OD REDAKCJI
KOLEINY I PRZEŁOMY
Piotr Matwiejczuk
Fot. Rafał Masłow
"Do tej płyty podchodziłem nieufnie. Proszę spojrzeć na okładkę albo przejrzeć fotografie w internecie - Chouchane Siranossian wydać się może "produktem" marketingowym. Atrakcyjny wygląd francusko-ormiańskiej artystki pozwala kreować ją na gwiazdę w typie pop, ale czy jej gra na skrzypcach jest cokolwiek warta? Jakże niesłuszne były moje wątpliwości!", pisałem w recenzji płyty w #5. Zaledwie kilka dni po ukazaniu się tego numeru otrzymałem e-mail od... Chouchane Siranossian. Skrzypaczka dziękowała mi za entuzjastyczną ocenę jej nagrania, a także - z przymrużeniem oka - zapewniała, że moje początkowe wątpliwości potraktowała jako komplement.
No cóż, najpierw ucieszyłem się, że we Francji czyta się #, a po chwili najzwyczajniej zrobiło mi się głupio. Dlaczego, pomyślałem, skoro artystka umiejętnie się promuje, musi to zwiastować jakieś niedoróbki w jej sztuce albo świadczyć o braku uznania dla muzyki "poważnej"? (Wbrew naszej narodowej tradycji listu nie pozostawiłem bez odpowiedzi - zapewniłem, że artystyczny image skrzypaczki wzbudza we mnie tak samo wielki szacunek, jak jej fenomenalna gra na skrzypcach).
O tym właśnie traktuje artykuł Marcina Boguckiego, który znajdą Państwo w tym numerze #. Przy okazji tekst odgrzewa dawno już - bo pewnie jakieś 20 lat temu - zakończoną (czy aby na pewno?) dyskusję na temat wykonawstwa historycznego. Odbywała się ona rzecz jasna na zachód od Odry, bo u nas właściwie nigdy na ten temat poważnie nie rozmawialiśmy. Częściej usłyszeć można było kpiące stwierdzenia o starych, rozstrojonych pudłach i szaleńcach, którzy chcą niemożliwego.
Dziś wszystko wygląda oczywiście inaczej. Muzycy, którzy kiedyś w najlepszym razie wzruszali ramionami na produkcje "barokowców", zakładają jelitowe struny, biorą do ręki rogi naturalne, zasiadają do pleyelów. Orkiestry - choć wciąż tylko niektóre - zainspirowane zespołami historycznymi zrewidowały swoje podejście do muzyki XVIII wieku. Mnóstwo młodych artystów wyjechało za granicę na studia, często do najlepszych na świecie uczelni. Niektórzy z nich na szczęście wrócili i działają z powodzeniem w kraju. Efekty bywają znakomite, czego przykładem są kolejne pokolenia muzyków kształconych już w Polsce czy takie wydarzenia, jak grudniowy festiwal Actus Humanus, podczas którego okazało się - o czym z niemałą satysfakcją pisali nasi recenzenci - że imprezę na światowym poziomie można zorganizować jedynie polskimi siłami. Przy czym współcześnie celem HIP (historically informed performance) stało się nie tyle poszukiwanie muzycznego Świętego Graala, ile - na podstawie głębokiej wiedzy historycznej, to jasne - tworzenie muzyki na wskroś współczesnej, bez mydlenia sobie oczu niemożliwymi do osiągnięcia (czy wręcz nakreślenia) ideałami.
Wspomnijmy wreszcie - za Marcinem Boguckim - że wielu muzyków, nie tylko zresztą sytuujących się w nurcie wykonawstwa historycznego, zadbało profesjonalnie o własny wizerunek. Najciekawszym przykładem jest Jakub Józef Orliński, który trudną umiejętność promowania się opanował w stopniu zaawansowanym, co przecież niczego nie ujmuje jego sztuce. Przeciwnie - jest czymś naturalnym i zakorzenionym w historii.
