Ruch Muzyczny 3/2026 - Opracowanie Zbiorowe

Kup ebooka

6.90 zł
5.73 zł (6,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#3 2026 rok LXX

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyPiotr Mika

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

maciej_kucharski@pwm.com.pl

Zastępca redaktora naczelnego

Festiwale

Krzysztof Stefański

krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, Swoboda RuchuPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl

Koncerty, Archiwum R

Karolina Dąbekkarolina_dabek@pwm.com.pl

Wydawnictwa

Michał Mendyk

michal_mendyk@pwm.com.pl

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

redakcja@ruchmuzyczny.pl

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

marek.knap@asp.waw.pl

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Specjalistka do spraw archiwizacji i redakcji zasobów cyfrowych

Dominika Kulik-Sendur

Internet

Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

Aleja Pokoju 1, 31-548 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

pwm@pwm.com.pl

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: redakcja@ruchmuzyczny.pl

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny ruchmuzyczny RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce ilustracja Sam Sary Małeckiej

Łatwość wynika z braku aspiracji

Trzeba zaprzyjaźnić się z szumem. Jeśli moje nagranie SZUMI z jakiegokolwiek powodu, nie filtruję go, bo filtrowanie jest największym WROGIEM tła i echa

z IZABELĄ DŁUŻYKrozmawia

Igor Torbicki

Fot. Duco Tellegen

Igor Torbicki: Wyczytałem, że pierwszy magnetofon, którym mogła pani zarejestrować dźwięki natury, dostała pani wcześnie, bo już w wieku 12 lat.

Izabela Dłużyk: Mniej więcej. W tym czasie odkryłam w sobie zainteresowanie dźwiękiem, głównie pochodzącym z przyrody.

A w którym momencie zapadła decyzja, że dokumentalistyka dźwiękowa stanie się pani głównym obszarem działalności?

Wbrew pozorom to zupełnie nieskomplikowana historia. Bardzo wcześnie się zorientowałam, że chciałabym to robić profesjonalnie. Duże wrażenie wywarły na mnie odgłosy ptaków na kasetach Zdzisława Pałczyńskiego. Trudne okazało się zdobycie odpowiedniego sprzętu, który do tanich nie należy... Zaczęłam więc odkładać pieniądze i ostatecznie dobrze się wyposażyłam.

W świecie muzyki klasycznej ornitologia kojarzy się przede wszystkim z Olivierem Messiaenem. A tu kimś takim był Pałczyński.

Jeszcze w szkole podstawowej dostałam kontakt do Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków, które wówczas miało główną siedzibę w Gdańsku. Właśnie tam zdobyłam te kasety. Dostępne były nagrania środowiskowe, pejzażowe, ale ja zaczęłam od najzwyklejszych materiałów dydaktycznych.

Zatem to był początek drogi, która doprowadziła do pani doktoratu w dziedzinie symbolizmu dźwiękowego w literaturze dziecięcej [obroniony na Uniwersytecie Gdańskim w roku 2023 - red]. Czy zgodzi się pani, że ta dyscyplina jest u nas niedoreprezentowana? O symbolice w malarstwie czy literaturze napisano setki publikacji. Dźwięk wydaje się tu pominięty.

To prawda. Miałam problem ze znalezieniem jakichkolwiek materiałów. Natknęłam się na pojedyncze, bardzo pobieżne artykuły na temat symboliki dźwiękowej i ludowych interpretacji odgłosów ptaków. Niestety, źródeł było jak na lekarstwo.

Ma to dobre i złe strony. Dobre są takie, że wszystko, co napisałam, jest w pewien sposób pionierskie, zwłaszcza w Polsce, gdzie nikt wcześniej tego zagadnienia nie ujął kompleksowo. Złe zaś wiążą się z tym, że w odpowiedzi na moje propozycje dla różnych uniwersytetów spotykam się ze zdziwieniem i niezrozumieniem dyscypliny. Gdy korespondowałam z kilkoma profesorami z Anglii, od razu wiedzieli, czym jest symbolizm dźwiękowy. W Polsce to wciąż terra incognita.

