Ruin Me Softly. Naucz mnie kochać na nowo - Anna Narożniak

-
Proszę czekać

Prolog

Mason

Nigdy nie zapomnę dźwięku drzwi zamykających się tamtego ranka.

Nie huknęły. Nie trzasnęły jak w filmach. Po prostu kliknęły - cicho, spokojnie. Jakby to był zwykły dzień.

A przecież nic już nie było jak zwykle.

Penelope stała wtedy w progu z walizką, której nigdy wcześniej nie widziałem. Miała na sobie ten błękitny sweter, w którym wyglądała jak wiosna - tylko że tym razem w oczach miała zimę.

Nie płakała. Ja też nie.

Powiedziała coś o tym, że nie takie życie sobie wyobrażała i że nie może tak dalej.

Ja stałem z rocznym Codym na rękach, zdezorientowany, jakby ktoś właśnie wyciął mi z mapy pół świata i zostawił ze skrawkami papieru.

Nie prosiłem, żeby została. Nie błagałem. Nie dlatego, że nie chciałem. Po prostu wiedziałem, że jej już tu z nami nie ma - nawet jeśli stała jeszcze na moim ganku.

Kiedy drzwi się zamknęły, Cody zapłakał. A ja po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, co mam zrobić.

Lata później wciąż pamiętam tamten dźwięk. Nauczyłem się wtedy trzymać emocje na krótkiej smyczy - jak dzikiego psa, który tylko czeka, żeby ugryźć. Przewijałem, karmiłem, nie spałem. Nie miałem pojęcia, jak działa butelka dla niemowlaka ani że pranie dziecięcych ubranek to sztuka wojenna. Ale robiłem to. Bo kto inny miałby się tym zająć?

Były noce, kiedy Cody krzyczał, a ja chodziłem z nim po salonie w kółko, nucąc coś, co miało być kołysanką, ale brzmiało bardziej jak przekleństwa rzucane pod nosem. Były poranki, kiedy zasypiałem przy stole z kubkiem zimnej kawy i budziłem się z klockiem Lego przyklejonym do czoła.

Ani się obejrzałem, minęły cztery lata. Cody wyrósł. Ja stwardniałem. Nie dlatego, że chciałem. Po prostu musiałem.

Dziś wszyscy w Prairie Rose znają mnie jako tego z baru - Masona Hollowaya, właściciela The Rusted Oak. Niektórzy mówią, że jestem gburowaty. Może i mają rację. Ale kiedy raz spłoniesz, nie podchodzisz już do ognia za blisko.

Abby

Zawsze mi powtarzano, że nie powinnam oceniać ludzi po wyglądzie. A potem weszłam do The Rusted Oak i poznałam Masona Hollowaya.

Jeśli ktoś kiedykolwiek miał wątpliwości, jak wygląda uosobienie mruka, to proszę bardzo - wystarczy spojrzeć na niego. Wysoki, ciemne włosy, szczęka jak wyrzeźbiona z granitu i spojrzenie, które mogłoby ściągnąć lakier z paznokci.

Na powitanie nie powiedział: "dzień dobry". Powiedział: "Szukasz kogoś?".

Tak, geniuszu, dlatego stoję w pustym barze o dziesiątej rano i wyglądam jak dziewczyna, której uciekł autobus.

Oczywiście nie powiedziałam tego na głos - przynajmniej nie wtedy.

Bar pachniał drewnem, whisky i odrobiną kurzu. Z sufitu zwisały stare lampy, a w kątach stały skrzynki po butelkach. Wyglądał na miejsce, które przetrwało niejedną burzę - podobnie jak jego właściciel.

- Słyszałam, że szukacie kogoś do pomocy - powiedziałam, starając się brzmieć miło, ale pewnie.

Mason spojrzał na mnie z góry. Niedosłownie - chociaż różnica wzrostu też robiła swoje. Był jednym z tych mężczyzn, którzy nie potrzebują podnosić głosu, żeby ktoś poczuł się nieswojo.

Przyjrzał mi się uważnie, jakby chciał ocenić, czy potrafię nalewać piwo, czy raczej upuszczę pierwszy kufel.

- Ty? - rzucił tylko, podnosząc brew.

Nie wiem, czy bardziej zirytował mnie jego ton, czy to, że zadając to ironiczne pytanie, wyglądał cholernie dobrze.

- Tak, ja - odparłam, unosząc brodę. - A co, spodziewał się pan drwala z brodą i sześciopakiem?

Tak, ja, panie Zero Uśmiechów Na Dobę. Nie wiem, kto cię skrzywdził (no dobra, wiem - plotki w Prairie Rose roznoszą się szybciej niż dym z grilla), ale może odrobina wiary w ludzi by cię nie zabiła.

Jego brew drgnęła, jakby przez sekundę się zastanawiał, czy właśnie go obraziłam, czy może żartuję.

- Nie wiem, czego się spodziewałem - powiedział sucho - ale na pewno nie... - Urwał.

Świetnie. Patrzył na mnie tak, jakby próbował znaleźć właściwe słowo.

- Nie kogo? - dopytałam słodko. - Blondynki? Kobiety? A może kogoś, kto się uśmiecha?

Kącik jego ust drgnął. Nie uśmiechnął się, ale coś tam się poruszyło. To już prawie sukces.

- Kogoś, kto nie wygląda, jakby miał się rozmyślić po pierwszej rozbitej szklance - odpowiedział w końcu.

- Proszę się nie martwić. Mam dobry refleks. I jeszcze mocniejsze nerwy - odparłam, opierając dłonie na biodrach.

- Tak mówią wszyscy - mruknął.

- Tak mówią wszyscy dobrzy pracownicy - poprawiłam go z uśmiechem.

Na chwilę zapanowała cisza. Mason westchnął, jakby rozważał, czy warto w ogóle ciągnąć tę rozmowę. Zgarnął z blatu papiery, co wyglądało na pretekst, żeby czymś zająć ręce, i oparł się o ladę naprzeciwko mnie.

- Masz jakieś doświadczenie w pracy za barem? - zapytał wreszcie.

- Pewnie. Widziałam wszystkie sezony Peaky Blinders, a to się chyba liczy, prawda?

Spojrzał na mnie z taką miną, że przez sekundę naprawdę pomyślałam, że zaraz mnie wyrzuci. A potem... parsknął krótkim, cichym śmiechem. Takim, którego sam chyba się nie spodziewał.

- Świetnie - powiedział. - Zobaczymy, czy Shelby byłby z ciebie dumny.

- Na pewno bardziej niż pan - odpowiedziałam bez zastanowienia.

Jego spojrzenie na chwilę złagodniało, ale tylko na moment. Potem wrócił ten chłodny, rzeczowy ton:

- Spróbuj przez tydzień. Zobaczymy, czy się nadajesz.

- Czyli mam pracę?

- Okres próbny - poprawił mnie.

- A to nie to samo?

- Nie. Ale przekonasz się sama.

Wzruszyłam ramionami i ruszyłam w stronę drzwi.

- Niech się pan nie martwi, szefie. Przeżyje pan ten tydzień. A może nawet mnie pan polubi.

- Wątpię.

- Ja też. - Uśmiechnęłam się przez ramię. - Ale niech pan nie traci nadziei.

Kiedy wychodziłam, Mason stał w tym samym miejscu i patrzył za mną. Nie wiedziałam, czy z niedowierzaniem, czy z zamiarem wycofania swojej decyzji. Na szczęście było na to za późno.

Abby Winslow właśnie dostała pracę w The Rusted Oak.

Kiedy wyszłam z baru, słońce uderzyło mnie prosto w twarz. Nie wiem, czy to przez zmęczenie, czy przez coś innego, ale roześmiałam się głośno. Oto zaczynałam nowy rozdział życia - w miejscu, które pachniało dymem, drewnem i nieufnością. Z szefem, który wyglądał jak grzech, ale miał osobowość kamienia.

