Rumor - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERW­SZASTU­DIO SIGMA

1

Po­wieki drgnęły mu po ósmej, gdy przez ściany domku ho­len­der­skiego prze­bił się ter­kot sil­ni­ków.

Je­den po­jazd mógł zwia­sto­wać nie­spo­dzie­waną wi­zytę klienta, więc tym by się nie prze­jął. Ale do­bie­ga­jące go od­głosy kilku sa­mo­cho­dów spra­wiły, że nie­po­kój roz­lał się w nim chłodną falą.

Prze­je­chały ubitą drogą w po­bliżu jego domu, szum na­ra­stał, gdy mi­jały po­se­sję, więc zdo­łał je wszyst­kie po­li­czyć. Za­trzy­mał się na szes­na­stu.

An­drzej Ru­mow­ski dźwi­gnął się z łóżka i roz­warł ża­lu­zje w oknie sy­pialni. Od razu zo­ba­czył, co się święci. Świa­tło w jego tcha­wicy nie­bez­piecz­nie się zmniej­szyło.

Od­chrząk­nął, wpa­tru­jąc się w nie­wielką żółtą ko­parkę ster­czącą na la­we­cie i w kilka ra­dio­wo­zów, a także cy­wil­nych sa­mo­cho­dów, które za­par­ko­wały rzę­dem w cie­niu pod la­sem. Po­tem z uwagą ob­ser­wo­wał, jak dwóch po­li­cjan­tów wy­ty­cza pa­choł­kami nie­wielki te­ren i roz­pina po­mię­dzy nimi nie­bie­ską ta­śmę, która pod­da­wała się na­po­rowi wia­tru. Ten ło­pot, cho­ciaż prze­cież go nie sły­szał, zu­peł­nie ir­ra­cjo­nal­nie draż­nił go także wtedy, gdy łyżka ma­szyny wbi­jała się z ję­kiem w glebę, a na­stęp­nie za­nu­rzała w jej trze­wia i wy­szar­py­wała wnętrz­no­ści. Uro­bek usy­py­wała na bok, two­rząc nie­wielką brą­zową pry­zmę.

Ru­mow­ski już wie­dział, w jak wiel­kim tkwił błę­dzie, gdy są­dził, że wszystko, co naj­gor­sze w jego ży­ciu, wy­da­rzyło się nieco po­nad rok temu. Bo wła­śnie wy­glą­dało na to, że tego sło­necz­nego dnia pod ko­niec sierp­nia dwa ty­siące dwu­dzie­stego czwar­tego roku los, z któ­rym wcze­śniej sto­czył nie­równą walkę, za­mie­rzał za­dać mu cios osta­teczny. I Ru­mor przy­jąłby go z opusz­czoną gardą i wdzięcz­no­ścią, bo w za­sa­dzie nie wi­dział już dla sie­bie miej­sca na tym świe­cie. Ani celu dal­szej po­dróży.

Wie­dział, że po­wi­nien się za­jąć swo­imi spra­wami. Co­dzien­no­ścią. Miał na gło­wie pilną na­prawę przy­czepy kem­pin­go­wej - stała w warsz­ta­cie z roz­pru­tym przed­nim na­roż­ni­kiem, spod któ­rego strzę­piła się pianka izo­la­cyjna - a na­stęp­nie do­stawę in­nej przy­czepy do klienta w Ło­mian­kach. Ale pech po­le­gał na tym, że te­raz naj­waż­niej­szą sprawą było to, co działo się tam, na ze­wnątrz.

Prze­szedł do kuchni i usiadł przy stole na­prze­ciwko okna, także przy­sło­nię­tego sta­rymi ża­lu­zjami, któ­rych li­stewki po­kry­wała war­stwa ku­rzu.

Ru­mor ob­ser­wo­wał ten po­li­cyjny spek­takl z obez­wład­nia­ją­cym na­pię­ciem i na­wet się nie obej­rzał na bzy­czącą gdzieś obok mu­chę.

Gdy ko­parka wy­co­fała się z miej­sca wy­zna­czo­nego ta­śmą, do wy­kopu we­szło trzech fa­ce­tów w bia­łych stro­jach, które z tej od­le­gło­ści i w po­ran­nym słońcu przy­po­mi­nały uni­formy astro­nau­tów, drep­czą­cych ostroż­nie po sko­ru­pie nie­zna­nej wcze­śniej pla­nety.

Po­zo­stali zgro­ma­dzili się wo­kół i znie­ru­cho­mieli.

Ru­mor nie mie­rzył so­bie pulsu. Nie mu­siał. Ci­śnie­nie na­pie­rało od we­wnątrz na skro­nie i bał się, że ko­ści czaszki za­czną mu trzesz­czeć w szwach. Czas są­czył się wolno jak od­ry­wa­jące się od kranu kro­ple wody. Wy­da­wało mu się, że każda z nich ude­rzała o dno zlewu z hu­kiem, który od­bi­jał się od ścian.

