#23 2024 LXVIII
Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku
Redaktor naczelny
Daniel Cichy
Redaktor prowadzącyMichał Mendyk
Sekretarz redakcji
Maciej Kucharski
maciej_kucharski@pwm.com.pl
Zastępca redaktora naczelnego
Festiwale
Krzysztof Stefański
krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl
Swoboda Ruchu
Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl
Wydawnictwa
Michał Mendyk
michal_mendyk@pwm.com.pl
Teatr muzyczny
Jacek Marczyński
Sekretariat
Katarzyna Dubiel
redakcja@ruchmuzyczny.pl
Dyrektor artystyczny
projekt graficzny
Marek Knap
marek.knap@asp.waw.pl
Studio graficzne
Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)
Redakcja i korekta
Maria Konopka-Wichrowska
Internet
Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl
Wydawca
Polskie Wydawnictwo Muzyczne
al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków
Oddział w Warszawie
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
pwm@pwm.com.pl
Druk
Drukarnia Akapit sp. z o.o., Lublin
Nakład: 1450 egz.
Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Adres
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
tel.: +48 885 860 332
email: redakcja@ruchmuzyczny.pl
www.ruchmuzyczny.pl
ruchmuzyczny
ruchmuzyczny
RuchMuzyczny
Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl
"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych
informacje na www.defacto.org.pl
Ikonki: www.flaticon.com/freepick
Na okładce ilustracja Anety Klejnowskiej
W OTWARTE KARTY z Schaefferem
Piotr Mika
Bogusław Schaeffer, fot. archiwum Komitetu Obywatelskiego Pamięci o Bogusławie Schaefferze
z JADWIGĄ HODOR i PAWŁEM BITKĄ ZAPENDOWSKIMrozmawia
Piotr Mika: Zacznijmy od początku. Kim był dla państwa Bogusław Schaeffer?
Paweł Bitka Zapendowski: W latach osiemdziesiątych studiowałem teorię muzyki w Akademii Muzycznej w Krakowie i Bogusław Schaeffer uczył mnie współczesnych technik kompozytorskich. Profesor zapraszał nas, studentów, do swojego mieszkania na nowohuckim osiedlu Kolorowym. I już samo zauroczenie tym, że żył w tak specyficznym miejscu, gdzie tkanka społeczna była głównie robotnicza, we mnie zostało. Schaeffer, najbardziej znany w świecie mieszkaniec Nowej Huty, był moim przewodnikiem po muzyce współczesnej, autorytetem, nauczycielem z wielką kulturą i wiedzą, które jako młody człowiek chłonąłem.
Jadwiga Hodor: Moje związki zaczęły się jeszcze wcześniej, bo uczelnię ukończyłam w roku 1970. Bogusław Schaeffer prowadził wiele przedmiotów, na które uczęszczałam. Recenzował także moją pracę magisterską, a po jej obronie zaproponował mi napisanie artykułu do "Forum Musicum", którego był redaktorem (wraz z Teresą Chylińską). Pisałam tam później o muzyce współczesnej, co zaowocowało kolejną propozycją Profesora, by przyjrzeć się jego działalności bliżej. Byłam zaszczycona! Przez wiele lat współpracowaliśmy, analizowałam i komentowałam jego utwory, często z nim rozmawiałam - także o filozofii czy pedagogice. Tak też powstawała książka o nim i jego twórczości.
Mówi się, że w każdym kolejnym utworze Schaeffer był innym Schaefferem. Można krótko odpowiedzieć na pytanie, jaka jest jego sztuka?
JH: Przede wszystkim jest cały czas dostępna dla badaczy. To ocean twórczości, który w swojej pracy próbowałam usystematyzować i przyporządkować do gatunków (jest ich 25!). W każdym z nich kompozytor działał intensywnie i niekonwencjonalnie. Ani w muzyce, ani w teatrze nie interesowały go standardowe drogi. Zawsze chodziło mu o wykraczanie poza normy, poza dotychczasowe horyzonty. Wyprzedzał swoją epokę i miał pomysły, do których trzeba było dorosnąć.