A mimo to... coś mnie tam ciągnęło. Nie wiedziałam jeszcze co. Może ciekawość. Może głupota.

Albo po prostu przeczucie, że za tym zimnym spojrzeniem Masona Hollowaya kryje się coś więcej niż tylko whisky i cisza.

Rozdział 1

Abby

Lato w Prairie Rose minęło tak szybko, że nawet się nie zorientowałam, kiedy klienci w The Rusted Oak zaczęli zamawiać kawę zamiast zimnego piwa. Jednego dnia smażyło słońce i rozbrzmiewał gwar dzieci biegających po ulicy, a następnego w powietrzu unosił się zapach deszczu po zwiastującej jesień burzy.

Podobno w tym roku lato należało do Westona Caldwella - lokalnego złotego chłopaka i dumy Prairie Rose - oraz Savannah Hollister, kobiety, która jeszcze niedawno przysięgała, że żaden mężczyzna nie zawróci jej w głowie. Cóż, najwyraźniej Weston nie słyszał tej przysięgi, bo zawrócił jej nie tylko w głowie, ale i w sercu.

Teraz mieszkali razem na ranczu starego Samuela, tego, który przez pół wieku wspierał dzieciaki chcące postawić pierwsze kroki w rodeo. Po jego śmierci ziemia przeszła w ręce miasta, a Weston i Savannah odnowili to miejsce i zrobili z niego coś w rodzaju ośrodka dla dzieciaków - prowadzili zajęcia, głównie w weekendy. W wakacje podobno codziennie mieli pełne podwórko. Tak, właśnie oni - bohaterowie miejscowej legendy miłosnej, którą starsze panie komentowały szeptem w sklepie spożywczym.

Nie znałam ich dobrze. Z Savannah rozmawiałam parę razy, głównie przy barze albo w kolejce po benzynę. Była... fajna. Ciepła, bezpośrednia, taka, z którą łatwo złapać kontakt. Ale przyjaciółkami bym nas nie nazwała. Miała swój świat: ranczo, Westona, dzieciaki, a ja... miałam bar. I szefa, który najwyraźniej uważał, że emocje to choroba zakaźna.

The Rusted Oak o tej porze roku pachniał dymem z kominka i starym drewnem. Był czymś pomiędzy drugim domem a polem bitwy - zależało od dnia. Wieczory były tu głośne, czasem chaotyczne, czasem zabawne. Ale jedno się nie zmieniało: Mason Holloway siedzący w swoim biurze, jakby sam Bóg przykuł go do biurka łańcuchem.

Pracowałam tu jako kelnerka od kilku tygodni i zdążyłam się już przekonać, że Mason ma tylko trzy tryby: 1. mruknięcie, 2. westchnienie, 3. patrzenie z dezaprobatą. Mimo że był szefem z piekła rodem, to... musiałam przyznać, że coś w sobie ma. Coś, co sprawiało, że człowiek chciał powiedzieć coś głupiego tylko po to, żeby zobaczyć, czy Mason na pewno potrafi się uśmiechnąć. Nie żebym próbowała... No dobra, próbowałam.

Tego wieczoru ruch był duży. Dwóch facetów z warsztatu samochodowego sprzeczało się o to, który z nich potrafi szybciej naprawić skrzynię biegów, a grupa dziewczyn z lokalnej szkoły tańczyła przy szafie grającej, śmiejąc się zbyt głośno. Typowy piątek.

- Winslow, niech im pani przypomni, że to bar, nie sala balowa - rzucił Mason zza biurka, nawet nie podnosząc wzroku.

- Jasne, szefie - odparłam, nalewając piwo i uśmiechając się słodko. - Ale jeśli nagle zacznie pan tańczyć, to obiecuję, że nikomu nie powiem.

Rzucił mi to swoje klasyczne spojrzenie z rodzaju "Nie wierzę, że to powiedziałaś".

- Nie mam w zwyczaju tańczyć w pracy.

- A poza nią?

- Też nie.

- Cóż, przynajmniej jest pan konsekwentny.

Zabrzmiało to niewinnie, ale Ben, stary barman, który pracował tu dłużej, niż istniały tutejsze krzesła, prychnął śmiechem.

- Abby, ty się prosisz o kłopoty - mruknął pod nosem.

- Nie proszę się, Ben. Po prostu rozmawiam z szefuńciem - odpowiedziałam, poprawiłam koszulę i podeszłam do kolejnego stolika.

Czasem naprawdę nie wiedziałam, czy Mason mnie lubi, czy tylko toleruje, bo potrzebuje kogoś, kto potrafi powstrzymać klientów przed podpaleniem baru. Ale jedno wiedziałam na pewno: odkąd zaczęłam tu pracować, The Rusted Oak był pełen śmiechu. A może to tylko ja w końcu zaczynałam się czuć częścią tego miasteczka.

Wieczór nabierał tempa z każdą minutą. Z szafy grającej płynęło stare country, kufle brzęczały, a Ben od czasu do czasu mruczał pod nosem coś o tym, że kiedyś ludzie pili po cichu i nie robili rabanu. Wszystko było dokładnie tak, jak lubię: trochę głośno, trochę niespokojnie, ale żywo. Do czasu.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł Kyle Reddington - facet, którego w Prairie Rose znał każdy, bo nie dało się go nie znać. Zawsze głośny, zawsze pijany, zawsze przekonany, że jest królem świata. Tym razem wyglądał, jakby postanowił ogłosić swoją koronację właśnie w The Rusted Oak.

- Holloway! - wrzasnął od progu. - Przyszedłem sprawdzić, czy twoja whisky wciąż smakuje jak zupa z dębowych liści!

Mason nawet nie podniósł wzroku znad papierów.

- Tak ci się wydaje, bo za dużo pijesz, Reddington. Smak ci się stępił.

- Hah! - Kyle się roześmiał, podchodząc do baru. - A to kto? - Wskazał na mnie z głupim uśmiechem. - Nowa dekoracja?

Zanim Ben zdążył coś powiedzieć, ja już się uśmiechałam. Tyle że nie był to przyjazny uśmiech.

- Nie dekoracja. Barmanka. Ale jeśli pan chce być częścią wystroju, mogę pana powiesić obok poroża nad kominkiem.

Bar ucichł. Ktoś z końca sali parsknął śmiechem, ktoś inny cmoknął z podziwem. Mason wreszcie oderwał wzrok od papierów. Spojrzał na mnie. Potem na Kyle'a i znowu na mnie. A jego wzrok - coś pomiędzy "Co ty wyprawiasz?" a "Czy naprawdę właśnie to powiedziałaś?" - był tak zabawny, że prawie się roześmiałam.

Kyle jednak nie wyglądał na rozbawionego.

- Coś powiedziałaś, laleczko? - spytał, zbliżając się o krok.

- Tak. Że wiszenie na ścianie dodałoby panu uroku.

- Abby - usłyszałam niski głos Masona. Ten ton, który pewnie zatrzymywał huragany. - Daj spokój.

Ale było za późno. Kyle przechylił się przez ladę, aż poczułam jego oddech.

- Ty chyba nie wiesz, z kim rozmawiasz.

- Wiem - powiedziałam spokojnie - z facetem, który zaraz wyleci stąd szybciej, niż otworzył usta.

Wtedy Mason wyszedł z biura. Nie krzyczał. Nie potrzebował. Stanął między nami, a cała sala zamilkła.

- Kyle, wiesz, że cię lubię, ale jeśli wypowiesz w tym tonie jeszcze jedno słowo, skończysz na zewnątrz. - Jego głos był opanowany, ale twardy jak stal.

Kyle mruknął coś pod nosem, po czym odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami. Chwilę trwała cisza. Potem ktoś z końca sali klasnął.

