Ruch Muzyczny 18/2024 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

6.90 zł
5.73 zł (5,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#18 2024 LXVIII

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyKrzysztof Stefański

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

maciej_kucharski@pwm.com.pl

Zastępca redaktora naczelnego, festiwale

Krzysztof Stefański

krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl

Swoboda ruchu, muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl

Swoboda ruchu, muzyka współczesna

Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl

Wydawnictwa

Michał Mendyk

michal_mendyk@pwm.com.pl

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

redakcja@ruchmuzyczny.pl

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

marek.knap@asp.waw.pl

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

pwm@pwm.com.pl

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: redakcja@ruchmuzyczny.pl

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce ilustracja Piotra Dudka

Muzyka wciąga

z MARIANEM BORKOWSKIM rozmawia

Monika Zając

Program 2 Polskiego Radia

Fot. Andrzej Świetlik/dzięki uprzejmości Mariana Borkowskiego

Monika Zając: Proszę przyjąć najlepsze życzenia z okazji pięknego jubileuszu. Czy kolejne okrągłe rocznice skłaniają pana do podsumowań?

Marian Borkowski: Dziękuję za życzenia. Dziesięć lat temu ukazała się książka podsumowująca mój dorobek. Mogę też liczyć na moją uczelnię, która stara się świętować ze mną co pięć lat.

Na pewno pamiętają o panu uczniowie, których wychował pan sporą gromadkę...

To prawda, jest ich dość dużo, zwłaszcza na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina, gdzie chyba 20 zajmuje ważne stanowiska - jest w tym gronie kilku profesorów, są prorektorzy, dziekani, kierownicy katedr... To dla mnie miłe po 52 latach pracy dydaktycznej. Ponadto kilku moich uczniów związanych jest z uczelniami Bydgoszczy, Łodzi, Szczecina, Wrocławia.

Czy pochodzi pan z muzycznej rodziny?

Mój ojciec miał doskonały słuch. Śpiewał w chórze, pięknie zresztą. Sądzę, że te muzyczne geny przejąłem właśnie od niego. Jestem jednak pierwszym muzykiem w rodzinie. Tradycję kontynuuje mój syn, Piotr, który został dyrygentem.

Kiedy zaczął pan myśleć o sobie jako przede wszystkim kompozytorze? Pana muzyczna droga rozpoczęła się przecież od fortepianu.

Urodziłem się w trudnych czasach, w 1934 roku. Pierwszy kontakt z muzyką miałem jako kilkulatek, ale dopiero po wojnie rozpocząłem regularną naukę. Moje pierwsze kompozycje powstały, gdy miałem 19 lat. Wcześniej bardziej interesował mnie fortepian, a naukę zaczynałem od akordeonu.

Studia w PWSM w Warszawie podjął pan późno, jako 25-latek.

W moim życiu nie brakowało przeszkód. Naukę gry na fortepianie rozpocząłem w wieku 15 lat. Siedmioletnią szkołę ukończyłem w cztery. Zostałem przyjęty do szkoły średniej w Łodzi - doskonałej, bo wielu pedagogów przyjechało tam tuż po wojnie z Warszawy. Między innymi Kazimierz Sikorski, który został rektorem szkoły wyższej, połączonej wtedy ze średnią. Dostałem się do klasy fortepianu. W pierwszym roku zaliczyłem cztery semestry. I wtedy okazało się, że muszę odbyć obowiązkową służbę wojskową. To był dla mnie ogromny cios. Kolejne stracone lata!

Gdzie pan odbywał tę służbę?

Najpierw w Głogowie, w jednostce liniowej. Potem już w Zespole Pieśni i Tańca Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu, jako pianista. Wówczas mogłem od czasu do czasu uczęszczać do tamtejszej szkoły na Podwalu. Później wyjechałem na rok do Łodzi, ale postanowiłem wrócić do Wrocławia, by dokończyć naukę u pani profesor, z którą nawiązałem kontakt podczas służby. Zawziąłem się, grałem po osiem, dziesięć godzin dziennie. Miałem duży repertuar, 18 utworów, w tym pięć etiud Chopina... Dzięki wielkiemu poświęceniu udało mi się zdobyć tam dyplom. No i zdecydowałem się na studia w Warszawie.

