Ruch Muzyczny nr 4/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

5.90 zł
4.90 zł (5,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#4 2021 rok LXV

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor prowadzący

Piotr Matwiejczuk

Redaktor naczelny

Piotr Matwiejczuk

piotr_matwiejczuk@pwm.com.pl

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

maciej_kucharski@pwm.com.pl

Festiwale, koncerty

Krzysztof Stefański

krzysztof_stefanski@pwm.com.pl

Muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl

Muzyka współczesna, książki, płyty

Adam Suprynowicz

adam_suprynowicz@pwm.com.pl

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Redaktorzy seniorzy

Józef Kański

Olgierd Pisarenko

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

redakcja@ruchmuzyczny.pl

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

marek.knap@asp.waw.pl

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz Ciupka mateusz_ciupka@pwm.com.pl

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a,

31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Fredry 8,

00-097 Warszawa

pwm@pwm.com.pl

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Redakcja czynna od godz. 10.00 do 15.00

Adres

ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: redakcja@ruchmuzyczny.pl

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

Ruch Muzyczny

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce rysunek Janka Kozy

OD REDAKCJI

Ile jest cukru w cukrze?

Jacek Marczyński

Fot. Rafał Masłow

Pytanie odwołuje się oczywiście do wciąż oglądanej, a liczącej już pół wieku, komedii Stanisława Barei Poszukiwany, poszukiwana. Nierozwiązywalny problem zawarty w tym pytaniu, a będący przykrywką dla innych spraw, przypomina mi się teraz, gdy po raz kolejny pojawia się dyskusja o opłatach reprograficznych. Czym są, wyjaśniamy w tym numerze #, choć oczywiście również nie jesteśmy w stanie określić, ile jest muzyki, za którą należałoby płacić tantiemy twórcom i wykonawcom, w muzyce, której niemal każdy słucha na powszechnie dostępnych tabletach czy smartfonach.

Nikt nie jest tego w stanie sprawdzić, a zatem - czy artyści powinni zrezygnować z należnych im praw? Opłaty reprograficzne są dowodem na to, że przepisy stanowione przez państwo nie nadążają za zmieniającą się rzeczywistością. System przecież istnieje, ale opłaty muszą być pobierane od muzealnych już wręcz przedmiotów, jak dyskietki lub kasety wideo i audio. Od ponad dekady nikt przepisów nie uaktualnił, a przecież przy obecnym postępie technologicznym kilkanaście lat to cała epoka. Brak zmian prawnych nie wynika jednak z opieszałego działania urzędniczej machiny. Kryją się za tą inercją - jak za cukrem Barei - poważniejsze zagadnienia.

Problem pierwszy wiąże się z tym, że nadal większość polityków - wszystkich opcji i układ na najwyższych szczeblach władzy nie ma tu znaczenia - postrzega kulturę jako sferę wymagającą nakładów finansowych. A przecież wnosi ona istotny wkład do polskiego PKB, zatem warto troszczyć się o jej rozwój, gdyż - oprócz niematerialnych -korzyści dla państwa są z tego wymierne. Rozwiązanie problemu drugiego zależy od tego, czy powinniśmy definitywnie zgodzić się na to, że internet gwarantuje wszystkim wolny dostęp do kultury. Pomijam kwestię wolności wypowiedzi w sieci, bo to całkowicie odrębne zagadnienie. Chodzi jedynie o to, czy wirtualna chmura ma być biblioteką, z której każdy może korzystać, a wziąwszy owoc czyjegoś talentu i umiejętności, kopiować go i przetwarzać do woli.

