AKTUALNOŚCI
Śpiewak sam tworzy swój instrument
z PIOTREM BECZAŁĄ rozmawia
Agnieszka Nowok-Zych
Fot. Karolina Sałajczyk
Agnieszka Nowok-Zych: Podczas uroczystości nadania panu tytułu doktora honoris causa katowickiej Akademii Muzycznej panowała niemal rodzinna atmosfera, ale miałam wrażenie, że gdy usiadł pan na przygotowanym, a eksponowanym miejscu, był pan naprawdę zestresowany. Czy to możliwe po występach w najważniejszych światowych teatrach?
Piotr Beczała: To była zupełnie niezwykła sytuacja. Denerwowałem się, w takiej roli nigdy wcześniej nie występowałem, do tego jeszcze ten piękny kostium... Tron przypominał mi trochę inscenizacje, w których brałem udział, czułem się jak Riccardo z Balu maskowego Verdiego. To był bardzo wzruszający wieczór, byłem zachwycony laudacją swojego profesora Jana Ballarina, wokół tyle życzliwości...
W jednym z wywiadów mówił pan, że śpiewacy idealni nie istnieją, a na ich doskonałość wpływa wiele czynników. Czego w takim razie wielkością śpiewaka nie da się usprawiedliwić?
Na takim poziomie bezsprzecznie jest to brak profesjonalizmu, jako, tak to pojmuję, szacunku do ludzi - kolegów śpiewaków, dyrygentów, muzyków orkiestrowych, obsługi technicznej czy portierów. Umiejętności wokalne są niezbędne, ale to szacunek stanowi wykładnik tego, na jakim poziomie artysta się znajduje. Obecnie musimy traktować naszą profesję inaczej niż śpiewacy sprzed 50, 60 czy 100 lat. Zmusić Beniamina Gigliego lub Enrica Carusa do udziału w próbie z orkiestrą o 10.30? Nie do wyobrażenia. Dziś jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale poziom profesjonalizmu musi pozostać taki sam.
W dokumencie Sportowe wyczyny śpiewaków z 2011 roku Christa Ludwig z wrodzoną sobie szczerością wyznała, że "karierę robi się głową, a nie głosem". Zgadza się pan?
Głos to oczywistość, ale jak daleko i w jakim kierunku rozwinie się w aspekcie wokalnym, w elemencie projekcji, wszystkich kwestiach technicznych, a co może i ważniejsze - w zakresie wyobraźni, myśli śpiewaczej, pomysłu na siebie, to już zdecydowanie praca głową. Śpiewak swój instrument musi najpierw sam stworzyć. Porównuję to najczęściej do sytuacji, w której skrzypek, zamiast gotowego instrumentu, dostaje drewno, owcę i konia, żeby sobie wszystko wyciosał i obrobił. Takie porównanie działa na wyobraźnię i wiele osób niezwiązanych ze śpiewem ma szansę zrozumieć, z jakim wyzwaniem każdego dnia konfrontują się studenci wokalistyki i ich pedagodzy.
W ostatnich latach sięga pan po partie dla głosów bardziej dramatycznych, jak Lohengrin czy opery werystyczne. Podkreśla pan, że należy traktować to nie jako radykalną zmianę ścieżki wokalnej, tylko jako pracę nad rozszerzaniem repertuaru. Czy jest szansa, że usłyszymy pana kiedyś w operze współczesnej?
Dzieła współczesne mają dla mnie jeden zasadniczy mankament: pisane są na mało specyficzny głos. Męski wysoki albo niski, żeński wysoki albo niski... Na moim poziomie świadomości wokalnej jest to niewystarczająco konkretne. Jeśli kompozytor nie pisze na tenor liryczny, którym władałem przez ostatnie 25 lat, czy tenor lirico spinto, mam pewien problem ze zrozumieniem struktury muzycznej, frazy układają się z mojego punktu widzenia przypadkowo... Mozart, Verdi, Puccini, Giordano pisali na konkretny, jasno określony typ głosu. Tej praktyki dzisiejsi twórcy nie kontynuują. Szanuję oczywiście ten wybór, ale dla mnie to pewien freestyle, który mi nie odpowiada.
