Słowo od autora
Drogi Czytelniku!
Rudowłosa ze Starych Babic - to przyjemna o dużej dozie humoru powieść obyczajowa, której tytułowa bohaterka - samotna, osierocona w dzieciństwie młoda dziewczyna, o pięknych rudych włosach - wbrew i na przekór losowi, zakochuje się we współczesnym "księciu z bajki". Dla szczęścia w miłości podejmie się niejednego niezwykłego wyzwania. Będąc niepozbawioną wyjątkowego polotu kobietą, jest równocześnie sympatyczną, inteligentną spryciarą. Poznajemy ją, gdy właśnie kończy studia uniwersyteckie i w konsekwencji staje przed trudnym życiowym dylematem: co dalej? Jak teraz będzie przebiegać jej życie?
Buńczuczna natura Chmurki (tak nazywana jest przez bliskich), a już szczególnie jej brawurowa nieobliczalność, sprawiają, że przez niektórych uważana jest za przysłowiową rudą diablicę: osóbkę podstępną i fałszywą. Tymczasem w dziewczęcej piersi Chmurki stuka prawdziwie gołębie serce. Gdy więc trzeba - pomaga nawet wrogom, gdy musi - to po prostu musi i jak współczesny Kopciuszek wyzyskiwana przez przyrodnią siostrę i ojczyma - z potulnym smutkiem podporządkowuje się wyrokom bezdusznego losu. I tylko w skrytości serca odważnie i nieprzerwanie marzy: "Ach! Jak byłoby pięknie, gdyby mrzonki o księciu z bajki czasem jednak się spełniały..."
W jakimś więc sensie cała powieść - zarówno rozwojem fabuły, ale i literackim przesłaniem - mniej lub więcej nawiązuje do ponadczasowego syndromu Kopciuszka z tytułowej baśni Braci Grimm. Jednak zapewniam Cię, drogi Czytelniku, nawiązuje tylko alegorycznie. Wszystkie perypetie, epizody i zawiązywane wątki będą bowiem dla Ciebie czymś nowym, mocno osadzonym we współczesnych czasach i realiach, czymś od początku do końca nieznanym, mimo że zwieńczenie głównej intrygi, jakkolwiek w pewnym sensie przewidywalne, to przecież do ostatnich stron książki pozostanie nieodgadnione: jakim splotem okoliczności? Jak?
Drogi Czytelniku! Akcja tej powieści, jak praktycznie wszystkich dotąd przeze mnie opublikowanych, prawie w całości rozgrywa się w autentycznych sceneriach małych podwarszawskich miejscowości przynależnych administracyjnie do gminy Stare Babice. W jednym z takich zakątków: Zielonki-Wieś, mam przyjemność zamieszkiwać od blisko dwudziestu lat. Tło fabularne towarzyszące bohaterom książki jest więc mi osobiście bliskie. Tym serdeczniej więc zapraszam Cię do zaczytania się w mojej Rudowłosej. Mam nadzieję, że przyjdzie Ci to bez specjalnego trudu, ponieważ starałem się, aby żaden z rozdziałów nie dłużył się i nie nużył. A jeśli po przeczytaniu powieści chciałbyś ją skomentować, to nic prostszego: wejdź na mój facebookowy fanpage. Chętnie się tam z Tobą spotkam i odpowiem na każde pytanie.
I na zakończenie tradycyjna uwaga: jeśli któraś z postaci personalnie skojarzy Ci się z kimkolwiek (w powieści przewija się m.in. postać wójta Starych Babic, ale i wicewojewody mazowieckiego), to w żadnym wypadku nie było to moim zamiarem; Twoje skojarzenia z konkretnymi realnymi osobami, jeśli już zafunkcjonują, to tylko na zasadzie przypadku i zbiegu okoliczności.
Miłej zatem, przyjemnej i sympatycznej lektury!
Janusz Niżyński
1
Siedzieli nad kuflami ich ulubionego piwa Estrella w małej restauracyjce "El Punto Tapas Bar", nieopodal centralnego ronda w Starych Babicach i jak przystało na dwóch nieco zblazowanych dżentelmenów, rozprawiali o wszystkim i o niczym. Na zewnątrz spod ołowiano-sinego poszycia chmur zacinał nieprzyjemny jesienny deszcz, absolutnie nie dając komukolwiek nadziei na rychłą zmianę pogody, nie prowokując do żadnej fizycznej aktywności na świeżym powietrzu, a już z pewnością nikogo nie zachęcając do popołudniowego joggingu, który obaj tak chętnie o tej porze praktykowali.
- Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się Dareczku, co byś zrobił, gdybyś był bogiem? - nieoczekiwanie zapytał kompana nieco starszy od niego Sebastian Latecki - mężczyzna o atletycznej posturze i bujnych czarnych włosach, przewiązanych z tyłu głowy w krótki kucyk.
Dariusz Uściłowski - prywatnie jego przyjaciel, a zawodowo szef działu planowania w biurze konstrukcyjnym "S & D", którego dyrektorem naczelnym był Sebastian - ocknął się z chwilowego zamyślenia, upił niewielki łyk złotego płynu i tajemniczo się uśmiechnął.
- Gdybym był bogiem, powiadasz? A nie jestem nim, przyjacielu? Jak sądzisz? - I wyszczerzył do kompana trzydzieści dwa nienagannie wybielone zęby, w uśmiechu godnym reklamy czołowych producentów past. - Jestem! Sądząc po moim powodzeniu u tutejszych kobiet, jestem nim z całą pewnością! Każda patrzy we mnie jak w święty obrazek. Jednak co z tego? - Nic z tego! Żadna niczym mnie nie rajcuje, niczym nie epatuje, nie kusi... Na cholerę mi taka boskość... - prychnął i ponownie zanurzył usta w orzeźwiającym płynie.
- Dareczku, a może tak tylko ci się wydaje? Może ty po prostu boisz się kobiet? Będę musiał nad tobą kiedyś popracować... A na razie ja pytam naprawdę poważnie. Gdybyś był takim prawdziwym Panem Bogiem, co byś zrobił dla świata?
- Dla świata co bym zrobił? - Oderwał się gwałtownie od kufla. - No dobra! Odpowiem ci: najpierw przygotowałbym miskę ciepłej wody, dolał do niej jakiegoś pachnącego szamponu, a następnie uzbroiłbym się w myjkę o średniej twardości.
- Wow! - Z zachwytem zawołał Sebastian. - I co dalej? Co byś zeskrobywał? Te wszystkie namnożone w naszym kraju węglowe elektrownie, by na ich miejscu poustawiać turbiny wiatrowe i słoneczne panele? Sprytnie, amigo! "S & D" niewątpliwie miałoby wtedy multum roboty! To przecież nasz core business.
Dariusz spojrzał na Sebastiana z zakłopotaniem, podobnym do tego, jakim nierzadko młodsi bracia patrzą na swe starsze rodzeństwo. Chwilę później uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Nie, przyjacielu. Wziąłbym naszą ziemską kulę w swoje ręce i zaczął ją prać - dopowiadał spokojnie i bez najmniejszej dozy humoru. - Myłbym ją długo i ostrożnie. Kręcił nieprzerwanie kulą w mych miękkich i ciepłych dłoniach, szorował myjką z pianką do nieskazitelnego połysku. Z każdego małego zakątka, z każdej dziury, usuwałbym wszelki brud. Na końcu spłukałbym całą planetę świeżą wodą aż do uzyskania olśniewającej czystości, aż do poczucia zapachu. Aby świeciła jak wypolerowana moneta.
- Super! Nawet mogę to sobie wyobrazić - roześmiał się Sebastian. - A co z ludźmi, co z wszelkiego rodzaju zwierzyną, latającymi i pływającymi stworzeniami, co byś z nimi zrobił? Utopiłbyś, czy jak?
- Najpierw zabrałbym z padołu, przeobraził, a potem przeniósł z powrotem na czystą planetę.
- Przeobraził? Co masz na myśli?
- To bardzo proste, Seb. Uwolniłbym ich dusze od ciał. Zbędne duszom ciała zmieszałbym z surową gliną i tak przeformowane wyrzuciłbym na śmietnik.
- O kurczaki! Masz pan pomyślunek... Zaczynam się bać, co wykombinujesz dalej.
- I te ciała, i wszelkie brudy, i śmieci pozostawione po przemyciu Ziemi, upakowałbym w jedną wielką kulistą pigułę i umieściłbym na orbicie. Niech sobie robi tam za drugi ziemski księżyc. Prawda Sebastianie, jak byłoby pięknie widzieć na niebie dwa księżyce? Niech sobie ten drugi krąży wokół planety jako zapasowy. Zresztą, na Ziemi szkoda byłoby przestrzeni dla gruzu i odpadów. Tam miałyby idealne miejsce do składowania.
Sebastian podrapał się po gładziutko wygolonym pod kucykiem karku.
- Czekaj, Dareczku... Mam jednak jeszcze kilka pytań: jak uwolniłbyś ludzi i wszystkie żywe stworzenia z ich ciał? Myślisz, że to nie zaszkodziłoby im? Nie byłoby to dla nich okrutne?
- Hmm... No co ty, Seb? Jeśli byłbym bogiem, to prawdopodobnie umiałbym zrobić to tak, aby nikogo nie krzywdzić. Zresztą, myślę, że całe cierpienie, cały ludzki ból i głupota na naszej planecie pochodzą z ludzkich ciał. Z ich chciwości, pożądliwości, interesowności i dumy. A dusze powinny się tylko cieszyć i radować, i żyć miłością jedna wobec drugiej.
- Oryginalne... Ale, okej. Powiedzmy, że masz rację, lecz jak miałyby się rozmnażać dusze bez ciał? Przez pączkowanie?
Sebastian z coraz większym zainteresowaniem przysłuchiwał się fantazjom przyjaciela, któremu przelana do gardzioła zawartość kolejnego dużego kufla piwa nadzwyczajnie pobudziła wyobraźnię. I nie wiadomo tylko, czy pragnął zrozumieć w najdrobniejszych szczegółach wszystko, o czym fantazjował Dariusz, aby dotrzeć do samej istoty, czy najzwyczajniej chciał poprzekomarzać się z kolegą, zagadnąć go i wypełnić panoszącą się chwilami nad stolikiem ciszę. Ulewa za oknem wciąż nie odpuszczała.
- Po co mieliby się rozmnażać? - kontynuował odpowiedź Dariusz. - Jest ich i tak już zbyt wielu. Jeśli powróciłyby na planetę wszystkie dusze, które kiedykolwiek zamieszkiwały w ludzkich ciałach, czy naprawdę nie byłoby ich na Ziemi dosyć? Nawet, rzekłbym, wystarczyłoby ich na następne, zasiedlane za jakiś czas przez ludzi planety. Byłoby w czym przebierać.
- Uff... Nie powiem. Pojechałeś po całości! - Sebastian spojrzał z uśmiechem na przyjaciela, który w twórczym zamyśleniu właśnie zamilkł na długą chwilę. - Czyli chciałbyś przywrócić z powrotem na ziemski padół dusze umarlaków? Zawrócić z nieba i piekła, aby ponownie się tutaj osiedliły?
- Zgadza się. Spójrz, Seb. Czego pragnie każda dusza? Radości i spokoju, prawda? A czego chce ciało? By nie trapiły go choroby, by smacznie jadło, często uprawiało seks, rozmnażało się, dobrze bawiło... I jeszcze, żeby przy tym wszystkim było lepsze i ładniejsze od innych, czyli: aby miało być z czego dumne i czym się przed innymi chwalić. Prawda?
- Nie każda dusza chce tylko pałaszować jadło, rozmnażać się i panować nad innymi. Są ludzie, którym wystarcza własna mądrość i dobroć przekazywana drugiemu człowiekowi. Choćby dobroć w postaci takich produktów, jakie oferuje społeczeństwu nasze biuro: panele słoneczne, turbiny wiatrowe...
- Sebku! Nie słuchałeś mnie uważnie. Mówiłem o ciałach, nie duszach. Dusza nie potrzebuje rozmnażania, jedzenia, panowania nad światem. Każda dusza chce jedynie radosnej ciszy, słodkiego spokoju dla siebie, a także bardzo pragnie, aby wszystkie inne dusze żyły również w radości i miłości. Dusza każdego stworzenia nie chce się bać czegokolwiek, nie chce cierpieć, doznawać bólu czy gubić inne dusze. Natomiast ciało zawsze stawia jakieś wymogi i czegoś oczekuje: a to zmiany na lepsze, aprobaty, pragnie uwagi i pieniędzy, i zawsze wszystkiego mu mało.
- Czyli, twoim zdaniem, gdy wszyscy będą spokojni, zadowoleni i szczęśliwi, to nie będzie wojen, zbrodni, morderstw? I żadnych innych okropności, których tak wiele dziś na świecie? - Spojrzał ni to pytająco, ni to prześmiewczo na Dariusza.
- Tak myślę. Nie będzie czego dzielić, nie będzie potrzeby i grabić. Wszyscy będą zdrowi i szczęśliwi.
- A ja myślałem - westchnął Sebastian, który właśnie dopił do końca swój kufel piwa i z zadowoleniem dostrzegł za oknem oznaki kończącej się na dworze ulewy - że, aby osiągnąć taki stan, wystarczy się po prostu szczęśliwie w kimś zakochać, i że ty, jako Pan Bóg, taki komfort zafundowałbyś gratis każdemu... W tym także i mnie. A ty, co? - Fuj! Jakieś prania, oddzielania dusz od ciał, drugi księżyc... - I klepnął serdecznie przyjaciela po ramieniu. - Dobra, Dareczku. Dajmy temu pokój. Powiedz mi lepiej, co z jutrzejszym przyjęciem u wójta Iloczynka? W zeszłym tygodniu rozpoczął swą kolejną kadencję na urzędzie. I na tę okoliczność jego żona wyprawia niemałe przyjątko, na które nie wiedzieć czemu, my obaj także zostaliśmy zaproszeni. Idziemy czy odpuszczamy sobie?
- To już jutro?! - Dariusz odzyskał poczucie rzeczywistości. - No rzeczywiście, jutro!... Nie! Nie wypada nie pójść, Seb, skoro zapraszają...