To był rok 1959, specyficzny okres. Już po Październiku, a przed wydarzeniami roku 1968. Jaka panowała wtedy atmosfera na uczelni?

Wspaniała. Warunki były trudne, mieliśmy do dyspozycji tylko pałacyk w Alejach Ujazdowskich i część budynku przy ulicy Pięknej, który dzieliliśmy z liceum. Wszyscy się znaliśmy, spędzaliśmy wspólnie czas. Mieliśmy cudownych pedagogów, poziom nauczania był niesamowicie wysoki.

Studiował pan w klasach fortepianu Jana Ekiera i Natalii Hornowskiej, a kompozycję u Kazimierza Sikorskiego.

To moje marzenie jeszcze z czasów łódzkich. Dla mnie Kazimierz Sikorski był mistrzem - zarówno jako kompozytor, jak i nauczyciel. To on mnie zachęcił do pracy pedagogicznej. Kiedy wróciłem ze studiów paryskich, profesor właśnie przechodził na emeryturę, a ja zostałem asystentem.

Jakim był człowiekiem?

Raczej niewylewnym. Może nie tyle surowym, ile na pewno konkretnym. Mimo to był serdeczny, do każdego miał indywidualny stosunek. Wiele zrobił dla swoich studentów, często nie wiedzieli, jaki był jego udział w decyzjach o stypendiach, nagrodach... Sądzę, że każdy z jego uczniów wspomina go jako kogoś niezwykłego.

Kontynuował pan jednocześnie studia pianistyczne. Kiedy zapadła decyzja, że kompozycja będzie nadrzędną dziedziną?

Nie była to łatwa decyzja. Oprócz kompozycji i fortepianu studiowałem równolegle muzykologię. Dziś nie wiem, jak to możliwe, ale po tych wszystkich porażkach narodziła się we mnie siła, która wyzwoliła ogromne pokłady determinacji. Miałem potrzebę nadrobienia straconego czasu. W jednej sesji potrafiłem zdać 35 egzaminów! Na pewno pomogła mi w tym bardzo dobra pamięć. Przydała się szczególnie na muzykologii, którą studiowałem przede wszystkim pod kierunkiem Józefa Michała Chomińskiego, jednego z najwybitniejszych ekspertów na świecie. Nie zyskał sławy tylko dlatego, że jego dzieła nie zostały przetłumaczone na angielski. Wśród moich mistrzów byli też Zofia Lissa i Hieronim Feicht... Ale to kompozycja nieustannie stała u mnie na pierwszym miejscu, mimo że profesor Lissa chciała, bym zapuścił korzenie na muzykologii. Kompozycję ukończyłem w 1965, muzykologię rok później. I wyjechałem do Paryża.

Wyobrażam sobie, że dla młodego człowieka wyjazd z Polski do Paryża i studia u takich sław, jak Nadia Boulanger, Olivier Messiaen czy Iannis Xenakis, to moment prawdziwego zachłyśnięcia się...

Kto wie, czy ten wyjazd nie wykrzesał ze mnie jeszcze większych pokładów energii. Nie miałem czasu na wiele spacerów, za to dosłownie biegałem z wykładu na wykład. Byłem tam ze Zbyszkiem Bargielskim, Jurkiem Sulikowskim, Wojciechem Łukaszewskim, Zygmuntem Krauze... Zostałem w Paryżu dwa lata. Nadia Boulanger i Olivier Messiaen występowali kilkakrotnie o przedłużenie mojego stypendium. Mogłem kontynuować studia muzykologiczne na Sorbonie i filozoficzne w Coll?ge de France. Był rok 1966, a wielki Messiaen dopiero wtedy, po odejściu Dariusa Milhauda, dostał klasę kompozycji. Mając 58 lat! Takie były prawa konserwatorium. Wcześniej wykładał analizę, estetykę oraz rytm, więc oni wszyscy - Stockhausen, Boulez - studiowali u niego właśnie to. Ja miałem szczęście, bo trafiłem już na kompozycję.

Jaki kontakt ze studentami miał Messiaen?