Do­brze wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej bę­dzie tak, jak by­wało w każ­dym ame­ry­kań­skim fil­mie kry­mi­nal­nym - dwóch gli­nia­rzy ru­szy w kie­runku jego domu, on otwo­rzy im drzwi i wtedy jego ży­cie, na­wet je­śli czę­sto my­ślał o tym, że w za­sa­dzie skoń­czyło się rok temu, tak na­prawdę skoń­czy się dziś.

Bo prze­cież nie ma ży­cia w wię­zie­niu.

Otarł kro­pelki potu z czoła i po­czuł, że za­schło mu w ustach. Ob­li­zał spierzch­nięte wargi, a po­tem wstał i na­chy­lił się do kranu. Zimna woda, która spły­nęła mu do żo­łądka, nie przy­nio­sła ulgi.

Stara kli­ma­ty­za­cja zi­pała, do­ma­ga­jąc się ko­lej­nego prze­glądu. Ru­mow­ski miał na­dzieję, że le­ciwy sprzęt, przy­wie­ziony dawno temu z Bel­gii, do­trwa przy­naj­mniej do końca szczytu se­zonu w branży ka­ra­wa­nin­go­wej. Po­tem obie­cał so­bie, że się nim zaj­mie. Tym­cza­sem ostat­nie dni sierp­nia ostro da­wały w kość. Ka­łuża zbie­ra­jąca skro­pliny, która utwo­rzyła się tuż przy wej­ściu do domu, w za­sa­dzie nie miała czasu wy­schnąć, a woda wciąż szu­kała z niej uj­ścia. I wiła się cien­kimi ciem­no­brą­zo­wymi mac­kami w nie­rów­no­ściach te­renu, opły­wa­jąc kępy su­chej trawy ni­czym bez­ludne wy­spy.

Ru­mor wie­dział, że po­wi­nien wyjść z domu, przejść przez plac do warsz­tatu, na­kar­mić Kam­pera, pod­pa­la­nego owczarka nie­miec­kiego, i na­lać mu świe­żej wody do mi­ski. Po­wi­nien za­cho­wy­wać się nor­mal­nie, nie wzbu­dzać po­dej­rzeń. A może na­wet na­le­żało po­dejść do któ­re­goś z po­ste­run­ko­wych i za­py­tać, co ro­bią na są­sied­niej działce, która jesz­cze nie­dawno na­le­żała do te­ścia.

Tak zro­biłby każdy na jego miej­scu. Ale on tkwił w domku ho­len­der­skim z su­fi­tem ni­sko zwie­szo­nym nad głową i cze­kał na roz­wój wy­pad­ków, my­śląc o tym, co było. Co wy­da­rzyło się dawno temu i co wciąż do niego wra­cało.

Taka karma, po­my­ślał.

Grupa po­li­cjan­tów zwarła się nad wy­ko­pem, za­sła­nia­jąc mu wi­dok.

Wciąż się łu­dził, że może ko­pali nie w tym miej­scu. Sam nie był tego pe­wien. Te­ren przez lata się zmie­nił, Ru­mor przy­jeż­dżał tu od ja­kichś sze­ściu lub sied­miu lat, a miesz­kał do­piero od dwóch.

Na­gle za­uwa­żył, że zbie­go­wi­sko wo­kół wy­kopu się roz­pierz­chło, a dwoje po­li­cjan­tów było już w po­ło­wie drogi do jego domu. Szli gę­siego. Bru­netka, któ­rej koń­ski ogon bu­jał się w rytm kro­ków, i gru­bawy fa­cet z wą­sem.

Ru­mor przy­gryzł wargę i zdał so­bie sprawę, że spły­cił mu się od­dech.

Po­wi­nien coś zro­bić. Za­cząć dzia­łać.

Wło­żył za­wie­szoną na opar­ciu krze­sła ko­szulkę fir­mową z wi­ze­run­kiem przy­czepy i nie­bie­skim na­pi­sem Kamp­Ser­wis.

Sta­nął przy drzwiach i za­czął na­słu­chi­wać; gdy tylko do­biegł go wy­raźny zgrzyt pia­sku pod po­de­szwami służ­bo­wych bu­tów, wziął głę­boki od­dech, a na­stęp­nie pchnął drzwi.

- O, dzień do­bry - Ru­mor udał za­sko­czo­nego.

Po­li­cjantka przed­sta­wiła sie­bie i ko­legę, ale go­spo­darz nie za­pa­mię­tał ani ich służ­bo­wych stopni, ani na­zwisk, bo stres po­prze­ci­nał mu sy­napsy. Za­uwa­żył na­to­miast jej przy­ja­zny uśmiech i uważne spoj­rze­nie piw­nych oczu spod daszka po­li­cyj­nej bejs­bo­lówki.

- Mo­żemy za­mie­nić z pa­nem parę słów? - spy­tała.

Wą­saty funk­cjo­na­riusz uniósł oku­lary i otarł pot z na­sady nosa.