Oczywiście nierealna i bezsensowna byłaby propozycja, by każdy właściciel smartfona płacił cokolwiek za wysłuchanie utworu muzycznego. Opłatą reprograficzną, jak wiadomo, obciążeni są producenci sprzętu, redystrybucją zaś zebranych w ten sposób pieniędzy zajmują się organizacje broniące praw autorów i wykonawców, a nie zawsze robią to skutecznie. I tu wchodzimy na kolejne pole konfliktu. Żaden wytwórca nie chce takiej daniny płacić, wysuwając przy tym chwytliwy argument, że w efekcie odczuje ją klient, bo cena sprzętu musi wzrosnąć. Tego typu stwierdzenie też jest jak cukier Barei - przykrywa inny, ważniejszy problem: czy wszystkie wytwory nowoczesnej elektroniki mają nam jedynie ułatwiać codzienne funkcjonowanie, czy pełnią również funkcję kulturotwórczą?

Rozumiem sprzeciw producentów, którzy opłatę reprograficzną postrzegają jako kolejny podatek, ale nie przekonują mnie ich twierdzenia, zawarte również w opublikowanych w tym numerze # tekstach, że przecież oni i tak łożą na kulturę, fundując stypendia, sponsorując premiery i koncerty. Dostrzegam w tym jedynie ironię historii, która - obym się mylił - chce zatoczyć koło. Przez stulecia kompozytorzy i muzycy byli skazani na łaskę kapryśnych często mecenasów i długo walczyli o ochronę swoich praw. Zatem czy obecnie, w czasach powszechnych w muzyce i w całej sztuce zapożyczeń, przetworzeń, remiksów, znów mają liczyć głównie na życzliwość sponsorów?

Nie do mnie ani do zespołu redagującego # należy znalezienie rozwiązania w sprawie opłat reprograficznych. Wiemy jednak, że wymaga to odważnych i nowatorskich decyzji, których od wielu lat kolejne władze nie potrafią wypracować. A skoro temat zacząłem od filmu, to również filmem zakończę. Do kina trafiła teraz Sound of Metal, opowieść o muzyku, który stracił słuch. Nie jest to historia Beethovena, lecz perkusisty zespołu heavymetalowego, gatunek muzyki uprawianej przez bohatera filmu nie jest wszakże istotny. Podjąwszy terapię, zrozumiał, że istnieje również świat bez dźwięku, który może, o dziwo, wzbogacić wewnętrznie człowieka. A jednak cały czas wiedział, że nic nie zastąpi muzyki. Bez niej życie traci sens. Pamiętajmy o tym.

Cytat numeru:

Fakt, że TANTIEMY są dla twórców regularnym i stałym źródłem dochodu, ma niebagatelne znaczenie dla KULTURY, a pośrednio dla całej DEMOKRACJI

--Adam Czech

AKTUALNOŚCI

Najpiękniejsza ze wszystkich jest muzyka polska

Aleksander Przybylski

Ten cokolwiek apodyktyczny tytuł nosi popularyzatorska książka Józefa Reissa. Jakże zdumiony byłby zacny muzykolog, gdyby ktoś powiedział mu, że Gaude Mater Polonia nie jest polskim utworem. Za to Czarodziejski flet Mozarta i owszem, pod warunkiem, że śpiewany w przekładzie Bogusławskiego.

Niedawno liczne redakcje zafundowały swym odbiorcom jednodniowy medialny blackout. Była to reakcja na stworzony w Ministerstwie Finansów pomysł opłat od reklam. Mniej uwagi opinia publiczna poświęca planowanym przy okazji zmianom w artykule 15 ustawy o radiofonii i telewizji. Dotyczą one udziału utworów słowno-muzycznych w języku polskim w ofercie rozgłośni radiowych. Wskaźnik, zwany też kwotą polską, miałby zostać podniesiony z 33 do 49 procent. Pierwotnie wprowadzono go w 2000 roku, za czym optowali artyści grający szeroko pojęty pop i rock. Zależało im na przychodach z tantiem, ale też na promowaniu rodzimej twórczości. Podobne rozwiązanie stosowane jest między innymi we Francji, w Niemczech i Czechach. Radiowcy na kwoty narzekali, upychali polski repertuar w nocnych audycjach (co ukróciły kolejne poprawki), ale z obowiązku się wywiązywali. Wynika to ze sprawozdań nadsyłanych do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Uśredniając, z piosenek emitowanych w ciągu ostatnich siedmiu lat przez rozgłośnie prywatne i publiczne nieco ponad 40 procent stanowiły utwory polskie. A raczej z polskim tekstem.

