#6-7 2024 rok LXVIII
Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku
Redaktor naczelny
Daniel Cichy
Redaktorka prowadzącaDominika Micał
Sekretarz redakcji
Maciej Kucharski
maciej_kucharski@pwm.com.pl
Zastępca redaktora naczelnego, festiwale
Krzysztof Stefański
krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka dawna
Karolina Kolinek-Siechowicz
karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka współczesna
Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl
Wydawnictwa
Michał Mendyk
michal_mendyk@pwm.com.pl
Teatr muzyczny
Jacek Marczyński
Sekretariat
Katarzyna Dubiel
redakcja@ruchmuzyczny.pl
Dyrektor artystyczny
projekt graficzny
Marek Knap
marek.knap@asp.waw.pl
Studio graficzne
Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)
Redakcja i korekta
Maria Konopka-Wichrowska
Internet
Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl
Wydawca
Polskie Wydawnictwo Muzyczne
al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków
Oddział w Warszawie
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
pwm@pwm.com.pl
Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.
Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Adres
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
tel.: +48 885 860 332
email: redakcja@ruchmuzyczny.pl
www.ruchmuzyczny.pl
ruchmuzyczny
ruchmuzyczny
RuchMuzyczny
Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl
"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych
informacje na www.defacto.org.pl
Ikonki: www.flaticon.com/freepick
Na okładce Paweł Szymański, fot. Szymon Szcześniak/asystentka fotografa Anna Szcześniak
ŚCIŚNIĘTE GARDŁO
Dominika Micał
Fot. archiwum prywatne
Wierzę, że muzyka nas szczerze obchodzi. Dlatego jej słuchamy, czytamy o niej, piszemy. Dlatego niektórzy z zapałem dyskutują pod postami w mediach społecznościowych, odsyłającymi do recenzji, które ich zirytowały, albo dzielą się radością z przeżytych koncertów. Choć nad tym, na czym polega relacja uczuć i sztuki dźwięków, badacze łamią sobie głowy od zawsze, postanowiliśmy i my nie omijać tematu. Nasi autorki i autorzy w osobistych esejach mierzą się więc z czterema podobno uniwersalnymi emocjami: szczęściem lub radością, smutkiem, strachem i gniewem. Sięgają do filozofii i do poezji, do doświadczeń osobistych i zbiorowych. I obiecuję - nie wikłają się w nadmierną ekwilibrystykę słowną, żeby rozstrzygnąć, czy muzyka wyraża, czy ilustruje, a może tylko wzbudza emocje i sama ich w ogóle nie ma. Takie zabawy znajdą Państwo w Bardzo Poważnych Książkach. My na szczęście nie musimy, tym razem wystarczy, że czujemy.
Zajrzyjmy zresztą do recenzji z tego numeru #: "Trzy ostatnie miniatury [...] są tak nasycone emocjami - od rozpaczy, przez żałobę, aż po ironiczne zdystansowanie - że ich ekspresja przeszywa na wskroś", "Czasem wystarczą zaledwie dwa głosy [...], aby przyprawić słuchacza o ciarki", "najwięcej radości sprawiło mi słuchanie Luzerner Sinfonieorchester", "...to Harvey pełen radości grania, niemal entuzjastyczny", "Poruszające było to wydarzenie"...
Propozycja Krzysztofa Marciniaka, aby przyjrzeć się swojej relacji z koncertowymi emocjami i temu, dlaczego czasem boimy się je wyrażać, najpierw mnie zaniepokoiła. Czy wyszłam z sali przed końcem braw? Tak, kiedyś nawet zanim utwór się skończył... Czy ostentacyjnie nie klaskałam? Oczywiście! Nie zdarzyło mi się buczeć, a gwizdać nie umiem. Nigdy też nie byłam na koncercie, po którym zapanowała nasycona znaczeniem cisza - czego żałuję i mam nadzieję, że to jeszcze przede mną.