Dwa lata temu na rynku niemieckim pojawiła się pana autobiografia. Przed panem jeszcze wiele lat artystycznej działalności, kiedy zatem artysta czuje się gotowy na autobiografię?
Zostałem do tego po części zmuszony. W wielu sytuacjach, w rozmowach z przyjaciółmi i dziennikarzami lubię korzystać z różnych metafor, przypominać sobie anegdoty, historie z przeszłości... Wiele razy zwracano mi uwagę, że mogę wszystko zapomnieć i powinienem spisać przeżycia dokumentujące mój rozwój jako śpiewaka. I tak to się właśnie skończyło. Choć właściwie raczej zaczęło: książka nosi tytuł In die Welt hinaus. Ein Opernleben in drei Akten, czyli życie operowe w trzech aktach (a są na szczęście opery, które mają ich pięć). To mój akt pierwszy, a więc zostawiłem sobie przestrzeń na dwa kolejne.
Poprowadzi pan kursy mistrzowskie ze studentami wokalistyki. Jakiej rady - z obecnym doświadczeniem, znając blaski i cienie zawodu - udzieliłby pan sobie samemu sprzed lat, śpiewakowi u progu kariery zawodowej?
Niczego bym sobie nie doradził. Jako student miałem szczęście, spotkałem wielkie osobowości, na przykład Senę Jurinac, z którą pracowałem właśnie na kursach mistrzowskich. Nie żałuję żadnego ze swoich wyborów. Myślę o tym, jak o filmach o podróżach w czasie - można przenieść się do przeszłości, ale pod warunkiem, że niczego się w niej nie zmieni. Doceniam rady osób, którym w pełni ufałem, które szanowałem. A gdybym spotkał dzisiejszego mnie w czasie swoich studiów, pewnie zadałbym sobie kilka pytań, ale na pewno byłyby one mało konkretne.
Skoro wspomniał pan o filmie, lubi pan kino?
Bardzo! Interesuje mnie wszystko, ale najbardziej odpowiada mi kinematografia francuska: zajmuje się bardziej stroną artystyczną, a mniej komercyjną. Zabawa słowem i obrazem jest w niej dużo bardziej finezyjna.
Wśród tenorów, którzy stanowią dla pana punkt artystycznego odniesienia, wymienia pan też Jana Kiepurę. Obydwaj pochodzicie z regionu śląskiego, łączą was podobny typ głosu i międzynarodowa kariera. Na rok 2024 planowany jest pełnometrażowy film o Janie Kiepurze. Kogo chciałby pan zobaczyć w głównej roli?
Pojęcia nie mam! Oczywiście musiałby to być aktor śpiewający, chociaż troszkę... Nie wiem... Może Jack Nicholson sprzed 40 lat? Nie, bez sensu... fizjonomia musiałaby być podobna. Ja oczywiście się nie podejmuję!
Publiczność na pewno byłaby zachwycona...
Na przełomie wieków XIX i XX żył wielki hiszpański tenor Julián Gayarre. Na jego temat powstały dwa filmy, każdy ze znakomitym śpiewakiem w obsadzie: jeden z Alfredem Krausem, drugi z José Carrerasem. Są kompletnie inne, ale na tym polega właśnie trudność pani pytania. W latach pięćdziesiątych na topie był Kraus, w osiemdziesiątych - Carreras. Żadne z rozwiązań nie jest optymalne. Musielibyśmy zobaczyć jakiegoś tenora w wieku 25-30 lat, który przypominałby Kiepurę. To była naprawdę wielka postać! Bardzo chętnie udzieliłbym drobnych konsultacji producentom filmu.
