#18 2023 rok LXVII
Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku
Redaktor naczelny
Daniel Cichy
Redaktor prowadzącyKrzysztof Stefański
Sekretarz redakcji
Maciej Kucharski
maciej_kucharski@pwm.com.pl
Zastępca redaktora naczelnego, festiwale
Krzysztof Stefański
krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka dawna
Karolina Kolinek-Siechowicz
karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka współczesna
Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl
Wydawnictwa
Michał Mendyk
michal_mendyk@pwm.com.pl
Teatr muzyczny
Jacek Marczyński
Redaktor senior
Józef Kański
Sekretariat
Katarzyna Dubiel
redakcja@ruchmuzyczny.pl
Dyrektor artystyczny
projekt graficzny
Marek Knap
marek.knap@asp.waw.pl
Studio graficzne
Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)
Redakcja i korekta
Maria Konopka-Wichrowska
Internet
Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl
Wydawca
Polskie Wydawnictwo Muzyczne
al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków
Oddział w Warszawie
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
pwm@pwm.com.pl
Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.
Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Adres
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
tel.: +48 885 860 332
email: redakcja@ruchmuzyczny.pl
ruchmuzyczny
ruchmuzyczny
Ruch Muzyczny
RuchMuzyczny
Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl
"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych
informacje na www.defacto.org.pl
Ikonki: www.flaticon.com/freepick
POTRZEBA PRZEWODNIKÓW
Krzysztof Stefański
Fot. Rafał Masłow
To mógłby być kolejny tekst o traumie doświadczenia edukacji muzycznej w Polsce. Jeśli ktoś się takiego spodziewał - nic straconego, na stronie 14 znajdzie szkolne wspomnienia Joanny Bronisławskiej. Wiele osób pewnie mogłoby się z elementami jej historii utożsamiać. Ja również, choć na swojej drodze spotkałem wspaniałych pedagogów, którzy pielęgnowali i rozwijali moją pasję do muzyki (w szczególnie wdzięcznej pamięci chowam Irenę Maciukiewicz, Olgę Rusinę i Wiesława Michalskiego). Podobnie jak nasza autorka, nie chcemy zatrzymywać się na tych przeżyciach, lecz od nich odbić - i zastanowić, jak może być inaczej.
A może być naprawdę ciekawie! Obok państwowego systemu edukacji wyrosło bowiem mnóstwo inicjatyw - zarówno komercyjnych, jak i bezpłatnych. Znajdziemy wśród nich tak ugruntowane przedsięwzięcia, jak szkoły Casio czy Yamahy, nauczanie gordonowskie czy metodą Suzuki, ale też propozycje bardziej lokalne i niezależne. Ich szeroką panoramę kreśli Viola Łabanow, która przedstawia założenia, wskazuje pozytywne przykłady. Mogą one być inspiracją, uzupełnieniem i alternatywą dla publicznego szkolnictwa, ale w oczywisty sposób go nie zastąpią. Płatne zajęcia dla wielu będą niedostępne z powodów ekonomicznych, przyczyniając się do dalszej elitaryzacji uprawianej przez nas sztuki. Oddolne, darmowe działania z kolei często będą ograniczone do większych ośrodków i zbyt rozproszone, by mogły przynieść systemową zmianę. Za mało doceniamy dobro, którym jest publiczna, dostępna i powszechna edukacja.