Mam też już pomysł na habilitację. Przy analizie literatury dziecięcej moją uwagę zwróciły kołysanki. W wielu kulturach - jeśli nie we wszystkich - zawierają one słowa, które nie czerpią znaczeń same z siebie. Chciałabym zbadać, co wpłynęło na ukształtowanie zwrotów z gatunku "luli, luli" i podobnych. Niewiele wiemy na temat tego, czym się różnią w zależności od tradycji, dlaczego zawierają takie, a nie inne głoski. Jest to ogromna przestrzeń do badań, które dotychczas podejmowano bardzo rzadko. Zobaczymy jednak, czy będzie na to zapotrzebowanie.

Które z nielicznych dostępnych źródeł zwróciło pani uwagę w pracy nad doktoratem?

Całkiem zaawansowana jest szkoła rosyjska, nieuznająca reprezentowania jednego dźwięku przez drugi. Natomiast w świecie anglosaskim onomatopeja również jest przejawem symbolizmu dźwiękowego. Są to więc różne spojrzenia na jedno zagadnienie.

Analizowała pani symbolikę dźwiękową w literaturze dziecięcej rosyjskiej, polskiej, hiszpańskiej i brytyjskiej. Czy w kulturze Słowian można zaobserwować inne zjawiska niż w zachodnioeuropejskiej?

Zaznaczę najpierw, że w literaturze autorskiej nie ma reguł - dźwięk takiego czy innego ptaka można zapisać, jak się chce. Inaczej jest w folklorze, gdzie tłumaczenie dźwięku na słowo często jest silnie skonwencjonalizowane. Przez cały czas miałam wrażenie docierania do wspólnego mianownika, choć nie twierdzę oczywiście, że onomatopeje są wszędzie takie same. Weźmy jako przykład odgłos indyka. We wszystkich źródłach, które analizowałam, jego głos był wybuchowy i gwałtowny, wręcz sugerował zagniewanie. Nie wynikało to ze specyfiki konkretnego języka, tylko ze zbitek spółgłosek i samogłosek, które w każdym z nich oddawały gwałtowny przebieg zawołania tego ptaka. Fascynujące jest podobieństwo źródeł w tym aspekcie.

Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem ponadkulturowym.

Są uczeni, którzy bardzo sceptycznie odnoszą się do uniwersalizmu onomatopei. Pisał o nich bardzo trafnie Otto Jespersen, który uważał, że za bardzo koncentrują się na drobnych, nieistotnych różnicach, a nie zwracają uwagi na podobieństwo rdzenia.

Nie mogę nie zapytać o słowackie wydawnictwo Lom, gdzie wydała pani aż trzy albumy. W jaki sposób ta współpraca się nawiązała?

Nietypowy! To był 2016 rok, prowadziłam właśnie kampanię crowdfundingową w celu wyjazdu do rezerwatu narodowego Tambopata w Peru. W takich okolicznościach poznałam założyciela tego wydawnictwa, który tworzył wtedy gadżety z wizerunkiem dziewczyny nagrywającej mikrofonem jakiegoś ptaka. Napisał do mnie, że wyglądam dokładnie jak ona i przeznaczył dochody ze sprzedaży na moją kampanię.

Wkrótce potem opublikowałam w Lom pierwszy album - Soundscapes of Summer. Po odsłonie letniej nastąpiła wiosenna, a następnie udostępniliśmy pejzaże z Amazonii, z podtytułem Where The Moon Wept. Teraz planuję nagrać słowiki... Dobrze byłoby też uchwycić jelenie na rykowisku, co próbuję uczynić od wielu lat. Wyzwaniem jest zrobienie tego z bliska.

Chyba telepatycznie odczytała pani ostatni wątek, który poruszę. Co jest najłatwiejsze, a co najtrudniejsze przy nagrywaniu odgłosów przyrody? Stratność sygnału? A może właśnie znalezienie się w odpowiedniej odległości?

Łatwość wynika z braku aspiracji. Jeśli chcemy nagrać przeciętny pejzaż dźwiękowy, bez konkretnych odległości czy profilu brzmienia lub echa, wystarczy po prostu wystawić mikrofon w lesie, najlepiej w godzinach porannych. Trudności w nagrywaniu natury zaczynają się jednak piętrzyć dość szybko. Mogłoby się wydawać, że najłatwiej uchwycić wodę. Ale jeśli chcemy zachować jej sposób płynięcia, uniknąć nadmiernego zawężania, można spędzić wiele godzin nad samym ustawianiem mikrofonów. Sporo problemów przysparzają też deszcz i wiatr, które przy złej technice rejestracji zaczynają przypominać biały szum.