Kultura tonie w długach
gazetaprawna.pl, pap.pl
"Dług instytucji kultury po dwóch latach pandemii wynosi 37,6 mln złotych" - poinformowało Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor.
W opinii autorów analizy "sytuacja nie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że w dwa lata z teatrów i sal koncertowych zniknęło dwie trzecie widzów". Dodatkową przyczyną problemów "z płynnością finansową podmiotów z branży kulturalno-rozrywkowej" jest zmiana podejścia Polaków do zarządzania domowym budżetem. W roku 2020 przeciętne wydatki na kulturę wyniosły "niewiele ponad 300 zł na osobę w gospodarstwie domowym, czyli o niemal 60 zł mniej niż w 2019". "Część pieniędzy przewidzianych na rozrywkę na stałe została przesunięta na zakup dostępu do platform streamingowych i tradycyjna kultura musi dziś konkurować również z nimi" - wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Według GUS w 2020 roku, w porównaniu do 2019, liczba widzów i słuchaczy spadła aż o 68,7 procent. "W 2021 roku spektakle zgromadziły 4,7 mln widzów, zaledwie 5,4 procent więcej niż w 2020". Z danych Rejestru dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK wynika, że "już w marcu 2020 roku 910 podmiotów (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) związanych z kulturą i rozrywką miało problem ze spłacaniem zobowiązań, a ich zaległości przekraczały 30 mln zł". Rok później zadłużone były 962 podmioty na kwotę 37,5 mln zł. I to nie koniec. "Po dwóch latach od rozpoczęcia pandemii zaległości wyniosły 37,6 mln zł - miało je 1021 firm" - czytamy w analizie BIG InfoMonitor. Okres pandemii najgorzej zniosły firmy związane ze "wspomaganiem wystawiania widowisk". "Po pierwszym kwartale 2020 roku zadłużenie działalności gospodarczych prowadzonych przez scenografów, reżyserów, oświetleniowców czy projektantów dekoracji wynosiło prawie 6 mln zł. Teraz jest to o ponad połowę więcej, bo 9,2 mln zł" - wskazano. Zdaniem Sławomira Grzelczaka, "gdyby nie dofinansowanie państwa i samorządów, sytuacja mogłaby wyglądać znacznie gorzej". --MAK
Złoto dla Filharmonii
gov.pl
Filharmonia Narodowa na zakończenie jubileuszu 120-lecia otrzymała Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis.
"Uhonorowanie Filharmonii Narodowej najważniejszym odznaczeniem resortowym [...] jest wyrazem uznania dla realizacji szlachetnej misji przybliżania społeczeństwu kultury na najwyższym poziomie. [...] Już od ponad wieku instytucja ta pełni funkcję artystycznego serca stolicy, dostarczając melomanom przeżyć muzycznych najwyższej próby" - napisał wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński. Docenił także zaangażowanie dyrekcji i zespołu Filharmonii w pomoc muzykom zza wschodniej granicy. "W obecnym czasie, naznaczonym boleśnie poprzez agresję rosyjską na terytorium Ukrainy, Filharmonia ukazała pełnię swojej gościnności, podejmując zespół Kijowskiej Orkiestry Symfonicznej i umożliwiając mu przygotowanie do europejskiej trasy koncertowej". Na zamknięcie jubileuszowego sezonu zabrzmiało oratorium Sen Geroncjusza Edwarda Elgara w wykonaniu Orkiestry i Chóru Filharmonii Narodowej pod batutą Andrzeja Boreyki. --MAK
Trybuna kompozytorek
www.facebook.com/WarszawskaJesien