Za to jeden jedyny raz spotkało mnie coś, czego nigdy nie zapomnę. Po spektaklu Jakob Lenz Wolfganga Rihma w Aix-en-Provence w 2019 roku miałam tak ściśnięte gardło, że przez co najmniej kwadrans nie byłam w stanie wydusić słowa. Zaniemówienie z nadmiaru emocji nie było już metaforą, stało się faktem. Liczę, że kiedyś czegoś znów podobnego doświadczę i cenię wysoko momenty, w których muzyka działa tak silnie, że na koncercie czy spektaklu płaczę i przestaję się tego wstydzić.
Cytat numeru:
Artysta ZAWSZE jest rzemieślnikiem
--Paweł Szymański
Szczodra MUZYKA
Wolałbym, żeby artyści skupili się na MUZYCE, a nie na dzwonieniu do tłoczni czy dystrybutorów
z DONEM WASEM rozmawia
Maciej Krawiec
ImproSpot.pl
Fot. Myriam SantosDon Was, #1952, amerykański muzyk i producent, sześciokrotny zdobywca Grammy, szef wytwórni Blue Note Records, świętującej w tym roku swoje 85-lecie.
Maciej Krawiec: Spotykamy się w Warszawie, którą poprzednio odwiedził pan raptem rok temu. Skąd tak częste wizyty w Polsce? Wyobrażam sobie, że są dziesiątki miejsc na świecie, gdzie szef Blue Note mógłby teraz udzielać wywiadów i dbać o sprawy wytwórni.
Don Was: To może zabrzmi dziwnie, ale po prostu czuję się w Polsce dobrze. Nie spędziłem tu tyle czasu, by móc to szczegółowo wyjaśnić, ale w Warszawie czuję się trochę jak w Detroit - mieście, z którego pochodzę. Drugi powód jest taki, że Polska to bardzo dobry kraj dla jazzu. Ta muzyka przyciąga publiczność i nie jest to spekulacja, a stwierdzenie oparte na liczbach - wpływach z koncertów i handlu płytami. Niektórzy artyści wydawani przez Blue Note sprzedają tu więcej albumów niż w Stanach Zjednoczonych!
Od lat słychać wypowiedzi amerykańskich muzyków o tym, jak ważne ze względów finansowych jest dla nich koncertowanie w Europie. Czyżbyśmy bardziej doceniali jazz?
Trudne pytanie. W Stanach Zjednoczonych na pewno jest większa niesprawiedliwość rasowa. To oczywiście nie problem wyłącznie jazzu, tylko sprawa ogólna. Czarni artyści byli traktowani lepiej, gdy występowali poza krajem. Rozmawiałem o tym kiedyś z Wayne'em Shorterem. Opowiadał mi o czasach, gdy grał w The Jazz Messengers Arta Blakeya [w latach 1959-1964 - MK]. W Stanach występowali zwykle w barach pełnych dymu, śmierdzących whisky. Ludzie rozmawiali podczas koncertów. Gdy Messengersi pojechali po raz pierwszy do Japonii, spodziewali się tego samego. A już na lotnisku traktowano ich tak, jakby z samolotu wysiedli Beatlesi! Obsypano ich prezentami, a potem zespół grał w pięknych salach koncertowych. To anegdota sprzed 60 lat, ale na różne sposoby ten problem nadal się przejawia. Może ma to związek z tym, że z większym szacunkiem traktuje się kogoś, kto przyjeżdża z daleka?
Rzeczywistość dostarcza nowych przykładów. Na tegorocznej Bielskiej Zadymce Jazzowej hołd dla Blue Note to główny motyw programowy, zaproszono artystów związanych z wytwórnią, odbywa się wystawa okładek płytowych, a przy okazji pobytu w Warszawie odebrał pan statuetkę Anioła Jazzu.
No właśnie! Chwilę temu pytał mnie pan, dlaczego jestem w Polsce. Między innymi dlatego. Nigdzie indziej takie rzeczy się nie dzieją. To pokazuje, jak dobrym miejscem dla jazzu jest ten kraj.
Wydarzenie w Bielsku-Białej wpisuje się w obchody 85 urodzin wytwórni. Przypominam sobie, że 80 urodziny również obchodziliście...
...i powiem więcej: 70 i 75 też! (śmiech).
Czy taka wytwórnia, jak Blue Note, musi to robić?
