego matką się czułam! Tu jego duch, jego myśl, jego praca... Dlatego żyję. Nie mów tak, nie mów! Mnie tak ciężko słuchać, żeś ty taki obcy! Mnie ciebie bardzo żal!

- Prawda, żem inny, prawda! Ja nie rozumiem, mnie to oburza widzieć mamę w takiem otoczeniu. Ja nie zniosę, żeby mama tak została, jeśli stąd wyjechać do mnie nie chce. Dobrze, ale ja tu mamie stworzę odpowiednie gniazdo, dam odpowiednie wygody i ja tu do mamy przyjeżdżać będę. Dobrze, mamo?

Ukląkł przed nią i błagał, do głębi wzruszony.

Staruszka potrząsnęła głową:

- Nie, Adamie, nie. Ja tu zostanę, jak byłam i czem byłam. Rudera jeszcze mnie przestoi, rupiecie te kocham! I pieniędzy twoich tu nie wezmę... Nie, to wszystko tutaj, jak jest i co jest, to Kazia dziedzictwo: Nic nie zmienię. Tobie się to wydaje nędzą i niedostatkiem, bo ty znasz przepych i zbytek. Gdybyś znał mieszkania i sprzęty robotników, którzy na twój przepych pracują, gdybyś pokochał i przecierpiał nędzę i niedostatek prawdziwy - ich, tobyś nie grzeszył, nazywając nasz byt nędzą. Jam syta, jam odziana, mnie ciepło, mój byt bezpieczny, mogę próżnować, gdym chora, mam czas na czytanie, nie grozi mi głód z racji stagnacji, oszczędności fabryki, starości, niechęci starszego... jam można! Słuchaj, chcesz wydawać tysiące tutaj dla mnie, wydaj je dla mnie tam, u siebie. Wydaj je, myśląc o mnie, a będziemy wtedy wszystko troje razem. A do mnie tu przyjeżdżaj, pókim żywa, przyjeżdżaj często, a gdy umrę, połóż mnie przy Kaziu, i uszanuj te rupiecie nasze, i podaruj je temu, kto o nie cię poprosi. Bo widzisz, te rupiecie to... to... moje klejnoty!...

Łzy przerwały jej mowę, łkanie ciche wstrząsało nią.

Wtem rozwarły się drzwi: wszedł Ławrynowicz i Włodarski, a za nimi dwóch majstrów fabrycznych. Położyli na stole dwie czerwone chustki pełne pieniędzy, a potem przystąpili do staruszki, pocałowali jej rękę, i jeden przemówił:

- Przynieśliśmy zebrane pieniądze. Niech pani je schowa i z panami tymi sprawą pokieruje. My, co w naszej mocy, zrobimy. Mendel Sysel obiecał dać drzewo na szpital, pan Rudnicki daje sto tysięcy cegły, chłopi ją darmo zwiozą, a mieszczanin Taras Bur daje plac swój za młynem. "Stanowy" obiecał papiery, jakie trzeba wyrobić, majstrzy za pół darmo zrobią. Byle nam pani zdrowa była, daj Boże!

Staruszka opanowała się siłą woli, a drugi majster dodał:

- Boć pani z nami zostanie?

- Zostanę, dziatki, zostanę! Gdzieżbym była do końca!

- To i dzieci można wieczorem przysyłać?

- Od jutra, a jakże! Ksiądz tymczasem syna zastąpi.

- Potem ja! - ozwał się Ławrynowicz. - Tylko się trochę z chorymi urządzę.

- Bobyśmy też pani od siebie i nie puścili! - rzekł majster, rzucając spojrzenie ukośne na Jóźwickiego.

- Dziękuję wam za wszystko, i za ten pochówek serdeczny... - zaczęła, ale łzami się zalała, i tylko......................................