Wszystko to wspaniale. Po zmianach ustrojowych wskoczyliśmy i w tej dziedzinie w orbitę osiągnięć Zachodu. Czegoś jednak mi żal. Rozmowy. Również tej na głębszym poziomie muzykologicznym. Nie wiem, czy dziś byłby sens ten brak nadrabiać, skoro z takim powodzeniem zaimportowaliśmy osiągnięcia wypracowane gdzie indziej. I nie to jest tu najważniejsze. Ważniejszy wydaje się smutny wniosek o braku umiejętności dyskutowania i w ogóle skłonności do refleksji nad - w tym przypadku - naszym życiem muzycznym, tym obecnym i tym przyszłym. Nie tylko zresztą nad jego stroną artystyczno-estetyczną, lecz także organizacyjno-praktyczną. Jak bardzo ten brak doskwiera, przekonałem się boleśnie w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy w # próbowaliśmy podejmować rozmaite tematy i wskazywaliśmy to, co naszym zdaniem wymaga zmiany. Jeśli spotykało się to z jakąś reakcją, były to zwykle oskarżenia o złą wolę.
W tym numerze diagnozujemy również sytuację pandemiczną polskich teatrów operowych i zastanawiamy się, jak doświadczenia minionych kilkunastu miesięcy wpłyną na przyszłość polskiej opery. I czy w ogóle wpłyną. Bo może wszystko toczyć się będzie nadal, jakby nigdy nic, po wyżłobionych już dawno głębokich koleinach. A może się mylę? Czy jest ktoś chętny do rozmowy?
Cytat numeru:
OSWOJENIE internetu przez teatr operowy w Polsce to niewątpliwa ZDOBYCZ czasu pandemii
--Jacek Jekiel
AKTUALNOŚCI
SKONTRYZM. Wspomnienie o Marcinie Błażewiczu (1953-2021)
Ignacy Zalewski
Fot. Mateusz Żaboklicki/dzięki uprzejmości UMFC
W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych w programie II Międzynarodowego Forum Nowej Muzyki Marcin Błażewicz, organizator tego festiwalu, wyłożył zasady "skontryzmu", podejścia do estetyki muzyki, które było mu wówczas bliskie. Polegało ono na zderzaniu (od utworu Góreckiego Scontri, czyli "zderzenia") różnych odległych od siebie stylistycznie fragmentów muzycznych, na podobieństwo ówczesnego (a także pewnie i dzisiejszego) świata, w którym różne, często nieprzystające elementy współistnieją, tworząc dziwny, zaskakujący niekiedy krajobraz późnej nowoczesności.
Mimo że od samego skontryzmu szybko odszedł jako kompozytor, mam wrażenie, że ta intuicja dotycząca rzeczywistości towarzyszyła mu do końca. Nasycał ją pogłębionym namysłem nad filozofią, szczególnie filozofią buddyjską, ze szczególnym upodobaniem do logiki paradoksu buddyzmu zen.
Sam Marcin był człowiekiem pełnym sprzeczności, zderzeń i paradoksów. Szybki, ognisty. W muzyce niekiedy wręcz agresywny - to z jednej strony. Z drugiej - zamyślony, dziecięcy, wrażliwy, zanurzony w pochłaniane pasjami książki. Z jednej strony zdecydowanie niewierzący, odrzucał religię, szczególnie w jej zinstytucjonalizowanej postaci. Z drugiej - nie ustawał w poszukiwaniach metafizycznych, zafascynowany buddyjską doktryną o karmie, odrodzeniu. A także naukowymi dociekaniami dotyczącymi near-death experience, fizyką i neuronaukami. Ostry w sądach, nieunikający sporów, często lubiący szokować. Na rzeczach i zjawiskach, które mu się nie podobały, nie zostawiał suchej nitki.
Ciepły, zabawny, bezinteresowny. Każdego dnia w mediach społecznościowych, w SMS-ach, w rozmowach telefonicznych przekonuję się, jak wielkie było grono ludzi, którym na różne sposoby pomógł - jako człowiek, pedagog UMFC, skarbnik ZAiKS. Licznym osobom pomagał w ciszy, jak mieszkańcom mazowieckiej wioski na skraju lasu, w której w ostatnich latach urządził sobie kompozytorską samotnię. Przyjmował pod swój dach bezdomne, chore zwierzęta, które dokarmiał i którymi się opiekował.