- W porządku przyjacielu. Słusznie. Idziemy! Ostrzegam tylko, że na przyjęciu będzie Stella Kowalczuk - nasza starobabicka superstar, siostrzenica Iloczynka. Podejrzewam zresztą, że te zaproszenia to jej sprawka. Nie zdziw się tylko, gdy po imprezie będziesz drałował do domu beze mnie. Bo nie wiem jak ty, ale jeśli idzie o mnie, to wobec tej panny od dawna mam pewne, całkiem poważne zamiary... Ale na razie o nich sza!... A propos! Nie wiesz przypadkiem, gdzie w Starych Babicach mogę zamówić wielki kosz z czerwonymi różami?
3
Sebastian, odprowadzając oczyma Stellę, wracającą do rozbawionego w najlepsze towarzystwa, nagle sobie uświadomił, że całe jego uczucie do tej dziewczyny, początkowo tak namiętnie żarliwe, w jednej chwili wyparowało. Jeszcze godzinę temu, tańcząc z nią na parkiecie i wspólnie degustując wystawne dania, zachwycał się jej urodą, podziwiał jej grację, nienaganną figurę i świetnie uczesane włosy. Jednak teraz, patrząc na nią od tyłu, ujrzał wielką pełzającą po chodniku żabę. Zamknął nawet oczy, aby ukrócić okropne przywidzenie.
- Ogrodniku! - nagle usłyszał głos dziewczyny - Gdzie jesteś? Możesz wyjść. Moja Stella już sobie poszła. Teraz mam wolne. Aż do rana!
Wyjrzał zza drzewa. Ujrzał ją, jak na powrót siedzi na ławce... Była taka drobna i krucha niczym łodyga źdźbła. Twarz miała zwróconą ku rozgwieżdżonemu niebu. Wiatr trzepotał jej rudymi włosami; miało się wrażenie, że za chwilę ta dziewczyna zamacha swymi chudymi dziewczęcymi rękoma i uleci w przestworza...
- Hej, nie odlatuj! Jeszcze się nie poznaliśmy. - Ledwie zdołał zażartować, jak na głowę nieszczęśnicy znów coś spadło z korony drzewa.
Tym czymś była jego marynarka, w której kieszenie upakował wcześniej róże. Aby tylko ochronić delikatne pąki róż podczas wspinania się na drzewo, nie żałował eleganckiego ubrania.
Tym razem dziewczyna aż wrzasnęła i gwałtownie odchyliła się do tyłu. Na szczęście siłę okrzyku stłumiła tkanina marynarki, zasłaniając jej usta, za to ławka - ponownie ostro przechyliła się. Sebastian, ledwo zdążył do niej podbiec, instynktownie chwycił dziewczę w pasie, podniósł z ławki i postawił na nogi, zażegnując niechybną katastrofę. Dopiero gdy z głowy nieszczęśnicy zdjął marynarkę, przestrzegł:
- Przestań krzyczeć, bo wszystkie świetliki wypłoszysz. A mój ogród bez świetlików nie będzie już taki piękny. - Uśmiechnął się i uścisnął niebogę w ramionach. - I nie miotaj się jak nieoswojona klacz na wybiegu, bo znowu uderzysz kolanem w ławkę...
- Co... Co to jest? - Wydukała wciąż zniewolona jego ramieniem. - Co znowu na mnie spadło? Dlaczego znowu coś na mnie spada?
- Uspokój się. To tylko męska marynarka... Na drzewie były w niej pochowane kwiaty. Najpierw spadły kwiaty, a teraz ona. - Machnął ciuchem przed nosem dziewczyny. - Widzisz?
Skinęła głową i już miała coś powiedzieć, gdy nagle... ciuch zadzwonił. A dokładnie ukryta w nim komórka. Mężczyzna niechętnie uwolnił dziewczynę spod swego ramienia, po czym wyciągnął z marynarki rozdzwonionego natręta.
- Masz zamiar odebrać? - zdziwiła się. Zaczęła nerwowo poprawiać swymi chudymi rękoma włosy.
Przez chwilę zafascynowany jej ruchami, miast odpowiedzi skinął tylko głową.
- Ale to jest cudzy telefon!
- Co z tego? Więc dowiem się czyj i będę wiedział, komu zwrócić. - Zdecydowanie nacisnął przycisk w smartfonie, szybko przyłożył go sobie do ucha. - Halo!...
Dziewczyna z coraz większym zdziwieniem patrzyła na, jej zdaniem, mocno szurniętego ogrodnika. Z drugiej strony czuła, że zaczyna go najnormalniej lubić. No, owszem: jest cały upaprany i śmierdzi obornikiem, ale czy nie taka to już praca ogrodnika? - rozmyślała, przyglądając się, jak rozmawiał przez telefon. Ogrodnictwo to brudna robota. Ale nawet w tym jego kombinezonie widać, że jest naprawdę przystojnym facetem. Może nawet i ciachem. Ciekawe, ile może mieć lat? Pewno ze trzydzieści, góra trzydzieści pięć... A ten chrapliwy głos? No to popracuj sobie, koleżanko, na wietrze przez cały dzień i wtedy zobaczymy, jaki ty miałabyś. Głos mu się łamie, owszem! Ale i tak jest przyjemny... - Mimowolnie westchnęła, na chwilę przyciągając jego uwagę. I oczy ma takie piękne. Duże, ciemne... Na razie nawet nie wiem, w jakim kolorze... A bo to nocą da się określić? Za to te jego kontury twarzy i usytuowanie głowy nad szerokimi ramionami wręcz ujmują klasyczną proporcją...
Dziewczyna, studiując na wydziale zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, od czasu do czasu brała udział w fakultatywnych wykładach z architektury. Gdyby miała wybór, studiowałaby właśnie architekturę. Niestety tragiczna śmierć rodziców, która się wydarzyła przed wieloma laty, potem wyjazd do Polski i wreszcie konieczność zarabiania na życie, zmusiły ją do zmiany planów i podjęcia nauki na innym kierunku. Na takim, na który wysłana została przez swych dobroczyńców: Stellę i jej ojca. Jednak jej wrodzona zdolność do postrzegania pięknej i harmonijnej, tak zwanej "złotej proporcji" odkrytej dawno, dawno temu przez Fibonacciego, skłaniała ją do wypatrywania takich odniesień we wszystkim, co tylko ją otaczało. I teraz też, patrząc na ogrodnika, zrozumiała, że jego "złote" proporcje, bez trudu dostrzegalne w każdym fragmencie postury, mogłyby być obiektem natchnienia dla niejednego współczesnego rzeźbiarza. Ma przecież idealnie ukształtowane linie męskiej sylwetki, które co prawda w tym momencie skrywają się pod niechlujnym ubraniem i brudem, ale z całą pewnością takimi właśnie są.
Ciekawe, jak ubiera się na co dzień? Już zamierzała go o to spytać, ale ogrodnik sam nieoczekiwanie zwrócił się do niej słowami:
- Co na mnie tak patrzysz, jak na posąg? Zamyśliłaś się nad czymś, czy zapatrzyłaś w moje piękne ciało? - zapytał z uśmiechem, natychmiast kasując wszystkie pozytywne myśli kłębiące się dotąd w głowie dziewczyny.
- Nie schlebiaj sobie! - żachnęła się zamiast odpowiedzi. - Lepiej od razu powiedz, czego się dowiedziałeś. Czyja to komórka?
- Jakiegoś tam Sebastiana Lateckiego. Uzgodniliśmy, jak mam ją zwrócić. Obiecał zapłacić znaleźne... - mówił, bacznie obserwując reakcję dziewczyny.
Z początku jej oczy się rozszerzyły, ale zaraz potem otworzyły się także usta. I wkrótce wyglądała na totalnie osłupiałą, co najmniej jak Bridget Jones - ta od kultowego Dziennika, gdy odkryła, że nudny prawnik Mark Darcy okazał się interesującym mężczyzną.
- Co się z tobą dzieje? Teraz sama zamieniłaś się w posąg...
- Jak to, jakiegoś Lateckiego? - Ledwie przemówiła. - Przecież to ten właśnie Latecki!
- Jaki ten? - Konsekwentnie ją wkręcał.
- No ten! Kiedyś znany sportowiec, dziś znany prawnik i na dodatek prezes jakiegoś podobno świetnie prosperującego biura projektowego. Obiekt westchnień wszystkich dziewczyn nie tylko ze Starych Babic! No i... - sapnęła z rozrzewnieniem - po uszy zakochany w mojej Stelli. Ta moja... przyszywana siostrunia postanowiła zostać jego księżniczką, a z niego zrobić swego księcia - ponownie westchnęła - ...na białym koniu, jak to mówią.
Sebastian, uśmiechnął się szeroko i pomachał w stronę miejsca, do którego odeszła Stella.
- To właśnie ona, ta twoja piękna "przyszywana siostrunia", miałaby się podkochiwać w Lateckim? No nie wiem, nie wiem... Widziałem przez okno, jak ze sobą tańczyli. Nawet nie próbowała się do niego tulić. Czy to możliwe, by zakochane dziewczyny nie korzystały z takiej okazji? - Zmrużył oczy i wycelował palec w jej stronę. - Ha! Tak naprawdę to ty jesteś w nim... zadurzona. Widzę wręcz istny żar w twoich oczach. Ledwie wypowiedziałem jego nazwisko, a od razu niemal zajaśniałaś jak jakaś śliczna gwiazdka na niebie. Dlaczego się z nim nie spotkasz? Jesteś piękną dziewczyną i...
- ...szpetnym pasztetem. - Przerwała mu. - Spójrz na moją twarz, chociaż... po co mam ci to mówić? Ty, oprócz swego obornika i drzew, pewno nie widziałeś w życiu prawdziwie pięknych kobiet...
- W błędzie jesteś, moja mała. - Ja także jestem byłym sportowcem, miałem wiele fanek i teraz zaczynam sobie nawet przypominać, że chyba znam tego twojego Lateckiego. Graliśmy w szczypiorniaka w jednym zespole. I w tym samym zresztą czasie obaj zakończyliśmy karierę sportową.
Dziewczynę oszołomiło.
- Więc dlaczego zawracasz mi głowę?
- Aby zweryfikować poprawność swoich ustaleń... Czyli mam rację: podkochujesz się w tym Lateckim? - Prychnął nosem, po czym przetarł pod nim brudną dłonią i dodał: - Oczywiście: trafiona-zatopiona... Podkochujesz... Wszystkie dziewczyny się w nim podkochują. No bo gościu, nie powiem, przystojniak, nie to, co ja... bo ja, kto taki ja, kim jestem? Brudnym biednym ogrodnikiem, który może zarządzać co najwyżej tylko roślinami w ogrodzie, a nie biurem projektowym.
- A może nie warto tak się nad sobą użalać?... - Próbowała go pocieszyć. - Ktoś tu przed chwilą mówił o tęczy, gwiazdach... - Uśmiechnęła się, ale szybko przyjęła poważny wyraz twarzy. - Co ci przeszkadza w podjęciu nauki? Może i ty kiedyś zostaniesz... prawnikiem? A w ogóle, czym się interesujesz?
Wzruszywszy ramionami, odpowiedział:
- Nie wiem. Po urazie głowy, gdy uderzyłem o dno basenu, z trudem sobie cokolwiek przypominam. Od kilku lat pracuję tu, w Wojcieszynie, u pana wójta Iloczynka, jako ogrodnik...
Usłyszawszy jego zwierzenie, twarz dziewczyny natychmiast się zmieniła. Nic nie pozostało w niej z wyniosłego, dumnego i po części obrażonego spojrzenia. Teraz patrzyła na "ogrodnika" z sympatią, a nawet z litością, co nie za bardzo podobało się Sebastianowi. Zaczął nawet żałować, że tak bardzo wkręcił dziewczynę, zapędzając samego siebie ze swym fantazjowaniem w kozi róg...
Chwyciła go za rękę.
- Przepraszam, ogrodniku za mój brak delikatności. Nie znam nawet twojego imienia. Może się więc poznajmy? Ja przyjeżdżając z Ukrainy nazywałam się Olga Błoczek. Od razu więc wszyscy tutaj zaczęli na mnie mówić "Obłoczek". Poprosiłam, że - skoro już używają przezwiska - to wolałabym być dla nich "Chmurką", gdyż mamusia nosiła nazwisko Chmurzyńska. I tak już zostało. Potem, jak już ci mówiłam, za namową pana Kowalczuka zmieniłam urzędowo najpierw obywatelstwo na polskie, a potem personalia. I teraz, jak już ci wspomniałam... także nazywam się Stella Kowalczuk.
- Stella Kowalczuk?! Dziwne! - autentycznie się zdumiał. - Macie to samo imię, nazwisko, datę urodzenia?!...
- I ten sam nawet wzrost! - kiwnęła potakująco głową. - Tak! Widocznie panu Kowalczukowi i Stelli bardzo na tym zależało, to jest na dacie urodzin. Prawdopodobnie dzięki temu, gdy skończę studia, łatwiej będzie mogła wykorzystać mój dyplom. Niejako stać się jego nie tylko dublerką, ale i wiarygodną właścicielką...
- Bzdura! - Wykrzyknął. - Personalia wiek i wzrost nie wystarczą, by przywłaszczyć sobie czyjąś tożsamość. Jest jeszcze pesel, są kartoteki, relacje, kontakty ze studiów, jest...
- A kogo to będzie obchodzić! - Przerwała mu. - Stella nigdy nie podejmie żadnej pracy i nigdy formalnie i oficjalnie nie powoła się na swój przywłaszczony dyplom. Nie będzie musiała. Już jej tatuś zawczasu zadbał, aby ukochanej córeczce nigdy w życiu niczego nie zabrakło. Ona chce posiadać dyplom dla samego dyplomu, to jest... by zyskać w oczach przyszłego męża, może nawet przyszłych swych dzieci i wnuków...
Tym razem Sebastian spojrzał na dziewczynę z rozdziawionymi ustami. Zamurowało go.
- To w końcu powiesz, jak masz na imię, ogrodniku? - poprosiła go cicho...