"Kwalifikacja prawna jest kuriozalna - mówiła Małgorzata Małaszko-Stasiewicz, dyrektor Radiowej Dwójki podczas IV Konwencji Muzyki Polskiej. - Ona odnosi się do sfery językowej. Przyjmując literalne zapisy ustawy, musimy uznać, że Polskie Requiem Krzysztofa Pendereckiego nie jest utworem polskim, bo prawie w całości zostało napisane do łacińskiego tekstu. Niekwalifikowanie kompozytora czy wykonawcy zaciemnia obraz. Nie oddaje sprawiedliwości temu, jak dbamy na antenie Dwójki o to, co jest polskim dziedzictwem".

W uzasadnieniach artykułu 15 i wypowiedziach polityków wyrażone jest przekonanie, że obligatoryjne kwoty służą promowaniu polskiej kultury i polskiej twórczości muzycznej. Niestety pisząc ustawę, nie zawracano sobie głowy muzyką instrumentalną, bo ta w idiomie rockowo-popowym występuje śladowo. Podobnie jak faktem, że polski kompozytor może tworzyć do niepolskiego tekstu, co zdarzało się nie tylko Gomółce i Wacławowi z Szamotuł, ale i Mykietynowi czy wspomnianemu Pendereckiemu. Albo że polski tekst można przełożyć. W tym sensie nagranie włoskiej wersji Halki pod Fabiem Biondim nie mogło być rozliczone jako utwór słowno-muzyczny w języku polskim. A przecież to nie tylko dowód na uniwersalny charakter twórczości Moniuszki i Wolskiego, lecz także piękny wkład w promocję polskiej opery na świecie.

Gdyby kwoty zostały podwyższone do niemal połowy, to w kropce znajdą się przede wszystkim rozgłośnie komercyjne. Polski repertuar na rynku wprawdzie jest, ale niekoniecznie taki, którego pragną odbiorcy. Właściciele stacji radiowych boją się, że bombardowani niechcianymi polskimi piosenkami przeniosą się oni na platformy, takie jak Spotify, a za nimi podążą pieniądze reklamodawców. Brakujące 7 procent można by stosunkowo łatwo wypełnić polskim hip-hopem, którego łakną młodsi słuchacze. Ale ekspresyjna polszczyzna raperów nie nadaje się do emitowania przed północą. Jak na ironię radiostacje nadające muzykę dyskotekową w coraz większym stopniu mają ten sam problem, który ma nobliwa Dwójka. Artyści muzyki pop, rocka czy dance także nagrywają piosenki w języku angielskim. Również po to, by słuchano ich za granicą, co można uznać za korzystne dla polskiej kultury.

W praktyce Dwójka czy RMF Classic nie mają problemu z wypełnieniem kwot. Rozporządzenie Krajowej Rady pozwala na ulgowe traktowanie stacji wypełniających przynajmniej 75 procent czasu antenowego jazzem i muzyką poważną. W ich przypadku kwoty polskie są obniżone do 11 i 7 procent. Dochodzi jednak do absurdalnych i męczących sytuacji, gdy trzeba udowodniać, że nie jest się wielbłądem. Tak było na przykład w 2010 roku podczas Konkursu Chopinowskiego, gdy przez bite trzy tygodnie Dwójka transmitowała zmagania młodych pianistów. Pozostały czas antenowy w niedostatecznym stopniu wypełniła "utworami słowno-muzycznymi w języku polskim". W efekcie od rozgłośni zażądano wyjaśnień, dlaczego nie przestrzega się zapisów ustawy i w domyśle niedostatecznie dba o polską twórczość. Przedstawiciele KRRiTV wytłumaczenie przyjęli, ale sama konieczność produkowania dokumentów w tej sprawie jest z ducha kafkowska. O rozszerzenie kryterium polskości o osoby wykonawców i kompozytora, a nawet kontekst, środowisko muzyczne apeluje od lat. Czasem udaje się nawet skłonić posłów do złożenia interpelacji lub projektu nowelizacji. Na razie bez skutku i zdaje się, że podobnie będzie i teraz. Ustawodawca jest zatem jak Szwejk, który w pociągu do Budziejowic obrażał pewnego łysego pana, nie wiedząc, że to generał podróżujący w cywilu. Zrugany wojak odparł, że nawet mu się nie śniło, iż na świecie istnieje coś takiego, jak łysy generał.