Marcin Błażewicz łączył w sobie często skrajne postawy. Mawiał, że jego twórczość muzyczna jest próbą "rozprawy z cieniem", rozumianym po jungowsku. Był twórcą świadomym tego, co, jak i dlaczego pisze. A to dlatego, że przede wszystkim był świadomym człowiekiem. Znającym i swoje blaski, i swoje cienie.
Ja zapamiętuję Marcina jako blask - tak jasny, że aż gorący. Tak silny, że oślepiający. Ale także jako blask roztaczający mnóstwo ciepła. Zapamiętuję Marcina jako jedynego w swoim rodzaju człowieka, który ogromną wiedzę kompozytorską i filozoficzną umiał przekazać. Człowieka z krwi i kości. Który potrafił się dzielić. Potrafił słuchać. Potrafił być, mimo że właśnie to "bycie" (a także czas, jak w jednym z jego ulubionych traktatów Heideggera) w ostatnich latach sprawiało mu jakby mniej satysfakcji. Rodziło ból, także ten egzystencjalny, któremu pasja i ogień zdawały się niekiedy ustępować.
Ta pasja jednak, ten ogień, życiowy i twórczy, moc oddziaływania i ten szczególny magnetyzm Marcina Błażewicza pozostają z nami w jego dziełach. Zapisują się już na zawsze w historii muzyki jako wieloaspektowy sposób widzenia kondycji człowieka, problematyki psychologicznej, filozoficznej, eschatologicznej ujętej w dźwięk. A w sercach bliskich mu ludzi, obok wdzięczności, wspomnień oraz obrazu jego żywego spojrzenia i szelmowskiego uśmiechu, zostaje pustka, której nie da się zapełnić.
Żegnaj, Przyjacielu.
Pogrzeb za rok
pap.pl
Spocznie w Panteonie Narodowym w Krakowie, ale uroczystości pogrzebowe zaplanowano dopiero na 2022 rok. W końcu poznaliśmy datę pogrzebu Krzysztofa Pendereckiego.
Niestety, nie udało się zorganizować uroczystości pogrzebowych w pierwszą rocznicę jego śmierci, która przypadła dokładnie 29 marca 2021 roku. Rok temu, 2 kwietnia, odbyła się jedynie msza pogrzebowa w rodzinnej parafii Pendereckiego w Krakowie i miała charakter zamknięty. Po nabożeństwie urna z prochami kompozytora została złożona w krypcie bazyliki św. Floriana. Na wniosek między innymi ministra kultury oraz prezydenta miasta Krakowa rodzina wyraziła zgodę na pochówek w Panteonie Narodowym. Jednocześnie postanowiono, że pożegnanie będzie miało charakter oficjalnych uroczystości państwowych. "Czas, jaki upłynął od śmierci profesora Krzysztofa Pendereckiego, był okresem naznaczonym smutkiem i chorobą w rodzinie Pendereckich. Z uwagi na chorobę małżonki kompozytora, Elżbiety Pendereckiej, uroczystości odprowadzenia urny do Panteonu Narodowego zostaną przeprowadzone 29 marca 2022 roku", zaznaczono w komunikacie przesłanym Polskiej Agencji Prasowej. "Można przypuszczać, że w drugą rocznicę śmierci Krzysztofa Pendereckiego pandemia osłabnie, dzięki czemu w planowanych uroczystościach państwowych będą mogli uczestniczyć przedstawiciele państw i rządów oraz międzynarodowych instytucji, a także przyjaciele i melomani z całego świata pragnący pożegnać Maestra", stwierdza Andrzej Giza, dyrektor Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena. O rocznicy śmierci Mistrza przypomniało także na swoich stronach internetowych Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. "29 marca 2020 roku, odszedł Krzysztof Penderecki - podziwiany na całym świecie genialny twórca, ambasador polskiej kultury, artysta wieszcz obdarzony niezwykłym zmysłem dostrzegania i wskazywania spraw wielkiej wagi dla