Ruch Muzyczny 21/2023 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

5.90 zł
4.90 zł (5,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#21 2023 rok LXVII

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyPiotr Mika

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

maciej_kucharski@pwm.com.pl

Zastępca redaktora naczelnego, festiwale

Krzysztof Stefański

krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl

Swoboda ruchu, muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl

Swoboda ruchu, muzyka współczesna

Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl

Wydawnictwa

Michał Mendyk

michal_mendyk@pwm.com.pl

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Redaktor senior

Józef Kański

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

redakcja@ruchmuzyczny.pl

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

marek.knap@asp.waw.pl

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

pwm@pwm.com.pl

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: redakcja@ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

Ruch Muzyczny

RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce Marcin Masecki, fot. Jacek Poremba

Ivar Bj?rnson z zespołu Enslaved, koncert "Metal Urges", 14 września 2023, fot. Signe Fuglesteg Luksengard/Ultima

PSTRYK!

Piotr Mika

Fot. Agnieszka Szynk

Sporo wody upłynęło w Nilu, odkąd powszechnie zarzuciliśmy korzystanie z pisma obrazkowego. Jednak po tysiącach lat ewolucji i rewolucji chyba znów dreptamy w punkcie wyjścia, choć w świecie cyfrowym gliniane tablice wyglądają już nieco inaczej. Kultura wizualna trzyma się mocno - na niej opierają się poznanie, porozumienie, przekaz. Wzrok jest faworyzowanym zmysłem, marginalizuje funkcje pozostałych, tępi umiejętności słuchania, czytania ze zrozumieniem czy zapamiętywania. A przyszło nam żyć w czasach ekspansji wizualności oraz nadprodukcji obrazów, które konsumujemy bez opamiętania, zwykle bezwiednie, i nie mamy czasu na ich trawienie. Rozwój technologiczny przyczynił się też do umasowienia - poszerzył dostępności, pogłębiając bezrefleksyjność. Jedną z najoczywistszych dzisiaj form przekazu jest fotografia. Ona też zdaje się zataczać koło - wychodząc od funkcji narzędzia lub ciekawostki, weszła na drogę artystyczną, by dziś powrócić w większości swych przejawów do roli użytkowej i dokumentacyjnej.

Całe szczęście mniejszość ma jeszcze swoje nisze. Działają ci, którzy poszukują głębi i chcą sprawić, byśmy my, odbiorcy, zatrzymali się na moment. "Zdjęcie bez zawartej w nim historii, niewywołujące emocji, jest jedynie pustym obrazkiem - bo musi w nas wybrzmieć, wywołać określone odczucia" - mówi Wojciech Grzędziński, jeden z przepytywanych przez Monikę Pilch fotografów. Pogląd ten podziela Klaudyna Schubert: "Żyjemy w czasach, w których codziennie przeglądamy tysiące obrazków, dlatego ważne jest dla mnie, żeby fotografie potrafiły coś powiedzieć. Czasem to może być nawet zbliżenie, pokazujące detal, którego słuchacz i słuchaczka nie mają możliwości dostrzec". Zapadające w pamięć zdjęcie z koncertu to zatem nie tylko świadectwo przeszłości, lecz także uchwycenie uczestnictwa w historii, integralny element wydarzenia, a nawet dopełnienie owego uczestnictwa. Przekonanie o magicznej aurze tej sztuki nie jest oczywiście zasadą, ale niewątpliwie miło pobudza ona pamięć wizualną i uruchamia czynnik emocjonalny. Wypowiadający się w Strefie Ruchu artyści opowiadają, czym, według nich, są dobre ujęcia z koncertu, kadry wierne i niewierne rzeczywistości, a także, kiedy sztuczność jest preferowana. Fundament pod te rozważania kładzie Andrzej Zygmuntowicz, który odległe dziedziny fotografii i muzyki łączy, szuka dla nich wzajemnych inspiracji, kreśli portret dojrzewania sztuki utrwalania obrazu, a także opowiada, jak autorom zdjęć żyło się i tworzyło w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Oba teksty skłaniają do wnikliwszego spojrzenia na to wydanie - po lekturze polecam więc, by przejrzeć pod tym kątem zdjęcia ilustrujące działy relacji oraz okładki płyt w dziale wydawnictw. Te ostatnie to przypadki zaplanowanych działań, związanych głównie z promocją artystów. Natomiast o przypadkowości, prywatności i intymności w obrazie opowiada Jackowi Marczyńskiemu Janusz Marynowski, dyrektor orkiestry Sinfonia Varsovia i również zapalony fotograf. Kto wie, czy gdyby nie jego przekonanie o możliwości uwiecznienia emocji, powstałyby słynne zdjęcia Krzysztofa Pendereckiego, komponującego w trakcie śniadania lub regenerującego się z ręcznikiem na głowie? Dzięki wzajemnemu zaufaniu - stojących za i przed obiektywem - niemalże przestały istnieć tematy niefotograficzne. Przestał też istnieć wyidealizowany model.