- Mam tro­chę ro­boty i je­stem już mocno spóź­niony - Ru­mor pró­bo­wał się wy­krę­cić. - A co się tam stało? - Uniósł brodę w kie­runku wy­kopu.

- To nie zaj­mie dużo czasu - za­pew­niła, igno­ru­jąc jego py­ta­nie.

Wła­ści­ciel ser­wisu schy­lił się po psią mi­skę i pod­szedł do kranu wy­sta­ją­cego z ele­wa­cji. Na­peł­nił na­czy­nie wodą.

- W domu ukrop, więc za­pra­szam do warsz­tatu. - Wska­zał na po­bli­ski bu­dy­nek z bla­chy fa­li­stej w nie­bie­skim od­cie­niu, znacz­nie ciem­niej­szym niż sierp­niowe niebo.

Ru­mor za­uwa­żył, że ko­bieta zer­k­nęła na ka­łużę skro­plin.

- Pluje wodą, ale słabo chło­dzi - wy­ja­śnił i osten­ta­cyj­nie otarł pot z czoła.

Za­kład, do któ­rego zmie­rzali, znaj­do­wał się na du­żym ogro­dzo­nym te­re­nie z grun­tową na­wierzch­nią. Kostka bru­kowa łą­czyła je­dy­nie wjazd z dwu­sta­no­wi­sko­wym spo­rym ga­ra­żem z wy­so­kimi pod­no­szo­nymi bra­mami.

Po dru­giej stro­nie stało sześć­dzie­siąt sie­dem przy­czep kem­pin­go­wych, star­szych i now­szych, które to­nąc w słońcu, przy­bie­rały po­ma­rań­czową barwę. Su­che kle­pi­sko mię­dzy nimi po­ra­stały nie­liczne chwa­sty. Naj­wy­tr­wal­sze i nie­złomne.

Za pło­tem roz­cią­gały się złote ścier­ni­ska, po­prze­ci­nane kwar­ta­łami wy­so­kiej ku­ku­ry­dzy. Wo­kół było pu­sto. Naj­bliż­sza droga as­fal­towa, zu­peł­nie nie­wi­doczna, cią­gnęła się w po­przek kra­jo­brazu ja­kieś dwa ki­lo­me­try stąd. To tam znaj­do­wało się kilka do­mów i bu­dyn­ków go­spo­dar­czych na­le­żą­cych do tu­tej­szych rol­ni­ków. Da­lej, po pra­wej, stały ogromne si­losy, które z tej per­spek­tywy przy­wo­ły­wały na myśl czubki sza­rych kre­dek świe­co­wych.

Ru­mow­ski za­pro­sił po­li­cjan­tów ge­stem, ale nie kwa­pili się, więc ru­szył z miej­sca. Wtedy funk­cjo­na­riuszka zrów­nała z nim krok. Jej part­ner wlókł się z tyłu.

Ru­mor zdał so­bie sprawę, że nie­świa­do­mie ucieka od miej­sca wy­kopu.

- No więc? Co tam się wy­da­rzyło? - spy­tał, za­in­try­go­wany prze­dłu­ża­jącą się ci­szą. Szedł spo­koj­nie, żeby nie roz­lać wody.

Kam­per, który do tej pory le­żał przy ścia­nie w cie­niu warsz­tatu, w końcu uniósł zad i le­ni­wie pod­szedł do ogro­dze­nia. Uniósł kufę i pró­bo­wał zwie­trzyć za­pach ob­cych.

- Od dawna pan tu mieszka? - spy­tała po­li­cjantka, znów jakby nie usły­szała jego py­ta­nia.

- Od dwóch lat.

- I to pana działka?

- Tylko ta, na któ­rej stoją dom i warsz­tat - po­wie­dział, cho­ciaż nie­po­trzeb­nie, bo gdyby miej­sce, w któ­rym po­li­cja zde­cy­do­wała się ko­pać, le­żało w gra­ni­cach jego działki, za­pewne uprze­dzi­liby go o swo­ich dzia­ła­niach. - A o co cho­dzi? - Za­trzy­mał się i oni też sta­nęli.

Słońce za­glą­dało mu w oczy, więc przy­mknął po­wieki.

Kam­per za­szcze­kał. Ru­mor upo­mniał go ge­stem otwar­tej dłoni, a za­raz po­tem po­ka­zał mu za­mkniętą pięść. Pies za­skom­lał nie­za­do­wo­lony, ale w końcu usiadł w po­bliżu furtki.

Wła­ści­ciel Kamp­Ser­wisu od­wró­cił się do funk­cjo­na­riu­szy.

Ten z wą­sem wy­dął wargi, a po­li­cjantka zer­k­nęła w kie­runku wy­kopu, a po­tem spoj­rzała Ru­mow­skiemu pro­sto w oczy.

- Od­kry­li­śmy tam zwłoki - po­in­for­mo­wała.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki