Rupieciarnia na końcu świata - Agata Mańczyk

Reflow text when sidebars are open.
Czasami człowiekowi urośnie w gardle taka gula, że ani jej wypluć, ani przełknąć. Z tej sytuacji są tylko dwa wyjścia. Udusić się, zabierając swoje kłopoty do przytulnego, cichego grobu, albo wszystko opisać. Z przyczyn obiektywnych wybrałam drugie rozwiązanie. Dlatego teraz siedzę w niewielkim pokoju, otoczona paskudnymi różowymi kotkami, które gapią się na mnie z lekko pożółkłych tapet, i zastanawiam się, jak wytrzymam w tym miejscu następne dziesięć lat. Może krócej. Powiedzmy osiem. Jak dobrze pójdzie, to nawet trzy.
Tak czy inaczej, to mój nowy dom. Stary był jeszcze w całkiem niezłym stanie, ale mama stwierdziła, że są granice wytrzymałości i jej właśnie zostały przekroczone, że jest wciąż atrakcyjną kobietą i może ułożyć sobie życie i że nie zamierza tkwić w toksycznym związku tylko dlatego, że kiedyś przez nieuwagę ślubowała coś przed ołtarzem. Rozwód załatwiono w tempie ekspresowym. Sąd orzekł całkowity rozpad pożycia. Obie strony skwapliwie przytaknęły. Nieletnia córka została u matki, ojciec dostał prawo widywania się z nią w każdy weekend. Mieszkanie sprzedano, a pieniądze podzielono po połowie, tak jak całą resztę. Wysoki sąd życzył wesołych świąt i poszedł do domu na karpia. My nie mogliśmy. Nie mieliśmy już domu.
Mama była trochę stremowana, ale szczęśliwa. Jeszcze nigdy jej takiej nie widziałam. Gorączkowo pakowała ubrania, książki, płyty i zdjęcia. Opowiadała nerwowo, jakie to wspaniałe życie nas teraz czeka. Może i tak. Na dobry początek nie kupiłyśmy choinki. Przecież się nie opłaca, bo za tydzień się wyprowadzamy. Może i tak. W Wigilię mama dłużej siedziała w pracy, bo musiała pozamykać wszystkie sprawy, ale miała mi to wynagrodzić w pierwszy dzień świąt. Faktycznie się starała. Nie mogę się czepiać. Kilka naprawdę zabawnych filmów na DVD, spacer po parku, moja ulubiona pizza i ciągła gadka o tym, jak teraz wszystko się zmieni. Może i tak, tylko czy na lepsze?
Nie znalazłam na mapie tego całego Tomaszowa i to wzbudziło moje podejrzenia. Mama mówiła, że to piękna miejscowość. U babki miałyśmy mieszkać tylko przez jakiś czas. Potem mama znajdzie pracę w Lublinie. Kupimy dom z ogródkiem i wszystko wróci do normy.
- Dlaczego nigdy wcześniej tam nie jeździłyśmy? - zapytałam podejrzliwie.
Machnęła ręką, ale zauważyłam, że lekko zadrżała jej powieka. Zawsze tak było, kiedy coś ją nagle zdenerwowało i nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić.
- Jakoś się nie złożyło. Zresztą nigdy nie byłam z twoją babcią zbyt blisko.
- A co się stało? - drążyłam.
- Nic takiego. Zwyczajny młodzieńczy bunt. Ty wiesz najlepiej, jak to jest. - Zaśmiała się trochę sztucznie.
Ja wiem najlepiej! A niby skąd? Nigdy w życiu się nie zbuntowałam. Właściwie nie miałam nawet powodu. Mama nie narzucała mi, jak powinnam się ubierać i zachowywać. Nie kupowała mi bluzek z falbankami, bo wiedziała, że ich nie znoszę, nie kazała recytować wierszy na spotkaniach z przyjaciółmi i nie sprawdzała, jakie czytam książki. Obserwowała mnie ukradkiem, myśląc, że tego nie widzę, i czasami zwierzała się przyjaciółce, ciotce Helenie, że wszyscy przeżywają gehenny ze swoimi nastoletnimi dziećmi, a ona ma błogi spokój. Czy to normalne? Może rzeczywiście coś ze mną jest nie tak, ale zawsze szkoda mi było czasu i energii na kłótnie o kolczyk w brwi albo ufarbowane włosy. Czy to naprawdę takie ważne? Jeśli chodzi o ciuchy, to wystarczają mi klasyczne granatowe dżinsy, kolorowe podkoszulki najczęściej bez nadruków i proste swetry albo bluzy z kapturem. Nie noszę biżuterii, nie maluję się, nie piję i nie palę. Mam długie proste włosy w zwyczajnym brązowym kolorze, które najczęściej spinam na karku, żeby nie wchodziły mi do oczu. Zielone oczy, trochę za długi nos i kilka dyżurnych pryszczy na brodzie. Nic specjalnego. Nie mogę powiedzieć, żebym była ładna, ale nie jestem też jakoś szczególnie brzydka. Chłopcy zazwyczaj nie zwracają na mnie uwagi i nie mam im tego za złe. To całe przedstawienie z trzepotaniem rzęsami, pudrowaniem nosów w ubikacji i histerycznym śmiechem ze spalonych dowcipów przyprawia mnie o mdłości. Na szczęście żadnemu z moich kolegów nie przyszło do głowy zapraszać mnie na randkę ani rozmawiać na przerwie dłużej niż to absolutnie konieczne. Jestem przeciętną dziewczyną z niemodnym imieniem. Czasami wydaje mi się, że jeśli głośno nie krzyknę, ludzie wokół nie będą nawet wiedzieli, że żyję. A mimo to krzyczę bardzo rzadko. Nie włóczę się nocami po mieście, nie golę głowy i nie przekłułam sobie nosa ani pępka. Lubię smutne wiersze Agnieszki Osieckiej, płaczę na komediach romantycznych i znam na pamięć wszystkie piosenki Marka Grechuty.
Nie lubię żółtego koloru, krupniku, bitej śmietany, deszczu i zmian. Pechowo się złożyło, bo akurat te ostatnie od jakiegoś czasu czaiły się w pobliżu, żeby w odpowiednim momencie zwalić mi się na głowę. To jednak nic w porównaniu z tym, jaki numer wycięła mi moja własna, rodzona matka. To długa historia. Lepiej zrobię sobie kubek gorzkiej herbaty, zanim przejdę do rzeczy.
Otóż moja mama jest bardzo podobna do mnie. Zawsze poważna, odpowiedzialna i skupiona na wszystkim, co robi. Nie lubi rozmawiać o głupstwach, nie marnuje czasu na seriale i nie kupuje plotkarskich gazet. Poza tym nie zna żadnych ciekawych historii. To podejrzane. Nigdy nie chciała mi opowiedzieć o swoim pierwszym chłopaku i o tym, co robiła jako dziecko. Kiedyś myślałam, że po prostu w jej życiu nie wydarzyło się nic ciekawego i nie ma o czym mówić, a kłamstwo było niezgodne z jej naturą. Myliłam się. Po pierwsze jeśli ktoś nie chce o czymś mówić, to zwykle dlatego, że woli to zatrzymać dla siebie, czyli ma tajemnicę. Po drugie każdy człowiek czasami kłamie, nawet ten, który się do tego nigdy nie przyzna. Prawdę mówiąc, tacy ludzie kłamią częściej niż inni. Moja mama kłamała przez całe życie. W ten sposób chciała ukryć swoją tajemnicę przed światem. Nie udało jej się. Przeze mnie. A wszystko zaczęło się od starego pudełka.
Podczas opróżniania mieszkania przed przekazaniem go nowym właścicielom na najwyższej półce w szafie, pod stosem prawie nigdy nieużywanych białych obrusów i haftowanych serwetek, znalazłam pudełko. Było metalowe w kwiatki, szczelnie zaklejone szarą taśmą, a na wierzchu widniało napisane flamastrem jedno znaczące słowo: "NIE!". Ktoś nie chciał, aby pudełko zostało otworzone, ale zignorowałam to. Dostanie się do środka nie zajęło mi więcej niż pięć sekund i od razu wiedziałam, że włamałam się do skarbca. Stary, duży zegarek na rękę z pękniętą szybką i wygrawerowanym napisem: "Dla Feliksa Sztachetki z rodziny Płotków od jego Księżniczki", zniszczona i wypłowiała czerwona wstążeczka, srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem, szmaciana lalka i połowa srebrnego serduszka na rzemyku. Granica między czymś bezwartościowym a bezcennym jest bardzo płynna. Zrozumiałam to dobrze, kiedy delikatnie obracałam w palcach kolejne przedmioty. Dla mnie to były śmieci, ale moja mama miała na ten temat na pewno inne zdanie. Schowałam wszystko do środka, zakleiłam nową taśmą, odłożyłam na półkę i zapomniałam. Do czasu aż pudełko stało się nagle bardzo ważne.
Zaskoczyła mnie. Moja własna matka po tylu latach naprawdę mnie zaskoczyła. Nie przypuszczałam, że ktoś tak skupiony na pracy, poważny i zasadniczy może coś ukrywać przed własną córką. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Ten cały błyskawicznie przeprowadzony rozwód i wyjazd do tajemniczego Tomaszowa, o którym nigdy do tej pory nie słyszałam, zamiast przygnębiać, dodawał mamie energii. Była podekscytowana i zdenerwowana. Mówiła za dużo i za szybko, śmiała się za głośno i była roztargniona, co nigdy do tej pory jej się nie zdarzało. Miałam wrażenie, że boi się tego, co przed nami, a jednocześnie nie może się doczekać. Nie rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi, i bałam się. Bałam się jak diabli. Później okazało się, że słusznie.
Moje spokojne i nudne życie zaczęło się nagle zmieniać w tempie, do którego nie byłam przyzwyczajona. Całkowicie zdezorientowana pozwoliłam matce na więcej, niż powinnam, ale o tym opowiem kiedy indziej. To będzie historia o mnie. O tym, jak w końcu zaczęłam krzyczeć, ale też o mamie, której tak naprawdę nigdy nie znałam, i o mojej rodzinie, w której było więcej tajemnic i klątw niż w grobowcu Tutenchamona.
Zapomniałam o najważniejszym. Nazywam się Maryla. Mam szesnaście lat i piszę to wszystko, żeby nie zwariować.
* * *
W niedzielach jest coś magicznego. Człowiek budzi się sponiewierany i zniesmaczony faktem, że mimo wszystko nadal żyje. Do tego za oknem pada śnieg z deszczem, a nie ma na świecie bardziej niedobranej pary. Jest zimno, ponuro i beznadziejnie. Zupełnie jak w grobie. Wtedy właśnie przychodzi do głowy ta myśl. Niedziela. I uśmiech sam pcha się na ponurą gębę, więc się człowiek, rad nierad, uśmiecha pod kołdrą do siebie i do swojej głupiej nadziei, że dziś wszystko będzie dobrze. Oczywiście nie będzie, ale o tym dowiem się dopiero za kilka godzin.
To nasz szesnasty dzień w Tomaszowie. Powinnam właściwie powiedzieć: w Tomaszowie - tej dziurze zabitej dechami, do której nawet diabeł nie zagląda, bo umrzeć z nudów byłoby poniżej jego godności.
Do rzeczy. Przyjechałyśmy pierwszego dnia 2009 roku. Sylwestra spędziłyśmy w naszym starym, nieudanym domu, do którego następnego dnia rano wprowadziło się jakieś młode małżeństwo z córeczką. Uśmiechali się podekscytowani, kiedy mama wręczała im klucze i mówili, że będą tu szczęśliwi. Nie byłabym tego taka pewna.