Lekcje odbywały się trzy dni w tygodniu, trwały po 4 godziny. W każdej uczestniczyła cała klasa, 12 osób. On siedział przy fortepianie, my wokół. Każdy przynosił swoje partytury i rozpoczynała się walka. Messiaen wszystko grał, ale czasem pisaliśmy tak trudne rzeczy, że musiał nas na chwilę przeprosić. Szedł do klasy akompaniamentu i przyprowadzał pianistkę, która potrafiła zagrać a vista najtrudniejsze utwory. U Nadii Boulanger mieliśmy z kolei godzinę lekcji indywidualnej i dwie analizy. Ponadto dochodziły do tego, w miesiącach wakacyjnych, studia u niej w Konserwatorium Amerykańskim w Fontainebleau. Na pierwsze spotkanie zaprosiła mnie na środę, na godzinę 19 (to pora, o której każdy wiedział, że wtedy przyjmuje), wjechałem windą na ostatnie piętro, wszedłem do salonu, a tam, przy stole, siedziało kilkanaście osób. Na szczycie - Nadia, a obok niej mój profesor instrumentacji, Piotr Perkowski. Kiedy mnie zobaczył, wstał i krzyknął po polsku "Marian, co ty tu robisz?!". Na to zawołanie wszyscy wstali i zaczęli się we mnie wpatrywać. Ja, niesamowicie zestresowany, podszedłem do Nadii, a ona uściskała mnie serdecznie, jakbyśmy znali się 100 lat!

Paryż był wtedy centrum nowej muzyki. Rodziło się dużo awangardowych idei, rozwijała muzyka elektroakustyczna... Odkrył pan nowości, o których w Polsce nie było jeszcze wtedy mowy?

Tak, zwłaszcza na początku. Uczęszczałem na wykłady Pierre'a Schaeffera w Radio France, gdzie odbywały się koncerty i spotkania. W tym czasie powstawała muzyka nie tylko konkretna i elektroniczna, lecz także akuzmatyczna. To była nowość, która właściwie do nas nie dotarła.

We Francji pozostał pan do roku 1968. Był pan świadkiem wydarzeń Maja, protestów studenckich?

Oczywiście! Studia zbliżały się już do końca, zostało raptem kilka tygodni, a mimo to wszystkie zajęcia zostały odwołane. Szukano wtedy nowych rozwiązań, również w systemie funkcjonowania konserwatorium. Zwrócono się do studentów zagranicznych, w tym do mnie. Miałem wykład przed dużym audytorium o polskim systemie kształcenia. Tam studiowano krótko, a później uzupełniano wiedzę lekcjami prywatnymi. Gdy opowiedziałem o naszych kilkudziesięciu przedmiotach, wszyscy byli przerażeni, nie wierzyli, że w takim kieracie jest czas na ćwiczenie czy komponowanie, chociaż znali wielu naszych wybitnych kompozytorów i solistów. Kilka nowych przedmiotów wprowadzono wtedy do obowiązkowego programu, zmieniono system, wydłużając studia do czterech lat. Miałem w tym swój udział.

Można powiedzieć, że to był pierwszy z pana sukcesów dydaktycznych. Z Paryża wrócił pan do Warszawy i rozpoczął pracę pedagogiczną. Ale to nie był jeszcze koniec zagranicznej edukacji.

W latach 1972 i 1974 brałem udział w Międzynarodowych Letnich Kursach Nowej Muzyki w Darmstadcie, a w 1973 i 1975 odbyłem studia w klasie kompozycji Franca Donatoniego w Sienie.

Studia zaowocowały w pańskiej działalności pedagogicznej. Wymienię tylko kilka nazwisk spośród całej rzeszy wykształconych przez pana kompozytorów: Marcin Błażewicz, Jerzy Kornowicz, Alicja Gronau-Osińska, Maciej Zieliński, Aleksander Kościów, Wojciech Blecharz. Gdy śledzi pan dokonania swoich absolwentów, dostrzega pan w ich twórczości jakiś wspólny mianownik, pochodzący od pana?

Każde pierwsze spotkanie ze studentem rozpoczynałem od słów: szukamy twojej muzyki. Tej, która w tobie tkwi. Musimy jakoś do niej dotrzeć. Do każdego podchodziłem indywidualnie, bo każdy jest inny. Myślę, że moja metoda się sprawdziła. Poświęcałem dla nauczania wszystko, bo bardzo to lubiłem. Uczelnia była właściwie moim drugim domem. Czasem nawet pierwszym! Czerpałem ogromną radość z kontaktu z młodymi ludźmi.