Muzyka to bowiem kosztowne zajęcie, dlatego trudno się nie zgodzić z Wioletą Żochowską i Łucją Siedlik, które w relacji z Letnich Kursów Muzyki Nowej w Darmstadcie postulują większą dostępność finansową imprezy. Inaczej nawet jeśli zaprosimy na festiwale - jak proponują autorki - przedstawicieli globalnego Południa i mniejszości, będą oni mniejszością w i tak elitarnym gronie. Dla mnie otwartość realizowałaby się raczej w projektach ze społecznością, tworzonych lokalnie, z wykluczonymi tu i teraz - o czym wspomina Viola Łabanow, zainspirowana rozmową z Magdaleną Barszcz. Bo do zainteresowania muzyką nie trzeba formalnej edukacji, wystarczy jedno spotkanie lub instrument kurzący się gdzieś w kącie, co pokazują historie autodydaktów, przywołane przez Joannę Kwapień. Tę intuicję potwierdza też bohater naszej rozmowy, organista Karol Mossakowski, który w swej pracy pedagogicznej odkrył, że "im ktoś miał niższy poziom znajomości nut i krótszy kontakt z instrumentem, tym łatwiej improwizował i dawał się ponieść zabawie, próbując opowiadać dźwiękami jakąś historyjkę".
Do tego potrzebny jest odpowiedni przewodnik. Z ogromnym żalem, ale i wielką wdzięcznością za wszystkie teksty i 63 lata współtworzenia redakcji, żegnamy w tym numerze Józefa Kańskiego. Jego niezwykła erudycja i wiedza muzyczna bez wątpienia wynikały ze starannej i wszechstronnej edukacji. We wspomnieniach powraca natomiast jako ten, który przed rzeszami melomanów otwierał drzwi do świata muzyki klasycznej - autor bestsellerowego Przewodnika operowego, juror Wielkiej Gry, komentator Konkursu Chopinowskiego. Łatwo byłoby utyskiwać, że tworzył w innej rzeczywistości medialnej, w której publicznemu nadawcy przyświecała misja, a prasa codzienna nie szczędziła łam na kulturę. Ale można też zaryzykować tezę, że żyjemy w najbardziej rozmuzykowanym społeczeństwie w dziejach - gdy niemal każdemu towarzyszy muzyka: w słuchawkach czy głośnikach, w przestrzeni publicznej czy prywatnej. Gdy tak bliski Panu Józefowi Konkurs dociera w internecie do milionów. Jak nie poprzestać na biernym odbiorze i zagospodarować ten społeczny entuzjazm? Instrumenty i chóry w każdej szkole? Zespoły w każdym domu kultury? Powszechne lekcje improwizacji? Może nie każde dziecko na ulicy będzie gwizdać Schönberga - ale niech każde gwiżdże!
Cytat numeru:
Kontakt z muzyką jest WAŻNIEJSZY niż jakakolwiek metoda czy nawet wymarzony instrument; jeśli jest na czym grać, to TRZEBA grać
--Joanna Kwapień
Józef Kański (1928-2023). Z życzliwym dystansem
Był w moim życiu od ZAWSZE, od momentu, gdy zaczynałem ODKRYWAĆ świat opery
Jacek Marczyński
Józef Kański podczas Tygodnia Talentów w Tarnowie, październik 1982, fot. Jan S. Pękala
Wprowadzał mnie do niego - tak jak tysiące innych Polaków - swoim Przewodnikiem operowym, uważanym przez wszystkich za zbiór fundamentalnych faktów i opinii. A w weekendowe popołudnia tkwiliśmy przed telewizorami, by podziwiać Józefa Kańskiego w roli muzycznego eksperta w Wielkiej Grze, programie rozpalającym emocje bardziej niż wszystkie obecne telewizyjne shows łącznie.
Minęło sporo lat i poznałem Józefa osobiście, choć nie wiąże się to z konkretnym zdarzeniem. To był długi proces, siadaliśmy obok siebie na miejscach recenzenckich na koncertach czy przedstawieniach, ale jego pozycja i autorytet onieśmielały. Nie był zresztą człowiekiem skłonnym do bliższej zażyłości. Jego maniery, dobre wychowanie wyniesione z domu nakazywały mu utrzymywać życzliwy dystans wobec różnych osób. Nie brylował też w towarzystwie, unikał erudycyjnych popisów.