W każdym razie kilkanaście godzin wcześniej mama siedziała na podłodze w pustym pokoju, z butelką czerwonego wina i ciotką Heleną, przy cicho grających piosenkach Rodowicz, na cześć której dostałam imię. Rodzice, nadając mi je, liczyli pewnie, że będę miała równie nieziemski głos. Płonne nadzieje, bo ja, mimo imienia, które cierpliwie dźwigałam na barkach, ignorując komentarze koleżanek, nigdy nie zrobiłabym kariery jako piosenkarka. Pomijając zasadniczy problem, czyli całkowity i bezdyskusyjny brak głosu, słuchu i poczucia rytmu, w życiu nie wyszłabym na scenę przed tłum gapiących się na mnie ludzi. Mama nie znosiła smutnych wierszy, a mimo to codziennie po powrocie z pracy puszczała płytę Rodowicz, licząc na to, że odkryję w sobie miłość do śpiewania. I odkryłam, ale coś innego. Kiedy pierwszy raz usłyszałam Bossa novę do poduszki, zamarłam nad stosem brudnych naczyń w kuchni. Poczułam, że moje życie nie będzie już takie jak przedtem. Wiedziałam jednak, że nigdy nie zacznę śpiewać. Nie sądzę też, żebym kiedyś napisała coś na tyle sensownego, żeby ktoś z własnej nieprzymuszonej woli miał ochotę to przeczytać. Zresztą, co właściwie mogłabym robić w życiu poza czytaniem wierszy i analizowaniem swojej skomplikowanej osobowości? Pewna jestem tylko tego, że kiedy czuję się naprawdę paskudnie, mogę otworzyć mocno już zniszczoną książkę ze zdjęciem młodej i smutnej Agnieszki Osieckiej na okładce i zdołować się do całkowitego, beznadziejnego i mrocznego, jak dno studni, końca. Nie wspominałam jeszcze, że generalnie rzecz biorąc, jestem dość pogodną osobą.
Wracając do sylwestra. Mama z ciotką Heleną upijały się na smutno na podłodze w pustym pokoju, nucąc, rzecz jasna, piosenki tej bardziej uzdolnionej Maryli. Dziwne, dopiero teraz przyszło mi do głowy, że tamtego wieczoru słyszałam je po raz ostatni. Nigdy więcej mama nie puściła tej płyty. Nie zaśpiewała żadnego ze swoich ulubionych kawałków, a kiedy przypadkowo usłyszała znajomą melodię w radiu, zmieniała stację. Być może to z powodu rozwodu. Rodowicz pojawiła się w jej życiu razem z tatą, który poprosił ją o rękę na koncercie w Opolu. Od tej chwili zawsze byli we dwoje, a raczej we troje, bo kasety z Marylą mieli upchane w każdym kącie, w samochodzie i w domu. Kiedy po dziewięciu miesiącach od ich wypadu na festiwal przyszłam na świat, sprawa imienia wydawała się oczywista. Minęło jednak szesnaście lat, mama zaczynała nowe życie i najwyraźniej, oprócz mnie, nie zamierzała ciągnąć za sobą żadnych ogonów.
W tę smętną ostatnią noc najgorszego roku, przez jaki przyszło mi przebrnąć, siedziałam w swoim pokoju z dwojgiem najbliższych mi ludzi na świecie. Piliśmy dużo lodowatej coli i, podobnie jak mama i ciotka za ścianą, nie mieliśmy zbyt dobrych humorów. Zrobiłam moją sławną sałatkę z cykorii, pomarańczy i rodzynek, która teraz stała nietknięta na podłodze. Bruno przyniósł czipsy i moje ulubione chrupki orzechowe, na które wyjątkowo nie miałam ochoty, a Sabina przytaszczyła dwie butelki wina porzeczkowego, robionego co roku przez jej dziadka. W życiu nie piłam czegoś tak paskudnego, a jednak uznaliśmy, że doskonale pasuje do okazji i naszych nastrojów. Tego właśnie było nam trzeba, żeby przetrzymać tę noc. Następnego dnia rano wsiadłam do samochodu, mama nacisnęła pedał gazu, wrzuciła piąty bieg i wyjechałyśmy z Warszawy, żeby, jak się zarzekała, nigdy więcej tu nie wrócić. W tym momencie poczułam, jak pęka mi serce. Autentycznie. Nagły skurcz, lekki ból i znowu ta gula w gardle. Może to histeria, ale, do diabła, to było moje miasto i moje życie! Co właściwie miało znaczyć "nigdy"? Rozumiem, że chciała sprzedać mieszkanie, żeby pozbyć się nieprzyjemnych wspomnień i zacząć wszystko od początku, ale zostawić to, na co tak ciężko pracowała, aby po prostu uciec i do tego "na zawsze"?! To było do niej zupełnie niepodobne. Dopiero kilka miesięcy pracowała w tym dużym, modnym czasopiśmie dla kobiet. Miała szansę zostać szefową działu. Odkąd skończyła studia, walczyła o to, żeby dostać się do redakcji gazety takiej jak ta i kiedy w końcu jej się udało, odpuściła. Nie mogłam w to uwierzyć, ale mama milczała, więc nie drążyłam tematu. Mówiła tylko, że nie muszę się martwić, bo nadal ma dużo zleceń na teksty do różnych gazet i z zarobionych pieniędzy spokojnie się utrzymamy. Podobno nie trzeba siedzieć w redakcji, żeby pisać o zdradzie małżeńskiej i problemach z wychowaniem trzylatka.
Nie wiedziałam więc, kiedy będę mogła wrócić do domu. Ostatecznie to nie ja się rozwiodłam i postanowiłam zacząć wszystko od nowa. Dlatego opracowałam plan i zamierzałam się go trzymać. Posiedzę z mamą dwa lub trzy tygodnie, góra miesiąc, najwyżej półtora, żeby się pozbierała, a potem wrócę do Warszawy i zamieszkam z ojcem. Wrócę do szkoły, przyjaciół i mojego starego, wspaniałego życia. Wrócę do wieczornych spacerów po Nowym Świecie, do śpiewania na całe gardło piosenek na moście Śląsko-Dąbrowskim, do ukochanej ulicy Francuskiej na Saskiej Kępie, gdzie raz w miesiącu odwiedzałam pomnik niezmiennie smutnej Osieckiej, do pływania rowerami wodnymi po stawie w parku Skaryszewskim, do Powązek, które najbardziej lubiłam w upalne popołudnia, kiedy można było schować się między grobami i w cieniu starych drzew czytać książki. Do naszego kina Muranów przy placu Bankowym, w którym spotykaliśmy się w każdy piątek i szliśmy na losowo wybrany film, a potem zjadaliśmy wielką pizzę i sałatkę w pobliskiej Pizzy Hut. I do Starówki. Kolorowych, zapchanych turystami wąskich uliczek, gdzie zawsze kupowałam pańską skórkę i obwarzanki. Tyle tego było. Niedzielne wyprawy w okolice sławnego warszawskiego trójkąta bermudzkiego między ulicami Targową, Ząbkowską a Brzeską, gdzie wybieraliśmy się czasami z aparatami i, jak na złość, nigdy nie spotkało nas nic złego, chociaż tak liczyliśmy na przygodę. Nigdy nie lubiłam Łazienek, ale wiedziałam, że za nimi też będę tęsknić. I za tym warszawskim dziwolągiem, Pałacem Kultury, gdzie zimą jeździliśmy na łyżwach, a latem chodziliśmy na basen. I za naszą białą kawiarnią[1] na Świętokrzyskiej. Siedzieliśmy tam godzinami w sobotnie popołudnia, grając w Monopoly i pokera. Będę tęsknić. Już tęskniłam. Za wszystkimi rzeczami, które zawsze mnie irytowały w tym mieście - za zapchanymi tramwajami i korkami na ulicach, sprzedawcami sznurówek i staników na Marszałkowskiej. Nawet za autobusem, który zawoził mnie do szkoły, i ulubionym tramwajem linii 26, którym przeprawiałam się na drugą stronę Wisły.
Mieszkaliśmy na Woli. Nic szczególnego. Zwykłe blokowiska, stare ulice, podwórka bez piaskownic i huśtawek. A jednak nawet brzydkiej i nieciekawej ulicy Wolskiej będzie mi brakowało. To histeria, prawda? Nieco świeżego powietrza, kilka głębokich wdechów i zimny kompres pomogą. Wszystko minie. Zresztą niedługo wrócę. Niech tylko mama się trochę zorganizuje. Czasami ta myśl pomagała. Jednak siedziałyśmy tu już ponad tydzień i coraz częściej zastanawiałam się, czy rzeczywiście znajdę siłę, żeby ją zostawić. Była twarda. Nie dawała po sobie poznać, jak bardzo rozwód ją zranił. Często mówiła, że cieszy się, że ma to za sobą i jest wolna, ale kiedy chodziłyśmy po uliczkach tego przerażająco małego miasteczka, widziałam, że cały czas jest spięta i zdenerwowana. Teraz nie mogłam jej zostawić. Jeszcze nie.
Spaceruję więc po Tomaszowie, który jest tak brzydki i przygnębiający, jak to tylko możliwe o tej porze roku. Ludzie patrzą na mnie znacząco, kiwają głowami i szepczą między sobą komentarze, których wolę nie słyszeć. Wspominam. Jedynie to mnie trzyma przy życiu. Wspomnienia i mapa. Wykradłam ją mamie z samochodu. Kiedy nic nie pomaga, nawet kubek gorącej herbaty z sokiem malinowym i cytryną, nawet wiersze Osieckiej, rozkładam ją na podłodze i zaznaczam na planie Warszawy wszystkie ważne dla mnie miejsca. Ulicę, przy której mieszkałam, naszą szkołę, park i kościół Świętego Wojciecha, gdzie spotykałyśmy się z Sabiną co niedziela na mszy o jedenastej, wcale nie po to, żeby się modlić, tylko żeby podziwiać nieziemsko przystojnego księdza Arkadiusza. Bibliotekę, z której ukradłam tomik poezji Osieckiej, i nasze tajne miejsce na tyłach parku Szymanowskiego, gdzie przesiedzieliśmy pół życia. To nie pomaga, ale przynajmniej pozwala zabijać czas, którego tutaj mam zdecydowanie za dużo. W Warszawie zawsze coś się działo. Nigdy nie siedziałam bezczynnie w domu. I zawsze byliśmy we trójkę. Tutaj, jeszcze bardziej niż brak mojego miasta, doskwiera mi brak przyjaciół. Bruna i Sabiny.
Sabinę poznałam w pierwszej klasie. Obie byłyśmy przestraszone i ledwo żywe ze zdenerwowania. Może dlatego wychowawczyni posadziła nas w jednej ławce, za co do dzisiaj jestem jej wdzięczna. Zaprzyjaźniłyśmy się bardzo szybko. Teraz przyszłoby nam to dużo trudniej. Nie chcę powiedzieć, że jestem odludkiem, ale zawieranie znajomości nie jest moją mocną stroną. Zresztą znalezienie prawdziwego przyjaciela to niezwykła sztuka - taki trafia się człowiekowi tylko raz, góra dwa, na całe życie. Akurat w tej dziedzinie miałam szczęście. Dwoje najzabawniejszych i najlepszych ludzi na świecie było moimi przyjaciółmi. Doceniałam ten dar od losu szczególnie teraz. W każdym razie w wieku siedmiu lat zostałyśmy z Sabiną przyjaciółkami na długie lata, choć wtedy myślałam, że na zawsze. Jeden podstawowy kłopot z tym "na zawsze" jest taki, że nikt nie wie, co się w nim czai. W naszym czekał prawdziwy, wyjątkowo paskudny śmierdziel, którego nie sposób było ani obejść, ani przeskoczyć, więc po prostu pozwoliłyśmy, żeby pękł na naszych oczach, zatruwając świeże powietrze i naszą, podobno wieczną, niezniszczalną przyjaźń. Zdarza się. Najgorsze jest to, że nawet specjalnie mi nie żal. A powinno, ostatecznie straciłam najlepszą przyjaciółkę, i to w tak banalny sposób.
