#9 2023 rok LXVII
Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku
Redaktor naczelny
Daniel Cichy
Redaktor prowadzącyDaniel Cichy
Sekretarz redakcji
Maciej Kucharski
maciej_kucharski@pwm.com.pl
Zastępca redaktora naczelnego, festiwale
Krzysztof Stefański
krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka dawna
Karolina Kolinek-Siechowicz
karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka współczesna
Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl
Wydawnictwa
Michał Mendyk
michal_mendyk@pwm.com.pl
Teatr muzyczny
Jacek Marczyński
Redaktor senior
Józef Kański
Sekretariat
Katarzyna Dubiel
redakcja@ruchmuzyczny.pl
Dyrektor artystyczny
projekt graficzny
Marek Knap
marek.knap@asp.waw.pl
Studio graficzne
Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)
Redakcja i korekta
Maria Konopka-Wichrowska
Internet
Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl
Wydawca
Polskie Wydawnictwo Muzyczne
al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków
Oddział w Warszawie
ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa
pwm@pwm.com.pl
Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.
Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Redakcja czynna od godz. 10.00 do 15.00
Adres
ul. Fredry 8, 00-097 Warszawa
tel.: +48 885 860 332
email: redakcja@ruchmuzyczny.pl
www.ruchmuzyczny.pl
ruchmuzyczny
ruchmuzyczny
Ruch Muzyczny
"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych
informacje na www.defacto.org.pl
Ikonki: www.flaticon.com/freepick
Na okładce: Dean Larson Portret Garricka Ohlssona
Na okładce: Milan Adamčiak Invenzione I, tusz na papierze, 1964, fot. dzięki uprzejmości artandconcept gallery
NIEBEZPIECZNE ZWIĄZKI?
Daniel Cichy
Bartek Barczyk/PWM
Co rusz środowiskiem kultury wstrząsa wiadomość o odwołaniu dyrektora tej czy innej instytucji. Media karmią odbiorców kolejnymi odsłonami "skandalu", anonimowe źródła donoszą o "rażących nieprawidłowościach", politycy różnych szczebli komentują pokontrolne raporty, a strony sporu wymieniają się pismami. Publiczność zaś, miast doświadczać artystycznych doznań, bierze udział w spektaklu, na który nie kupowała biletu.
Zazwyczaj jednym z bohaterów dyrektorskich roszad są organizacje związkowe. W zależności od sytuacji przedstawiciele pracowników nierzadko prowokują zmiany, biorą w nich udział, starając się przy okazji załatwić kilka interesów. Przykładów takich działań w ostatnich latach jest sporo, dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się sprawie bliżej, zadać pytania o rolę związków w funkcjonowaniu instytucji kultury i o zakres ich odpowiedzialności, przypomnieć uwarunkowania prawne, wreszcie podpatrzeć, jak działają i czym się zajmują organizacje związkowe w Europie.
Lektura tekstów przygotowanych przez zaproszonych przez redakcję # specjalistów nie napawa jednak optymizmem, a stawiane diagnozy są niepokojące. Bo jak inaczej odczytać smutną obserwację autorów, że w relacje między dyrekcją a organizacjami związkowymi wpisany jest konflikt. Być może takie ułożenie stosunków pracodawca-pracownik wynika z historycznych zaszłości, rozmaitych osobistych doświadczeń członków zespołów, złych praktyk kadry zarządzającej i naginania przez dyrektorów przepisów, ale gorzko brzmi konstatacja jednego z byłych dyrektorów filharmonii, że "w Polsce nie ceni się prawa, dialogu i kompromisu jako dróg dojścia do porozumienia".
Innym problemem jest doraźność postulatów organizacji związkowych i - na co zwracają uwagę sami działacze - konieczność "gaszenia pożarów". Koncentracja na tu i teraz, artykułowanie głównie kwestii finansowych, wycinkowe spojrzenie na skomplikowaną rzeczywistość funkcjonowania instytucji kultury, mogą wskazywać na brak zainteresowania długofalowym rozwojem miejsca pracy, budowaniem jego pozycji artystycznej i ekonomicznej, wzrostem znaczenia w środowisku. W dodatku, co pokazuje zaangażowanie związkowców w dyrektorskie przewroty - przedstawiciele pracowników chcą mieć wpływ na wybór dyrektora, a nawet decydować o linii artystycznej, co jednak wykracza poza ich odpowiedzialność.