Akurat tych wiele było ostatnio na naszych ulicach - na ulotkach, bannerach i bilbordach. Ciekawe, jak skutecznym narzędziem perswazji może być zdjęcie. Ciekawe też, w jakim kolorze jest utrzymana nowa fotografia. Jest szara czy kolorowa?

Cytat numeru:

Kiedy patrzę na fotografię, to SŁYSZĘ, czy towarzyszy jej tonacja durowa czy molowa, czy jest w dynamice piano czy FORTE

--Janusz Marynowski

Pomyśleć system edukacji od NOWA

Barbara Rogala

z AGATĄ SZYMCZEWSKĄ rozmawia

B arbara Rogala: W czerwcu wywołała pani burzę, pisząc w mediach społecznościowych, że system oceniania muzyków jest arbitralny, szkodliwy dla zdrowia psychicznego i motywujący głównie przez presję egzaminacyjną.

Agata Szymczewska: Post był emocjonalny i przerysowany, ale musiał taki być, by wywołać odzew. Dotarł do około miliona odbiorców. Cieszę się, bo zmusił nas do refleksji i trudnej dyskusji nad kwestią, w której nie ma łatwych rozwiązań.

Największy problem obecnego modelu?

Martwi mnie, że niezbędna weryfikacja postępów stoi u nas na głowie, ponieważ oceniamy w systemie konkursowym. Gdy uczeń wchodzi na egzamin, patrzymy na niego wyłącznie z perspektywy tego, co wykonał danego dnia, pomijając to, jak pracował przez ostatnie miesiące. Krzywdzące jest, że nauczyciele nie mają możliwości powiedzenia uczniom, co można poprawić, a co już udało się osiągnąć. Wszystko zamykamy w dwóch cyferkach oceny, które nie spełniają funkcji informacyjnej. Dobry nauczyciel będzie starał się uzasadnić liczbę punktów, ale po co zbiera się cała komisja? Większość nauczycieli to pasjonaci i po prostu ściska mnie w żołądku, że przy okazji egzaminów uczeń nie ma szansy skorzystać z ich doświadczenia i mądrości.

W poście pisała pani też o konsekwencjach tego modelu oceny dla zdrowia psychicznego.

Uczestnicy czerwcowej dyskusji wówczas dopiero co poczuli ulgę, że zakończył się rok szkolny i akademicki. Wielu z nas ma przykre doświadczenia z egzaminowaniem, które nie znikają z nadejściem wakacji, a potrafią ciągnąć się przez lata (o czym niektórzy pisali w odpowiedzi na mój tekst). Te liczne wiadomości potwierdzają, że szkodliwy wymiar egzaminów to fakt.

Czym zastąpić konkursowe egzaminy?

Zaczęłabym od pytania o zasadność egzaminów dla najmłodszych. Z pomocą przychodzi metoda Suzuki, która unika wywoływania w uczniu poczucia zagrożenia czy oceniania i kategoryzowania - Gosia ma piątkę, bo już wibruje, a Staś - czwórkę, bo jeszcze nie. Dzieci powinniśmy dzielić na te, które potrzebują więcej i mniej czasu, by się czegoś nauczyć, a nie, od samego początku, na dobrych i złych muzyków. Nauczyciele sygnalizują też, że potrzebują większej swobody w doborze repertuaru, bo podopieczni nie chcą grać dziś tylko Bacha i Mozarta, ale też tematy Piratów z Karaibów czy Gwiezdnych wojen. Uwzględnienie potrzeb i marzeń uczniów mogłoby sprzyjać ich rozwojowi.

A studenci? Czy ich egzaminy zastąpimy recitalami z opisowymi ocenami?

Oczywiście nie da się prowadzić egzaminów przez trzy tygodnie. Ale może warto poszukać kompromisu, który sprawiłby, że student nie czułby przytłoczenia i presji, bo zaraz zostanie na niego wydany wyrok w postaci punktów.