- Ja? - I przez chwilę autentycznie zastanawiał się, co ma tej dziewczynie odpowiedzieć. - Ja... Ja jestem Wojtek... Wojtek Dąbrowski. Bardzo mi miło, Chmurko...
4
Obudziła się prawie o jedenastej. Szybko wstała, ogarnęła się, włożyła swe ulubione szorty i T-shirt, po czym poczłapała w rozciapcianych kapciach do kuchni.
- Pani Mario - zwróciła się do starszej kobiety, pichcącej coś nad płytą kuchenki - czy nasza Stella jadła już śniadanie?
- Jeszcze nie, moja dziewczynko, właśnie robię dla niej omlecik z dżemem. Myślałam, że będzie pościć do obiadu, a tu nagle życzenie: "Przygotuj śniadanie na wpół do dwunastej, bo o dwunastej będę miała gościa" - odpowiedziała kobieta, nie przestając pichcić.
Po chwili śniadanie było już ułożone na dużej srebrnej tacy: omlet, tosty i biała kawa.
- A co to za gość? - Chciała wziąć z tacy jedną z grzanek, ale kobieta szturchnęła ją w ramię.
- Nasza Stellusia uwielbia ciepłe grzanki. A ty możesz zrobić je sobie sama, ale kiedy wrócisz. Bierz! - podała tacę dziewczynie - zanieś swej przyszywanej siostruni. Jej Królewska Mość nie zejdzie na śniadanie, ponieważ ma zbyt mało czasu na ogarnięcie się przed przybyciem dostojnego gościa. Będzie jeść w sypialni.
Pani Maria - gosposia i kucharka Kowalczuków - wyróżniała się wesołym usposobieniem. Nie przegapiała okazji, by choćby troszeczkę pokpić z gospodarzy, ale - tu trzeba oddać jej szacunek - pokpić w najlepszym tego słowa znaczeniu. Lubiła ich parodiować, zwłaszcza Stellę... Teraz na przykład, mówiąc o niej, położyła palce na skroniach i przewróciła oczami ku niebu. Było to bardzo zabawne.
- No już. Starczy tego śmiechu. Idźże wreszcie. Pani czczczcz-czeeka! - I otworzyła przed nią drzwi.
Dziewczyna weszła do sypialni Stelli, jak zwykle wcześniej kilkukrotnie pukając do drzwi i nasłuchując pozwolenia. Postawiła tacę na niedużym okrągłym szklanym stoliku w pobliżu miękkiej białej sofy i ogłosiła:
- Podano śniadanie!
Gdy Stella spokojnie wyszła z łazienki, Chmurka spojrzała na nią i niemal przysiadła z wrażenia. Dziewczyna była tak odstawiona, że aż zapierało w piersi dech.
Miękka niebieska prawie przezroczysta sukienka przywierała do jej ciała jak druga skóra. Suknia była pięknie przyozdobiona głębokim dekoltem. W zagłębieniu piersi na złotym łańcuszku wisiał duży niebieski szafir. Świecił jak oczy właścicielki, urzekając niezwykłym pięknem... Stella, dla podkreślenia i uwypuklenia walorów swej nietuzinkowej kobiecej urody, zawsze potrafiła umiejętnie korzystać z markowych kosmetyków. Nie można było nie podziwiać jej oczu. Do takiego stopnia były wyraziste, że z najmniejszymi detalami mógłby je bez retuszu przenieść na płótno niejeden mistrz sztalug i pędzla. A jej lniany strumień włosów lśnił i łopotał przy każdym ruchu jak chiński jedwab.
Chmurka nie była w stanie powstrzymać swego szczerego westchnienia podziwu.
Zauważywszy jej reakcję, Stella uśmiechnęła się, po czym podeszła do kanapy i rzekła:
- Nie ma takiej możliwości, żebym nie podobała się mężczyznom. Ja ich wręcz onieśmielam! Za pół godziny zrobię to z pewnym dumnym absztyfikantem. Ukarzę go za to, jak potraktował mnie na naszej niedoszłej schadzce w ogrodzie wuja.
- Co ty mówisz, Stello? Kiedy to było? Ja nic nie pamiętam.
Stella spojrzała na nią protekcjonalnie.
- A co ty możesz pamiętać z wczorajszego wieczoru? Chyba tylko mój wstyd, który musiałam przez ciebie znosić... Stłukłaś chiński wazon wujostwa, którego cena na rynku jest horrendalna, niszcząc jednocześnie sukienkę kobiety, której cena przekracza twoje roczne stypendium.
Przerażenie na twarzy Chmurki wyraźnie rozbawiło Stellę.
- Uspokój się. Gdyby nie moje prośby i zapewnienia, że stosownie cię ukarzę i douczę ogłady, wszystko musiałoby skończyć się dla ciebie fatalnie. Masz też szczęście, że trochę dopomógł ci twój mizerny wygląd i ta obrzydliwa szrama na twarzy. - Stella siadła na kanapie, biorąc się za śniadanie.
- Nie rozumiem, Stello... Chcesz mnie karać, douczać... Ale ja ten wazon naprawdę stłukłam nieumyślnie!
- Powiedzieli mi, że chowałaś się za nim. A ja pytam - przed kim? A może ty kogoś podglądałaś z ukrycia? Przyznaj się!
Chmurka westchnęła.
- Sama mi powiedziałaś, żebym się napatrzyła na najpiękniejsze ciacho na imprze. Szukałam i z ciekawością wyglądałam takiego.
- I znalazłaś? - W głosie Stelli pobrzmiało lekceważeniem.
- No... tam były same superackie ciacha! - żachnęła się, machinalnie wzruszając ramionami. - Nie mogłam wybrać, które najbardziej...
- Wybrać? - Stella roześmiała się histerycznie. - Co niby ty mogłabyś wybierać? Ty się przecież absolutnie nie znasz na mężczyznach. Był tam tylko jeden silny, wysoki i przystojny. Jeden, jedyny!! I ty nawet nie wiesz, który!... Cóż, wkrótce tu przyjdzie, aby przeprosić mnie za wczorajsze nieporozumienie. Dokładnie tak zapowiedział, dzwoniąc do mnie. - Stella uważnie spojrzała na Chmurkę. - A ponieważ już powiedziałam, że będę cię uczyć ogłady, pozwolę ci spojrzeć na niego... ale tylko zza balustrady na półpiętrze. - Stella przyjrzała się jej od dołu do góry. - W tych twoich schodzonych szortach i T-shircie lepiej się nikomu nie pokazuj. Dobrze, że chociaż włosy podczesałaś. Potrząsasz swoją grzywą jak dzika klacz. Ile ci razy mówiłam, że powinnaś używać odżywki do włosów! I nadaremno... Niczego się nie uczysz... Chociaż, właściwie, po co ci taka nauka? Okej!... nie ma sensu dalej ci klarować. Spotkam się z moim gościem na dole, w salonie, a ty zostaniesz, jak powiedziałam, na półpiętrze. Wszystko jasne?
Chmurka, natychmiast kiwnęła głową i zapytała:
- A może chociaż w trakcie spotkania mogłabym przynieść ci kawę, by... przyjrzeć mu się z bliska?
- I przestraszyć mi gościa na śmierć? - zniesmaczyła się. - Absolutnie nie! Zabraniam. Patrz sobie na niego, ale tylko z dala. Nie odstraszaj mi narzeczonego... A propos, dlaczego twój rumieniec jest dziś jakby mniej jaskrawy? Wczoraj na imprezie po prostu promieniował.
- Kiedy się denerwuję, blizna czerwienieje, to znaczy: staje się bardziej czerwona...
- Rozumiem... Zaś odnośnie zbitego wazonu... Sama rozumiesz, musimy się rozliczyć. - Stella skończyła pić kawę i wstała. Podeszła do Chmurki, dokładnie obejrzała rumień na jej twarzy, po czym kontynuowała przemowę: - Zrobimy tak: spłacisz mi dyplomem. Za dwa miesiące bronisz dyplom, prawda? - Dziewczyna skinęła głową - Studiowałeś dla mnie bardzo dobrze. Wiem, że otrzymasz dyplom z wyróżnieniem. Miałam cię początkowo za to ekstra wynagrodzić, ale teraz cała twoja premia i twoja pensja z sześciomiesięcznym wyprzedzeniem zasilą konto mojego wuja, tytułem kosztu odkupienia wazonu. - Odwróciła się i dodała. - Możesz mi nie dziękować, jakby co nadal jesteś moją siostrunią i kumpelą.
Stella, już więcej nic nie mówiąc, skubnęła jedną z grzanek. Najwyraźniej jednak nie miała apetytu. Odepchnęła od siebie z niesmakiem talerz, wstała i wyszła z pokoju, zostawiając Chmurkę w kompletnej rozsypce.
- Pół roku bez wynagrodzenia? - Cicho i z przerażeniem szepnęła. - I z czego będę żyła? Przecież jeśli moje dalsze posługi w tym domu nie będą już nikomu potrzebne, dokąd pójdę?
Bezwładnie opadła na miękką sofę, wzięła grzankę z tacy. Wolno ją gryzła i ledwo powstrzymywała łzy.
- Tylko nie płacz, Chmurko... Tylko nie płacz! I tak nikt cię tu nie pocieszy... W tym domu nie ma ogrodnika.
Nagle niczym w szoku przypomniała sobie, że niejaki Wojtek, to jest Wojtek-ogrodnik, miał dziś się spotkać z Sebastianem Lateckim także o godzinie dwunastej. Ojej! Ten Latecki wyznaczył z nim spotkanie na dwunastą i o tej samej porze miałby zjawić się tu, u Stelli?
Podekscytowana zerwała się na równe nogi i szybko pobiegła do swego pokoju. Tu - natychmiast chwyciła telefon i wybrała numer do Wojtka-ogrodnika. Wczoraj, po zakończonym nocnym spacerze, na szczęście nie zapomnieli wymienić się numerami komórek.
- Halo, Wojtku, to ty? Tutaj Chmurka! Znaczy się ta rudowłosa, z którą spędziłeś całą noc...
5
Telefon zadzwonił, gdy siedział za kierownicą. Jechał ze swego rodzinnego Borzęcina do Latchorzewa spotkać się ze Stellą. Jechał bez kwiatów, by nie robić dziewczynie zbędnych nadziei. Chciał tylko przeprosić za wczorajsze faux-pas i jednocześnie podtrzymać dobre kontakty z jej ojcem, ponieważ ojciec Stelli, Stefan Kowalczuk, był szefem przedstawicielstwa dużego ukraińskiego banku, z którym on współpracował na co dzień. Sebastian absolutnie nie zamierzał zrywać z nim dobrych biznesowych relacji. Smartfon błysnął nieznanym numerem.
Ciekawe, kto dzwoni? - zastanawiał się, naciskając przycisk połączenia.
- Halo? Słucham!
- Halo, Wojtku, to ty? - Usłyszał kobiecy głos. - Tutaj Chmurka! Znaczy się ta rudowłosa, z którą spędziłeś całą noc...
- Spacerując z nią po uliczkach i łąkach Wojcieszyna... zanim ostatecznie nie wsiadła do pierwszego porannego autobusu linii 719 w stronę Warszawy - sprostował natychmiast, po czym szybko skręcił na mały parking przy starobabickiej stacji BP. - Oczywiście, pamiętam cię Chmurko. Co się stało?
- Wojtku, twój znajomy cię oszukał.
- Spokojnie... Chmurko, nie spiesz się. Wyjaśnij konkretnie, o co chodzi?
- A chodzi o to, że nie musisz się spieszyć na spotkanie z nim. Jego Królewska Mość, imć Latecki, właśnie jedzie do swojej księżniczki złożyć jej uniżony hołd i błagać o przebaczenie za nieudane z jego powodu spotkanie. - Terkotała w słuchawkę, ogłuszającym piskliwym głosikiem. - Mogę sobie nawet wyobrazić ten obraz: ona - piękna, i uwierz mi, że taka jest, bo ja już ją widziałam i prawie oniemiałam z wrażenia... Więc, Stella jest absolutnie piękna, co tu gadać... Tak więc ona stoi, a on u jej stóp... rozpościera się, jak... - Zawiesiła na chwilę głos, zastanawiając się nad wyborem porównania.
- Kurz na drodze? - Postanowił jej pomóc.
- Tak! Dobrze to ująłeś... Ja powiedziałbym inaczej, ale ty także dobrze powiedziałeś: piękno, które okrywa kurz. - Słysząc lekki śmiech w słuchawce, zamilkła na chwilę. - Na szczęście nie zdenerwowałeś się, bo jesteś mężczyzną... ale ja - jako kobieta - obraziłabym się na taką przyjaciółkę.
- Nie denerwuj się, Chmurko. Znam Sebastiana. Ostrzegłby mnie, gdyby mógł. Widocznie nie mógł... - Stuknął się w czoło dłonią. Po co tak wciąż lawiruję? - Posłuchaj mnie, jeśli on przyjdzie do waszego domu, to może sama mu oddasz ten telefon? Jadę właśnie rowerem. Wkrótce będę. I najlepiej tobie przekazałbym ten telefon.
W słuchawce zapadła cisza. Sebastian mimowolnie spojrzał na smartfon, a potem rzekł:
- Chmurko, słyszysz mnie? Czy może zemdlałaś?
- Coś w tym rodzaju... - odpowiedziała. - Nie, nie pozwolono mi na spotkanie z Lateckim, więc nie miałabym jak przekazać. Mam pozwolenie na obserwowanie go jedynie zza balustrady na półpiętrze.
- Jak to? - oburzył się. - Chyba jesteś wolnym człowiekiem i masz prawo spotykać się, z kim chcesz?
- Jasne, że mam takie prawo, ale... dopiero po obronie dyplomu, jeśli, oczywiście, nie zostanę wcześniej stąd wyeksmitowana.
Sebastian ożywił się.
- Chmurko, wyjaśnij, co się znowu stało?
- Lepiej ty mi powiedz, czy nie potrzebujesz asystentki w ogrodzie? Mogę grabić liście, kosić trawę. Mogę nawet taczką rozwozić gnojowicę...