sztuki, świata, człowieka. Laureat 146 nagród i wyróżnień, doktor honoris causa 39 uczelni na całym świecie, wieloletni rektor Akademii Muzycznej w Krakowie i jej profesor, inicjator i patron Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego oraz twórca unikatowego arboretum w Lusławicach. Na trwale zapisał się w dziejach światowej muzyki mistrzostwem używania uniwersalnego języka muzyki, który rezonował z najnowszą historią i chrześcijańską tradycją. Był z pewnością jednym z najbardziej rozpoznawalnych współcześnie Polaków", czytamy na penderecki-center.pl. --MAK
Czarna wiosna
redakcja #
W kwietniu pożegnaliśmy nie tylko Marcina Błażewicza. Tegoroczna wiosna to bardzo smutny czas dla muzyki. Pod koniec marca zmarł Antoni Gref, dyrygent, organista, kompozytor, wieloletni wykładowca poznańskiej Akademii Muzycznej oraz artysta Teatru Wielkiego w Poznaniu. Miał 79 lat. "Żegnamy znakomitego, pełnego pasji artystę, doświadczonego muzyka, który z sympatią, cierpliwością i ogromną życzliwością przez dziesięciolecia dzielił się ze studentami swą wiedzą", piszą władze poznańskiej uczelni. "Śmierć Antoniego Grefa to kolejna ogromna strata dla poznańskiej kultury, a przede wszystkim dla życia muzycznego miasta", czytamy na stronie Teatru Wielkiego.
Kilka dni później pojawiła się informacja o śmierci Ryszarda Zimaka, wieloletniego prodziekana i dziekana Wydziału Edukacji Muzycznej, prorektora ds. nauki i dydaktyki, rektora najpierw Akademii Muzycznej, a po przekształceniu, Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Przez dwie dekady prowadził Chór Mieszany Akademii, założył też uczelniany Chór Kameralny. Ryszard Zimak specjalizował się w dyrygenturze chóralnej i wykonawstwie utworów oratoryjnych. W latach 1974-1983 prowadził Chór Filharmonii Narodowej, przez 22 lata dyrygował w Warszawskiej Operze Kameralnej, a od 2005 do 2007 roku kierował Narodowym Instytutem Fryderyka Chopina. "Zdecydowanie przedwcześnie odszedł wspaniały i zawsze życzliwy człowiek, przyjaciel studentów i pedagogów. Przegrał walkę z okrutnym COVID-19", napisał na Facebooku pianista Piotr Paleczny.
Żałoba także u naszych południowych sąsiadów. W Pradze w wieku 89 lat zmarła Hana Hegerová, pieśniarka i aktorka, nazywana "pierwszą damą czeskiego szansonu". Była Słowaczką, urodziła się w Bratysławie w 1931 roku jako Carmen Mária Štefánia Farkašová-Čelková. Podobno imię Carmen wybrała dla niej babcia, miłośniczka opery, ale wnuczka nigdy go nie polubiła. Hegerovą porównywano do Édith Piaf (od czeskiej wersji Milorda zaczęła się zresztą wielka kariera Hany), w Polsce zaś - oczywiście do Ewy Demarczyk. Nie miała równie potężnego głosu jak te pieśniarki, ale była mistrzynią interpretacji. W równie przekonujący sposób wykonywała piosenki dramatyczne i kabaretowe. Często sięgała po repertuar obcy, zwłaszcza po francuskie chansons. Nigdy jednak nie kopiowała oryginału. Nie tylko nadawała tym piosenkom własny styl, lecz także odkrywała w nich tony, których próżno szukać w pierwotnych wersjach. W 1962 roku Hegerová wystąpiła po raz pierwszy w Polsce na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, zajmując drugie miejsce za interpretację (częściowo śpiewanego po polsku) przeboju Ludmiły Jakubczak, Szeptem. --MC, MAK, BŻ
Drzewo dla mistrza
penderecki-center.pl
