Ruiny Sodomy - zbiór opowiadań - Zbigniew Wojnarowski

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przeszłość

W styczniu roku 1803 w Lipsku znaleziono ciało drukarza Retsego. Pozbawione głowy leżało w jednym z umeblowanych pokoi, które na piętrze swojej kamienicy wynajmowała na godziny Frau Botega, wdowa po kapeluszniku. Żona Retsego dokonała rozpoznania na podstawie znamienia w pachwinie. Według jej zeznań mąż zniknął z domu półtora miesiąca temu, zabierając jedynie obraz nabyty niedawno za niewygórowaną cenę na aukcji w Domu Lipza. Nigdy wcześniej Retse nie wykazywał zainteresowania malarstwem. Obrazu nie odnaleziono, podobnie jak głowy denata. „Klnę się na wszystkie świętości, policmajstrze Fichter, że wychodząc z domu miał jedno i drugie”, zapewniła zapłakana pani Retse. Fichter odznaczał się chorobliwą nieufnością, niemniej znał życie. Uwierzył na słowo.

***

Zimą 1887 roku w godzinach przedpołudniowych Ludwik Naumier i Florentyna Dux, spacerujący razem po przedmieściach Aubrige natknęli się na zdekapitowane ciało włóczęgi leżące na pomoście nieczynnej przystani rzecznej. Początkowo nie zorientowali się, że pozbawione jest głowy, ponieważ korpus nakrywała gazeta, dopiero podmuch wiatru odsłonił szyję ze śladem fachowego cięcia. Oprócz francuskiej prasy i pękniętej fajki z lipy nieboszczyk nie posiadał przy sobie niczego, zwłaszcza dokumentu tożsamości. Gazetę, która mogła naprowadzić na ślad zabójcy, wiatr zwiał do rzeki przed przybyciem policji. Ludwik Naumier, obiecujący pejzażysta, zapamiętał z niej reprodukcję średniowiecznego obrazu. Nie znał nazwy pisma, daty ani miejsca wydania, w każdym razie nie był to miejscowy Courrier. „Jako artysta zwracam uwagę na sztukę, reszta gównianego świata niech sczeźnie! – wyjaśnił porywczo. – Znam każdy bohomaz począwszy od bizona z Altamiry! Tego, co służyło trupowi za pierzynę, nie rozpoznałem, ale gdybyście dali mi zerknąć jeszcze raz...” Nie było takiej możliwości ani potrzeby, toteż Naumiera zwolniono. Resztę dnia i noc spędził konsekwentnie z Florentyną Dux. Nie rozmawiali o zdarzeniu. Ani też o niczym innym.

***

W 1945 roku topniejący w Miskaczu śnieg odsłaniał trupy na ulicach, toteż zwłoki żołnierza we włoskim mundurze nie zdziwiłyby nikogo, gdyby nie brak głowy. Wyglądało, jakby odcięto ją jednym ciosem topora lub noża. Przy ciele znaleziono przegniły notes w okładce ze skóry z wytłoczonymi inicjałami „C. I.” Zapiski w języku włoskim miały charakter miłosnego wyznania kierowanego do dziewczyny imieniem Sofia. Kilka kart przed końcem wspomniano o podarku, jaki piszący nabył dla Sofii na jarmarku w N. (Miejscowość zaszyfrowano literą.) Był to „ślicznie oprawiony oleodruk na kanwie starej szkoły rodzajowego malarstwa”, jak brzmiał opis. Z dalszych zapisków wynikało, że prezent – wbrew obietnicy – nie został wysłany najbliższą pocztą. Coraz skąpsze notatki dotyczyły głównie reprodukcji, która najwyraźniej znajdowała się wciąż w posiadaniu piszącego. Niestety, wraz ze zmianą problematyki wyznania straciły dotychczasową klarowność. Na przykład przedostatnie brzmiało: „Zniszczyć, póki czas.” Ostatnie było równie enigmatyczne: „Wszystko na darmo. Jego nie ma, mnie też nie będzie.” Doktorant z Katedry Porównawczej Bauca, który w 1954 przeprowadził analizę językową zapisków, postawił hipotezę, że nieznany żołnierz wyrażał w ten sposób swoją narastającą depresję po klęsce Mussoliniego.

Śp. Ellen Ripley dedykuję

Obcy

Rozpieprzyli drzwi.

Wielkie stalowe drzwi do głównego korytarza, które otwierając się przypominały mi usta ziewającego olbrzyma. Tym razem nie sposób ich było otworzyć przy użyciu elektrycznego kołowrotka, więc świetlne lancety palników zagłębiły się w metal grubości męskiego uda jak w masło. Snopy błękitnych iskier sypały się z rozcięć o nadtopionych brzegach.

Dobra!, powiedział ten, który kazał im to zrobić.

Który kazał rozpieprzyć drzwi.

Postawił stopę w wojskowym bucie na wysokości loga armatora: krwistego santorynu wyprowadzonego z granatowego fau o podwójnych konturach. Po jego kopnięciu bryła metalu odchyliła się powoli od pionu, zanim runęła z brzękiem na kraty chodnika po drugiej stronie. W filowaniu świetlówek widać było uciekający w dal tunel o ścianach pokrytych gęstwiną rur. Przetaczały się po nich fale zielonego i czerwonego blasku.

Główny obwodowy korytarz statku wiódł do pomieszczeń gospodarczych oraz na pochylnie schodzące ku ładowni. Facet, który wykopał drzwi, odwrócił się do nas, kładąc ostrzegawczo palec na ustach. Kazał być cicho, mimo że echo łoskotu wibrowało jeszcze w niewidocznych zakamarkach, oddalając się od nas i milknąc.

Miał na sobie mundur relscha. Taki sam jak Bauman, tylko z niebieskimi naszywkami speckomu na rękawach i na piersi. Oni wszyscy, cała ta piątka, która przyleciała malutkim patrolowcem i przybiła do górnego luku naszego Almayera, mieli niebieskie naszywki speckomu, plazmowe giwery w dłoniach i te swoje zacięte miny fachmanów, którzy pozjadali wszystkie rozumy. Oni zawsze wiedzieli najlepiej. Nie lubili słuchać, nie potrzebowali pytać, rozpieprzali drzwi i wchodzili na pewniaka.

Prawie nie zwracali na mnie uwagi, choć to ja znałem każdy zakątek AlMayera, a nie oni. Założyłbym się, że tu też uważali się za lepszych ode mnie i od każdego innego, kto byłby jeszcze żywy.

Kap, kap, kap, kapało coś w oddali. Dudniło głośno, miarowo, jakby to był tylko złudny pogłos czegoś niesłyszalnego.

Z karabinami w garści, czujnie pochyleni, wepchnęli się przede mną przez wyciętą palnikami dziurę. Tylko ostatni z nich, młody chłopak o twarzy wygolonej razem z brwiami, zatrzymał się, żeby mnie przepuścić. Choć i tego nie byłbym wcale pewien. Raczej zatrzymał się zaniepokojony zapachem gnijącej krwi, który snuł się po tamtej stronie wyrwy w drzwiach. Unosił się na powierzchni znajomych woni: zesmażonej farby, olejów, rdzy, swądu jonizacji. A może zaniepokoił go ten drugi zapach, ledwie uchwytny, przylatujący nie wiadomo skąd. Podobny do zapachu amoniaku.

Nie byłem jednak pewien, czy go w ogóle zwęszył.

Co do mnie – czułem go tak wyraźnie, jakbym wetknął nos w odkręcony słoiczek pełen oparów amoniaku.

Ale mój nos miał łatwiej. Doskonale jeszcze pamiętał bukiet zapachowy Almayera sprzed tego smrodku. Kiedy pomieszczenia pachniały w sposób znajomy, nie drażniący nerwów. Kiedy wszelki fetor był swojski.

Pamiętałem chwilę, gdy zwęszyliśmy amoniak po raz pierwszy.

Siedzieliśmy w kambuzie nasłuchując metalicznego człapania.

Idzie po nas, powiedziała Harley.

Powiedziała to do Elvera, wodzącego wzrokiem po niskiej, stalowej kratownicy sufitu i zarazem wodzącego po niej lufą wymiatacza. Powiedziała to z pewnością do Elvera albo do Baumana, ale przytuliła się do mnie. Na sekundę, na ułamek sekundy, żeby żaden z pozostałych nie zauważył jej słabości, wtuliła we mnie swoją twarz. Zanim zdążyłem zareagować, wyprostowała się z kpiącym uśmieszkiem repetując broń.

W tej samej chwili z wywietrznika chlusnęła krew i wyjechało stamtąd bezgłośnie, jak na filmie z wyłączonym dźwiękiem, ciało Nurthy. Spod zerwanej pokrywy czaszki sterczały kolorowe druciki, jakby Nurtha była androidem, a nie człowiekiem. Skóropodobnym sztuczniakiem jak Zewt, który zginął pierwszy, posłany na zwiady pod wysadzony luk.

Co do Nurthy było to jednak złudzenie. Po prostu w jej mózg, a właściwie w miejsce, gdzie już go nie było, wbił się jeden z akumulatorów, o które gadzior roztrzaskał ją jak plastykową lalkę.

Mechanik Sleppy wymiotował, krztusząc się nad kubłem w rogu kambuza, ale Harley była już spokojna. Twarda jak zawsze.

Uważaj na siebie, nie przesadzaj z odwagą, powiedziałem do niej.

Odpowiedziała mi porozumiewawczym przymknięciem oczu. Popluła w dłonie ujmując kolbę karabinku. Jeszcze nie wiedziała, że karabinek sprawia wrażenie zabawki w porównaniu z celem, do którego przyjdzie mu mierzyć. Popluła w dłonie dla fasonu, na wiwat. W gruncie rzeczy bez potrzeby. Tak samo jak dla fasonu repetowała raz po raz broń, mówiąc coś do Baumana. Cokolwiek. Przesadził! Odstrzelę mu dupę osobiście! albo coś podobnego, co mówi się dla opanowania sytuacji, której nie sposób opanować.

O tym też jeszcze nie wiedziała ani nie wiedział o tym nikt z nas, z naszej pozostałej piątki.

Kiedy teraz widziałem piątkę tych ze speckomu, skradających się korytarzem w mrugającym świetle, ciągle czymś lub o coś brzęczących mimo usilnych starań zachowania ciszy (bo starego, rozklekotanego Almayera nie da się przejść bezszelestnie, mimo że zdaje się wielki i niewzruszony niczym góra), odnosiłem wrażenie, że wszystko powtarza się od nowa.

Próbowałem im to powiedzieć, ostrzec ich, ale oni nie byli ciekawi mojego zdania. Oni z definicji mieli lepszy pogląd na świat! Na każdą nieprzewidzianą sytuację w niezmierzonym kosmosie! Ponieważ przeszli ekskluzywną szkołę wbiegania na ścianę w pełnym uzbrojeniu, wykonywania uników w laserowym ostrzale, celnej palby pomiędzy własnymi nogami i sztuki mediacji, która robi taką wodę z mózgu, że delikwent nie zauważa, gdy przenicuje się go na lewą stronę.

Szedłem więc za nimi nie wtrącając się, podczas gdy oni próbowali na własną rękę ustalić, co zdarzyło się tutaj naprawdę.

Na pierwszą kałużę zaschłej krwi natknęli się przy drzwiach towarowej windy. Przystanęli zdezorientowani. Nie odzywali się, patrząc po ścianach i sufitach, zbici w grupkę plecami do siebie. Najwyższy z nich, Negr o błyszczącej od potu skórze, nie wytrzymał nerwowo. Pociągnął trzeszczącą smugą pomiędzy rurami, gdzie odezwał się ledwie słyszalny syk.

To grały zawory grzewcze.

Z przestrzelin trysnęły strugi pary, korytarz wypełniła wilgotna mgła i ten w mundurze relscha opieprzył Negra. Za niepotrzebny hałas. Ale ja wiedziałem, że nie zaszkodzi im największy hałas jaki zrobią. Wredny gadzior, szpiczastołby stwór, który moim zdaniem przywarował w opróżnionych z koksytu piwnicach drugiego poziomu, i tak wiedział, że jesteśmy na pokładzie.

Tylko że nie miałem sposobu, żeby przekonać do mojej opinii fachmanów ze speckomu. Zignorowaliby ją. Niczego by nie wniosła do ich sprecyzowanego na ekskluzywnych kursach światopoglądu.

Ja na przykład wiedziałem, że kałuża krwi, na którą się natknęliśmy, wypłynęła z Elvera. Osłaniał nas, ewakuujących się towarową windą z przykambuzowego ogródka, z tej zielonej i rajskiej chluby Harley, zamienionej teraz w pobojowisko. W cmentarzysko roślin podlanych deszczem ludzkiej krwi. Byłem pewien, że poszarpane ciało Elvera wisi w szybie windy jak mięso na rzeźniczym haku. Zapewne ono było tym czymś, co zablokowało od wewnątrz mechanizm dźwigu. Powinno się je wydobyć, złożyć w foliową trumnę i wykspediować próżniowym lukiem w wieczną drogę przez mroźną nieskończoność.

Ale czy facetom ze speckomu, bardziej ufnym w swoje bezmózgie giwery niż w mój pomyślunek, nazwisko Elvera cokolwiek mówiło? Nic im nie mówiło! Nie znali człowieka! Przybyli na anonimowe wezwanie pomocy od grupy anonimowych przewoźników w anonimowym statku kosmicznym, którego anonimowości nie podważał fakt, że jego nazwę Almayer wklepali starannie w dysk swego pokładowego komputera.

Powinniście zejść po drabinach, drogą awaryjną, tam trudniej o pułapki, powiedziałem, ale ten w mundurze relscha popatrzył na mnie ze złością.

Uniósł pięść zaciśniętą kurczowo na plazmówce, jakby chciał powiedzieć: Jak się nie zamkniesz, uciszę cię od ręki!

Nie potrafiłem poczuć sympatii do niego i do jego ludzi, choć starałem się, naprawdę. Koniec końców przyszli nam przecież z odsieczą. Wynurzyli się z mroźnej czerni kosmosu na swoim malutkim błękitnym patrolowcu o dumnej nazwie Salvator. Inna sprawa, że przybyli za późno i nie mogli już ocalić nikogo oprócz mnie.

Niemniej wciąż jeszcze mogli zrobić coś, na czym mi zależało.

Pomścić Harley! Zatłuc obcego gadziora o długiej, lśniącej jak żuczy pancerz czaszce, aż spłynie swoją zieloną posoką!

Jednakże sposób, w jaki się do tego zabierali, nie napawał optymizmem. Dezorientacja i strach! Tak, dezorientacja i strach! Gdyż zastali tu coś zgoła innego niż się spodziewali, przyzwyczajeni do tłumienia buntów wygłodzonych załóg, pacyfikowania szaleńców, którzy nie znieśli wielomiesięcznego ciśnienia kosmicznej próżni, albo do wydłubywania ofiar wypadków spomiędzy elementów urządzeń ważnych dla dalszego rejsu. Dezorientacja i strach...

Te przykre, irytujące uczucia nie zadusiły w nich genetycznej buty wysoko kwalifikowanej i równie wysoko opłacanej jednostki specjalnej. W tej sytuacji nie trzeba było długo czekać na pierwszy fant z ich strony. Okazał się nim krępy, tępo patrzący wąsacz w stopniu marscha, który nie odezwał się ani razu od chwili, gdy ich wszystkich zobaczyłem. Wyglądało na to, że w ogóle nie mówi i niewiele go interesuje poza tym, co się porusza w polu widzenia. To on pierwszy zareagował poprzednio na rozkaz cięcia zablokowanych drzwi do korytarza. Teraz zapuścił się w jego boczną odnogę, nagrzaną od sąsiadujących z nią kotłów. Niósł pod pachą na przerzuconym przez ramię rzemieniu plazmówkę wielką niby armata.

Pozostali początkowo nie zwrócili na niego uwagi, ale ja zamarłem w przerażeniu. Znienacka poczułem falę amoniakowego smrodu i usłyszałem trzask. Niegłośny trzask pękających ludzkich kości.

Podniosłem wzrok na relscha, który lufą karabinu otwierał właśnie skrzynie bagażowe umieszczone ponad chodnikiem. Asekurował ich pokrywy, żeby nie robiły hałasu opadając. Nawet nie wiem, czy zdawał sobie sprawę, że wykonuje niepotrzebną robotę?

Moje spłoszone spojrzenie. Nie zdążyłem zrobić nic więcej. Zresztą wiedziałem lepiej od nich, że wystarcza odrobina nieuwagi, żeby nie dało się zrobić nic więcej. Kompletnie nic.

Okrwawione ciało wąsacza wystrzeliło z bocznego korytarza z impetem armatniej kuli, roztrzaskując się na ścianie. Na rurach idących po ścianie. Wbiło się pomiędzy nie chlustając krwią.

Kurwa!, wykrzyknął z przestrachem Negr, który stał najbliżej. Czerwone krople pstrzyły jego szarą od zużycia kurtkę i poszarzałą z lęku twarz.

Siwy jak gołąb trzydziestolatek – w każdym razie facet nie wyglądający na więcej lat – który klęczał za Negrem na jednym kolanie, ze skierowaną w stronę załomu ściany plazmówką, pociągnął go silnie za pas. Ale w bocznym korytarzu nic już się nie działo.

Cisza.

Cisza i pustka, zgniłozielono migocząca rzędem świetlówek.