PBZ: Uważam, że zabiegając o wykonywanie muzyki Schaeffera, należy dokonać wyboru utworów, które mają największe szanse na stałą obecność w życiu koncertowym, i promować je. Chciałbym, żeby przestano mówić o nim jako o twórcy 600 kompozycji, a zaczęto jako o autorze pięciu lub dziesięciu znanych. Należy poczynić starania, żeby ten eksperymentator awangardysta, niezrozumiany i nieopisany, został oswojony. By skończył się etap oszołomienia jego dorobkiem i by w instytucjach trafił do kategorii dzieł lubianych i rozumianych, gdzieś między Brahmsem a Lutosławskim.
W teatrze funkcjonuje termin "aktor schaefferowski". A jaki musi być schaefferowski muzyk?
JH: Musi być elastyczny i otwarty na nowości. Oczywiście, kompozytor wykorzystuje tradycyjne środki, ale często pokazuje je w nowy sposób. Ma własną harmonię, inny stosunek do rytmu, melodyki, kolorystyki, faktury, przestrzeni. Wykonawcy przyda się chęć widzenia muzyki w innej niż zwykle szacie, wręcz w odmiennej niż dotąd roli.
W sztuce dramatu Schaeffer znajdował zainteresowanie wielkich interpretatorów, a dla jego twórczości czysto muzycznej trzeba poszukiwać wykonawców. Kto zajmie się wyborem grupy utworów, o której mówiliśmy?
PBZ: Myślę, że słuchacze, czytelnicy... Choćby w formie plebiscytu! Ale my też mamy swoje typy: Mazurki, Kesukaan II, Koncert jazzowy, seria blueSów.
JH: To długa lista: TIS MW2, Cztery pory roku na organy, utwory solowe, wirtuozowskie koncerty, kompozycje z taśmą czy religijne - na czele z Mszą elektroniczną...
PBZ: Ja, mimo że jestem wykształconym muzykiem, akurat mam problem z wysłuchaniem 111-minutowej całości Czterech pór roku... Trzeba zagrać z kompozytorem w otwarte karty i powiedzieć "sprawdzam". Nie można przekonywać słuchaczy, że Schaeffer wybitny był. Minęło pięć lat od śmierci Profesora, więc to dobry moment, by przede wszystkim młodzież zaczęła grać jego muzykę.
Co może odstraszać słuchaczy i wykonawców od Schaeffera?
JH: Znaczenie mogą mieć mity, animozje, nieprawdziwe i powierzchowne osądy. Ale zawsze tak jest, gdy mamy do czynienia z wielkim artystą i oryginalną twórczością.
PBZ: Osobnym tematem, który wart jest filmu, pozostaje związek Schaeffera i Krakowa, gdzie go szanowano, ale nie mógł rozpędzić się tu tak, jak za granicą. To miasto zawsze miało problem z nowoczesnością. Dlatego myślę, że lepszym miejscem na implantację twórczości Profesora będzie Nowa Huta.
Będąca jak Schaeffer - na uboczu Krakowa.
JH: Nie pomagało też to, że obce mu było lansowanie się.
PBZ: I że potrafił być bezpośredni.
Powiedział pan, że Schaeffer to najbardziej znany na świecie mieszkaniec Nowej Huty. Ale trzeba o nim światu przypominać. Jak zrodził się Komitet Obywatelski Pamięci o Bogusławie Schaefferze?
PBZ: Niestety, kompozytor nie ma aktywnego spadkobiercy, który podjąłby trud promowania jego muzyki, organizowałby festiwale lub nawet drobne wykonania. Dostrzegając ten kryzys, a także biorąc pod uwagę mobilizującą podwójną okazję - 95 rocznicę urodzin i piątą rocznicę śmierci - postanowiliśmy działać. Porozumieliśmy się w trójkę, wraz z byłym studentem Profesora, Krzysztofem Kostrzewą. Od początku są też z nami Piotr Grodecki, pianista, pierwszy wykonawca wielu utworów Schaeffera, i Karol Badyna, rzeźbiarz, profesor ASP.
Pracujemy intensywnie. W najbliższym czasie, 17 listopada, w Muzeum Nowej Huty mamy finisaż poświęconej kompozytorowi wystawy, na którym przedstawimy notację filmową o jego muzyce i teatrze. Ponadto porządkujemy materiały, prowadzimy stronę internetową schaefferiadka.org, wydajemy biuletyn. Na przyszły rok, wraz z Radą Dzielnicy XVIII, zaplanowaliśmy odsłonięcie tablicy pamiątkowej na bloku Profesora na osiedlu Kolorowym. Przy tej okazji chcemy zorganizować koncert oraz konkurs wykonawczy dla młodzieży...