Jednak życie muzyka pełne jest konkursów - trzeba je wygrać, by zrobić karierę solisty, ale też, by dostać się do orkiestry.

Nie każdy, kto zaczyna się uczyć gry na instrumencie, będzie chciał pracować w orkiestrze czy wziąć udział w Konkursie Wieniawskiego. Powinniśmy to uszanować. Tymczasem system jest nastawiony na produkowanie solistów, a nie ludzi, którzy kochają muzykę. W mojej ocenie to rola nauczyciela, by dostrzegłszy talent ucznia, kierował jego edukacją tak, by przygotować go do przesłuchań - mamy mnóstwo konkursów, w których można brać udział od najmłodszych lat. Jednak to nie musi być droga dla każdego.

Fot. Michał Grocholski

Zgadzam się, że takie zmiany mogą przyczynić się do obniżenia poziomu kształcenia. Bo jeśli zrezygnujemy z surowości, absolwentom będzie trudno mierzyć się z ogromną presją konkursów i zwyciężać. Skąd jednak bierze się trema podczas przesłuchań? Z lęku przed oceną. A jak mamy się nie bać, skoro przez 17 lat nas na to narażano? Wzmacnianie odporności polega na czymś przeciwnym - budowaniu przekonania, że wychodzę na estradę, znając swoją wartość. Bardzo rzadko spotykam się z tym u młodych ludzi, a to na pewności siebie opiera się życie koncertowe. Publiczność od razu wyczuje, że stoi przed nią artysta, który nie wierzy w to, co robi.

Pani post na Facebooku i spowodowane nim artykuły w mediach doczekały się odpowiedzi Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak pani ocenia tę reakcję?

Bardzo się ucieszyłam, że padła odpowiedź, bo świadczy to o poważnym potraktowaniu sprawy. Należy rozmawiać i szukać rozwiązań. W stanowisku resortu pojawia się wiele faktów, jak ten, że nigdy nie zgłaszałam ministerstwu problemów szkolnictwa artystycznego. Ale środowisko nie raz próbowało podjąć dialog w różnych kwestiach i nie było to łatwe. W odpowiedzi na postulaty nauczycieli przyjęto rozszerzenie skali punktowej z sześciostopniowej na 25-punktową, by umożliwić niuansowanie wyników. Ale nie tylko o to mi chodziło.

Padła sugestia, że proponuje pani obniżenie jakości kształcenia w szkołach muzycznych.

W ogóle nie chodziło o obniżenie poziomu. Nie chcemy w tej sprawie walczyć, ostatecznie wspólnie stworzyliśmy przestrzeń do debaty. Obserwuję problem z komunikacją obejmujący cały łańcuch - od władz po rodzica i ucznia. Przed nami wypracowanie sposobu dyskutowania o problemach i o nowych rozwiązaniach.

Pod koniec września spotkała się pani z Radą do spraw Szkolnictwa Artystycznego. Jakie były tego rezultaty?

Poinformowano mnie o zmianach, które zaszły lub są planowane. Przyznaję, że postrzegam je bardzo pozytywnie. Na razie tylko na papierze, ale mamy nowe podstawy programowe, rozszerzoną ofertę przedmiotów w szkołach drugiego stopnia (chodzi choćby o elementy dyrygowania czy muzykologii). To dobre pomysły i są to już zmiany systemowe. Widzę większy nacisk na kształcenie w zakresie nie tylko grania czysto i bez pomyłek, lecz także rozwijania kompetencji społecznych przez muzykę - pracę w grupie czy korzystanie z nowych technologii. Rada zaproponowała też cykl szkoleń dla nauczycieli i rodziców na temat roli oceny.

Świadomość zachodzących zmian jest jednak mała. Byłam w szoku, dowiedziawszy się, że egzaminy śródroczne nie są wymagane przez ministerstwo. Obowiązkowy jest jedynie egzamin klasyfikacyjny pod koniec roku, ale do szkół chyba ta informacja nie dotarła. Przez błędy komunikacyjne powstają legendy o wyśrubowanych wymaganiach. Tymczasem po obu stronach działa dużo osób, które z zaangażowaniem i zrozumieniem dążą do poprawy stanu szkolnictwa artystycznego w Polsce.

A co z wychodzeniem naprzeciw potrzebom i oczekiwaniom uczniów?