Pierwszy wyjrzał relsch i kiwnął na nas, żebyśmy dołączyli. Wszyscy oni dyszeli teraz, jakby od rana biegali w kółko bez odpoczynku. Zdaje się, że takiego obrotu sprawy nie brali pod uwagę.

Obejrzeli ciało wąsacza pokasłując i rozglądając się nerwowo, aczkolwiek niewiele pozostało do oglądania. Trudno byłoby stwierdzić bez autopsji, w którym miejscu krwawej masy wypadał za życia nastroszony wąs albo jakikolwiek organ anatomiczny dający się nazwać.

Podobnie, pamiętam, wyglądał Sleppy piętnaście dni temu wieczorem.

Najpierw przytoczyła się do nas z brzękiem puszka po szprotach, a właściwie otwarta puszka z ledwie napoczętymi szprotami. Ryby mają charakterystyczny zapach, toteż nie czułem niczego poza tym zapachem. Po prostu byłem głodny. Zamierzałem zabrać się do tej puszki, gdy nagle Harley stanęła pomiędzy mną a szprotami.

Sleepy poszedł po jedzenie!, szepnęła.

Ja zaś uświadomiłem sobie, że istotnie tak musiało być. Głód dokuczał mu wczoraj równie mocno jak mnie. Ale Bauman zakazał zapuszczania się w stronę spiżarni, gdzie przed śmiercią Elver widział ślady zielonkawego śluzu. Zostawiał go po sobie długogłowy gadzior, bawiący się z nami w ciuciubabkę od czterech dni. Mieliśmy przekraść się po południu do rezerw spożywczych na dolnym pokładzie, ale przecież wypakowana lodówka wciąż jeszcze stała w kuchni. I to w drodze powrotnej stamtąd dosięgło Sleppy’ego jego przeznaczenie łakomczucha, który dzień bez deseru uważał za stracony.

Ubezpieczaj mnie! Nie ruszaj się stąd na krok!, nakazał Bauman.

Nie musiał odchodzić daleko. Widzieliśmy strużkę krwi wypływającą zza konsoli.

Przyciągnął Sleepy’ego za pasek od spodni, zanurzając rękę po nadgarstek w krwawej miazdze. Nie rozpoznalibyśmy ciała Sleepy’ego, gdyby nie naszyjnik z wężowej skóry, który kończył je teraz zamiast głowy.

Bo głowa znikła bez śladu, choć później Bauman wypuszczał się dwa razy na jej poszukiwanie, korzystając z panującego spokoju. Bez najmniejszego śladu! Jakby Sleepy nigdy w życiu nie miał głowy i nie powinno to nikogo dziwić.

Ale ja słyszałem jeszcze w uszach trzaski i mlaskania za konsolą, gdzie gadzior wyjadł mózg Sleepy’ego. Zeżarł jego głowę. Musiało tak być, bo co innego by się z nią stało?

Chłopak dawał się lubić, więc Harley płakała. Wtedy zapłakała po raz pierwszy od czasu, kiedy się to wszystko zaczęło. Ale zapłakała tak, że Bauman niczego nie spostrzegł. Tylko ja jeden na nią patrzyłem. Nikogo poza naszą trójką nie było już na Almayerze.

Nie licząc cuchnącego amoniakiem gadziora. Krył się w ciemnościach, które były jego matecznikiem. Diablim matecznikiem! Z nich przybył i w nie miał odejść. W te ciemności, która pozostaną w nas po parszywej śmierci. Tak w każdym razie szepnęła do mnie Harley, kiedy Bauman drzemał. Może szepnęła tak do samej siebie, ale ja to doskonale słyszałem, skoro trzymała usta przy moim uchu.

Nigdy przedtem nie znałem jej mówiącej w taki sposób i takim tonem. Tonem, w którym była wielka ciemność. Tego dnia jeden jedyny raz przyszło mi do głowy. że Harley może umrzeć, ja zaś mogę pozostać żywy – i co w takim razie ze sobą pocznę bez Harley?

Nie rozłaźcie się, póki nie wymacamy tego kurestwa!, powiedział relsch na pozór opanowanym głosem.

Trzeba przyznać, że wpadł na ten pomysł szybciej od Baumana, który zakazał rozłączania się, gdy pozostaliśmy mu wyłącznie my z Harley.

Inna rzecz, że ci ze speckomu bali się bardziej od nas. Wiedzieli tak samo mało jak my, a na dodatek znaleźli się w nieznanym miejscu. Dla nas Almayer był przez wiele miesięcy domem, dalibyśmy sobie głowę uciąć, że nic nie może nas zaskoczyć na jego pokładzie. Nie było chyba dziury, w którą nie zajrzałbym od początku rejsu, mimo że transportowce naprawdę są wielkie jak góra. Natomiast ci ze speckomu nie mieli pojęcia, czy za załomem ściany nie napatoczą się na coś, za czym można się na nich przyczaić.

Woleliby umrzeć niż dopytywać się o to. Byli z całą pewnością zadufani w sobie. Mieli mnie za kogoś, kto nie dorasta im do pięt. Komu robi się łaskę zauważając go, bo przecież żaden obowiązek. Dostrzegali inteligencję akurat nie tam, gdzie należy. Zupełnie gdzie indziej. Kiedy weszli do sześciokątnego tunelu pod lukami, siwowłosy powiedział o inteligentnej formie życia - może dlatego że na pneumatycznej wyściółce ścian spostrzegli rozmazane smugi krwi.

Sam nie wiedziałem, czyja to krew. Tylko Zewt mógłby tędy przechodzić, a on przecież nie krwawił. Jego rany, zanim zasklepiły się bez śladu, eksplodowały jakąś mydlaną cieczą. Żeby zabić Zewta, gadzior musiał go chyba rozszarpać na sztuki, rozczłonkować, rozdzielić na składowe organy. Nie mam pojęcia, co musiał zrobić, niemniej zrobił to! Słyszeliśmy w głośnikach, jak to robił! Słyszeliśmy przeraźliwy skowyt Zewta i kiedy jak kiedy, ale w tamtym momencie nie dało się go odróżnić od człowieka!

Gdy więc zobaczyłem jak relsch łączy się ze swoim nawigatorem, który pozostał na pokładzie zacumowanego patrolowca, przestraszyłem się, że zaraz usłyszę to samo. Przewierci mnie na wylot śmiertelny wrzask, obijający się do tej pory po moim mózgu. Na szczęście (jeśli słowo szczęście do czegokolwiek jeszcze pasuje) nie usłyszałem go. Nie usłyszałem krzyku  zabijanego człowieka.

Nic nie usłyszałem, tak samo jak oni. Łączności nie było.

Co z nim, do kurwy nędzy?!, zacietrzewił się nerwus z wytatuowaną na czole rozgwiazdą, wyjmując komunikator z dłoni relscha i waląc w głośnik jak w bęben.

Nawet gdybym powiedział im, co podejrzewam, nie uwierzyliby mi. Musieli sami sprawdzić. Musieli na własnej skórze zakarbować to, co myśmy wszyscy przeszli przed nimi. Nie wierzyli w cudzy los. Chorowali na powątpiewanie.

Młodzik z wygolonymi brwiami zgłosił się na ochotnika, że pójdzie sprawdzić.

Relsch zawahał się na moment, jakby coś przeczuwając. Takie odniosłem wrażenie. Potem machnął jednak ręką, żeby wygolony szedł.

Ten zawrócił korytarzem, którym tu dotarliśmy, ponieważ droga wydawała się sprawdzona i bezpieczna. W każdym razie im się taka wydawała.

Mnie wcale nie, tylko że ja nie miałem tu nic do gadania.

Odezwałem się dopiero, gdy weszliśmy do laboratorium pomiarowego poziom niżej, ponieważ tam nie mogłem już milczeć. Trupi zaduch był nie do wytrzymania. Usłyszawszy mój zaniepokojony głos, siwowłosy spojrzał kątem oka i syknął ostrzegawczo na swoich. Zatrzymali się wpół kroku nie pytając, nie oglądając się za siebie, wystawiając pociągnięte matem lufy giwer, w których zielone światło jarzeniówek tonęło jak w czarnych dziurach. Bez połysku, bez zdradliwego refleksu na suficie czy ścianie. Jednak zawodowcy.

Siwowłosy pierwszy poszedł za moim wzrokiem.

Niewiele się dało zobaczyć w niszy za metalowymi schodkami. Tyle, że coś tam leży. Coś czarnego, co kiedyś wylało z siebie zakrzepłe już na kształt lodowisk bajorka czarnej cieczy. Coś, co ma ręce i nogi z połamanymi kośćmi, ale nie ma głowy. Zamiast niej ma czarne zamarznięte jezioro z dopływem zakrzepłym w kaskadach wzdłuż żelaznych stopni. Od szczytu wąziutkich schodów do dołu.

Bauman, powiedziałem.

Ale oczywiście nazwisko Baumana mówiło im tyle samo, co poprzednio nazwisko Elvera. Czyli nic.

Wiedziałem, że to Bauman, chociaż Bauman nie zginął wcale tutaj, tylko na górze. W sterowni, gdzie zachlapał krwią pulpit pełen przyrządów i wskaźników. Słyszeliśmy z Harley, jak jego czaszka wali o blachę stopni, gdy gadzior ściągał go trzy piętra niżej. Wtedy jeszcze okaleczona głowa Baumana była na swoim miejscu.

Miał w sobie niesamowicie dużo krwi, skoro starczyło jej na niezliczone bajorka i dopływy, na całą krainę jezior, pośród której leżał olbrzymi, martwy i obdarty ze skóry. Obnażony po żyły, po nerwy, po czarne gruzły mięśni, po całą śmiertelną maszynerię ludzką uwięzioną w sinych oplotach naczyń.

Prawdopodobnie nie zdążył wysłać ostatniego sygnału alarmowego. Do Salwatora dotarł któryś z poprzednich, tych Zewta, nie Baumana.

W migotliwym cieniu schodów stanęliśmy nad jego zwłokami zaledwie na moment. Na czas krótki niby przebłysk niechcianej myśli. A myśl ta najdotkliwiej przeszyła ciało wielkiego Negra, który nie znał Baumana tak samo jak każdy z nich, ale widocznie zobaczył w nim odbicie własnej koszmarnej śmierci. Zobaczył to, czego nie chciał widzieć.

Zawył i rzucił się do ucieczki.

Od początku wyglądał mi na potężnego ciałem i nieodpornego psychicznie. Byłby w stanie zabić uderzeniem pięści bez zmrużenia oka, ale nie potrafił walczyć z niewiadomym. Z niewidzialnym. Nie miał zielonego pojęcia, przed kim ucieka i dokąd, bo przecież nie mógł uciec przed własną, choćby najdotkliwszą myślą.

Tamci rzucili się za nim, żeby go złapać. Zawrócić. Blachy podłogi łomotały pod ciężkimi podkutymi butami.

Próbowałem ich zatrzymać, ale nie słuchali mnie. Więc pobiegłem za nimi. Nie chciałem zostać sam na sam z trupem Baumana w tym przerażającym odorze rozkładu. Byłem sam przez wiele dni i miałem tego dość. Pamiętałem chwilę, gdy znalazłem trupa Baumana. Gdy znajdowałem trupy pozostałych, oczywiście nie wszystkich, bo poruszanie się po Almayerze w pojedynkę było niebezpieczne. Nie mniej niebezpieczne niż poruszanie się w grupie.

Ta prawda zaczynała docierać do facetów ze speckomu.

Negr wdrapał się na górę po drabince i zanim do niej dobiegliśmy, zatrzasnął za sobą właz. Relsch zaklął z głową zadartą ku metalowemu stropowi.

Wszyscy nazad, już!, zawrócił nas ze złością.

Puszczały mu nerwy.

Któremu odpierdoli, niech sam się o siebie martwi!, warknął wściekle.

Gdy wróciliśmy do sali, w której leżał Bauman, okazało się, że nie ma także tego z rozgwiazdą na czole. Chyba wcale z nami nie pobiegł. W miejscu, gdzie ostatnio stał postukując grubymi palcami w głośnik komunikatora, lśniła kałuża świeżej krwi.

Nikt nie spostrzegł jego zniknięcia. Ja także. Wydawało mi się, że wciąż go widzę stukającego z wściekłością w perforowany plastik.

Zapach amoniaku był ledwie wyczuwalny, niemniej wyczuwalny i znów dopadł mnie taki sam strach jak kiedyś, kilkanaście dni temu, kiedy byłem jeszcze z Harley, Baumanem, Sleepym, Nurthą. Bo nagle zrozumiałem, że ci ze speckomu są równie bezradni jak my wówczas. Będą ginęli jeden po drugim nie wiedząc, co się dzieje. Będą ginęli bezszelestnie i bezsensownie, jeżeli czegoś w końcu nie zrobią. Czegoś innego niż dotychczas robili na Almayerze. Jeżeli w ogóle istnieje cokolwiek innego do zrobienia.

Na razie szli czujni, zgięci wpół, wytężający słuch na podejrzane szmery i nieznane sobie stuki albo gwizdy, za pomocą których Almayer rozmawiał z nicością. A ja, idąc krok w krok za nimi, widziałem dwójkę wystraszonych facetów, czyli wszystko, co w marne trzy godzinki pozostało z dumnej grupy speckomu. Która z marszu rozpieprzyła drzwi jak swoje. Byłem przekonany, że w istocie zostało ich tylko tylu, chociaż oni sami sądzili pewnie, że nadal jest ich co najmniej czterech chłopa.

Naturalnie wyszło na moje, aczkolwiek gdybym miał do wypowiedzenia jedno jedyne życzenie, wybrałbym życzenie, żeby nie wyszło na moje.

Kap, kap, kap, kapało znowu głucho i dudniąco coś niewidocznego. Pod podłogą, pod naszymi nogami, rezonując w górze, jakby krople spadały w odwrotną stronę.

Właśnie wtedy dostrzegłem wybrzuszony segment sufitu ponad gospodarczym korytarzem, wyłożonym czerwoną wykładziną niczym korytarz markowego hotelu. Nurtha obwiesiła go plakatami z filmów. Elegancko wystrojone pary tańczące pod palmami na plażach i zaprzęgi sań mknęły po śniegu pobłękitniałym od nieba. Pomyślałem z niepokojem, że pod tym wypuczonym kawałkiem sufitu okaże się, jak bardzo nierealne jest moje jedyne życzenie.

No i tak było, niestety, tak właśnie było.

Ci dwaj ze speckomu jednocześnie ze mną zauważyli odstający sufit, ale słyszeliśmy jedynie uporczywe kapanie. Dopiero z bliska dało się zauważyć krople krwi, rozpryskujące się na wilgotnej czerwieni wykładziny.

Nikt z nas niczego nie powiedział. Nie dlatego, że rozumieliśmy się bez słów, ale dlatego, że trudno nazywać takie rzeczy po imieniu. Ja też nie chciałem tego zrobić. Przez wzgląd na nich, na siebie, a nawet na Harley, która być może umarła bezkarnie. W każdym razie coraz łatwiej przychodziło mi w to uwierzyć.

Po szarpnięciu klapy w suficie zwłoki opadły w dół połową obnażonego torsu. Muskularne ramiona zakołysały się w powietrzu, krew płynęła ciurkiem od podbródka po wygolone brwi, wtapiając się bez śladu w czerwoną wykładzinę. Wnętrzności wciąż wysuwały się z brzucha leniwym ruchem, jakby niewidzialna łapa rozpruwała młokosa na naszych oczach.

Wrażenie było tak sugestywne, że tamci dwaj pociągnęli seriami po suficie.

Ale ja od początku byłem pewien daremności ich działań. Nie potrafili nawet pojąć, jakim cudem wygolony znalazł się na ich marszrucie, skoro odszedł w przeciwnym kierunku. Nie tłumaczyłem im tego. Nie widziałem potrzeby, żeby cokolwiek tłumaczyć, choć umiałbym wymienić co najmniej tuzin lepszych lub gorszych przełazów, które prowadzą stąd poprzez grodzie. Włącznie z ciasnym tunelem wentylacyjnym, gdzie gadzior musiałby się przeciskać na czworakach, wlokąc za sobą martwe ciało.

Ale to wszystko niczego nie zmieniało, już niczego. Ani to, co wiedziałem ja, ani to, czego nie potrafili domyślić się oni - no bo skoro ten z wygolonymi brwiami zachował swoją głowę, musiał ją niedawno stracić ktoś inny. Gadzior dostał dzisiaj swoją głowę. Pożarł ją z mlaskaniem i chrzęstem miażdżonych kości jeszcze przed zabiciem młokosa. Więc czyja to mogła być głowa, jeśli nie wielkiego, błyszczącego fioletowo Negra? Ale czy ci dwaj, ostatni dwaj pozostali przy życiu z wszechstronnie wyszkolonego speckomu, który rozpieprza pancerne drzwi w mgnieniu oka, musieli to wiedzieć? Czy naprawdę musieli wiedzieć, że nasze godziny są policzone? Że jesteśmy skazani?

Dyskutowali nerwowo, chaotycznie, bezsilnie o inteligentnej formie życia. Że tak, że owszem, że należy podjąć próbę porozumienia, zanim się powyrzynamy... A ja, słuchając ich, czułem od młokosa zapach świeżej krwi. Dokładnie taki, jaki prześladował nas z Harley przez ostatnie dni. Dopóki nie zostałem sam, żeby doświadczać, jak ta woń podchodzi coraz silniejszym fetorem zgnilizny. Śmierć pokrywała się pleśnią czasu.