"Bardzo miła i krzepiąca wiadomość z Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów Europejskiej Unii Nadawców zorganizowanej w tym roku we Włoszech [...]" - napisał na Facebooku Jerzy Kornowicz, dyrektor Warszawskiej Jesieni. "Utwór Aleksandry Gryki emptyloop, zamówiony przez Warszawską Jesień i wykonany na festiwalu w zeszłym roku przez Jack Quartet, znalazł się w grupie 10 utworów rekomendowanych do nadania przez światowe stacje radiowe, zaś utwór Moniki Szpyrki Part Among Parts, podobnie zamówiony przez festiwal i też w zeszłym roku prawykonany przez orkiestrę EWCM pod dyrekcją Rüdigera Bohna, spotkał się z tak zwaną Selekcją - najwyższym wskazaniem w kategorii młodych kompozytorów. To oznacza kilkadziesiąt prezentacji tych utworów w Europie i na całym świecie. Ponadto Monika Szpyrka otrzymała nagrodę w postaci zamówienia kompozytorskiego z Portugalii" - czytamy. "Gratuluję wspaniałym kompozytorkom, znakomitej redaktor Joannie Grotkowskiej, Polskiemu Radiu, które było współorganizatorem Warszawskiej Jesieni, wykonawcom utworów i - to musi tu paść - samemu Festiwalowi. Widać, jaki ma sens wspólna praca z utalentowanymi i kompetentnymi ludźmi" - pisze Kornowicz. --MAK
Małżeństwo nie zagra kochanków
connessiallopera.it, wyborcza.pl
Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna zerwali kontrakt z Gran Teatre del Liceu w Barcelonie na udział w inscenizacji Toski Giacoma Pucciniego w reżyserii Rafaela R. Villalobosa. Przedstawienie, którego premierę zaplanowano na styczeń 2023, jest koprodukcją z Théâtre Royal de la Monnaie w Brukseli, Teatro de la Maestranza Sevilla oraz Opéra Orchestre National Montpellier. W Montpellier w roli Toski występuje Ewa Vesin. Spektakl jest inspirowany postacią i twórczością Piera Paola Pasoliniego i nawiązuje do jego filmu Sal?, czyli 120 dni Sodomy. Jak podaje barceloński teatr: "Inscenizacja podkreśla polityczną, moralną i społeczną presję, która ciąży na publiczności, podobną do presji, której doświadczał Pasolini".
"Bardzo mnie denerwuje zaistniała sytuacja. Gdy trzy lata temu, po naszych Pajacach w Barcelonie, dostaliśmy propozycję Toski, nie było mowy o tym, że to będzie nowa inscenizacja. Dowiedzieliśmy się o tym po ogłoszeniu sezonu artystycznego 2022/2023. Oraz z Facebooka, gdzie nasi fani napisali: "Nie wierzymy, że Aleksandra i Roberto wystąpią w czymś takim" - mówiła Kurzak w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej". - Po czym znalazłam link z nagraniem tej inscenizacji z Brukseli. Po tym, co zobaczyłam, wiedziałam już, że w tym czymś nie wystąpię. Mimo że przez trzy lata miałam zarezerwowany ten termin w kalendarzu". "Podpisaliśmy z Aleksandrą kontrakty na poprzednią produkcję Toski i tuż potem dowiedzieliśmy się o zmianie inscenizacji" - tłumaczył Alagna w rozmowie z "Connessi all'Opera".
Dyrektor opery La Monnaie w Brukseli Peter de Caluwe sugerował na Facebooku, że małżeństwo porzuciło Toskę Villalobosa, ponieważ Alagna zaangażował się do roli tytułowej w musicalu o Alu Capone. Premiera odbędzie się w Paryżu mniej więcej w tym samym czasie, co barcelońska Tosca. Żartował też, że Alagna nie chce brać udziału w Tosce ze względu na pokazaną w niej przemoc i nagość, a bierze udział w musicalu o gangsterze, gdzie też pokazuje się nagość, tyle że kobiecą, nie męską. --MAK, MC
Paweł Mykietyn w Cannes
pap.pl, "The Guardian", wyborcza.pl
Reżyser Jerzy Skolimowski i kompozytor Paweł Mykietyn wyjechali z Cannes z nagrodami jubileuszowego 75 Festiwalu Filmowego.