Głupia sprawa. Ja wyjechałam, ona została. Przez pierwsze dni dzwoniłam zbyt często. Kiedy zrozumiałam, że jej przeszkadzam, przestałam. Wtedy ona co drugi dzień przysyłała grzecznościowe SMS-y, na które odpowiadałam bez złośliwości, choć wszystko się we mnie gotowało. W końcu jednak przestałam się złościć i szlochać, mimo że nie przestałam tęsknić. Zobojętniałam, co przyjęła z widoczną ulgą. Napisałam jeszcze dwa czy trzy krótkie listy o niczym, na które odpowiedziała pocztówkami z Warszawy, czym całkowicie mnie dobiła. Znałyśmy się prawie całe nasze świadome życie i dałybyśmy sobie radę z chwilowym rozluźnieniem więzi. Takie rzeczy się zdarzają. Ale stało się coś, czego nie przewidziałam. To nawet nie była jej wina, choć oczywiście na początku tak myślałam. Jeśli już czyjaś, to moja. Kto kazał mi się zakochiwać w niewłaściwym facecie w najgorszym z możliwych momentów? Prawdziwy niefart. Spartaczyłam sprawę i zostałam sama.
Bruno był drugą najbliższą mi osobą. A właściwie pierwszą, najważniejszą i jedyną, na której naprawdę mi zależało. Wszystko jednak potoczyło się fatalnie. I w tym paskudnym momencie mojego popapranego życia, kiedy tak bardzo potrzebowałam dobrego przyjaciela, który nie zrzędzi i się nie mądrzy, tylko cierpliwie słucha i robi następną herbatę z malinami, zostałam sama jak palec. Szczerze? Z natury nie jestem typem wesołka. Jednak jeszcze nigdy nie znalazłam się na tak mrocznym, pozbawionym nadziei i sensu dnie jak teraz. Uprzedzałam, że to będzie ponura historia? Nie słyszałam nic bardziej dołującego, odkąd ojciec przeczytał mi baśnie braci Grimm. Chyba więc po prostu zacznę od początku, który tak naprawdę był początkiem końca.
Tak jak mówiłam, Sabinę poznałam w wieku siedmiu lat. Kiedy dobiłyśmy do dziesiątych urodzin, pojawił się Bruno, syn ciotki Heleny. Tej samej, z którą mama świętowała ostatniego, żałośnie smutnego sylwestra w Warszawie. Kiedy byłam w czwartej klasie, wprowadzili się do mieszkania pod nami. Mama brała wtedy zlecenia na artykuły z kilku czasopism dla kobiet i całe dnie siedziała przed komputerem, szlifując teksty o zdradzie w małżeństwie i o tym, jak wyglądać na trzydzieści lat, kiedy ma się czterdzieści, i jak przetrwać z nastolatkiem w jednym domu. Chorowałam na ospę i leżałam w łóżku, kiedy usłyszałam walenie do drzwi. Mama nie zareagowała, więc otworzyłam. Zobaczyłam wielkie niebieskie oczy, czarne, zdecydowanie za długie włosy i wielkiego strupa na prawym policzku.
- Strzeż się! Moja mama tu idzie! - szepnął konspiracyjnie.
- A po co? - zapytałam nieprzytomnie.
- Urwać głowę tej głupiej babie, która tu mieszka, oskubać do ostatniej złotówki jej starego i sprać tyłek dziecku, jeśli jakieś tu jest.
Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek.
- A ty skąd o tym wiesz?
- Słyszałem, jak krzyczała, kiedy brudna woda lała się na jej nowy dywan.
- Jaka woda?
- Ta! - Pokazał palcem na naszą podłogę i dopiero wtedy poczułam, że stoję po kostki w zimnej i faktycznie podejrzanie mętnej wodzie. Było jednak za późno na jakąkolwiek reakcję, bo właśnie wysoka kobieta z równie niebieskimi oczami i chmurą z kolei rudych włosów wkroczyła do naszego mieszkania, nie czekając na zaproszenie. Mama zdążyła oderwać się od komputera, żeby sprawdzić, co tak chlupocze, i spotkały się w przedpokoju. Sąsiadka w ataku wściekłości zdołała tylko pokazać palcem na podłogę.
- Woda!
- Rzeczywiście - przytaknęła mama, która zawsze wolała się trzy razy zastanowić, zanim wpadnie w panikę.
- I co teraz?
- Może napijemy się herbaty?
Mniej więcej tak to się zaczęło. Ciotka Helena została najlepszą przyjaciółką mamy. Pamiętam, że często siedziały, tak jak w tego ostatniego sylwestra, na podłodze i opowiadały sobie same smutne historie, zaśmiewając się przy tym do łez. Przyjaźń to dziwna sprawa. Człowiek przyzwyczaja się do zupełnie obcych ludzi i nie potrafi potem bez nich żyć, a przecież był czas, kiedy w ogóle ich nie potrzebował. Żadne z nas jeszcze o tym nie wiedziało w ten smutny sylwestrowy wieczór. Nikt nie mówił o moim wyjeździe. Siedzieliśmy na podłodze, jedliśmy słone czipsy, piliśmy kwaśne wino i zimną colę i zastanawialiśmy się, jak będziemy wyglądać za dwadzieścia lat. Czego można chcieć więcej? Oczywiście coś wisiało w powietrzu. Ale najwyraźniej nikt tego nie zauważał. Kiedy jednak poszłam do kuchni po nową paczkę solonych orzeszków, usłyszałam coś, co do tej pory brzęczy mi w głowie jak natrętna mucha.
- Myślisz, że to dobry pomysł? Wracać do tego po tylu latach? Tylko wszystko pogorszysz - powiedziała ciotka Helena.
- Muszę to zrobić. Za długo czekałam, ale nie chciałam zranić Ryśka. On nie miał takich skrupułów i ja też nie powinnam ich mieć. Nie zasługiwał na to, żeby się o niego troszczyć, szczególnie po tym, co nam zrobił. Muszę w końcu uporządkować swoje życie. Te tajemnice nie mają sensu. Już czas, żeby wszystko wyjaśnić.
- Wiesz, że Maryla może cię za to znienawidzić?
Mama kiwnęła głową i wypiła duży łyk wina. Podniosła głowę i zobaczyłam w jej oczach przerażający spokój, podobny do tego, z jakim samobójca staje na parapecie okna.
- Zaryzykuję. Jeśli i tym razem stchórzę, któregoś dnia stracę ją na zawsze, a tego bym nie przeżyła.
- Zastanów się jeszcze nad tym - poprosiła łagodnie ciotka Helena, a mama gwałtownie pokręciła głową.
- Piętnaście lat się zastanawiałam! Myślę, że to wystarczy. Po prostu muszę to zrobić dla siebie i dla niej.
- Ale...
- Maryla ma prawo znać prawdę! - podniosła głos, a po chwili dodała spokojnie: - To zmieni całe jej życie.
Stałam w drzwiach salonu i patrzyłam na te dwie kobiety, siedzące po turecku przy świeczce, winie i piosence o balu, na który podobno drugi raz nie zaproszą nas wcale. Nie powinnam podsłuchiwać. Wtedy jeszcze miałam żelazne zasady. Wzruszające, ale zupełnie niepraktyczne. Teraz mój kodeks etyczny składa się tylko z jednego punktu: "rób wszystko, żeby dotrzeć do prawdy". Stałam się złą, wścibską dziewczyną, która przed niczym się nie cofnie. Wtedy, kiedy stałam w drzwiach salonu i patrzyłam na moją matkę, mogłam jeszcze wszystko zmienić. Powinnam się zbuntować. To był najlepszy moment. Chciała zabrać mi przyjaciół, miasto, szkołę, całe moje życie. Czy to nie powód, żeby człowieka poniosły nerwy? Niestety mnie moje nie poniosły. Byłam jeszcze spokojną, porządną dziewczyną i wyrozumiałą córką. Patrzyłam na napiętą twarz mamy. Wydawała się taka zagubiona. "Maryla ma prawo znać prawdę". To zdanie zawisło w półmroku. Było coś, o czym mi nie powiedziała. Coś ważniejszego niż rozwód i całe to zamieszanie. Moja spokojna, uporządkowana matka miała tajemnicę. Stałam w miejscu ze wstrzymanym oddechem i zaciśniętymi dłońmi, czekając na wiadomość, która zmieni moje życie. Ona jednak nie nadeszła, bo mama odwróciła się, jakby wyczuła moją obecność, i zakłopotana spuściła wzrok.
- Przyszłam po orzeszki - oznajmiłam, zanim zdążyła zapytać.
- Są w kuchni.
To akurat sama wiedziałam.
* * *
Przez całą drogę mama prawie się nie odzywała. Ściskała kierownicę i wpatrywała się w napięciu w jezdnię, chociaż droga była prawie zupełnie pusta. Mimo deklaracji, niewielu ludzi zaczyna nowe życie pierwszego stycznia. Jechałyśmy już trzy godziny. Minęłyśmy uśpiony Lublin i oprócz spikera radiowego nikt nic nie mówił. Mama była spięta i zdenerwowana. Nie wiedziałam, czy to z powodu zbyt dużej ilości sylwestrowego wina, czy strachu przed tym nowym wspaniałym życiem, o którym ciągle opowiadała.
Od kiedy usłyszałam, że wyjeżdżamy, czyli od jakiegoś tygodnia, zastanawiałam się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Warszawa jest duża. Starczyłoby w niej miejsca dla dwójki świeżo upieczonych rozwodników. To ponoć miasto ogromnych możliwości, a jedną z największych jest szansa skutecznego unikania przypadkowych spotkań z ludźmi, których nie ma się ochoty oglądać. Nie musiałyśmy wyjeżdżać, wystarczyło wyprowadzić się na Kabaty czy Białołękę i ryzyko spotkania ojca malało do zera. Mama podjęła inną decyzję i byłam niemal pewna, że miała w tym swój cel. Kiedy siedziałam obok niej w aucie i widziałam, z jaką determinacją wpatruje się w mokry asfalt, pomyślałam, że być może to najtrudniejszy moment w jej życiu. Myliłam się. Przeżyła kilka trudniejszych, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Tak jak o tym, po co i do kogo właściwie jedziemy. Być może wystarczyło zapytać. Wolałam jednak milczeć i czekać. Teraz myślę, że niezależnie od tego, co bym zrobiła, wszystko skończyłoby się tak samo. Musiałam przez to przejść i poznać prawdę, która rzeczywiście wiele zmieniła. Nawet mnie. Zawsze miałam w miarę dobry kontakt z mamą. Lubiłyśmy rozmawiać i śmiać się ze starych dowcipów, a kilkugodzinna podróż samochodem idealnie się do tego nadawała. Jednak żadna z nas nie odezwała się wtedy ani słowem. Mama była zbyt zdenerwowana i przerażona powrotem do przeszłości, a ja... cóż, chyba uznałam, że nie powinnam poruszać trudnych tematów. Jak mówiłam, byłam wtedy grzeczną dziewczynką. Jechałam w milczeniu, spodziewając się najlepszego i przygotowując na najgorsze.
Nagle mama gwałtownie zahamowała. Wyjrzałam przez okno. Na drodze nie było żadnego psa, zająca, dziecka ani staruszki. Samochód wpadł w lekki poślizg, ale bezpiecznie zatrzymał się na środku ulicy. Rozejrzałam się uważnie w poszukiwaniu zwalonego drzewa, plamy rozlanego oleju. Czegokolwiek, co usprawiedliwiałoby taki manewr. W końcu znalazłam. Na poboczu stała duża zielona tablica z białym napisem: TOMASZÓW.
Podróż dłużyła mi się niemiłosiernie. Teraz jednak wydawało mi się, że dojechałyśmy zbyt szybko. "Jesteśmy na miejscu. Za późno na wątpliwości" - nagle przeraziła mnie ta myśl. Nie ma odwrotu. W moim pokoju w Warszawie będzie mieszkało dwuletnie dziecko, które zamiast zdjęcia Osieckiej powiesi na ścianie plakat z Kubusiem Puchatkiem. W szkole nikogo nie zdziwi moja nieobecność. W starym życiu nikt już na mnie nie czeka. A ja nie czuję dreszczyku emocji, jaki zazwyczaj towarzyszy zmianom, tylko strach, który przerodził się w panikę, kiedy zaparkowałyśmy przed naszym nowym domem.