Ale nie moja pamięć, nieustannie i kryształowo przejrzysta aż do bólu.

Przeogromny boże, jak ona strasznie umarła! Wszyscy przeogromni bogowie kosmosu, jeżeli jest was tam więcej, jakże strasznie umarła Harley!

Widziałem to na własne oczy i nic nie mogłem poradzić!

Nie wybaczę sobie, że poszedłem wtedy po jedzenie. Byłem okropnie głodny, a na Almayerze było przecież tyle pożywienia. Dlaczego mam być głodny, myślałem. Co to pomoże, jeżeli będę głodny? Więc poszedłem. Sądziłem, że nic złego w tym czasie nie może się zdarzyć.

Harley siedziała na krześle w świetlicy, na wprost zamkniętych żelaznych drzwi, przez których grubościenny bulaj dostrzegłaby w porę każdy ruch w przedsionku. Siedziała z karabinem gotowym do strzału na kolanach. Panował spokój. Harley wciąż zdobywała się na opanowanie. Podziwiałem ją - zrównoważoną, przewidującą, nie poddającą się.

Wyglądała na drobną w swoim ciele o stalowych mięśniach i miękkich ruchach sytej kotki. Kiedy nakładała czasami sportową kurtkę Zewta, stebnowane poły sięgały jej do kolan. Siedziała właśnie w tej kurtce, z kieszeniami pełnymi magazynków, i wydawała się drobna. Ale wiedziałem, że to złudzenie. Pozory. Nie przypadkiem paru facetów o bicepsach jak jej kibić zginęło przed nią. Byłbym się założył, że Harley pozostanie żywa długo po mojej śmierci, bo ona nigdy nie przegra. Z nikim.

Jeszcze niedawno podlewała swój ogródek. Miałem ją przed oczami na tle nakrapianych żółtawo orchidei, z malutką konewką w dłoni... Ale burczało mi w brzuchu! Od rana byłem głodny jak nigdy, bo przecież na Almayerze całymi dniami wszyscy coś pogryzali z nudów, częstowali się paluszkami, rzucali sobie kolorowe cukierki i łapali je ustami w powietrzu... Nic się nie stanie przez jedną krótką chwilę, myślałem sobie.

Chociaż dzisiaj już wiem, że wszystko dzieje się właśnie w jednej krótkiej chwili.

Wyszedłem przez kuchnię, przecisnąłem się otworem windy do usuwania odpadków. Z górnego korytarza (gdzie wiszą gaśnice) zerknąłem jeszcze raz na Harley przez okienka wentylacyjne umieszczone nad podłogą - które w świetlicy wypadają pod sufitem.

Widocznie mnie usłyszała, wyczulona na każdy szmer. Nigdy więcej nie miałem już jej takiej zobaczyć, siedzącej na aluminiowym krześle z karabinem na kolanach, bawiącej się nawijaniem na palec srebrnego łańcuszka, który dostała przed wyjazdem od Chucka. Spojrzała przez ramię pod strop świetlicy, dostrzegła mnie za uchyloną żaluzją i cmoknęła w powietrzu, jakby mi przesyłała całusa. Poszedłem więc dalej bez obaw.

Byłem chyba w pasażu przy narzędziowni, może trochę dalej, kiedy usłyszałem strzały. Odległe echo strzałów. Brzmiały, jakby pstrykała skacząca blaszana żabka, którą bawił się Elver. Zepsuta blaszana żabka, której nie sposób zatrzymać.

Zamarłem z przerażenia, a potem puściłem się biegiem z powrotem, dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak daleko zabrnąłem w labiryncie korytarzy Almayera.

Przez żaluzje okienka przy ażurowej podłodze znów zobaczyłem Harley. Już nie siedziała na krześle z rozstawionymi nogami.

Stała wyprostowana w spodniach moro i wysokich butach.

To był najbardziej przerażający widok stojącego człowieka, jaki mógłbym sobie wyobrazić.

Zakrwawiona kurtka Zewta wisiała na niej w strzępach, pełne magazynki walały się po podłodze. Naprzeciw Harley stał gadzior, balansujący na ugiętych łapach, górujący nad nią mimo wygiętego w łuk grzbietu. Ogromny, czarny, połyskiwał szkliście od elektrycznych świateł, jakby był zbudowany ze smoły. Z piekielnej cieczy. Ta sama czarna ciecz ciekła ciurkiem z jego pyska, który kołysał się nad głową Harley. Wyglądało to na upiorne podrygiwanie do wtóru melodii, której nie słychać.

Hej, posłuchamy „Moonlight in Vermont”, co ty na to?, mawiała dawniej Harley.

Przypomniał mi się bez sensu ten stary jazzowy kawałek, to Moonlight in Vermont, ponieważ Harley często słuchała go uśmiechnięta, wyciszona. Lubiłem przyglądać jej się wtedy ukradkiem, leżąc na koi w kabinie, a ona nie zwracała uwagi ani na mnie, ani na cały świat, zapatrzona gdzieś w siebie, gdzie ukrywało się coś naprawdę ładnego, choć nikt poza nią samą nie miał do tego dostępu.

I oto stała przed moimi oczami jednak krucha i jednak bezbronna, pod czarnym niebem nieistniejącej melodii, a gadzior opuścił swój podłużny, wstrętny łeb na wysokość jej twarzy, której nie dostrzegałem. Ponieważ patrzyłem na to wszystko zza pleców Harley. Niemniej byłem pewien, że po jej policzkach nie ciekną łzy i nie zaciska trwożnie powiek, gdy zjeżony zębami pysk przysuwa się w zgęstniałym odorze amoniaku, po czym trąca ją w ramię raz i drugi. Jakby sprawdzał, czy ta znieruchomiała istota żyje.

Nim zdążył trącić ją po raz trzeci, Harley cisnęła weń wystrzelanym do cna, bezużytecznym karabinem. Odbił się od smolistej czerni segmentowanego brzucha i spadł z łoskotem na gołe blachy podłogi.

Gadzior odskoczył z sykiem zabierając łeb, zaś Harley zrobiła jedyne, co mogła zrobić. To znaczy cofnęła się. Powoli, nie spuszczając wzroku z bezokiego łba. Właściwie nie poruszając się, jeśli nie liczyć nieznacznego wysunięcia w tył lewej stopy, potem prawej.

Zdążyła to zrobić dwukrotnie. Gadzior zgiął się w pałąk, z jego rozwartej paszczęki błyskawicznie wysunęło się coś, co wydawało się jeszcze jednym pyskiem, mniejszym, ale zapewne było jęzorem.

Uderzyło w Harley z potężną siłą i gdy przerażony cofnąłem odruchowo głowę, wystrzeliło z jej pleców w obłoku rozproszonej krwi, przebiwszy ciało na wylot.

Nawet nie zdążyła jęknąć, poderwana tym szpikulcem pod sufit.

A ja w tej samej chwili poczułem go we własnych wnętrznościach i nie wytrzymałem! Dałem się ponieść emocjom! Dałem się ponieść instynktom! Ponieważ nigdy, nawet teraz, tutaj, kiedy stąpaliśmy we krwi, nie przypuszczałem, że ujrzę umierającą Harley!

Zanim przecisnąłem się przez otwór kuchennej windy, gadzior znieruchomiał na powrót. Zobaczyłem go tuż przed sobą pochylonego nad Harley, leżącą bez życia na podłodze świetlicy. Nad moją Harley!

Skoczyłem nie zastanawiając się, zawisłem na jego plecach.

On ledwie to poczuł, ledwie drgnął. Poprzysiągłem sobie, że nie odpadnę od oślizgłego, twardego cielska jak od tafli czarnego lodu. Nie odpadnę, choćbym miał zginąć!

Gadzior zatańczył z sykiem wokół własnej osi, nie mogąc mnie dosięgnąć młócącymi łapami.

Wrzasnąłem z wściekłością. Mój łamiący się, zrozpaczony głos był ostatnią rzeczą, jaką pamiętam. Dosięgły mnie jeden po drugim dwa potężne ciosy i wokół rozpostarła się nagła pustka.

Drugie uderzenie było uderzeniem o wytapetowaną nitami ścianę, na której rozbiłem się, przeleciawszy w powietrzu przez pół świetlicy.

Uświadomiłem to sobie przyszedłszy do zmysłów.

Strumień krwi, wyciekający z ucha, zalepił mi oko. Niewiele widziałem, ale natychmiast zorientowałem się, że pomieszczenie jest puste. Bezpieczne. Gwiazdy ostatecznie oddzieliły mój los od losu tamtych. Gadzior zostawił mnie przy życiu nie interesując się mną więcej. Tak samo jak zostawił wykrwawione zwłoki Harley.

Leżała niedaleko przewróconego krzesła skurczona, mniejsza niż zwykle, cuchnąca krwią jak wszyscy przed nią.

I nie miała głowy!

Bezgłowa Harley, którą kochałem. Bezgłowa Harley, która kochała mnie. Bezgłowa Harley, moja biedna bezgłowa Harley.

Siedziałem obok niej na podłodze i nie mogłem uwierzyć, że już nigdy nie usłyszę Moonlight in Vermont. Jakby to było ważniejsze niż mój ból i jej śmierć. Bo jeżeli gdzieś lub kiedyś usłyszę tę melodię, to nie będzie prawdziwe Moonlight in Vermont. To będzie tylko wypatroszone jak ryba Moonlight in Vermont bez Harley.

Więc siedząc tak, czekałem w gruncie rzeczy, aż gadzior powróci i dobije mnie. Dokończy dzieła. Nie pozwoli mi dogorywać na pustym Almayerze pośród stygnących kotłów grzewczych i gasnących po kolei świateł.

Ale on okazał się podlejszy niż sądziłem i nigdy więcej po mnie nie przyszedł.

Przez długich osiem lub dwanaście dni słyszałem go na dolnych pokładach, czułem pośród grodzi nienawistną woń amoniaku, którą znakował swoje szlaki, ale nie zobaczyłem go ani razu. A po jakimś czasie znów zacząłem się go bać i zacząłem bać się tego, co może ze mną zrobić. Nie wierzyłem, że Harley, ta piękna, dumna, wspaniała Harley przegrała z takim kosmicznym śmieciem! Im bardziej byłem tego pewien, tym bardziej nie mogłem w to uwierzyć. Wydawało mi się, że nikt i nigdzie nie uwierzy w taką historię nie do wiary!

To absolutnie niemożliwe!

Kiedyś, w przyszłości, ktoś opowie ciekawym o losie Harley i w tej opowieści ona nie przegra! Z całą pewnością nie przegra!

Być może nie będą zgadzały się słowa, postacie, nazwy, być może zabraknie tam miejsca dla mnie albo dla Baumana, albo dla Sleepy’ego, ale Harley okaże się zwycięska. Tak jak powinno być! Tam przypadnie jej wreszcie zasłużona rola ostatniego ocalałego pasażera transportowca CBI 114 Almayer.

Kiedyś ludzie coś z tym zrobią. Na pewno zrobią coś z tymi nonsensownymi przypadkami naszego życia, odnalazłszy dryfujący w otchłaniach kosmosu przerdzewiały wrak wielki jak góra, w nim zaś szkielety rozsypujące się w przedwieczny proch.

Nie będzie tu już gadziora, który zdąży przesiąść się na inną okazję w swoim niekończącym się polowaniu, dokładnie tak, jak przesiadł się do nas, na Almayera. Więc znajdą tylko obrosłe dookolną rdzą szkielety. Także mój szkielet, ostatniego świadka tej historii. Świadka-nieświadka, skoro jego świadectwo nie daje niczemu świadectwa.

Ale już oni coś wymyślą, ci, którzy nas odnajdą.

Wymyślą wielkie zwycięstwo Harley poza grobem.

Nie znajdowałem w sobie innej wiary, skoro coraz trudniej było mi liczyć na cokolwiek ze strony siwowłosego i relscha, beznadziejnie zagubionych w pustych korytarzach, gdzie można było tylko iść przed siebie w kolejną żelazną czeluść i nie dało się niczego rozpieprzyć, więc ten fakt napinał ich nerwy jak postronki.

Widziałem ich przed sobą jak zjawy, jakby już nie żyli, wykonując jeszcze z przyzwyczajenia proste ruchy i filtrując w sobie parę myśli, do których przywykli za życia.

Tylko czasami, wbrew temu, co widziałem, udawało mi się odnaleźć pod własną skórą nikłe jak smużka dymu przypuszczenie, że może jednak powiedzie im się. Dopadną gadziora! Zatryumfują! Dokonają tego, co nie udało się Harley, chociaż nie mają w sobie ani krzty tej niepojętej mocy, jaką miała ona.

Życzyłem im i życzyłem sobie, żeby tak właśnie się stało.

Niemniej nie potrafiłem opędzić się od ponurego jasnowidzenia (czy też czarnowidzenia), że to jest tylko moje pobożne życzenie i nic ponadto.

Weszliśmy do pustej hali magazynowej, w której unosiła się gryząca w oczy woń koksytu. To było gigantyczne, wysoko sklepione pomieszczenie ze stalowych płyt, odpowiadające echem na każde uderzenie serca.

Tutaj się rozstrzygnie, domyśliłem się nie wiadomo dlaczego.

Ale nie miałem racji. Przynajmniej nie do końca ją miałem.

W sali panowały ciemności, więc relsch zapalił flarę. Żółtawy połysk rozlał się po chropowatości podłogi, coś zatrzepotało pod stropem.

Nietoperze, wyjaśniłem uspokajająco. Zawsze spało ich tam kilkanaście. Żywiły się mysią krwią, larwami, robactwem gnieżdżącym się w magazynach. Wyfruwały, gdy otwierało się luki przy przeładunkach. Podobne do czarnego uwolnionego obłoczku unosiły się w niebo jakiejś kolonii, a jeśli nie było pod nim atmosfery, spadały jak czarny, miękki grad. Żeby rano znowu zawisnąć u sklepienia. Te same czy nie te same, spały głowami w dół nieśmiertelne w swoim bezcelowym uporze.

Nietoperze, powiedziałem zatem, tłumacząc nagły ruch pod stropem i packi odchodów na podłodze.

Ale tamci dwaj nie przestraszyli się czerni szemrzącej wysoko ponad ich głowami. Nie zwrócili na nią uwagi. Zdążyli nabrać pewności, że na Almayerze nie zagrażają im latające smoki. Co jak co, ale one w żadnym razie nie. Choć ja sam nie dałbym gwarancji, że gadzior nie potrafi łazić po ścianach i sufitach.

Szliśmy środkiem sali, póki nie osadził nas jego ostrzegawczy syk. Krótki, urwany – powiadamiał, że tutaj zaczyna się jego terytorium. Wara od jego mrocznego matecznika! Kiedy gadziorowi zachce się naszych głów, sam po nie przyjdzie. Sam nas poszuka. Nie musimy się o nic kłopotać.

Trzeszczący jak chrust błękitny piorun pomknął w głąb sali.

To relsch bez namysłu otworzył ogień w kierunku gadziorowego syku. Trzepotliwy płomień zderzył się z zeskakującą z góry sylwetką, odbił się w niej jak w czarnym lustrze. Sprężysty, podrygujący kształt pomknął w pustej przestrzeni z niespodziewaną prędkością. Metalicznie dudniąca podłoga rezonowała w głębi naszych ciał.

Odskoczyliśmy na boki.

Trzymałem się instynktownie siwowłosego, spodziewając się, że atak pójdzie na relscha. Przetoczyliśmy się przez wpuszczone w podłogę szyny, po których transportowano lory przy niskim załadunku.

Siwowłosy poderwał się błyskawicznie i otworzył ogień.

Tyle że nie istniał już cel.

Rozwiał się czarny podmuch, który przemknął pomiędzy nami, pozostawiając po sobie woń amoniaku. Razem z nim rozwiał się relsch. Nie było go. Przygasająca flara toczyła się po płytach podłogi, wyświeconej na krawędziach łączeń.

Przycisnąłem się do ziemi całym ciałem, kiedy siwowłosy ponad moją głową obrócił się na piętach jak w tańcu, nie zdejmując palca ze spustu. Wypuszczona na oślep salwa nakryła halę powidokiem błękitnej kopuły. Utopiła woń gadziora w ostrym zapachu dymu. Ale w nic nie trafiła.

Siwowłosy ruszył z kopyta w jedną stronę, potem w drugą. Bez przyczyny. Bez żadnego uchwytnego powodu takiego zachowania. Pomyślałem z lękiem, że panikuje. Przestał panować nad szamoczącymi się w nim neuronami. Ale wtedy on zatrzymał się i z kieszeni na nogawce wyciągnął flarę.

Zapłonęło żółte światło.

W jego rozedrganym blasku obaj zobaczyliśmy to samo. Rozbryzg zielonej krwi na podniszczonej stali podłogi, upstrzonej nietoperzymi odchodami. Dwie niewielkie plamy tam, gdzie poszła seria relscha.

Dostał!, wrzasnął histerycznie siwowłosy, jakby chciał pozabijać głosem nietoperze.

Byłem daleki od podzielania jego entuzjazmu. Widziałem na Almayerze wiele plam zielonej krwi, od kiedy Harley w kambuzie powiedziała: Idzie po nas! Ale nie widziałem trupa gadziora. Nosił w sobie prawie cały zapas amunicji, jaki przysługuje załogom transportowców, i nawet nie pokasływał. W każdym razie wyglądało na to, że siwowłosy porzucił swoją pierwotną koncepcję dogadania się z obcą formą życia. Z organizmem innym niż ludzki.