JH: A w przyszłości marzy się nam festiwal muzyczno-teatralny.
I gabinet Schaeffera 3D.
PBZ: Mieszkanie Profesora w Nowej Hucie, w którym żył ponad pół wieku, nie zmieniło się prawie od lat sześćdziesiątych. W nowohuckiej szkole muzycznej chcemy odtworzyć ten unikatowy gabinet - pracownię z zachowanymi meblami i fortepianem - połączony z jadalnią, gdzie kompozytor przyjmował studentów. Byłaby to stała ekspozycja i małe centrum informacji. A chcemy zrobić to jak najbardziej autentycznie, bo mieszkanie słynęło z bezkresu książek, partytur, papierów. I złożonych z nut wulkanów - pod fortepianem i na nim.
Jadwiga Hodor, teoretyczka muzyki, pedagożka, monografistka Schaeffera.
Paweł Bitka Zapendowski, dramaturg, reżyser, kompozytor, malarz.
Biedny jak artysta
swps.pl
Wyniki badań "Policzone i Policzeni 2024" nie napawają optymizmem. Aktywnych zawodowo artystów w Polsce jest 62,4 tys., a najliczniejszą grupę stanowią muzycy (16,3 tys.). Wielu pracuje w dwóch-trzech zawodach, bo z pracy artystycznej nie osiąga poziomu płacy minimalnej.
Badania przeprowadził zespół z Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS pod kierownictwem prof. Doroty Ilczuk. Zleciło je Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (w resorcie trwają właśnie prace nad ustawą o artystach zawodowych). W ankietach wzięło udział 16 tys. osób (ostatecznie przeanalizowano ponad 5 tys. odpowiedzi), projekt wsparło ponad 600 instytucji w całym kraju, a zespół badawczy liczył 20 osób.
72,4 proc. badanych pracuje w jednej branży, blisko 20 proc. w dwóch. Większość jest w trudnej sytuacji finansowej: średni miesięczny dochód z pracy artystycznej wyniósł w 2023 roku 4053 zł brutto, co było kwotą niewiele wyższą od płacy minimalnej (przeciętnie 3545 zł brutto). Ponad połowa ankietowanych przyznała, że działalność twórcza nie pozwoliła im osiągnąć nawet tego pułapu.
Z raportu wynika, że w porównaniu z rokiem 2018, gdy zespół profesor Ilczuk pierwszy raz szacował liczebność środowiska, przybyło w Polsce artystów - jest ich o 2453 więcej. Jednakże liczba muzyków drastycznie spadła - z 19,1 tys. do 16,3 tys. Autorzy upatrują przyczyn tej zmiany w pandemii, która najsilniej uderzyła w występujących na scenie lub estradzie. Pośród artystów związanych z muzyką najwięcej jest reżyserów dźwięku, producentów i didżejów (6 tys.), wykonawców rozrywkowych (5,5 tys.), następnie są ci klasyczni (2,6 tys.); dużo mniej jest jazzmanów (276), dyrygentów (92) oraz choreografów (197). Nieco liczniejsi są kompozytorzy (1089). Artystów ludowych (muzyków, tancerzy oraz twórców) ogółem jest około 2 tys.