W pośmiertnych wspomnieniach wymieniano teraz jego publikacje o operze i wybitnych śpiewakach, rzadziej natomiast przywoływano, że był jednym z najlepszych znawców muzyki Chopina i wielkiej pianistyki, o czym mogliśmy się przekonać choćby podczas kolejnych konkursów chopinowskich, które zawsze śledził z uwagą. I w tym przypadku nie lubił imponować swoją wiedzą, ale zapytany, chętnie się nią dzielił. Cechowała go też ogromna ciekawość, chciał poznawać opinie innych o wydarzeniach, w których nie mógł brać udziału, ale pytał tylko tych, do których miał zaufanie. Z czasem i ja znalazłem się w tej grupie, choć minęło ponad 20 lat, nim nasza znajomość weszła na wyższy poziom. Sprawiła to jego żona, Teresa Grabowska, dzieląca z nim pasje i zawód, która przysłuchując się jakiejś naszej rozmowie, niemal krzyknęła: "Przestańcie się wygłupiać i zacznijcie wreszcie mówić sobie po imieniu". Józef uczynił to natychmiast, ja jeszcze przez jakiś czas mówiłem do niego per "pan", co z uśmiechem prostował.
Jego bagaż doświadczenia przeszłości i tradycje ziemiańskie, do których był przywiązany, musiały rzutować na wybory estetyczne. Wszelkie odstępstwa od operowego libretta budziły jego głęboki sprzeciw. Kiedyś na festiwalu w Bayreuth przydzielono nam miejsca obok siebie na Holendrze tułaczu. Reżyser Claus Guth zrezygnował ze statku, morskich przestrzeni, a zamknął bohaterów Wagnera w wielkim domu, czyniąc życie na zewnątrz jedynie wytworem marzeń Senty. Oprócz spektaklu mogłem więc śledzić nie mniej interesujące cierpienia i oburzenia Józefa. Zdecydowanie cieplej niż reżyserów traktował za to śpiewaków, którym potrafił udzielać mądrych rad i których chętnie chwalił, jeśli tylko był ku temu powód.
W większym gronie mówił mało, ale zawsze celnie. I miał poczucie humoru, choć z tej strony dawał się poznać tylko w sprawdzonym towarzystwie. Kiedyś na urodzinowym przyjęciu u Marii Fołtyn pewna gwiazda nowej telewizji opowiadała z przejęciem, że jedzie do Nowego Jorku zrobić reportaż telewizyjny o Polce, która będzie śpiewać w Metropolitan i niebawem zostanie wielką gwiazdą. Wszyscy słuchali z zainteresowaniem, ale gdy zapadła cisza, Józef uniósł głowę znad talerzyka z tortem i zapytał: "A co ona tam będzie śpiewać?". "Florę w Traviacie" - padła odpowiedź. "To dużo pani nie nakręci" - odrzekł Józef i wrócił do konsumpcji.
Człowiek wielkiej wrażliwości
Adam Rozlach
Polskie Radio
Redaktora Józefa Kańskiego poznałem - jak chyba większość z nas - na ekranie, w telewizyjnej Wielkiej Grze. Zawsze spokojny, nigdy wylewny i bardzo rzadko okazujący emocje po dobrej odpowiedzi uczestnika teleturnieju, może kiedyś, zaledwie kącikiem ust... Zachowywał się tak, jak powinien prawdziwy arbiter - był rzeczowy, kompetentny, pewny swoich racji, może nieco surowy i chłodny, choć pod tym kostycznym obrazem krył się człowiek wielkiej wrażliwości, któremu osoby z pasją i wiedzą musiały imponować. Do tego zawsze elegancki (w dobrych marynarkach i z nieodłączną muszką), o nienagannych manierach i z właściwym sobie dystansem.