Od początku wydawało mi się, że nie poradzi sobie z tym ambitnym zadaniem. Żaden z nich nie dogadałby się z nieludzkimi formami życia i z większością ludzkich. Żaden z nich nie miał innego pomysłu niż ten, od którego rozpoczął relsch: Rozpieprzyć drzwi!

Harley, biedna Harley, której przeznaczenia nie zdołamy ani pomścić ani wytłumaczyć. Pustka, biedna pustka.

W dali cichły teraz człapiące metalicznie kroki i towarzyszący im chrzęst.

Siwowłosy oblizał spieczone wargi. Rozejrzał się dookoła, jakby nie wiedział, co począć. Jego wzrok zahaczył o mnie i po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że moje istnienie dotarło do jego świadomości. Dotarło, ponieważ nikt oprócz mnie już przy nim nie istniał.

Nie boisz się łazić ze mną po tym piekle?, zapytał, ściskając plazmówkę pod pachą. Bezpieczniej ci siedzieć na dupie!

Ale nie interesowało go, czy zastosuję się do jego rady. Nie czekał na odpowiedź. Przekroczywszy szyny, ruszył ku przeciwległemu wejściu do hali. Tam, skąd słyszeliśmy wleczenie ciężaru przez żelazną nieckę podlogi. Poszedłem za nim po rozmazanym śladzie czerwonej krwi relscha.

Przed nami majaczyło światło korytarza, w którego poświacie latał nisko przy ziemi wyrwany ze snu nietoperz.

Krwisty trop poprowadził nas jak uwiązana pomocną dłonią nitka. Zniknął w ostatnim szybie schodzącym pochyło do balastowych komór i piwnic. Tam była już tylko ciemność.

Od początku podejrzewałem, że gadzior kryje się gdzieś tutaj. Przy dolnych szybach znalazłem parę dni temu kolczyk Harley z małą srebrną gwiazdką zatopioną w bursztynie. Ten kolczyk wisiał w uchu Harley, zanim gadzior ukradł jej głowę i ją pożarł. Moja wina, moja wielka wina, że odnalazłszy tu, na dnie Almayera, bursztyn ze skruszonym zaczepem, leżący w zielonym śluzie, który był może odchodami gadziora, nadal tęskniłem nieprzytomnie za Harley, ale już nie chciałem podążyć jej śladem. Minęła mi ochota na szybką śmierć. Od nowa tkwił we mnie ten wredny instynkt samozachowawczy.

Toteż nie zdecydowałem się zapuścić w przepastny mrok szybów z ich stęchłymi wyziewami i lodowatym dotykiem szronu oblepiającego przęsła.

Ale nie przyznałbym się do tego siwowłosemu ani nikomu innemu, może oprócz samego siebie. Co także nie jest łatwe.

Światła w wymalowanym ceglastą krylówką korytarzu gasły nieoczekiwanie, potem zapalały się z drażniącym migotem. Raz te, raz tamte. Siadały świetlówki na pozrywanych kablach. Ogrzewanie również szło resztkami mocy. W ciemnym blasku, przypominającym poświatę zimowego zmierzchu, wyczuwałem mróz nocy, która zapada we wnętrzu Almayera.

Siwowłosy spojrzał w nieprzenikliwą czeluść szybu. Usiadł na skrzyni hydraulicznej, poprawił wetknięte w buty nogawki spodni, przesunął po czole i policzkach czarnym mazidłem nabranym z okrągłego pudełka. Założył skórzane rękawiczki bez palców, a na koniec przykręcił na lufie giwery rurę rozszerzającą się jak lejek.

Rozpieprzę gada!, powiedział, czego właściwie powinienem się spodziewać od początku.

Patrzyłem na jego przygotowania z politowaniem, później z niesmakiem, wreszcie ze zgrozą. Biedny martwy speckom, zagubiony jak pijane dziecko we mgle!

Dali się wytłuc gadziorowi niczym wycieczka przedszkolaków! Zaprzepaścili szanse na wszystko, łącznie z własnym ocaleniem, a teraz ostatni z nich odprawiał obrzędy na cześć nieistniejącego boga zwycięstwa.

Wiedziałem, że nie zobaczę go już więcej i w gruncie rzeczy mogłem stąd odejść z tą mroczną pewnością. Nie było na co czekać. Był najwyższy czas, żeby wygrzać kości na górnych pokładach, zanim i tam przypełznie piwniczny chłód.

A jednak coś trzymało mnie przy siwowłosym. Coś kazało mi patrzeć z uwagą na jego niepotrzebne czynności.

Może to, że po raz pierwszy wydał mi się bratem Harley? Przyrodnim, nieznanym, niepodobnym, ale jednak bratem. Mimo że ona nawet kosmetyków używała od wielkiego dzwonu, nie wspominając o pacykowaniu się czarnym mazidłem.

A może trzymało mnie przy nim to, że po raz pierwszy odzywał się do mnie? Wreszcie nie traktował mnie jak kogoś, kto prawdopodobnie jest powietrzem. Więc mimo wszystko nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie podjął ostatniej próby dogadania się.

Powiedziałem: Nie należy z nim walczyć na jego terytorium. Powinniśmy zwabić go do luku próżniowego i wyrzucić z Almayera jak śmieć, jak żywego trupa!

Siwowłosy spojrzał na mnie roztargniony, schodzący już w myślach pochyłym szybem rozładunkowym.

Jesteś głodny?, zapytał. Wytarł brudne palce o kolana i zarepetował broń. Kiedy wrócę, znajdę ci jakiś karton z mlekiem. Wypijesz za zasrany sukces!

Tak właśnie odpowiedział mi jedyny z nich, który jeszcze niedawno przymierzał się do pertraktowania z inną formą życia.

Nie zrozumiał mnie jak zwykle.

Ostatnie słowa, jakie padły z moich ust i dotarły do jego uszu, miały dla niego pozostać równie niedocieczone jak wszystkie moje poprzednie słowa. Nieodgadnione jak kosmos.

Zarepetował broń jak Harley, chociaż wydawało mi się, że plazmówki się nie repetuje? Może zatem to wcale nie była plazmówka?

Kiedy podniósł się na nogi, zrozumiałem, że zapamiętam go stojącego. Tak samo jak pozostała w mojej pamięci Harley. I nie będzie innego hołdu dla niej ani nagrody dla mnie.

Na przekór daremności dumnych przygotowań siwowłosego, w których skuteczność nie byłem już w stanie uwierzyć, wydał mi się nieoczekiwanie kimś większym niż ten, za kogo dotychczas go miałem. Musiałem mu to przyznać wbrew jego nieuchronnej klęsce. Musiałem przyznać, że oni wszyscy – ludzie – mają w sobie jakąś fatalną świętość, która pozwala im pchać się z podniesionym czołem w sytuacje bez wyjścia.

Więc choć właściwie nie powinienem żałować siwowłosego, który nie pomścił Harley i nie uratował mnie ani siebie, mój żal okazał się silniejszy ode mnie.

Rozlał się po moim ciele niby roztopiony ołów – od czubeczków wąsów po koniuszek ogona, nastroszył moją rudą sierść wydelikaconego domowego kocura, wydarł mi z gardła żałosne miauknięcie – gdy patrzyłem na siwowłosego jak stawiając czujnie duże stopy, jakby stawiał je na kruchym lodzie, z białą głową wtuloną w barki i giwerą przyciśniętą do biodra, znika w ciemności szybu.

Copyright

Czasami lało, czasami mżyło. Sine, nisko wiszące niebo odbijało się w biurowcach ze szkła i w nieprzejrzystych od zewnątrz oknach apartamentowców. Z góry widziało się wielobarwną rzekę parasoli, płynącą chodnikami w poblasku od sklepowych witryn. Żółte damskie, przezroczyste naganiackie, czarne męskie, dziecięce w grochy, pstrokate dilerskie, sekciarskie białe, ciemnozielone męskie, w pajacyki dziecięce, różowe kurewskie, granatowe policyjne, czerwone damskie...

Choć nie było jeszcze siedemnastej, Passat zapalił jarznik na stole. „Zasrana pogoda, pieska i zasrana! Za jakie grzechy?”, pomyślał bez szczególnej emocji, włączając telewizor na ścianie. Deszcz padał od piętnastu lat. Najgorzej mieli ci, którzy pamiętali słońce.

***

Szram dostał zaproszenie na dziewiętnastą trzydzieści, toteż zadzwonił do drzwi o dziewiętnastej trzydzieści pięć. Uczono go, że należy przybywać z niewielką zwłoką, żeby pozwolić gospodarzowi na ewentualne spóźnienie we włożeniu marynarki i przyczesaniu włosów. Ale Marabut - ten, który go zaprosił - otworzył drzwi błyskawicznie, jakby czekał z okiem przy judaszu. Nic dziwnego, skoro na flanelowej koszuli nie nosił marynarki, a przyczesywać nie miał czego. Pomarszczony i zżółkły wyglądał tak bardzo inaczej niż lata temu, że Szramowi przyszło do głowy, żeby go wylegitymować. Ale po namyśle uznał żart za głupi. On sam przyczesał się bez trudu gołą dłonią idąc z wizytą do Marabuta.

Mimo okna otwartego na letni wieczór, w pokoju pachniało papierosowym dymem. Na ławie stała butelka koniaku i dwa przygotowane kieliszki, po oparciu wersalki łaził kot, w telewizorze pokazywano iracką pustynię przemierzaną przez wojskowy konwój. Marabut wyłączył telewizor, zanim usiedli. A kota zamknął w kuchni. Wypili niedużo, bo jeden miał zgagę, drugi skaczące ciśnienie, za to pogadali do woli, porechotali, powspominali (poprawiając się nawzajem co do zamierzchłych faktów). Choć nie odnaleźli w sobie małolackiej wspólnoty dusz sprzed lat, czas upływał sympatycznie. Tyle że trochę bez celu, co w ich wieku nie bywa już niewinną błahostką. Toteż kiedy Marabut, zapaliwszy papierosa, wyjaśnił, że teraz będzie opowiadał i żeby mu nie przerywać, Szram uznał, że to musi być powód, dla którego zaproszono go po latach. Nie miał żadnych podstaw, żeby tak pomyśleć. Po prostu był najwyższy czas na jakiś powód.

***

Markiza wróciła z przejażdżki o piątej po południu. Po deszczu zrobiło się słonecznie, w powietrzu pachniało mokrym bzem, ale skórzane resory w landzie najwyraźniej wyrobiły się i na wypłukanych wybojach trzęsło. Trudno było mówić o udanej wycieczce. Toteż markiza zrobiła awanturę stangretowi zaraz po drodze, żeby sobie ulżyć. Potem nastąpił podwieczorek. Kruche ciasteczka nie były kruche, lecz sypały się z palców jak piasek, kawa smakowała goryczką, bo kucharka domieszała do niej dla oszczędności palonego grochu. Wskutek nalegań żony już pół roku temu markiz zakazał fałszowania kawy. Bez skutku. Markiza podejrzewała w rozdrażnieniu, że służba nigdy nie będzie liczyła się z kimś tak pobłażliwym jak jej małżonek. Kolacja (sola z wody ze szpinakiem i baranie jąderka na winie – bo nie tuczą, czyszczą zaś wapory) została podana jak należy, ale przed snem markiza zrobiła dla zasady dwie następne awantury. Ona osobiście nie zamierzała pobłażać.

Od jakiegoś czasu doznawała napięcia nerwowego, co nie dziwi u zdrowej kobiety lat dwudziestu siedmiu, której mąż przebywa służbowo w Paryżu, kochanek padł w pojedynku, drugiemu odnowił się zaleczony szankier, natomiast kamerdyner Żorż złapał koszmarny katar i nie może oddychać przez nos. Wszystko to psuło markizie trzeci tydzień z rzędu.

Tak w każdym razie ustalił oficjalista z merostwa, przysłany dla oględzin zwłok wraz z medykiem. Te ustalenia pominął w urzędowym raporcie przez wzgląd na powinowactwo markiza z królową. Skupił się na opisie straszliwie okaleczonych zwłok jego małżonki.

Obnażone ciało markizy znaleziono nazajutrz w południe w ogrodowej altanie. Leżało z oberżniętymi piersiami w odurzającym zapachu sztamowych róż. Nosiło ślady wymyślnych tortur dokonanych przez co najmniej dwie osoby, działające z różną siłą. Donatien Peret, ów oficjalista z merostwa, spróbował na własną rękę ustalić przebieg wydarzeń.

Markiza przespała noc spokojnie, rano zjadła lekkie śniadanie i po porannej modlitwie wyszła na przechadzkę do ogrodu. Towarzyszyła jej pokojówka Nanette, która niosła za markizą książkę romansową o Wirginii i Hipolicie, dziejącą się w idyllicznej Nowej Anglii. Markiza lubiła tę powieść, nie lubiła zaś niczego nosić. Nie licząc biżuterii i wachlarza ze strusich piór. Choć nie przed południem, naturalnie. Kiedy zagłębiła się w lekturze, pokojówka przestała być potrzebna. Chwilowo. Dlatego Nanette usiadła z tyłu altany, w zasięgu głosu. Tam zdrzemnęła się. Obudziło ją brzęczenie chmary much nad stygnącym ciałem markizy.

Tak brzmiała relacja zszokowanej i usmarkanej od płaczu Nanette, której nikt nie dał wiary. Było nieprawdopodobne, żeby obudziło ją bzyczenie much, nie obudziły zaś krzyki mordowanej pani. Bo ta bez wątpienia krzyczała niemiłosiernie. Niestety, ogród jest wielki, a głos grzęźnie wśród strzyżonych żywopłotów, toteż w domu niczego nie usłyszano.

Oficjalista Peret uznał za pewnik współudział Nanette w zabójstwie. Jako człowiek sumienny zajął się następnie szukaniem motywu i wspólnika. Oba elementy kryminalnej układanki odnalazł jednocześnie.

Tydzień wcześniej markiza przyłapała Nanette w sytuacji intymnej z masztalerzem. Zawsze uważała za niesmaczne, gdy służba czyniła sobie awanse, które powinny pozostać miłą rozrywką jaśniepaństwa. Krzyknęła ze zgrozy zakrywając oczy, ale zdążyła wszak zauważyć, że coś, co krzepko dzierży Nanette – to nie miotełka do kurzu. Masztalerz stracił posadę bez zbędnych wyjaśnień. Pokojówce darowano, niemniej markiza zarekwirowała jej oszczędności w ramach kary. „Żeby jeszcze ich potrzebowała! – wyłkała Peretowi przyparta do muru Nanette. – Dała je na tackę! Swoich tyle nie dawała! W kaplicy, w której miałam ślubować!” Okazało się, że pieniądze ciułała Nanette na ślub. Właśnie z masztalerzem służącym u jej pani. Ten z kolei po stracie posady zdążył wziąć tęgą chłostę za kradzież chleba. Oboje zatem skrycie a szczerze życzyli porywczej markizie wszystkiego najgorszego.

W ten sposób oficjalista Peret znalazł motyw i wspólnika. Sam królewski minister złożył mu listowne gratulacje z powodu sprawnie przeprowadzonego śledztwa.

Raport przesłany na jego ręce zawierał szczegółowy opis wydarzeń.

Ziejący chęcią zemsty masztalerz już nocą zakradł się do znanego mu doskonale ogrodu. Czatował obok altany, którą wskazała mu zawczasu wspólniczka Nanette. Ona sama podstępnie zaprowadziła swoją panią na miejsce zasadzki. Poczekali, aż markiza zagłębi się w lekturze. Następnie przystąpili do realizacji zbrodniczego planu.

W tym miejscu raport szczegółowo wyliczał rodzaje zadanych mściwie ran. Niewiele oszczędzono biednej markizie. Miała na sobie ślady przypalania, kąsania, nawet wysysania krwi. Rozmiary bestialstwa Peret określił jako „niepojęte dla myślącego człowieka”. Tym bardziej, że ani Nanette, ani masztalerz nie wyglądali na krwiożercze bestie. Raczej na ludzi oszołomionych skutecznością prawa.

Powieszono ich oboje po krótkim procesie. U stóp szubienicy Nanette odwołała swoje poprzednie zeznania jako wymuszone i zaklęła się, że jest niewinna. Masztalerz, okazując wzgardę przewodowi sądowemu, splunął pod nogi królewskiego kata, oddelegowanego na egzekucję z Paryża. Ze względu na powinowactwo markiza i królowej. Śląc go, król odwlókł ścięcie hrabiego de Boutfort, przewodzącego opozycyjnej frakcji. Miał nadzieję dodatkowo upokorzyć opozycję, przyznając pierwszeństwo pokojówce i masztalerzowi.

Sędzia z merostwa Sur le Sure, prowadzący rozprawę z wielkim doświadczeniem, nie zdołał rozwikłać jednej jedynej zagadki. Na ramieniu markizy odnaleziono rysunek księżyca w ostatniej kwadrze, wykonany nieścieralną substancją. Jeszcze poprzedniego dnia go tam nie było, co zeznała pod przysięgą łaziebna, pomagająca markizie w wieczornej kąpieli. Oboje oskarżeni, potrafiący pod wpływem tortur objaśnić najwymyślniejszą ranę, w sprawie księżyca stawali się niewiarygodni. Jego pojawienie się na ciele markizy tłumaczyli na różne, ale mało przekonujące sposoby. Jakby naprawdę nie mieli związku z zastanawiającym piętnem. Ostatecznie uznano, że było to naturalne znamię skórne, które pojawiło się samoistnie pod wpływem wstrząsu emocjonalnego.