- Abby Winslow, panowie i panie! - zawołał Ben, śmiejąc się pod nosem.

Mason spojrzał na mnie. Nie wyglądał na zadowolonego.

- Mogło się to skończyć gorzej.

- Ale się nie skończyło - odparłam, opierając się o ladę. - Chyba powinnam dostać premię za utrzymanie porządku, nie?

- Albo reprymendę za prowokowanie klienta.

- Nie prowokowałam. Ja tylko... edukowałam.

Spojrzał na mnie dłużej, niż było to konieczne. W jego oczach było coś pomiędzy złością a... rozbawieniem? Nie byłam pewna.

- Winslow, ty mnie kiedyś wpędzisz w kłopoty - mruknął, odchodząc w stronę zaplecza.

- Bez przesady - odpowiedziałam pod nosem, ale uśmiech, który niechcący wypłynął mi na twarz, mówił wszystko. Bo prawda była taka, że im bardziej Mason Holloway próbował mnie ignorować, tym bardziej miałam ochotę zaleźć mu za skórę. I coś mi mówiło, że w końcu mi się to uda.

Kiedy drzwi za ostatnim klientem zamknęły się z cichym stuknięciem, w barze zrobiło się dziwnie spokojnie. Tak spokojnie, że aż słyszałam, jak neon nad wejściem cicho brzęczy, walcząc z prądem. Ben przecierał blat, nucąc pod nosem jakąś starą piosenkę country, a ja zamiatałam podłogę, która pewnie widziała więcej rozlanych drinków niż ja łez.

- No, Winslow - odezwał się Ben po chwili - muszę przyznać, że masz jaja.

- Wolę określenie "charakter" - odpowiedziałam, podsuwając mu wiadro z mopem. - Ale dzięki, Ben.

- Widziałem, jak Mason na ciebie patrzył po tej akcji z Kyle'em - mruknął, zerkając na mnie spod brwi. - Nie był pewien, czy cię wyrzucić, czy ci podziękować.

- To chyba jego naturalny stan emocjonalny - odparłam z uśmiechem. - Wahanie pomiędzy irytacją a... irytacją.

Ben roześmiał się tak głośno, że jego rechot aż odbił się echem od ścian.

- Dziewczyno, ty mu jeszcze wejdziesz do głowy i już z niej nie wyjdziesz.

- Ben, błagam - przewróciłam oczami - Mason Holloway nie ma talentu do takich rzeczy. On nawet pewnie nie wie, że istnieje coś takiego jak flirt.

- Nie lekceważ chłopa. Jak się zakocha, to będzie jak tornado.

- Będę wtedy daleko od zasięgu wiatru.

Ben znów parsknął śmiechem, a ja dokończyłam sprzątanie, czując, jak wreszcie opuszcza mnie napięcie nagromadzone przez cały dzień. Kiedy wyszłam z baru, noc była chłodna, ale nie nieprzyjemna - taka, która pachnie kurzem, dymem i spokojem. Mój mały dom znajdował się na obrzeżach Prairie Rose, tuż przy drodze prowadzącej na stare ranczo Samuela. Wynajmowałam go od państwa Porterów - najstarszego małżeństwa w okolicy. On był głuchy jak pień, ale zawsze machał mi z werandy, a ona drobna jak wróbelek, wiecznie z wałkami we włosach i komentarzem na końcu języka.

- Dobry wieczór, pani Winslow! - krzyknęła pani Porter, kiedy przechodziłam obok. - Znowu późno wracasz!

- Taki urok pracy w barze, pani Porter! - zawołałam z uśmiechem. - Ale za to mam darmowe drinki!

- Pijesz w pracy?

- Tylko wtedy, kiedy klienci próbują mnie poderwać!

Starsza pani prychnęła śmiechem.

- To pewnie pijesz codziennie, dziecko!

- Prawie! Dobranoc!

W domu pachniało lawendowym mydłem, którego używała poprzednia lokatorka. Małe wnętrze, drewniany stół, stara kanapa, kilka książek na parapecie i radio, które czasem łapało jedną stację, a czasem tylko szumiało. Nie potrzebowałam więcej. Dom był cichy, ciepły i tylko mój.

Zrzuciłam buty, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam na schodkach przed domem. Cykały świerszcze, gdzieś daleko za drzewami mignęły światła samochodu. Pomyślałam wtedy, że może... może to właśnie jest to. Nowy początek. Nie był idealny. Był pełen niewiadomych, sprzeczek i ludzi, którzy mówili więcej, niż powinni. Ale pierwszy raz od dawna miałam wrażenie, że jestem we właściwym miejscu.

Telefon zawibrował w kieszeni spodni. Raz. Drugi. Trzeci. Westchnęłam. Oczywiście, że to oni. Zawsze pisali o tej samej porze - jakby mieli ustawione przypomnienie, żeby nękać niepokorną córkę, która postanowiła żyć bez idealnie rozpisanego planu na życie złotej zastawy obiadowej. Spojrzałam na ekran.

Mama: Abigail, twój ojciec mówi, że wciąż możemy ci załatwić pracę w firmie. Nie musisz siedzieć w tym... barze.

Mama: Nie rozumiemy, co cię tam trzyma. Tam nic nie ma.

Mama: Odezwij się, kiedy zmądrzejesz.

Zamrugałam, wzięłam łyk herbaty i przewróciłam oczami.

- Ach, mamo... - mruknęłam do siebie. - Ty nawet szczęście próbowałabyś wyprasować i oprawić w ramkę.

Przytrzymałam palec na ekranie i przeniosłam wiadomości do archiwum. Bez odpowiedzi. Nie chciałam wracać. Nie chciałam znowu być Abigail Winslow, córką państwa Winslowów z Dallas, tą, którą uczono, że wartość człowieka mierzy się marką samochodu i nazwiskiem projektanta ubrań, które nosi.

Tutaj byłam po prostu Abby. Dziewczyną z baru, która czasem śmiała się za głośno, a czasem prowokowała swojego szefa tylko po to, by zobaczyć, jak się krzywi. I mimo że moje życie tutaj było dalekie od doskonałości - zamiast kryształowych kieliszków miałam wyszczerbiony kubek, zamiast marmurów skrzypiącą podłogę - to po raz pierwszy od dawna czułam, że oddycham.

Zamknęłam oczy, słuchając świerszczy. Pośród ciepłego powietrza i zapachu nocy coś we mnie szeptało, że wszystko się ułoży.

Rozdział 2

Mason

Budzik nie zdążył zadzwonić. Zanim wskazówki zegara wskazały szóstą, w drzwiach sypialni stanął Cody - w piżamie w konie, z włosami sterczącymi jak po burzy i z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. Mój słodki synek.

- Tato? - szepnął, jakby w domu był ktoś, kogo nie chciał obudzić.

- Hmm? - wymamrotałem, udając, że jeszcze śpię.

- Już jest dzień.

- Wiem. Ale to nie znaczy, że musimy się od razu z nim zaprzyjaźniać.

Cody zachichotał, wdrapał się na łóżko i z impetem wylądował obok mnie. Pokręciłem głową, próbując udawać powagę.

- Wiesz, synu, normalne dzieci budzą się trochę później.

- A ja nie jestem normalny! - odparł z dumą.

Trudno było się nie zgodzić.

Zawsze mnie zadziwiało, jak bardzo przypomina Penelope. Miał ten sam uśmiech, który potrafił rozbroić każdy zły dzień, i oczy zielone jak młode liście po deszczu. Kiedy na mnie patrzył, widziałem wszystko, co zostało mi po niej i co było warto zachować.

- Robimy naleśniki? - zapytał, siadając po turecku na łóżku.

- Chcesz zrobić naleśniki czy chcesz, żebym ja zrobił naleśniki, a ty będziesz mieszał ciasto?