Zadawaliśmy sobie to samo pytanie, mówiliśmy: "Przecież ostatnie obchody były tak niedawno"... Zastanawialiśmy się, co teraz można zrobić inaczej. Postanowiliśmy skupić się na tym, co jest najważniejsze dla naszych odbiorców - na muzyce. Zwiększyliśmy liczbę wydanych albumów: w tym roku ukazuje się 25 wznowień z serii Tone Poet, tyle samo z Classic Vinyl, a także 20 zupełnie nowych płyt. To naprawdę dużo muzyki! Świętujemy zatem przede wszystkim przez różnorodną ofertę wydawniczą.
Trudno wyobrazić sobie historię jazzu bez albumów z logiem Blue Note. To dziedzictwo jest ogromne. Wydaje się, że prowadząc taką firmę, można ugrzęznąć we wznowieniach i w ciągłych powrotach do przeszłości. W jakim stopniu widownia interesuje się historią wytwórni, a w jakim przyciągają ją nowe produkcje?
Opierając się na wynikach sprzedaży, mogę stwierdzić, że to relacja 60 do 40 na rzecz archiwaliów. Znaczenie historycznych wydań wzmocniło się zwłaszcza w trakcie pandemii koronawirusa, gdy ludzie siedzieli w domach i sięgali po muzykę, którą znają i lubią. Nowe albumy to 40 procent sprzedaży. Sądzę, że to dobra proporcja.
Patrząc na katalog Blue Note z nowościami, można odnieść wrażenie, że ma się w nim znaleźć coś prawie dla każdego: latin jazz, smooth jazz, mainstream, hip-hop...
To może tak wyglądać, ale sporo jest w tym intuicji i przypadku. Nie budujemy katalogu, zastanawiając się, czym możemy zainteresować widownię latynoską albo fanów hip-hopu czy R'n'B. Uważam, że istnieją dwa rodzaje muzyki. Pierwszy jest egoistyczny i polega na popisywaniu się tym, ile dźwięków da się wcisnąć w jeden takt. Drugi rodzaj nazywam "szczodrym" - tworzą go artyści, którzy starają się przenieść na dźwięki własne emocje, w nadziei, że odbiorców to poruszy, że będzie to dla nich coś istotnego. Taka intencja może zawierać się w każdej muzyce: DOMi & JD Beck robią to na swój sposób, Charles Lloyd - na swój.
Jestem pewien, że każdego dnia otrzymuje pan mnóstwo "szczodrej muzyki", którą można by wydać, a jednak tak się nie dzieje.
Oczywiście. Wchodzą jeszcze w grę pewne praktyczne rozważania.
To znaczy?
Na przykład to, czy artysta ma dobrego menadżera. To jest tak ważne! Musisz mieć kogoś, kto regularnie rozmawia z wytwórnią. Istotne jest też, czy muzyk chce pojechać w trasę koncertową po świecie. Nie wystarczy więc to, że podoba nam się dana twórczość. Muszą zostać spełnione warunki, dzięki którym będziemy w stanie wykorzystać nasze narzędzia promocyjne i organizacyjne. Wydana płyta ma wtedy szansę zaistnieć w wielu miejscach.
A co z odejściami z wytwórni? Niedawnym głośnym przypadkiem był Ambrose Akinmusire - jeden z ważniejszych twórców światowego jazzu ostatnich kilkunastu lat.
Pierwszym muzykiem, który opuścił Blue Note za mojej kadencji, był Jason Moran. Muszę przyznać, że wtedy mnie to zabolało. Ale potem zdałem sobie sprawę, że to jest przecież coś normalnego: Herbie Hancock kiedyś odszedł z Blue Note, Wayne Shorter odszedł, a potem wrócił... Tak po prostu jest. Ambrose postanowił coś zmienić, nie mam o to pretensji. Zmiana to rozwój. Muzyka improwizowana polega na stałej zmianie.
Z kolei artystą, który dopiero co związał się z Blue Note, jest Chris Botti. To smooth jazzowy trębacz, który jest zaprzeczeniem Akinmusirego - poszukującego indywidualisty.