Najnowszy film Skolimowskiego Io zdobył Nagrodę Jury (ex aequo z włoskojęzycznym The Eight Mountains), a reżyser był także nominowany do canneńskiej Złotej Palmy. Jednocześnie prestiżową Cannes Soundtrack Award za ścieżkę dźwiękową do Io otrzymał Paweł Mykietyn. Kompozytor kilkakrotnie współpracował już ze Skolimowskim. Jest autorem muzyki między innymi do Essential Killing (w 2012 dostał za to Prix France Musique Sacem) i 11 minut. Twórczość teatralna i filmowa zajmuje szczególne miejsce w dorobku Mykietyna, który od lat pracuje na stanowisku kierownika muzycznego Nowego Teatru w Warszawie, a w latach 1997-2001 był kierownikiem muzycznym w stołecznym Teatrze Studio. Jonathan Romney na łamach "Screen Daily" zauważa, że ekspresja emocjonalna Io poszerza się dzięki nagraniom oddechu i ryku zwierzęcia oraz przez "hiperdramatyczną, nowatorską fakturalnie, neomodernistyczną partyturę Pawła Mykietyna". Film zachwycił publiczność Festiwalu w Cannes. To historia osła, którego oczami widzowie obserwują świat. "Z tej perspektywy sprawy, które nas na co dzień pochłaniają, wydają się błahe, pozorne, udawane. Celowo w moim filmie epizody z ludzkimi bohaterami są tak krótkie. Nasze dramaty można opowiedzieć w kilku słowach. Na życie osła potrzebny jest cały pełnometrażowy film" - tłumaczył Jerzy Skolimowski w wyborczej.pl. --MAK, MC
POLAK HONORIS CAUSA Kai Bumann (1961?2022)
Maria Sławek
Poznałam Kaia, będąc jeszcze dzieckiem. Na początku lat dziewięćdziesiątych, po wygranym konkursie w Genewie, zaczął coraz częściej dyrygować w Polsce.
Od 1996 roku był pierwszym gościnnym dyrygentem Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, w której gra moja mama. Bardzo szybko zjednał sobie sympatię wielu muzyków z orkiestry, a z moimi rodzicami połączyła go długoletnia i głęboka przyjaźń. Pamiętam ich fascynację pomysłami repertuarowymi Kaia, jego wielką wrażliwością, niezwykłą kulturą osobistą i szacunkiem do osób, z którymi pracował. Zachwycił moich rodziców wykonaniem Pasji wg św. Łukasza Krzysztofa Pendereckiego - do roli Ewangelisty Kai zaprosił ks. Józefa Tischnera, postać niezwykle dla niego ważną. Zdjęcie z tego spotkania do dziś stoi na półce w moim rodzinnym domu.
W kolejnych latach regularnie pojawiał się w Polsce, coraz lepiej radził sobie z językiem i coraz wyraźniej dawało się odczuć, że fascynują go polska literatura, poezja, sztuka. Ogromny w tym udział miała jego żona - Anna Techmańska, rodowita krakowianka, skrzypaczka, blisko związana ze środowiskiem pisarzy, poetów, artystów. Kai poznawał wiersze swoich ukochanych literatów, Czesława Miłosza i Adama Zagajewskiego, początkowo w tłumaczeniu na niemiecki - bardzo szybko jednak opanował język polski w tak zdumiewającym stopniu, że był w stanie czytać nawet najtrudniejsze ich teksty. Literatura była dla niego ogromnie istotna i stanowiła podstawę budowania programów koncertowych, a także nowatorskich wydarzeń, które odbywały się w Filharmonii Bałtyckiej już po objęciu przez niego stanowiska dyrektora artystycznego. Kai głęboko wierzył w to, że bycie muzykiem to coś więcej niż sprawne przebieranie palcami czy wyraziste machanie batutą (na artystów skupionych wyłącznie na takich kwestiach miał określenie: "Fachidiot"). W jednym z wywiadów, na pytanie, co jest podstawowym obowiązkiem inteligenta, odpowiedział: "Trzeba dużo czytać".