* * *
Był duży i ponury. Dwupiętrowy, mocno zaniedbany budynek z czerwonej cegły. Zielony, spłowiały spadzisty dach, okna zarośnięte jakimś pnącym zielskiem, w którym na pewno roiło się od pająków, szczypawek i innych robali. Zamknięte okiennice i duże drewniane drzwi z metalową klamką w kształcie głowy łabędzia. Czy nie tak powinien wyglądać dom czarownicy? Bez żartów. Sprawa była poważna.
Mama otworzyła furtkę kluczem, którego nigdy u niej nie widziałam. Drzwi skrzypnęły przeraźliwie, a między naszymi nogami przemknęły trzy koty i natychmiast zniknęły za domem. Wstrzymałam oddech, a po chwili stałam już na zimnej, szarej terakocie w przedpokoju. Po prawej stronie duży salon ze starą, wysłużoną kanapą, która jakieś pół wieku temu była pewnie czerwona, i dwa fotele z dużymi poduszkami. Drewniany kredens, fotel bujany pod oknem i stół. Okrągły, nakryty białą koronkową serwetą, z pustym wazonem na środku. Czekał na kwiaty, których nie zamierzałyśmy kupować.
- No. To jesteśmy - powiedziała mama niepewnie. Uśmiechnęła się, ale właściwie wyglądała tak, jakby chciała się rozpłakać.
[1] Mowa o nieistniejącej już kawiarni Daily Cafe (wszystkie przypisy, chyba że oznaczono inaczej, pochodzą od Autorki).
Jest taka myśl, ponoć optymistyczna: "ciesz się, bo już gorzej być nie może". Nie żebym była pesymistką, ale zawsze wydawało mi się to podejrzane. Teraz wiem, że nie ma takiego dna, z którego nie można spaść jeszcze niżej.
Wstałam za wcześnie, z potwornym bólem głowy i zapuchniętymi oczami. Włożyłam to, co miałam pod ręką, czyli dżinsy z dużą plamą na kolanie, niebieski podkoszulek i szary golf. Okaz nieszczęścia. Chciałam jak najszybciej wyjść z tego domu. Był poniedziałek i musiałam pojawić się w nowej szkole. Może być. Każdy pretekst jest dobry, żeby uciec z tego grobowca.
Ulica była pusta. Czego się spodziewałam? Tu ludzie spieszący się do pracy nie stoją w kilometrowych korkach. Gorzej. Tu nikt się nie spieszy. Przez te kilka dni wydawało mi się, że oglądam film w zwolnionym tempie. Ludzie snuli się po ulicach, co chwila przystając na pogawędkę z sąsiadem. Czy nikt tu nie ma zegarka? Czas pędzi i jeśli chce się go efektywnie wykorzystać, trzeba nadać swym działaniom tempo. Wyglądało na to, że tutaj szczyt ambicji to dobry obiad, gorąca herbata i rozmowa ze znajomym pod sklepem. A życie ucieka, drodzy przyjaciele! Nie miejcie do mnie pretensji, jeśli zorientujecie się za późno. Zresztą wtedy mnie tu już nie będzie. Postanowiłam działać. Jutro mama jedzie na cały dzień do Lublina, na spotkania w sprawie pracy. Kiedy wróci, ja będę już u ojca. Podobno kupił sobie trzypokojowe mieszkanie, więc się spokojnie pomieścimy. On pracuje, ja zajmę się resztą. Mogę nawet gotować, jeśli dzięki temu pozwoli mi zostać. Znowu zobaczę Pałac Kultury, którego szczerze nienawidziłam przez te wszystkie lata, a teraz... nie ma dla mnie piękniejszego widoku.
W kieszeni nagle zawibrował telefon komórkowy. Spojrzałam na wyświetlacz i odebrałam, zanim zdążyłam się przygotować. Tracę rozum. Niby jak miałabym się przygotować?
- Nie szczerz się, szczeżujo! - rzucił wesoło. - Bo dzisiaj się szczerzysz, prawda?
- Mniej więcej.
- No, słyszę, że raczej więcej niż mniej. Lepiej?
- Trochę. Mam plan. Jutro wprowadzam go w życie.
- Ukatrupisz je! - krzyknął zadowolony i niemal słyszałam, jak zaciera ręce. - Też o tym myślę, odkąd powiedziałaś, że jedna z nich nosi dżinsy lepsze od moich. Przygotowałaś latarkę, sznur i wykrywacz metali?
Nie mogłam się nie roześmiać.
- Dobry pomysł, ale mam lepszy.
- Jaki?
- Pryskam stąd.
- Wyjeżdżacie do Lublina? Wiedziałem, że twoja mama szybko znajdzie robotę, w końcu jest najlepszą dziennikarką w babskich pismach.
Kochany Bruno. Jak miło było słuchać tych kłamstw.
- To ja wyjeżdżam. Mama nie chce o tym słyszeć i upiera się, że wszystko będzie dobrze.
Chwila niepokojącej ciszy.
- Zostawisz ją? - spytał nagle bardzo poważnie.
- Ja tu nie wytrzymam, Bruno! Chcę do domu, do Warszawy, do cie... do was. Nie masz pojęcia, co się tu dzieje.
- Nie panikuj, szczeżujo. Poczekaj, aż pójdziesz do szkoły i poznasz nowe towarzystwo.
- Właśnie idę do szkoły, pierwszy i ostatni raz! Już postanowiłam. Wracam. Zamieszkam z ojcem. Ostatecznie, kto powiedział, że po rozwodzie dziecko musi być z matką?!
Chwila trudnej do wytrzymania ciszy.
- Nie powaliła cię ta wiadomość.
- Właśnie podnoszę się z klęczek.
- Nasza trójka znowu razem. Nie cieszysz się?
- Nie, no jasne. Będzie super, tylko... zastanów się nad tym jeszcze raz. Nie będziesz tego żałować?
- Żałuję wyłącznie jednego, że tu przyjechałam. Wszystko jest lepsze niż ta straszna mieścina i moje makabryczne babki. Jutro o szesnastej będę na Dworcu Zachodnim. Zadzwonię, pójdziemy to uczcić.
- Poczekaj, dam ci na chwilę Sabę.
- Sabina jest z tobą? - zapytałam jakoś niemile zaskoczona. - A co ona tam robi?
Krótki, aksamitny śmiech.
- A co ma robić? Idziemy do szkoły.
No jasne. Dochodzi ósma. Idą do szkoły. Normalna sprawa.
- Kochana... - usłyszałam znajomy szczebiot, który nagle strasznie mnie zirytował - ...ta bluza, o której ci wczoraj mówiłam... Zawsze nosiłaś do niej takie zielone koraliki, chyba malachity. Mogłabyś mi je pożyczyć? Pasowałyby do mojej brązowej sukienki.
Nie odpowiedziałam. Po prostu mnie zatkało. Po pierwsze jestem ponad dwieście kilometrów od niej. Jak niby mam jej pożyczyć korale? Po drugie takie same wiszą w każdym indyjskim sklepie, więc może sobie kupić. No i w końcu, po co jej moje malachity i ta brązowa elegancka sukienka, którą kupiła na wesele kuzynki? Zastanawiałam się nad tym wszystkim, milcząc, kiedy Sabina rzuciła lekko zniecierpliwiona.
- A co u ciebie?
- Idę do szkoły.
- No to super. My też. Wiesz co? Tak sobie pomyślałam, jeśli oczywiście nie będziesz miała nic przeciwko temu...
- Halo? Nie słyszę cię, Saba. Tu jest bardzo słaby zasięg! Halo? Jesteś jeszcze? Halo! Halo! - Nacisnęłam guzik z czerwoną słuchawką.
To było paskudne, ale nie miałam wyrzutów sumienia. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Sabina zawsze trochę mnie drażniła swoimi opowieściami o ciuchach, kosmetykach i facetach. Teraz jednak wydawało mi się, że próbuje coś przede mną ukryć. Dziwne. Oczywiście miałam pewne podejrzenia, ale przy braku dowodów wolałam nawet przed sobą upierać się, że to tylko pozory. Lubiłam ją, naprawdę bardzo ją lubiłam, ale w dziwaczny sposób mój wyjazd bardzo skomplikował nasze relacje. I to nie dlatego, że byłam teraz daleko i brakowało nam tematów do rozmowy. Po prostu zorientowałam się, że z niewiadomych przyczyn wcale mi jej nie brakuje, czego nie mogłam powiedzieć o Brunie.
Szłam szybko nieodśnieżonym chodnikiem, drażniąc psy na mijanych podwórkach, i zastanawiałam się, co tak naprawdę się zmieniło między naszą, nierozłączną kiedyś trójką, bo coś się zmieniło. Czułam to w głosie Sabiny. Jeśli cały czas szła obok Bruna, słyszała naszą rozmowę, a mimo to, kiedy wzięła od niego słuchawkę, nie miała mi do powiedzenia nic oprócz jakichś bzdur o koralikach. To było celowe. Nie mogła być aż tak głupia. Nie chciała się nade mną roztkliwiać, ale nie dlatego, żebym się nie rozkleiła, tylko żebym nagle nie stała się ważniejsza od niej. Zawsze o to jej chodziło. Musiała być na świeczniku ze swoimi problemami - za grubymi nogami czy włosami, które nie kręciły się nawet po papilotach. Przypomniało mi się nagle, że pochwaliła pomysł wyjazdu. Mówiła, że sobie odpocznę i zmienię środowisko, że to mi dobrze zrobi. W życiu nie słyszałam czegoś tak głupiego. A teraz, kiedy oznajmiłam, że wracam, dam sobie obciąć głowę, że była z tego bardzo niezadowolona. Poczułam, że muszę do niej zadzwonić i szczerze porozmawiać, kiedy nagle uderzyło mnie coś wielkiego i ciężkiego. Przewróciłam się na zaśnieżony trawnik, a gdy próbowałam wstać, usłyszałam zachrypnięty głos przerywany siarczystym, głębokim kaszlem.
- Niech to szlag! Jak leziesz?!
Poprawiłam czapkę, która podczas upadku zsunęła mi się na oczy, i zobaczyłam wysokiego chłopaka w tenisówkach, za krótkich spodniach i grubym pomarańczowym swetrze.
- Zapomniałeś się ubrać? - zapytałam trochę bez sensu.
Lekko przekrzywił głowę i przyglądał mi się spod przymrużonych powiek. Po chwili roześmiał się głośno, klepiąc się po brzuchu.
- Dobre! Naprawdę dobre! Jak na miastową masz całkiem niezłe poczucie humoru.
Podał mi rękę i szybko postawił na ziemi.
- Skąd wiesz, że jestem z miasta?
Znowu się zaśmiał. Tym razem głośniej i weselej.
- Coraz lepiej. Z tobą człowiek nie ma szans na depresję. - Uśmiechnął się, a kiedy zobaczył, że nadal czekam na odpowiedź, podrapał się po mokrych włosach.
- Takie nowiny szybko się tu rozchodzą.
- Nowiny?
- No, że przyjechałaś z matką do tych dwóch czarownic i że będziesz chodziła do naszej szkoły.
- Jak to? Kto jeszcze o tym wie?
- Wszyscy.
- Wszyscy? - Rozejrzałam się niepewnie, jakby zza każdej firanki obserwowały mnie czyjeś czujne, ciekawskie oczy.
- Co za bzdury! Kogo może obchodzić to, że przyjechałam z matką w odwiedziny do babki?
Patrzył na mnie, jakbym była niespełna rozumu.
- Jesteś największą atrakcją. Nawet przed wisielcem.
- Wisielcem?