Wiem, że ludzie mają o Chrisie bardzo różne opinie. Ja popieram to, co robi. Dobrze go znam i wiem, że jest szczery. Gra to, co kocha. Nie chcę tego oceniać. Wiem też, że publiczność go uwielbia! Jego wcześniejszy album kupiło 30 tysięcy ludzi! Dlatego, jak myślę, że Chris jest w swojej muzyce autentyczny, pracowity, ma piękne brzmienie i bardzo często koncertuje.
A bardziej awangardowe oblicze jazzu? Muzyka free? W Blue Note nagrywali Ornette Coleman, Eric Dolphy i Cecil Taylor!
Chciałbym wydawać też taką muzykę. Podobają mi się na przykład płyty z katalogu International Anthem [wytwórni z Chicago - MK]. Nie wykluczam bardziej zdecydowanego pójścia właśnie w tę stronę. Inna sprawa, że nie dla wszystkich współpraca z dużą wytwórnią jest atrakcyjna. Jest wielu artystów, z którymi chciałbym podpisać kontrakt, ale nie są zainteresowani: wolą działać na własną rękę, szybciej wydawać muzykę, dysponować własnymi taśmami. Jeśli mają na to czas, to świetnie! To jednak wymaga dużej pracy. Wolałbym, żeby artyści skupili się na muzyce, a nie na dzwonieniu do tłoczni czy dystrybutorów.
Marcin Bronikowski (1968-2024)
Zmarł nieoczekiwanie. Był wybitnym śpiewakiem o lirycznym głosie, człowiekiem niesłychanie skromnym, sympatycznym i ŻYCZLIWYM
Jacek Marczyński
Należał do pokolenia artystów, które postanowiło wykorzystać przemiany, jakie zaszły w Polsce i Europie po 1989 roku, i ruszył, by możliwości realizacji swoich planów szukać w świecie. Wprawdzie wokalną edukację zaczynał od prywatnych lekcji u znakomitej ongiś śpiewaczki Jadwigi Dzikówny, ale regularne studia podjął już poza Polską, w pozornie dość egzotycznym dla nas miejscu - w Sofii. Bułgaria ma jednak bogate tradycje wokalne, a jej stolica okazała się dla niego życzliwa. W tamtejszej Operze stawiał pierwsze kroki jeszcze w trakcie studiów, i to od razu partią Figara w Cyruliku sewilskim. Potem doskonalił swoje umiejętności w dwóch znakomitych miejscach i u wielkich operowych autorytetów - w Accademia Rossiniana w Pesaro u Alberta Zeddy oraz w mediolańskiej La Scali pod kierunkiem Carla Bergonziego. Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych przyniosła mu sporo ważnych sukcesów konkursowych, by wspomnieć III miejsce na I Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Stanisława Moniuszki w Warszawie w 1992 roku (ex aequo z Adamem Zdunikowskim), a przede wszystkim zwycięstwa na konkursach im. Juliána Gayarre'a w Pampelunie oraz w Bilbao. Zaowocowało to pierwszymi poważnymi propozycjami występów, zwłaszcza w Hiszpanii. W Teatrze Wielkim - Operze Narodowej zadebiutował w 1994 roku partią Alberta w Wertherze Masseneta. Potem wracał na narodową scenę jako Escamillo w Carmen, Eugeniusz Oniegin, Germont w Traviacie czy lord Ashton w Łucji z Lammermooru. Był jednak w Warszawie niezbyt częstym gościem, podobnie jak i w innych teatrach operowych w Polsce. Nigdy nie zgodził się na bycie etatowym śpiewakiem. Wolał sam decydować o swojej artystycznej drodze. Barwa i rodzaj jego barytonowego głosu oraz charakter artysty predestynowały go do ról liryczno-refleksyjnych, nie zaś heroiczno-dramatycznych. Ostatnią ważną kreacją, którą Marcin Bronikowski dodał do kilkudziesięciu partii ze swojego repertuaru, był Atanel w Tha?s Masseneta w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pozostanie świadectwem, że mógł jeszcze w sposób znaczący wzbogacić swój artystyczny portret.