Chyba taki kontakt wpływa także na pedagoga.

Mam nadzieję, że da się to odczuć w moim przypadku. Ta bezpośredniość, koleżeńskość są w takiej pracy niezbędne.

Pana dorobek kompozytorski to spory zbiór dzieł orkiestrowych, kameralnych, wokalno-instrumentalnych, chóralnych... Wiele z nich zostało utrwalonych. W pana dyskografii, liczącej ponad 70 płyt, z zaskoczeniem znalazłam także nagrania baśni Andersena w wykonaniu Ireny Santor.

Ach, to odprysk mojej działalności. Mój przyjaciel Jan Węcowski był szefem wytwórni Veriton, która zajmowała się nagraniami muzyki zarówno poważnej, jak i rozrywkowej. Poprosił mnie o napisanie melodii do kilku tekstów i wyszły całkiem zgrabnie. Pani Irena Santor była bardzo zadowolona! Muszę powiedzieć, że rozrywka, jazz, pop są mi bliskie. Wykonywanie takich utworów przychodzi mi naturalnie. Gdy mój przyjaciel, pianista Jerzy Witkowski, usłyszał, jak improwizuję, powiedział mi: Marian, rzuć tę kompozycję, ty masz miliony w rękach! Gdy gram, ludzie skupiają się wokół mnie, uważnie słuchają. Grywam w różnych miejscach, czy to na lotnisku, czy w sklepach muzycznych. W Paryżu, Brukseli, Seulu... Zawsze z przyjemnością wszyscy słuchają tej lżejszej muzyki w moim wykonaniu.

Zaskoczył mnie pan. W ostatnich latach dominuje przecież w pana twórczości tematyka związana ze sprawami ostatecznymi. Czy zawsze interesowały pana te zagadnienia?

Powrót do muzyki wokalnej to ostatni okres mojej działalności. Zachęcił mnie do tego chór Akademii Teologii Katolickiej (dziś to Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego). W tym zespole śpiewali moi uczniowie, między innymi Paweł i Marcin Łukaszewscy. To oni zaproponowali, bym coś dla nich napisał. Tak mnie to wciągnęło, że nie poprzestałem na jednej kompozycji, powstało ich już około 20. Zupełnie inna muzyka w porównaniu do tej, którą pisałem na przykład na papierze milimetrowym, bo i taki okres mam za sobą. W latach siedemdziesiątych szukałem nowych rozwiązań, teraz powróciłem do tekstów, które uważam za dobro wspólne całej ludzkości. Podchodziłem do tego symbolicznie, wykorzystując w utworze na przykład tylko jeden wyraz, ale za to o ogromnej wadze. Mam sentyment do tej ostatniej twórczości, która przedstawia mój dorobek w nowym świetle. Nazywam to żartobliwie swym łabędzim śpiewem.

Jaką radę miałby pan teraz dla młodego człowieka, który marzy o karierze kompozytora?

Powiedziałbym, że będzie to trudna droga, ale wciąż jeszcze jest w muzyce wiele możliwości. Kompozytorom nie jest dziś łatwo. Największe dzieła powstały w wiekach XVIII, XIX, pierwszej połowie XX. Co dziś pisać? Iść w kierunku mocnej awangardy? Szukać jakichś powiązań z przeszłością? Powrotu do melodii i harmonii, ale w nowej konfiguracji? Jest dużo znaków zapytania.

Ale nadal pan uważa, że warto?

Oczywiście. Muzyka to fascynująca dziedzina. Myślę, że wielu młodych ludzi idzie w tym kierunku, nie zastanawiając się, co będzie dalej. To po prostu wciąga. Jest swoisty imperatyw, który nakazuje podążać tą ścieżką.

Marian Borkowski, #1934, kompozytor, muzykolog, pianista, pedagog, profesor honorowy UMFC. W sierpniu obchodził jubileusz 90 urodzin.