Tu dochodzimy do sprawy trzeciej, być może fundamentalnej. Byłoby wspaniale, gdyby w instytucjach panowała równowaga między wizją dyrekcji a przekonaniem tych, którzy te pomysły wprowadzają w życie. Byłoby idealnie, gdyby wspólny cel członków filharmonicznej czy operowej wspólnoty realizował się w partycypacyjnym modelu zarządzania. Tyle tylko, że w Polsce jest to niemożliwe. Z dwóch powodów. Pierwszym jest system prawny, w którym jedynym odpowiedzialnym za instytucję w sferach organizacyjnej, finansowej i programowej jest dyrektor. Nie działacz związkowy czy przedstawiciel rady pracowników. Drugim powodem jesteśmy my sami. Przykłady ostatnich lat pokazują, że jeszcze nie dojrzeliśmy do myślenia o instytucji kultury jako dobru wspólnym, na które pracują w równym stopniu pracownicy i dyrekcja. Wpływ na taki stan rzeczy mają też przeobrażenia rynku zatrudnienia, zmieniający się profil pracownika, etos pracy młodszego pokolenia, ale i hiobowe wieści o kiepskiej kondycji finansowej filarów europejskiej kultury muzycznej.
Czy zatem konflikt jest nieunikniony? Czy wadliwy system można naprawić? Obie strony deklarują gotowość do rozmów. Pozostaje więc zmierzać do grande finale małymi krokami, nuta po nucie, akord po akordzie, takt po takcie...
Cytat numeru:
Stworzenie JEDNEGO SYSTEMU organizacji pracy i wynagradzania dla WSZYSTKICH muzyków będzie zadaniem niezwykle trudnym
--Ewa Djaczenko
Nie czuję się cudownym dzieckiem
z LEONHARDEM BAUMGARTNEREM rozmawia
Jakub Kukla
Polskie Radio
Fot. Andrej Grilc
Jakub Kukla: Mimo młodego wieku, masz już
sporo sukcesów, choćby pierwszą nagrodę na Zhuhai International Mozart Competition for Young Musicians. Teraz uhonorowano cię ICMA w kategorii odkrycie. Jakie znaczenie ma to wyróżnienie?
Leonhard Baumgartner: Przede wszystkim chciałbym serdecznie podziękować wszystkim jurorom, że zwrócili na mnie uwagę. Przyjazd do Wrocławia i występ na koncercie galowym w imponującej sali NFM to było wielkie przeżycie. Miałem też okazję do zawarcia wielu ważnych znajomości i przeprowadzenia licznych inspirujących rozmów.
Czy nagroda wiąże się dla ciebie z jakimś stresem, obciążeniem? Od "odkrycia" oczekuje się, że prędzej czy później spełni pokładane w nim nadzieje.
Nie miałem jeszcze czasu, żeby zastanowić się nad tym, kto i czego mógłby ode mnie oczekiwać. Moje zadanie polega przede wszystkim na tym, żeby jak najgłębiej zanurzyć się w muzyce. Skoncentrować się na dźwiękach i, stojąc na estradzie, dać publiczności jak najwięcej piękna. To dla mnie najistotniejsze. Nagrody są oczywiście ważne, w ten sposób możemy dostrzec utalentowanych artystów i promować muzykę poważną. A ona bardzo dziś takiego wsparcia potrzebuje. Ale my, muzycy, powinniśmy się całkowicie skupić na muzykowaniu.
To bardzo dojrzałe podejście, biorąc pod uwagę twój wiek. Już ponoć jako dwulatka pociągała cię kariera solowego altowiolisty.
To było tak. Mój ojciec skończył studia instrumentalne na altówce. Nie został wprawdzie zawodowym muzykiem, ale dla własnej przyjemności grywa w najróżniejszych orkiestrach amatorskich. Kiedy robił przerwę w ćwiczeniu i odkładał na chwilę instrument, podkradałem się do niego i szarpałem struny. Mój tata był bardzo przywiązany do swojej altówki i nie chciał, żeby coś jej się stało. Chował więc ją przede mną. Równocześnie rodzice, ku mojej radości, na trzecie urodziny podarowali mi malutkie skrzypce. Wtedy nie myśleli jeszcze o profesjonalnym kształceniu. Później wszystko potoczyło się już samo.
Twoi rodzice chcieli sprawdzić, czy skrzypce podziałają na ciebie tak samo, jak altówka?