Chick Corea (1941-2021)

chickcorea.com, polityka.pl

Chick Corea, Festiwal Jazztopad, 16 listopada 2018 roku, NFM, Wrocław, fot. Sławek Przerwa/NFM

"Przez całe swoje życie i karierę Chick cieszył się wolnością i radością, jaką daje tworzenie czegoś nowego. Był ukochanym mężem, ojcem i dziadkiem, a także mentorem i przyjacielem dla wielu. Jego twórczość poruszyła i zainspirowała miliony ludzi na całym świecie", napisała rodzina kilka godzin po śmierci pianisty i kompozytora.

Armando Anthony Correa, znany szerzej jako Chick Corea, to jeden z pionierów fusion, ale wywarł też wielki wpływ na inne gatunki muzyczne. "Grał na fortepianie zwykłym i elektrycznym. Eksplorował wiele obszarów muzyki, od jazzu awangardowego po klasykę - jego ukochanym kompozytorem był Mozart. Ale także Béla Bartók. Niezapomniany był jeden z jego wielu koncertów warszawskich, kiedy usiadłszy do fortepianu, zaczął improwizować właśnie w stylu najbardziej eksperymentatorskich utworów Bartóka. W jego Koncercie fortepianowym, napisanym w 1999 roku i nagranym z London Philharmonic Orchestra, też na początku słychać wpływy Bartóka", napisała Dorota Szwarcman.

Zadebiutował w 1968 roku albumem Tones For Joan's Bones i w tym samym roku zastąpił Herbiego Hancocka w zespole Milesa Davisa. W 1969 roku nagrał z Davisem album Bitches Brew. W 1971 roku album otrzymał nagrodę Grammy w kategorii Best Large Jazz Ensemble Album. "Gdyby nie Miles Davies, nigdy bym nie nagrał tych wszystkich płyt i nie osiągnął takiej pozycji. On nie znał słowa kompromis, nigdy nie pytał nikogo o zgodę, czy może coś zagrać, czy nie, tylko robił swoje. Koniec lat sześćdziesiątych, kiedy dołączyłem do jego zespołu, był niezwykle gorący i pełen zmian. Młodzi domagali się swoich praw, walczyli o wolność, a Miles realizował te ideały w swojej muzyce. Nigdy nikogo nie pouczał, jak ma grać, tylko dawał pełną swobodę wykonania", wspominał Corea w wywiadzie, którego udzielił "Dziennikowi" podczas pobytu w Warszawie w 2007 roku. W Polsce pojawił się kilkakrotnie. Szczególny był jego pierwszy występ: 15 maja 1980 roku, po koncercie w Zabrzu, duet Chick Corea i Gary Burton gościł w katowickiej Akademii Muzycznej, gdzie spontanicznie zagrał z big-bandem (założonym i prowadzonym przez Andrzeja Zubka). W 2017 roku wystąpił w katowickiej sali koncertowej NOSPR. Wraz z gwiazdą światowego kontrabasu Eddiem Gomezem, perkusistą Brianem Blade'em, w towarzystwie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod batutą Alexandra Humali, oczarował publiczność od pierwszej minuty koncertu. Sam Corea na swoim profilu na Facebooku nazwał później ten występ "magicznym". "Moją misją zawsze było niesienie radości grania wszędzie tam, gdzie tylko mogłem dotrzeć. Udawało mi się ją realizować z artystami, których zawsze podziwiałem. I to właśnie stanowiło największe bogactwo mojego życia", powiedział w jednym z wywiadów.