Kluczowe jest odpowiednie dobieranie miejsc z minimalną liczbą zakłóceń, najlepiej bez samochodów. Największy kłopot to samoloty, które mogą przelecieć przez każdą możliwą przestrzeń. Z kwestii technicznych: trzeba zaprzyjaźnić się z szumem. Jeśli moje nagranie szumi z jakiegokolwiek powodu, nie filtruję go, bo filtrowanie jest największym wrogiem tła i echa. Zbyt agresywnie przefiltrowane nagranie doprowadza do artefaktów i po prostu źle brzmi. Odgłosy przyrody są zbyt delikatne na tego rodzaju zabiegi.

Izabela Dłużyk, #1989, dokumentalistka dźwiękowa, artystka fieldrecordingowa, tłumaczka, wykładowczyni Uniwersytetu Gdańskiego, w grudniu wyróżniona tytułem "Człowiek bez barier" 2025.

Urszula Mazurek

(1937-2026)

Anna Sikorzak-Olek

W styczniu pożegnaliśmy wyjątkową artystkę, której zawdzięczamy renesans harfy w Polsce, wiele kompozycji dla niej napisanych, setki koncertów i nagrań, a także szereg uczniów i uczennic, którzy kontynuują jej dzieło. Jestem jedną z nich.

Pierwszą nauczycielką gry na harfie Urszuli Mazurek była Bronisława Prokopowicz, pamiętająca jeszcze carską Rosję. Lata studiów w Warszawie pomijano milczeniem. Dopiero stypendium paryskie u sławnej Jacqueline Borot, a potem doskonalenie w muzyce kameralnej w Sienie dały początek wielkiej karierze artystki. Była inspiratorką polskich kompozytorów, przed którymi odkryła możliwości sonorystyczne i techniczne harfy. Odkryła je też dla Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Znaczące były prawykonania, choćby Heraklitiany Bogusława Schaeffera na harfę i taśmę, będącej pierwszym performansem harfowym w Polsce; solowych Trzech szkiców Witolda Szalonka - dziś klasyki muzyki współczesnej; albo Concertina w dawnym stylu Macieja Małeckiego na dwie harfy i smyczki, gdy premierowo wystąpiła z Susanną Mildonian. Pamiętam z wielu koncertów duet z flecistką Barbarą Świątek-Żelazną i Warszawskie Trio Harfowe, w którym grał też altowiolista Włodzimierz Tomaszewski. Pierwsza polska płyta harfowa to Urszula Mazurek. Pierwsze opracowanie utworów lutniowych to także ona. Pierwsze kursy w Łańcucie - również.

Pedagogiem była wymagającym i dokładnym. Zawsze stawiała nam trudne zadania. Szczególnie zwracała uwagę na aparat gry. Wspominała o latach w Paryżu, gdzie miesiącami poprawiała układ rąk. Ponadto przepisywała tam partytury, by móc je przywieźć do kraju. Na lekcjach opowiadała o wielkich mistrzach, o sztuce i teatrze, o przyjaciołach aktorach i muzykach. Zawsze wtedy towarzyszyła jej mocna czarna kawa. Gdy ćwiczyłyśmy nawet najprostsze utwory, śpiewem uczyła nas wrażliwości. Do tego była niezwykle odpowiedzialna i pracowita. Pamiętam, jak dwa dni przed koncertem w Filharmonii Narodowej z Poznańskimi Słowikami pod dyrekcją Stefana Stuligrosza poparzyła sobie boleśnie dłonie. Wiedziała, że w A Ceremony of Carols Brittena żadna z nas jej nie zastąpi. Zagrała i nikt się nie dowiedział, jakim to było okupione bólem. Dzięki Pani Profesor i ja nie bałam się wyzwań.

Nasze relacje nie były łatwe. Ale kiedy odeszła, to nie ma znaczenia. Został w sercu jej obraz, zostały listy - ostatni z grudnia, i wdzięczność, i łzy.