Kadr z filmu Pamięci Krzysztofa Pendereckiego, polskiego kompozytora, Instytut Polski w Brukseli
W ogrodzie botanicznym w Meise pod Brukselą zasadzono drzewo dla upamiętnienia dorobku Krzysztofa Pendereckiego. "Arboretum uważał za swoją największą kompozycję, jesteśmy zaszczyceni, że możemy do tej kompozycji dołożyć kolejny element", powiedział dyrektor Ogrodu Steven Dessein. Ogród w Meise ma ponad 92 ha. Zgromadzono na nim blisko 18 tysięcy gatunków roślin z całego świata. Penderecki podczas swoich artystycznych wizyt w Brukseli odwiedził to miejsce. Wybór gatunku jest nieprzypadkowy: wiśnia różowa (Autumnalis Rosea) o rozłożystych gałęziach ma szczególną cechę kwitnienia późną jesienią. Najbliższy spodziewany rozkwit przypadnie prawdopodobnie 23 listopada, czyli w dzień urodzin kompozytora. Posadzenie drzewa jest owocem współpracy Instytutu Polskiego w Brukseli oraz Ogrodu Botanicznego Meise i odbyło się w ramach projektu Instytutu Adama Mickiewicza Ogród Pendereckiego. Na stronach Instytutu Polskiego dostępny jest film Pamięci Krzysztofa Pendereckiego, polskiego kompozytora, do którego muzykę skomponowała Katarzyna Głowicka. Penderecki przez długie lata współpracował z Festiwalem Flamandzkim w Brukseli. W bazylice Koekelberg w listopadzie 2014 roku odbyło się premierowe wykonanie jego kompozycji Dies Illa. Ówczesny festiwal poświęcony był setnej rocznicy wybuchu I wojny światowej. --MAK
Triumf w Łodzi
amuz.lodz.pl
Zwycięzcą I Ogólnopolskiego Konkursu Wiolonczelowego im. Dominika Połońskiego został Michał Balas. Młody wiolonczelista zachwycił jurorów "szczerością przekazu, wspaniałą wirtuozerią i finezją gry".
Konkurs Wiolonczelowy im. Dominika Połońskiego to nowa inicjatywa Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi. Do udziału w konkursie organizatorzy zaprosili studentów klas wiolonczeli z polskich uczelni muzycznych. Na program i formę konkursu złożyły się 30-40 minutowe recitale dowolnie wybranych utworów na wiolonczelę solo lub z towarzyszeniem fortepianu. Konkurs poświęcony jest pamięci zmarłego w 2018 roku wybitnego polskiego wiolonczelisty Dominika Połońskiego. "Ideą konkursu jest promocja utalentowanych instrumentalistów młodego pokolenia, którzy podobnie jak Dominik Połoński wyróżniają się nieprzeciętną charyzmą i intuicją muzyczną, wrodzoną przenikliwością w interpretacji oraz wysokim kunsztem w grze na wiolonczeli. Równie ważnym aspektem konkursu jest kultywowanie pamięci o Dominiku - zarówno w perspektywie jego bogatego dorobku artystycznego, jak również konfrontowania się w sposób twórczy z przeciwnościami losu. Z jego historii każdy artysta może czerpać lekcję", podkreśla inicjatorka i dyrektor przedsięwzięcia profesor Agata Jarecka. Zwycięzcy pierwszego Konkursu Michałowi Balasowi, studentowi Akademii Muzycznej w Łodzi, przyznano tytuł "Indywidualność Wiolonczelowa 2021". Dwudziestoletni artysta ma już na swoim koncie Grand Prix Ogólnopolskiego Konkursu Wiolonczelowego Centrum Edukacji Artystycznej w Warszawie (2019), I nagrodę oraz nagrodę specjalną za utwór obowiązkowy w Johansen International Competition for Young String Players w Waszyngtonie (USA, 2018), I nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Wiolonczelowym im. Kazimierza Wiłkomirskiego w Poznaniu (2018) oraz liczne występy, między innymi z filharmoniami Krakowską, Rzeszowską, Kaliską czy Sinfonią Iuventus.