- Mogę mieszać!

- Mhm. I zalać pół kuchni.

Jego śmiech wypełnił pokój jak światło. Zawsze tak było: on się śmiał, a we mnie coś miękło.

Kuchnia pachniała kawą i masłem. Cody siedział na blacie. Z poważną miną obserwował, jak rozprowadzam kolejne porcje ciasta na patelni, od czasu do czasu energicznie mieszając to, co zostało w misce, i starając się ignorować mąkę, która pokryła połowę kuchni.

- Tato, a pani Maybelle mówiła, że jak będę starszy, to nauczę się jeździć konno.

- Tak? I kto cię nauczy?

- Pan Weston! On ma konie na ranczu Samuela.

- Weston Caldwell?

- Tak! I Savannah! Mówiła, że jak będę grzeczny, to mogę przyjechać w weekend.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Oczywiście, Savannah Hollister. Kobieta, której nie dało się nie lubić. Maybelle była jej fanką numer jeden, odkąd Savannah przejęła ranczo.

- To może pojedziemy razem - powiedziałem, przekładając naleśnik na talerz.

- Ty też?

- No pewnie. Nie mogę pozwolić, żebyś uciekł w siną dal.

- Ja bym nie uciekł! - zaprotestował z pełnymi ustami. - Bo wtedy nie miałbym z kim robić naleśników.

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale życie z Codym nauczyło mnie, że szczęście nie zawsze wygląda tak, jak sobie je wyobrażasz. Czasem ma pięć lat, za duży T-shirt i czekoladę na policzku.

Około ósmej zjawiliśmy się u pani Maybelle. Otworzyła drzwi w fartuchu, jak zwykle.

- Dzień dobry, moje chłopaki - powiedziała z uśmiechem. - Cody, masz ochotę na muffinka?

- Tak!

- A tata?

- Tata się spieszy - odpowiedziałem, ale już wciskała mi w dłoń wspomnianego muffinka.

- Wiem, Mason, ale człowiek z pustym żołądkiem nie ma siły być niemiły.

Spojrzałem na nią z uniesioną brwią.

- Wcale nie jestem niemiły.

- Nie, skarbie. Ty jesteś... oszczędny w słowach.

Cody zachichotał, a ja westchnąłem.

- Dzięki, Maybelle.

- Zawsze, mój drogi. I pamiętaj, że bar to nie wszystko. Czasem trzeba pozwolić życiu, żeby do ciebie zajrzało.

Nie odpowiedziałem. Znałem ją zbyt dobrze, żeby wdawać się w tę rozmowę po raz kolejny. Pocałowałem Cody'ego w czubek głowy.

- Bądź grzeczny, mały.

- Zawsze jestem!

- To prawda - dodała Maybelle, puszczając mi oko. - Może w końcu cię nauczy, jak się uśmiechać.

- Bardzo zabawne.

Ruszyłem w stronę auta z muffinem w dłoni i tym dziwnym uczuciem w środku, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy musiałem zostawić Cody'ego pod opieką Maybelle. Nie wiedziałem jeszcze, że tego dnia w The Rusted Oak czeka mnie coś więcej niż zwykła sobota. Że pewna blondynka o oczach koloru letniego nieba znowu wywróci mi dzień do góry nogami. Ale jak mawiała Maybelle: "Życie zawsze znajdzie sposób, żeby zaskoczyć. Nawet jeśli zamkniesz przed nim drzwi".

Sobotni poranek w The Rusted Oak był zawsze taki sam: cichy, prawie senny. Promienie słońca wpadały przez okna, odbijały się od butelek na półkach, a w świetle tańczyły złote drobinki. Zapach drewna mieszał się z czymś, co można było nazwać... spokojem. Lubiłem te poranki. Zanim zaczynał się cały zgiełk, zanim ktoś przewracał krzesło, zanim Abby Winslow wpadała jak huragan i zamieniała wszystko, czego dotknęła, w chaos.

Ben był już na miejscu, jak zawsze punktualnie o ósmej trzydzieści. Witał się tak samo od dwudziestu lat, jeszcze za czasów, gdy bar prowadzili moi rodzice, a on zaczynał tu pracę jako młody chłopak - krótkie skinienie głową i mruknięcie:

- Poranek jak poranek.

- Cześć, Ben - odpowiedziałem, stawiając kubek na ladzie. - Przyjemna cisza, co?

- Na razie - odparł, czyszcząc szklanki. - Póki ta mała blondyna nie wpadnie i nie zacznie śpiewać razem z radiem.

Westchnąłem.

- Abby ma przyjść dopiero na jedenastą.

- Czyli mamy dwie godziny, żeby ponapawać się błogim spokojem.

Ben się uśmiechnął, a ja przewróciłem oczami.

Odłożyłem dokumenty na biurko w swoim małym biurze na zapleczu, włączyłem starą lampę i zacząłem przeglądać rachunki. Uwielbiałem liczby. Rządziła nimi logika, ludźmi niekoniecznie.

Przez kolejne dwie godziny było tak, jak lubię: kilku stałych klientów spragnionych kawy, dwóch starszych farmerów rozmawiających o pogodzie, Ben, który kręcił się po sali jak stary duch. Cisza, równowaga, rutyna. Dokładnie o jedenastej sześć drzwi otworzyły się z takim rozmachem, że nawet radio przy barze przeskoczyło na inną stację.

Abby Winslow.

- Dzień dobry, The Rusted Oak! - zawołała, jakby właśnie wchodziła na scenę, a nie do baru.

W jednej ręce miała torebkę, w drugiej papierowy kubek po kawie, a na twarzy uśmiech, który - niestety - natychmiast zwrócił uwagę wszystkich obecnych.

Ben spojrzał na mnie z rozbawieniem.

- I koniec ciszy - mruknął.

- Świetnie - odparłem, zbyt głośno zamykając segregator. - Naprawdę świetnie.

- Szefie! - Abby zawołała, podchodząc do baru. - Ma pan szczęście, że dziś jestem w doskonałym humorze. Dzięki temu nie będę się kłócić o zmianę grafiku.

- I tak bym go nie zmienił.

- Wiem, dlatego mówię, że mam dobry humor.

Zamrugałem, próbując nadążyć za jej logiką. Nie udało mi się. Ona tymczasem zaczęła się kręcić po sali, przestawiać stoliki, odkładać kufle, witać się z klientami, jakby znała ich od lat. A co gorsza - oni wszyscy się uśmiechali. Każdy, kto ją zobaczył, od razu się rozluźniał. Starszy pan Jack, który od dnia, w którym Abby zaczęła pracę w The Ruasted Oak, regularnie wdawał się z nią w słowne przepychanki o cenę kawy, tym razem tylko machnął ręką i uśmiechnął się pod nosem. Dwie dziewczyny przy stoliku zaczęły się śmiać, gdy Abby zamieniła z nimi słowo, a Ben, który wcześniej marudził, że boli go kolano, nagle miał siłę, żeby wynosić skrzynki z butelkami.

Była jak słońce. Tylko że ja nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś świecił mi prosto w oczy.

- Winslow - rzuciłem w końcu, kiedy przeszła obok mnie - wpadasz tu jak tornado.

- Dziękuję! - odpowiedziała z uśmiechem, najwyraźniej uznawszy to za pochwałę.

- To nie był komplement.

- Brzmiało, jakby trochę był.

Odwróciła się na pięcie i weszła za ladę, nucąc coś pod nosem.

Ben zachichotał.

- Mason... - zaczął.

- Nie.

- Nawet nie wiesz, co chcę powiedzieć.

- Domyślam się. I nie.

Od chwili gdy Abby Winslow wpadła do The Rusted Oak, cisza, którą tak długo pielęgnowałem, panowała tu coraz rzadziej. I choć próbowałem sobie wmówić, że mnie to denerwuje, w głębi duszy wiedziałem, że ten bar bez niej był po prostu pusty.