Ponad połowa muzyków należy do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, a ponad 30 proc. do związków zawodowych. Duży odsetek (39,4 proc.) zarabiał w minionym roku od 3545 do 7155 zł, czyli w przedziale od płacy minimalnej do średniej krajowej. Smuci odsetek osób żyjących na progu ubóstwa (9 proc.) oraz nieco powyżej tego progu, za to poniżej poziomu płacy minimalnej (17,4 proc.). Blisko jedna trzecia zarabiała 7155-20 tys. zł, a 4,5 proc. przekraczało próg zamożności. Aż 40 proc. muzyków czerpało dochody z wykonywania zawodu innego niż twórczy, 14,5 proc. otrzymywało środki od bliskich, a 7 proc. dysponowało dochodem pasywnym. Większość pracuje na umowy o dzieło, zlecenie lub jest samozatrudniona. Umowę o pracę ma tylko 10 proc. badanych. Lwia część muzyków nie ma oszczędności pozwalających przeżyć więcej niż trzy miesiące, a pracują, podobnie jak inni artyści, ponad 40 godzin tygodniowo. --MC
Walc Chopina z USA
NIFC, "The New York Times"
Kurator zbiorów muzycznych Morgan Library & Museum, kompozytor i naukowiec Robinson McClellan, przeglądając zgromadzone dokumenty, między innymi kartki pocztowe podpisane przez Picassa czy listy Brahmsa i Czajkowskiego, trafił na obiekt o numerze 147 - rękopis nutowy zatytułowany jako Valse. Teoretycznie autorstwo nie budzi wątpliwości, bo na górze na środku kartki widnieje nazwisko - Chopin. Utwór składa się z 48 taktów, utrzymany jest w tonacji a-moll i cechuje się mocno dysonującym początkiem. Powstał prawdopodobnie w latach 1830-1835, a jego wykonanie zajmuje nieco ponad 80 sekund. Instytucja, konsultując się z zewnętrznymi ekspertami, przeprowadziła badania papieru i atramentu, porównała charakter pisma i uznała, że rzecz prawdopodobnie jest autorstwa Chopina. Wątpliwości wyraża natomiast profesor John Rink z Uniwersytetu w Cambridge, który w komentarzu dla "NYT" twierdzi, że jest w tym drobiazgu wiele nietypowych dla Chopina pomysłów. Jednocześnie przyznaje, że trudno dyskutować z trafnością analizy rękopisu. "Jest to z pewnością jedno z ciekawszych odkryć ostatnich lat. Oryginalne rękopisy Chopinowskie są niezwykle rzadkie, a sama sugestia, że możemy mieć do czynienia z nieznaną wcześniej muzyką polskiego kompozytora, elektryzuje pianistów i muzykologów" - komentuje odkrycie dla # dr Artur Szklener, dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina. Jednocześnie przestrzega przed wyciąganiem pochopnych wniosków: "Słowo "Chopin" nie jest pisane jego ręką. Nie można wykluczyć, że rękopis jest śladem działalności pedagogicznej, w której Chopin współtworzył z uczniem w trakcie lekcji kompozycji". Genialny romantyk napisał prawdopodobnie 28 walców. Tylko osiem wydano za jego życia, dziewięć po śmierci, a reszta zaginęła lub została zniszczona. Zdarzało się, że swoje drobne utwory traktował jak prezenty. Mogło tak być również w tym przypadku. --MC
Oto Koryfeusze!
koryfeusz.org.pl
Dwie dyrygentki, śpiewak i zespół muzyki współczesnej. Statuetki Koryfeuszy Muzyki Polskiej wręczono 4 listopada w Filharmonii Narodowej. Kapituła przyznawanej od 2011 roku nagrody wyróżniła dokonania artystów w minionym sezonie. Wyjątkiem jest nagroda honorowa za całokształt twórczości - w tym roku trafiła ona do Agnieszki Duczmal, wieloletniej dyrektorki Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus. Osobowością roku ogłoszono Jakuba Józefa Orlińskiego, który w tej kategorii tryumfował już pięć lat temu. Tym razem doceniono go za "bogatą działalność koncertową i wybitne kreacje artystyczne". I choć nominowano uznanych artystów - dyrektora Polskiego Baletu Narodowego Krzysztofa Pastora, szefową Cameraty Silesii Annę Szostak oraz pianistów Piotra Orzechowskiego i Leszka Możdżera - wygrana podbijającego światowe sceny i estrady kontratenora nie była dużym zaskoczeniem. Za wydarzenie roku uznano jubileusz dziesięciolecia kooperatywy muzycznej Hashtag Ensemble, wskazując na otwartość zespołu na różnych odbiorców oraz prężną działalność sceny Hashtag Lab. Przyznawany także przez publiczność tytuł Odkrycie roku wywalczyła Joanna Natalia Ślusarczyk - dyrygentka, najlepsza polska uczestniczka 9 Konkursu Fitelberga w Katowicach. --PM
Janusz Olejniczak (1952-2024)
Jerzy Maksymiuk
Czas leczy rany. Tak mówią. A jednak z każdym dniem mocniej odczuwam brak Janusza. Olejniczaka - bo tych, których darzymy estymą i którzy zapisują się na trwałe w naszej pamięci, określamy, używając jedynie nazwisk. Rzadko mówimy o Lechu Wałęsie - sam Wałęsa wystarcza. Jak na imię miał Rubinstein? Mało kto wie, bo Rubinstein to marka. Jak Olejniczak. Wielokrotnie słyszałem: Olejniczak to, Olejniczak tamto. Ale dla mnie to jednak Janusz, Januszek.