Nie wiązały się z tym żadne konkretne oczekiwania. Nie chodziło o jak najwcześniejsze przyuczanie mnie do zawodu muzyka. Moi rodzice wyszli po prostu z założenia, że ich dzieciom - mam jeszcze kilkoro rodzeństwa - kontakt z muzyką na pewno nie zaszkodzi. Mnie ten prezent bardzo ucieszył. Muzyka wciągnęła mnie właściwie od razu. Trafiłem zresztą do nauczycielki, która specjalizowała się w edukacji przedszkolaków. A później, jako 11- czy 12-latek, ćwiczyłem już całkiem dużo.
To znaczy ile?
Staram się nie przeliczać tego na godziny, choć zebrałoby się ich całkiem sporo. W tej chwili ćwiczę tak długo, aż osiągnę zadowalający efekt. Czasem trochę to trwa, ale bardzo to lubię. Doskonalenie umiejętności muzycznych stanowi niezwykle piękny proces. Ale tak: codziennie kilka godzin to oczywistość.
Cztery? Pięć?
Co najmniej cztery. Ale ja przecież ciągle chodzę do szkoły, więc muszę jedno z drugim połączyć.
To szkoła muzyczna?
Tak, gimnazjum muzyczne w Wiedniu, gdzie za trzy lata będę zdawał maturę. Zajęcia są tak ułożone, że popołudniami mam sporo czasu. Korzystam z tej możliwości i poświęcam go skrzypcom. Cztery, pięć, czasem sześć godzin. W weekendy więcej, ale, jak wspomniałem, najważniejszy jest efekt.
Czy przy tak intensywnym trybie życie łączenie muzyki z pozostałymi przedmiotami nie stanowi problemu?
Wiadomo, że zdarzają się gorsze dni. Czasem oczywiście muszę skoncentrować się bardziej na przedmiotach ogólnych. Ale nawet wtedy nie rezygnuję z ćwiczenia. To podstawa, żeby czuć się pewnie, żeby zbudować kondycję.
Od kiedy masz pewność, że granie na skrzypcach, że muzyka to ta ścieżka, którą chciałbyś w przyszłości podążać?
Właściwie utwierdzam się w tym przekonaniu każdego dnia i tygodnia. Staram się do muzyki podchodzić z jak największym profesjonalizmem, solidnie i odpowiedzialnie. Oczywiście nie wykluczam też innych możliwości po maturze. Wszystko może się zdarzyć, przykładów jest niemało. Wystarczy poważniejsza kontuzja ręki czy palca. Warto mieć w zanadrzu jakąś alternatywę. Po to chodzę do szkoły. Zresztą niektóre przedmioty bardzo mnie interesują.
Które szczególnie?
Lubię historię, łacinę i przedmioty muzyczne, które w naszej szkole są na naprawdę wysokim poziomie. Oczywiście moim najważniejszym celem jest w tej chwili profesjonalna gra na skrzypcach.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś w odniesieniu do siebie określenie "cudowne dziecko"?
Zdarza mi się to oczywiście usłyszeć, niekiedy po taki zwrot sięgają gazety, ale wydaje mi się, że prawdziwym cudownym dzieckiem był Mozart. Ja o sobie nigdy bym tak nie powiedział i źle się czuję, kiedy tak się o mnie mówi.
Więc może po prostu: utalentowany chłopak?
Bardzo dziękuję.
I skromny. Od jakiegoś czasu jesteś związany z International Music Academy Liechtenstein. Co to za instytucja i jak wygląda twoje kształcenie?
Akademia bardzo mnie w ostatnich latach wspiera. Po części są to propozycje koncertowe, ale przede wszystkim zajęcia ze wspaniałymi nauczycielami, na przykład Ingolfem Turbanem. Jeżdżę tam kilka razy w roku, zwykle na tydzień. To miejsce, gdzie spotykam przyjaciół i gdzie bardzo dobrze się czuję.
Czy dociera już do ciebie, że zawód muzyka bywa bardzo piękny, ale też niezwykle trudny? Jesteś tak dobry, jak twój ostatni występ. Po każdym koncercie cię oceniają...
Cały czas wierzę, że ten zawód jest przede wszystkim piękny. Jako solista albo muzyk orkiestrowy dostaje się szansę, żeby, podróżując, poznawać świat, ma się kontakt z niezwykłymi ludźmi. To prawda, jak w każdym albo prawie każdym zawodzie, jest się ocenianym. I uważam, że to dobre. Dzięki temu można wyciągać wnioski i czegoś się o sobie nauczyć.
Pod warunkiem, że ocena jest uczciwa, a krytyka konstruktywna.