- Chmurko! Pleciesz trzy po trzy! O czym ty do diabła mówisz?
- Wojtku! To nie są bzdury. To perspektywa mojej najbliższej przyszłości. Dziś Stella oznajmiła, z całą powagą swego majestatu, że od teraz staję się jej niewolnikiem. Mam przez pół roku pracować dla niej za darmo, aby pokryć koszt stłuczonego przeze mnie wazonu. Okazuje się, że był tak cenny, że... głowa mała!! - Mężczyzna aż musiał nieco odsunąć telefon od ucha, tak krzyczała. - Ale Jej Wysokość ma litość i przez te sześć miesięcy będzie mnie uczyć ogłady i rozumu. I nie płacić mi żadnego kieszonkowego... Wszystko!
Nawet nie od razu zdał sobie z tego sprawę. Dopiero gdy usłyszał nieartykułowane w słuchawce dźwięki, zapytał:
- Mażesz się ponownie, Chmurko? Przestań, nie płacz... Wybrniemy jakoś z twojej sytuacji...
- Ja nie płaczę. Tylko śmieję się nerwowo. Najwyraźniej "mózg mi odjęło", jak mawiała moja mama, nie rozumiejąc, dlaczego robię, to co robię. - Po krótkiej chwili znów ogłuszył go kolejny krzyk. - Och! Wojtku, piętnaście minut zostało do jego przyjazdu. Zdążysz? Pośpiesz się, ja... ja jakoś przekażę mu ten telefon, albo po prostu rzucę mu go na głowę zza balustrady na półpiętrze... Skoro jego kwiaty spadły na mnie, to jego telefon tym razem może sobie spaść na niego...
Wyobraziwszy sobie ów groteskowy obrazek, spokojnie odpowiedział:
- Cóż, może niekoniecznie...
- Co niekonieczne?
- Nie rzucaj w niego telefonem, jest bardzo drogi. To iPhone Xs max. Chcesz, żeby dołożono ci kolejnych miesięcy pracy bez wynagrodzenia? - I ledwie to powiedział, usłyszał po drugiej stronie linii kolejny szloch.
- No tak. Masz rację. W ogóle o tym nie pomyślałam. Muszę wykombinować coś innego. Najlepiej przyjdź pod bramę ogrodzenia, ale tę narożną, nie od frontu... - I połączenie się urwało.
- Kuźwa! Co się znowu dzieje u tych Kowalczuków? - zadał sobie retoryczne pytanie, uruchamiając samochód. - Coraz bardziej przestaję lubić Stellę. Trzeba coś wymyślić... Żeby zostawić dziewczynę bez wynagrodzenia z powodu... wazonu?! Zgroza! Nawiasem mówiąc, warto byłoby dowiedzieć się o faktyczny koszt stłuczonego... antyku?
Zatrzymał samochód z tyłu rezydencji, gdy ujrzał powoli idącego wzdłuż drogi starszego człowieka.
Po kilkuminutowej rozmowie starszy pan skierował się w stronę domu Kowalczuków, a Sebastian z powrotem do swego samochodu.
- No, a teraz już można iść "do księżniczki, by złożyć jej uniżone pokłony i hołd". To będzie pierwsza i, mam nadzieję, nasza ostatnia randka, księżniczko Stello - powiedział, włączając silnik...
Chmurka wreszcie pozbyła się Stelli, od której otrzymała ostatnie instrukcje i czym prędzej pośpieszyła do ogrodu. Ale gdy tylko otworzyła narożną furtkę, natychmiast natknęła się na panią Marię.
- I dokąd się tak spieszysz, Chmurko? - spytała kobieta, blokując jej swym słusznym ciałem drogę - czy aby nie do tylnej furtki? Nie spiesz się. Już go tam nie ma.
- Ale kogo, pani Mario?
- A tego starego zbereźnika, pana Ireneusza, to znaczy tego ogrodnika naszych sąsiadów. Prosił cię pozdrowić... z buziakiem i... - wsunęła w dłonie dziewczyny smartfon - i przekazać ten przedmiot.
- Nic nie rozumiem!? - odpowiedziała, potrząsając głową. - Co to za pan Ireneusz, co za jakiś stary ogrodnik? Miał tu przyjść... młody ogrodnik! - Zaniemówiła na chwilę, po czym rzekła do samej siebie: - Tyle tylko, że w ogóle nie zapamiętałam jego twarzy. Cała była umorusana piachem jak zresztą i całe jego ubranie.
- No, ogrodnik przyszedł, tylko nie żaden tam młokos, a kulawy i łysy, a i jeszcze zrzęda. Powtarzam: przekazał dla ciebie pozdrowienia... fuj! - z buziakiem, i ten telefon. Powiedział też, że ten twój młody ogrodnik nie mógł przyjść, ponieważ tak bardzo się do ciebie spieszył, że aż wywrócił się na rowerze i zwichnął sobie nogę. Teraz siedzi w swej ogrodniczej kanciapie i pewno żłopie piwo. - Następnie, zmrużywszy oczy, dodała. - A gdzie ty i ten twój młody ogrodnik spotkaliście się, skoro był taki zabrudzony, że nawet nie zapamiętałaś jego twarzy?
Dziewczyna czuła, jak pąsowieje.
- Nie powiem. To, pani Mario, tajemnica. Jeszcze dowiedziałaby się Stella i przedłużyłaby mi karę. Wszystko, pani Mario. Uciekam. Mam pilne sprawy. Dzięki!
Wpadła do domu jak strzała, przebiegła przez cały korytarz i schody, zatrzymując się dopiero przy balustradzie na półpiętrze. Stąd miała zupełnie niezły widok na cały salon. Przykucnąwszy za barierką, przy ścianie, zastygła w oczekiwaniu.
8
Gdy Chmurka weszła do kuchni, jak zwykle ujrzała pochyloną nad piekarnikiem panią Marię.
- Pani Mario! - zapytała kobietę - Nie wie pani, czemu nasza Stella jest taka dziś nerwowa? Wróciłam z uczelni, myśląc, że po wizycie w salonie piękności Stellusia będzie pogodna i miła, a ona jak jakaś megiera, dosłownie rzuciła się na mnie. Nie mogłam nawet jej opowiedzieć, co było na uczelni. A przecież wkrótce mam rozpocząć staż dyplomowy.
- Nie wiem, co się z nią stało, moja dziewczynko. Od południa, po spotkaniu z tym szykownym mężczyzną, nie jest sobą. Zdaje się, ten jej elegant ma na nazwisko Latecki i Sebastian na imię. Tak, przystojniak z niego, nie powiem... Mógłby robić jako model dla rzeźb ustawianych potem w parkach. W młodości często odwiedzałem takie parki i podziwiałam te rzeźby, ale... - westchnęła smutno - daleko im do tego mężczyzny. Ma postać Apollina, a chód jak u pantery: miękki, harmonijny... Sprawia wrażenie, jakby nie chodził, a z lekka unosił się nad ziemią...
- A za nim jakby ciągnął się smoczy ogon, a oczy jego płonęły czerwonym ogniem - uzupełniła opis pani Marii Chmurka, po czym włożyła sobie do ust kawałek naleśnika. Mam nadzieję, pani Mario - rzekła, przełknąwszy kęs - że nie zakochała się pani w tym eleganciku? Nie radzę! On na czczo zeżre dowolnego osobnika bez względu na wiek, płeć i nawet się nie zadławi.
Kobieta spojrzała na dziewczynę z przerażeniem, po czym przewróciła naleśnik na patelni.
- Chmurko, a czemu ty tak na niego burczysz? Nawet się z nim nie spotkałaś, a ja widziałam się z nim na żywo, jak teraz z tobą. Jego oczy wcale nie są czerwone, są brązowe jak miód. Nasza ślicznisia za nim szaleje. Gdy sobie już poszedł, prawie pół godziny opowiadała o nim przez telefon swemu ojcu. Wszystko w nim podziwiała i przekonywała, aby im pomógł. Och! - Kobieta odwróciła twarz w stronę Chmurki - może go ostatecznie nie przekonała, i stąd teraz taka wściekła. Jeśli coś nie idzie po jej myśli, wtedy wszystkich gromi i na każdego miota błyskawice...
- Jak prawdziwy smok. - Znów Chmurka zakończyła jej wypowiedź. - Więc są parą! Oboje miotają ogniem. I niech się spalą nawzajem, a ja... - połknęła kolejny kawałek naleśnika i wstała od stołu - ja uciekam. Muszę kupić sobie biznesowy kostium. W końcu idę na staż do porządnej firmy. Trzeba u nich dobrze się prezentować.
- Oczywiście, dziewczynko. Przestań wreszcie chodzić w dżinsach i szortach albo w tych swoich wyciągniętych swetrach, jakby zdjętych z czyjegoś ramienia - rzekła pani Maria, przerzucając naleśnik z patelni na talerz. - Kup sobie też chusteczki i piękne szarfiki, a do nich te... no, jak one się nazywają?... - Myślała chwilę i powiedziała: - Akcesoria! Mówili w telewizji, że to one z pannicy czynią dziewczynę.
Chmurka się zaśmiała.
- Oczywiście, one to czynią. Tylko po co dano nam głowę, a w niej rozum? Z tego wynika, że tylko po to, aby było czapkę na czym nosić... No właśnie! Pani Mario... Może powinnam jeszcze sobie kupić modny kapelusz z szerokim rondem? Wszystkim będę się chyba wtedy po... - Urwała słowo, zawieszając głos i już na smutno dokończyła: - Piękna kobieta z czerwonym piętnem na policzku... Dobrze! Kupię dwa kostiumy, obuwie do nich i obejdę się bez akcesoriów. I obowiązkowo puder do twarzy, inaczej skutecznie wystraszę wszystkich potencjalnych pracodawców.
- Ech, dziewczynko! - Powiedziała kobieta. - Dla twego losu ta szrama nie ma najmniejszego znaczenia. Los i tak poprowadzi cię własną ścieżką. Idź nią, póki nie napotkasz żadnych przeszkód, a wszystko będzie dobrze. Ja natomiast pójdę teraz nakarmić naszą ślicznisię i może przy okazji dowiem się coś więcej o przyczynach jej podłego nastroju. Potem ci opowiem...
10
- Wszystko gotowe! - szepnęła, patrząc na zbliżającego się do drzewa mężczyznę. Dariusz pojawił się przy drzewie dokładnie o północy. Zrobił wszystko, co precyzyjnie ustalił z Sebastianem, czyli: przewiązał wokół pnia wstążką woreczek z pieniędzmi, a potem usiadł na środku ławki i zaczął spokojnie czekać na przesyłkę.
- Zaraz będziesz bogaty, Wojtusiu! - dodała. - Oddam mu teraz ten jego telefon...
Sebastian kiwnął głową i w milczeniu przyglądał się, jak dziewczyna samodzielnie wykonuje całą operację, a na dodatek jak ledwie powstrzymuje swą spontaniczną radość.
Chwilę później przykucnęła i ponownie się do niego odwróciła.
- Poszedł sobie. Operacja wywłaszczenia krezusa dobiegła końca! Pobiec po pieniądze?
Ledwie przytaknął, i natychmiast zniknęła w ciemnościach ogrodu. Po krótkiej chwili wróciła rozentuzjazmowana, z małym tobołkiem w dłoniach.
- Masz! - powiedziała, wręczając mu woreczek - to twoja zapłata za ten dzień, Wojtusiu... Odrobiliśmy lekcję jak trzeba i jeszcze zarobiliśmy!
- Ale czy na pewno dobrze postąpiliśmy? - zapytał chrapliwym głosem, wstając z ziemi.
- Na pewno. Z takimi jak Latecki tylko tak należy postępować. Zarozumialców i gogusiów trzeba karać. Zapomniałeś, że wyrzekł się twej przyjaźni i nawet zaproponował, że zapłaci ci za przysługę? A teraz zapłacił za wszystko! - Próbowała wepchnąć tobołek z pieniędzmi do kieszeni Sebastiana, ale nie pozwolił jej.
- W każdym razie, nie podoba mi się to... Dlatego, Chmurko, zatrzymaj te jego pieniądze dla siebie. Potrzebujesz ich bardziej niż ja. Kup sobie jeszcze jeden biznesowy kostium, aby wpasować się...
- Też wymyślił!... To są twoje pieniądze.
- Ale to ty zszargałaś sobie nerwy tymi spadającymi różami i tą jego marynarką z telefonem.
- Jednak to ty zostałeś przez niego obrażony, a nie ja, co oznacza, że jeśli już, to oboje nas upokorzył. - Spojrzała na woreczek z pieniędzmi i nagle całkowicie odmieniła nastrój. - Wiesz, Wojtusiu? Ty jednak masz rację. Gdy trzymam ten tobołek, czuję, jak przypieka mi dłoń... To są naprawdę brudne pieniądze, te Lateckiego... I one są w moich rękach?! Fuj! Dlaczego najpierw zawsze coś robię, a dopiero potem myślę??
Niemal nie rzuciła tobołkiem o ziemię, ale Sebastian w porę od niej go zabrał.
- No już dobrze, spokojnie! Oto co postanowimy, Chmurko - powiedział, uspokajając dziewczynę. - Zostawię u siebie ten woreczek i przy pierwszej okazji zwrócę go Lateckiemu. Jestem pewien, że wkrótce zadzwoni do mnie i że się spotkamy. To dobry człowiek, znam go... Po prostu doszło tu do jakiegoś nieporozumienia. Wyjaśnimy je sobie w cztery oczy. A teraz chodźmy, odprowadzę cię do domu...
Przecznicę dalej udało im się złapać taksówkę. Sebastian z góry opłacił za kurs. Na szczęście dziewczyna nie protestowała. Potem wrócił do ogrodu, zmienił ubranie, zostawił kilka banknotów w kieszeni kombinezonu ogrodnika za "użyczenie" odzieży i swoją własną limuzyną pojechał do swej willi w Borzęcinie Małym.