- No. Faceta rzuciła żona. Zabrała kasę i dzieciaki, a zostawiła kredyt do spłacenia, więc za ostatnią wypłatę kupił gruby sznur i ciach! Dyndał sobie cały dzień, zanim go znaleźli. No, ale ty jesteś numer jeden.
- Straszna historia.
- Czy ja wiem? Chyba raczej normalna.
- Facet się wiesza, a ty nie widzisz w tym nic smutnego? - Patrzyłam na niego zdziwiona, zastanawiając się, dlaczego w ogóle gadam z tym dziwakiem.
- To po co chlał jak najęty i wziął kredyt na remont domu, który i tak przegrał w karty? Sam się prosił.
Milczałam. Trudno było nie przyznać mu racji. Dalsza rozmowa nie miała sensu, więc uśmiechnęłam się uprzejmie i zamierzałam go wyminąć, ale z równie miłym uśmiechem zagrodził mi drogę.
- Twoja matka się rozwiodła i wróciła tu, żeby złapać nowego, a raczej starego męża.
Stanęłam jak wryta. Patrzyłam w te szalone, zielone oczy faceta, który przy piętnastostopniowym mrozie biega po śniegu w samych tenisówkach, i powtarzałam sobie, że to wariat i nic, co teraz usłyszę, nie powinno mnie dziwić.
- Słucham? - zapytałam zaskoczona.
- Tak mówi moja babcia, ona się na tym zna.
Patrzyłam na niego przez chwilę całkowicie zbita z tropu.
- Miała trzech mężów. - Uśmiechnął się z dumą.
- Nic dziwnego, że teraz gada od rzeczy. Przetrzymać trzech chłopów, to musiało się odbić na jej psychice.
Chłopak przyglądał mi się znów z lekko przekrzywioną głową i uśmiechem, którego nie potrafiłam rozszyfrować.
- Nieźle. Całkiem nieźle. Teraz już wiem, że warto było na ciebie czekać.
- Jesteś nieźle szurnięty.
Wyminęłam go i szybko ruszyłam chodnikiem. Miałam jeszcze pięć minut, żeby nie spóźnić się na pierwszą lekcję. Udało mi się przejść zaledwie kilka kroków, kiedy usłyszałam go po swojej prawej stronie.
- Jak to wytrzymujesz? - zapytał z prawdziwą troską w głosie.
- Kiepsko - odpowiedziałam zgryźliwie. - Uprzedzam, że możesz oberwać, jeśli się nie przymkniesz i nie dasz mi spokoju.
- Nie mówiłem o sobie, tylko o mieszkaniu w tym domu czarownic.
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Co jeszcze o mnie wiesz? - zapytałam zaniepokojona.
- Mniej więcej tyle, co inni...
- Jacy inni?
- No... wszyscy w miasteczku.
Głośno przełknęłam ślinę.
- Chcesz powiedzieć, że wszyscy mieszkańcy mnie znają?
Zabrzmiało to tak nieprawdopodobnie, że się uśmiechnęłam, ale chłopak patrzył na mnie zdumiony.
- No jasne. Przecież jesteś wnuczką Małgorzaty. Strasznie wredny z niej babsztyl i nikt jej nie lubi, szczególnie po historii z twoją matką, ale była kiedyś dyrektorką naszej szkoły, więc wszyscy ją znają. Uczyła nawet moją mamę matmy.
Z całej tej paplaniny wyłowiłam jedną sensowną informację.
- Jaka historia z moją mamą?
- Nie znam szczegółów, ale moja babcia mówiła, że to był straszny skandal. Małgorzata się wściekła i wyrzuciła twoją matkę z domu, a ta przysięgła, że nigdy więcej tu nie wróci. A teraz nagle przyjeżdża, więc wszyscy są ciekawi, co się stanie.
- A co się ma stać?
- Nie wiem, może jakaś trucizna... Podobno Marcelina wie, jak się robi takie mikstury.
Nagle zaschło mi w gardle.
- Tak czy inaczej, mam szczęście, że cię spotkałem.
- Ciekawe dlaczego? - mruknęłam niezadowolona, próbując go znowu wyminąć.
- To mój wujek sprzedał temu wisielcowi sznur.
Stanęłam zaskoczona pokrętnym tokiem myślenia.
- A gdzie tu szczęście?
- Jak to? Byłem wiarygodnym źródłem informacji.
Otworzyłam szeroko oczy, próbując nadążyć.
- Nie rozumiesz? Wszyscy chcieli się dowiedzieć, jak wyglądał, czy był przygnębiony i tak dalej. Ludzi interesują takie rzeczy. Mój wujek jako ostatni widział go żywego - powiedział z dumą. - A ja miałem informacje z pierwszej ręki. Najładniejsze dziewczyny w szkole chciały ze mną gadać. A teraz jeszcze ty! Dobrze mi się zaczął ten rok.
Nagle coś przyszło mi do głowy. Przyjrzałam mu się uważnie.
- Rzeczywiście, to prawdziwy przypadek, że na siebie wpadliśmy!
- No! - Ucieszył się i zatarł ręce.
- A ty całą zimę chodzisz w tenisówkach i bez kurtki?
- Całą! - Przytaknął energicznie, kiwając głową.
- Zenek! Ty łobuzie! - krzyknął ktoś za naszymi plecami, na co chłopak skrzywił się niezadowolony. - Nie wziąłeś kurtki! Chcesz dostać zapalenia płuc?! Ubieraj się natychmiast!
- Mamo! - odkrzyknął. - Przeszkadzasz nam!
- Zapytaj mnie, gdzie to mam? - wypaliła niska kobieta z dużym kokiem i szerokim uśmiechem.
Podeszła do nas szybko, niosąc ubranie i zimowe buty. Uśmiechnęłam się i odwróciłam, żeby odejść, kiedy chłopak powiedział uroczyście.
- Poznaj moją mamę!
Sprytne. Wróciłam z wymuszonym uśmiechem.
- Mamo, to jest właśnie ONA.
- Kto? - Kobieta zdezorientowana zamrugała oczami.
- Wnuczka...
- Małgorzaty?!
- Właśnie.
Przyjrzała mi się spod przymrużonych powiek.
- Nie widzę podobieństwa.
Uśmiechnęła się jakoś dziwnie i z rozmachem rzuciła synowi ubranie i buty.
- Ubieraj się i znikaj, bo znowu się spóźnisz do szkoły.
Odwróciła się i odeszła. Zrobiłam to samo, nie zwracając uwagi na wołania tego dziwnego chłopaka.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Wszędzie było pusto i cicho. Na stole w kuchni znalazłam kartkę z krótkim zdaniem: "Będę wieczorem". Trzymałam ją przez chwilę w ręku, zastanawiając się, czy na pewno jest do nas. Żadnego: "Witajcie, kochane! Nareszcie jesteście! Czujcie się jak u siebie w domu. Jak wrócę, nagadamy się do syta. Tak się za wami stęskniłam!". Nie jestem znawcą tematu, ale czy nie tak powinien wyglądać list powitalny od matki, której nie widziało się kilkanaście lat, i od babci, którą ma się zobaczyć po raz pierwszy? Rozejrzałam się czujnie po pomieszczeniu. Na stole nie czekało świeżo upieczone ciasto, a w lodówce znalazłam tylko spleśniałą marchewkę i skwaszone mleko.
Nigdy nie miałam babci. Mama ojca zmarła przed moim urodzeniem. O swojej matce mama nigdy nic nie mówiła. Czasem zastanawiałam się, jak to jest siedzieć na kanapie z uśmiechniętą staruszką, trzymać ją za rękę i słuchać opowieści o tym, jak była młoda i pierwszy raz się zakochała. Babcia Sabiny nadal pracowała, ale kiedy przychodziłyśmy do niej w niedzielne popołudnia, na stole zawsze stała szarlotka z pianką i czekoladowe cukierki. Jadłyśmy gęstą, parującą zupę ogórkową z grubo pokrojonym chlebem i wielkie kawałki ciasta. Do tego woda z miodem i cytryną. Nigdy wcześniej nie piłam takiego napoju. Nadal dobrze pamiętam jego smak. Siedziałyśmy na trzeszczącej kanapie, a babcia Sabiny opowiadała nam, jak po powstaniu warszawskim przyjechała do Warszawy, jak chodziła na randki do Ogrodu Saskiego, gdzie którejś deszczowej niedzieli poznała dziadka, który pożyczył jej parasol. Kiedy mama powiedziała mi, że jedziemy do babci, zanim zaczęłam się bać, najpierw bardzo się ucieszyłam. Chciałam w końcu mieć własną, prawdziwą babcię z ciastem, parującą zupą i historiami o młodości. Tymczasem to wszystko nie wyglądało najlepiej. Instynkt podpowiadał mi, że coś tu jest nie tak, jak powinno. Prawda okazała się jednak dużo gorsza, niż wtedy podejrzewałam.
Zwiedziłam dom. Był stary, trzeszczący, pachniał naftaliną i lekarstwami. Mój nowy pokój wyglądał jak żywcem przeniesiony z zakładu dla obłąkanych. Wspominałam już o różowej tapecie z kotami? Twardy tapczan, kredens pełen encyklopedii i starych książek kucharskich, biurko z szufladami zamkniętymi na klucz. Miałam wrażenie, że nie powinno mnie tu być. Właściciel pokoju na chwilę wyszedł, a kiedy wróci, nie będzie zadowolony, że myszkuję w jego rzeczach. Nikt tu na nas nie czekał, nie przygotował się na nasz przyjazd i chyba nawet wcale się z niego nie cieszył. Najgorsze jednak dopiero nadchodziło, a właściwie nadjeżdżało niebieską skodą felicją, która z piskiem opon zaparkowała przed domem. Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Tupot cienkich, wysokich obcasów i lekkie szuranie sportowych butów. Co to? Święty Mikołaj ze swoją Śnieżynką? Ostrożnie zeszłam na dół, mocno zaciskając kciuki na szczęście.
- To twoja babcia, Marylo - powiedziała mama bez uśmiechu.
- Małgorzata - odparła szybko kobieta, jakby witała w swoim oddziale nowego żołnierza, i wyciągnęła długą, kościstą dłoń uzbrojoną w szereg pierścionków z wielkimi kamieniami.
Nawet nie drgnęłam. Babcia? Moje złe przeczucia się potwierdziły. Kobieta była faktycznie starsza, co próbowała zatuszować, i nosiła nawet okulary. Wszystko się zgadzało. A właściwie, do stu diabłów, nie zgadzało się nic! Jak mówiłam, nie znam się na babciach. Jednak chodzę do szkoły, mam znajomych, oglądam amerykańskie filmy i, do cholery, mniej więcej wiem, jak powinna wyglądać babcia! Kobieta, która stała przede mną, z całą pewnością mogła się realizować w wielu życiowych rolach i na pewno była w nich wspaniała. W fioletowej spódnicy z rozcięciem, rozpiętym czarnym płaszczu, z atłasową chustką zarzuconą na szyję, wysokimi, lakierowanymi butami na zabójczym w jej wieku obcasie i wonią drogich perfum, które kręciły mnie w nosie, odkąd weszła, mogła być świetnym kierownikiem sklepu spożywczego albo przewodniczącą kółka kościelnego zbierającego datki na odnowę świętego obrazu. Mogła nawet poprowadzić procesję na Boże Ciało, gdyby proboszcza powalił reumatyzm, ale na moją babcię się nie nadawała. Nie żeby czegoś jej brakowało. W końcu wygląd nie powinien mieć znaczenia. Wystarczy, żeby okazała się miła, ciepła i kochająca... Ale to nie wydawało się możliwe. Tego jednego byłam pewna. Świdrowała mnie małymi, zimnymi oczami, jakby chciała ocenić, czy jestem wystarczająco silna i nadam się do pracy. I nagle zrozumiałam, co jest nie tak. Wyglądała na dużo młodszą, niż była w rzeczywistości. Ciemnorude włosy na pewno kręciła wieczorem na grube wałki. Czerwona szminka i taki sam lakier na długich, zadbanych paznokciach. Nie wyglądała na babcię, ale to nie miało znaczenia. Było coś dużo gorszego. Coś, co sprawiło, że zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Ona mnie nienawidzi. Widziałam to dobrze w tych lekko zwężonych oczach i zaciśniętych wargach. Starała się to ukryć. Zmusiła się nawet do koślawego uśmiechu, ale to tylko pogorszyło sprawę. Ta kobieta miała do mnie o coś wielki żal i pretensje. Ale kanał. Jeszcze nie zdążyłam się odezwać, a babka już jest na mnie wściekła. Jeśli to nie zły znak, to co? Dobra. Odpuszczam. Przeżyłam tyle lat bez babci, przetrzymam i następne. Nie chcę być niegrzeczna. Bardzo dziękuję za nerwowy skurcz mięśni zwany uśmiechem i lodowate spojrzenie, ale nie skorzystam.