Wolfgang Rihm

(1952-2024)

Ekspresyjna, subiektywna, klarowna, pisana intuicyjnie i na ludzką miarę, poruszająca - taka jest jego wszechstronna, wielogatunkowa, obejmująca blisko 500 dzieł muzyka. On sam był erudytą, życzliwym, szczodrym, otwartym, po prostu ludzkim.

Wolfgang Rihm, wybitny kompozytor i eseista, komponować zaczął już jako 11-latek. Uczęszczał do Hochschule für Musik w Karlsruhe, gdzie studiował pod kierunkiem Eugena Wernera Veltego, Wolfganga Fortnera i Humphreya Searle'a. Później uczył się u Karlheinza Stockhausena, Klausa Hubera oraz Hansa Heinricha Eggebrechta.

Prócz form scenicznych i wokalno-instrumentalnych pisał muzykę orkiestrową, ansamblową i kameralną - był chyba najbardziej produktywnym kompozytorem współczesnym. Jego fenomen polegał na tym, że potrafił komponować wiele, lecz zawsze miało to najwyższą jakość. Wiedza Wolfganga Rihma o muzyce była wszechogarniająca. To samo dotyczy innych rodzajów sztuki, literatury i filozofii - wszystkie te dziedziny stanowiły źródło inspiracji dla jego utworów. W wielu z nich odwoływał się do materii muzycznej innych kompozytorów.

Był także znamienitym pedagogiem. Począwszy od roku 1985, od kiedy objął stanowisko profesora kompozycji w Karlsruhe, wykształcił kolejne pokolenia twórców. Uczyli się u niego Markus Hechtle, Rebecca Saunders, Vykintas Baltakas, Jörg Widmann, Márton Illés, David Philip Hefti, Vito Žuraj, Dariusz Przybylski. Swoją monumentalną wiedzą dzielił się ze wszystkimi swoimi studentami, do których grona i ja miałam przywilej należeć.

Zajęcia prowadził w ramach nie tylko lekcji indywidualnych, lecz także cotygodniowego seminarium. W trakcie tych spotkań siedzieliśmy wszyscy wokół stołu, słuchaliśmy muzyki i rozmawialiśmy o niej. Profesor przynosił partytury różnorodne gatunkowo i stylistycznie - te z kanonu muzyki współczesnej, ale i z minionych epok. Po odsłuchaniu utworu, począwszy od wskazanej przez Profesora osoby, każdy uczestnik i uczestniczka dzielili się spostrzeżeniami na temat dzieła. Pod koniec tej rundki, gdy rzeczy bardziej oczywiste zostały już powiedziane, dodanie kolejnej, różnej od poprzednich uwagi nie było łatwe... Choć odnosiły się do elementów muzycznych dzieła, celem zajęć było nauczenie się prowadzenia dialogu z kompozycją. Im więcej rund, tym większa była skuteczność tej metody - gdy wyczerpywały się komentarze oparte na wyuczonej, analitycznej i instrumentacyjnej wiedzy, każdy musiał włożyć wysiłek, aby pomyśleć kolejny, out of the box, co z kolei doprowadzało do wykształcania się indywidualnej perspektywy, a ostatecznie, do nabierania umiejętności wyrażania postawy estetycznej we własnej twórczości.

Wspominając Profesora, po wielu latach od ostatniego spotkania, zdałam sobie sprawę, że jego myśl o muzyce ujawniała się w każdej wypowiedzi muzycznej i werbalnej - w rozmowach toczonych pod znakiem rzemiosła kompozytorskiego, w zapytaniach, metaforach, cytatach i gestach. --Jagoda Szmytka