Nasza znajomość rozpoczęła się zapewne w czasie wspólnych, warszawskich, ale i wyjazdowych festiwali. Być może był to Słupsk, Wratislavia Cantans, Konkursy Chopinowskie... Na pewno połączyły nas wielokrotne spotkania w ramach komisji krytyków i recenzentów SPAM, przyznającej nagrody za najlepsze wykonanie utworu polskiego na Warszawskiej Jesieni. Jakże wielkim wyróżnieniem było dla mnie znalezienie się w tym gronie, obok niego czy Jana Webera! Redaktor Kański zawsze był dla wszystkich, także o wiele młodszego od siebie kolegi, pełen życzliwości i zrozumienia.
A już całkiem blisko poznawałem Redaktora, kiedy od lat dziewięćdziesiątych zapraszałem go do cotygodniowych audycji publicystycznych Fermata i Galeria Mistrzów w Polskim Radiu Bis, w których z pozycji autorytetu recenzował bieżące wydarzenia i przybliżał najwybitniejsze postaci świata artystycznego. Bodaj zawsze byli to najbliżsi mu pianiści i śpiewacy. Na szczęście audycje te zachowały się w archiwum Polskiego Radia, ale niestety, z jego wcześniejszego, autorskiego dorobku pozostały tam tylko nieliczne nagrania...
Nasza - jak śmiem sądzić - serdeczna znajomość z Józefem Kańskim i jego żoną, Teresą Grabowską, utrwaliła się wobec jego szacunku i uznania dla mojej śpiewającej małżonki. Natomiast najszczególniejszym dowodem wielkiej klasy, taktu i kultury były w ostatnich latach - jeśli mogę to wyjawić - wprawiające mnie w ogromne zakłopotanie telefony kochanego Pana Józefa ze świątecznymi życzeniami, których nigdy nie zapomnę...
Nie stronił od pociągów OSOBOWYCH, byle tylko być WSZĘDZIE, nie pomijając KUTNA
Niedzisiejszy charme
Katarzyna Ryzel
Józef Kański był dla mnie, jak i dla większości redakcji #, po prostu - i aż - Panem Józiem. Poznałam go, gdy miał około 80 lat. Mimo szacunku dla jego wieku i doświadczenia, szybko poczułam do niego sympatię i potrzebę jakiejś o niego troski, zresztą z wzajemnością. Okazał się bowiem człowiekiem ciekawym innych ludzi i świata, nie traktował osób młodszych od siebie protekcjonalnie. On wspierał mnie wiedzą i dobrym słowem, ja pomagałam mu w redakcyjnych obowiązkach - teksty do wydań przynosił spisane ręcznie lub przesyłał je faksem (kiedy taki jeszcze był w redakcji), a ja lub Hanna Palusińska "przepisywałyśmy je na komputer". Artykuły często notował na makulaturze i chyba przelewał je na nią prosto z głowy - rzadko kiedy nanosił później poprawki, choć często dodawał jakieś dopiski i rozwinięcia. Relacje Pana Józefa rozpoznaję do dziś, nie patrząc na podpis - dobrze zaznajomiłam się z jego językiem: kwiecistym, nieco staromodnym, charakterystycznym, własnym. Od pewnego momentu teksty przepisywała jego córka, Agnieszka, dostawaliśmy więc pliki - nawet trochę szkoda, że szuflada w redakcji z rękopisami Pana Józia przestała się zapełniać, choć na pewno rodzinne archiwum to dla nich równie dobre miejsce.
Jeśli nie przychodził akurat do siedziby #, lubił do nas dzwonić. Pilnował terminów i trzymał rękę na pulsie życia redakcji - upewniał się, że jego teksty wejdą do wydania i ukażą się na czas. Choć podejrzewam, że potrafił być stanowczy, wobec nas, swoich współpracowników, zawsze zachowywał się niezwykle serdecznie. Lubił też zażartować. Bił od niego niedzisiejszy charme.
Najbardziej niesamowitą cechą Pana Józia była jego fenomenalna pamięć. Na jednym z kolegiów na przykład powrócił wspomnieniem na festiwal, bodajże do lat pięćdziesiątych XX wieku, i nie tylko przytoczył program pewnej śpiewaczki i skomentował wykonanie, lecz także pamiętał, jaką miała suknię (a ja, chociaż usłyszałam to kilka lat temu, już nie pamiętam tych szczegółów...). Niektóre festiwale odwiedzał od ich zarania - mało kto mógłby oceniać je na tak szerokim tle historycznym.
Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu jeździł po całym świecie - czy to na wydarzenia muzyczne, czy na wycieczki turystyczne. W ostatnich latach, choć jego ciało dopadała już kruchość, umysł miał nadal bystry. Nawet leżąc w łóżku, pragnął pisać o muzyce - nie tak dawno dzwonił i podpytywał mnie o premiery oper czy koncertów w telewizji, czasem rozmawialiśmy o nowych płytach.
Józef Kański zostawił po sobie kolosalny dorobek krytyczny (dla samego # pisał przecież przez ponad 60 lat). Ja wspominać będę także jego barwny styl, energię, ostrą jak brzytwa pamięć i urocze usposobienie.
Józef Kański (w centrum) w gronie redakcji #. Stoją od lewej: Adam Suprynowicz, Maciej Kucharski, Hanna Palusińska, Jacek Marczyński, Katarzyna Ryzel, Olgierd Pisarenko, Piotr Matwiejczuk, Krzysztof Stefański, Karolina Kolinek-Siechowicz, Adam Głowacki; siedzi: Katarzyna Matwiejczuk; leży: Baja. Warszawska siedziba PWM, grudzień 2019, fot. Bartek Barczyk
Pan Józef
Był od ZAWSZE. W Filharmonii Narodowej był słuchaczem, którego nie mogło zabraknąć. Recenzował wszystkie rodzaje KONCERTÓW - symfoniczne, oratoryjne, recitale...
Kacper Miklaszewski
Bywał także na estradzie! Pianista, absolwent PWSM w Warszawie, uczeń wybitnych pedagogów: Pawła Lewieckiego, Marceliny Kimontt-Jacynowej czy Józefa Śmidowicza. Tego ostatniego przywoływał często, zawsze z wielkim szacunkiem i uznaniem. Pamiętam lata sześćdziesiąte, Pana Józefa - cichego, jakby nieśmiałego, przed Orkiestrą Filharmonii Narodowej. Źródła podpowiadają, że był to Koncert A-dur Liszta, a dwa lata później - Koncert d-moll Rubinsteina. Pamięć wrażeń przywołuje wykonania interesujące, czytelne w swym przesłaniu, bez epatowania wirtuozerią. Wtedy taki repertuar wydawał się dziwactwem, może nawet ucieczką od wielkich wyzwań (zapalczywi moderniści nazywali II Koncert Liszta "wspomnieniami emerytowanego aktora"). Z perspektywy dzisiejszej budzi największy szacunek - za odwagę w wyborze dzieł trudnych i oryginalność tych właśnie rarytasów.
Pan Józef był muzykiem wszechstronnie wykształconym. Skromnie, lecz z dumą opowiadał o bezkolizyjnym przejściu, obowiązującego studentów muzykologii UW (dyplom z numerem jednocyfrowym w 1953), trudnego egzaminu z harmonii, który potem był zniesiony lub znacznie ułatwiony, by adepci bez gruntownego przygotowania mogli studiom sprostać. To doświadczenie praktyczne i pasja zawiodły go do poziomu eksperckiego w dziedzinie pianistyki i opery.
Był też wytrawnym podróżnikiem. Na festiwale operowe jeździł nie tylko do Bayreuth, lecz także na Sycylię (lubił ciepło, "a tam wszystko zaczyna się o 11 wieczór"). W kraju nie stronił od pociągów osobowych, byle tylko być wszędzie: od Łańcuta i Kąśnej Dolnej po Słupsk, od Dusznik i Wrocławia po Gdynię, nie pomijając Kutna.