11
Latecki, zapoznawszy się z dokumentami Kowalczuka, zrozumiał, że opisany w nich projekt jest wyjątkowo korzystny dla "S & D". Cóż z tego, skoro forma zapłaty za całość jest po prostu nie do przyjęcia. Wstał od stołu, zaczął chodzić po gabinecie. Przedsięwzięcie samo w sobie wyglądało bardzo obiecująco. Polegałoby na zaprojektowaniu farmy fotowoltaicznej, dostarczającej energię dla wszystkich potrzeb kompleksu biznesowo-rekreacyjnego, włącznie z przynależnym do niego pensjonatem. Można byłoby tutaj wykazać się nietuzinkową fantazją...
Już z samego rana zadzwonił do Kowalczuka, prosząc o kilka dni do namysłu, aby przed przekazaniem mu oficjalnej odpowiedzi, mógł spokojnie się zapoznać z projektem, przeanalizować wszystkie jego aspekty, zbilansować siły i środki. - Ale co mogłoby się zmienić w ciągu tych kilku dni? - westchnął i ponownie zaczął przemierzać krokami gabinet.
Wypuścił powietrze i nerwowo podrapał się po głowie. I co teraz ma z tym zrobić? Nie chciał nikomu oddać tego projektu, takiego lukratywnego i ambitnego, słowem: cukiereczka! A wziąć się samemu za niego nie mógł, ponieważ Kowalczuk, gdy tylko się dowie o definitywnym rozstaniu z jego ukochaną córeczką, natychmiast wstrzyma linię kredytową dla "S & D" i wycofa gwarancje bankowe. I co ma robić?
Zaczął rozmyślać: A może jeszcze raz spotkać się ze Stellą? Byłaby jednak wtedy obawa, iż niepotrzebnie rozbudzi w dziewczynie nieuprawnione nadzieje, co może skutkować tym, że na własne życzenie wpadłby w misternie zarzucaną przez nią sieć. Przecież wystarczy, że przynajmniej raz pojawi się u boku Stelli, gdzieś na jakimś towarzyskim spotkanku, w charakterze jej... "narzeczonego", a ta natychmiast zacznie za niego decydować o wszystkim, kierować jego życiem i... rozpocznie przymierzanie ślubnych kreacji.
Z niesmakiem pokręcił głową i głośno krzyknął:
- Nie! Nie! Nie!
- No tak... Od pierwszego "nie" zrozumiałem, że "nie", tylko nie rozumiem, z jakiego powodu to "nie". - Usłyszał za plecami głos Dariusza.
Odwrócił się i tak zdesperowanym wzrokiem spojrzał na przyjaciela, że ten aż się cofnął o krok.
- Kurczaki! Ale spojrzenie?! - powiedział Dariusz, kładąc rękę na sercu. - Mógłbyś nim wzniecać pożary lasów. Dawaj! Zróbmy tak: wyciągniesz ręce z kieszeni, cicho sobie siądziesz w swym fotelu... i wylejesz z siebie na mnie całą frustrację. A ja wtedy, po wysłuchaniu, odpuszczę ci wszystkie twoje grzechy, a przynajmniej zadam ci jakąś ozdrowieńczą dla ducha pokutę.
Sebastian, skinąwszy głową, zastosował się do prośby przyjaciela.
- Chcę zrezygnować z projektu Kowalczuka. Ale Darku! On jest piękny! Od dawna marzyłem o czymś takim. Lecz... Lecz muszę zrezygnować z powodu tej jego beznadziejnej córeczki. Rozumiesz?
- Rozumiem. To rzeczywiście problem... A może ty, amigo, jednak chcesz odmówić nie z powodu Stelli, a za sprawą tej swojej Mgiełki?
- Chmurki - syknął zniesmaczony.
- Prawda, Chmurki... Zresztą, co za różnica? Nie zaprzeczysz, że póki wiatr nie rozwiał mgiełki, przywiewając nad twój dostojny czerep Chmurkę, w twej głowie niezagrożenie królował obraz przepięknej Stelli... Sam widziałem to samcze zauroczenie w twych rozmarzonych oczach podczas przyjęcia u Iloczynka. To prawda: zniknąłeś stamtąd niespodziewanie, a rano powróciłeś już jako zupełnie inny facet.
- Wiesz przecież, co wtedy zaszło.
Dariusz pokiwał głową.
- I z trudnością mogę w to uwierzyć. A kiedy poprosiłeś mnie, żebym odegrał o północy w ogrodzie teatrzyk, to w ogóle pomyślałem, że... odebrało ci rozum. Jednak teraz widzę, że wszystko jest u ciebie na swym miejscu. Wróciłeś do pracy i... zacząłeś myśleć rozsądnie. A to oznacza, że znajdziemy właściwe rozwiązanie. - Klasnął w dłonie, potarł je o siebie i kontynuował: - Wiem, co powinieneś zrobić. Powinieneś jeszcze raz spojrzeć w promienne oczy pięknej Stelli. Wiesz, że piękno rządzi światem? Tak więc to właśnie piękno przywróci cię światu. A przynajmniej na tyle, byś wzbił się z wiatrem ponad... chmurkę. - I z uwagą spojrzawszy na przyjaciela, mrugnął do niego. - Mam nadzieję, że ty z tą Chmurką jeszcze... nic z tych rzeczy? Nigdy nie wiadomo, gdzie chmurkę dotąd niosło z wiatrem...
Walnięcie Sebastiana ręką w blat biurka powstrzymało dalsze fantazjowanie Dariusza.
- Uważaj, co mówisz, kolego. - Ostro mu przerwał. - Nie tylko upokarzasz czystą duszę tej dziewczyny, ale teraz także obrażasz i mnie.
- Aaa? To aż tak? - prychnął Dariusz. - To przepraszam, przyjacielu. Rozumie się... Powiedziałem rzeczywiście za dużo, więc... Coraz bardziej chcę spotkać się z tą Chmurką, by wyrobić sobie o panience własną opinię.
- Obejdzie się. Przypominam, że chronicznie nienawidzisz rudowłosych. - Po czym zmrużywszy oczy, dodał: - Nawiasem mówiąc, chciałem cię zapytać, czy nie została ci jakaś fotografia tego... "Indianina z dużym zielonym nosem"? Chętnie rzuciłbym okiem... - I ledwo powstrzymując śmiech, zakrył dłonią usta.
Oblicze Dariusza natychmiast się zmieniło. Całe rozbawienie z niego znikło.
- Okej, przepraszam, przyjacielu. - Sebastian natychmiast podniósł dłonie. - Przyjmiemy, że jesteśmy kwita. Zgoda?
Dariusz niechętnie przytaknął.
- Niech będzie. Odpłaciłeś się. Zgoda... A fotki, oczywiście, wszystkie zniszczyłem.
Minęła minuta niezręczności. Dariusza znów wzięło na gadaninę:
- Ach! Całkowicie zapomniałem, po co do ciebie zaszedłem. Twoje płonące spojrzenie całkowicie obróciło w pożogę moje myśli. - Stanął naprzeciwko biurka Sebastiana i uśmiechnął się tajemniczo. - Swego czasu otrzymaliśmy osobisty list dziekana z UW, który zwrócił się do nas z prośbą o przyjęcie na miesięczny staż pewnej studentki. Studentka ta pisze pracę dyplomową. Jej temat: "Badanie profilu zarządzania biurem projektowym z wnioskami i sugestiami usprawnienia pracy". - Dariusz wypuścił powietrze i skończył: - nie mam pojęcia, kim ona jest. Wiem tylko, że będzie bronić dyplom na wydziale zarządzania.
Sebastian nie dał po sobie poznać, że sprawa nie jest mu całkowicie nieznaną.
- A przyda nam się taka studentka? Czyżbyśmy mieli złą organizację pracy? Po co nam stażystka?
- Pan dziekan bardzo na to nalegał. Podkreślał, że to dla dobra dalszej współpracy nauki z przemysłem. - Dariusz wymownie skierował wzrok na sufit. - Tam na górze też muszą pracować, więc wymyślają... Mówiąc krótko: stawi się tu o dwunastej i, mam nadzieję, osobiście ją przesłuchasz.
- Nie ma mowy! - wykrzyknął Sebastian, od razu wywołując u Dariusza nutkę zwątpienia. - Sam sobie z nią poradzisz. Widzisz, ile mam tu - wskazał na dokumenty od Kowalczuka leżące na biurku - dużo poważniejszych problemów. - Dariusz nadal wpatrywał się w niego uważnie, milcząc. Sebastian, nie mogąc dalej znieść jego spojrzenia, spytał. - Co? Czego nie rozumiesz?
- Dziwne, oczywiście, w sumie mogę cię zrozumieć, dlaczego nie chcesz się z nią spotkać.
- To oświeć mnie, iluminacie...
- Dość robienia z siebie dzbana, Seb! - Wykrzyknął Dariusz. - Boisz się spotkania ze Stellą? To ona właśnie ma tu się zjawić i przez cały miesiąc studiować naszą firmę od środka, jak to mówią: "od kości po kość"!
- Jak to? - Sebastian naprawdę niczego nie rozumiał, co z kolei i Dariusz wreszcie pojął.
- Więc nie wiedziałeś, że ta studentka to Stella Kowalczuk?
Sebastian znieruchomiał i ze zdumieniem patrzył na swego przyjaciela. Oczywiście pamiętał, że Chmurka mówiła mu o swojej praktyce w jego firmie. Ale dlaczego ona tu przyjdzie pod nazwiskiem Stelli Kowalczuk? No jasne!... Studiuje na uniwersytecie pod jej nazwiskiem! W każdym razie i tak nadal tego nie rozumie, jak to w ogóle możliwe, ale dla wielkich tego świata, takich jak pan Kowalczuk, widocznie wszystko jest możliwe.
Sebastian się zmieszał. Nie wiedział, czy powinien się z nią zobaczyć, czy nie?
- Dokładnie... Ale co z tego? Będziesz miał więc okazję przyjmować na staż Stellę Kowalczuk. Docenisz, jak miło spotykać się ze studentkami, a nie z córkami bogatych ojców. Rozumiemy się? - zapytał Dariusza, nie patrząc na niego. - Niech wie, że tutaj, w naszym biurze, trzeba ciężko zapracowywać na swoją pozycję... Pokaż jej firmę, zaprowadź do swego działu. Chcę, żebyś był jej opiekunem. I żeby nie miała powodu się ze mną spotykać. Dopóki nie rozwiążę problemu z tym projektem Kowalczuka... Wszystko jasne?
- Jak słońce nieschowane za chmurką - odpowiedział. - Nie zrozumiałem tylko, co ciebie tak peszy, że aż nie możesz na mnie spojrzeć. Zostało ci tylko jeszcze zarumienić się, jak dziewica na pierwszej randce. - Sebastian natychmiast rzucił na przyjaciela tak groźne spojrzenie, że ten aż cofnął się o krok. - Wszystko pojąłem. Nie zamierzam ponownie otwierać dla ciebie konta. Wynik jeden do jednego w zupełności mi starczy.
- Więc idź i działaj, i nie spiskuj...
12
Jechała taksówką do biura projektowego "S & D" z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony rozpoczyna pracę wprawdzie formalnie pod swoim, a jednak... cudzym nazwiskiem, na dodatek identyfikowanie się z nim przychodzi jej cały czas z trudem. Już dawno sobie obiecywała, że po ukończeniu studiów wróci do swych poprzednich personaliów, może nawet i obywatelstwo zmieni na ukraińskie... Jednak najpierw musi wywiązać się ze zobowiązań wobec pana Kowalczuka i po obronie dyplomu przekazać jego oryginał Stelli. Przecież sama - jak wyjaśnił jej pan Kowalczuk - w każdej chwili będzie mogła dla siebie odebrać z uczelni odpis i dopiero potem, jego zdaniem, nie będzie przeszkód, aby powróciła do swego poprzedniego nazwiska. Dlatego byłoby tak najlepiej, bo wtedy on - prezes Kowalczuk, pod jej nowym nazwiskiem zagwarantuje jej w przedstawicielstwie swego banku intratną posadę, nie narażając się na posądzanie o nepotyzm... Ona jednak nie dopuszcza takiej myśli. Nie chce dla siebie sponsorowanej kariery. Dość ma kontaktów z tą "rodzinką". Najchętniej znalazłaby jakąś pracę zupełnie bez pośrednictwa Kowalczuka, innymi słowy taką, w której mogłaby samodzielnie zapracować na swą zawodową pozycję. Może będzie to praca w firmie, w której właśnie rozpoczyna staż? Szkoda tylko, że to przecież matecznik Lateckiego, mężczyzny, którego nienawidzi?
Ach! Moja ty Chmurko! - westchnęła. - Ty to masz zawsze pod górkę. Jak to mawiała pani Maria? "Jak nie urok, to sraczka!" I ledwie pomyślała, a natychmiast jej twarz wykrzywił grymas zgorszenia. No dobra! Może nie aż tak brzydko! Natychmiast się poprawiła. Powiedzmy inaczej: jak nie urok, to wyrok! Czeka mnie więc ciężka z nimi rozprawa.
Od wczesnego ranka przygotowywała się do tej pracy bardzo starannie. Zamalowała swoje czerwone piętno tonującym kremem, spięła włosy w elegancki kok, pozostawiając tylko szerokie pasemko po lewej stronie, by prawie całkowicie skrywało uraz twarzy. Podmalowała oczy, uszminkowała usta, włożyła swój biznesowy kostium w kolorze świeżej trawy, brązowe buty na wysokich obcasach, podniosła z krzesła gustowną torebkę i w końcu uznała, że jest gotowa. Gotowa, by pojawić się przed wielkim biznesmenem Lateckim jako przyszła niezłomna bizneswoman, choć dziś jeszcze jako studentka. Postanowiła zachowywać się przy nim naturalnie, starać się ostentacyjnie na niego nie patrzeć i, w miarę możliwości, rozmawiać z nim tak rzadko, jak tylko to będzie możliwe.
Oczywiście, tak stwierdził jej rozum, jednak serce podpowiadało co innego: współpracuj z nim! Nie unikaj spotkań, pokaż mu, że mimo iż masz tę plamę na policzku, jesteś mądrą dziewczyną, że możesz z nim merytorycznie rozmawiać i współpracować. Możliwe, że przynajmniej zainteresuje się tobą jako przyszłym fachowcem.