W Gdańsku udało mu się stworzyć miejsce, w którym odbywały się niezwykłe przedsięwzięcia artystyczne: to właśnie tam w setną rocznicę urodzin noblisty zaprezentowany został autorski cykl literacko-muzyczny "Wiek Miłosza", w którym wzięli udział wybitni polscy pisarze, poeci, aktorzy i muzycy. Za organizację tego wydarzenia oraz innego cyklu, "Poezja na Ołowiance", Kai otrzymał prestiżową nagrodę Splendor Gedanensis za rok 2011.
Także w Gdańsku przygotował z orkiestrą dziewięć symfonii Gustava Mahlera, zorganizował wystawy dzieł wybitnych rzeźbiarzy: Stanisława Cukiera i Stanisława Bryndala.
Ten model działalności powtórzył w Bydgoszczy po objęciu stanowiska dyrektora artystycznego Filharmonii Pomorskiej. Pieczołowicie skomponowane programy koncertów, ambitne projekty, które łączyły różne dziedziny sztuki - Kai buntował się przeciwko szybkim, uproszczonym rozwiązaniom, uważał, że przygotowanie utworu wymaga pogłębionej pracy, wniknięcia w jego istotę, poświęcenia czasu. Pracował wolno, w skupieniu, szukając szerszej perspektywy, kontekstu. Kiedy z przyjaciela rodziców zmienił się w mojego przyjaciela, zaczęliśmy także razem występować. Dzięki Kaiowi odważyłam się zagrać kilka utworów, o których myślałam, że są daleko poza moim zasięgiem.
W słynnej krakowskiej kawiarni Camelot Kai miał swój "stolik za szafą" - nie potrafię zliczyć naszych spotkań w tym miejscu. Kiedy przeprowadził się na Podgórze i na stałe związał z Krakowem, zaczął być także częstym gościem cyklicznych spotkań krakowskich intelektualistów w siedzibie Wydawnictwa Austeria. Czuł się z tego powodu bardzo szczęśliwy i dumny - widziałam, że znalazł swoje miejsce, swoich ludzi i język. Przez wielu był nazywany "Polakiem honoris causa", z czego się bardzo cieszył.
W ukochanej Łopusznej, rodzinnej miejscowości Józefa Tischnera, do której przez lata jeździł na wakacje, udało mu się kilka lat temu wybudować dom. Znalazł tam swoją spokojną przystań, uwielbiał pracować przy biurku z widokiem na Gorce. W Łopusznej zorganizował też cykl letnich spotkań wokół poezji i muzyki. Pamiętam, jak pieczołowicie dobierał wiersze do wybranych fragmentów sonat, partit i suit, jak dbał o całość narracji i jej głęboki, duchowy wymiar. Bardzo zależało mu, żeby poezja i muzyka trafiły też do ludzi, którzy byli jego sąsiadami, nie chciał koncentrować się jedynie na pracy w dużych miastach.
Między Łopuszną, gdzie ostatnio spędzał najwięcej czasu, Krakowem a Gdańskiem, gdzie uczył młodych dyrygentów w Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki, bardzo lubił też jeździć do Szwajcarii - od 1998 roku dyrygował tamtejszą orkiestrą młodzieżową Schweizer Jugend-Sinfonie-Orchester. Ostatni koncert poprowadził właśnie z nimi, 20 maja. Wrócił do Łopusznej, chciał spędzić trochę czasu ze swoją partnerką Sylwią i córką Constanze.
Umarł nagle, nad ranem 2 czerwca; 7 czerwca został pożegnany przez rodzinę i przyjaciół właśnie tam, w swoim ukochanym, cichym i pięknym miejscu.