Wojciech Michniewski

(1947-2026)

Elżbieta Sikora

Wiadomość o śmierci Wojtka była i jest szokiem. Trudno uwierzyć, że nie zobaczymy się już nigdy więcej. Poznaliśmy się na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w warszawskiej Akademii Muzycznej. Przedstawił mi go Krzysztof Knittel, zaraz potem stworzyliśmy grupę kompozytorską KEW.

Pomysł zrodził się z połączenia doświadczeń każdego z nas. Chcieliśmy pokazać, że mamy coś do powiedzenia, że nastał nowy etap w rozwoju muzyki i my bierzemy w nim udział po swojemu. Długie, nocne zazwyczaj dyskusje, podczas których szukaliśmy nowych pomysłów i sposobów ich realizacji, zaowocowały szybko koncertami, wyjazdami na festiwale. I nawet jeśli jako grupa sensu stricto istnieliśmy tylko parę lat, pozostała przyjaźń, której nie sposób przecenić. Wojtek wcześnie wybrał dyrygenturę. Tak jak we wszystkim, był w tym znakomity. Myślę, że gdy prowadził orkiestry, spektakle operowe, muzykę kameralną, jego kompozytorskie alter ego towarzyszyło mu stale. Cudownie słyszał i rozumiał muzykę, odgadywał w niej to, co najważniejsze, najciekawsze. Potrafił w swoich interpretacjach to bogactwo w pełni wydobywać.

Dziś pojawiają mi się migawkowe obrazy. Wojtek wymyślający postać górala w klatce jako element multimedialnego utworu grupy KEW W Tatrach. Kierujący wykonaniem Wyrywacza serc w Operze Narodowej w Warszawie, a potem w Centre Pompidou w Paryżu, kiedy Mariusz Treliński tak przeorał partyturę, że tylko Wojtek panował nad kolejnością scen i wszelkimi skrótami. Wojtek prowadzący swój Szeptet na nostalgicznym koncercie KEW, gdy spotkaliśmy się znowu po latach w Warszawie. Wojtek przygotowujący Madame Curie w Gdańsku i nasz wyjazd ze spektaklem do Chin. Wojtek w moim paryskim mieszkaniu i nasze długie rozmowy. Wreszcie Wojtek na plaży w Dębkach, gdzie wpadł na parę dni w drodze do Bydgoszczy, i wpadł, dosłownie, w piasek, skacząc w dal. Mówił wtedy z błyskiem w oku o swoich studentach i o tym, jak odnajduje się w pracy pedagogicznej - z właściwymi sobie entuzjazmem i żarliwością. Z jakimi opowiadał o chodzeniu po górach, dalekich podróżach, dobrych potrawach i winie, przeczytanych książkach, utalentowanych muzykach czy wykonywanych utworach. Pozostaną jego pełne uwag i znaków partytury dyrygenckie, notatki, nagrania, zdjęcia, filmy. Będziesz więc z nami nadal, Maestro Michniewski, drogi bardzo przyjacielu.

Blisko, coraz bliżej

poznan.pl, wieniawski.pl

Zakończyło się przyjmowanie zgłoszeń do XVII Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. Nadesłały je 252 osoby z 36 krajów położonych na czterech kontynentach. Najwięcej nadeszło z Chin, Japonii, Polski, Korei Południowej i Stanów Zjednoczonych. Spośród urodzonych w latach 1996-2008 kandydatów 60 procent to kobiety, a 40 mężczyźni. Wyniki pierwszego etapu preselekcji, czyli oceny nagrań, zostaną upublicznione jeszcze w lutym. Drugi - przesłuchania na żywo - odbędzie się między 18 kwietnia a 24 maja. Ostateczną listę zakwalifikowanych poznamy 1 czerwca. Zmagania potrwają od 9 do 22 października i zostaną zwieńczone trzema koncertami laureatów. Zwycięzca otrzyma nagrodę w wysokości 60 000 euro. Przewodniczącym 11-osobowego jury będzie Bartłomiej Nizioł, tryumfator Konkursu Wieniawskiego z roku 1991 i trzykrotny jego juror (w latach 2006, 2011 i 2022). --MAK

Urok szelakowej płyty

instytutwajnberga.org

Syrena-Electro, jedna z pierwszych polskich wytwórni płytowych i największa w II Rzeczypospolitej, wznowi działalność pod egidą stołecznego Instytutu Mieczysława Wajnberga "jako współczesna inicjatywa wydawnicza, łącząca pracę archiwalną z aktywnym uczestnictwem w dzisiejszym życiu muzycznym" - czytamy w komunikacie prasowym.