Do konkursu przystąpiło 36 studentów polskich uczelni muzycznych. Jurorzy oceniali uczestników na podstawie nadesłanych nagrań. Po przesłuchaniu wszystkich recitali członkowie jurorskiego składu podkreślali zgodnie nadspodziewanie wysoki poziom nagrań i ich szczególną atmosferę. "Organizacja konkursu w czasach pandemii jest bardzo trudnym przedsięwzięciem, ale Dominik Połoński przekraczał w swoim życiu pewne bariery, więc i my podjęliśmy to wyzwanie", stwierdziła Agata Jarecka. --MC
Niemcy zazdrośnie patrzą na świat
BR Klassik, ARD
Podczas gdy większość instytucji kultury w Niemczech pogrążona jest w pandemicznym śnie, w niektórych krajach świata muzea i sale koncertowe się zapełniają - donoszą korespondenci ARD, pierwszego programu niemieckiej telewizji. Chiny w większości "wracają do normy" już od miesięcy. W kraju, w którym wybuchła pandemia, kina, sale koncertowe i kluby nocne znów są otwarte. "Pod koniec marca Shanghai Symphony Orchestra zagrała Siódmą Beethovena w wypełnionej słuchaczami sali. Poza tym, że większość widzów miała na sobie maski, po korona-kryzysie nie ma prawie żadnego śladu. Nie ma specjalnych kontroli przy wejściu, nie ma też specjalnych zasad dotyczących odległości". Tak się dzieje nie tylko w Szanghaju: w większości chińskich miast życie kulturalne wraca do normy. Ale mimo licznie uczęszczanych klubów, wernisaży, wystaw i koncertów, czegoś brakuje: "W Chinach [...] obserwuje się zjawisko zamykania się kraju, a także próby uniezależnienia się od zagranicy [...], na przykład na wystawach ludzie są zmuszeni bardziej polegać na chińskich artystach. W niektórych przypadkach są to bardzo tradycyjne wystawy", mówi Oliver Hartmann z Instytutu Goethego w Szanghaju.
Nareszcie coś drgnęło na amerykańskiej scenie. Powoli otwierają się tam instytucje kultury. Jednak ich harmonogramy i zasady działania są jak patchwork i zależą od danego stanu. Co prawda New York Metropolitan Museum, najczęściej odwiedzane muzeum w kraju, ponownie zaprasza, odnotowało jednak spadek odwiedzających o ponad 80 procent! Oczekuje się, że pierwsze przedstawienie Metropolitan Opera w Nowym Jorku pokazane zostanie najwcześniej we wrześniu tego roku. Sytuacja Met jest jednak katastrofalna. Przypomnijmy, że opera zatrudnia łącznie około 3000 osób, a przez rok większość z nich nie otrzymywała pensji.
Również w Wielkiej Brytanii twarde ograniczenia są stopniowo łagodzone. W ramach wprowadzanego właśnie pilotażowego programu zaświadczenie z państwowej służby zdrowia o zaszczepieniu, wyzdrowieniu lub negatywny wynik testu mają umożliwić uczestnictwo w imprezach kulturalnych. Jeśli ta przepustka się sprawdzi, od czerwca będzie trzeba taki dokument pokazywać przed koncertami, a także w kinach, teatrach czy muzeach. "W Londynie ludzie nie mogą się doczekać ponownego otwarcia Opery Królewskiej Covent Garden, które planowane jest 17 maja. Łaskawość Tytusa Mozarta ponownie zachwyci fanów opery nie tylko w streamingu, ale także na żywo w najsłynniejszej brytyjskiej operze", spodziewa się korespondent ARD.