Po południu Ben wyszedł do sklepu po papierosy, zostawiając mnie samego z Winslow. Los ewidentnie postanowił mnie dziś przetestować. Siedziałem za biurkiem, próbując skupić się na papierach, ale każde jej westchnięcie, każde stuknięcie obcasa o podłogę działało jak odliczanie bomby.

- Szefie - usłyszałem za plecami.

- Co znowu?

- Zgubiłam otwieracz.

- Niemożliwe. Przed chwilą miałaś dwa.

- Jeden spadł.

- A drugi?

- Współczuł pierwszemu i zniknął razem z nim.

Zacisnąłem usta.

- Winslow, ty mnie wykończysz.

- To znaczy, że jest pan zadowolony z mojej pracy?

Odwróciłem się w jej stronę. Stała oparta o blat z rękami za plecami i tym uśmiechem, który był równocześnie niewinny i diabelnie prowokujący.

- Ja... - zacząłem, ale urwałem. - Masz pojęcie, że jesteś nieznośna?

- Tak. Ale nie każdemu się to udaje w takim stylu.

Jej oczy błyszczały. Wiedziała, że wyprowadza mnie z równowagi. Zawsze wiedziała.

Z radia płynęła cicho jakaś stara piosenka o utraconej miłości, a ja próbowałem sobie przypomnieć, czemu to wszystko ma sens. Dlaczego w ogóle ją zatrudniłem.

- Czemu tu pracujesz, Winslow? - zapytałem nagle.

Spojrzała na mnie zdziwiona.

- W sensie?

- Mogłabyś pewnie robić coś innego. Miejsce takie jak Prairie Rose to nie jest marzenie każdej dziewczyny z twoim... temperamentem.

- A co z panem? - odparła po chwili. - To jest pańskie marzenie?

- Nie udzielam wywiadów.

- Szkoda. Byłby z tego dobry artykuł: "Człowiek, który nie wie, co to uśmiech".

- Bardzo śmieszne.

- Wiem, że się pan teraz uśmiecha w środku.

- Nie.

- Trochę?

- Ani trochę.

- Kłamie pan.

Przewróciłem oczami i wróciłem do papierów, ale nie mogłem się skupić. Bo prawda była taka, że miała rację. Trochę się uśmiechałem. W środku.

Po chwili ciszy usłyszałem, jak otwiera lodówkę, jak butelki stukają o siebie.

- Znalazłam otwieracz - oznajmiła w końcu z triumfem.

- Cud.

- Wiem.

- Nie przyzwyczajaj się, że zawsze będziesz miała tyle szczęścia.

- Postaram się, szefie. Ale z cudami nigdy nic nie wiadomo.

Oparła się o blat naprzeciwko mnie i stukała paznokciem w drewnianą powierzchnię.

- Wie pan, Holloway, może ten bar nie byłby taki ponury, gdyby czasem ktoś tu się zaśmiał.

- Śmieję się.

- W duchu?

- Inaczej byłoby nieprofesjonalnie.

- No to dobrze, że nie jestem szefem.

Zerknąłem na nią. Włosy miała związane w niedbały kok, kilka pasm opadło jej na policzek. W tym świetle wyglądała...

Nie. Nie. Nie idź tą drogą, Mason.

Odchrząknąłem.

- Wracaj do pracy, Winslow.

- Już? Zaczynało być ciekawie.

- Za dużo mówisz.

- Ktoś musi nadrabiać, skoro pan mówi za mało.

Podniosłem na nią wzrok. Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę i ta sekunda trwała o wiele za długo. Wtedy otworzyły się drzwi i do środka weszła grupka klientów. Abby odwróciła się z uśmiechem, jakby nic się nie stało, a ja... udałem, że wracam do swoich rachunków. Czułem jednak, że coś we mnie drgnęło. Było to jak małe, ledwo zauważalne pęknięcie w murze, który budowałem przez ostatnie cztery lata.

Rozdział 3

Abby

Wieczory w The Rusted Oak miały swój rytm. Światła przygasały, rozmowy przy stolikach stawały się głośniejsze, a Ben nucił pod nosem swoje stare melodie. Zwykle o tej porze marzyłam tylko o gorącej kąpieli i kubku herbaty... Ale tego wieczoru było inaczej. Może dlatego, że Holloway od południa chodził bardziej zamyślony niż zwykle. Albo dlatego, że mimo moich kilku uszczypliwych komentarzy nie odburknął ani razu.

To było podejrzane. Kiedy Mason milczał bardziej niż zwykle, znaczyło to, że coś się dzieje. Zerknęłam w jego stronę. Stał za barem, w koszuli z podwiniętymi rękawami, pochylony nad notatnikiem. Nie wyglądał jak typowy właściciel baru. Raczej jak ktoś, kto znalazł się tu przypadkiem i nie potrafi odejść. Nie wiem, ile czasu tak na niego patrzyłam, ale Ben chrząknął znacząco.

- Winslow, uważaj, bo jeszcze pomyśli, że go lubisz.

- O, Ben, proszę cię! - Prychnęłam. - Lubić Masona Hollowaya to jak polubić ból zęba.

- A jednak się na niego gapisz.

- Bo czekam, aż pęknie.

- Ze śmiechu czy z nerwów?

- Wszystko mi jedno, byleby coś się wydarzyło.

Nie musiałam długo czekać - rzeczywiście coś się wydarzyło. Drzwi się otworzyły i do środka weszła starsza kobieta w kwiecistej bluzce. Miała może siedemdziesiąt lat, ciepły uśmiech i spojrzenie, które od razu kazało się uśmiechnąć w odpowiedzi. U jej boku szedł mały chłopiec z ciemnymi, kręconymi włosami i dużymi, zielonymi oczami.

- Dzień dobry, pani Maybelle - powiedział Ben z uśmiechem. - Co panią tu sprowadza o tej porze?

- Mason, jak zwykle - odpowiedziała kobieta pogodnie. - Muszę załatwić coś w sklepie po drugiej stronie ulicy, a mały nie chciał zostać sam, więc pomyślałam, że na chwilę podrzucę go tutaj.

Zanim zdążyłam zareagować, chłopiec wdrapał się pewnie na wysoki stołek przy barze.

- Cześć - powiedział do mnie poważnie, kiedy podeszłam z tacą.

- Cześć, przystojniaku. Co podać? Sok jabłkowy? Cola? Whisky?

- Tata mówi, że nie mogę pić whisky, dopóki nie skończę osiemnastki.

- Ooo, ambitny plan.

- Mhm. Ale lubię sok.

- A więc niech będzie sok. - Nalałam mu trochę do szklanki i pochyliłam się z uśmiechem. - Jak masz na imię?

- Cody.

- Ładne imię. Ja jestem Abby. Cody jak...?

- Jak bohater z bajki. Tylko ja jestem prawdziwy - odpowiedział poważnie, po czym dodał: - Tata mówi, że Cody Holloway brzmi dobrze.

Zamarłam. Holloway? Odkąd zaczęłam pracę w The Rusted Oak, nikt nawet nie wspomniał, że Mason ma syna.

- Tata mówi, że co? - zapytałam, choć już wiedziałam.

- Że Cody Holloway brzmi dobrze.

- Twój tata to Mason Holloway, właściciel tego przybytku?

- Mhm. A pani to jego przyjaciółka?

Zakrztusiłam się własnym śmiechem.

- Przyjaciółka to trochę za mocne słowo.

- Nie lubi go pani?

- Nie powiedziałam, że nie lubię. Miałam tylko na myśli, że... trudno go polubić.

- Ale jest fajny. Tylko czasem udaje, że nie jest.

Spojrzałam na chłopca, a ten wzruszył ramionami, jakby właśnie zdradził największą tajemnicę Prairie Rose.