Jeszcze raz spojrzała w lustro i ruszyła do kuchni. Tutaj pani Maria nakarmiła ją, przeżegnała krzyżem i... zadzwoniła po taksówkę.
- Ot, i co ważne, dziewczynko - rzekła do niej przed drzwiami wyjściowymi - bądź sobą. Wtedy nie będziesz musiała myśleć, jak postępować i jak poprawnie się wysławiać. Z ciebie i tak jest spryciara: zawsze potrafisz właściwie ocenić sytuację i działać jak trzeba. - Kobieta spojrzała na nią z zachwytem spojrzeniem, od którego Chmurka urosła na duchu. - Tak, przy okazji, pamiętasz moja dziewczynko, jak nasza Stellusia była wściekła na dniach? Chodziła niczym megiera i wszystkich, którzy jej się nawinęli, kąsała.
Chmurka uśmiechnąwszy się, przytaknęła.
- Więc dowiedziałam się, dlaczego. Okazuje się, że panicz Sebastian Latecki dał naszej pięknisi kosza. To znaczy: w eleganckiej formie olał jej kobiece zaloty. Wyobrażasz sobie?
- Fuj! Pani Mario, co za słowo?! - parsknęła śmiechem Chmurka.
- Od ciebie się go nauczyłam. Ty mnie w ogóle odmłodziłaś o jakieś dwadzieścia lat. Patrząc na ciebie, chce mi się żyć, a patrząc na naszą pięknisię - wyć do księżyca! Jak można być tak ograniczoną? Myśli, że ojciec może kupić dla niej wszystko: wykształcenie, pozycję towarzyską, a nawet męża? Cóż... To jest ich życie. Nic mi do niego... - Za oknem rozległ się odgłos podjeżdżającej taksówki. - No to już, Chmurko, idź! Zaraz obudzi się nasza pięknisia. Lepiej, abyś ty, taka "elegancia" nie nawinęła jej się na oczy.
- To prawda, pani Mario... Ale czy ja, czy rzeczywiście jestem... choć trochę piękna? - Chmurka zastygła na progu.
- Jesteś, moja dziewczynko, jesteś bardzo piękna. Uwierz w to i ruszaj śmiało po swoje jutro! ...
13
Słowa Pani Marii, a już szczególnie jej stwierdzenie, że jest "taka elegancia", dodały jej otuchy, więc gdy przekraczała podwoje firmy "S & D" przy ulicy Ekologicznej, w starobabickim Klaudynie - czuła się jak pełnowartościowa, zaradna i rezolutna kobieta.
W holu czekała na nią asystentka, dziewczyna o bardzo miłej aparycji, wyglądająca jak nauczycielka z podstawówki. Obrzuciwszy Chmurkę od stóp do głów życzliwym spojrzeniem, poprowadziła ją do przydzielonego jej opiekuna.
- Dariusz Uściłowski, pani opiekun, to młody, acz bardzo srogi menedżer - nastrajała ją do spotkania, prowadząc korytarzem firmy. - Sugeruję nie wchodzić z nim w żadne spory i... - zatrzymała się, zmierzyła Chmurkę przenikliwym spojrzeniem i dodała - ...i nie robić do niego maślanych oczu, bo to źle służy relacjom służbowym. Chociaż wszyscy wiemy, że jest pani celebrytką, to proszę pamiętać, że mamy tu poważnych ludzi i nic nie robimy na zbędny pokaz.
Chmurka była zszokowana. Nie mogła sobie nawet wyobrazić, że była nazwana przez tę kobietę "celebrytką". I co ma niby przez to rozumieć? Czy jakoś się specjalnie zachowywać? To znaczy jak? Stella nigdy jej tego nie wyjaśniała i teraz będzie musiała sama wszystko sobie wytłumaczyć i zrozumieć.
- Ej! Pani praktykantko - usłyszała głos dziewczyny - co tak zastygłaś jak słup soli? Idziemy! Jeszcze by tego brakowało, żeby pan Uściłowski musiał na panią czekać.
Gdy tylko weszła za dziewczyną do przestronnego gabinetu, natychmiast ujrzała młodego, trzydziestoletniego mężczyznę, siedzącego za biurkiem i patrzącego na nią szerokimi ze zdziwienia oczami. Tego, że był zaskoczony, nawet nie próbował ukrywać.
Asystentka przedstawiła ją i grzecznie opuściła gabinet.
Przez długą chwilę spoglądała na swego opiekuna, on także przypatrywał się jej w milczeniu.
Dariusz Uściłowski był prawie tego samego wzrostu co Latecki. Może tylko odrobinę szczuplejszy. Był ciemnym blondynem i miał piękne zielone oczy, które spod ciemnych brwi bardzo uważnie się w nią wpatrywały. Letni biznesowy garnitur w ciemnoszarym kolorze idealnie podkreślał całą jego męską posturę. Teraz rozumiała, czemu ta dziewczyna ostrzegła ją, żeby nie mizdrzyć się do tego faceta. Była po prostu o niego zazdrosną... Choćby tylko na wyrost. Chmurka uśmiechnęła się i uśmiech jej na szczęście wreszcie ożywił nie tylko ją, ale także jej opiekuna. Mężczyzna wstał zza biurka i podszedł do niej.
- Nazywa się pani Stella Kowalczuk? - zapytał, kaszląc. - Kiwnęła głową. - Tylko, wie pani... Tak się składa, że ja znam osobiście Stellę Kowalczuk i mogę panią zapewnić, że... pani nią nie jest.
- A ja mogę pana zapewnić, że ja - to ja i że nazywam się Stella Kowalczuk.
- Hmm...
- Nikt tu nie zawinił, że jesteśmy z pana znajomą... pełnymi imienniczkami, jeśli oczywiście uwierzy pan, że nimi jesteśmy. Poza wszystkim na pewno ma pan, a przynajmniej powinien mieć, świadomość, że w Polsce nazwisko Kowalczuk nie jest jakimś szczególnie nietypowym i rzadkim...
Takie nieco zuchwałe stwierdzenie dziewczyny zaskoczyło Dariusza. Jej wielka grzywka, skrywająca pod sobą połowę twarzy, a zwłaszcza te jej rude włosy dodatkowo go rozzłościły. No i jeszcze ten butny charakterek... - pomyślał.
- Dobrze - powiedział i wrócił do biurka. - Na razie przyjmuję, że tak właśnie jest. Teraz skupmy się na meritum... Zapoznałem się z pani dokumentami, panno Kowalczuk i trochę zostałem pozytywnie zaskoczony. - Chrząknął, jakby chciał dodać sobie powagi. - Celuje pani w czerwony dyplom. Powinszować! Nigdy nie miałem dotąd do czynienia z takimi ambitnymi studentkami jak pani, więc ufam, że staż w naszej firmie będzie nie tylko pożyteczny dla pani, ale i dla nas.
Dariusz, wygłaszając tę oficjalną przemowę, uważnie ją obserwował. Dziewczyna szokowała go nie tylko włosami, lecz i swą lekką arogancją, i oczywiście także zachowaniem. Starała się na przykład kompletnie na niego nie patrzeć, trzymając jednocześnie głowę nieznacznie przechyloną. Jej duży rudy kosmyk włosów ułożony na lewej części policzka, czynił z niej tym sposobem jednookie indywiduum.
- Na początek proszę mi powiedzieć, dlaczego mnie pani nie słucha i nie patrzy na mnie?
- Słucham pana, a nie patrzę, żeby nie zawstydzić, to znaczy, żeby pan nie pomyślał o czymś, czego w samej rzeczy nie ma.
Dariusz odchylił się na fotelu i uśmiechnął.
- Rozumiem... Nasza asystentka, panna Rozalia... - to ta, która panią odebrała z portierni. - Niespodziewanie się uśmiechnął. - Formalnie pani Rozalia pełni u nas funkcję asystentki, a nieformalnie jest naszą strażniczką moralności. Proszę być dla niej bardzo tolerancyjną. Jej ulubiona fraza: "nie robić maślanych oczu, bo to źle służy relacjom służbowym w pracy", stała się niemal naszym firmowym sloganem.
- To dobrze, bo ja się akurat z panią Rozalią zgadzam. Atmosferę biznesową w firmie należy wspierać nie tylko racjonalnym podziałem pracy i wieloma dodatkowymi czynnikami, ale także moralnością.
- Świetnie. Uznajmy, że dałem się przekonać. A teraz przedstawię panią naszemu personelowi. Chodźmy! - Wstał zza biurka, skierował się do drzwi gabinetu.
Przez krótką chwilę miała wrażenie, że już gdzieś widziała tego mężczyznę. Tylko gdzie? Teraz nie było czasu na rozmyślanie. Pospieszyła za nim.
14
Drzwi gabinetu dyrektora Lateckiego otworzyły się tak gwałtownie, że ten aż się wzdrygnął. Dariusz, wszedł do środka i z impetem nimi za sobą trzasnął.
- Nie uwierzysz! - wykrzyknął - ta Stella Kowalczuk to wcale nie Stella Kowalczuk.
- Możesz jaśniej? - Sebastian odłożył papiery - Okazała się facetem? Cóż za cud! - i zajaśniał w szerokim uśmiechu.
- Nie rżyj jak koń, chociaż też bym to czynił, gdybym wszystko rozumiał. Krótko mówiąc... - usiadł na fotelu dla gości - ta dziewczyna uosabia sobą wszystkie cechy, których nie znoszę. Mianowicie: jest rudowłosa, ma arogancki, acz powściągliwy charakterek i diabelnie przenikliwy umysł, i na dodatek... Jest jednooką!
- Co ty chrzanisz? Jednooka?! Co masz na myśli?
- Tak, patrzy na świat jednym okiem! Drugiego jeszcze nie widziałem. Ukrywa je za wielkim rudym kosmykiem. Ale ja nie chcę go widzieć! Jeśli ona z jednym brązowym okiem jest taka bystrzacha, to... - Dariusz pochylił się do Sebastiana, po czym szepnął: - Czy kiedykolwiek słyszałeś o ludziach władających rentgenowskim spojrzeniem?
- Dareczku, co ty pitolisz? Możliwe, że ona... to znaczy: może to taka nowoczesna moda zaczesywania włosów? Nie pomyślałeś? - Sebastian się uśmiechnął, ukrywając jednocześnie podekscytowanie. - Wymieniłeś jej pejoratywy. Czyżby nie znalazły się u niej też dobre cechy?
Dariusz, pomyślał chwilę i skinął głową.
- No są. Ma na przykład seksowne wypukłości, zgrabne nogi, i w ogóle profil majestatycznej Nefretete. I to wszystko.
Sebastian obrzucił go przenikliwym spojrzeniem.
- Może powinienem zaprosić Rozalię, aby wygłosiła swój wykład na temat moralności w naszej firmie? - Na wpół kpiącym głosem uśmierzył emocje przyjaciela.
- O nie! Tylko nie to!... Nawiasem mówiąc, ta Stella też mi za sprawą Rozalii uczyniła wymówkę. A czy ty zamierzasz się z nią spotkać, Seb? Poznać jeszcze jedną Stellę Kowalczuk?
- Nie! - odpowiedział tak ostro, że aż Dariusza zaskoczył. Następnie zakasłał i dodał: - Dlaczego miałbym się spotykać ze stażystką? Mam wiele innych spraw na głowie. Na przykład: rozmowę z Kowalczukiem. Muszę podjąć próbę rozwiązania zaistniałego klinczu. Darku, nie chcę stracić tego kontraktu. Zakochałem się w nim...
Przez pół dnia Sebastian nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Próbował zastanawiać się nad tym, jak nie zwrócić kontraktu Kowalczukowi, bez wystawiania na sprzedaż swych prywatnych walorów i zobowiązań... Jednak myśli jego cały czas bezwiednie przeskakiwały na zupełnie inny spektakl, który mu zafundował Dariusz, spektakl pod tytułem: "Chmurka - jako Stella Kowalczuk". Już trzykrotnie przeszedł korytarzem, próbując wypatrzeć ją za którąś ze szklanych ścianek działowych, ale nadaremno. Wrócił do gabinetu, złościł się i czekał, aż upłynie co najmniej godzina, by bez wzbudzania niczyich komentarzy i podejrzeń znów pojawić się na korytarzu...
Przed obiadem ponownie zajrzał do niego Dariusz.
- Idziesz na obiad? - zapytał od drzwi. - Czy, jak zawsze, masz "nawała" pracy?
- Idę - przytaknął Sebastian. - I tak nic mi na razie nie przychodzi do głowy... A propos! I jak się sprawuje twoja podopieczna? Nie naprzykrza się za bardzo?
- Pytasz, czy jest upierdliwa?
- Darku...?! Mam wołać Rozalię?
- I nie słychać jej, i nie widać... - odpowiedział, machając ręką. - Siedzi sobie w archiwum.
- Jak, w archiwum? Tam nawet nie ma okien.
- A weź ty zrozum takiego rudego łba? Powiedziała, że na początek musi zakopać się w dokumentach. I póki nie znajdzie tego, czego potrzebuje, nie opuści archiwum. Potem posadzę ją w jakimś kącie i pozwolę sobie siedzieć przez kolejny miesiąc. A na końcu wystawimy jej poświadczenie stażu i... niech sobie broni swój dyplomik.
Sebastian, wkładając w międzyczasie marynarkę, skwitował stwierdzenie przyjaciela kiwnięciem głowy...
Gdy przechodzili korytarzem, dogoniła ich Rozalia. Wręczyła jakąś kartkę papieru Dariuszowi, mówiąc:
- Niech pan zobaczy, co ta praktykantka mi przekazała... a raczej panu. Ja nie mam takich pełnomocnictw. - Sebastian i Dariusz spojrzeli na siebie - Chce, żeby jej dano dostęp do dokumentacji z tajnego archiwum. Oto lista tych dokumentów.
Przeczytawszy zestawienie, Dariusz przeraził się.
- Do czego jej to potrzebne? Co jeszcze wymyśli? Wiedziałem, że ta rudowłosa będzie chciała wścibiać nos, gdzie nie powinna.