Muzyk ma przywilej obcowania z genialnymi dziełami pisanymi przez wybitnych kompozytorów. Występuje w salach, w których pracowali najwięksi dyrygenci. Swoimi doświadczeniami może dzielić się z publicznością i sprawiać jej radość. To jest mój cel.
Czy dla młodego Austriaka największymi spośród kompozytorów są: Haydn, Mozart i Beethoven?
To wspaniali artyści, ale spoglądam z podziwem na każdego kompozytora. Moim ulubionym jest zawsze ten, którego muzyką akurat się zajmuję. Gdybym miał taką możliwość, wszystkim podziękowałbym za ich wspaniałe dzieła.
Jarosław Bręk (1977-2023)
Zmarł 11 kwietnia 2023 roku. Wybitny bas-baryton, profesor Akademii Muzycznej w Poznaniu i dyrektor festiwali muzycznych w Drezdenku i Krzyżu Wielkopolskim miał 46 lat
Anna Duczmal-Mróz
Jarosław Bręk był śpiewakiem o niespotykanym, niebywale aksamitnym głosie. 5 marca miałam zaszczyt towarzyszyć mu w jego - jak się później okazało ostatniej - muzycznej podróży. Partnerowali mu w niej również koledzy z Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus - niektórzy znali go przez całe życie. Sonety miłosne Tadeusza Bairda, które wtedy wykonywaliśmy, zajmowały szczególne miejsce w jego sercu. Choć wiedział o nich absolutnie wszystko, nadal intensywnie rozmyślał nad wieloma szczegółami. Gdy w czasie próby pracowaliśmy nad zakończeniem pewnej frazy, nagle powiedział do mnie: "Wiesz, ja doktoryzowałem się z tego utworu, a nadal moje myśli zaprząta wątpliwość, czy dobrze tę frazę kończę - czy pociągnąć ten dźwięk jeszcze chwilę, czy zakończyć przed wami? Jak myślisz?". Pomyślałam wtedy, jak dojrzałym jest artystą. Tylko tak wielka osobowość mogła pozostawać w ciągłej pracy koncepcyjnej nad utworem, nad swoim aparatem, nad dialogiem z zespołem. On tworzył z nami - z orkiestrą - jedność. Z jednej strony pewnie prowadził przez meandry swojej interpretacji, z drugiej - był częścią nas. Wspaniale uczestniczył w budowaniu frazy, mobilizował do troski o najmniejszy szczegół, o budowanie szlachetnego brzmienia, barwy. Niezależnie od tego, czy śpiewał partię wielkiego dzieła operowego, czy miniaturę, zawsze wkładał w to całego siebie, całe swoje serce. Niesamowite było móc obserwować, jak wiele myśli poświęcał jednemu wykonaniu.
Miał pełną świadomość swojego głosu, technicznej strony tworzenia dźwięku, wagi tekstu i tego, jak jego siłę wyrazić brzmieniem. Najtrudniejsze elementy utworów pokonywał z nieprawdopodobną precyzją, a niewygodne pasaże czy skoki interwałowe - z niewyobrażalną elegancją i płynnym legatem. Pięknie budował napięcie, tworzył nieziemskie narracje, które pochłaniały nas wszystkich - zarówno muzyków, jak i publiczność. Cechowała go najcieplejsza, najszlachetniejsza, a zarazem najbardziej ekspresyjna barwa głosu, jaką można usłyszeć z estrady czy sceny. Miał ogromny talent, sławę na skalę międzynarodową, a jednak pozostał niezwykle skromny. Znała go przecież tak wielka część muzycznego świata, poczynając od zespołów rodzimych, a kończąc na zagranicznych, takich jak Berliner Philharmoniker czy BBC Concert Orchestra. Współpracował ze 150 orkiestrami i 200 chórami z różnych krajów. Wykonał ponad 20 partii operowych oraz ponad 140 dzieł oratoryjnych, wiele utworów prawykonał; nagrał około 30 płyt, dokonał licznych rejestracji dla stacji radiowych w Polsce, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Portugalii. Został wyróżniony wieloma nagrodami muzycznymi. Wspaniały artysta o wielkim sercu - tak go zapamiętamy... Będzie nam go bardzo brakować.
Powrót do kraju
um.warszawa.pl
Wyjechał z kraju w 1954 roku, a władze PRL zakazały wykonywania i wydawania jego utworów oraz wymieniania nazwiska. Teraz symbolicznie wraca do Polski! 21 kwietnia z podlondyńskiego Twickenham do Warszawy wyruszyło archiwum Andrzeja Panufnika.