Wspaniały chopinista. Tak go zapamięta większość. W 1970 roku został najmłodszym laureatem Konkursu Chopinowskiego i odtąd zaczęliśmy dzielić się na tych, którzy uważali, że najpiękniej gra Poloneza As-dur, i na stronnictwo Sonaty b-moll. Byli jeszcze tacy, którzy lubili słuchać w jego wykonaniu Koncertu f-moll.
Ja ze szczególną przyjemnością wsłuchiwałem się w nagranie Koncertu fortepianowego G-dur Ravela. Janusz grał go przejrzyście, lekko i subtelnie. Udawało się mu to zwłaszcza u szczytu artystycznego rozwoju, gdzieś w latach osiemdziesiątych. Potem popadł w wiele osobistych kłopotów, co niekiedy odbijało się na formie. Przyczyną była jego osobowość - złożona zapewne, poza wrażliwością, z wiecznego niepokoju, rozedrgania, niepewności. Należał w dodatku do tych artystów, których zjadała trema, na szczęście przed koncertem, a nie na nim. Publiczność nie tylko go uspokajała, lecz także uskrzydlała. Jakby za sprawą jakichś czarów umiał optymalnie podnosić emocjonalną temperaturę słuchaczy. Choć tak naprawdę nie potrzeba było cudów; wystarczyło - czego był mistrzem - pięknie rzeźbić w dźwiękach i frazach. Czasami fortissimo, jakie nagle wydobywały jego palce, wydawało mi się za mocne, ale niekiedy i ja ulegałem tej emocjonalnej sile. Przede wszystkim jednak podobała mi się subtelność pianissima i piękno brzmienia. Jego ręce i wyobraźnia potrafiły ujarzmiać tak przecież twarde klawisze fortepianu i powodować, że wchodziliśmy do czarodziejskiego świata Piękna.
Napisałem dla Janusza koncert fortepianowy, właściwie rodzaj concerto grosso. Praca nad W ogrodzie wzruszeń bardzo nas zbliżyła. Uważał występ z tym utworem za ostatni, niezwykle ważny etap swej artystycznej drogi. Miał koncerty, kłopoty zdrowotne, ale bardzo się starał. Zapewnił mnie, że nad trzydziestodwójkami popracuje jeszcze przy następnym wykonaniu. Hm...
Ciekawe, że w przerwach prób dwukrotnie zastanawiał się, co po nas zostanie. "Niewiele - powiedział. - Z czasem nasze nagrania pokryje kurz, będzie się słuchać nowych artystów. Pianistów o wiele sprawniejszych technicznie niż my dawniej, ale czy naprawdę te wykonania będą lepsze?" - pytał retorycznie. "Dłużej będą puszczać archiwalne filmy" - zaśmiał się, jakby robił mi psikusa.
No tak, muzykę Chopina graną przez Olejniczaka słyszymy w fenomenalnym Pianiście Polańskiego, a w roli kompozytora możemy go podziwiać w Błękitnej nucie Żuławskiego. Świetnie sprawdzał się na planie filmowym. Nawiasem mówiąc, Janek Olejniczak przypomina ojca w młodości i też z powodzeniem mógłby zagrać Chopina.
Rodzina to temat, o który Janusz zahaczał wielokrotnie. Dbał o nią tak, jak na ogół dbają dużo koncertujący artyści - tyle o ile. Ale miał wszystkich w sercu. Dlatego tak wielkim ciosem była niespodziewana śmierć syna Tomka, niedoszłego lekarza, a balsamem - osiągnięcia Janka, artystyczne wzloty Pawła i jego ustatkowanie.
"Nie zwlekaj z tym szpitalem" - mówiłem. "Tak, tak, jeszcze tylko recitale w Japonii i już. Bo przecież muszę żyć. Dla mamy. Ma 97 lat!" - starał się, ale nie dotrzymał słowa. Nieładnie, kochany Januszku!