Mam poczucie, że jest trend, by rozszerzać, a nie zawężać możliwości nauczycieli. Jest wiele pomysłów. Myślimy o cyklu szkoleń, by uświadomić pedagogów, czego naprawdę się od nas oczekuje i co jest możliwe. Przyświeca temu chęć uczłowieczenia systemu, który nie jest zły z założenia. W rękach ludzi, którzy nie są dostatecznie poinformowani, może się jednak wypaczyć. Nieporozumienia trzeba wyjaśnić, a nauczyciel może dużo więcej, niż mu się wydaje.

Czy oznacza to, że dyskusja przyniosła pozytywne efekty?

Tak, ale za pół roku nie obudzimy się w nowej rzeczywistości. Ministerstwo chce dobrze, choć w środowisku dominuje poczucie, że tam nic się nie dzieje albo wręcz zmienia na gorsze. Po wszystkich stronach są chęci, jednak zmiana będzie rozłożona na wiele lat, dołoży się do niej naturalna wymiana pokoleniowa kadry. Wszyscy nauczyciele w Polsce ukończyli studium pedagogiczne - pytanie, czego się nauczyli? Tam powinni zdobyć między innymi umiejętności miękkie czy wiedzę z zakresu psychologii. Poprawę sytuacji szkolnictwa na pewno przyspieszyłoby zadbanie o jakość kształcenia przyszłych nauczycieli.

Wrócili do domu

opera.poznan.pl, PAP

Dwa lata i 40 milionów złotych. Zakończył się remont w Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu.

W okolicach sceny wnętrze gmachu zostało wymienione całkowicie, od piwnic po dach - poinformowała dyrektorka Renata Borowska-Juszczyńska. W trakcie prowadzonych prac zastąpiono ponad 800 metrów kwadratowych drewnianej podłogi, zamontowano 63 elektryczne sztankiety (w tym 42 dekoracyjne), położono ponad 60 kilometrów kabli, a udźwig roboczy każdej z czterech zapadni zwiększono do 15 ton. Ponadto - jak czytamy w komunikacie teatru - na widowni wymieniono wszystkie żarówki na LED, by obniżyć dziesięciokrotnie zużycie prądu. Identyczne oświetlają już widownię mediolańskiej La Scali czy nowojorskiej Metropolitan Opera. "Jesteśmy pierwszą operą w Europie, która może się pochwalić immersyjnym systemem dźwięku przestrzennego L-ISA Hyperreal 360 wraz z systemem wspomagania akustyki Ambiance. Dzięki temu podczas spektakli wykreujemy wokół widzów pejzaż dźwiękowy w taki sposób, aby de facto byli otoczeni dźwiękiem. Będzie to efekt porównywalny do kinowego dolby surround. W trakcie spektakli nasi artyści nie będą korzystać ze wsparcia mikrofonów, natomiast dzięki nowym systemom widz usłyszy, co się dzieje na scenie jednakowo dobrze, niezależnie, czy będzie na środku na parterze, czy z boku na III balkonie" - podał teatr. Remont udało się sfinansować - po połowie - z budżetu samorządu województwa wielkopolskiego i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. --MAK

Stradivarius w niebezpieczeństwie

"Gazeta Wyborcza"

Bezcenny instrument, pierwszy w powojennej Polsce stradviarius "Polonia", może trafić na licytację. Wszystko przez śledztwo prowadzone w sprawie firmy FutureNet - właściciela skrzypiec. Śledczy z wrocławskiej prokuratury okręgowej uważają, że organizacja oszukała co najmniej 20 tysięcy osób na łączną kwotę 90 milionów złotych. Pięć osób jest podejrzanych, a za dwoma szefami firmy rozesłano listy gończe. To właśnie jeden z nich, Roman Z., w 2018 roku zakupił skrzypce od włoskiej rodziny Ratinich i zdeponował w Zamku Królewskim w Warszawie. Wtedy też instrumentowi nadano imię "Polonia" i przekazano go Januszowi Wawrowskiemu. Teraz skrzypce stały się częścią zabezpieczonego przez prokuraturę majątku w wysokości 22 milionów złotych, a ich wartość stanowi ponad połowę tej sumy. "Cały czas jestem w posiadaniu skrzypiec, gram na nich i koncertuję" - przyznał Wawrowski 1 października w rozmowie z "Wyborczą". Jak czytamy: "po zabezpieczeniu instrumentu prokuratura powierzyła mu je jako "osobie godnej zaufania". Zabezpieczenie oznacza tyle, że nikt inny nie może ich dostać, nie może ich też Wawrowskiemu odebrać formalny właściciel, czyli firma BCU z Dubaju [która założyła FutureNet - przyp. red.]". Nie wiadomo natomiast, co stanie się z instrumentem po zakończeniu śledztwa - o tym zdecyduje sąd, gdy sprawa trafi na wokandę. Istnieje niebezpieczeństwo, że stradivarius będzie wystawiony na licytację, a wówczas może go kupić ktoś z zagranicy. --MC