***

- Stary notes – powiedział Szram.

Nie wiedział, co powiedzieć, a Marabut zdawał się czekać na jego odpowiedź, zapalając bez pośpiechu papierosa. Notes faktycznie wyglądał na wiekowy. Zniszczoną okładkę odczyszczono z grzyba tak dawno, że wybielone plamy zamieniły się w sczerniałe plamy.

- Po pradziadku – przytaknął Marabut. – Nie moim. Znajomej. Sprzed wojny. Rozumie się notes sprzed wojny, nie znajoma. Choć zapis późniejszy. O, jest data!

Kiedy odwoływał się do danych, nie otwierał notesu, lecz znacząco stukał palcem w jego zaplamioną okładkę. Jakby zaręczał, że opowiada o czymś, co łatwo udowodnić. Ale mówił z głowy. Miał wbite w pamięć każde słowo ze starego notesu. Tak to wyglądało z punktu widzenia Szrama. Tyle pojmował z opowieści. Niewiele.

- Pradziadek był domorosłym detektywem – objaśnił Marabut. – Do czterdziestego siódmego roku życia był kierownikiem poczty, w wolnych chwilach zbierającym marki pocztowe. Takie w klaserach, rozumie się. Po czterdziestych siódmych urodzinach stał się domorosłym detektywem. Tak widać było mu pisane.

- Skoro tak, to tak – zgodził się Szram. Nadal nie rozumiał.

- Ty byłeś policjantem aż do emerytury. Policjantem, milicjantem, łapsem, jak zwał, tak zwał. W każdym razie kimś takim.

W słowach Marabuta nie było zachwytu nad życiowymi kolejami Szrama. Ale nie było też potępienia. Wobec tego Szram odpowiedział wymijająco:

- Bo mnie widać było pisane inaczej.

- Wcale nie – zaprzeczył Marabut. – Tak samo.

- Tak samo? Czyli jak?

- Co za różnica, policjant czy detektyw amator?

- Jak dla kogo... – uniósł się honorem Szram.

- Dla mnie, rozumie się – wyjaśnił Marabut bez cienia złośliwości. – Dla starszego księgowego. Pradziadkowi byłoby bardziej po drodze z tobą niż ze mną, może nie?

Po raz pierwszy Szram odniósł wrażenie, że zaczyna rozumieć.

Przypomniał sobie spostrzeżenie, które poczynił wchodząc, ale w trakcie pogawędki wyleciało mu z głowy. Książki. Księgozbiór Marabuta, zwłaszcza w porównaniu z powierzchnią małego mieszkanka, wydawał się imponujący. Dwie i pół ściany wytapetowano tomami od podłogi do sufitu. Leżały poziomo, pionowo, skosem, ciasno poupychane w najmniejsze wolne szczeliny i gdzieniegdzie poprzetykane bibelotami z porcelany albo starymi zdjęciami. Wszystko, na co miałbyś ochotę, od poezji miłosnej do astrofizyki. Poświadczały tak zwane renesansowe zainteresowania gospodarza.

Ale wyjęte z półek książki, które leżały na biurku Marabuta (czyli te używane przez niego ostatnio), okazywały się zdumiewająco monotematyczne. Szram widział nazwy na wytartych grzbietach. Seryjni mordercy, sataniści, psychopaci, krwiożercze sekty religijne, lykantropia, obłąkani zabójcy. Na samej górze leżał cienki tomik, którego liternictwo naśladowało ściekającą krew. „Wiek wampirów”. Szram zastanawiał się przez moment nad tytułem, ponieważ nie potrafił sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chodzi o stulecie, czy raczej o długość życia wampira, która jak wiadomo różni się od ludzkiej przeciętnej.

***

Senacka komisja przybyła przed zachodem słońca. W jej skład nie wchodził ani jeden senator, co nie dziwiło Repullusa z uwagi na oddalenie od Rzymu. Bardziej żałował, że pojawili się dopiero pięć tygodni po pogrzebie Trivii. Większość śladów skutecznie zatarł czas. Ale i tak Repullus miał szczęście. Gdyby nie chwalebna polityczna przeszłość, śmiercią jego córki nie zainteresowałby się pies z kulawą nogą. W gorzkich słowach powoływał się na swoje zasługi, śląc listy do Rzymu. Żądał, żeby kompetentne osoby zajęły się koszmarem, jaki spuścił na niego zły los, ponieważ on sam utracił wiarę w sprawiedliwość. Lokalni urzędnicy, którzy powinni go wesprzeć, okazali się bezsilni. Nieznane wcześniej poczucie bezradności odebrało mu nawet sen.

Zdrożona komisja najpierw zażyczyła sobie posiłku, potem odpoczynku. Wszyscy trzej byli otyłej kompleksji, spoceni, pokryci pyłem drogi nie mniej niż liczny orszak służby, choć ich chroniły zasłony lektyk. Do obowiązków przystąpili nazajutrz rano, po śniadaniu złożonym z placków, winogron, przepiórek, sera i wina. Zasiedli w cieniu portyku, dokąd docierał orzeźwiający powiew od zatoki, widocznej w dole poza gąszczem migdałowych drzew, i zażyczyli sobie od Repullusa szczegółowego sprawozdania.

Mimo podenerwowania, które nie opuszczało go od tamtego dnia, postarał się nie pominąć najmniejszego szczegółu.

Wrócił z objazdu winnic wcześnie rano, zatrzymał się jeszcze przy tłoczniach, żeby wydać polecenia nadzorcy. Idąc stamtąd usłyszał głos Trivii i jej młodszego brata Rejusa. Śmiali się w atrium, bawili, może grali jak często w łapki - nie zastanawiał się wówczas, co robią. W każdym razie wstali już z łóżek. Nawet do nich nie zajrzał, wracając do gabinetu. Zdawało mu się, że będzie jeszcze tysiąc okazji, żeby to zrobić. Trivia ledwie co przestała nosić kusą tunikę i zdjęła z szyi dziecięcą bullę przeciwko demonom... Wyrastała na piękną, wkraczającą w szczęśliwe życie kobietę - wyznał Repullus komisji ze łzami w oczach - w najgorszych snach nie przyszłoby mu do głowy, że słyszy śmiech swojej córki po raz ostatni. Chyba żeby on sam miał umrzeć. Ale przecież i on nie był stary, trzymał się krzepko, do tamtego dnia nie miewał nawet starczych łzawień, które teraz prześladują go codziennie.

Komisja przytaknęła współczująco i poprosiła o coś zimnego do picia. Słońce grzało nawet w cieniu portyku. Zanim służący przyniósł dzban i puchary, Repullus opowiedział, co jedli na ostatni obiad (nic nadzwyczajnego, codzienny posiłek z odrobiną baraniny i mnóstwem owoców), o czym rozmawiali (w gruncie rzeczy rozmawiali o niczym, tyle że już nic więcej nie mieli sobie powiedzieć), jak wyprawił syna z majordomusem do wąwozu, gdzie chłopiec wprawiał się w konnej jeździe i fechtowaniu, jak zabrał się za przeglądanie rachunków, jak córka w pomieszczeniu naprzeciw ćwiczyła grę na harfie. Słyszał ją grającą, jakby siedziała obok. Miała talent do melodii. Umiała je ułożyć. To były piękne pieśni o bogach i do bogów. Niekiedy robiła pauzę – na pewno piła wodę z sokiem albo jadła figi – po czym słyszał ją dalej. Chwile ciszy nie były długie. Repullus ręczył głową, że niedługie. Krótkie.

Nie przerywano mu, aczkolwiek tu i ówdzie odbiegał od tematu. Ponosiły go tamte niedobre emocje. Był roztrzęsiony. Wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia komisja uznała za stosowne uszanować jego ojcowski ból.

Ciało znalazła matka Trivii, kiedy wróciła znad zatoki. Lekarze przepisali jej codzienne kąpiele w morskiej wodzie, pośród parzących meduz. Na nerwy. Bo cierpiała na nie już przedtem, a teraz stało się to wprost nie do zniesienia...

Jeden z członków komisji dał znak dłonią, żeby wrócić do rzeczy. Do ciała Trivii. Repullus przeprosił za rozkojarzenie i zastanowił się, szukając w głowie tego, o czym mówił.

Więc ciało Trivii było nagie i zmasakrowane. Nie sposób tego opisać. W każdym razie człowiek tego nie opisze, nawet jeżeli człowiek się tego dopuścił. Ponieważ nie ma takich ludzi na świecie. Nie powinno być takich, jeżeli bogowie są sprawiedliwi.

Komisja chrząknęła dyplomatycznie - dając sygnał, ażeby powściągnął język mimo boleści. Rozmawia się urzędowo. Pozwolono Repullusowi napić się, złapać oddech i zażądano większej precyzji wypowiedzi.

A zatem precyzyjnie. Siedemdziesiąt osiem pchnięć nożem. Repullus liczył rany jedną po drugiej, kiedy asystował kobietom myjącym ciało. Gardło poderżnięte struną od harfy. Odgryzione sutki. Rozpłatany brzuch. Miedziane lusterko wtłoczone w...

Dość, powstrzymała go komisja. To już czytali w raporcie. Wystarczy. Chcieliby raczej rzucić okiem na miejsce zbrodni.

Pokoik Trivii był typowym przytulnym pokoikiem młodej dziewczyny. Tkana czerwona opończa na łóżku, suszone kwiaty, szafka z pachnidłami. Na ścianie namalowano fontannę wśród mirtowych zarośli, z których wyglądają domowe duszki. Z jednej strony pokoik otwierał się na taras z widokiem ku zatoce (tu znaleziono zwłoki), z drugiej strony, poza porosłym platanowcami podwórzem, widziało się wejścia do pomieszczeń w drugim skrzydle, w tym róg gabinetu Repullusa, skąd słyszał grę córki na harfie. Zniszczoną harfę usunięto z pokoiku Trivii już dawno. Komisja rozejrzała się po kątach, jeden z jej członków – sapiąc i stękając - wygarnął spod łóżka zausznicę z bursztynowym oczkiem. Zapytał, dlaczego nie znaleziono jej, kiedy myto podłogę z krwi? Repullus wyjaśnił, że myto głównie taras. Komisja zaakceptowała wyjaśnienie, milcząco skinąwszy trzema głowami.

Następnie komisja w asyście Repullusa rozpytywała służbę. Tragiczne zajście miało miejsce w środku dnia, toteż większość służących pracowała poza domem. Nie licząc tych, którzy sprzątali po obiedzie. Ale do kuchni i jadalni dźwięki harfy nie docierały. Inne odgłosy także. W samo południe nawet ci, którzy pracują, tępieją od skwaru. Muzykę słyszał wyłącznie Repullus, choć i on zapewne przysypiał, skoro dzień w dzień zrywał się o świcie. O ile jednak dało się wytłumaczyć drzemkę przy słodkich tonach harfy, o tyle pozostało niewytłumaczone, dlaczego ze snu nie wybiły Repullusa krzyki mordowanej córki? To była zagadka, która od pięciu tygodni zatruwała myśli także jemu samemu.

Na tym komisja zakończyła na razie ustalenia, ponieważ nadeszła pora obiadu, a po nim zasłużonej sjesty. Potem jeden z członków komisji czuł się lekko niezdrów i tak zeszło do wieczora przy winie, pośród kwiatowych woni, sielskiego brzęczenia pszczół, plotek z kół rządowych. Poproszono o wieczerzę wcześniejszą, za to obfitszą – i udano się na spoczynek, gdy tylko upał trochę zelżał o zmroku.

Do sprawy wrócono nazajutrz po śniadaniu.

Repullus zapewnił komisję, że zaraz tamtego dnia przeszukano okolicę, żeby wyłapać obcych. Ponoć kręcił się jakiś dziwak od rana. Pięćdziesięciu chłopa przeczesało trawy, wytrzęsło drzewa, wykadziło dymem dziury w skałach. Nie znaleziono nikogo podejrzanego.

Komisja przyjęła to do wiadomości i ze swojej strony zapytała Repullusa, co sądzi o mocach nieczystych? Repullus przyznał, że brał taki wariant pod uwagę, ale nie jest w stanie go potwierdzić tak samo, jak każdego innego. Natomiast wątpi w niego bardziej niż w każdy inny. Komisja przyjrzała mu się spod oka i zmarszczyła trzy pary brwi, jakby chciała dać do zrozumienia, że na tym etapie badań ona sama nie wyklucza kategorycznie niczego.

W związku z tym zapytano Repullusa, dlaczego nazwał córkę Trivią, co jak wiadomo jest imieniem bogini rozdroży? Tej bogini w naturalny sposób sprzyja źle widziana Hekate, patronka kobiet, łączona z dawną Selene, czyli urzędowo zatwierdzoną Luną, boginią księżyca. Czy ten ciąg skojarzeń, zdaniem Repullusa, nie prowadzi wprost do księżycowego sierpu, którego podobiznę odnaleziono na pośladku jego córki, choć przed śmiercią jej nie miała? A jeżeli prowadzi - co wydaje się ewidentne - jak Repullus to tłumaczy?

Repullus wyznał, że wcale tego nie tłumaczy, ponieważ zaprezentowany ciąg skojarzeń jest jego zdaniem daleki od dorzeczności. Komisja nie odpowiedziała na zarzut wprost, niemniej w widoczny sposób poczuła się urażona.

Tydzień później – po chaotycznym, ospałym śledztwie – Repullus wywnioskował na podstawie nieopatrznego półsłówka, że głównym podejrzanym jest dla komisji on sam. Był ostatnią osobą, która córkę widziała, słyszała, a ponadto mogła wejść do jej pokoiku nie dostrzeżona przez świadków. Gdyby było inaczej, dedukowała komisja w chłodzie portyku i zapachu cyklamenów, Repullus słyszałby odgłosy morderstwa nie gorzej niż słyszał grającą harfę. Mimo wszystko komisja wzdragała się przed konstatacją, że ojciec byłby zdolny do bestialstwa wobec własnego dziecka. Dlatego wymieniła aż dwa listy z Rzymem, nim zdecydowała się wydać werdykt.

Na opasłym zwoju pergaminu dowiedziono, że Repullus zaprzedał się sekcie religijnej, uprawiającej antypaństwowe formy kultu Luny. Obrażenia na ciele Trivii powstały w wyniku sadystycznych obrzędów. Poświadcza je wizerunek księżyca. Z uwagi na dawne zasługi polityczne Repullusa, daje mu się szansę honorowego wyjścia z sytuacji. Bez rozgłosu, który nie leży w interesie Rzymu, a tym bardziej zainteresowanego. Na marginesie komisja zapytała, czy wina nie można by serwować w lodzie? Wygrzane na słońcu podczas obrad nie gasi pragnienia.

Repullus odparł porywczo, że w jego domu komisja nie dostanie już wina ani zimnego, ani ciepłego. Licząc od zaraz.

Wieczorem usiadł samotnie na tarasie przy byłym pokoiku Trivii, trzymając w dłoniach kameę z profilem córki. Zachodzące słońce odbijało się w wodach zatoki, Rejus i jego matka spacerowali brzegiem w asyście rosłego niewolnika. Od tamtego dnia bali się samotności. Znad basenu w atrium, pełnego wodnych lilii, dobiegał śpiew domowych dziewcząt. Repullus pomyślał, że polityka w Rzymie najwyraźniej zmieniła kurs. Na prowincji człowiek zawsze dowiaduje się ostatni. Być może cały świat zmienił kurs? Nabierał przekonania, że nie pragnie tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. Niczego nie pragnie.

Poczerwieniałe słońce wciąż jeszcze odbijało się w wodach zatoki, gdy Repullus wrócił do gabinetu i zgodnie z zaleceniem senackiej komisji z Rzymu rzucił się na swój miecz.

***

Sekretarka wyświetliła się na ekranie komputera. Że wysłała paczkę przez gońca, za kwadrans podstawią samochód i czy Passat napije się jeszcze kawy? Odmówił. Wsypał na dłoń trzy, cztery drażetki, połknął je bez popijania. Zrobiło się sympatyczniej, choć po wielkich szybach nadal spływał ten sam oleisty deszcz.

Na miejscu zastał już teren zabezpieczony taśmą, z której brudne krople ociekały ciurkiem na wykopy, jakby ją bezustannie wyżymano.

- Wydział zabójstw – przedstawił się jakiemuś nosowi w brezentowym kapturze i cofnął służbową legitymację, zanim folia spłynęła deszczem.

Zwłoki leżały na brzuchu w płytkim rowie melioracyjnym, do połowy zanurzone w błotnistej wodzie. Odbite w niej do góry nogami mury niedokończonego osiedla gotowały się w ulewie jak w kociołku z wrzątkiem. Kark i obnażone ramiona zabitej zdążyły podejść purchawką. Tak zwana „skóra praczki”, co oznaczało, że zwłoki leżą tutaj przynajmniej dobę.

- Ekspedientka z warzywniczego, 45 lat, uduszona kawałkiem kabla od elektrycznego pastucha – odezwał się spod swojego parasola Mizero. – A potem wyłomotana.

- Potem?