- Nie podasz mi ręki, dziecko? - zapytała obrażonym tonem.
Rzeczywiście. Czerwone szpony nadal celowały w mój żołądek. Jeszcze chwila niezdecydowania i wyciągnie mi wątrobę, żeby ocenić, czy dobrze się odżywiam.
- Marylko... - mama wyglądała na naprawdę przerażoną - ...to twoja babcia.
Przecież słyszałam! Jest tylko jeden feler. Baba mnie nie znosi i nie za bardzo wiem, co mam z tym zrobić. Jeśli rzucę się jej na szyję, mogę tego nie przeżyć. Powinnam podać rękę, czy wystarczy lekki, równie fałszywy jak jej uśmiech? Może powinnam dygnąć, jak to robią grzeczne dziewczynki, albo pocałować jeden z tych gigantycznych pierścieni?
- Maryla! - mama podniosła głos.
Niepotrzebnie. To zazwyczaj tylko wszystko pogarsza.
- Wiem! - powiedziałam w końcu, wyprowadzona z równowagi. - Wiem, że to moja babcia, ale jakoś... nie mogę w to uwierzyć.
Mama wyraźnie rozczulona pogładziła mnie po głowie.
- Kochanie, wiem, że denerwowałaś się tym spotkaniem, ale po prostu się przywitaj.
Patrzyłam na nią oszołomiona. Niemożliwe, żeby tego nie zauważyła. Ostatecznie to była jej matka. Widziałam ich powitanie ze schodów. Ta sama zdecydowana chuda dłoń, uzbrojona w złoto i kamienie, potrząsnęła mocno ręką mamy, delikatną, z bladym śladem po obrączce na serdecznym palcu. I to wystarczyło za całe powitanie po latach rozłąki. O co tu chodziło?
- Tak. Denerwowałam się. - Spojrzałam mamie prosto w oczy. - Ale teraz dopiero naprawdę się boję.
- Wiem, skarbie, ale wszystko będzie dobrze. - Pogłaskała mnie po głowie z nerwowym uśmiechem.
- Nie będzie - zaprzeczyłam ostro, żeby zakończyć to całe przedstawienie. - Ta kobieta, kimkolwiek jest, nigdy nie będzie moją babcią i nie mam zamiaru udawać, że to możliwe.
Ups.
- Marylo!
Mama zamarła. Była bardzo blada i sztywna ze strachu. Nigdy jeszcze nie widziałam jej w takim szoku. Małgorzata świdrowała mnie zimnym spojrzeniem lekko zmrużonych oczu. Przez chwilę wydawało mi się, że się uśmiechnęła, ale to raczej niemożliwe. Rękę, której w końcu nie uścisnęłam, schowała do kieszeni płaszcza. Zaległa ciężka i gęsta cisza. I wtedy właśnie rozległ się mrożący krew w żyłach śmiech. Mama i Małgorzata stały jak posągi, które sprytny czarodziej uwięził w niezręcznych pozach. A ten dziwny, skrzekliwy śmiech, przypominający trochę pisk przestraszonych nietoperzy, a trochę warczenie bawiącego się szczeniaka, niósł się po starym domu, budząc dawno uśpione duchy.
Rozejrzałam się, szukając, skąd dochodzi. Nagle jakiś człowiek, niewiele wyższy ode mnie, przecisnął się między futryną drzwi a Małgorzatą i zobaczyłam go, a właściwie ją, w całej niewielkiej okazałości.
- Babciu?! - krzyknęła zdumiona mama, czym z kolei wprawiła mnie w całkowite osłupienie.
- Jeszcze jedna? - zapytałam przerażona.
Nikt nie odpowiedział. Mama nachyliła się, żeby pocałować staruszkę, ale ta w odpowiednim momencie zrobiła unik i skończyło się na poklepaniu po ramieniu. Czy tak powinno wyglądać powitanie córki i wnuczki po latach? Gdzie się podziały uściski, przytulanie i obejmowanie ukochanej osoby? Jeśli nie chcą się całować, ich sprawa, ale przecież są inne sposoby, żeby... O to chodziło, prawda? One się nie kochały. Żadna z nich nie cieszyła się z tego spotkania. Trzy kobiety, które powinny być sobie najbliższe na świecie, nie mogły się doczekać, kiedy uwolnią się od swojego towarzystwa i cały ten cyrk się skończy. A ja byłam czwarta.
- Marylo... - zaczęła znowu mama, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem. - To twoja... prababcia.
Prababcia. Może być i prababcia. Nic mnie już nie zdziwi. Nie wiedziałam tylko, jak się przywitać. W tej dziwnej rodzinie panowały inne zwyczaje niż te, do których byłam przyzwyczajona. Może kiwnięcie głową wystarczy? Bez dotykania i zbędnych czułości.
- Dzień dobry pani - powiedziałam głośno i wyraźnie, na wypadek gdyby okazała się przygłucha.
Jej siwe brwi podskoczyły do góry ze zdziwienia. Uśmiechnęła się lekko, zmieszana. Na szczęście tym razem obeszło się bez upiornego śmiechu.
- W porządku - przytaknęła, utwierdzając mnie w przekonaniu, że jest głucha jak pień. Co to za odpowiedź na powitanie? Nie pytałam, jak się czuje i co u niej słychać. Zaczęła wyciągać rękę, ale szybko ją cofnęła, udając, że poprawia włosy, choć nadal miała na głowie wiśniowy beret. - Niech i tak będzie, Marylo - rzuciła nagle, patrząc mi prosto w oczy.
Nie była głucha. Ani głupia. Słyszała każde moje słowo i zrozumiała, o co mi chodziło. Nie będziemy siedzieć razem na kanapie i opowiadać sobie sekretów. Żadnego ciasta ani gorącej zupy. Może na to za późno albo jeszcze za wcześnie. Patrzyła na mnie jasnoniebieskimi oczyma i lekko się uśmiechała. Białe loczki wystawały spod beretu i było jej z nimi do twarzy. Nosiła żółtą chustkę pod brodą, niebieski płaszcz i dżinsowe spodnie wpuszczone w kozaki na futrze. Prababka w dżinsach! Co jeszcze? Kolczyk w języku i tatuaż na ramieniu?
- Mam na imię Marcelina - przedstawiła się i nie czekając na odpowiedź, rozpięła płaszcz.
Schowała ubranie do szafy i bez słowa poszła do salonu. Małgorzata jeszcze przez chwilę mierzyła nas uważnym spojrzeniem. Pomyślałam, że zaraz zacznie krzyczeć i rozsądniej byłoby się gdzieś schować, ale ona tylko pokiwała głową, jakby nie mogła uwierzyć, że miałyśmy tyle tupetu, by tu przyjechać.
* * *
Sama nie wiem, jak to się stało, że wszystkie cztery o tej samej porze znalazłyśmy się przy jednym stole. Ktoś popełnił błąd i było już za późno na ucieczkę. Delikatnie stąpając po schodach, żeby nie zwrócić niczyjej uwagi, zeszłam na dół po coś do picia. Na palcach weszłam do kuchni. Pusto. Przemknęłam do szafki, gdzie stała butelka z wodą. To głupie. Przecież nie zrobiłam nic złego, nie miałam powodu, żeby się ukrywać, a jednak wolałam przynajmniej na razie unikać tutejszych gospodyń. Szybko nalałam wodę do szklanki i opróżniłam do dna.
- Skradasz się jak złodziej - usłyszałam za plecami twardy, pełen pretensji głos Małgorzaty. - Widocznie masz coś na sumieniu.
Dobre sobie! Przecież z całej tej pomylonej rodziny właśnie ja, i tylko ja, nie mam nic do ukrycia. Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam na nią zdziwiona.
- Nie jesteś nawet ładna.
- Mam za to bogate wnętrze - wypaliłam ze złością.
Przyjrzała mi się z ciekawością i znowu zobaczyłam cień uśmiechu, błąkający się w kącikach ust. Zniknął jednak zbyt szybko, żebym mogła być pewna, że mi się nie przywidziało.
- I niewyparzoną gębę - powiedziała, jakby to była zaleta.
- Z tego co widzę, to u nas rodzinne.
Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ta kobieta mnie przerażała. Była zła i zgorzkniała. Nienawidziła mnie i nie zamierzała tego ukrywać. Powinnam siedzieć cicho i pokornie wszystko przyjmować, ale z jakichś powodów nie mogłam milczeć. Kłamstwo. Nie chciałam milczeć. Po raz pierwszy w życiu nie myślałam, nie analizowałam i nie bałam się konsekwencji. Po prostu waliłam prosto z mostu to, co mi przyszło do głowy, i miałam z tego wielką radochę.
Małgorzata zagryzła wargi i podeszła do mnie bardzo blisko. Poczułam zapach ciężkich perfum, których powinno się używać tylko do wieczorowej sukni i mocnego makijażu. Nagle wyobraziłam ją sobie w wydekoltowanej kreacji z piórami, w kapeluszu i w długich rękawiczkach. Nie mogłam się nie uśmiechnąć, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło.
- Nie zaczynaj ze mną - syknęła. - Bo pożałujesz, że tu przyjechałaś.
- Już żałuję - powiedziałam cicho, patrząc jej prosto w oczy. - I wiesz, co? Możesz sobie ukrywać w przeżartym złością sercu, co chcesz, ale bądź pewna, że poznam twoją tajemnicę, a wtedy ty pożałujesz, że tu przyjechałam.
Niezły tekst. Mocny i zjadliwy. Nie zrobiło to na niej wielkiego wrażenia. Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się złośliwie.
- Jestem twoją babką i zwracaj się do mnie z należytym szacunkiem albo będziesz spała na dworze.
- Będzie mi tam na pewno cieplej niż w tym...
- Marylo!
Mama nawet nie była zdenerwowana, raczej rozczarowana i zniechęcona. Stała za mną, trzymając w ręku pustą filiżankę po kawie.
- Wystarczy - dodała cicho i ruszyła do zlewu. Odkręciła wodę i zawzięcie szorowała filiżankę i spodek, jakby to był przypalony garnek. Małgorzata odwróciła się w stronę kuchni i zamieszała zupę w garnku. Pachniała wspaniale, ale bałabym się ją jeść. Kiedy odwróciłam się, żeby uciec z tego rodzinnego piekiełka, zderzyłam się z wchodzącą właśnie Marceliną.
- Jak tam moja zupa? Nie przypaliła się? - powiedziała bardziej do siebie niż którejkolwiek z nas.
Pewnie minęła stół, odebrała córce drewnianą łyżkę i spróbowała potrawy. Była drobna i krucha. Musiała mieć koło osiemdziesiątki, ale budziła dziwny respekt, a może tylko obojętność? Małgorzata odsunęła się bez słowa, robiąc matce miejsce. Nie zamierzałam brać w tym udziału. Od czasu wyjazdu z Warszawy nic nie jadłam i porządnie burczało mi w brzuchu, ale wolałam głodować w samotności, niż jeść w takim towarzystwie.
- To co? Wyjątkowo zjemy razem? - Marcelina odwróciła się do nas z niepewnością.