Cały świat w TW-ON

"Rzeczpospolita"

Tegoroczna uroczystość wręczenia International Opera Awards, zwanych operowymi Oscarami, odbędzie się 9 listopada w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. "Przez lata te szczególnie prestiżowe wyróżnienia wręczano zawsze na gali w Londynie. Pandemia wymusiła przerwę w tej tradycji. Gdy operowe życie wróciło do normy, w ubiegłym roku gospodarzem rozdania nagród został Teatro Real w Madrycie, w tym roku organizatorzy [...] wybrali warszawski Teatr Wielki - czytamy w tekście Jacka Marczyńskiego. - Do Warszawy przyjedzie [...] wielu wybitnych artystów, którzy do tej pory z Polską nie mieli kontaktu i trudno było nam ich pozyskać. Te gale są ponadto miejscem spotkań dyrektorów najważniejszych teatrów operowych Europy i Ameryki. International Opera Awards, sumujące dokonania ostatniego sezonu, przyznawane są w 20 kategoriach, zarówno dla artystów (śpiewaków, reżyserów, scenografów, dyrygentów), jak i dla teatrów czy festiwali oraz oczywiście za przedstawienia i nagrania płytowe [...]. Jest też specjalna nagroda widzów i czytelników pism operowych, którzy swojego laureata wybierają w głosowaniu internetowym". Głosowanie w tej kategorii właśnie ruszyło. Można oddać głos na ośmioro artystów, w tym na Piotra Beczałę. "Miniona dekada była dla nas bardzo pomyślna, zdobyliśmy w sumie dziesięć nagród. Otrzymali je oczywiście śpiewacy Aleksandra Kurzak, Piotr Beczała i Jakub Józef Orliński, a także reżyserzy Mariusz Treliński i Krzysztof Warlikowski, scenografka Małgorzata Szczęśniak oraz dyrektor Opery Narodowej Waldemar Dąbrowski. Dwukrotnie zdobyliśmy nagrody w kategorii dzieło odkryte na nowo za Goplanę Władysława Żeleńskiego (Opera Narodowa) i Parię Stanisława Moniuszki (Teatr Wielki w Poznaniu)" - przypomina "Rzeczpospolita". --MAK

Pieniądze na zabytki

gov.pl, samorzad.pap.pl

Zabytkowe organy, zbiory nutowe, a może sale koncertowe? Można składać wnioski w ramach programu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Ochrona zabytków" na 2024 rok. Zaplanowano dwa terminy naboru: pierwszy potrwa do 31 października 2023 i obejmie prace przewidziane na rok następny; drugi, do 31 marca 2024, dotyczyć będzie refundacji prac wykonanych w latach 2021-2023. Budżet programu to 201 625 000 złotych. Minimalna kwota dofinansowania wynosi 25 tysięcy. Zgodnie z regulaminem beneficjenci mogą liczyć na pokrycie 50 procent kosztów inwestycji. Istnieje też szansa całkowitego finansowania zadania, jednak "wsparcie takie będzie można otrzymać tylko w szczególnych przypadkach, gdy zabytek posiada wyjątkową wartość historyczną, artystyczną i naukową, wymaga przeprowadzenia złożonych pod względem technologicznym prac lub gdy stan zabytku wymaga niezwłocznej interwencji" - informuje portal samorzad.pap.pl. "Celem programu [...] jest zachowanie materialnego dziedzictwa kulturowego, realizowane poprzez konserwację i rewaloryzację zabytków nieruchomych i ruchomych oraz ich udostępnianie na cele publiczne" - czytamy na stronie ministerstwa. --MAK