Izrael jest obecnie krajem o najwyższym wskaźniku szczepień na świecie. Każdy, kto otrzymał dwie dawki szczepionki lub jest ozdrowieńcem, ma prawo do tak zwanego "zielonego paszportu". Można go używać w celu odwiedzenia restauracji, basenów, muzeów i sal koncertowych. "Podczas lockdownu nasze koncerty były transmitowane w internecie, ale to nie może zastąpić spotkania z publicznością", mówi Ariel Zuckermann, dyrygent Israel Chamber Orchestra, która ostatnio znów wystąpiła przed publicznością. "Od pół roku nie słyszałeś telefonów komórkowych na koncercie i nagle je słyszysz. I jesteś szczęśliwy!" - żartuje Zuckermann. --opr. MD
Zegarmistrz światła w archiwum
bn.org.pl
Tadeusz Woźniak, muzyk, kompozytor, wokalista, właśnie przekazał swoje bogate archiwum do zbiorów Biblioteki Narodowej.
W trzynastu skrzyniach, kilku tekach i rulonach można znaleźć między innymi dokumenty osobiste (legitymację szkolną, książeczkę autostopowicza, paszport PRL, książeczkę wojskową, legitymacje ZAiKS i ZAKR). Szczególnie cenne są materiały warsztatowe: rękopisy (w tym rękopis Zegarmistrza światła), maszynopisy i wydruki komputerowe tekstów i nut (między innymi do Pana Tadeusza, Lilii, Dell'Amore, Moralności pani Dulskiej, Ballady dla Potęgowej, Małego Księcia, a także do Cisi i gęgacze, czyli szpot w pudle). Osobna grupa materiałów to fotografie dokumentujące chwile oficjalne i prywatne, koncerty i spotkania przyjaciół. Niezwykle interesujące są liczne nagrania audiowizualne (kasety VHS, taśmy szpulowe, kasety DAT, płyty CD), które stanowią dokumentację prac nad kolejnymi projektami bądź zapis ostatecznych wersji. Ponadto mamy tutaj zapisy występów radiowych i telewizyjnych. Zwraca uwagę zbiór plakatów reklamujących koncerty i płyty Tadeusza Woźniaka. Cennym dodatkiem są nagrody, dyplomy i odznaczenia przyznawane muzykowi.
Tadeusz Woźniak komponował muzykę do wierszy Tuwima, Herberta, Chorążuka i Stachury. Piosenki te wykonywali między innymi Michał Bajor, Bernard Ładysz, Andrzej Poniedzielski, Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki. Jest również autorem muzyki do licznych inscenizacji teatralnych, przedstawień telewizyjnych i filmów. On sam, oprócz własnych kompozycji, śpiewał piosenki Katarzyny Gaertner i Agnieszki Osieckiej. Występował z zespołami Dzikusy, Czterech, Niebiesko-Czarni, Alibabki, koncertował z Czesławem Niemenem. Zegarmistrzem światła (słowa: Bogdan Chorążuk, muzyka i wykonanie: Tadeusz Woźniak) wygrał w 1972 roku Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu.
Związany był z wieloma scenami dramatycznymi, między innymi z Teatrem Polskim w Bydgoszczy, teatrami: Wybrzeże w Gdańsku, im. Węgierki w Białymstoku, Polskim w Poznaniu, im. Kochanowskiego w Opolu i Teatrem Rozmaitości w Warszawie. Skomponował muzykę do kilkudziesięciu przedstawień, w tym do Wesela Wyspiańskiego (w reżyserii Romana Kordzińskiego), Odprawy posłów greckich Kochanowskiego (w reżyserii Andrzeja Witkowskiego), Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa (w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego). Jest również autorem muzyki do popularnego widowiska Lato Muminków (adaptacja Andrzeja Marii Marczewskiego z tekstami Bogdana Chorążuka). W 2012 roku skomponował muzykę do przedwojennej adaptacji Pana Tadeusza (w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego), cyfrowo zrekonstruowanej z ocalałych fragmentów. A Zegarmistrz światła pojawił się w nowej aranżacji w filmie Twardowsky (cykl Legendy polskie w reżyserii Tomasza Bagińskiego). --MAK