Małgorzata mlasnęła niezadowolona i lekko pokręciła głową, ale usiadła do stołu. Mama nawet nie pisnęła. Posłusznie zajęła następne krzesło. Marcelina nalała zupę do czterech talerzy i sama usiadła z łyżką w ręku. Spojrzała na mnie zdziwiona i pod tym wzrokiem ugięły mi się kolana. To czarownica, byłam tego niemal pewna.
W ten sposób jadłyśmy we cztery przy jednym stole nasz pierwszy i ostatni wspólny obiad. Żadna z nas tego nie planowała, ale pechowo wszystkie znalazłyśmy się w tym samym miejscu o tej samej porze. Tak nieprzyjemny zbieg okoliczności więcej już się nie powtórzył. Wkrótce przekonałam się, że życie w tym domu w dużej mierze sprowadza się do unikania innych mieszkańców. Małgorzata i Marcelina miały dużą wprawę. Mama szybko przypomniała sobie panujące tu zasady i z każdym dniem widywałam ją coraz rzadziej. Odpowiadała mi wolność, jaką dzięki temu zyskałam. Na razie jednak z powodu fatalnego pecha siedziałyśmy razem i próbowałyśmy jakoś to przetrwać.
- Smakuje ci? - spytała Marcelina nie wiadomo kogo, nie podnosząc wzroku znad talerza.
Całkowita cisza. Starałam się nie zakłócać jej uderzeniami łyżki o talerz. Mama była spięta, ale nienaturalnie spokojna. Wyglądała, jakby czegoś takiego właśnie się spodziewała i wiedziała, że musi przez to przejść, żeby załatwić ważniejszą sprawę. W milczeniu jadła przesolony rosół, dobrze wiedząc, że to i tak najlepsze z tego, co ją tu czeka.
- Tak, bardzo dobry - odpowiedziała automatycznie, choć pytanie nie musiało być skierowane do niej.
Spojrzałam na nie z ciekawością. Marcelina zamarła z łyżką w połowie drogi do ust i lekko się uśmiechnęła. Małgorzata nagle pobladła i mocniej zacisnęła zęby. Nie odpuści. To nie byłoby w jej stylu.
- Nigdy go nie lubiłaś - rzuciła szybko.
Mama spojrzała na nią zaskoczona.
- Niemożliwe. Jest naprawdę wyśmienity. - Nerwowo zacisnęła usta, co miało być chyba uśmiechem.
- Zawsze grymasiłaś, że tłusty i za mocno przyprawiony. Cokolwiek ugotowała Marcelina, byłaś niezadowolona.
- Nie wszystko jej się udawało - mruknęła mama.
- A co to niby miało znaczyć? - najeżyła się Małgorzata.
- Nic.
- Nic?! - wrzasnęła Małgorzata, z brzękiem odkładając łyżkę na talerz. - Jak ci nie smakuje, to po prostu nie jedz!
- Przecież powiedziałam, że dobry! - mama niechcący podniosła głos.
- Dobry! Znowu grymasisz! Minęło tyle lat, a ty się w ogóle nie zmieniłaś. Ciągle masz muchy w nosie!
- Przecież jem! I choćby to był najgorszy rosół na świecie, zjem go do końca!
- A więc jednak ci nie smakuje!
- A co ciebie to obchodzi?! - krzyknęła mama. - Przecież nie ty go ugotowałaś!
- Nie powiedziałaś nam, że masz córkę! - wypaliła, uderzając pięścią w stół, a rosół w talerzach zafalował gwałtownie.
Mama spojrzała zdumiona.
- A co to ma wspólnego z rosołem?
- A co ona ma wspólnego z nami?! - kiwnęła na mnie głową, jakbym była tylko drewnianą pacynką, która nie słyszy i nie rozumie.
- Na litość boską, to twoja wnuczka, Małgorzato! - wycedziła mama, masując sobie czoło, jakby nagle rozbolała ją głowa.
- Teraz sobie o tym przypomniałaś?! Dziewczyna ma już szesnaście lat!
- Jak miałam ci powiedzieć po tym wszystkim?
- Powinnam to wiedzieć!
- Ucieszyłabyś się, że urodziłam dziecko?
- Nie! Nie sądzisz chyba, że jestem aż tak głupia! - Uśmiechnęła się nagle nieprzyjemnie. - Ona ma szesnaście lat! Szesnaście! Myślisz, że nie wiem, co to znaczy?!
- Nie wiem, ale na pewno mi powiesz. - Mama nerwowo zamrugała powiekami.
- Ta dziewczyna nie powinna być twoim dzieckiem! - krzyknęła, a ja poczułam, że robi mi się nagle bardzo zimno.
- Małgorzato - w głosie Marceliny zadźwięczała ostrzegawcza nuta. - Rosół stygnie - dodała spokojnie i to wystarczyło. Obie spuściły wzrok, choć żadna nie zabrała się do jedzenia zupy.
- Potrzebowała babci, tak jak każde dziecko. Potrafiłabyś to zrobić? Zapomnieć i być dla niej dobra?
Małgorzata zacisnęła pięści ze złości.
- To wiesz, dlaczego ci nie powiedziałam.
Cisza. Ciężka, gęsta i trudna do zniesienia, podobnie jak ten najgorszy rosół na świecie, którego nikt nie zamierzał już jeść.
Siedziałam na podłodze w swoim pokoju, w którym czujnie śledziło mnie kilkadziesiąt par kocich oczu z pożółkłej tapety. Myśli wirowały mi w głowie jak w sokowirówce, ale nawet nie próbowałam ich uporządkować. To, co usłyszałam przy obiedzie, nie miało żadnego sensu.
Małgorzata była wariatką, którą zżerała zazdrość i starość. A mama nie wydawała się ostatnio sobą. Rozwód kosztował ją sporo nerwów, ale teraz miałam ważniejsze sprawy na głowie. Trzeba stąd wiać. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Myślałam, że posiedzę z mamą parę tygodni, aż znajdzie pracę i poczuje się lepiej. To jednak niemożliwe - kilka dni i oszalejemy w tym domu. Musimy się stąd wynieść, choćby do hotelu, do schroniska. Gdziekolwiek, gdzie będzie można swobodnie oddychać i dostać pokój bez takich makabrycznych tapet. Może jutro pojedziemy do Lublina i zatrzymamy się w jakimś pensjonacie? Muszę porozmawiać z mamą i wyciągnąć ją z tego domu czarownic, póki jesteśmy normalne.
Nagle zadzwonił telefon.
- Cześć. Co u ciebie słychać?
To Sabina. Dzięki ci, Boże, za przyjaciół. Bez nich ten świat byłby nie do zniesienia.
- Kiepsko. - Poczułam pod powiekami łzy. To nie najlepszy moment na płacz.
- A jak towarzystwo? Poznałaś kogoś fajnego?
- Nie. Prawdę mówiąc, cały czas siedzę w domu.
- Słuchaj, zostawiłaś u mnie tę czerwoną bluzę z kapturem. Odesłać ci ją, czy mogę sobie trochę ponosić?
Dlaczego miałam wrażenie, że ona mnie nie słucha?
- Bo wiesz, Bruno zabiera mnie na koncert Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pod Pałac Kultury, a potem pewnie skoczymy na pizzę.
- Jasne - odpowiedziałam ponuro, zastanawiając się, co właściwie znaczy "zabiera mnie".
- To co? Zostawię ją sobie na trochę. Cieszę się, że u ciebie wszystko gra. Odezwę się później, bo Bruno na mnie czeka. Idziemy potańczyć.
- Jasne - zdążyłam tylko powtórzyć i usłyszałam sygnał przerwanego połączenia.
Gapiłam się bezmyślnie na trzymany w ręku telefon, próbując zrozumieć, co się stało. Nie żebym musiała się komuś zwierzać przez najbliższą godzinę i płakać do słuchawki, ale czy nie od tego właśnie są przyjaciele? Zanim zdążyłam się rozkleić, moja komórka znowu zawibrowała nerwowo. Podskoczyłam przestraszona. Na wyświetlaczu pojawiło się imię, od którego nagle, nie wiedzieć czemu, zrobiło mi się gorąco. Bruno.
- Dlaczego się tak szczerzysz, szczeżujo?
Zawsze mnie tak witał. Nieraz dostał za to po głowie, a teraz poczułam tylko, jak łzy z uporem więzione pod powiekami w końcu popłynęły po policzkach.
- Prawdę mówiąc, wcale się nie szczerzę.
- Płaczesz? - zapytał zaniepokojony.
- Nie - powiedziałam, potakująco kiwając głową.
- Ryczysz, to pewne. Siedzisz na podłodze w pokoju tego starego próchna i chlipiesz w rękaw. A co mówiłem? Pamiętasz, co ustaliliśmy?
- Że będę dzwonić - głos mi się załamał, ale miałam to gdzieś.
- No i co? Nie dotarło? Koniecznie muszę wydać ostatnie zaskórniaki na taksówkę i przyjechać do tego pipidówa, żeby sprać ci tyłek na kwaśne jabłko? Ty wiesz o mojej chorobie lokomocyjnej, tak? Zdajesz sobie sprawę, ile kosztuje pranie tapicerki? Starzy odetną mnie od kieszonkowego za taki numer. To co? Przyjechać?
- Tak - powiedziałam, nadal chlipiąc do słuchawki.
- Jest aż tak źle? - zapytał poważnie.
- Fatalnie. Dom jest stary, zimny i śmierdzi. W moim pokoju wisi tapeta ze wstrętnymi kotami, które nie spuszczają ze mnie oka. Łóżko twarde, wszędzie jakieś stare encyklopedie, a szuflady są zamknięte! - całkowicie popłynęłam.
- No tak - słyszałam, że kpi, ale tym razem nie poprawiało mi to humoru. - To rzeczywiście dno. Szczególnie ta sprawa z szufladami. A może, tak mi przyszło do głowy, może dałabyś radę je po prostu otworzyć, co?
Nagle ogarnęła mnie taka fala czułości, że gdyby ten facet siedział tuż obok mnie, mogłabym zrobić coś bardzo nierozsądnego.
- To jest koniec świata, Bruno! Moja matka oszalała, że mnie tu przywiozła. Tu nic nie ma, rozumiesz? Nawet kina ani porządnego sklepu z ciuchami!
- Byłaś już w szkole?
- Nie. Zaczynam od jutra. Musieli czekać, aż nasza szkoła prześle tutaj moje arkusze ocen i opinię wychowawcy. Ale zdążyłam obejrzeć już tę dziurę. Tu się nic nie dzieje...
- Zobaczysz, poznasz fajnych ludzi i wszystko się ułoży.
- Nie, Bruno. Nic się nie ułoży. Ich jest dwie, rozumiesz?
- Nie rozumiem. Jakie dwie?
- Dwie babki! Dwie czarownice z piekła rodem! Obie szalone i obie mnie nienawidzą!
- A ta druga to kto?
- Matka babki - wyjaśniłam ponuro.
- Prababka?! - krzyknął do słuchawki. - Ale jazda! Nie znam nikogo, kto miałby prababkę! To niesamowite! Jak ona wygląda? Możesz się z nią dogadać?
Mimo łez prychnęłam krótkim śmiechem. Cały Bruno. Jak można go było nie kochać? Pomyślałam "kochać"? Miałam na myśli "lubić".
- Powiem ci jedno. Ona nosi lepsze dżinsy niż twoje nowe wranglery.
- Nie wierzę. Zrób zdjęcie i wyślij. Muszę to zobaczyć.
Zaśmiałam się i zrobiło mi się od tego trochę lepiej.
- Dzięki.
- Nie ma za co, mała. Muszę kończyć, Sabina się w końcu wyszykowała, a wiesz, ile czasu potrafi stać przed lustrem.
- Idziecie potańczyć? - nagle popsuł mi się humor.
- Potańczyć? Myślałem, że się trochę powłóczymy, choć mówiła coś o jakiejś niespodziance, więc może faktycznie idziemy potańczyć. - Zaśmiał się. - Trzymaj się, szczeżujo. Zadzwonię jutro.