Chick Corea zmarł z powodu niedawno zdiagnozowanej choroby nowotworowej. Miał 79 lat.

--MAK

Kultura tonie w długach

pap.pl

Nieuregulowane zobowiązania firm z branży kultury i rozrywki wzrosły w 2020 roku z 27 mln do 35 mln zł, czyli o 29 procent w stosunku do roku poprzedniego, wynika z danych rejestru dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. Według rejestru liczba firm z problemami w rozliczeniach z bankami i dostawcami wzrosła w minionym roku z 875 do 981. "W jak trudnej rzeczywistości zmuszony jest funkcjonować świat kultury i rozrywki, najlepiej pokazuje fakt, że w tym samym czasie przeterminowane zobowiązania ogółu przedsiębiorstw podwyższyły się o 4 procent", wskazał w rozmowie z PAP prezes BIG InfoMonitor Sławomir Grzelczak. Oprócz kin w największym stopniu ucierpieli w 2020 roku pisarze, rzeźbiarze, malarze, niezależni dziennikarze czy rysownicy. Ich przeterminowane zobowiązania zwiększyły się o dwie trzecie, do 9 milionów złotych. Długi artystów, aktorów, muzyków, zespołów muzycznych, tancerzy, piosenkarzy, lektorów i prezenterów urosły w ciągu roku o jedną czwartą, do 17,5 miliona złotych. Z kolei reżyserów, producentów, scenografów, projektantów i wykonawców teatralnych dekoracji scenicznych, maszynistów sceny oraz specjalistów od oświetlenia i producentów przedstawień artystycznych - o jedną szóstą, do 6,2 miliona złotych. Z badania Maison & Partners dla rejestru dłużników BIG InfoMonitor wynika, że związane z pandemią obostrzenia w dostępie do różnego rodzaju usług i rozrywek, między innymi do placówek kulturalnych, dokuczyły co czwartej osobie w Polsce (24 procent), niezależnie od płci czy wieku. Na liście kilkunastu największych frustracji gnębiących rodaków zostały wymienione na piątym miejscu.

Od 12 lutego wznowiły działalność kina, teatry, filharmonie i opery. Warunkiem uruchomienia placówek są sprzedaż biletów na połowę dostępnych miejsc, zasłanianie przez widzów nosa i ust oraz niesprzedawanie przekąsek i napojów. Odmrożenie kultury ma charakter testowy i może zakończyć się już w ten weekend, jeśli krzywa zakażeń wyraźnie wzrośnie --MAK

Culture-exit

"Gramophone"

Simon Rattle, fot. Monika Rittershaus/emiclassics

Brytyjscy muzycy podpisują list otwarty wzywający rząd do renegocjacji unijnych przepisów dotyczących pozwoleń na pracę. Pod listem podpisali się najważniejsi brytyjscy artyści i przedstawiciele organizacji muzycznych z sektorów pop, rock i muzyki klasycznej. Są wśród nich między innymi sir Simon Rattle, dame Sarah Connolly, sir George Benjamin, sir Harrison Birtwistle, Nicola Benedetti, Steven Isserlis, Stephen Hough, Alison Balsom, Iestyn Davies, Barbara Hannigan, Mahan Esfahani, Paul McCreesh i Stuart Skelton. Artyści przyznają wprost, że "rząd haniebnie ich zawiódł". W liście czytamy, że dodatkowe regulacje spowodowane wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, takie jak różne wymagania w państwach członkowskich UE dotyczące pozwoleń na pracę, "sprawią, że wiele tras koncertowych stanie się nieopłacalnych, szczególnie dla młodych muzyków, którzy już teraz walczą o to, by utrzymać głowę nad wodą ze względu na covidowy zakaz dotyczący grania muzyki na żywo". Sygnatariusze listu wzywają rząd, by wynegocjował "wolne od biurokratycznych przeszkód podróże po Europie dla brytyjskich artystów". Muzycy apelują także do Unii Europejskiej o "równe traktowanie". Wielka Brytania nie wymaga bowiem, aby artyści z UE mieli pozwolenia na pracę do 30 dni. Tymczasem w UE trzeba poruszać się w gąszczu rozmaitych przepisów: jedne państwa członkowskie zezwalają na dłuższe okresy bez zezwoleń, a inne w ogóle takich zezwoleń nie wymagają. Są jednak takie kraje, w których zezwolenia są niezbędne.