Turbulencje w POK
architektura.muratorplus.pl, gov.pl
Ten rok nie będzie łatwy. W najbliższych miesiącach Polską Operę Królewską czekają spore zmiany. Powód? Decyzje Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Przede wszystkim instytucja będzie miała nowego szefa. W ogłoszeniu MKiDN opublikowanym w Biuletynie Informacji Publicznej czytamy, że nowy dyrektor musi mieć minimum pięcioletni staż pracy w instytucjach kultury, organizacjach pozarządowych lub podmiotach gospodarczych w obszarze kultury, trzyletni staż na stanowiskach kierowniczych (preferowane jest zarządzanie zespołem co najmniej 70-osobowym), wyższe wykształcenie i znajomość języka angielskiego, a także wykształcenie w jednej z dziedzin związanych z działalnością statutową instytucji. Kandydaci muszą przygotować plan funkcjonowania opery przez pięć kolejnych sezonów. Mogą zaproponować swojego zastępcę. Postępowanie konkursowe zakończy się 17 czerwca 2024 roku. Przypomnijmy, że Polska Opera Królewska powstała w 2017 roku. Od 1 sierpnia 2017 do śmierci w 2019 roku dyrektorem instytucji był Ryszard Peryt. Obecnie stanowisko to zajmuje Andrzej Klimczak, który wcześniej pełnił funkcję zastępcy.
I to nie koniec zmian. Jak już informowaliśmy, POK nie będzie miała nowej siedziby. Kilka tygodni temu resort kultury zdecydował o przerwaniu realizacji inwestycji na etapie przygotowywania dokumentacji projektowej. Dodajmy, że ta decyzja została z ulgą przyjęta przez wielu architektów, konserwatorów i historyków sztuki. Już w chwili ogłaszania konkursu na tę budowlę, jego zasady ostro krytykował znany urbanista Grzegorz Buczek. W liście otwartym do miesięcznika "Architektura" przypomniał wytyczne konserwatorskie wydane w kwietniu 2021 roku, w których stwierdzono, że "dla terenu parku Łazienki Północne nakazuje się zachowanie istniejącej kompozycji parku, w tym układ alejek i ukształtowania terenu oraz zakazuje się zmniejszania powierzchni biologicznie czynnej. Jedynym odstępstwem od tych zasad jest rewaloryzacja terenu Łazienek Północnych, polegająca na odtworzeniu układu historycznego ogrodu XVIII-wiecznego w formie tak zwanej dzikiej promenady, zgodnie z materiałami historycznymi". Wśród osób zawodowo związanych z Polską Operą Królewską zaprzestanie budowy wzbudziło jednak konsternację. "W tym wypadku nie ma przecież mowy o nowej siedzibie, bo do tej pory nie było żadnej starej siedziby. Teatr w Oranżerii w Łazienkach to zabytek klasy zero, każde przedstawienie to ogromne wyzwanie. Gigantyczna kontrola konserwatorska, wyśrubowane przepisy przeciwpożarowe. Tam trudno jest prowadzić w miarę normalną działalność" - słyszymy z kilku źródeł. --MAK, MC
Nuty dla Kalesnikawej
Nasta Niakrasava oraz Katarzyna Naliwajek uruchomiły akcję, w której zachęcają do wysłania nut do więzienia w Homlu, gdzie przetrzymywana jest Maryja Kalesnikawa, białoruska flecistka i opozycjonistka.
"Akcja polega na wysyłaniu nut do biblioteki białoruskiego więzienia, gdzie od ponad trzech lat przetrzymują Marię Kalesnikawą. Pełny wyrok to 11 lat" - tłumaczą organizatorki. Niakrasava to białoruska muzykolożka działająca w Polsce. Katarzyna Naliwajek również jest muzykolożką, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. "Dlaczego nuty? W jednym z listów więziennych Maria napisała, że brakuje jej muzyki i poprosiła o przesyłanie nut, ponieważ wtedy może ją sobie wyobrazić w głowie. Wiemy, że Marii nie pozwalają grać na instrumencie, nie można przekazać ani paczki, ani pieniędzy. Ten gest solidarności ma znaczenie!" - przekonują. Przypomnijmy, że Maryja Kalesnikawa została skazana w tajnym procesie we wrześniu 2021 roku. W areszcie przebywała już wówczas od roku, zamknięta tuż po tym, jak zatrzymany został były bankier i kandydat na fotel prezydenta Białorusi Wiktar Babaryka. Wraz z nią skazany na 10 lat został także Maksim Znak. Kalesnikawa oraz Znak byli pracownikami sztabu wyborczego Babaryki. Oboje zostali oskarżeni o wzywanie do działań na szkodę bezpieczeństwa narodowego, zmowę w celu przejęcia władzy w kraju oraz tworzenie organizacji ekstremistycznej. W państwach Zachodu zostali uznani za więźniów politycznych, których na Białorusi jest ponad tysiąc.