- Spoko wodza, Dareczku. Rozwiążemy ten problem. Ściślej: ja rozwiążę i zaraz wydam dyspozycje. - Sebastian zwrócił się do Rozalii. - Gdzie teraz jest ta stażystka?
- Poszła na obiad, a wróci do firmy dopiero jutro. Powiedziała, że po obiedzie musi wpaść na uczelnię. Pojawił się u niej jakiś problem...
- A ja mogę nawet powiedzieć jaki! - zawołał Dariusz. - Seb, trzeba do nich zadzwonić, niech ją sobie od nas zabierają, póki nic jeszcze nie nabroiła...
15
Na uczelni spędziła niemal połowę dnia. Musiała rozwiać kilka wątpliwości związanych z odbywanym stażem, a konkretnie skonsultować się z promotorem na czym powinna się skupić najbardziej podczas jego trwania. Musiała też pozwracać książki do biblioteki i, najważniejsze, nacieszyć się reakcją koleżanek i kolegów ze studiów na jej nowy wizerunek. Do domu wróciła dopiero pod wieczór.
Gdy przyszła do pani Marii do kuchni, była w cudownym nastroju. Uśmiechnęła się do kobiety, siadła przy stole i oświadczyła:
- Jestem taka szczęśliwa... i taka głodna, że mogłabym zjeść teraz byka z rogami. Pani Mario, tak bardzo mi się podoba w tej firmie, w której odbywam staż, że... - rozłożyła ramiona - nie da się nawet tego opowiedzieć. Wszyscy byli wobec mnie tacy... uważni. Niczego mi nie odmawiali. Uśmiechali się do mnie i, jak mi się zdaje, chcieli mi we wszystkim pomagać. Będę się więc bardzo starała, aby było tak dalej... Ta firma nie jest zbyt duża i ma dość klarowną strukturę, ale są w niej pewne niejasności, które spróbuję wkrótce rozwiązać. Wydaje mi się nawet, że całą pracę wykonam w ciągu ledwie tygodnia. I czym potem będę się zajmowała?
Dopiero teraz Chmurka zauważyła na sobie troskliwe spojrzenie pani Marii.
- Powiedziałam coś nie tak? - Była zaskoczona.
- Nie. - Kobieta pokręciła głową, po czym odpowiedziała: - Wydaje mi się, że nie wszystko jeszcze rozumiesz, dziewczynko. Tak! Zostałaś dobrze przyjęta, i świetnie! Cieszę się z tego powodu, ale czy aby na pewno to ciebie tam tak przyjęli, ciebie - Chmurkę? ... Czy pomyślałaś o tym? Jesteś tam jako Stella Kowalczuk, córka rezydenta ukraińskiego banku, a nie jako Olga Błoczek.
Dziewczyna nieco sposępniała.
- To prawda, ale... co mam robić? Muszę nią być i... będę nią do samego końca. Taką zawarłam umowę. A poza tym, spodobała mi się moja praktyka, spodobała mi się ta firma, w której odbywam staż i wykonam swoje zobowiązania najlepiej, jak tylko potrafię, nawet mając świadomość, że będę pracować dla Lateckiego.
- Jak to? - Kobieta udała, że jest zaskoczona. - Jesteś na stażu u Lateckiego, tego przystojnego mężczyzny, którego upodobała sobie nasza Stellusia, z którym się nawet całowała przy bramie?
Chmurka kiwnęła głową.
- Właśnie u tego. Ale nawet mnie nie widział, to jest, nie raczył nawet poznać swojej nowej stażystki. Widocznie moja osoba nie ma dla niego żadnego znaczenia.
- Moja dziewczynko, oto w czym ty jesteś mądra, a w czym durna! - Kobieta prawie krzyknęła, uderzając ją w uda. - Nie zapominaj, pod czyim nazwiskiem jesteś na tej praktyce. To po pierwsze. A po drugie, twój nowy szef siedzi sobie teraz w naszym domu w salonie i rozmawia z panem Kowalczukiem!
Usta Chmurki ze zdziwienia samoistnie się rozwarły.
- Ale po co on tu, ten Latecki? - Zadała głupie pytanie i natychmiast skinęła głową, zdając sobie z tego sprawę. - Och, tak!... Przyszedł do swej ukochanej, a jednocześnie dowiedzieć się, jak... spędziła dzień w jego firmie. - Natychmiast zmarszczyła brwi. - Teraz rozumiem, dlaczego wszyscy byli dla mnie tacy mili i usłużni, że aż prawie przynosili mi szklankę z wodą na tacy... Wszyscy myśleli, że to ja jestem rodzoną córką Kowalczuka! Ale ja przecież uczciwie powiedziałam mojemu opiekunowi, panu Uściłowskiemu, że my z tą celebrytką Stellą Kowalczuk jesteśmy po prostu imienniczkami. On, co?... Nikomu nie rozpowiedział? Dlaczego?
- No to pomyśl "troćkę", dziewczynko. - Pani Maria również usiadła przy stole, naprzeciwko Chmurki. - Osobiście wydaje mi się, że twój Uściłowski, a także przystojniak Latecki, są w zmowie z Kowalczukiem, żeby... nie zdemaskować Stelli. Jak sądzisz?
Chmurka, przez dłuższy czas milczała, w końcu rzekła:
- Nawet o tym nie pomyślałam... Oczywiście, dlatego wysłali mnie do firmy Lateckiego. - Odetchnęła głęboko. - Pani Mario, jakże trudno mi żyć... pod obcym nazwiskiem. Jak tylko odbiorę dyplom, natychmiast złożę wniosek o przywrócenie starych personaliów. - Nagle jednak zeskoczyła z krzesła i wykrzyknęła: - Och! Powiada pani, Latecki jest tutaj... w naszym salonie? Muszę tam być... Obowiązkowo muszę wiedzieć, o czym...
Kobieta chwyciła ją za ramię.
- No jakby kotka na węglach! Uspokój się moja dziewczynko, przestań!... Drew nałupiesz, a potem nie zbierzesz... Usiądź i pomyśl spokojnie, co powinnaś zrobić.
Chmurka usiedziała na krześle blisko minutę, a potem, skinąwszy głową, rzekła:
- Wiem, czego mi teraz potrzeba. Muszę z kimś porozmawiać... Potrzebuję porady. Muszę zadzwonić do przyjaciela.
- Jakiego przyjaciela? - Pani Maria zmarszczyła brwi. - Masz takiego?
- Tak. To pewien ogrodnik... Muszę z nim porozmawiać... - odpowiedziała i szybko opuściła kuchnię.
16
Sebastian siedział na miękkiej kanapie u Kowalczuków i popijając zaparzoną w wielkim srebrnym samowarze herbatę, rozmawiał z gospodarzem. Przybył tu z wolą wynegocjowania porozumienia w sprawach biznesowych, ale ze strony ukraińskiego oligarchy spotkał się z dwuznaczną, acz stanowczą odmową. Jak od początku przypuszczał, przekonywać bowiem powinien nie pana Kowalczuka, aby ten nie odbierał mu projektu, a Stellę. Teraz, na dodatek, zrozumiał to jeszcze dosadniej: albo zostanie jej narzeczonym, z miejsca mając świetliste widoki na dalszą zawodową karierę, albo pozostanie tym, kim jest: dyrektorem biura projektowego "S & D" (choć wcale nie jest pewne, że pozostanie nim długo), a dla rodziny Kowalczuków - kimś najzupełniej obcym.
W kieszeni marynarki zadzwonił mu telefon. Wzdrygnął się, ponieważ był to aparat, który przeznaczył tylko do kontaktów z Chmurką. Położył szklankę na stoliku, przeprosił gospodarza, powiedział, że to ważne połączenie, którego nie może nie odebrać, po czym przez otwarte drzwi tarasowe pospiesznie wyszedł do ogrodu.
Głos Chmurki w słuchawce zdradzał oznaki nerwowości.
- Wojtku... czy to ty? Muszę z tobą porozmawiać... Nie wiem, co mam robić...
- Stop! Przestań lamentować, Chmurko. - Wychrypiał. - Coś ci się stało? Ktoś cię czymś uraził?
- Nie, nie to... Chodzi o to, że nie mogę czegoś pojąć - odrzekła, po czym opowiedziała mu cały swój dzień i to, że w tej chwili Sebastian Latecki przebywa w domu Kowalczuków.
- Więc myślisz, że Latecki nie spotkał się z tobą, jako Stellą Kowalczuk, ponieważ on sam jest w zmowie z tą rodziną? - zapytał. - Wierzysz w to? Może najpierw spróbuj się jakoś o tym upewnić?
- Ale jak mam się upewnić? - Nastrój Chmurki zaczął zwyżkować.
- Ja bym... po prostu... podsłuchał ich rozmowę - zaskrzeczał Sebastian. - Ponieważ jednak jesteś osobą dobrze wychowaną, więc znajdź jakieś inne rozwiązanie. A najlepiej spytaj go prosto z mostu, czy jest zaangażowany w to oszustwo, czy nie? Sebastian, jak pamiętam, zawsze był uczciwym i prostolinijnym człowiekiem...
- Ale teraz stał się arogancki! - wcięła się w jego wypowiedź. - Nawet się ze mną nie spotkał. I teraz zmawia się z Kowalczukiem. Zrozumiałe, po co i dlaczego...
- A jednak wydaje mi się, że go źle oceniasz. Nawymyślałaś sobie o nim Bóg wie, co... Na twoim miejscu po prostu spotkałbym się z nim twarzą w twarz i szczerze porozmawiał.
- A dlaczego ty tego nie zrobisz, Wojtku? Widocznie sam boisz się przed sobą przyznać, że wobec niego jesteś kimś mało ważnym. On jest wielkim Lateckim, a ty kim? Tylko byłym sportowcem, a teraz ogrodnikiem. Uważałeś go za przyjaciela, a on zlekceważył twoją przyjaźń. Przyznaj się, boisz się spojrzeć mu w oczy?... I dlatego ja także się boję. Gdybym była seksowną babeczką to... a ja, cóż ja... która jestem tylko cieniem tej jego "pięknisi", Stelli.
Sebastian przemilczał przez chwilę, po czym nagle odezwał się:
- Więc przestań nim być, Chmurko. Pamiętaj, że tak naprawdę wciąż jesteś Olgą Błoczek - inteligentną dziewczyną, i postaw im... swoje ultimatum!
Teraz zawisła na słuchawce Chmurka. Nawet do głowy nigdy by jej nie przyszło, aby odważyć się na coś podobnego. Jednak teraz po raz pierwszy się zastanowiła: a dlaczego by nie? W końcu odpowiedziała:
- Nie, Wojtku, jednak nie mogę tego zrobić. Muszę najpierw spłacić dług za stłuczony chiński wazon. Generalnie będę w ich niewoli przez najbliższe pół roku.
- Całkowicie zapomniałem o tym wazonie! - Odpowiedział swym naturalnym głosem, ale natychmiast zakaszlał i znowu zaczął sapać w słuchawkę. - Chmurko, chcesz żebym zasięgnął języka, ile dokładnie kosztuje taki wazon? Moja znajoma jest córką sprzątaczki pracującej u wójta Iloczynka. I bardzo często pomaga mamie w pracy. Spytam ją. Może ta waza wcale nie jest tak droga, jak ci naopowiadała Stella? Ale, tak czy siak, wydaje mi się, że bez względu na wszystko powinnaś im przedstawić swoje własne warunki dalszej współpracy, a przynajmniej postraszyć tę "rodzinkę".
- Jak? W jaki sposób? Czym mogłabym ich postraszyć?
- Swoim aktualnie urzędowym nazwiskiem. - Odpowiedział i się uśmiechnął. Ten pomysł przyszedł mu do głowy właśnie teraz i wydał się bardzo dobry. Co więcej, w tej dokładnie chwili w jego duszy zapanowała taka złość na Kowalczuków, że aż musiał to natychmiast wyartykułować. - Posłuchaj mnie, Chmurko... Jeśli rodzina Kowalczuków spróbuje cię dalej gnębić, to powiedz im, że po otrzymaniu dyplomu rozgłosisz wszem wobec o próbie dokonania przez nich fałszerstwa: kradzieży twojej tożsamości. Jestem pewien, że twoja groźba ich zszokuje. Przez tyle lat żyłaś w ich domu jak przysłowiowy Kopciuszek. Może już wystarczy? Nie, "może"! Na pewno! Najwyższa pora, abyś zrozumiała, że jesteś atrakcyjną, młodą, a poza wszystkim inteligentną dziewczyną o pięknym swym prawdziwym nazwisku: Olga Błoczek!
- Och! - odpowiedziała niezdecydowanym głosem - ja nawet nie wiem... Tak niespodziewana ta twoja propozycja, Wojtku. Muszę o niej pomyśleć... No tak... A teraz pójdę na rozpoznanie. Wojtku, dzięki ci! Zaskoczyłeś mnie, ale pomyślę o tym... Teraz już wszystko. Narka! Zadzwonię do ciebie.
Sebastian spojrzał na telefon. Nie rozumiał, jak mógł jej coś takiego zaproponować. Co go naszło? Sam wystarczająco wiele ma własnych problemów, a teraz zgotował jeszcze problem Chmurce.
- I kiedy ty wreszcie wpierw będziesz myślał, a potem mówił, Wojtku? - powiedział głośno do siebie, świadomie używając swego drugiego imienia, którym, pamiętnej nocy przedstawił się Chmurce. Nazwiska Dąbrowski też nie wziął z sufitu. Takie jest przecież nazwisko rodowe jego mamy.
Pokiwał głową, a następnie skierował się z powrotem do drzwi tarasowych salonu.
17
Błyskawicznie przeskoczyła w dżinsy i sweter, rozpuściła włosy i była gotowa do rozpoczęcia działań "operacyjnych". Nie pozostało już nic innego, jak szybko pobiec korytarzem do schodów, podczołgać się do naroża balustrady, skryć za dużą donicą, skąd będzie można bezpiecznie wszcząć nasłuchiwanie. Zamiar zrealizowała co do joty.