- Długo potem. Już nie była wtedy pierwszej świeżości. Prawdopodobnie przez innego, który włóczył się tutaj. W każdym razie na pewno potem.

Passat obtarł jeden but o drugi, żeby zrzucić gliniaste pecyny, które oblepiły brzegi podeszwy. Nachylił się nad zwłokami. Kurtka kobiety była ściągnięta z jej ramion razem z suknią tak, że krępowały ręce. Ciemnożółtego plastykowego bota od pary nie odnaleziono w wykopach. Ożyłowany kabel wżarł się głęboko w szyję, aż przeciął skórę i ścięgna. Passat jednym palcem sprawdził siłę zadzierzgnięcia supła, wzruszył z niechęcią ramionami.

- Po co komu elektryczny pastuch w mieście? – mruknął pod nosem.

Zwłoki nawet nie zalatywały. W powietrzu czuło się deszcz. Wszędzie czuło się deszcz. Cały świat nim cuchnął.

***

W zakolu rzeki chodziły karasie wielkie jak stodoła. Ich ciemne grzbiety przemykały nad piaszczystym dnem w zielonej, przejrzystej wodzie. Kiedy Melchior siedział z wędką w leszczynie, słyszał z daleka „Lekką kawalerię” Suppego. Na podmiejskich błoniach obchodzono garnizonowe święto, połączone z kawaleryjską paradą, konsumpcją piwa i kiełbasek pod gigantycznym namiotem wezyra. Tak go nazywano, choć przypominał cyrk.

Nie nałowił się. Grzbiety karasiów rozpierzchły się, nad dnem przemknął krwistoczerwony kształt załamany w płynącej wodzie. Kąpielowy kostium Gwen. Wynurzyła się tuż przed nosem Melchiora. Ledwie wyciągnął wędkę, żeby nie poplątała żyłki. Uśmiechnięta, pooblepiana mokrymi falbankami, wytrząsająca wodę z długich włosów. Nie zdążył jej zapytać, dlaczego nie została na paradzie, bo uprzedziła jego pytanie.

- Ależ tam nudno! Jadą i jadą szwadron za szwadronem.

- A czego się spodziewałaś?

- Że będą jechać i jechać szwadron za szwadronem. Ale nie spodziewałam się, że to będzie takie nudne! Zdążyłam być w kościele, a oni jeszcze jadą.

- Gdybyś została, załapałabyś się na mszę polową.

- Nie lubię mszy dla ludzi i koni naraz. Msza ma być w kościele.

Wczesny obiad (na wakacjach jadali w południe) zjedli na werandzie pensjonatu, w którym się stołowali. Był rosół i kurczę w potrawce z mizerią, jak to w niedzielę. Przy kompocie z rabarbaru Gwen paplała o czymś nieważnym. Jej słowa rozpływały się w upalnym powietrzu, zanim doleciały do uszu Melchiora. Przypadkiem zwrócił na nie uwagę, kiedy napomknęła o napotkanym przy moście facecie. Równie dobrze mógł nie usłyszeć.

- ...strasznie dziwny, wyobraź sobie – mówiła sennie Gwen, obracając wiklinowy fotel w stronę cienia. – Kiedy wracałam po tej nudnej paradzie.

- Przecież nie byłaś do końca.

- No więc kiedy wracałam w trakcie tej nudnej parady. Stał na moście i patrzył w wodę. Drugi raz. Pierwszy raz był tam, kiedy szłam na błonia.

- Rzeczywiście dziwny przypadek. Dwa razy w ciągu godziny ujrzeć kogoś na moście. Co na to sennik egipski, sprawdziłaś?

- Śmiej się! Ale on raz miał długie włosy, a raz nie. Ostrzyżone przy skórze.

- No, no! Robi się coraz dziwniej. Zwłaszcza że fryzjer w niedzielę nieczynny.

Gwen rzuciła w niego kawałkiem deserowego ciasta. Nie była zła. Gdyby była, cisnęłaby pilnikiem, którym wyrównywała zmyte acetonem paznokcie. Tak też potrafiła, zwłaszcza rok temu. Melchior uchylił się bez pośpiechu, okruchy rozprysnęły się na boki lądując w trawie. Pierwsza kura biegła już z podwórka gdacząc.

- Kury, te dopiero są dziwne – podsunął złośliwie. – Nigdy nic nie robią, a zawsze się spieszą Gdybyś spotkała kurę na moście, to byłby szczyt.

Gwen rozparła się w fotelu, wyciągając nogi przed siebie. Szczupłe, opalone.

- Najpierw miał krótkie, potem długie.

- Raczej odwrotnie, jeśli nie chcesz być na bakier z logiką.

- Za godzinę miał długie – powtórzyła leniwie Gwen, przymykając oczy. – Właśnie tak. Odwrotnie nie byłoby nic dziwnego...

Przerwała. Chciała jeszcze powiedzieć, że ten ktoś miał takie ubranie, jakby tylko udawał, że je ma na sobie, ale zrozumiała, że tego nie może powiedzieć. To zupełnie bez sensu. Brat zacząłby się znowu martwić o jej stan.

- Aha, pojmuję twój problem – Melchior ze zrozumieniem skinął głową. – Widziałaś faceta w peruce. Chyba wiem, co to znaczy. Pojedziesz w daleką podróż morską i tam wygrasz na loterii zakochanego bruneta.

- Tylko że nie ma łysych peruk – powiedziała uśmiechnięta Gwen.

- Jak to łysych?

- Był łysy. Włosy rosły mu tylko nad uszami, za drugim razem też, a czubek głowy miał jak kolano. Czyli że te długie urosły mu przez godzinę. Nawet niecałą!

- Ho, ho! To najdziwniejsza historia w moim życiu – przeciągnął się Melchior wstając od stołu. Kpina w jego głosie była tak samo ociężała jak cały ten skwarny dzień. – Chyba zapalę, żeby sobie na spokojnie przemyśleć. Nie wiesz przypadkiem, gdzie cygaretki?

- Przypadkiem wiem. Widziałam pudełko w tomiku Verlaine’a. Zamiast zakładki.

- W tomiku zamiast zakładki? – pokręcił głową Melchior. – No to jest ale dziwne!

Kiedy szedł w kierunku sławojki z serduszkiem nad drzwiami, Gwen przenosiła swój fotel pod krzaki agrestu, gdzie suszył się jej krwistoczerwony kostium kąpielowy. Melchior wypuścił kłąb niebieskiego dymu przez nos i nie patrząc w stronę Gwen zagwizdał „Ninon, ach, uśmiechnij się...” Odgwizdała mu ją jak hasło.

Ostatni raz w życiu. Potem zdążyła zjeść pokryty włoskami owoc agrestu. Jeden. Znaleziono go w jej żołądku podczas sekcji. Nie był strawiony. Nawet częściowo - jak rosół z cienkim makaronem, jabłecznik, kurczak w potrawce.

***

Marabut przechwycił podejrzliwe spojrzenie Szrama. Uniósł do góry tomik o krwawiącej nazwie „Wiek wampirów”, po czym lekceważąco odrzucił go na biurko.

- Nie – zaprzeczył pytaniu, które nie padło, – oni nie istnieją. Poza tym są samotnymi mordercami. A tu działają co najmniej dwie osoby. Czasem trzy, cztery. Tak wynika z obrażeń. Mimo że protokoły śledcze chętnie ignorują liczbę, jeśli trafia się pojedynczy podejrzany. Wampir byłby poręcznym kluczem do zagadki, potrafi żyć setki lat. O ile się uprzeć, że to życie, rozumie się. Niestety, ten klucz nie istnieje.

Z kuchni dobiegł głos zamkniętego tam kota. Wykastrowany dachowiec zwany Nepomucenem Pierwszym i Ostatnim. Do jego głupawego imienia Marabut zdawał się podchodzić ze śmiertelną powagą. Ten szczegół przypomniał się Szramowi, choć w tej chwili nie miał, naturalnie, najmniejszego znaczenia.

- Modus operandi – podpowiedział. – Tak określa się to fachowo.

- Wiem. Nawet dziecko zauważyłoby podobieństwo pomiędzy tymi sprawami. Czy też sprawcami. Modus operandi, powiadasz… Ale to właśnie jest niemożliwe, rozumie się. Olmecka wieśniaczka, francuska markiza, scytyjska księżniczka, rzymska dziewczynka... Tajna sekta? Przekazują sobie pałeczkę z pokolenia na pokolenie? Pałeczkę i mnóstwo ostrych przedmiotów... Co to może oznaczać według ciebie?

Szram dopił koniak do dna, celowo odstawił kieliszek na krawędź ławy. Na samiutką krawędź, jakby ciekawiło go, czy spadnie nie popchnięty przez nikogo? Wyłącznie z powodu realnego zagrożenia upadkiem... Nie wierzył w wampiry i w sekty. Wierzył w dusze zaprzedane diabłu. Ale wierzył, że rzadko przekraczają osiemdziesiątkę. Jak wszystkie.

- To może oznaczać błąd – orzekł z namysłem. – Tego, kto sporządzał twoje akta. Nie był prawdopodobnie nieomylny, co? Kto to taki? Domorosły detektyw?

- Ten sam. Pradziadek znajomej. Melchior mu było. Wkrótce po wojnie zamordowano jego jedyną siostrę. Po pierwszej wojnie. Ona miała za sobą ciężkie przeżycia. Na jej oczach rozstrzelano narzeczonego, matka spłonęła żywcem... Konkrety są teraz nieważne, rozumie się. W każdym razie przeszła załamanie nerwowe, rok w wariatkowie. Tamtego lata wydawało się, że powoli wróciła do równowagi – Marabut wstał, żeby szerzej otworzyć okno. Noc była mglista, ale ciepła. Wokół latarni przed blokiem unosił się żółtawy opar światła. Siadając na powrót, dokończył: - Znaleziono ją wypatroszoną, z półksiężycem pomiędzy piersiami. W efekcie on spędził w psychiatryku trzy lata. Pechowa rodzina. Zresztą pradziadek Melchior dzięki szpitalowi nie poszedł siedzieć w kwiecie wieku. Był jedynym podejrzanym. Choć nigdy się nie przyznał, rozumie się.

- Nie bardzo się rozumie – powiedział Szram, a mówiąc to odnosił wrażenie, że Marabut rozumie więcej od niego. Pyta wyłącznie po to, żeby potwierdzić swoje podejrzenia.

- Nie? Pokombinuj. Za każdym razem oficjalny motyw jest naciągany. Zbrodni dokonuje się w dzień, pogodny dzień. Za każdym razem mordercy pastwią się nad ofiarą. Rusz głową, inspektorze!... Czasem w okolicy widuje się wcześniej kogoś „dziwnego”. Tak określają go świadkowie. Nie mówią, że podejrzany. „Dziwny.” Ale sama zbrodnia nie ma świadków, rozumie się. Ci, którzy są, niczego nie widzą i nie słyszą. W efekcie często umierają w majestacie prawa. Jakby na wszelki wypadek. Za każdym razem ofiarami są kobiety. Za każdym razem zbrodnia nie powtarza się więcej w tej samej okolicy.

- Tego nie wiesz – przerwał Szram. – Gdyby wrzucić do komputera historyczne zbrodnie, trafilibyśmy na rzeszę seryjnych morderców. Bez baz danych, bez przepływu informacji nie dało się połączyć pojedynczych przypadków w serię.

- Tylko z tego nie wypływa żaden praktyczny wniosek. Chyba że na temat twojej bezradności co do tych spraw. Mów o konkretach.

- O ile to w ogóle konkrety. Ktoś mógł dopasować je post factum. W historii znajdziesz, co ci się podoba – Szram wzruszył ramionami lekceważąco. – Nie dodałeś, że za każdym razem na ciele ofiary znajdowano półksiężyc. Ktoś stawiał kropkę nad i? Zbrodniarz? Prędzej obwiniałbym o to domorosłego detektywa. Tego dowodu nie sposób zweryfikować. Autorzy historycznych szpargałów mogli identyczną nazwą określać całkiem odmienne skazy na skórze.

Po kuchni tłukł się Nepomucen Pierwszy i Ostatni. Marabut zapalił kolejnego papierosa. Pokręcił przecząco głową, strzepując popiół do popielniczki.

- To nie półksiężyc – powiedział. – Da się go zweryfikować.

- A co to takiego jest?

Marabut otworzył szufladę biurka, żeby wyciągnąć płaskie pudełko. Położył je przed sobą na ławie, na razie nie otwierając. Uchylił za to wiekowy notes i zademonstrował okręgi odciśnięte na dwóch sąsiadujących ze sobą stronach.

- W tym miejscu, pomiędzy kartkami, on przechowywał przedmiot, który znalazł na miejscu tragedii. Nie potrafił go zidentyfikować. Choć ja ani ty nie mielibyśmy z tym problemu. Po odczyszczeniu z patyny osiemdziesięciu lat, rozumie się... To zgubił któryś z bandytów. Zastanawiałem się, jak do tego doszło? Może chodzi o pilnik do paznokci?

Szram pokiwał głową. Że słucha. Nie, że rozumie, bo to byłoby przesadą. Gdyby Marabut powiedział, że chodzi o snopowiązałkę albo o zbiór muszelek ze słonecznych plaż Polinezji, wcale nie o pilnik, Szram także pokiwałby zgodnie głową.

- Gwen piłowała paznokcie tuż przed śmiercią. Pilnika później nie odnaleziono. Myślę, że zniknął razem z tym, w którego ciało go wbiła. Broniła się. Więc może z powodu rany zgubił to, co zgubił. Z bólu, z wściekłości... To hipoteza, rozumie się.

- A co on takiego zgubił, ten hipotetyczny ranny?

Marabut postukał znacząco w notes, nie zaglądając już między okładki.

- Młody Melchior opisał przedmiot tak: „srebrne lusterko pozbawione oprawki, przewiercone w nieznanym celu”. W innym miejscu porównał je do księżyca w pełni. Takiego, jaki budzi wilkołaki.

- Ale to nie jest ani księżyc, ani lusterko, domyślam się?

Marabut bez słowa otworzył płaskie pudełko. Lśniąca powierzchnia błysnęła w świetle żarówki, rozjaśniając starcze plamy na ręce podtrzymującej wypolerowane kółko. Szram uniósł się jak dźgnięty szpilką, bezwiednie zagryzł dolną wargę. Podniósł niedowierzający wzrok na Marabuta.

- Żartujesz?

- Bynajmniej – zapewnił Marabut. – Nie ma z czego żartować, rozumie się.

***

Mężczyzna z przedwstępnych zdjęć wyglądał na menela. Nie miał parasola, był nieogolony, od jego ubrania niemal czuło się zaduch stęchlizny.

- Tutaj ją zaatakuje – Mizero postukał palcem w ekran. Najpierw w nieregularną brunatną plamę, później w połyskującą czarno linię, która była rowem melioracyjnym. – A tu ją zaciągnie. Chodzi o pieniądze na ćmiki. Kiedy nie pali, dostaje szału. Ma jakiś naciek na mózgu, jeszcze to sprawdzają.

Za każdym dotknięciem opuszka jego sękatego palca obraz na ekranie wykonywał skok, odjeżdżając do planu pełnego. Widok stał się mało czytelny, niemniej rozpoznawało się murszejące mury osiedla, którego budowę przerwano dawno temu.

Szwy wielkiego skórzanego fotela zaskrzypiały pod siadającym Passatem. Zgasił monitor komputera, żeby nie wtrąciła się nie w porę sekretarka. Raptownie, z cichym piskiem ruszył klimatyzator zmniejszający wilgotność powietrza. Zawsze była duża, drażniący pisk odzywał się nieustannie.

- Sprawdziłeś ją dokładnie? Żadnej rodziny, żadnych znajomych? Szybko ci poszło.

Obiekt na zdjęciach przedwstępnych zmienił się. Kobieta ze zniszczonym parasolem, z którego wystawały druty żebrowania. Plastykowa kurtka z kapturem, ciemnożółte boty do pół łydki. Denatka na chwilę przedtem, nim zadzierzgnięty na szyi elektryczny pastuch zrobił z niej denatkę. Jej twarz nie rozmiękła jeszcze w deszczówce, niemniej nadal pozostawała zagadką. Z powodu zakłóceń transmisji. Mglista, ledwie rozpoznawalna postać wyłaniała się spośród rozedrganych kresek i plam. Gdyby nie znajoma topografia, ofiarę łatwo byłoby wziąć za dowolną z czterech milionów sześciuset dwudziestu tysięcy kobiet, na które można natknąć się w mieście.

- Bez obaw, boss – Mizero stuknął palcem w ekran, robiąc zbliżenie. – Nabieram zajebistej wprawy. Chyba dobrze, nie?

- Chyba tak. Kiedy mogłaby umrzeć najwcześniej?

- Trzy, cztery miesiące. Na chorobę ołowiową.

Passat wyciągnął z szafki notatnik, zapisał. Tych danych nigdy nie wklepywał w dysk komputera. Odręczne pismo mało kto potrafił już odczytać. Było dyskretniejsze.

- Czyli dajemy sobie spokój z prewencją? Zwalnia nam się jeden legalny przeskok.

- Już jej wpisałem zgon naturalny. Mogę zorganizować grupę choćby na jutro.

- Nie, jutro nie, Mizero. Jutro coś mam. Pojutrze.

Mizero rozłożył ręce. Nie było po nim znać emocji. Nigdy. Ale szarpały nim zawsze. W przeciwieństwie do wielu innych, których żywa mimika ukrywała obojętność.