Jak wysłać Kalesnikawej nuty? Można skorzystać ze zbiórki w serwisie zrzutka.pl, a organizatorki zrobią przesyłkę w imieniu darczyńcy. Można też zrobić to osobiście, na adres: Марыя Калеснікава, ПК ? 4. 246035, г. Гомель, вул. Антошкіна 3.
Więzienie w Homlu to kolonia karna dla kobiet, gdzie Kalesnikawa została przetransportowana w styczniu 2022 roku. Białoruska służba bezpieczeństwa wpisała ją na listę "osób zaangażowanych w działalność terrorystyczną", a organizacja Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna" informowała, że stan zdrowia artystki jest zły - miała problemy z żołądkiem i była operowana. Parlament Europejski wzywał władze reżimu do zapewnienia jej opieki medycznej. W marcu zeszłego roku została przeniesiona do celi o zaostrzonym rygorze. --MC
Brawo Ewa!
zkp.org.pl
Tegoroczna Nagroda Honorowa Związku Kompozytorów Polskich "za zasługi w dziele promocji polskiej muzyki współczesnej" trafi do rąk Ewy Szczecińskiej, dziennikarki radiowej Dwójki. O przyznaniu nagrody Prezydium Zarządu Głównego ZKP zdecydowało na posiedzeniu 6 marca. "Stworzyła trudne do przecenienia archiwum najnowszej polskiej twórczości muzycznej w całej różnorodności wyborów estetycznych, technik i stylów. Archiwum, które jest stale poszerzane" - czytamy o laureatce na stronie internetowej ZKP. Nagroda zostanie wręczona podczas 67 festiwalu Warszawska Jesień.
Szczecińska studiowała muzykologię na Uniwersytecie Warszawskim. W Programie 2 Polskiego Radia prowadzi audycje Nowa Polska, poświęconą najmłodszemu pokoleniu twórczyń i twórców, oraz Nowa strefa, gdzie prezentuje utwory muzyki najnowszej, a także rozmawia z kompozytorami i muzykami. Ponadto można usłyszeć ją w Płytomanii oraz Płytowym Trybunale Dwójki. Teksty Ewy Szczecińskiej ukazywały się między innymi na łamach "Glissanda" i "Tygodnika Powszechnego". Regularnie współpracuje także z #. Informację o nagrodzie skomentowała w mediach społecznościowych: "Jestem szczęśliwa! I obiecuję zintensyfikować działania na rzecz polskiej muzyki współczesnej. Mam kilka pomysłów". Pytana przez nas o szczegóły, odpowiada: "Chcę kontynuować prezentację muzyki współczesnej w dwóch cyklach Nowa Polska i Nowa strefa. Pracuję też nad projektem zamówień kompozytorskich, wraz z ich nagraniem i promocją nie tylko w Polsce". Pierwszą nagrodę Związku Kompozytorów Polskich wręczono w 1949 roku. --PM
Do startu gotowi
nimit.pl
Do tegorocznego Międzynarodowego Konkursu Wiolonczelowego im. Witolda Lutosławskiego zakwalifikowano 47 osób. Impreza zagości od 1 do 11 maja w Filharmonii Narodowej w Warszawie.