Tymczasem Incorporated Society of Musicians ponownie wezwało rząd Wielkiej Brytanii do "negocjowania wzajemnej umowy z UE, która pozwala brytyjskim wykonawcom na podjęcie płatnej pracy do 90 dni we wszystkich krajach Unii, a także, aby takie same przepisy obowiązywały dla wykonawców z państw UE pracujących w Wielkiej Brytanii". "Międzynarodowe trasy koncertowe są znaczącym źródłem dochodów wielu muzyków, a 44 procent artystów przed pandemią zarabiało nawet połowę swoich pieniędzy w UE", stwierdziła prezeska ISM, Deborah Annetts. --MD, MAK

Wielka sława to żart

orfeo.com.pl

Festiwal im. Bogusława Kaczyńskiego w Białej Podlaskiej będzie imprezą cykliczną. Miejsce jest oczywiście nieprzypadkowe. Bogusław Kaczyński urodził się w Białej Podlaskiej i tam skończył liceum. Był też honorowym obywatelem miasta. Od 2021 roku festiwal muzyczny skupiający się na operetce ma obejmować dwa weekendy września. Prezydent Białej Podlaskiej Michał Litwiniuk oraz dyrektor Bialskiego Centrum Kultury Zbigniew Kapela 10 lutego podpisali w Warszawie porozumienie w tej sprawie z reprezentującymi Fundację Orfeo im. Bogusława Kaczyńskiego przewodniczącym Rady Zbigniewem Napierałą i dyrektor Zarządu Anną Habrewicz. "Poszerzamy format festiwalu im. Bogusława Kaczyńskiego. Przez kolejne trzy lata wspólnie z Fundacją Orfeo, stworzoną przez przyjaciół wspaniałego bialczanina, będziemy organizować to wielkie muzyczne święto Białej Podlaskiej, która jest dumna z Bogusława Kaczyńskiego i chce kultywować pamięć o znawcy i popularyzatorze muzyki, koneserze sztuki, mistrzu słowa", podkreśla prezydent Michał Litwiniuk i dodaje: "Festiwal im. Bogusława Kaczyńskiego to już znak firmowy naszego miasta. Mamy nadzieję, że pandemia nie przeszkodzi nam w realizacji tych artystycznych planów". W tym roku na festiwalu planowane są między innymi spektakl muzyczny Ordonka o karierze Hanki Ordonówny, z gwiazdą musicalową Marią Meyer, a także monodram Być jak Charlie Chaplin, z udziałem aktora Teatru Muzycznego w Gdyni Mateusza Deskiewicza. Odbędzie się również premiera spektaklu Wielka sława Bogusława w reżyserii dyrektora artystycznego festiwalu Krzysztofa Korwina-Piotrowskiego. Jest to opowieść o Bogusławie Kaczyńskim - prawdziwej gwieździe telewizji, popularyzatorze muzyki, wieloletnim dyrektorze festiwali muzycznych w Krynicy-Zdroju i Łańcucie, i dyrektorze Teatru Muzycznego Roma. Krzysztof Korwin-Piotrowski zamierza również organizować w Białej Podlaskiej przy okazji Festiwalu spotkania z artystami sceny i estrady, ze słynnymi aktorami, śpiewakami i piosenkarzami, aby publiczność mogła bliżej poznać gwiazdy znane z telewizji.