- Twoja wola. Dokąd przeskoczymy?

Passat wziął w dwa palce jedną z lotek, którymi rzucał do tarczy przywieszonej przed biurkiem. Jednocześnie przyciśnięciem guzika uniósł plastykowy ekran. Pod spodem mapa świata z iluminowanej folii zajmowała pół ściany. Drugie przyciśnięcie guzika tasowało poziomy chronologiczne. Strzałka wbiła się efektownie w zielony obszar na siedemnastym.

- Trzydzieści mil na północ od Izlaticoya – oznajmił równie efektownie Passat. – Minus osiemset dziewięćdziesiąt dwa.

Głowa Mizero poruszyła się w geście ni to podziwu, ni to niedowierzania.

- Widzisz stąd takie małe literki? Zza biurka? To niemożliwe!

- Nieogarnione są możliwości człowieka... – Passat przesunął dłonią po twarzy, jakby ocierał ją z wody. Po szybach krople deszczu ciekły w górę i w dół, wydawało się, że na zewnątrz pieni się gigantyczne akwarium. – Ale akurat odczytanie tych literek jest niemożliwe, racja. Nie wiem, w co teraz trafiłem. Znalazłem to Izlaticoya parę tygodni temu.

***

Od kolegów, znających jego kolekcjonerskie zamiłowania, Melchior dostał na czterdzieste siódme urodziny opasły tom z pieczątką na tylnej okładce „Przeceniono”. Książka miała tytuł: „Dzieje poczty francuskiej. Znaczki, stemple, widokówki.” Przeczytał ją tydzień lub dwa tygodnie później. Na 217 stronie znalazł fotokopię pisma królewskiego ministra do oficjalisty Pereta z merostwa Sur le Sure. List dotyczył śledztwa w sprawie śmierci markizy de Crebillon. Zamieszczono go z uwagi na datownik, którego zastosowanie było podówczas unikatowe. Melchior przetłumaczył tekst ze słowniczkiem w ręku, ponieważ jego znajomość francuskiego nie wyglądała najlepiej. Później zanotował w notesie słowo „przeczucie”. Trudno powiedzieć, czy było to rzeczywiście ono, w każdym razie niewytłumaczalna ciekawość kazała mu ślęczeć nad listem do bladego świtu.

Odchorowywał tę noc przez pół roku. Dusiła go astma, bez przyczyny dostawał wysokiej gorączki, miewał paraliżujące bóle w plecach i w karku, nie mógł się wysikać. Najgorsze, że dopadły go te same paniczne lęki co przed dwudziestu sześciu laty. Bo też odnosił wrażenie, że tamten przeklęty dzień powtórzył się od nowa. Parokrotnie śnił oblany potem, że znów wychodzi przez drzwi z serduszkiem, niosąc pod pachą tomik Verlaine’a. Właśnie zdepnął wypaloną do połowy cygaretkę. Rozwiewający się kłąb niebieskiego dymu przesłania na mgnienie oka pogodne południe. Wiklinowy fotel pod krzakiem agrestu leży wywrócony nogami do góry. Świeże szkarłatne plamy na nim błyszczą w jaskrawym słońcu. Obok porzucono w trawie coś, co wydaje się krwistoczerwoną szmatą. Mógłby to być kąpielowy kostium Gwen, gdyby nie to, że on wisi na sznurze przypięty klamerkami jak przedtem.

W tym miejscu wszystko we śnie łączyło się ze sobą i mieszało, toteż podbiegłszy parę kroków Melchior tracił pewność, czy odnajduje w trawie ciało markizy de Crebillon, czy swojej nieszczęsnej siostry?

Ale w tym rzecz, że w książce o francuskiej poczcie wszystko było jak wtedy, dwadzieścia sześć lat temu. Taka sama śmierć, taki sam koszmar, taka sama nieprawdopodobna cisza w słonecznym ogrodzie, taki sam półksiężyc wytrawiony na skórze. To samo błaganie w oczach ofiary, to samo cierpienie zastygłe w sponiewieranym ciele. Nawet takie same krople rosy osiadłe tu i ówdzie na trawie i liściach, choć od rana nie spadła kropla deszczu.

Jedyna różnica – to lusterko, które podniósł z kałuży krwi i którego nie oddał policji. Nie nalegali. Sami nie wiedzieli, jak zaklasyfikować taki dowód rzeczowy. Z premedytacją usunęli dziwaczne zwierciadełko na margines śledztwa. A Melchior przez lata patrzył w odbicie co tydzień, co miesiąc, co rok, jakby spodziewał się, że zobaczy tam wyjaśnienie tajemnicy. Ale widział tylko znajomą bezradną minę na starzejącej się twarzy.

Pół roku po czterdziestych siódmych urodzinach, jeszcze z gorączką i bolesnymi dusznościami, rozpoczął regularne odwiedziny w bibliotekach instytutów historycznych. Być może żmudna praca go uleczyła. Po roku czuł się zdecydowanie lepiej, ponadto miał już w notesie następny udokumentowany przypadek. Tragiczny zgon rzymskiej piętnastolatki o imieniu Trivia. Dziewięćdziesiąty drugi rok naszej ery. Ją też napiętnowano półksiężycem w chwili śmierci.

Nie porzucił swoich bibliotecznych kwerend do końca życia. Ostatnią przesyłkę, po którą pisał aż do belgijskiego muzeum w Menes, dostarczono mu do szpitala, gdzie umierał na sarkomę płuc. Nie zawierała niczego istotnego.

Zostawił po sobie zapisany notes, który rodzina od razu wpakowała na dno szafy, bo nie było wiadomo, co z nim począć? Uważano zapiski za rojenia fantasty, który nigdy nie otrząsnął się po tragedii przeżytej za młodu.

Melchior dotarł na przestrzeni dziejów do siedmiu morderstw sygnowanych półksiężycem. Nie wiedział, czy to dużo, czy mało, ponieważ nie wiedział, ile pozostało nieodkrytych przez niego? Zgrupował je w kolejności, opatrując każde kompletnymi wypisami z materiałów źródłowych. Zbrodnia oznaczona w jego notesie numerem pierwszym miała miejsce około 1200 roku przed naszą erą, ostatnia, opatrzona wykaligrafowaną siódemką, w roku 1921. Jeżeli pominąć zabójstwo Gwen, najdokładniej udokumentowano zgon rzymskiej dziewczynki – a to dzięki szczegółowemu raportowi senackiej komisji oraz późniejszym wspomnieniom jej brata Rejusa, prokonsula w afrykańskiej prowincji.

Domorosły detektyw nie dowiedział się nigdy, że większość jego ustaleń była błędna, poczynając od symbolu półksiężyca, de facto nie mającego z półksiężycem nic wspólnego. Wytropił osiem morderstw, nie siedem, jak niesłusznie sądził, i osiem przechowywał w swoich aktach. Ponadto zgrupował je w złej kolejności – bo chronologicznej. Wreszcie najpełniejszy materiał dowodowy, jakim dysponował, nie dotyczył morderstwa dokonanego na rzymskiej dziewczynce Trivii, lecz na olmeckiej wieśniaczce nieznanego imienia.

***

Dziewczyna szła boso. Jej ciemnoskóre stopy lekko kroczyły po płytach z jasnego piaskowca. Na prostej sukni pobrzękiwały naszyte paciorki z kolorowych kamyków, kruczoczarne włosy związywała szeroka haftowana opaska. Bukiet anemonów w ręku. Wyszła z nimi z dżungli i zmierzała w kierunku stromych i wysokich schodów świątyni. Z obu boków flankowały je gigantyczne kamienne głowy o negroidalnych rysach.

W cieniu jednej drzemał włóczęga w wełnianej czapce z uszami. Gdy dziewczynę dosięgnął pierwszy cios, nawet nie uniósł głowy opuszczonej na piersi. Jej przenikliwy krzyk uwiązł pomiędzy ścianami prześwitującej kopuły. Przejrzystej czaszy nie dałoby się dostrzec w rozedrganym od upału powietrzu, gdyby nie słońce, zachodzące za szczytem świątynnej piramidy. Jego blaski łamały się ponad głowami ludzi jak w pryzmacie. Powietrzna bariera nie zatrzymywała niczego oprócz dźwięku. Strzępy rozerwanej sukienki przefrunęły przez nią bez trudu, klekocząc kamiennymi koralikami.

Była ich czwórka. Dziewczyna, która szybko zrozumiała, że nie ucieknie przed własną śmiercią, i trzech jasnoskórych, skąpo owłosionych mężczyzn - gołych i dzikich jak zwierzęta. Gdy wykonywali gwałtowne ruchy, wokół nich pryskały kropelki. Jakby pocili się szybciej niż przeciętny człowiek. Albo jakby ich rzadkie włosy i blada skóra nasiąkły wodą. Może było to tylko złudzenie, bo wkrótce kropelki nabrały czerwonego zabarwienia. Z pewnością nie od refleksów zachodzącego słońca.

Bowiem uniesione w górę ostrza lśniły w tym samym oświetleniu zimnym, stalowym błękitem. Zanim spadły po raz pierwszy.

Skóra całej czwórki zabarwiała się krwiście z sekundy na sekundę. Choć zabijane było tylko jedno z nich. Dziewczyna krzyczała coraz słabiej, ale wciąż krzyczała. Mimo że wepchnęli jej głęboko w gardło białe anemony o mięsistych płatkach i wiotkich łodygach. Broniła się też coraz słabiej i niezdarniej. A potem już nawet nie jęczała. Nie jęczała, kiedy gwałcili ją po kolei, nie jęczała, kiedy zlizywali z niej krew, wyrywali serce i kiedy robili rzeczy, które robili. Półprzytomna, przewrócona na wznak widziała pogodny zmierzch ponad głowami nagusów dyszących jak bestie. Nie było niczego więcej oprócz niej i nieba. Tak się zdawało.

Zostawili ją w spokoju, gdy tylko wyzionęła ducha. Przestając cierpieć, przestała ich interesować. Na tle stromych kamiennych schodów klęczeli wokół zwłok zmęczeni, nie mniej zakrwawieni od swojej ofiary. Nie pokazywali oczu, ukrytych za przeciwsłonecznymi okularami przylegającymi do głów, które wyglądały z daleka na indiańskie czarne barwy wojenne. Odpoczywając czekali, aż zostanie szczegółowo zademonstrowane ciało leżące w kałuży krwi. Powoli, od stóp do czubka głowy. Rany wciąż broczyły, wabiąc fruwające owady. Siadały na krawędziach rozcięć, w pustych oczodołach, z których wyciekały jeszcze oczy. Kto chciał, mógł napawać się tym widokiem bez pośpiechu. Dopiero potem jeden z klęczących spojrzał w kierunku Marabuta i Szrama. Ten, który miał łysą głowę i długie włosy nad uszami.

- Gmerk!

Ktoś niewidoczny rzucił mu przedmiot podobny do wałeczka. Chwycił go zgrabnie w powietrzu, ledwie zauważalnym ruchem przybił do biodra martwej dziewczyny. Kamerzysta – ten, który rzucił stempel zza kamery – zrobił w tym czasie powolny najazd. Na ciemnej skórze ofiary pojawił się cienki półksiężyc w okręgu. Drukowane duże C.

***

- Mówiłem – Marabut wyłączył pilotem odtwarzacz. Od dłuższego czasu ekran był czarny, wyświetlały się na nim tylko wkodowane w płytę opcje. Uśmiechnięta buźka migała zielono przy wersie „skoreluj IQ z archiwalnym sprzętem sprzed x-decq”. – Nie półksiężyc. Copyright. Zastrzeżone prawa autorskie.

- Zwariowałeś? – ofuknął go Szram. Koniecznie chciał wziąć wszystko za żart, ale nie udawało mu się ani trochę. – Jak to copyright? Kto sobie zastrzega własnoręcznie zamordowanego trupa? Przecież to chore!

- Czyżby? – Marabut zapalił papierosa drżącą ręką. Choć widział ten film nie pierwszy raz. – A do tej pory wydawało ci się to zdrowe?

Szram nalał koniaku tylko sobie i wychylił go duszkiem. A kieliszek odstawił na środek blatu, żeby przypadkiem nie spadł.

- Co to znaczy? Co to właściwie jest?

- Mam wrażenie, że jeden z tak zwanych „filmów ostatniego tchnienia”. Filmuje się autentyczną śmierć. Są klienci gotowi dużo zapłacić za takie atrakcje. Istnieje cały podziemny rynek. Chyba nie muszę tego objaśniać policjantowi?

- Chyba musisz. W całej karierze nie zetknąłem się z podobnym gównem!

- No to już wiesz. Widziałeś „film ostatniego tchnienia”. Tyle, że ten został nakręcony w przeszłości. W okolicach dzisiejszej Zatoki Meksykańskiej. Tę piramidę łatwo znaleźć w każdej encyklopedii, choć dzisiaj wygląda jak kupa zachwaszczonych kamieni.

- Bzdura – powiedział Szram, nie wyjaśniając, czego dotyczy jego diagnoza. Marabut palił papierosa w milczeniu, wydmuchując dym ku sufitowi.

W kuchni Nepomucen Pierwszy i Ostatni hałasował garnkami.

- Ona umarła rzeczywiście... – odezwał się po chwili milczenia Szram.

- Bingo! Trudno tego nie zauważyć.

- ...ale to i tak nieprawda! – dokończył Szram.

Marabut nalał koniaku sobie i jemu. Mimo wszystko nie zapominał o powinnościach gospodarza. Jedni mordują, inni są uprzejmi. Tak już jest i nie powiedziane, że nie mogło być gorzej.

- Nieprawda?

- Chyba nie wymagasz, żebym uwierzył w UFO i w piąty wymiar i diabli wiedzą, w co jeszcze?

- Nie. Twoja wiara w UFO nie jest mi do niczego potrzebna, ma się rozumieć.

- Bzdura! To oczywiście współczesna inscenizacja, gołym okiem widać. Może zabijają i filmują swojego zajoba, może tak, może w to byłbym ci uwierzył… Ale nie w przeszłości! Po jaką cholerę?! Nawet nie pytam jak, ale po co? Wpieprzać się w koszty i w jakieś przedpotopowe syfy, nawet gdyby technicznie było to jakimś cudem możliwe? Po co, zastanowiłeś się? Fachowcy od kina rekonstruują dinozaury jak żywe, Titanica do najmniejszej śrubki, rzymskie Colloseum naturalnej wielkości, a nawet większe... Nie do odróżnienia dla widza. Więc jaki byłby cel tego koszmarnego szaleństwa?

- Ja również sądziłem najpierw, że to inscenizacja – zgodził się Marabut.

- Ale co?

Tamten, zamiast odpowiedzieć, skierował pilota w stronę odtwarzacza. Wyrwał rękę przytrzymaną przez Szrama.

- Uspokój się. Też nie chcę tego znowu oglądać. Zrobię tylko stopklatkę.

Szram podniósł się ze swojego miejsca. Sprawiał wrażenie, jakby zamierzał wyjść, jeżeli Marabut nie dotrzyma słowa i włączy odtwarzanie.

- Mordując dwudziestowieczną dziewczynę zgubili płytę sprzed setek lat?

- Może zapomnieli wyjąć poprzednią? Nie mordują chronologicznie, rozumie się. Widocznie przed tamtą dziewczyną była ta. Może używają płyt do wielokrotnych zapisów?

- Zręczna Gęba, już w szkole cię tak nazywali, pamiętasz? – Szram zerknął w stronę DVD, które zastartowało. – Mam wrażenie, że jednak ze mnie żartujesz.

Marabut bez słowa wyciągnął palec ku ekranowi telewizora.

Na stopklatce widniały niebotyczne schody świątynnej piramidy, flankowane przez wielkie płaskie głowy.

- Zwróciłeś uwagę na kwiaty, które niosła?

- Anemony.

- Podobne, ale to białe kaktusowce. Już ich nie ma, szlag je trafił wieki temu. Kwitły w maju. Te obeliski, które widzisz, są Bramą Słońca. Kiedy stanie się w niej o tej porze roku, widzi się słońce nad ostatnim stopniem świątyni. Z tym wiążą się jakieś obrzędy, rozumie się, ale nie pamiętam. Gdzieś mam wynotowane w razie potrzeby. Spójrz teraz na zachodzące słońce.

Szram pochylił się posłusznie przed ekranem, poprawiając okulary.

- Zachodzi dokładnie tam, gdzie powinno.

- No właśnie. Minęły tysiące lat – Marabut przykucnął przed telewizorem, dotykając palcem ekranu. – Dzisiaj słońce zachodzi mniej więcej w tym miejscu. W ogóle poza świątynią. Czy słyszałeś kiedykolwiek, żeby w najkosztowniejszej superprodukcji o faraonach i gladiatorach bawili się w komputerowe retuszowanie słońca?

Szram usiadł ciężko na powrót. Spode łba patrzył na Marabuta, jakby ten wyrządził mu niezasłużoną krzywdę.

- Na co był ci potrzebny taki jak ja? Chcesz rady, czy iść z tą naukową fantastyką na policję? Idź! Pójście nic nie kosztuje. Cokolwiek i ktokolwiek to jest, niech go łapią! Filmowca pieprzonego! Po to są! Najwyżej wytropią innego sprawcę niż sobie wymyśliłeś.