- Wiesz co, Cody, myślę, że możesz mieć rację.

- Jest pani bardzo ładna.

Nie mogłam się powstrzymać i zachichotałam.

- Ojej, dziękuję, słodziaku. Pewnie mówisz tak wszystkim dziewczynom?

- Nie. Tylko takim, które mają uśmiech śliczny jak słońce.

Zamrugałam zaskoczona.

- Tak mówi twój tata?

- Nie. Tata mówi, że ludzie za dużo gadają i za mało słuchają.

- Mądre słowa.

- Ale ja i tak wolę gadać.

Roześmiałam się głośno, a Cody dumnie wypiął pierś, jakby właśnie wygrał jakiś dziecięcy konkurs na urok osobisty.

- Wiesz co, Cody? Gdyby wszyscy w tym miasteczku byli tacy jak ty, Prairie Rose byłoby o wiele weselsze.

- To dlatego tata mnie ma - odparł z pełną powagą.

Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo właśnie wtedy Mason wyszedł z biura i zatrzymał się w progu. Nie musiał nic mówić - po jego minie widziałam, że nie spodziewał się tego widoku: mnie rozmawiającej zza baru z jego synem.

- Cody - powiedział w końcu Mason tonem, w którym brzmiała zarówno łagodność, jak i to jego charakterystyczne "Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że mam jakieś uczucia". - Co ty tu robisz?

- Pani Maybelle poszła po zakupy. - Chłopiec spojrzał na mnie z dumą. - Robiłem z panią Abby wywiad.

- Wywiad, tak? I co ci powiedziała?

- Że jesteś trudny do polubienia. Ale fajny.

Ben parsknął śmiechem. Ja też. Mason nie.

- Świetnie. - Westchnął. - Dziękuję, Winslow.

- Nie ma za co, szefie. Dzieci to moja specjalność.

- Tak, widzę. Jeszcze kilka minut, a zaczęłabyś mu opowiadać o podatkach.

- A może o tym, jak być miłym w pracy?

- Nie drażnij mnie.

- Za późno.

Cody spojrzał na nas oboje, uśmiechając się szeroko.

- Wy się lubicie?

- Nie - odpowiedzieliśmy równocześnie.

I wtedy w Masonie coś pękło. Nie zaśmiał się, nie uśmiechnął, ale przez jego twarz przemknął cień czegoś, co wyglądało jak rozbawienie. A ja poczułam coś, czego wcale nie chciałam czuć. Coś miękkiego.

Maybelle wróciła chwilę później. Zanim wyszli z Codym, chłopiec pomachał mi z uśmiechem.

- Do zobaczenia, pani Abby! - zawołał, zerkając jeszcze przez ramię.

- Do zobaczenia, Cody Holloway. I pamiętaj, żeby być grzeczny dla pani Maybelle.

- Zawsze jestem! - odpowiedział z pełnym przekonaniem.

- Wcale bym się nie zdziwiła. - Uśmiechnęłam się. - Następnym razem możesz opowiedzieć mi więcej o tych swoich planach na weekend z końmi.

Cody skinął głową bardzo poważnie, jakbyśmy właśnie zawierali pakt, po czym złapał Maybelle za rękę i wyszli. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Mason jeszcze przez chwilę patrzył na nie w milczeniu. W końcu przeniósł wzrok na mnie, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś, czego wcześniej w nim nie widziałam: spokój, miękkość, jakby na moment zniknęła ta nieprzenikniona maska.

- Winslow... - zaczął cicho.

- Wiem, wiem - przerwałam mu. - "Nie wtrącaj się w moje życie prywatne", tak?

- Coś w tym stylu.

- Trudno. Nie umiem się powstrzymać przy takich słodkich dzieciakach.

Kącik jego ust drgnął, choć szybko to ukrył.

- Cody potrafi rozbroić każdego.

- Wcale się nie dziwię. Ma to po kimś?

- Po matce - powiedział po chwili ciszy. - Ona zawsze miała w sobie tę lekkość.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Cisza między nami była inna niż zwykle - nie sztywna, nie napięta.

- No cóż - odchrząknęłam, zgrywając luz - ja czasem też miewam urok, wie pan?

- Wiem - odpowiedział spokojnie, a ja aż uniosłam brew.

- W sensie, że pan wie, czy że pan się ze mną zgadza?

- Tak.

I wtedy po raz pierwszy Mason Holloway naprawdę się uśmiechnął. Nie szeroko, nie ostentacyjnie, ale wystarczająco, żebym poczuła, że coś w środku mnie mięknie.

Wieczór ciągnął się leniwie. Po wyjściu Cody'ego bar powoli się zapełnił: parę znajomych twarzy, trochę muzyki, kilka żartów rzuconych przez Bena zza baru. Było miło. Zbyt miło jak na The Rusted Oak w sobotni wieczór. Aż do momentu, gdy do środka wszedł Ray McConnell - typ, którego wszyscy znali, a nikt za bardzo nie lubił.

Zawsze zbyt pewny siebie, zbyt głośny, z tym swoim uśmiechem, który mówił: "Myślę, że jestem zabawny", choć nigdy nie był. Zamówił piwo, po czym usiadł przy barze - dokładnie tam, gdzie niedawno siedział Cody. Zły omen.

- No proszę, piękna Abby Winslow - zagadnął, opierając się łokciem o blat. - Kiedyś ci mówiłem, że powinnaś pracować w porządnym miejscu, nie?

- Mówiłeś, Ray. I wtedy, i teraz były to mylne wnioski. - Oparłam się o blat naprzeciwko niego. - The Rusted Oak to najporządniejsze miejsce, jakie znam.

- Jasne, jasne. Ale wiesz, mógłbym ci załatwić coś lepszego.

- Wątpię, żeby istniało coś lepszego niż darmowa kawa od Bena i szef, który nie znosi ludzi.

Ben zachichotał z drugiego końca sali, ale Ray nie dał za wygraną:

- Mówię poważnie, Abby. Taka dziewczyna jak ty nie powinna się marnować.

- Nie martw się, Ray. Ja się nie marnuję. Ja się rozwijam.

- A może po prostu boisz się spróbować czegoś nowego? - zapytał, zniżając głos. - Wiesz, mogłabyś... wyjść z kimś takim jak ja.

Zamarłam. Nie dlatego, że mnie to speszyło - po prostu próbowałam powstrzymać śmiech.

- Ray - powiedziałam powoli - ty nie jesteś "czymś nowym". Ty jesteś powtórką z rozrywki, której nikt nie chciał oglądać drugi raz.

Ben parsknął tak głośno, że aż przewrócił szklankę. A Ray... cóż, jego mina była bezcenna.

- Winslow! - usłyszałam za plecami niski głos Masona.

Odwróciłam się powoli, udając niewinną.

- Tak, szefie?

- Masz zamiar zrazić do siebie wszystkich klientów?

- Tylko tych, którzy zbyt usilnie się o to proszą.

Ray wstał, burcząc coś pod nosem, i odszedł w stronę drzwi. Mason przez chwilę patrzył na mnie tym swoim spojrzeniem, które pewnie miało być karcące, ale wcale takie nie było.

- Wiesz, że nie musiałaś tego robić.

- Wiem. Ale było warto.

- Winslow...

- Holloway... - przerwałam mu z uśmiechem. - Niech się pan nie martwi. Następnym razem będę grzeczniejsza.

- Wątpię.

- Słusznie.

I wtedy znowu ten cień uśmiechu. Krótki, niechciany, ale prawdziwy. Nie powiem, że to była wielka chwila, ale coś się zmieniło. Jakby przez sekundę The Rusted Oak przestał być tylko miejscem pracy, a stał się czymś więcej.