"Decyzją Lady Camilli Panufnik oraz jej dzieci: Jema i Roxanny, spuścizna ich ojca przekazana została w darze Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie. Archiwum Andrzeja Panufnika będzie odtąd częścią Archiwum Kompozytorów Polskich Gabinetu Zbiorów Muzycznych BUW, którym kieruje Piotr Maculewicz. Po opracowaniu materiały te będą dostępne badaczom z Polski i całego świata" - poinformowała prof. Beata Bolesławska-Lewandowska z Instytutu Sztuki PAN. Wśród archiwaliów znalazły się korespondencja, artykuły i wycinki prasowe, notatki i noty programowe, maszynopisy wywiadów i wystąpień radiowych, programy koncertowe, dokumentacja koncertów urodzinowych oraz nadania kompozytorowi tytułu szlacheckiego, zdjęcia z różnych okresów życia oraz inne świadectwa twórczości i recepcji muzyki Panufnika w świecie. "Jest to bezcenna kolekcja i wspaniały dar dla Polski" - podkreśla Bolesławska-Lewandowska. W dniu wysyłki archiwum w Ognisku Polskim w Londynie odbyła się promocja nowego wydania książki Composing Myself Andrzeja Panufnika (wyd. Toccata Press).
W 1977 roku Zarząd Główny Związku Kompozytorów Polskich dokonał w wydziale kultury KC PZPR zwolnienia cenzuralnego zakazu dotyczącego Panufnika i jego muzyki. W tym samym roku na Warszawskiej Jesieni odbyło się pierwsze w Polsce wykonanie jego kantaty Universal Prayer na 4 głosy solowe, 3 harfy, organy i chór mieszany (1968-1969). W innych latach zabrzmiały także wokaliza Dreamscape na mezzosopran i fortepian (1976-1977) oraz Sinfonia mistica na orkiestrę (1977). Ważna była szczególnie Warszawska Jesień 1990 roku, której Panufnik był gościem honorowym. Odwiedził wtedy Polskę po raz pierwszy (i jedyny) od czasu wyjazdu, a towarzyszyli mu żona i dzieci. Wykonano wówczas aż 11 jego utworów. W 1991 Andrzej Panufnik otrzymał doktorat honoris causa Akademii Muzycznej w Warszawie. W 1991 roku królowa brytyjska Elżbieta II nadała mu tytuł szlachecki. Kompozytor został pośmiertnie odznaczony Orderem Polonia Restituta. --MAK
Spotkanie przy jednym pulpicie
morgenpost.de, rbb24.de
Założona przed 11 laty Barenboim-Said Akademie doczekała się swojej orkiestry. Zespół zadebiutował w Berlinie w przeddzień Wielkanocy. Kolejne występy odbędą się 25 maja i w połowie czerwca.
Premierowym koncertem dyrygował Daniel Barenboim, który, zanim zabrzmiała muzyka, zwrócił się do słuchaczy zgromadzonych w Pierre Boulez Saal z półgodzinnym przemówieniem. Przypomniał historię samej Akademii oraz trudności związane ze sprowadzeniem młodych muzyków z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. "Udało się jednak doprowadzić do tego, że studenci arabscy i młodzi Izraelczycy zasiedli przy jednym pulpicie, by grać z tych samych nut" - stwierdził. Niemiecka prasa zauważyła przy tym, że dyrygent był osłabiony, "mówił bardzo cicho i niewyraźnie, ale sala słuchała go w najwyższym skupieniu". W skład orkiestry weszli studenci wszystkich czterech roczników Akademii. Większość dorastała na Bliskim Wschodzie. W Barenboim-Said Akademie uczą się nie tylko gry na instrumencie, lecz także historii, filozofii czy literatury. Farah Sulaiman z Damaszku studiuje flet na drugim roku: "Pierwszy raz w życiu grałam pod kierunkiem maestra. Kiedy pomyślę, że przez ponad 40 lat najwięksi muzycy świata występowali pod jego batutą, to wydaje się surrealistyczne, że pozwolono i mnie mieć takie doświadczenie" - czytamy na stronach rbb24.de.