Miał też Pan Józef wielki szacunek dla przeszłości. W rozmowach o życiu przejawiało się to sentymentem, z jakim przywoływał obraz dworu w Dłużewie i rodzinną tradycję ułańską - także nieukrywaną radością z powrotu po latach do domu na warszawskim Wyględowie, osiedlu w sąsiedztwie Fortu Mokotowskiego, stawianym tuż przed wojną przez oficerów Wojska Polskiego.
W sprawach zawodowych był to podziw - podzielany przez kolegów: Ludwika Erhardta, Olgierda Pisarenkę i Dorotę Kozińską - dla dawnych głosów i nieosiągalnej dziś muzykalności śpiewaków pierwszej połowy XX wieku. Było to także wypowiadane z niekłamanym żalem przekonanie, że ostatnimi laty pianiści nie dorównują muzykalnością i trafnością interpretacyjną wielkim wirtuozom złotej ery fortepianu. Tu wspominał Śmidowicza, ale też Zofię Rabcewiczową, Raoula Koczalskiego, Ignacego Friedmana, Józefa Hofmanna, Alfreda Cortota, wspaniałych Rosjan. Wielu z nich słuchał na żywo, bo na koncerty chodził wytrwale od młodości. W rozmowach zgadzaliśmy się w ocenie współczesnych fortepianów - te przedwojenne i te udoskonalone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych brzmiały znacznie cieplej, śpiewniej niż instrumenty najnowsze, konstruowane z myślą skutecznego wypełnienia dźwiękiem olbrzymich sal. Ale znacznie bardziej niż dawnych fortepianów brakowało Panu Józefowi w wykonaniach ostatnich lat śpiewności tonu i naturalnego frazowania, zgodnego z rytmem oddechu i ludzkiej myśli. Frazowania bliskiego śpiewu.
Bo właśnie umiłowanie śpiewności w muzyce, przypisywanie jej przyrodzonego związku z naszą naturą, było naczelnym kryterium ocen, jakie - z kulturą i w sposób wyważony - Pan Józef Kański zawierał w swoich recenzjach. Jego głosu, nie tylko pisanego, przede wszystkich głosu w rozmowach - ciepłych, serdecznych - bardzo będzie nam brakowało.
ROSYJSKIEJ MUZYCE MÓWIMY NIE
"Moratorium na utwory rosyjskich kompozytorów w repertuarze WSZYSTKICH uczestników" ogłosili organizatorzy trwającego właśnie drugiego Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach
Oznacza to, że podczas konkursowych zmagań nie zabrzmią "utwory kompozytorów pochodzenia rosyjskiego: Piotra Czajkowskiego, Igora Strawińskiego, Siergieja Prokofiewa, Siergieja Rachmaninowa, Gieorgija Swiridowa, Nikołaja Rimskiego-Korsakowa czy Aleksandra Skriabina". W tej sytuacji dla wyrównania szans zdecydowano się ograniczyć długość występów, także tych uczestników, którzy nie zgłosili dzieł rosyjskich w swoich programach. W finałach usłyszymy więc tylko muzykę patrona turnieju. "Jest nam niezmiernie przykro, bo do ostatniej chwili żyliśmy nadzieją, że konflikt za naszą wschodnią granicą znajdzie pokojowe rozwiązanie i będziemy mogli kontynuować organizację konkursu bez zmian programowych, bez konieczności stawania w obliczu tak trudnych pytań i decyzji" - czytamy w stanowisku przesłanym redakcji # przez Ewę Bogusz-Moore, dyrektorkę naczelną i programową NOSPR. Wskazuje ona, że chodzi o gest "solidarności ze społeczeństwem Ukrainy w związku z eskalacją rosyjskiej agresji zbrojnej", i zwraca uwagę, że "działanie to nie ma charakteru podważania wartości dzieł [...], jest natomiast wyrazem postawy moralnej, która każe nam jednoznacznie i kategorycznie potępiać rosyjską agresję". Dodaje również, że stanowisko to jest zbieżne z prowadzoną od ponad roku polityką repertuarową polskich filharmonii i teatrów operowych, które realizują wytyczne organów państwowych, wedle których "zaleca się instytucjom kultury wstrzymanie się od współpracy z przedstawicielami świata kultury Federacji Rosyjskiej". --MC, MAK