Kiedy zamknęliśmy bar, zostałam jeszcze chwilę, żeby posprzątać. Mason był w biurze, jak zwykle pogrążony w papierach. Wyszłam cicho, żeby mu nie przeszkadzać. Na zewnątrz powietrze było chłodne, a niebo pełne gwiazd. Prairie Rose spało. Choć nie chciałam się do tego przyznać nawet przed samą sobą, myśl o Masonie Hollowayu towarzyszyła mi aż do domu. Może dlatego, że pierwszy raz widziałam, jak jego oczy łagodnieją. A może dlatego, że gdzieś głęboko wiedziałam, że to dopiero początek czegoś, na co żadne z nas nie jest gotowe.

Wróciłam do domu. Stary zegar tykał cicho, a przez uchylone okno wpadał zapach chłodnej nocy i odległych pól. Zrzuciłam buty, zostawiłam torbę na krześle i od razu zaparzyłam herbatę - jak zawsze po długim dniu w The Rusted Oak.

Siedziałam przy stole, bawiąc się łyżeczką w kubku, i myślałam o tym, jak dziwny był ten dzień. Najpierw Cody - uroczy, pewny siebie chłopiec, który w pięć minut kompletnie mnie rozbroił. Potem Mason - jego ojciec, który z każdym dniem stawał się coraz większą zagadką. Był szorstki, zamknięty w sobie, nieprzystępny... A jednak kiedy dziś rozmawiał z synem, zobaczyłam coś, czego wcześniej w nim nie widziałam: ciepło, delikatność, której nie próbował nawet ukryć.

To było trochę niepokojące. Człowiek, któremu nadasz etykietkę chłodnego mruka bez uczuć, nagle okazuje się kimś zupełnie innym - a wtedy cały twój misterny plan "Nie angażuj się" idzie w diabły. Oparłam głowę o dłoń i westchnęłam.

- Nie zaczynaj, Winslow - mruknęłam sama do siebie. - To tylko facet. Twój szef. I do tego starszy i nieosiągalny.

Ale im dłużej siedziałam w ciszy, tym wyraźniej przypominałam sobie to jedno krótkie spojrzenie, które mi dziś posłał, kiedy przez sekundę nie był ani szefem, ani tym wiecznie spiętym mężczyzną z baru. Był po prostu Masonem. Ojcem. Człowiekiem. I cholera... to było niebezpiecznie pociągające.

Herbata wystygła, ale ja wciąż siedziałam przy stole, patrząc w ciemność za oknem. Nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi mnie ta historia, ale coś mi mówiło, że The Rusted Oak już dawno przestał być tylko miejscem pracy. To było coś więcej.

Choć jeszcze nie wiedziałam, co dokładnie.

Rozdział 4

Mason

Poniedziałkowe poranki zawsze wyglądały tak samo. Kawa, śniadanie z Codym, radio grające zbyt głośno jak na tę porę dnia i ja próbujący nie rozlać niczego, zanim mały skończy jeść. Ten rytuał był moją kotwicą. Świat wariował, ale to zawsze działało.

- Tato, a czemu ludzie nie lubią poniedziałków? - zapytał Cody z ustami pełnymi płatków.

- Bo muszą wracać do pracy.

- A ty lubisz swoją?

Zawahałem się.

- Lubię niektórych ludzi, z którymi pracuję.

- Czyli panią Abby?

Zamarłem. Mały mówił to z taką niewinną szczerością, że nie mogłem nawet udawać oburzenia.

- Skąd ci przyszło do głowy, że ją lubię?

- Bo się lekko uśmiechasz, gdy o niej mówisz.

- Nie uśmiecham się.

- Trochę tak. - Cody wzruszył ramionami i wrócił do jedzenia. - Ale nie martw się, nikomu nie powiem.

Świetnie. Pięciolatek analizuje moje emocje. Wypiłem łyk kawy, próbując nie myśleć o blondynce z ciętym językiem i uśmiechem, który działa jak pieprzony promień słońca w środku zimy.

Do The Rusted Oak dotarłem jak zwykle przed dziewiątą. Ben już był na miejscu, a godzinę później do środka wpadła Abby. Nie wiem, czy to była magia, czy po prostu jej sposób bycia, ale za każdym razem, gdy się pojawiała, robiło się głośniej, cieplej, żywiej. Jakby przyniosła ze sobą całe słońce Prairie Rose.

- Dzień dobry, szefie! - Zrzuciła kurtkę i od razu ruszyła w stronę baru. - Świetny poranek, nie?

- Jest poniedziałek.

- No właśnie! Nowy tydzień, nowe możliwości!

- Nowe rachunki.

- Pan to potrafi zepsuć każdą metaforę.

Nie odpowiedziałem. Zamiast tego obserwowałem, jak przestawia stołki, przeciera blat i nuci coś cicho. Nie miałem pojęcia, co to za melodia, ale dźwięk był... przyjemny. Zbyt przyjemny, jak na mój gust.

Ben zauważył mój wzrok i uśmiechnął się pod nosem.

- Niech ci nawet nie przejdzie przez myśl to skomentować, Ben.

- Ja? Nic nie mówię. Ale widzę.

Przewróciłem oczami. Odkąd Abby się tu pojawiła, bar nie był taki sam. Nie było dnia, żeby nie wpadła w jakieś kłopoty, nie rozśmieszyła kogoś albo nie doprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego. A jednak za każdym razem, gdy jej nie było, miałem wrażenie, że czegoś brakuje.

Około południa wpadła grupa facetów z warsztatu. Nic nadzwyczajnego: paru znajomych, parę kufli, trochę rozmów o samochodach i kobietach. Do czasu, aż jeden z nich, młody chłopak o imieniu Travis, zaczął przyglądać się Abby zbyt długo.

- Abby, może po pracy dasz się zaprosić na kawę? - zapytał głośno z tym swoim cwaniackim uśmieszkiem.

- A może nie - odparła, nie podnosząc nawet wzroku znad tacy.

- No weź, nie bądź taka. Ładna dziewczyna taka jak ty nie powinna siedzieć sama w domu.

Widziałem, jak jej brew drgnęła.

Oho. Ktoś właśnie wkroczył na pole minowe.

- Wiesz, Travis... masz rację - powiedziała, podchodząc do niego bliżej. - Ładna dziewczyna nie powinna siedzieć sama w domu. Dlatego mam kota.

- Kota?

- Tak. Przynajmniej nie gada głupot.

Ben zachichotał, klienci przy stole też. Travis spłonął czerwienią, a ja musiałem odwrócić wzrok, żeby nie parsknąć śmiechem. Abby odwróciła się w moją stronę z tym swoim niewinnym uśmiechem.

- Coś nie tak, szefie?

- Tylko czekam, aż w końcu ktoś się na ciebie poważnie obrazi.

- Wtedy pan mnie obroni.

- Nie licz na to.

- Oczywiście, że liczę.

Nie odpowiedziałem. Bo prawda była taka, że gdyby ktoś faktycznie próbował zrobić jej krzywdę, nie wahałbym się ani sekundy.

Wieczorem, kiedy Ben już poszedł, a ostatni klient opuścił bar, zostaliśmy w The Rusted Oak tylko ja i Winslow. Sprzątała przy stolikach, światła były przygaszone, radio grało cicho, a powietrze pachniało drewnem i... czymś jeszcze. Nie wiedziałem czym, dopóki nie przeszła obok mnie. Lawenda. Może jej szampon? Nie wiedziałem.

- Dziś było spokojnie - odezwałem się tylko po to, żeby coś powiedzieć.

- Spokojnie? - odparła z lekkim uśmiechem. - Ja bym powiedziała... emocjonująco.

- Aha. Emocjonująco, bo odprawiłaś Travisa jednym zdaniem?

- To nie moja wina, że niektórzy nie rozumieją słowa "nie".

Pokiwałem głową.