Prezydent podpisał

pap.pl, wirtualnemedia.pl

To największa zmiana prawa autorskiego od 30 lat. Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizacje ustaw: o prawie autorskim i prawach pokrewnych, o ochronie baz danych oraz o zbiorowym zarządzaniu prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Dostosowują one polski porządek prawny do współczesnych realiów rynku mediów, kultury i sztuki. "Nowe przepisy przygotowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wspólnie ze stroną społeczną zapewniają twórcom i wykonawcom utworów audiowizualnych, literackich, publicystycznych, naukowych, muzycznych i słowno-muzycznych prawo do stosownego wynagrodzenia za udostępnianie ich utworów i wykonań w internecie - napisała Hanna Wróblewska, ministra kultury i dziedzictwa narodowego. - Dodatkowo dają im narzędzia i możliwości negocjowania wynagrodzeń. Cieszę się, że tak ważna ustawa wchodzi w życie. Jednocześnie zapraszam na Forum Prawa Autorskiego, gdzie będziemy dyskutowali o zagadnieniach związanych z regulacją prawa autorskiego cyklicznie - raz na kwartał". Pierwsze z nich zaplanowano na 10 września. "Ustawa co do zasady ma wejść w życie po upływie miesiąca od dnia ogłoszenia, z wyjątkiem art. 1 pkt 21, który wejdzie w życie po upływie 6 miesięcy od dnia ogłoszenia (jest to przepis określający, że artyści wykonawcy utworu literackiego, publicystycznego, naukowego, muzycznego lub słowno-muzycznego będą uprawnieni do stosownego wynagrodzenia z tytułu publicznego udostępniania utrwalenia artystycznego wykonania w taki sposób, aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym)" - napisano w informacji prasowej Kancelarii Prezydenta. --MAK

Jest następca

"Gazeta Wyborcza"

Niemal na ostatnią chwilę komisja konkursowa zarekomendowała władzom województwa nowego dyrektora Filharmonii Opolskiej. Wakat powstał, ponieważ piastujący wcześniej to stanowisko Przemysław Neumann objął stery Filharmonii w Szczecinie. Konkurs w Opolu ogłoszono 26 lutego, ale "ze względów formalnych" długo nie udało się go rozstrzygnąć. W lipcu, dwa miesiące przed rozpoczęciem sezonu artystycznego, wicemarszałek Zbigniew Kubalańca uspokajał, że nie ma powodu do obaw i z pewnością dyrektor zostanie wybrany. Komisja zebrała się ponownie i wskazała kandydata. "To Maciej Fortuna, związany z Poznaniem trębacz, kompozytor jazzowy i producent muzyczny. [...] Jest wykładowcą trąbki jazzowej w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Prowadzi własne wydawnictwo muzyczne Fortuna Music, działa w Stowarzyszeniu Jazz Poznań" - wylicza dziennik. Kubalańca w rozmowie z "Wyborczą" przyznaje, że Fortuna przedstawił najlepszą koncepcję programową. "Doceniona została jego wiedza dotycząca finansów i wykształcenie prawnicze pokazujące znajomość materii, ale też wysoki poziom artystyczny i doświadczenie związane z organizacją festiwali muzycznych". 28 sierpnia zarząd województwa przyjął rekomendację komisji i powierzył Maciejowi Fortunie funkcję dyrektora filharmonii. Ma ją pełnić przez trzy sezony. --MC, MAK

Zwycięstwa

bachwettbewerbleipzig.de, macompetition.com

Pochodzący ze Świdnicy 19-latek Jakub Moneta zajął drugie miejsce na XXIV Konkursie Bachowskim w Lipsku. Nigdy dotąd polskiemu organiście nie udało się zajść tak wysoko w tych zawodach.

Konkurs odbywał się w kategoriach: organy, śpiew i wiolonczela. Rozgrywany jest co dwa lata. Do zmagań stanęło łącznie 108 muzyków z 19 krajów. Dyrektor Robert Levin skomentował, że poziom artystów "przekroczył oczekiwania, a dokonanie wyboru laureatów było trudnym zadaniem". Zwrócił także uwagę, że jury doceniało umiejętność oddania muzycznej retoryki, dramaturgii, struktury dzieła, intelektualne i duchowe walory interpretacji, a także wirtuozerię. Według Levina ten, kto otrzymuje tę nagrodę, "powinien być w przyszłości uznany za czołowego interpretatora" muzyki Bacha. Prócz prestiżu laureaci cieszyć się mogą też nagrodami pieniężnymi. Za trzy pierwsze miejsca otrzymają kolejno: 10, 7,5 oraz 5 tys. euro. W kategorii organów co prawda tryumfował 19-letni reprezentant Niemiec, Julian Emanuel Becker, ale Jakub Moneta znalazł się tuż za nim. Co więcej, otrzymał także nagrodę publiczności. Następny Konkurs Bachowski odbędzie się 14-21 marca 2025 roku w kategorii fortepianu.