- Zachęca mnie pan do podjęcia rozwiązań, które są osobliwe. - Usłyszała przyjemny głos Lateckiego, czując jednocześnie wzmożone bicie własnego serca. - Czyż można bowiem zarządzać czyimikolwiek uczuciami? Czyż można je przymuszać do pośpiechu? Proszę samemu spróbować sobie odpowiedzieć na te pytania... Owszem, ja nie zaprzeczam, że Stella jako kobieta posiada niezwykłe walory, które, jak każdy mężczyzna, cenię i podziwiam, ale... Pana zero-jedynkowe wobec mnie oczekiwania nie mogą nie wzbudzać mojego sprzeciwu. Nie mogę akceptować faktu, by w sprawach mych własnych uczuć być przez kogokolwiek przynaglanym, przymuszanym do natychmiastowych jednoznacznych deklaracji.
- Rzeczywiście, tatusiu - wsparła Lateckiego Stella - zbyt forsownie nalegasz. - Wstała z krzesła, a następnie przysiadła na oparciu sofy, na której siedział Sebastian. Położyła swą wypielęgnowaną dłoń na jego ramieniu i kontynuowała. - Tato, a pamiętasz, ile czasu poświęciłeś na przekonanie do siebie mamy, na zdobycie jej miłości? I my z Sebastianem powinniśmy podobnie czynić... Powoli będziemy się do siebie wzajemnie przekonywać.
Chmurka, chcąc dostrzec wyraz ich twarzy, silnie przywarła głową do poręczy schodów. Pan Kowalczuk spoglądał na swoją córkę z uśmiechem. Stella patrzyła uwodzicielsko na Lateckiego. A ten ostatni patrzył donikąd. Nagle westchnął i podniósł głowę. Chmurka gwałtownie odsunęła się od poręczy, ponieważ... ujrzała jego oczy patrzące prosto na nią?! Nie, to chyba niemożliwe? Pokręciła głową i znów zbliżyła twarz do balustrady.
Teraz Latecki patrzył na Stellę. Co więcej, ująwszy jej dłoń w swoje dłonie, delikatnie ucałował koniuszki palców.
- Jesteś bardzo przezorna, Stello. I to mi się podoba. Jak zrozumiałem, powinniśmy powoli zbliżać się do siebie i niech...
- ...Nasze uczucia powoli nabierają kształtów. Czy to chciałeś powiedzieć, kochanie? - rzekła, promieniejąc radością. - Zgadzam się na to, a nawet zrobię teraz pierwszy krok. Jestem zaproszona do Sandry Markowskiej na jej imieniny... z osobą towarzyszącą. Nie poszedłbyś ze mną?
- Chętnie, Stello. A kiedy by to było?
- W najbliższą sobotę. Moglibyśmy zabrać ze sobą także twojego przyjaciela Dariusza. Sandrze od dawna wpadł w oko. Prosiła mnie, aby pomóc jej go poznać, więc świetna byłaby ku temu okazja.
I Stella uśmiechnęła się trzydziestoma dwoma zębami, zwodząc z umysłu i Sebastiana, i Chmurkę. Sebastiana - z powodu zaskoczenia, Chmurkę - z zazdrości, która nagle dosłownie ogarnęła całą jej duszę. Dlaczego? Co takiego jest w tym Lateckim, że działa na mnie w ten sposób? - rozmyślała gorączkowo - Jakieś feromony czy męska magia?!...
- Nawiasem mówiąc - usłyszawszy głos Lateckiego, ponownie zbliżyła się do balustrady - od wczoraj mamy stażystkę w naszej firmie i, czy możesz sobie wyobrazić, że nazywa się dokładnie tak samo, jak ty: Stella Kowalczuk?
Chmurkę tak bardzo przytłoczyło jego stwierdzenie, że aż oniemiała. Widziała jednak bardzo dobrze, jak ojciec i córka patrzą na siebie, i jak Latecki z ciekawością wpatruje się w Stellę, czekając na komentarz.
- Co za niezwykły zbieg okoliczności! - po części pod wpływem jego spojrzenia krzyknęła z udawaną wesołością Stella, po czym histerycznie się roześmiała. - Moja pełna imienniczka? A to ci historia! Z chęcią popatrzyłabym sobie na tę stażystkę.
- Prawda? - Teraz Latecki okazał swe zaskoczenie. - Jeśli chcesz, moja droga, mogę wam zaaranżować jakieś małe spotkanko w knajpce, niedaleko naszego biura? Co prawda, sam jeszcze nie miałem okazji jej widzieć, ale od Darka na jej temat nasłuchałem się całkiem dużo. Jutro spróbuję się z nią spotkać i trochę "okiełznać" tę przyszłą panią magister. Tak bowiem gwałtownie rzuciła się w wir pracy, że wkrótce będę musiał przygotowywać dla niej jakieś ekstra zadania. Nawiasem mówiąc, już sam Dariusz z jej powodu traci rozum. Jak mi powiedział, ta ruda bestia doprowadza go do szału.
- Co ty powiesz? - Stella dalej odgrywała swoją rolę. - Najważniejsze, żeby ta "ruda bestia" nie omotała nam Dariuszka. On z Sandrą, moim zdaniem, mogą stworzyć idealną parę. Tak więc, mój drogi... - Przejechała palcami po włosach Sebastiana, wywołując na plecach Chmurki gęsią skórkę - ostrzeż ją! Niech zna swe miejsce w szeregu i nie kokietuje przełożonych... A ja mogę sobie nawet wyobrazić, jak wygląda ta "ruda bestia". - Podniosła się z podłokietnika sofy i stanęła naprzeciwko Lateckiego. Jedną dłoń położyła na biodrze, a drugą niedbale pstryknęła paluszkami w powietrzu. - Jest z pewnością czymś w rodzaju niedorozwiniętej kobiety, albo raczej przejrzałą nastolatką, z dużą ilością trądziku na twarzy, kudłatą rudą głową, zaniedbanymi paznokciami i ubraniami z second-handu.
Sebastian uśmiechnąwszy się, pokręcił głową.
- Nie, moja droga. Darek opisał mi tę dziewczynę zupełnie inaczej. Jego zdaniem jest równie urokliwa, jak ty. - Przeczesał dłonią włosy, zerknął na półpiętro i dodał - Nawet wyraził podziw dla jej figury i zgrabnych nóg. Nie spodobał mu się tylko jej kolor włosów, choć fryzurę uznał za całkiem stylową. Krótko mówiąc, oczarowałaby go, gdyby nie jej lotny umysł. On nie przepada za nazbyt inteligentnymi dziewczynami.
Stella roześmiała się jak rasowa aktorka, ale najwyraźniej poczuła się urażona. Oto została porównana do nie wiadomo kogo. Jednak, uśmiechnąwszy się, rzekła:
- Ufam ocenom Darka. On ma smak estety i potrafi odróżnić prawdziwą dziewczynę od dziewuszyska. Jednak, tak samo jak Darek, i ja nie rozumiem, na co kobiecie męski umysł? Wierzę, że prawdziwa dziewczyna powinna być księżniczką, mieszkać w pięknym zamku i czekać na otwarcie bramy, przez którą zajedzie na zamkowy dwór jej książę.
- Och, zaiste?! - cicho wyraziła swe powątpiewanie Chmurka, przeczołgując się do ściany. Jej brama otworzy się dla księcia? Ale przecież od dawna jest otwarta... Tyle tylko, że nie do zamku, a do stodoły!... Nie, nie mogę tego dłużej słuchać. - Odczołgała się dalej i gdy znalazła się na korytarzu, wstała i pospieszyła do swego pokoju. Miała o czym rozmyślać...
19
Od blisko kwadransa obaj panowie siedzieli w gabinecie i dyskutowali w najlepsze.
- Więc powiadasz, że wpadłem Sandrze w oko? - Dariusz uśmiechnął się, wygodniej rozsiadając się w fotelu. Spojrzał na Sebastiana, który również się uśmiechał. - I co ciebie tak bawi?
- A to, że w końcu doświadczysz na sobie wszystkich rozkoszy najwyższego ludzkiego uczucia. Teraz już nie wyślizgniesz się z jej łapek. Tak mi przykro, amigo. Mister Kowalczuk nie ma takiej władzy jak ojciec Sandruni. I o ile mi pozwolono jeszcze przez jakiś czas odkładać termin narzeczeństwa z panną Kowalczukówną, o tyle ty... już zostałeś skazany. I teraz wolno ci co najwyżej wybrać między dżumą a cholerą, lub jak wolisz: gilotyną a szubienicą.
- Patrzcie, jaki "dowciapny"! - z wyraźną frustracją wykrzyknął Dariusz. - I to ma być mój najlepszy kumpel?
- A czy to przypadkiem nie ty, mój drogi, jeszcze wczoraj przekonywałeś mnie, że dla dobra firmy powinienem poświęcić własne pryncypia?! I, jak widzisz, poświęciłem, opóźniając na bliżej nieokreślony czas groźbę zerwania współpracy z Kowalczukiem, i sprawiłem, że otrzymaliśmy ostatecznie kontrakt. Tak a propos: podpisujemy go w poniedziałek. Teraz twoja kolej poświęcenia się dla wspólnej sprawy. - Sebastian starał się być poważnym, ale pod koniec przemowy, widząc na twarzy Dariusza przerażenie, wybuchnął śmiechem. - Szczerze mówiąc, to ja chyba ciebie nie rozumiem? Oto pojawia się przed tobą bajeczna perspektywa - Sandra Markowska: laska, tylko patrzeć. Na dodatek niegłupia, posażna i co by nie mówić: córeczka wicewojewody mazowieckiego. Czy dobrze pamiętam, że od zawsze marzyła ci się księżniczka? No to masz! Bierz ją, póki do wzięcia!
Dariusz spojrzał na Sebastiana z takim przerażeniem, że ten ostatni aż zaczął mu współczuć, więc wziął się za pocieszanie:
- Powiedz szczerze, przyjacielu, czego ty tak się boisz?
- Jest córką Markowskiego?
- Jest. Co z tego?
- Mawiają... - przewrócił oczyma - że aby zostać jego zięciem, trzeba nie mieć w głowie wszystkich klepek. A ja z moich bardzo lubię każdą...
- Nie martw się, wyleczą cię z takiego komfortu.
- Seb... Nie mogę nawet sobie wyobrazić, że kiedykolwiek i z kimkolwiek miałbym się ożenić. Nie! Małżeństwo to instytucja zdecydowanie nie dla mnie. A poza tym, coś niecoś słyszałem o tej Sandrze... - przeszedł na szept - mówią, że gościu, który spędza z nią noc, następnego dnia znika z miasta bez śladu.
Sebastian znów nie mógł ukryć śmiechu.
- Nie śmiej się, Seb! Mówię poważnie. Nie chcę, żeby moje zimne ciało znaleziono gdzieś pod mostem w Wyszogrodzie.
- Oho-ho-ho-ho! Co za fantazja! - Sebastian nie krył faktu, że rozmowa z Dariuszem stała się dla niego bardzo zabawna. - Chociaż, nie ukrywam, nie chciałbym stracić przyjaciela i to w chwili, gdy stał się opiekunem pewnej zdolnej praktykantki. Nie zapominam wszak, że wisi ci na szyi. Najpierw porozmawiaj z nią, napisz raport z postępu jej prac, a potem... płyń sobie Wisłą, mój trupie, do tego mostu w Wyszogrodzie. - Nagle stał się poważny i dodał: - A może jej faceci odlatują z miasta z nowymi angażami na intratne posady? Nie pomyślałeś? - Dariusz pokręcił przecząco głową. - Widzisz, nie sprawdziłeś, a panikujesz.
W końcu Dariusz "zakumał" ironię przyjaciela.
- No tak, dalej szydzisz... - westchnął. - Nic pomocy... - To w końcu powinienem iść w sobotę na tę kalwarię i czy puścisz mnie samego?
- Spokojnie, amigo. Pójdziemy razem i razem zginiemy, pozostawiając naszą firmę pod okiem błyskotliwej praktykantki Stelli Kowalczuk. Przy okazji spotkałem ją podczas lunchu. Jestem pewien, że w warunkach konieczności dziejowej byłaby w stanie zastąpić nas obu na naszych stanowiskach.
Po słowach Sebastiana osłupiały Dariusz na chwilę zaniemówił. W końcu powiedział:
- Znaczy się, miałem rację! Ta Stella przerasta prawdziwą Stellę o głowę. - Usłyszawszy to, Sebastiana jakby coś tknęło. Natychmiast w głowie zaświtał mu pomysł: niech dziewczyny się ze sobą skonfrontują. Niech stawią sobie nawzajem czoła. Wtedy on, Sebastian, mógłby pomóc Chmurce uwierzyć w siebie i zrozumieć, że jest inteligentna i piękna, urodą nieustępująca w niczym ani Stelli, ani Sandrze.
- Co tak się zamyśliłeś? - spytał Dariusz, mierząc Sebastiana przeszywającym wzrokiem. - Zawsze, gdy obmyślasz jakiś genialny plan, w oczach tańcują ci diabliki, a w głosie pobrzmiewają przywódcze nutki. Już zaraz usłyszę słowa: "Nie ma ludzi niezastąpionych, szanowny kolego!"
- I masz rację, Dareczku, nie ma niezastąpionych... A co powiesz na to, gdybyś poszedł na tę imprezkę z rzekomo swoją dziewczyną? - Dariusz otworzywszy usta, spojrzał przez chwilę na Sebastiana, nie mrugając oczyma. - Nie rajcuje cię taki pomyślunek? Przyjdziesz z osobą towarzyszącą, przedstawisz jako swoją dziewczynę, i niech tylko spróbuje panna Sandrunia naskakiwać... Przy okazji i mi łatwiej będzie usprawiedliwić się przed Stellą. W końcu - ja też będę zaskoczony twoim status quo. Okaże się, że i ty przede mną masz swoje tajemnice. Krótko mówiąc, pomożemy sobie nawzajem. Jak ci się podoba mój plan?
- Plan? No... świetny, super, genialny! Tylko skąd mam wytrzasnąć taką panienkę?
Sebastian wzruszył ramionami.
- Do impry zostały jeszcze trzy dni. "Się postaraj", kolego.