W programie pierwszego koncertu Orkiestry Barenboim-Said Akademie znalazły się Symfonia koncertująca Mozarta oraz III Symfonia D-dur Schuberta. W Symfonii Mozarta solową partię altówki wykonał syn Daniela Barenboima - Michael. "Na skrzypcach w tym samym utworze gra jeden z naszych absolwentów, Yamen Saadi, który jest obecnie koncertmistrzem Wiedeńskiej Opery Państwowej. To wspaniała historia i dlatego, gdy planowaliśmy nasz pierwszy koncert, od razu o nim pomyśleliśmy. Studiował tutaj i teraz pierwszy raz wychodzi z nami na estradę, z naszą orkiestrą, moim tatą i ze mną - mówi Michael Barenboim. - Liczę na to, że ojciec, mimo wielu zajęć i osłabienia po chorobie, znajdzie czas, by jak najczęściej prowadzić tę orkiestrę". --MAK
Z Londynu z nagrodą
BBC, amadeus.pl
Płyta z utworami Grażyny Bacewicz, zarejestrowana przez Agnieszkę Duczmal i Orkiestrę Amadeus dla wytworni Dux, otrzymała nagrodę główną w kategorii nagrań orkiestrowych. Wyróżnienie wręczyła Roxanna Panufnik na gali w Londynie. Laureaci wyłonieni zostali w głosowaniu internetowym. "Agnieszka Duczmal i jej Orkiestra Kameralna Amadeus angażują się w każdy utwór z niesamowitym ogniem i polotem: jeśli części oznaczone są vivo, poruszają się naprawdę szybko, choć nie kosztem precyzji zespołowej" - pisał Geoff Brown w serwisie classical-music.com. --MC
PASSEGGIATA...
libertatea.ro
Śpiewała, donosiła, ale podobno nie szkodziła. Dokumenty, do których dotarli badacze, świadczą, że słynna śpiewaczka Angela Gheorghiu podpisała zobowiązanie do współpracy z rumuńską bezpieką. Doszło do tego latem 1987 roku, gdy Gheorghiu (wówczas nosząca panieńskie nazwisko Burlacu) studiowała w Akademii Muzycznej w Bukareszcie. W świetle materiału zgromadzonego w jej teczce, zgodnie z rumuńskim prawem, nie sposób uznać Gheorghiu za współpracowniczkę służby bezpieczeństwa, ponieważ jej działanie nie doprowadziło do przekazania informacji, które "wspierały reżim komunistyczny albo miały na celu ograniczenie praw człowieka lub podstawowych wolności". --MC,MAK
bbc.com
To się nazywa wierność! Ma 95 lat i w jednym zespole grał przez 82 lata i 332 dni - mowa o angielskim korneciście Tomie Streecie, członku Heage Silver Band z Derbyshire w środkowej Anglii. Niedawno został uznany za najdłużej występującego muzyka orkiestry dętej. Jak mówi Street, pierwszy kornet otrzymał, gdy miał pięć lat, a do zespołu dołączył, ukończywszy 14. Zanim został poinformowany o tym, że jest rekordzistą Guinnessa, myślał, że jego 21-letni wnuk chce go zabrać do pubu. Tymczasem okazało się, że trafili do siedziby zespołu, gdzie zgromadzili się przyjaciele i muzycy, by mu pogratulować. --MC
Operawire, beholdthemanopera.com
Opera w Las Vegas zaprezentuje operę komiczną Behold The Man, której tematem jest nieudana rekonstrukcja fresku Ecce homo dokonana przez parafiankę Cecilię Giménez w miejscowości Borja. W komunikacie prasowym librecista Andrew Flack tłumaczy: "To historia hiszpańskiej wioski wydanej na łaskę internetu. Jedna z mieszkanek naraża społeczność na wstyd i hańbę, na co sąsiedzi reagują strachem i oskarżeniami. Jednak kobieta, która jest główną bohaterką naszej opowieści, ma odwagę, aby to przezwyciężyć. Ostatecznie wszystko się dobrze kończy". Opera będzie miała premierę 30 sierpnia. --MC
W wieku 71 lat zmarł japoński kompozytor Ryuichi Sakamoto, zdobywca Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową do filmu Ostatni cesarz w reżyserii Bernarda Bertolucciego. Był również klawiszowcem zespołu Yellow Magic Orchestra, znanego jako YMO. W czerwcu 2022 roku ujawnił, że zmaga się z rakiem w zaawansowanym stadium. Według dziennika "Mainichi Shimbun", Sakamoto napisał muzykę do ponad 30 filmów, w tym do dramatu wojennego Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence z 1983 roku. Zagrał w nim również jedną z głównych ról, u boku Davida Bowiego i Takeshiego Kitano. --MAK