- Poczekaj! - zawołałam, ale już się rozłączył.
Oparłam głowę o ścianę i lekko przymknęłam oczy. Zobaczyłam go nagle w tej jaskrawoniebieskiej puchowej kurtce, czerwonej czapce z wielkim pomponem i, jak zwykle, bez szalika. Ręce miał w kieszeniach i przestępował z nogi na nogę, bo marzł. Zresztą w lecie też tak robił. Jakby nie mógł się doczekać, kiedy w końcu coś zacznie się dziać. Nie znosił bezczynnego czekania. Tęskniłam za nim. Nikogo, nawet ojca ani Sabiny, nie brakowało mi tak jak jego. Wystarczyło, że zadzwonił. Niby nic się nie zmieniło. Nadal tkwiłam w tym koszmarnym pokoju, w tym przerażającym domu i tej dołującej miejscowości, ale czułam się trochę lepiej. Bruno zawsze wiedział, jak mnie rozśmieszyć, i robił to, kiedy byłam niemal pewna, że nic nie jest w stanie poprawić mi nastroju. Poszedł z Sabiną na tańce? Przecież on nie lubi tańczyć...
Usłyszałam lekkie pukanie jednoczesne z naciśnięciem klamki. Jakby ktoś się bał, że może usłyszeć "nie". Po tym ją poznałam. Zawsze tak robiła. Wydawało jej się, że musi uszanować moją prywatność, więc pukała, ale nie przyjmowała odmowy, więc od razu wchodziła, nie czekając na odpowiedź. Dobrze się składa. I tak chciałam z nią pogadać.
- Co robisz? - spytała miękko, siadając obok mnie na podłodze.
- Dołuję się.
Poklepała mnie po ramieniu.
- Wszystko się ułoży. Obiecuję ci.
Nie brzmiało to zbyt przekonująco. Spojrzałam na nią i byłam pewna, że sama w to nie wierzy.
- Nie, mamo. Nie ułoży się. Ten dom jest koszmarny. Babki mnie nie znoszą. Widziałaś, co działo się podczas obiadu. Wszystko jest nie tak. A najgorsze, że nie jesteś tym zdziwiona. Wiedziałaś, że tak będzie, prawda?
- Wychowałam się tu. Znam Małgorzatę lepiej niż ktokolwiek inny. Dorastanie w tym domu wcale nie było łatwe, szczególnie z taką matką jak ona, ale jakoś przeżyłam.
- Nie przeżyłaś, tylko uciekłaś.
- Tak. Uciekłam. - Kiwnęła głową i zagryzła wargę, jakby bała się, że powie za dużo.
- Po co tu wróciłaś? Nikt tu na ciebie nie czekał i nikt się nie cieszy z twojego przyjazdu. Mogłyśmy zostać w Warszawie. Wystarczyło się przeprowadzić do innej dzielnicy, żeby nie spotykać taty. Kupiłybyśmy mieszkanie na Białołęce. Tam też można zacząć wszystko od nowa.
- Myślisz, że chciałam uciec od Ryśka i dlatego tu przyjechałam? - Uśmiechnęła się smutno. - Nie o to chodziło. Masz rację, że nie jestem tu mile widziana. Babki nas nie zapraszały, szczerze mówiąc, zmusiłam je do tego, żeby zgodziły się nas przyjąć na jakiś czas. Trudno im się dziwić. Łączą nas niewyrównane porachunki. - Spojrzała mi w oczy i lekko pogłaskała po policzku. - Musiałam to zrobić. Także dla ciebie. Obiecuję, że nie zostaniemy tu długo. Tylko do czasu, aż coś załatwię.
- Co?
- Nie mogę ci teraz powiedzieć.
"Dosyć" - pomyślałam.
- Może to, co ma zmienić moje życie i od czego mogę cię znienawidzić? - Zaryzykowałam. Mama spojrzała na mnie, jakbym ją spoliczkowała.
- Podsłuchiwałaś.
- Dziwisz się? - Poczułam, jak rośnie we mnie złość, której nie będę potrafiła opanować. - Nic mi nie mówisz, mamo. Zabrałaś mi przyjaciół, szkołę, całe moje życie i nie podałaś jednego sensownego powodu. Przywiozłaś do tej paskudnej miejscowości, gdzie można umrzeć z nudów i rozpaczy, każesz mieszkać w tym koszmarnym domu z dwiema wariatkami, które myślą tylko o tym, jak się mnie stąd pozbyć, i oczekujesz, że będę szczęśliwa? Dlaczego mi to zrobiłaś? Jesteś mi przynajmniej winna wyjaśnienie.
Milczała przez chwilę, wpatrując się w wyjątkowo brzydkiego różowego kota na tapecie, który właśnie szykował się do skoku na kłębek różowej włóczki. Miałam wrażenie, że nie może się zdecydować, czy powiedzieć mi całą prawdę, czy tylko pół. Splotła dłonie i mocno je zacisnęła. Spojrzała mi odważnie w oczy. Jeszcze zanim otworzyła usta, wiedziałam, że nie warto jej słuchać. Będzie kłamać.
- Tutaj się wychowałam i tu jest mój, a teraz także twój, dom. Wiem, że ci ciężko, ale uwierz, przyjazd tutaj był najlepszym rozwiązaniem. Przede wszystkim dla ciebie.
- Ja nie chcę tu być - przerwałam jej sucho.
- To nie potrwa długo. W tym tygodniu mam kilka spotkań w sprawie pracy w Lublinie. Kupimy tam mieszkanie i wszystko się ułoży.
- Ciągle to powtarzasz i nie słyszysz już nawet, że nie ma w tym za grosz sensu.
Pomyślałam o Brunie, który pewnie teraz tańczy z Sabiną, o jego uśmiechu i o tym, że przez głupie pomysły mamy nie mogę być z nimi. Powinnam być cierpliwa i wyrozumiała. Jednak od tej chwili coraz częściej będę miała gdzieś to, co powinnam.
- Mamo, nie jestem lalką, którą wraz z ubrankami zabiera się na wycieczkę. Zostawiłam w Warszawie wszystko, co dla mnie ważne, i przyjechałam z tobą, bo myślałam, że tu będziesz szczęśliwa, ale nie jesteś. Widzę, że męczysz się tak samo jak ja. Jaki w tym sens? Rozwiedliście się z ojcem. W porządku, takie rzeczy się zdarzają. Jednak to, co fundujesz mi teraz, to już duża przesada. Nie chcę mieszkać ani tu, ani w Lublinie.
- Tak będzie lepiej - przekonywała łagodnie, ale nie miałam siły tego słuchać.
- Jeśli mnie zmusisz, odejdę!
Patrzyła na mnie przerażona, jakby nagle dotarło do niej, że naprawdę mogę ją zostawić, a z tym prawdopodobnie nie umiałaby sobie poradzić.
- Gdzie będziesz mieszkać? Przecież sprzedałyśmy mieszkanie - odezwała się po chwili.
- U ojca. - Zadziornie podniosłam głowę.
Mama spojrzała na mnie bardzo smutnymi oczami, ale byłam zbyt zła, żeby zwrócić na to uwagę.
- To niemożliwe.
Niemożliwe! Jeśli przyjazd tu i mieszkanie w tym zimnym grobowcu z żywymi trupami są możliwe, to wszystko inne też! Zresztą niedługo sama się o tym przekona!
- Nie rób nic głupiego, proszę cię - powiedziała tylko i wyszła z pokoju.
* * *
Wtedy poczułam, że albo się uduszę, albo to z siebie wyrzucę. Wyjęłam z plecaka gruby zeszyt i wieczne pióro, które dostałam od mamy na imieniny, i zaczęłam pisać. Właśnie. Imieniny. Od tego momentu moje życie bardzo się zmieniło.
Zrobiłam imprezę. Nikt nawet nie wspomniał o rozwodzie. Było ciasto z polewą czekoladową, prezenty, balony i tańce. Bruno włożył krawat, który strasznie go uwierał, a mimo to nie chciał go zdjąć, bo jak powiedział, wyjątkowa dziewczyna wymaga wyjątkowych poświęceń. Wyglądał wtedy, do diabła, naprawdę świetnie. Ten moment, gdy składał mi życzenia... Spojrzałam na niego i nagle przyszło mi do głowy, że zrobił się z niego naprawdę przystojny facet, nawet nie zauważyłam kiedy. Zniknęły gdzieś zagencjanowane kolana i strupy, które nosił jak swoje największe trofea. Nie ciągnął mnie już za włosy i nie wkładał do plecaka zdechłych żab. Był inny, a jednocześnie ten sam. To za trudne na moją skołowaną głowę. W każdym razie takiego go zapamiętałam. W źle zawiązanym krawacie i z uśmiechem, w którym trudno się nie zakochać.
Wtedy jeszcze wszystko było w porządku. Ojciec, dumny jak paw, trzymał przede mną dużą pakę z prezentem z wielką czerwoną kokardą. Dał mi aparat fotograficzny. Mama robiła zdjęcia. Miała na sobie nową turkusową sukienkę, którą dostała od ojca na sylwestra w zeszłym roku. To niemożliwe! Chyba to sobie wymyśliłam. Przecież już wtedy wszystko musiało być postanowione i załatwione. Nie można sprzedać mieszkania w tydzień. Tyle czasu dali mi na spakowanie i przyzwyczajenie się do myśli o przeprowadzce. Ostatnia rozprawa w sądzie była dzień przed Wigilią. I po wszystkim.
Ojciec nawet się ze mną nie pożegnał. Po prostu zabrał swoje rzeczy i wyszedł, jakby miał wrócić na kolację. Pamiętam, jak zawsze w sobotę rano spotykaliśmy się w kuchni. Robił gorące kakao w ogromnych czerwonych kubkach. Siedzieliśmy tak przed parującym gęstym płynem, pachnącym czekoladą. Słuchaliśmy radia i milczeliśmy. Ojciec nigdy nie był gadułą. Zawsze za dużo pracował, za mało mówił i za rzadko się śmiał. Nie przeszkadzało mi to, a teraz tego naszego wspólnego sobotniego milczenia bardzo mi brakuje. Dzwoniłam do niego wczoraj wieczorem. Zamiast dzień dobry powiedział, że nie przyjedzie w następny weekend.
- Pracujesz w sobotę? - zdziwiłam się.
- Tak. Nie. Jeszcze nie wiem.
Konkretna odpowiedź.
- To kiedy się zobaczymy? - zapytałam zniecierpliwiona.
- Za tydzień. Najpóźniej za dwa. Jak się już urządzisz, poznasz nowe koleżanki, przyjadę i wszystko mi pokażesz.
- Koleżanki? Nie rozśmieszaj mnie. Dobrze, że przynajmniej jest Agnieszka.
- Jaka Agnieszka?
- Osiecka.
- Jakaś nowa przyjaciółka?
- Raczej bardzo stara - mruknęłam niezadowolona.
- Muszę kończyć. Mam spotkanie.
Pip, pip i koniec rozmowy. Jak mówiłam, mój ojciec nigdy nie był gadułą, ale zazwyczaj jakoś dawaliśmy sobie radę z prostą rozmową. Co słychać? Co robisz? Jak twoi znajomi? Jaki film ostatnio oglądałaś? Nic szczególnego. Zwykła gadka przy pomidorowej. Teraz chyba i to się zmieni. Ojciec miał spotkanie. Była sobota, godzina dwudziesta druga i słyszałam w słuchawce, jak woda leci do wanny.
Mama mówi, że muszę poczekać, że wszystko się wyjaśni. Tylko że ja nie jestem pewna, czy tego chcę. Pragnę wyłącznie jednego. Mojego starego, dobrego, sprawdzonego życia. Moich rodziców, którzy razem gotują obiad, robiąc przy tym straszny bałagan. Mojej przyjaciółki, która ciągle się spóźnia na spotkania, ale za to zawsze wygląda idealnie, i mojego... Bruna, który już sama nie wiem, kim tak naprawdę dla mnie jest.