Grają, by pomagać

diapasonmag.fr

David Grimal i jego zespół Les Dissonances podczas najbliższego sezonu artystycznego kolejny raz wystąpią, by wspomóc osoby w kryzysie bezdomności. "Ta inicjatywa dyskretnie łączy ambitne koncerty i pomoc najbardziej potrzebującym" - czytamy. W tym roku mija dokładnie 20 lat od wprowadzenia w życie tak zwanego L'Autre Saison, w ramach którego, w kościele Saint-Leu-Saint-Gilles w sercu Paryża, raz w miesiącu grają artyści, którzy swoje honoraria przekazują stowarzyszeniu Les Margéniaux. Ono zaś finansuje projekty integracyjne. "Od momentu powstania L'Autre Saison pomógł już kilkuset osobom wyjść z bezdomności" - twierdzą pomysłodawcy. Tegoroczny "Inny sezon" zainaugurowano 6 października koncertem muzyki kameralnej, na którym wystąpili Grimal, pianista Sacha Morin, skrzypek Thomas Briant oraz wiolonczeliści Anne Gastinel i Léo Ispir. Wprawdzie zespół Les Dissonances ogłosił, że 7 października 2024 roku zakończy działalność w dotychczasowej formie, ale muzycy liczą, że ich inicjatywa charytatywna, która zrodziła się w tym samym czasie, co orkiestra, mimo wszystko przetrwa. --MAK

PASSEGGIATA...

Czas kobiet! La Maestra w Paryżu, międzynarodowy konkurs dla dyrygentek, już okazywał się dla nas szczęśliwy - reprezentantki Polski zajmowały wysokie lokaty, a poprzedni wygrała Anna Sułkowska-Migoń. Niedawno organizatorzy ogłosili listę 14 finalistek przyszłorocznych zmagań, które odbędą się od 14 do 17 marca. W ich gronie znalazły się dwie Polki: Zofia Kiniorska i Martyna Zych. Do tego etapu zostały wybrane spośród 197 artystek z 47 krajów świata. --MC

I pozostajemy w kręgu kobiet. Nagroda konkursu zamówień kompozytorskich stowarzyszenia Musica femina München powędrowała do chorwackiej kompozytorki Mireli Ivičević. Artystka otrzymała 7500 euro. Regulamin przewidywał napisanie utworu trwającego nie dłużej niż 20 minut, przeznaczonego dla orkiestry kameralnej. "Prawykonanie odbędzie się w sezonie 2024/2025 z udziałem Monachijskiej Orkiestry Kameralnej. MOK szczególnie angażuje się we współprace z kompozytorami współczesnymi" - czytamy w komunikacie. "Nowa muzyka to nie gatunek, to sposób myślenia" - stwierdziła 43-letnia Ivičević. --MAK

BBC, "The Herald"

Kasy nie ma i (raczej) nie będzie. Szkocki rząd zmniejsza budżet na kulturę. Pierwsze cięcie nastąpiło w zeszłym roku i wyniosło 6,6 miliona funtów, jednak w lutym obiecano powrót do poprzedniego poziomu finansowania. Tymczasem na ostatnim posiedzeniu rządu zmniejszony budżet utrzymano, tłumacząc się inflacją. "Trwa burza i jej siła narasta" - stwierdził dyrektor rządowej agencji Creative Scotland. Z takim tłumaczeniem nie zgadza się Francesca Hegyi, dyrektorka Międzynarodowego Festiwalu w Edynburgu. Jej zdaniem obecna sytuacja: "To nie żadna burza, tylko stały klimat" - konsekwencja 15 lat nieinwestowania w kulturę. --MC

AP News, "The New York Times"

Cierpliwie czekał, aż się doczekał. Christian Thielemann stanie za sterami Staatsoper Berlin. Kapelmistrz, znany przede wszystkim z prowadzenia dzieł Wagnera, został jej nowym dyrektorem muzycznym. "To nie tylko światowej klasy dyrygent, lecz także logiczny następca wielkiego maestra i honorowego mieszkańca Berlina, Daniela Barenboima" - powiedział Joe Chialo, stołeczny senator odpowiadający za kulturę. Podobno to właśnie sam Barenboim, zmagający się od pewnego czasu z problemami zdrowotnymi, namaścił swego następcę. Za Thielemannem mieli opowiedzieć się także muzycy Staatskapelle Berlin. Nad Szprewą plotkuje się, że swego czasu dyrygent starał się bez sukcesu o stanowisko szefa Filharmoników Berlińskich. Miały mu wtedy zaszkodzić... antysemickie wypowiedzi. --MC, MAK

lamaestra-paris.com

miz.org