Marabut delikatnie wyjął płytę z czytnika DVD i podstawił ją Szramowi przed oczy, manipulując krążkiem tak, żeby tłoczenia na obrzeżu złapały światło.

- Nie ma lekko. Rok produkcji 2117. Możemy iść na policję za sto czternaście lat.

***

Zabarwiona krwią woda spływała do kratki ściekowej brodzika z cichym bulgotem. Passat wytarł się i starannie namaścił kremami. Od pięciu lat produkowano specjalny balsam wysuszający skórę przez pełne dwadzieścia cztery godziny. „Żebyś nie obudził się rano ze skrzelami”, pisano w ulotkach reklamowych. W łysinę wtarł dodatkowo płyn przeciwgrzybiczny i gładko przyczesał długie, sterczące nad uszami włosy.

Ledwie skończył, zadzwonił Mizero. Passat przerzucił obraz na ścienny ekran i rozmawiał ubierając się, a potem przyrządzając sobie kolację.

- Herman odebrał badania – powiedział Mizero. – Pilnik był czysty.

- Co mi do waszej fuszerki? Dzwonisz, żeby mnie powiadomić o pilniku sprzed miesiąca? Nie trzeba było dwa razy zaczynać jednego przeskoku.

- Nie, nie po to dzwonię. Herman jeszcze raz przygotował podróbkę. Zwinęli kurwę z ulicy, umalowali i wgrali ją w Babilon jak żywy. Wyszło idealnie.

- Tak? Pięknie.

- No i szajs. Sprzedali trzy tysiące płyt, szlaban. Klienci odsyłają przesyłki.

- Toteż produkujmy oryginały – powiedział Passat, rozbełtując sproszkowaną chińską zupkę w jajecznicy z mlekiem. To był jego wkład w dorobek kulinarny pokoleń. – Po co filozofować, kiedy wychodzisz na swoje bez filozofowania?

- Jak oni to rozpoznają, skurczysyny? Żeby chociaż wytłumaczyli, co im nie pasuje, że nie chcą oglądać! Nie, bo nie! Sami za cholerę nie wiedzą.

- Widać nie wiedzą. Nie martw się.

- Tym nie. Ale chcę ci powiedzieć, że na szóstym kanale przypominali przed chwilą o płycie. Rok produkcji pokrył im się z bieżącą datą. Czy nie mogli się do niej dogrzebać, redaktorki pieprzone, nim ją posialiśmy?! Byłby z nich jakiś pożytek... Kiedyś ktoś wywlecze to paskudztwo, zaręczam ci. Ja bym przeskoczył do palanta, który ją zamknął w sejfie razem z objaśnieniami. Podobno chodzi o okolice dwutysięcznego roku. Ustalę, kto to taki, co?

Passat przełożył papkę na płaski talerz. Na wierzch wkroił malutką i ostrą meksykańską paprykę. Świeżo zerwaną. Jej zapach rozszedł się po pokoju. Zasłonił żaluzje, żeby nie patrzeć na deszcz rozmywający miejskie światła na szybach.

- Nie panikuj, Mizero! Żal marnować limitowany przeskok. Chyba że to laska nad laskami, w co wątpię. Raczej stary pierdoła, z tych, co ślęczą po nocach nad książkami od historii. Wyluzuj się! Płyta, którą Herman kupił dwa miesiące temu w fabrycznym gwarantpaku, ma teraz dwieście lat. Przeszła brudną bombę i nie wiadomo, co jeszcze. Uwierz w to! Już gówno na niej widać!

- Odrestaurują!

- Daj mi zjeść... Kto wyłoży pieniądze na restaurowanie urojeń jakiegoś telewizyjnego redaktorka? Jeśli takiego znasz, zdradź mi adres! Tysiące naszych płyt chodzi po ludziach i dobrze. Co ci ta jedna biedaczka zawiniła?

- Tylko ta jedna wygląda podejrzanie. Ma złe pochodzenie.

- Nie, Mizero, akurat ta jedna jedyna wcale już nie wygląda. Bez względu na pochodzenie. Natomiast moja jajecznica na sto procent wygląda tak, jakby mi stygła. I to jest to, Mizero, czego, kurwa, nie lubię najbardziej! Zimna jajecznica!

***

Kiedy Szram po raz drugi czy trzeci tej nocy wyszedł do toalety, za oknami świtało. Mgła rozeszła się bez śladu, słońce świeciło blado nad śpiącym jeszcze osiedlem. Marabut zgasił lampkę na biurku i rozsunął zasłony. Słyszał, jak Szram spuszcza wodę, odkręca kran nad umywalką, wychodzi, mówi coś przez drzwi kuchni do uwięzionego Nepomucena Pierwszego i Ostatniego, który się obudził.

- Sądziłem, że zaprosiłeś mnie ze względu na moją policyjną przeszłość – podjął przerwaną rozmowę wracając do pokoju. – Ale jesteś przebieglejszy, tak?

- To nie kwestia przebiegłości. Przezorność. Chcę zostawić po sobie jak największy bałagan. Zapraszam wszystkich, z którymi byłem blisko na jakimkolwiek etapie mojego życia. Jesteś dwunasty z kolei.

- Zapraszasz… Wierzą ci?

- Jedni wierzą, inni nie. Większość nie wierzy. Ale najważniejsza jest skuteczność.

Koniak, który wypili w ciągu nocy, zdążył z nich wywietrzeć. Na ulicach zaczynał się poranny ruch. Kiedy Marabut wyprowadził gościa na klatkę schodową, córeczka sąsiadów zbiegała z góry, ledwie nadążając za jamnikiem na smyczy, który szorował brzuchem po stopniach. Szram nie odezwał się, póki podskakujące warkoczyki nie znikły za zakrętem poręczy.

- Jeszcze coś – powiedział bez pewności. – Tak mi się skojarzyło. Jeszcze jedno łączy te kobiety. Nie potrafię tego nazwać sensownie...

- Ja też – skinął głową Marabut. – Ale, zdaje się, to zbieg okoliczności.

- Zwróciłeś uwagę?

- Zwróciłem. Jedna szła do świątyni, inna wracała z nabożeństwa, modliła się przed śmiercią, grała religijne pieśni, przeznaczono ją na ofiarę bóstwu, była kapłanką... Zastanawiałem się nad tą zbieżnością. Jeśli nie przypadek, sensu nie widać. Bo to nie miałoby sensu, gdyby mieli się za bogów, co? Czy innych panów świata…

- Nie sądzę, żeby to było możliwe. Raczej są maniakami religijnymi, jeśli już.

Jamnik rozszczekał się pod oknami, więc Marabut wrócił do mieszkania, żeby spędzić z kuchennego parapetu Nepomucena Pierwszego i Ostatniego.

***

Na widok mężczyzny siedzącego na ławce, Klaudia po raz pierwszy w życiu doznała uczucia, o którym wielokrotnie słyszała. Deja vu. Jakby widziała go wczoraj zastygłego w tej samej pozie. Z półkolistymi czarnymi okularami na nosie, choć od przedpołudniowego słońca chronił go cień obwisłej wierzby. A z któregoś otwartego okna, tak samo jak teraz, słychać było „Mood Indigo”. Z tym, że owym „wczoraj” był dzisiejszy dzień. Jakby spotkała faceta jutro i przypomniała sobie, że widziała go dzisiaj. Czyli wczoraj. Głupie wrażenie. Nie do wytłumaczenia. I to ubranie. Jakieś – nierealne... Jakby naprawdę był nagi.

Idąc do mieszkania rodziców, zapukała po drodze do Branda na pierwszym piętrze. Słyszała przez drzwi jak idzie otworzyć, postukując laseczką o parkiet. Wcale nie musiał jej używać, niemniej od paru lat używał. Staromodną, ze srebrną gałką. Kupił ją w antykwariacie na peryferiach miasta, bo spodobała mu się jej nazwa, wygrawerowana na srebrzystej obrączce: „Łamignatka”. Kiedyś przechwalał się, że główka wypełniona jest ołowiem. Nie przechwalał się tylko, po co mianowicie?

Wprowadził Klaudię do mieszkania, podstawił jej krzesło z zamierzchłą dwornością, zaproponował kawę albo sok. Ale spieszyła się.

- Obejrzał pan, panie Brand? Dziś mam w kolejce dwie ciotki. Jedną moją i jedną męża. Nie wiem, jak je obie zadowolę naraz?

- Przegraj kasetę na jeszcze jedną taśmę i po kłopocie. Zaraz ci ją przyniosę.

- Ładna była?

Brand zatrzymał się w drzwiach do sąsiedniego pokoju.

- Podniosła uroczystość, bez dwóch zdań. Myśmy nie mieli podobnych pamiątek za naszych czasów. Tyle że u nas do końca życia pozostawał na pamiątkę współmałżonek. Dziś to się szybciej zmienia, toteż musicie skrupulatniej dokumentować fakty.

- Niech pan nie zapeszy – roześmiała się. – Odpukać! Ślub kościelny i tak jest tylko raz w życiu. A słyszał pan, jak pięknie mi zagrali „Ave Maria” na gitarach? To moi koledzy z zespołu. Postarali się. W życiu nie grali tak wolno jak na naszym ślubie.

Kiedy Brand zniknął w przyległym pokoju, pełnym książek i dymu z palącego się na popielniczce papierosa, zerknęła odruchowo w otwarte okno.

Na ławce pod wierzbą nie siedział nikt.

Za ścianą pokoju stukały przekładane książki i wysuwane szuflady. Brand zawsze znajdował to, co miał znaleźć, ale nigdy nie obyło się przy tym bez gruntownego szperania. To nie była kwestia podeszłego wieku, miał tak, odkąd sięgnęła pamięcią. Czyli od kiedy wprowadziła się tu z rodzicami, a jej dawno nieżyjący Bobik obszczekiwał jego dawno nieżyjącego Nepomucena Pierwszego i Ostatniego. Może z wiekiem Brand chodził przygarbiony i na sztywniejszych nogach. Chociaż na sztywnych nogach chodził pewnie zawsze, skoro w szkole, jak opowiadał, przezywali go Flamingiem. Nie, sorry, chyba Marabutem?

***

Odwracając się od biurka z kasetą wideo w dłoni, odniósł wrażenie, że obraz przed jego oczami zmienił barwy w tej samej chwili. Jakby promienie słoneczne załamały się pod innym kątem. Jakby znikał powietrzny bąbel, wewnątrz którego czas i dźwięki podlegają innym prawom.

Tak właśnie pomyślał – przerażony – zanim jeszcze zobaczył krew w pokoju obok. Na podłodze, na meblach, na suficie. Kaseta wypadła mu z ręki. Bezużyteczna laska ze srebrną gałką wypełnioną ołowiem potoczyła się pod stół postukując.

Osunął się bezsilnie obok zmasakrowanego ciała, jakby on też umierał. Miał taką nadzieję. Ale żył. I wiedział, co się stało. Takim gestem, jakby głaskał zamordowaną dziewczynę, odgarnął włosy zakrywające martwą twarz. Zsunęły się z głowy razem ze skórą. Policzek Klaudii, który zapadł się na wybitych zębach, nacechowano drukowaną literą C.

Łzy ciekły mu z oczu, choć nie czuł, że płacze. Jak przez mgłę zobaczył ślad na podłodze i tylko dlatego znalazł w sobie siły, żeby się ruszyć.

To nie była krew. Woda. Rosa. Deszczówka. Nie wiadomo co? Smugi przezroczystej cieczy układały się w kształt nagiej podeszwy stopy.

W sąsiednim pokoju pośpiesznie wyrzucił na podłogę książki z półek, bieliznę z szafy, zawartość szuflad. Jak najszybciej. Ponieważ był upał i niskie, przedpołudniowe słońce kładło się żółtymi plastrami w obu pokojach i w kuchni.

Z tym także mu się nie powiodło. Kiedy znalazł polaroid i załadował kasetkę, ślad buta zdążył wyparować. Na parkiecie nie było niczego prócz porozmazywanej krwi Klaudii.

Ubrudziła słuchawkę telefonu, gdy wystukiwał numer policji.

***

- Znalazłeś przynajmniej płytę?

- Czemu miałem nie znaleźć? – odpowiedział pytaniem Mizero, po czym ponuro podniósł do góry dłoń z trzema wyprostowanymi palcami. – Znalazłem trzy płyty. Trzy pieprzone płyty z nagraniem tego samego naszego przeskoku. Wszystkie grają jak należy!

Passat roześmiał się głośno i szczerze, nie zwracając uwagi na zdegustowaną minę tamtego. Przeciwdeszczowa kurtka trzeszczała na nim zgodnie z rytmem przepony.

- Udany połów, Mizero. Przyjemne z pożytecznym! Czemu się wpieniasz? Trzy płyty, podczas kiedy spodziewałeś się jednej. Niech cię, Mizero!... Nie przewidziałeś, że tylko idiota nie powieliłby trefnego egzemplarza? Rozdał ludziom, żeby też coś z tym robili. Pokonywali czas na własną rękę. Niech przynajmniej jednemu się uda!... Co innego miał począć z takim nagraniem? Musiałby liczyć na twoje dobre serce. A jeżeli obejrzał tę płytę, trudno mu było na nie liczyć.

- I co wobec tego?

- Nic. Zupełnie nic. Powtarzam ci po raz setny, że na płycie, o której trąbią w telewizji, gówno widać. Nikt cię nie rozpozna, jeśli o to chodzi. Gdyby coś było widać, dawno by ją pokazali w masowym paśmie.

- To cię tak śmieszy?

- Niewymownie, Mizero! Boki zrywać! Więcej poczucia humoru… Zdawało ci się, że jesteś panem dziejów, bo potrafisz przeskoczyć tam czy siam? Nie ma tak dobrze. Na twoje szczęście on też myślał, że jest panem dziejów i miał tyle samo racji, co ty. Nie wyszło…

Passat zastanowił się, wzruszył lekceważąco ramionami.

- A właściwie obu wam udało się dopiąć swego – sprecyzował. – Ale to niczego nie zmienia, co?

Wzięli z podajnika dwie kawy w plastykowych kubkach i przeszli do stolika na uboczu. To był ogródek kawiarniany, co polegało na tym, że oprócz szklanych ścian miał także szklany dach, na którym bębniąc i dzwoniąc rozpryskiwał się deszcz. Boczne światła nadawały mu fioletowo-pomarańczowe zabarwienie.

Mizero położył na stoliku portfolio i rozejrzawszy się dyskretnie na boki, uchylił nieprzejrzysty wierzch.

- Projekt okładki.

Na lśniącym od kolorów obrazku jasnowłosa dziewczyna kuliła się bojaźliwie pośród dwudziestowiecznych bloków mieszkalnych, w których szybach odbijało się słońce.

- Co mi do tych bohomazów? – wzruszył ramionami Passat. – Okładka. Dobrze.

Mizero zamknął portfolio i pociągnął z siorbnięciem łyk gorącej kawy.

- Nie wydaje ci się, boss, że oni kiedyś inaczej umierali? – zapytał. – Może to o to chodzi klientom? Całkowicie inaczej. Też się bali, ale tak umierali, jakby... Z większym sensem, nie? Jakby coś mieli na myśli. Coś więcej. Myślisz, że chodzi o boga? Wtedy był?

Passat pochylił się nad czarnym krążkiem kawy w kubku. Ciepła para owionęła mu usta i policzki. Ulewa waliła o dach jak werble. Ledwie się słyszeli.

- Myślę, że chodzi o deszcz, Mizero – odpowiedział po namyśle. – Wiecznie leje... Idzie zwariować!

***

Słońce wschodziło nad pustynią jak wielka połówka pomarańczy. Piasek już się nagrzewał, parzył w stopy ponad podeszwami sandałów. Potężne bloki granitu grały przeciągle, jak zwykle przy nagłych zmianach temperatury na styku dnia i nocy. Polichromowane kolumny nabierały jaskrawości.

Kapłanka Sekrhit przeszła przez wielkie wrota, jak przechodziła każdego ranka, żeby powitać budzącego się boga. Z mroków świątynnego cienia wkroczyła w skwar, który wprawiał w drżenie powietrze ponad nieskończonymi piaskami. Biała lniana szata chroniła ją tylko do piersi, więc na ramionach i wygolonej głowie czuła wytapiające się w żarze kropelki potu.

Uniosła wyprostowane ramiona ku niebu, jak unosiła każdego dnia. Ale dzisiaj zawahała się.

Z wydmy spełznął do jej malowanych ochrą stóp wydłużony cień człowieka. Za nim na tle słońca zamajaczyła męska postać.

Sekrhit osłoniła oczy dłonią.

Przybysz był nagi, po jego ciele spływały strużki wody. Tak gęsto, że nie mogły być potem. W każdym razie nie mógł to być ludzki pot. Mężczyzna nadchodzący z pustyni wyglądał, jakby wynurzył się z nurtu rzeki. Sekrhit poczuła zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Czyżby po sześciu latach z górą, po ponad dwóch tysiącach czterystu przemodlonych porankach, bóg zjawił się podziękować jej za wierną służbę? Nie chciała w to wierzyć pośpiesznie i naiwnie, ale nie potrafiła wykluczyć tego faktu. Dlaczego miałaby w niego wątpić właśnie ona, najwierniejsza z wiernych?

Osunęła się na piasek, schylając do kolan błyszczącą od słońca czaszkę.

- O, Ty, który ożywiasz w nieobjętej łaskawości stworzenia Ziemi... – zaintonowała.

Wtedy na jej kark spadł pierwszy cios.