Korzenie wydawnictwa sięgają przedsiębiorstwa Syrena, które powstało w Warszawie w 1904 roku z inicjatywy Juliusza Feigenbauma i zyskało pozycję jednego z najważniejszych producentów fonograficznych w całym Imperium Rosyjskim, skutecznie konkurując z zagranicznymi oficynami. Miało nawet własną orkiestrę. Tuż przed wybuchem wielkiej wojny Syrena tłoczyła prawie 2,5 miliona płyt rocznie. Potem chyliła się ku upadkowi, ale dzięki wysiłkom Feigenbauma w roku 1921 ożyła. W kolejnych latach stała się liderem na polskim rynku. W 1929, po wprowadzeniu elektrycznej technologii nagrań, zmieniono nazwę firmy na Syrena-Electro. Nagrywali dla niej wówczas najwybitniejsi artyści, w tym Polacy żydowskiego pochodzenia: Henryk i Artur Goldowie, Jerzy Petersburski, Adam Aston, Dawid Bajgelman, kantor Gerszon Sirota oraz Szmul Wajnberg - ojciec Mieczysława, skrzypek, dyrygent i kompozytor. Od połowy lat dwudziestych kierował on w firmie działem muzyki żydowskiej. Instytut zapowiada, że pierwszym wydawnictwem wznowionej wytwórni będzie właśnie krążek z jego nagraniami. "Chcemy, by Syrena-Electro ponownie stała się miejscem spotkania tradycji i współczesności oraz przestrzenią dialogu z wielokulturowym dziedzictwem Warszawy". --MC, MAK

Coraz większy bojkot

"The Guardian", "The New York Times"

W waszyngtońskim Trump Kennedy Center nie dojdzie do zapowiadanego prawykonania XV Symfonii "Lincoln" Philipa Glassa. Pierwotnie utwór miał uświetniać obchody jubileuszu 50-lecia instytucji w 2022 roku, ale kompozytor nie dotrzymał terminu i prezentację przełożono na czerwiec 2026. Jednak 27 stycznia Glass przesłał do Centrum pismo, w którym stwierdził, że wartości wyznawane przez obecne kierownictwo stoją w całkowitej sprzeczności z dziełem, mającym być muzycznym portretem Abrahama Lincolna. National Symphony Orchestra, zamawiająca symfonię i mająca ją prawykonać, zareagowała zaskoczeniem, bowiem dowiedziała się o decyzji twórcy w tym samym czasie co prasa. Roma Daravi, wiceszefowa PR w Centrum, potępiła Glassa, twierdząc, że w sztuce nie ma miejsca na politykę. Decyzja kompozytora wpisuje się w szereg bojkotów, do których dochodzi od chwili, gdy kontrolę nad instytucją przejął prezydent Donald Trump, szybko wymieniając członków rady nadzorczej, samemu zajmując fotel przewodniczącego, a prezesem mianując Richarda Grenella, swojego sojusznika. Z tego powodu Washington National Opera postanowiła niedawno rozwiązać umowę z Centrum i zmienić siedzibę. Orkiestra, uważająca się za siostrę opery, postanowiła jednak zostać w Trump Kennedy Center.

Jak się okazuje, nie na długo. 1 lutego Donald Trump zapowiedział bowiem zamknięcie Centrum na dwa lata. Oficjalnym powodem jest konieczność modernizacji budynku. Prace mają ruszyć w lipcu.