- W sumie dobrze sobie z nim poradziłaś.

- Oczywiście, że dobrze. Radzenie sobie z mężczyznami to moja specjalność.

- I dlatego ma pani kota? - spytałem z udawaną powagą.

Zamarła, po czym spojrzała na mnie przez ramię z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku.

- Nie mam kota.

- Nie?

- Nie. Ale ten gamoń nigdy się o tym nie dowie.

Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Ona też się uśmiechnęła, jakby była dumna, że go ze mnie wydobyła.

- Nieźle. Jednak potrafi się pan uśmiechać - rzuciła z satysfakcją. - Chyba właśnie dokonałam niemożliwego.

- Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Winslow. To był jednorazowy wypadek.

- Tak, jasne. A teraz pewnie powie pan, że powinien mnie pan odwieźć do domu, bo jest ciemno i niebezpiecznie dla samotnej dziewczyny.

- Nie miałem takiego zamiaru.

- To dobrze. Bo i tak bym odmówiła.

Zerknąłem na nią. Stała przy drzwiach z rękami w kieszeniach, włosy wymknęły się z upięcia i opadały jej na ramiona. Uśmiechała się - w taki sposób, że przez moment coś ścisnęło mnie w środku.

- Dobranoc, Holloway - powiedziała cicho.

- Dobranoc, Winslow. I nie pakuj się w kłopoty.

- Spokojnie. Nigdy się nie pakuję. To kłopoty znajdują mnie.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, była już na zewnątrz. Drzwi zamknęły się za nią z lekkim kliknięciem, a ja zostałem sam w półmroku baru. I po raz pierwszy od dawna pomyślałem, że cisza nie zawsze jest tym, czego potrzebuję.

Zostałem jeszcze chwilę w swoim gabinecie, zbierałem papiery z biurka, ale moje myśli już dawno były gdzie indziej. Nie przy rachunkach. Nie przy dostawach. Przy niej.

Westchnąłem, gasząc światła. Nie idź tą drogą, Holloway. To tylko barmanka. Uparta, zbyt głośna, zbyt żywa barmanka, która jakimś cudem potrafiła cię rozśmieszyć.

Zamknąłem bar i ruszyłem w stronę domu pani Maybelle. Jej ganek był oświetlony słabą lampką, a zza drzwi było słychać śmiech. Zanim zdążyłem zapukać, otworzyła.

- Wiedziałam, że przyjdziesz przed dziewiątą - powiedziała z uśmiechem. - Jak w zegarku.

- Lubię mieć dziecko w domu, zanim zacznie pytać, czy może nie spać do północy.

- Cody to anioł, Mason. - Podała mi kurtkę chłopca. - Ale nie ucz go, jak robić naleśniki, bo przejmie ci kuchnię.

Zerknąłem na syna. Stał z pluszowym koniem w ręku, zaspany, ale uśmiechnięty.

- Hej, partnerze - powiedziałem, biorąc go na ręce - gotowy wracać do domu?

- Taaak... ale czy możemy jeszcze chwilkę posiedzieć?

- Nie tym razem, smyku.

- Dobranoc, pani Maybelle.

- Dobranoc, chłopcy. Mason... - dodała z tym swoim spojrzeniem, które widziało więcej, niż chciałem - nie każ każdemu dniowi być takim samym.

Uśmiechnąłem się krótko.

- Spróbuję.

W domu Cody od razu zrzucił buty i pobiegł do swojego pokoju. Zanim zdążyłem zdjąć kurtkę, już wrócił z kocem i pudełkiem klocków.

- Tato! Zrobimy zamek! Taki duży, żeby się nie przewracał!

- Zamek, hmm? - Przysiadłem obok niego na podłodze. - To kto będzie w nim mieszkał?

- My! I pani Maybelle! I pani Abby!

- Pani Abby? - Uniosłem brew. - A skąd się tu wzięła?

- Bo jest fajna! I dała mi sok.

Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy się martwić.

- Wiesz, Cody, ona jest moją pracownicą.

- Ale może też być moją koleżanką, prawda?

Spojrzałem na niego, na tę dziecięcą szczerość w oczach i poczułem, jak wszystko inne schodzi na dalszy plan.

- Jasne, mały. Może być.

Zaczęliśmy budować. Najpierw zamek, potem most, potem coś, co przypominało raczej twierdzę obronną niż bajkową konstrukcję. Cody śmiał się głośno, wymyślając historie o smokach i rycerzach, a ja, pierwszy raz od wielu dni, czułem się lekki. Jakby to, co było trudne, zostało za drzwiami.

- Tato? - zapytał Cody po chwili, ziewając.

- Tak, synku?

- Myślisz, że mama by się ze mną bawiła tak jak ty?

Zamarłem. Zawsze bolało, kiedy pytał, ale tym razem jego głos był spokojny, bez żalu.

- Pewnie tak - odpowiedziałem cicho. - Ale nie wiem, czy umiałaby robić takie duże zamki.

- Ty umiesz najlepiej.

Przyciągnąłem go bliżej i pocałowałem w czubek głowy.

- Kocham cię, Cody.

- Ja ciebie też, tato.

Po chwili już spał, skulony w moich ramionach, z klockiem w dłoni.

Siedziałem tak jeszcze chwilę, patrząc na jego spokojną twarz, i myślałem, że jeśli w życiu cokolwiek mi się udało, to właśnie to: bycie jego ojcem. Reszta... Reszta jakoś się ułoży. Słyszałem tylko tykanie zegara i cichy oddech syna. Takie chwile zawsze przynosiły wspomnienia, których wcale nie chciałem. Penelope. Nie myślałem o niej często. Nie dlatego, że zapomniałem, po prostu... nauczyłem się nie rozdrapywać ran. Jednak czasem, kiedy patrzyłem na Cody'ego, nie dało się tego uniknąć.

Nigdy nie potrafiłem jej znienawidzić. Próbowałem, bo tak byłoby łatwiej. Pamiętałem ten dzień, gdy od nas odeszła. Mówiła, że potrzebuje więcej. Że Prairie Rose ją dusi. Że nie tak miało wyglądać jej życie. Może miała rację. Może faktycznie byłem zbyt prosty, zbyt przyziemny. Ale zostawiła nie tylko mnie - zostawiła też naszego syna. I tego nigdy nie zrozumiem.

Cody zapytał mnie o nią pierwszy raz, gdy miał trzy lata. Patrzył na mnie tymi wielkimi, ciekawymi oczami i zapytał: "Tato, czemu mama nas nie odwiedza?". Nie byłem na to gotowy. Nie istnieje podręcznik z poradami, jak powiedzieć dziecku, że matka je porzuciła. Wziąłem go wtedy na kolana i powiedziałem: "Mama cię bardzo kochała, Cody. Ale czasem dorośli gubią drogę. Nie dlatego, że przestają kogoś kochać, tylko dlatego, że zapominają, gdzie jest dom".

Nie wiedziałem, czy zrozumiał, ale się uśmiechnął. I wtedy po raz pierwszy od dawna poczułem, że może damy sobie radę. Od tamtej pory rzadko o niej mówił. Czasem pytał tylko: "Tato, myślisz, że mama też się teraz uśmiecha?". Zawsze odpowiadałem tak samo: "Mam nadzieję, że tak, synku". A potem modliłem się w duchu, żeby nigdy nie chciał jej szukać.

Westchnąłem cicho i delikatnie ułożyłem Cody'ego w łóżku. Przykryłem go kocem, zgasiłem lampkę i przez chwilę jeszcze na niego patrzyłem. Ten mały chłopiec był całym moim światem. I może właśnie dlatego nie mogłem pozwolić sobie na błędy. Nie mogłem pozwolić, żeby ktoś znowu zagościł w moim sercu - zwłaszcza ktoś taki jak Abby Winslow.

Dalsza część w wersji pełnej