Trzydzieścioro pięcioro wybrańców
nifc.pl, iccpi.pl
Poznaliśmy uczestników, których usłyszymy w październiku na II Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych. Jury w składzie: Lech Dudzik, Tobias Koch, Janusz Olejniczak, Ewa Pobłocka oraz Wojciech Świtała, zakwalifikowało 35 pianistów z 14 krajów. Wyłoniono ich spośród 84 kandydatów. Najliczniejszą grupę stanowią Japończycy - 10 wybrańców, Polacy - 6, oraz Włosi - 4. Wystąpią po dwie osoby z Chin, Korei Południowej, USA oraz Rosji; po jednej z Australii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Kanady, Niemiec i Węgier. Jak informuje Narodowy Instytut Fryderyka Chopina: "Dopuszczeni do konkursu pianiści reprezentujący Federację Rosyjską, uznając apolityczny charakter konkursu, w przedłożonym [...] oświadczeniu jednoznacznie potępili rosyjską agresję na Ukrainę oraz wszelkie działania Federacji Rosyjskiej stanowiące naruszenie prawa międzynarodowego".
"Harmonogram Konkursu, podobnie jak w przypadku pierwszej edycji, przewiduje trzy etapy: pierwszy i drugi to recitale solowe, których repertuar - oprócz dzieł Chopina - będzie obejmował wybrane utwory Johanna Sebastiana Bacha, Wolfganga Amadeusa Mozarta, a także polonezy polskich kompozytorów tworzących w pierwszej połowie XIX wieku. W trzecim etapie sześciu finalistów wykona wybrane przez siebie utwory Chopina z orkiestrą. Towarzyszyć im będzie Orkiestra Historyczna" - czytamy na stronie iccpi.pl.
Pianistów oceniać będzie międzynarodowe jury złożone z uznanych muzyków specjalizujących się w wykonawstwie historycznym, jak Andreas Staier, Paolo Giacometti i Tobias Koch, oraz wybitnych chopinistów. Uczestnicy będą mieli do dyspozycji fortepiany historyczne i kopie instrumentów z epoki pochodzące z kolekcji Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina lub udostępnione przez zaprzyjaźnione kolekcje europejskie. --MAK
Miliony na nowa salę
gov.pl
W Krzeszowicach powstanie profesjonalna sala projekcyjno-koncertowa, która pomieści 300 słuchaczy. Powierzchnia estrady wyniesie minimum 140 metrów kwadratowych. Obiekt będzie także spełniał funkcje konferencyjno-szkoleniową i nagraniową. Akt notarialny przekazania przez gminę działek pod budowę nowej sali Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia im. Zygmunta Noskowskiego podpisał minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński. Przedsięwzięcie, którego koszt oszacowano na 75 milionów złotych, zostanie sfinansowane z budżetu państwa. "To jedna z tysiąca przeprowadzonych przez nas w ciągu 8 lat inwestycji w szkolnictwie artystycznym na wszystkich szczeblach. Wartość tych inwestycji to około 2 miliardy złotych. To dość duży skok inwestycyjny, który zapewnia naszemu szkolnictwu artystycznemu funkcjonowanie w warunkach nieporównywalnych do tych sprzed kilku lat" - stwierdził minister Gliński. Szkoła zyska również nową część dydaktyczną, w której będą mieścić się dodatkowe sale lekcyjne: trzy przeznaczone do realizacji przedmiotów zbiorowych, siedem klas - do przedmiotów indywidualnych i zespołów kameralnych, a także cztery ćwiczeniówki. W nowym budynku znajdzie się miejsce na bibliotekę z czytelnią oraz pomieszczenia gospodarczo-magazynowe, techniczne i socjalne. --MAK