Skierowana jest do wiolonczelistów, których wiek nie przekracza 30 lat. Uczestnicy konkursu pochodzą z czterech kontynentów: Europy, Azji i obu Ameryk. Program preselekcji obejmował utwory Johanna Sebastiana Bacha, Krzysztofa Pendereckiego, Alfreda Piattiego, Davida Poppera oraz patrona konkursu, Witolda Lutosławskiego. Nadesłane przez kandydatów nagrania poddano anonimowej ocenie komisji. Przesłuchania pierwszego i drugiego etapu będą otwarte dla publiczności, a wstęp bezpłatny. Koncert laureatów, połączony z ceremonią wręczenia nagród i wyróżnień, odbędzie się w Filharmonii Narodowej w Warszawie 12 maja 2024 roku. Organizatorem wydarzenia jest Narodowy Instytut Muzyki i Tańca, a współorganizatorem Fundacja na rzecz Promocji Młodych Wiolonczelistów. Konkurs jest finansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. "Historia Międzynarodowego Konkursu Wiolonczelowego im. Witolda Lutosławskiego sięga 1997 roku. Jest on pierwszym i jedynym konkursem, w którego programie znajdują się wszystkie kompozycje prezentujące wiolonczelę w roli głównej autorstwa Witolda Lutosławskiego, dając uczestnikom unikatową szansę wykonania z orkiestrą Koncertu wiolonczelowego w finale. Program obejmuje także najważniejsze i najbardziej reprezentatywne utwory wiolonczelowe w szerokim zakresie stylistycznym od baroku do muzyki współczesnej" - czytamy na stronie nimit.pl. --MAK
PASSEGGIATA...
"Corriere della Sera"
Polska Opera Królewska prawie jak La Scala. W Mediolanie też zmieni się dyrektor. O konkursie jednak nie ma mowy. Kandydata na to stanowisko przedstawił burmistrz Mediolanu. Dominique'a Meyera ma zastąpić Fortunato Ortombina, obecny dyrektor generalny La Fenice. Decyzja musi zostać zatwierdzona przez rząd. I pewnie tak się stanie. Francuz Dominique Meyer znalazł się bowiem w gronie dyrektorów, w których wycelowane jest niedawno uchwalone prawo, forsowane przez rząd Giorgii Meloni - zgodnie z nim zagraniczni szefowie instytucji kultury, którzy osiągnęli wiek 70 lat, muszą ustąpić. --MC, MAK
"Diapason"
Republika Francuska miewa problemy z realizowaniem w praktyce hasła: "Wolność, równość i braterstwo". Nad Sekwaną tylko 6,4 procent programowanych utworów należy do kompozytorek. Badanie dotyczące sezonu 2022/2023, przeprowadzone przez organizację Elles Women Composers oraz przez francuskie ministerstwo kultury, pokazało, że z 14 892 wykonanych kompozycji tylko 951 było autorstwa kobiet. Pod lupę wzięto 214 instytucji (sal koncertowych, oper, festiwali) - łącznie 3365 programów koncertów muzyki klasycznej. --MC
PAP, "Variety", onet.pl
Po raz 96 wręczono Oscary. Zaskoczeń nie było. Najwięcej nagród zdobył film Oppenheimer, w tym za najlepszą muzykę, którą skomponował szwedzki twórca Ludwig Göransson. To druga statuetka w jego karierze. Pierwszą otrzymał za Czarną Panterę z 2018 roku. Dwa razy dostał także nagrodę Emmy za muzykę do serialu Mandalorian oraz nominację za piosenkę do filmu Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu z 2022 roku. Jak pisze Onet, kompozytor ma polskie korzenie - jego matka jest Polką, a babcia nadal mieszka w Polsce. "Staram się przyjeżdżać przynajmniej raz do roku, żeby odwiedzić babcię i dziadka. Polska ma wspaniałą historię muzyczną. [...] Uwielbiam polskich kompozytorów: Kilara, Paderewskiego. Lubię też posłuchać Anny Marii Jopek" - cytuje Onet jedną z wypowiedzi kompozytora. --MC, MAK
polskieradio.pl
Roma locuta, causa finita. Czy się to komuś podoba, czy nie, kultura techno w Berlinie wciągnięta została na listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Wpisanie muzyki zakorzenionej we współczesnej tkance stolicy Niemiec odbywa się po wielu latach starań i kampanii prowadzonych przez kolektywy DJ-skie, organizatorów imprez i fanów. "Zrobiliśmy to! Gratulacje dla wszystkich twórców mających wkład w berlińską kulturę techno! Ogromnie dziękujemy wszystkim biorącym udział w tej podróży, odkąd w 2011 roku Hans Cousto stworzył tę ideę" - napisała organizacja Rave The Planet, skupiająca się na muzyce elektronicznej. --MAK