Od maja ubiegłego roku w parku Radziwiłłów w Białej Podlaskiej stoi pomnik Bogusława Kaczyńskiego. --MAK

Papież i cisza

diapasonmag.fr

Papież wspiera muzyków dotkniętych pandemią. Watykan ogłosił przesłanie Franciszka na temat muzyki "w czasach zarazy". Cisza, jakiej doświadcza świat dotknięty kryzysem zdrowotnym, może być przestrzenią "pustą" lub "nasłuchującą". Papież mierzy się z tą podwójną rzeczywistością, zastanawiając się nad "mocą muzyki" i pieśni. Swoje rozważania zawarł w przesłaniu wideo, które przygotował na otwarcie międzynarodowej konferencji muzycznej, zorganizowanej przez Papieską Radę ds. Kultury, informuje diapasonmag.fr. Papież zwraca uwagę, że "Biblia zainspirowała niezliczone utwory muzyczne, w tym takie, które są fundamentalne w historii muzyki. Działo się to na różnych kontynentach, nie tylko w przeszłości, ale także w czasach współczesnych". Jednocześnie Franciszek skorzystał z okazji, by skierować słowa solidarności, wsparcia i otuchy do muzyków, którzy bezpośrednio doświadczają skutków pandemii. Papież zauważył, że życie i kariery wielu z nich wywrócono do góry nogami z powodu konieczności zachowania dystansu. Zakończył swoje przesłanie słowami: "Czy cisza, w której żyjemy, jest pustką, czy też przestrzenią słuchania? Czy pozwolimy później na pojawienie się nowej pieśni? Nowa sytuacja zachęca nas do podjęcia wspólnej podróży, ponieważ jedność serc pogłębia jedność głosów. Głosy, instrumenty muzyczne i kompozycje nadal wyrażają harmonię Boga, prowadzącą bezpośrednio do "symfonii", czyli powszechnego braterstwa". --MD, MAK

Polonezem do UNESCO

cracoviadanza.pl

Ponad pięć tysięcy - tyle podpisów w połowie lutego pojawiło się pod listem poparcia dla wpisania poloneza na listę reprezentatywną niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wniosek pod koniec marca podpisze minister kultury, a potem dokumenty rządowe trafią do Komisji UNESCO. Sama procedura wpisu może potrwać nawet rok. Polonez pojawił się już raz na krajowej liście UNESCO w 2015 roku. Był jednak tylko jednym z wielu tańców narodowych, które na nią razem trafiły. Dopiero odrębne wpisanie poloneza na listę krajową otworzyło najważniejszemu tańcowi narodowemu szansę na znalezienie się na liście reprezentatywnej. Romana Agnel, dyrektor Baletu Cracovia Danza, została wybrana jednogłośnie przez przedstawicieli środowiska tanecznego reprezentantką depozytariuszy poloneza. "Musimy zbierać i w pewnym sensie koordynować wszystkie wydarzenia, które już istnieją. A jest ich bardzo dużo, bo w każdym mieście, w każdym miejscu w Polsce polonez istnieje bardzo aktywnie. Są różne praktyki poloneza na uroczystościach miejskich, jest on obecny na różnych wydarzeniach. Naszych zadaniem jest teraz to wszystko zbadać, udokumentować i przedstawić w naszym wpisie, a także - przede wszystkim - promować poloneza", wyjaśniła Agnel dziennikarzom. Mimo że akcja jest ogólnopolska, ważne miejsce we wpisie poloneza odegra Kraków, gdzie taniec ten jest częścią wielu imprez. Wystarczy wspomnieć choćby zapalanie świateł na choince w Rynku, Festiwal Szkockiej Kraty, podczas którego odtańczony został na Rynku Głównym przez wiele par, czy reklamówkę miasta, która jest zarejestrowanym flashmobem z polonezem w roli głównej. --MAK