Z Lipska przenosimy się do Belgii. Tomasz Ritter, laureat I Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych, po raz kolejny znalazł się na podium, tym razem w Brugii. Polak wygrał konkurs Musica Antiqua, który w tym roku obchodzi swoje 60-lecie.

Pianista, oprócz nagrody pieniężnej, otrzyma zaproszenie do wzięcia udziału w serii koncertów, w przyszłorocznym MA Festival oraz możliwość nagrania płyty dla wytwórni Ricercar. Ritter zdobył także nagrodę specjalną Outhere. Kolejne miejsca zajęli Aruth Masrangsan i Dávid Szilasi. Ponadto laureatami zostali Federico Ercoli i Charlotte Tang. Wyróżnienie od publiczności trafiło do Szilasiego. Musica Antiqua odbywa się corocznie i poświęcona jest wykonawstwu historycznemu. Polakom szczęście tu sprzyja. W zeszłym roku tryumfował klawesynista i pianista Maciej Skrzeczkowski, obecnie 22-latek, student Kris Verhelst i Menna van Delfta w Konserwatorium w Amsterdamie. --MC

PASSEGGIATA...

MKiDN

Pasmo sukcesów, a teraz medal. Jakub Józef Orliński otrzymał Złoty Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Odznaczenie wręczyła mu ministra Hanna Wróblewska na koniec jego koncertu towarzyszącego wystawie Dar Paderewskiego w Muzeum Wnętrz w Otwocku Wielkim. Śpiewak wystąpił z Aleksandrem Dębiczem, wykonując utwory Purcella, Bacha, Fagi, Vivaldiego, Moniuszki oraz samego Dębicza. --MC, MAK

BR Klassik, Deutschlandfunk Kultur

Kolejny wstrząs na Zielonym Wzgórzu! Wieloletni szef chóru festiwalowego w Bayreuth złożył rezygnację na rok przed odejściem na emeryturę. Decyzja Eberharda Friedricha została podjęta prawdopodobnie w proteście przeciw redukcji liczby chórzystów. Według BR Klassik ma ona zmniejszyć się aż o 40 procent. Friedrich wyrażał zaniepokojenie poziomem artystycznym - jakością dźwięku i muzykalnością zespołu. Decyzja o cięciach może jego zdaniem pogłębić ten kryzys. Rozmowy z następcami chórmistrza już trwają. --MC, MAK

warszawska-jesien.art.pl

Polskie Towarzystwo Muzyki Współczesnej ma 100 lat. Obchody jubileuszu zaplanowano podczas Warszawskiej Jesieni. Odbędzie się między innymi konferencja naukowa i koncert w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Międzynarodowe TMW, założone w 1922 roku w Salzburgu, skupia kompozytorów, wykonawców i krytyków. Od początku istnienia organizowało w różnych krajach doroczny festiwal, ważne forum wymiany idei i pomysłów, na którym wykonywano utwory młodych kompozytorów reprezentujących różne kierunki i tendencje. Polska sekcja powstała w roku 1924, a pierwszym jej prezesem został Karol Szymanowski. --MAK

portalsamorzadowy.pl

Z roztargnionych muzyków lub muzyczek można by skompletować zespół kameralny. Jak wynika z komunikatu Polregio, w 2024 roku w pociągach przewoźnika znaleziono ponad 1700 zapomnianych przez podróżnych przedmiotów, a w ubiegłym prawie 2700. Do Biur Rzeczy Znalezionych trafiły między innymi kurtki, dokumenty, telefony, garnitur, pierścionek zaręczynowy, a nawet dywan. To jednak nie wszystko. Ostatnio znalazły się tam: saksofon, skrzypce i gitara! Aby odzyskać zgubę, gdy nie mamy dowodu zakupu, potrzebne są dokładny opis poszukiwanej rzeczy, termin i przybliżona godzina jej utraty i trasa podróży. Polregio przestrzega, że jeśli właściciele się nie znajdą i minie przepisowy okres magazynowania, przedmioty zostaną komisyjnie... zniszczone. Na szczęście zgubionym stradivariusom nic nie grozi, gdyż przepis dotyczy jedynie rzeczy wartych nie więcej niż 100 złotych. --MAK