--MC, MAK, PM

Na początku była Warmia

gazetaolsztynska.pl

18 stycznia minęło 80 lat od śmierci Feliksa Nowowiejskiego, "jednego z najwybitniejszych polskich kompozytorów przełomu XIX i XX wieku, twórcy melodii do Roty, opery Legenda Bałtyku oraz oratorium Quo vadis - przypomina "Gazeta Olsztyńska". - Choć zmarł i został pochowany w Poznaniu, jego życie, wrażliwość artystyczna i tożsamość narodowa miały swoje źródło na Warmii - ziemi, z którą był związany od urodzenia i do której wielokrotnie powracał w swojej twórczości". Nowowiejski przyszedł na świat 7 lutego 1877 roku w Wartemborku, dzisiejszym Barczewie, miasteczku leżącym kilkanaście kilometrów od Olsztyna. W ówczesnym Allenstein zamieszkał w roku 1893. Grał tam w orkiestrze wojskowej 2 Pułku Grenadierów jako wiolonczelista i waltornista, jednocześnie komponował i współpracował z zespołami amatorskimi. "Warmińska stolica była dla niego ważnym etapem dojrzewania artystycznego - miejscem, z którego wyruszył dalej w świat. [...] Dla Warmii Feliks Nowowiejski pozostaje postacią szczególną. Jego imię nosi Filharmonia Warmińsko-Mazurska w Olsztynie, a w Barczewie [...] działa salon muzyczny poświęcony kompozytorowi" - czytamy w "Olsztyńskiej". --MAK

PASSEGGIATA...

MKiDN

Fryderyk trafił pod strzechy. "386 wydarzeń, ponad 400 godzin koncertów i niemal 58 tysięcy słuchaczek i słuchaczy w każdym wieku - to podsumowanie jednego z największych programów koncertowych i edukacyjnych ostatnich lat. Projekt "Efekt Chopina" dotarł do wszystkich województw i setek miejscowości, oferując ich mieszkańcom kontakt z muzyką wykonywaną na żywo przez najwybitniejszych młodych artystów" - informuje resort kultury. "Wszystkie zakładane przez nas wskaźniki okazały się znacznie wyższe, a projekt nie tylko wzmocnił edukację muzyczną w regionach, lecz także stworzył szansę występów dla utalentowanych, młodych wykonawców" - stwierdziła ministra Marta Cienkowska. --MAK

onet.pl

Dzień bez JJO - dniem straconym. Jakub Józef Orliński wystąpił w paryskiej La Défense Arena na koncercie charytatywnym, gdzie pojawił się u boku A$AP Rocky'ego, jednego z czołowych artystów hiphopowych. Francuskie media podkreślają, że występ polskiego kontratenora i amerykańskiego rapera był prawdziwym świętem muzyki. ""Gala des pi?ces jaunes" to jedno z najważniejszych wydarzeń charytatywnych we Francji, a udział [...] Orlińskiego w tegorocznej edycji potwierdza jego pozycję wśród największych gwiazd światowej sceny muzycznej" - czytamy na onet.pl. --MAK

theartnewspaper.com

Źle się dzieje w Nowym Jorku. Metropolitan Opera ogłosiła radykalny plan oszczędności. Dyrektor Peter Gelb wskazał, że wynika to między innymi z niepewności realizacji umowy, w ramach której Arabia Saudyjska zobowiązała się do wsparcia finansowego teatru w zamian za trzytygodniowe występy nowojorskich zespołów w Królewskiej Operze w Ad-Dirijja. Tak czy inaczej, pracę w The Met straci 22 pracowników administracyjnych, a wynagrodzenia 35 członków kadry kierowniczej zostaną obniżone nawet o 15 procent. Co więcej, opera rozważa sprzedaż praw do nazwy teatru oraz dwóch murali Marca Chagalla z foyer. W tym drugim przypadku warunkiem byłoby pozostawienie prac na miejscu. Nowy właściciel zostałby wskazany na stosownej tablicy informacyjnej obok dzieł. --MAK

dziendobry.tvn.pl

30 stycznia 1991 roku w stołecznym Teatrze Dramatycznym odbyła się premiera Metra, polskiego musicalu zrealizowanego w - jak wówczas pisano - "amerykańskim stylu". Choć recenzenci kręcili nosem, to oceny młodej widowni były entuzjastyczne. "Ważniejsza była emocjonalna strona spektaklu niż perfekcja warsztatu artystycznego" - twierdzi TVN. Dokładnie w 35 rocznicę premiery pokazano na warszawskim Torwarze specjalny spektakl Metra, który rozpoczął obchody jubileuszowe. W kolejnych miesiącach musical z muzyką Janusza Stokłosy będzie można obejrzeć w Bielsku-Białej, Wrocławiu, Łodzi, Rzeszowie i Lublinie. --MAK